W życiu Stelli Avery nie działo się ostatnio zbyt wiele. Grała od czasu do czasu na różnych przyjęciach, poza tym głównie malowała. Było spokojnie, aż nad wyraz spokojnie. Nadal nie udało jej się do końca pozbierać po śmierci swojej siostry, niechętnie wychodziła z domu, sporo czasu spędzała malując. To było chyba jej ulubione zajęcie. Dostawała zlecenia od znajomych czarodziejów, nie szukała nowych klientów, niespecjalnie miała chęci. Ostatnio właściwie nic jej się nie chciało, trochę gasła, chociaż starała się udawać, że wcale tak nie jest. Strata siostry okazała się być ogromnym ciosem, który miał mieć wpływ na jej całe życie. Nie sądziła, że to wszystko tak mocno będzie na nią oddziaływać.
Jednym ze zleceń które ostatnio dostała było to od Brenny Longbottom. Nie spodziewała się, że jest jakąś pasjonatką sztuki, nigdy nie widziała jej na swoich wernisażach, ale to nic. Bardzo chętnie przyjęła to zlecenie.
Stała właśnie na środku swojego salonu, który robił jej za pracownię. Panował w nim raczej nieład. Wszędzie stały płótna, czy farby, ale też dosyć sporo butelek po winie i papierków po czekoladzie. Przyglądała się dwóm obrazom, które ostatnio namalowała. Skorzystała przy tym z rodowej umiejętności, bo Longbottomównie zależało na tym, aby można było w nie wejść. Wyglądały całkiem ładnie, ale nie była pewna, czy idealnie, za chwilę powinna przyjść ich nowa właścicielka, to będzie mogła skonsultować z nią, czy o to jej chodziło. Miała nadzieję, że jej nie zawiedzie, bo wolała, aby mówiono o niej dobrze w towarzystwie, dzięki temu nie zwracała uwagi na swoją średnią dyspozycję.