• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 4 5 6 7 8 … 11 Dalej »
[12.08.1972] Sprawy bieżące | Ger & Esmé

[12.08.1972] Sprawy bieżące | Ger & Esmé
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#1
20.07.2024, 20:53  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2025, 23:20 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic IV


Wycieczka do Windermere przyniosła jej kolejne wątpliwości. Wiedziała o tym, że musi pojawić się u Esmé i z nim porozmawiać, bo wydarzyło się sporo. Niekoniecznie zakładała, że wszystko potoczy się w ten sposób, nie wydawało jej się jednak, że powinna jakoś specjalnie przejmować się tym, co tam zaszło. Właściwie wypadałoby, żeby wyjaśniła mu kilka spraw, między innymi to, że jej młodszy brat jest wampirem, bo nigdy dotąd mu o tym nie wspominała, a nie chciała, żeby pojawiły się między nimi jakieś niedopowiedzenia. Zastanawiała się też, czy wspólne popołudnie spędzone na pomoście nie zmieni ich relacji, a jako, że Yaxley była prostym człowiekiem to wolała wyjaśnić wszystko od razu. Ten typ tak miał. Przy okazji stwierdziła, że Esmé może być osobą z którą mogłaby się podzielić swoim kolejnym problemem, jakim był jej brat bliźniak. Miała nadzieję, że nie będzie to dla niego za dużo, że go nie wystraszy, ale był jedną z nielicznych osób, z którymi chciała być szczera. Zależało jej na tym, aby ich stosunki nadal układały się jak dotychczas, bo zależało jej na tej współpracy. Lubiła go jako człowieka, do tego był naprawdę świetnym kaletnikiem, nie chciała tego wszystkiego zaprzepaścić jednym głupim wyskokiem. Miała nadzieję, że wybaczy jej tą chwilową niesubordynację nad jeziorem. Do tego wszystkiego dochodził fakt, że podczas zwiedzania odmętów jeziora w Windermere nie do końca popisała się przed nim swoimi umiejętnościami, wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że była niczym dziecko we mgle i trochę nie do końca wszystko poszło po jej myśli.

Może i trochę bała się tego spotkania, jednak nie chciała go odwlekać. Dlatego postanowiła wybrać się do niego niemalże od razu, kiedy udało jej się wylizać rany. Może była jeszcze nieco poobijana po starciu z trytonami, jednak wcale nie przeszkadzało jej to w tym, aby pojawić się w Pracowni Kaletniczej "Skóra i Kości".

Przyszła tutaj na piechotę, mieszkała w końcu przy Horyzontalnej, nie miała więc zbyt daleko. Poranek okazał się przyjemnym, pogoda dopisywała, a spacer był całkiem niezłym pomysłem, aby wrócić do pełni sił. Nie mogła zasiedzieć się w mieszkaniu, wiedziała, że jej to nie służyło.

Nim weszła do środka skończyła palić papierosa, którego przygasiła swoim ciężkim butem tuż przed drzwiami. Wiedziała, że Esmé palił w środku, jednak trochę bała się tego spotkania, właściwie chyba odwlekała przekroczenie progu, jakby to miało coś zmienić. Nie miała jednak innego wyjścia, skoro postanowiła się z nim spotkać twarzą w twarz to musiała odważyć się wejść do jego pracowni.

Poprawiła jeszcze swoje jasne włosy, właściwie to niedbale spięła je w coś, co miało przypominać koka, po czym wreszcie otworzyła drzwi. Rozejrzała się po pomieszczeniu, żeby sprawdzić, czy w środku nie ma klientów. Nikogo jednak nie zauważyła. Zamknęła za sobą drzwi. Wyglądała właściwie jak zawsze, ubrana w nieco zbyt dużą koszulę i skórzane spodnie.

- Cześć. - Rzuciła dosyć nieśmiało jak na siebie, szukała wzrokiem znajomej twarzy. Zaczęła się zbliżać do lady, aby nie stać w wejściu.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#2
24.07.2024, 01:28  ✶  

Co to za uczucie? To nie tak, że Esmé nie wiedział czym ono było, ale nie potrafił ubrać go w słowa. Niczym barwnik w wodzie, powoli rozmywało się w piaskach czasu. Im dalej od Windermere, tym bardziej obce wydawało się być. Ale co? To... wrażenie. Ta myśl z tyłu głowy, że coś jest nie tak. Że coś w tym wszystkim co tutaj Rowle wyprawia jest "nie tak". Nawet jeżeli zarabia na życie i spełnia swoją pasję. Jakby nieświadomie popełniał swego rodzaju grzech. Kaletnik podejrzewał czym dokładnie jest ów wrażenie, ale nie zagłębiał się w ten temat. Nie był to pierwszy z tematów, które rzemieślnik świadomie traktował sporą dozą ignorancji. Rzadko było to spowodowane strachem, a bardzo często - własnym dobrem. Zwykłą znajomością samego siebie i tego, do czego mogą doprowadzić pewne... rozmyślania.

Nie narzekał na brak zajęć, które ułatwiały omijanie niewygodnych tematów. Cała ta sprawa z Thoranem skutecznie opóźniła część zleceń, które czekały na niego, aż skończy wczasować się wraz z Geraldine. Geraldine. Minęło ledwo dwa dni i nie przestawała mu chodzić po głowie. Nie było to nic szczególnego, żadne rozważania nad miłością, ich relacją podczas tego szalonego wypadu czy cokolwiek takiego. Zwyczajnie, jakby automatycznie, ale również bez najmniejszego powodu jego umysł wracał do niej. Do Geraldine. Czasami spoglądał na coś w swojej pracowni i zaraz zastanawiał się - co gdyby coś takiego stworzyć dla niej? I jak to ulepszyć, by jej pomóc bardziej? Czasami po prostu patrzył na skórzany "gorset" i na krótki moment widział w nim blondynkę. Na moment ulotny jak błyskawica - gwałtowny, robiący wrażenie, ale jedynie chwilowy. Nie irytowało go to, chociaż zaczynało bawić. Albo nerwowo bawić, bo gdzieś w podświadomości istniał drobny strach, siedzący jak mysz pod miotłą. Cicho, ale jednak jego oczka błyszczały, gdyby spojrzeć w tamtym kierunku. Gryzoń zwany miłością. Prawdziwy szkodnik.

Beksa dostał zakaz zbliżania się do nieznajomych, a za każdym razem jak złamał tę nową zasadę, to trafiał do klatki - niczym dla ptaków. I wisiał sobie tak za ladą, obserwując wszystko z małego więzienia. Czy rozumiał swoje błędy? Pewnie nie. Esmé nie był Laurentem i o tresurze zwierząt wiedział tyle, ile Prewett o kaletnictwie. Coś tam się domyślał. Domyślał się zatem, że jeżeli będzie powtarzał zamykanie go w klatce za każdym razem, gdy ten będzie zaczepiał i zbliżał się do nieznajomych, to w końcu zrozumie. Na razie proces trwał - co było widoczne, bo Smoczoognik smutno dreptał po dnie klatce w kółko, gdy jego opiekun pracował.

Praca, no właśnie. Aktualnie pracował nad małą, skórzaną torbą - lub jak kto wolał teczką na dokumenty. Z okularami założonymi na nos, zszywał skórę, powoli zbliżając się ku końcowi, bo była to ostatnia strona. Zostało jeszcze stworzenie zapięcia na pasek z klamrą, wykończenie wnętrza i szlify z zewnątrz. I gotowe. Tymczasem zasiadał na swoim miejscu za ladą, szyjąc w zupełnej ciszy.

Zatrzymał się. Właściwie nigdy tego nie robił podczas pracy - niezależnie kto odwiedzał jego lokal. Nie zatrzymywał się, jeżeli nie miał wygodnego miejsca, by zrobić sobie przerwę. Nie lubił przerywać sobie pewnych czynności, mając swego rodzaju nerwicę natręctw związaną z jakością. Uważał, że niektóre rzeczy trzeba po prostu zrobić jednym ciągiem, za jednym zamachem. I to była jedna z nich. Znajomy głos jakby odruchowo sprawił, że sobie przerwał, bo dopiero po sekundzie zdał sobie sprawę, że nie powinien tego robić. Nieco zdezorientowany sam sobą wrócił do szycia, nie odpowiadając najpierw. Musiała minąć chwila, nie dłuższa niż minuta, może dwie. A więc wystarczająco, by zrobiło się stosunkowo niezręcznie dla każdego, kto nie był równie dziwacznym osobnikiem co sam Esmé. Dokończył, odciął nożycami nić, odłożył igłę na bok i jeszcze na moment uniósł teczkę wyżej, bliżej oczu, przyglądając się szwowi. Przejechał po nim palcem, upewniając się że jest odpowiednio napięty i równy, i... dopiero wtedy mógł zająć się swoją ulubioną klientką.

Odłożył na bok teczkę, zdejmując drugą ręką okulary, które odłożył gdzieś na ladę, od wewnętrznej strony. Jego ciemne oczy powoli przeniosły się na twarz łowczyni, a jego kąciki ust delikatnie drgnęły ku górze.

- Jesteś chora? - zapytał, pochylając się nad ladą w jej kierunku, próbując sięgnąć dłonią jej czoła, ale... ostatecznie tego nie zrobił. Nie tylko dlatego, że Ger była wyższa, a lada skutecznie dodawała dystansu, a również dlatego, że w porę zobaczył swoje dłonie. Brudne dłonie. - Jeszcze nie powiedziałem słowa, a już wydajesz się zmieszana. - rzucił zupełnie luźno i odwrócił się, by w misce obmyć dłonie oraz przedramiona. Wytarł się w ręcznik, chwycił za papierośnicę leżącą na półce i odwrócił się. - Cześć, miło cię znów widzieć w moim skromnym przybytku. - uśmiechnął się nieznacznie, otwierając pudełko i podsuwając je bliżej Gerry, proponując jej zwyczajnie papierosa. - Spotkanie Yaxleya to zawsze... - tutaj na chwilę się zatrzymał, jakby szukając słowa, lecz tak na prawdę sam wziął sobie papierosa, by sięgnąć ręką po zapalniczkę do kieszeni. O ile łowczyni poczęstowała się, to podpalił jej szluga, by na końcu rozpalić swojego. - ...atrakcja. - dokończył, wydmuchując dym do góry, pod sufit pracowni. Beksa, dotychczas zajęty użalaniem się nad sobą, ocknął się gdy poczuł dym, dostrzegając samą Geraldine, na widok której zaczął podskakiwać w klatce, tłukąc się w niej. Esmé posłał mu chwilowe spojrzenie, ale ostatecznie zignorował, starając się nie dawać uwagi małemu terroryście.

!GerPółświatek
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#3
24.07.2024, 11:29  ✶  

Geraldine nie miała pojęcia, że Thoran uprzykrzył życie również kaletnikowi, z którym współpracowała. Nie powinno jej to zdziwić, w końcu był prawdziwym wrzodem na dupie i drażnił sporo jej znajomych, powinna zakładać najgorsze, że pojawi się u każdego, na kim jej choć trochę zależało. Najwyraźniej chciał zniszczyć wszystko, co udało jej się osiągnąć, zrazić do niej przyjaciół i znajomych, nie było to niczym przyjemnym. Ciągle musiała za niego świecić oczami, tłumaczyć się, przepraszać. Na dłuższą metę było to dosyć męczące, dlatego też miała nadzieję, że już niedługo uda jej się rozwiązać ten problem. Szczególnie, że ustaliła już, że Thoran nie istnieje, że była to bestia, która chciała ją pożreć, zabrać jej życie, wspomnienia, może nawet zajać jej miejsce i doprowadzić do tego, aby wszyscy o niej zapomnieli. To było najgorsze, bo panna Yaxley niczego nie bała się tak jak zapomnienia, no, może jeszcze ograniczenia wolności, były to dwie wartości na których naprawdę jej zależało.

Zdawała sobie sprawę, że z racji na to, gdzie znajduje się jego miejsce pracy, Esmé może posiadać pewne znajomości, które mogłyby pomóc jej poradzić sobie z tym dosyć sporym problemem jakim był polujący na nią doppelganger. Trochę jej było głupio prosić o wsparcie, z drugiej jednak strony ostatnio zauważyła, że może wcale nie być to takim durnym pomysłem. Osoby do których poszła po pomoc wyciągnęły do niej rękę, nie zignorowały tego, co działo się w jej życiu, ku jej zaskoczeniu. Może faktycznie komuś na niej zależało, chociaż wydawało jej się, że wcale tak nie jest.

Miała sporo na głowie, wydawało jej się, że każda podjęta przez nią decyzja jeszcze bardziej komplikuje jej i tak mocno chaotyczne życie, musiała jednak jakoś sobie z tym poradzić, zacisnąć zęby i walczyć o to, aby przetrwać.

Z początku nie do końca radziła sobie z myślą, że może umrzeć, że sytuacja się odmieniła i to ona stała się ofiarą, że gdzieś tam czyhała na nią bestia, która chciała odebrać jej wszystko. Przetrawiła to jakoś i postanowiła walczyć, między innymi dlatego postanowiła odwiedzić Esmé.

Zresztą nie pojawiła się tutaj tylko dlatego, myślała o nim odkąd wrócili z Windermere, trochę miała do siebie wyrzuty sumienia, że przez nią wplątał się w to eksploratowanie jeziora, że ryzykował życie bez żadnego doświadczenia. Fakt, nie skończyło się to jakoś tragicznie, ale co, jeśli zdarzyłoby się inaczej? Nie wybaczyłaby sobie, gdyby stała mu się krzywda. Chcąc nie chcąc, stał się jedną z jej osób, Geraldine zaczęło na nim zależeć, a nie znosiła sytuacji w których ryzykowała życie osób, które stały się dla niej ważnymi.

Gdy weszła do środka zauważyła jego sylwetkę, był zajęty, powinna się tego spodziewać, mogła jeszcze uciec póki nie podniósł głowy znad tej teczki nad którą pracował. Nie zamierzała jednak tego robić, odezwała się, zwróciła na siebie uwagę, pozostawało więc czekać, aż skończy to, czym się w tej chwili zajmował. Trochę jej było głupio, że odrywała mistrza od swojej pracy.

Gdy czekała na to, aż zwróci na nią uwagę rozglądała się uważnie po pomieszczeniu. Jej wzrok przykuł znajomy smoczoognik, który tym razem nie fruwał po sklepie, tylko siedział zamknięty w klatce. Ciekawe, co nabroiłeś. Podejrzewała, że jego wolność nie została ograniczona bez powodu. Pamiętała, że był dość żywym i łaknącym uwagi stworzeniem, więc na pewno coś przeskrobał, nie mogło być inaczej.

Oparła się w końcu o tę ladę i nad nią nachyliła, skutecznie oddzielała ona kobietę od kaletnika. Może to i lepiej, czasem dystans sprzyjał rozmowom.

- Aż tak źle wyglądam? - Kącik ust drgnął jej w uśmiechu. Nie spodziewała się, że wyczuje zmianę w jej zachowaniu tak szybko, może powinna jednak skupić się na tym, żeby postępować bardziej normalnie. Nie chciała, aby pojawił się między nimi dystans, ale trochę też nie miała pojęcia na czym stoi, i czy to, co stało się podczas ich wspólnych wakacji nie przyniosło niepotrzebnych komplikacji.

Dostrzegła dłoń, którą wyciągnął w jej kierunku, nie udało mu się jednak jej dotknąć, a może nie chciał tego zrobić? Nie do końca umiała stwierdzić, co się wydarzyło. - Masz rację, powinnam poczekać, aż się odezwiesz, wtedy to zmieszanie miałoby jakiś sens. - Nadal bardzo ceniła sobie jego bezpośredniość, w sumie ona zawsze powodowała, że dogadywali się bez najmniejszego problemu, może też powinna do niej wrócić, tak zdecydowanie prościej było ustalać fakty.

Wyciągnęła lewą dłoń, aby poczęstować się papierosem, wcale nie przeszkadzało jej to, że paliła przed chwilą, chętnie po raz kolejny zaciągnie się dymem. - Też się cieszę, że cię widzę. - Dodała jeszcze, żeby zatrzeć to zmieszanie, które pojawiło się na początku.

Nachyliła się nieco w jego kierunku, żeby mógł odpalić jej fajka bez większego problemu, wreszcie zaciągnęła się dymem. - Yaxleya? - Uniosła głowę i wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, jakby się nad czymś zastanawiała. - Myślałam, że jestem twoim ulubionym Yaxleyem i największą atrakcją. - W końcu wydusiła z siebie te słowa, nie wiedzieć czemu wrzucił ją do jednego worka z całą resztą jej cudownej rodziny.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#4
26.07.2024, 03:49  ✶  

Istniało tak wiele cech opisujących człowieka precyzyjnie, wskazując coś niczym punkt na tarczy. Istniało też sporo cech, które służyły tylko temu, by zachwiać stabilną konstrukcję zbudowaną z tych poprzednich. Nie każdy nosił w sobie to samo brzemię chaosu. Wiele zależało od prowadzonego życia, ale najwięcej od samego żyjącego. Brak ładu zawsze był traktowany jak coś złego, coś niewłaściwego, co należało naprawić. Jak można się domyślić - Esmé miał odmienne zdanie. Chaos bywał przydatny. Jak wiele ludzi wiedziało co chodziło mu po głowie? Jak wielu wiedziało do czego byłby zdolny, a do czego nie? Jak wiele ludzi mogłoby celnie dokończyć jego zdanie lub zgadnąć kolejny ruch? Niewielu? Może nawet nikt. I nie chodziło tutaj o to, że Rowle był taki wspaniale zagmatwany. Nie. Nie tkwiła w tym żadna niezwykła mądrość, ani spryt. Zwykły chaos, do którego kaletnik żywił małe zamiłowanie, oddając mu cząstkę swego życia, a w zamian będąc... trudnym w opisaniu.

Chaos Geraldine był zupełnie innej natury. Nie był chaosem dla chaosu - prowokacją, jaką uskuteczniał rzemieślnik. U łowczyni wiązał się on bezpośrednio z życiem jakie prowadziła. Tak uważał Esmé, opisując siebie jako "niestabilnego", a ją jako "stabilną". Ten chaos dało się przewidzieć. Może nie do czego doprowadzi, ale kiedy się wydarzy. Ten nieład, niepasujący element, zaburzający stabilną konstrukcję jej charakteru. Fakt, wciąż nie znał jej doskonale, chociaż znał smak jej ust i zapach jej włosów. Znał wiele rzeczy o niej, ale jednocześnie tak mało. Nie byłby sobą, bez swojej arogancji. Mimo wszystko uważał, że chociaż jej nie zna dokładnie, to ma pojęcie jaką osobą jest. Gdzie mniej-więcej jest jej linia, którą wyznacza poprzez swoje cechy charakteru.

Nieśmiałość w jej głosie była tym, co można byłoby nazwać chaosem, gdyby było umyślne. Prowokacją go tak, jak mógłby to zrobić Esmé - brzmiąc w ten sposób dla żartu, dla sprawdzenia reakcji. Geraldine nie brakowało poczucia humoru, ale miała do niego znacznie lepsze wyczucie, niż sam kaletnik. Wciąż - może nie idealne, bo oboje byli nieco... kalecy społecznie. Utykający w kwestii tego co wypada, a co nie. W tym konkursie Ger wygrywała bardziej na "kiedy" niż "co wypada", chociaż i na tamtym polu zwyciężała z ekscentrycznym rzemieślnikiem. Tak czy inaczej - Rowle w całej swej arogancji natychmiast założył, że nieśmiałość nie jest chaosem, a zwyczajną nieśmiałością. Lubił strzelać, lubił zgadywać, lubił dedukować i zakładać pewne scenariusze. Taki hazard, ale którym było codzienne życie. Mógł mieć rację albo się mylić. Czym to było, jeżeli nie hazardem? Mógł zyskać i mógł przegrać. Ale grał, bo bez tego nikt nie wygrywał. Nawet jeżeli w jego przypadku chodziło głównie o miłość do tej gry.

- Wyglądasz tak źle, jak może wyglądać rozgwieżdżone niebo oszpecone samotnym piorunem. - rzucił właściwie nie patrząc w tym momencie na nią, zmierzając do miski. Prychnął cichutko, co było bardziej zauważalne po jego ramionach, które delikatnie podskoczyły, niż słyszalne. - Zawszony poeta się znalazł. - mruknął do siebie pod nosem i westchnął. - W dwóch słowach - wciąż zachwycająco. - jak zwykle nieprecyzyjnie wytłumaczył swoją myśl. Może i chodziło, że nieważne co, to Geraldine wygląda pięknie, ale... czy tak wybrzmiało? Tutaj przemawiał ten chaos - mógł przecież powiedzieć wprost, ale wolał specjalnie użyć dosyć żenującej metafory. Tylko po to, by wybrzmiało to inaczej, by nie było takie oczywiste, by sprowokować chaos. - Brzmisz na chorą. - dodał, odwracając się do niej po umyciu rąk. Chaos chaosem, ale niektóre elementy nawet jeżeli miały być niespodziewane, to dało się ich spodziewać. Tak jak to, że Rowle tej myśli również nie rozwinie. Tym razem nie był to zabieg dla zabiegu, a rzeczywiste przekonanie, że to oczywiste o co mu chodziło. Czemu zabrzmiała tak właśnie? Czemu z miejsca, z progu? Nie byłoby to tak zauważalne, gdyby nie jej emanujący pewnością siebie głos i krok. Pierwszy raz do jego pracowni weszła trzaskając drzwiami, prawdopodobnie nawet z buta, by przywitać się wyraźnie, a następnie skierować do lady krokiem tak pewnym, że Esmé, gdyby miał kapkę więcej instynktu samozachowawczego, pewnie uznałby to za napad. Czy zatem tak dziwnym było, że od razu coś mu nie grało? Pewnie nie, bo widywał ją też w innych sytuacjach. Trudnych, niewygodnych, wstydliwych i niezręcznych. Wiedział mniej-więcej jak się zachowuje. Takie wejście nie pasowało do Geraldine. Tak po prostu.

Dym zagościł w jego płucach, przypominając mu, że uzależnieniem większym od papierosów jest dla niego samo rzemiosło. Tak zajął się torbą, że zupełnie zapomniał, aby nakarmić drzemiącego w nim diabła nikotyną. Teraz poczuł jak jego ciało się rozluźnia, umysł zaczyna zwalniać, oczy przestają być tak wytężone, a ruchy stają się płynniejsze. Zupełnie jakby wybudzał się z pewnego stanu, w którym tkwił. A tkwił, bo to nie pierwszy raz. Najdrobniejsze zlecenia brał poważnie, zatem każdemu oddawał tyle samo uwagi, przykładał do wykonania tak samo wiele skupienia. Czyli bardzo wiele. Jedną z ostatnich rzeczy, którą można było zarzucić jego rzemiosłu, to niedbałość. W ten sposób spędzał czasami długie godziny, a gdy kończył, to łapał się na tym, że jego umysł wciąż pracował na najwyższych obrotach. Jakby teraz świat odbierał tak, jak rzemiosło - skupiając się na detalu, będąc precyzyjnym w każdym, najdrobniejszym ruchu, będąc przesadnie analitycznym wobec wszystkiego, co zauważy. Papierosy pomagały mu szybko wyjść z tego transu. Chwała truciźnie, gdy bywa lekarstwem.

Zaśmiał się cicho, ledwo słyszalnie w odpowiedzi na jej słowa. Wiedział, że potrafiła odbijać piłeczkę, ale rzadko pierwsza zaczynała. Jak na pierwsze razy - zrobiła to bardzo zręcznie, na co Esmé pokiwał z uznaniem głową. Ale też zwyczajnie zgadzając się ze słowami łowczyni.

- Masz mnie. - uniósł nawet dłonie do góry, jakby został złapany za rękę podczas prób nekromancji. - Jesteś moim ulubionym Yaxleyem, właściwie bezkonkurencyjnie. - dodał, opuszczając dłonie i wyciągając szluga z ust. Rozejrzał się po pomieszczeniu, starając się namierzyć popielniczkę - tę co zawsze, z czaszki tycigryfka. Chwilę pokręcił się, nim w końcu postawił ją na ladzie. - Ale w żadnym wypadku atrakcją. - nieco potknął się w tej wypowiedzi, jakby w pół słowa zdał sobie sprawę jak to zabrzmi. Ale i tak się zatrzymał, posyłając jej... nijakie spojrzenie. Swój specjał. Chaos, ponownie, robił to tylko dla zamieszania. - Nie służysz jedynie ku mojej uciesze, nie mów tak o sobie. - rozumiał że był to jedynie żart, który przecież mógłby przemilczeć, bo rozumiał o co jej chodziło. Ale nie czuł się wygodnie, pozwalając jej na nazwanie siebie "jego ulubioną atrakcją". Brzmiało to... bardzo umniejszająco wobec tego, kim dla niego naprawdę była. I nie był tutaj urażony - ani z jednej, ani z drugiej strony. Wolał jednak to sprostować, wracając do ubóstwianej przez niego Prawdy, szczerości wobec tego, jaką osobą był. I jakie wartości wyznaje, bo... łatwo było zatrzeć to, kim się było, tańcząc tak regularnie z chaosem. Banalnie było stać się karykaturą siebie i innych, ale nikim konkretnym. Rowle nieświadomie tego unikał, będąc bardzo, bardzo oddany własnym zasadom i ideom.
- Jednak żeby nie było niejasności - w Windermere bawiłem się doskonale. - dodał, strzepując popiół do popielniczki, by na końcu skierować swe ciemne oczy na nią, nie robiąc niby żadnej miny, a dałoby się przysiąc, że się skurczybyk uśmiecha głupkowato. Ponownie - to tylko zabawa, bo nie miał na myśli tego, co przychodziło na nią od razu, cofając się wspomnieniami do ich wspólnego wypadu. Trochę fizycznej miłości zawsze podnosiło ocenę, jednak tutaj bardziej chodziło mu o całokształt. Wraz z seksem, ale nie skupiając się na nim. W końcu wydarzyło się tyle rzeczy, które dla Rowle były nowe - walka, zaglądanie śmierci w oczy, podwodny świat, śledztwo, wspólne wieczory i nawet poranki, a także wiele, wiele innych wspomnień, które przypominały kaletnikowi, że i w nim są emocje, i jego życie potrafi być nimi wypełnione. Nawet jeżeli od powrotu wydawało się, jakby pewien czar prysł. Jakby coś się zmieniło we wszechświecie, zmieniając rzeczywistość na... zwyczajnie gorszą. Bardziej szara, bardziej jałową, bezsmakową, nijaką jak spojrzenie samego Esmé zazwyczaj.
- Stęskniłaś się? - zapytał, pociągając ponownie dym. - A może mój ulubiony Yaxley ma dla mnie jakieś zlecenie? - zapytał lekko, na tyle lekko, że i bez mimiki jasnym było, że to zwyczajne zagajenie rozmowy, by zrozumieć przyczynę tej wizyty, ale żeby nie zabrzmiało to tak, że ma coś przeciwko. Bo zdecydowanie nie miał, oj nie. Nie teraz, gdy kilka razy nawet nie wczoraj, ale dzisiaj był przekonany, że Geraldine przechodziła właśnie przed jego pracownią, by spoglądając za nią odkryć, że to wcale nie ona. Tak, jakby jego umysł próbował ją zauważyć, na siłę.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#5
26.07.2024, 10:55  ✶  

Chaos wiele osób utożsamiało z czymś złym. Tylko, czy właściwie było to odpowiednie podejście? W bałaganie, niepuporządkowaniu, w ślepej zbieraninie różnych możliwych poglądów można było czuć się bezpiecznym. Tam zawsze znajdzie się jakaś droga ucieczki. Chaos nie jest zdolny ani do tworzenia wielkiego dobra, ani zła. Można się było tego spodziewać po uporządkowaniu, zasadach, to one przynosiły jakieś konkrety. Na chaosie ciężko było zbudować coś stałego, ale dzięki temu też można było lawirować jakoś w tym świecie, bez żadnych konsekwencji, bez celów.

W przeciwieństwie do Esmé Gerry nie prowokowała, przynajmniej nigdy nie celowo. To, co mówiła, co robiła było zawsze szczere i proste, nie była przyzwyczajona do gierek, w które niektórzy chętnie wchodzili. Zachowywała się zawsze naturalnie, tak jak faktycznie się czuła.

Na jej dzisiejszą nieśmiałość, niepewność składało się wiele czynników. Po pierwsze - bała się tego, że coś się między nimi zmieniło, może zupełnie niepotrzebnie, ale nie chciała przez kilka spontanicznych decyzji podjętych pod wpływem emocji zaprzepaścić tej współpracy, po drugie - chciała go poprosić o pomoc z Thoranem, a wcale nie tak łatwo było zacząć opowieść o tym, że jej brat bliźniak próbuje ją zjeść, że wcale nie jest jej bratem bliźniakiem, że coś sobie uroiła i że zaczęła wariować, że inni zwrócili jej uwagę, że coś się z nią dzieje, że jej umysł nie jest do końca jasny. Wcale nie tak łatwo było dzielić się tymi szczegółami swojego życia, szczególnie, że Gerry nie znosiła wychodzić na nie do końca samodzielną. Wiedziała jednak, że w tej sytuacji nie poradzi sobie sama. Nie miała szans. Musiała ustalić fakty, podpytać znajomych o szczegóły, szczególnie jeśli chciała stawić czoła bestii, a miała zamiar to zrobić. Miała zamiar złapać ją nim ta postanowi ją zjeść i przejąć jej życie. Najgrosze w tym wszystkim było to, że tak naprawdę nie miała pojęcia ile ma czasu, na czym stoi i czy bestia nie jest bliższa osiągnięcia celu. Wbrew pozorom nawet jej nie było wcale łatwo pogodzić się z tym, że coś na nią polowało. Pewnie łatwiej byłoby gdyby o tym nie wiedziała, żyłaby w błogiej nieświadomości. Teraz co chwilę oglądała się za ramię, bo nie znała dnia, ani godziny. Wiedziała, że przyjdzie moment, w którym będzie musiała zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem. Chciała się do tego przygotować najlepiej jak tylko potrafiła.

Opierała się o tę ladę, jednak w pewnej chwili podciągnęła się na rękach i na niej usiadła. Tak było jej wygodniej, nadal zbierała myśli, zastanawiała się w jaki sposób powinna zacząć rozmowę o tym, co faktycznie ją męczyło. Może powinna podejść do tego zwyczajnie, jakby nigdy nic? Tak chyba było najprościej, zresztą nigdy nie była dobra w owijaniu w bawełnę, prostota była jej przyjacielem. Przynajmniej miała pewność, że nie zostanie zrozumiana opatrznie. Zaciągnęła się dymem spoglądając na kaletnika.

Oczy błysnęły jej kiedy wspomniał o tym, że wygląda tak źle, jak może wyglądać piorun na rozgwieżdżonym niebie, zrozumiała, co miał na myśli, mimo to postanowił później wprost powiedzieć o co mu chodziło. Nie zareagowała na ten komplement, bo właściwie nigdy nie nauczyła się ich przyjmować. Rzadko kiedy ktoś mówił o niej w ten sposób, było to dla niej coś nowego.

- Może trochę jestem chora. - Powiedziała, jakby sama nie do końca była pewna, co jej dolega. Czyż polująca na nią bestia nie była podobna do choroby? Niszczyła ją, przynosiła bezsenność, niepokój do którego nie przywykła. Była niczym choroba, która zżerała ją od środka.

Traciła pewność siebie, wiedziała o tym, że jest nieco inna, chociaż próbowała udawać, że nic takiego się nie dzieje. Nie miało to jednak większego sensu, musiała się pogodzić z tym, jak teraz wyglądało jej życie, chociaż wcale nie była z tego powodu zadowolona. Nie dzieliła się tymi informacjami z każdym, nie chciała niepokoić najbliższych, skutecznie udało jej się odsunąć od tego braci, nie miała zamiaru zostać czyjąś kulą u nogi. Nie umiała pogodzić się do końca z tym, że może potrzebować pomocy, ale przecież każdy czasem musiał o nią poprosić.

Uśmiechnęła się, kiedy zauważyła, że jej żart ją rozbawił. W sumie może warto było zacząć w ten sposób, lekko, jakby nie działo się nic takiego, zwyczajnie, jak wtedy kiedy pojawiła się tutaj te kilka miesięcy temu. Wydawało jej się, że znali się zdecydowanie dłużej, a przecież wcale tak nie było.

- Dobrze to słyszeć, mam nadzieję, że tak zostanie. - Wiedziała, że jej bracia również potrafią znaleźć sobie sprzymierzeńców, jednak wolała, aby nie kręcili się wokół jej osób, nie znosiła się dzielić swoimi bliskimi.

Sprostował jej słowa. Przyglądała się mu uważnie, jakby chciała wyczytać z jego twarzy, co go do tego skłoniło. Był to tylko żart, ona miała do siebie dystans i w żadnej sposób nie ruszyło jej to, że mogłaby być uznana za atrakcję. Najwyraźniej jednak Esmé typowo dla siebie wolał postawić sprawę jasno.

- Cieszę się, bo ja też. - Chodziło jej głównie o tę część, którą spędziła w jego towarzystwie. Później wszystko przybrało obrót typowy dla tego, czym się zajmowała. Polowanie na potwora, może w nieco innych warunkach do których przywykła, zakończyło się to sukcesem - bo przecież nie mogło być inaczej, tyle, że podczas polowania więcej razy niż zwykle musiała zastanawiać się, czy faktycznie był to dobry pomysł. Przez to, że on znalazł się pod wodą z nią, że ryzykował nie mając żadnego doświadczenia, nie do końca przywykła do tego, że musiała być za kogoś odpowiedzialna. Najgorsze było to, że nie wszystko szło po jej myśli, że Esmé kilka razy znalazł się w takiej sytuacji, której faktycznie mógł nie przeżyć, niby nic się nie stało, ale nie umiała się pozbyć tej nawiedzającej ją myśli, co jeśli jednak wszystko ułożyłoby się inaczej? Nie umiałaby sobie spojrzeć w oczy po tym wszystkim, w ogóle nie powinna dopuścić do takiej sytuacji, ale teraz właściwie nie mogła nic już z tym zrobić, bo przecież to było już za nimi.

- Może trochę? - Rzuciła jeszcze, jednak nie spoglądała na jego twarz w tej chwili, jakby zrobiło jej się głupio, że się do tego przyznała, mimo, że przecież nie powiedziała tego wprost, a mogła mu jasno przekazać, że brakowało jej jego towarzystwa. Trochę błądziła w tym co się działo, jakby sama nie umiała się określić, pewnie z tego wynikało jej niezdecydowanie, tak dla niej nietypowe i brak konkretów. Przysunęła w swoją stronę popielniczkę, żeby przygasić peta nim zacznie palić filtr.

Gdy spytał o zlecenie ponownie na niego spojrzała. Był to chyba odpowiedni moment, żeby wspomnieć o faktycznym celu jej wizyty. - To nie do końca zlecenie. - Od czegoś trzeba zacząć.

- Czy kojarzysz może mojego brata, Thorana? - Spoglądała na niego ciekawa, jak zareaguje na to imię. Zdawała sobie sprawę z tego, że ostatnio nie był szczególnie pozytywnie odbierany we wszystkich możliwych kręgach, wkurwiał jej znajomych najróżniejszymi zaczepkami. - Nie wiem, czy kiedyś wspominałam ci o tym, że mam brata bliźniaka. - Może warto było to dodać. Za chwilę przekaże mu, że nie istnieje. Wyglądała jakby bardzo mocno się nad czymś zastanawiała, ale za cholerę nie potrafiła wymyślić, jak skrócić tę opowieść.

- Znaczy, myślałam, że mam brata bliźniaka, to trochę pokręcone. - Przerwała ponownie na moment. - Mam nadzieję, że nie weźmiesz mnie za wariatkę. - Zdecydowanie wolałaby tego uniknąć. - Okazało się, że on nigdy nie istniał, ale narobił mi trochę problemów, mi i moim najbliższym, słyszałeś może coś o nim? - Jako, że przecież znajdował się na wyciągnięcie ręki od Nokturnu było całkiem prawdopodobne, że i do niego doszły słuchy o działaniach jej wyimaginowanego brata.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#6
31.07.2024, 01:37  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.07.2024, 01:38 przez Esmé Rowle.)  

Właśnie. Chaos był drogą ucieczki. Ale nie tylko tym. Chaos był mechanizmem defensywnym, który nieco świadomie, a nieco podświadomie został przyswojony przez kaletnika jako bardzo wygodne rozwiązanie. Chaos wprowadzał niepewność, chaos wprowadzał złudne wrażenie i kiedy chciało się wyprowadzić cios w Esmé... ku czyjemuś zaskoczeniu - nie było go tam. Ile razy metaforyczne pięści zmierzały ku celowi, tyle razy złudnie trafiały, rozwiewając kolejny miraż. Wciąż nie tu, wciąż nie znajdował się w tym miejscu, by mogły go skrzywdzić. W tym wszystkim nie było jednak podstępu, bo rzemieślnik nikogo nie próbował oszukać jaką jest osobą. Nie o to w tym chodziło. Chodziło tylko o zabawę, zatem... aby rozbroić go z chaosu należało zmusić go do powagi. Tyle i tylko tyle. Zmusić, by na moment oddał się temu... niczemu, które czuł.

Przechylił głowę nieco na bok, słysząc o możliwej chorobie Geraldine. Nie podejrzewał, że rzeczywiście może jej coś dolegać - bardziej sugerował, że coś się wydarzyło. Coś, co wpłynęło na jej samopoczucie w mniej inwazyjny sposób. Jego spojrzenie skupiło się, przesuwając powoli po jej ciele, badając ją wzrokiem, gdy ona zasiadała swobodnie na ladzie. Całe szczęście zdążył przetrzeć je z kurzu, zatem na tyłku łowczyni nie zostanie ślad niechlujności jej wspólnika. W jego pracowni, cóż, dosyć mocno się kurzyło. Budynek był stary, zaniedbany i, jak wiadomo, po stronie Nokturnu. Kurz był jednym z najmniejszych problemów tego lokalu, ale i tak Esmé starał się, by nie zalegał nigdzie za bardzo. W końcu to świadczyło też o jego pracowni - kurz na przedmiotach i ladzie fałszywie wskazywał na brak zainteresowania ze strony klienteli co znów sugerowało niską jakość usług. Nawet kurz potrafił mieć znaczenie. Nawet kurz był czasem decydującym czynnikiem. Czymś, co mogło zadecydować o największym zleceniu, które mogłoby odmienić jego życie. Czy w to wierzył? Tak. Czy wyczekiwał tego momentu? Nie, wierzył w prawdopodobieństwo. Wierzył w los i szansę, i wierzył, że trzeba mu pomagać, a nie przeszkadzać.

- Nabawiłaś się czegoś w Windermere? - zapytał, przenosząc wzrok na niższy blat lady - ten od jego strony. Tam sięgnął po jego notes w skórzanej oprawie, który otworzył i jedną ręką zaczął wertować, gdy drugą kończył dopalać papierosa. - Znam kilka osób, które mogą pomóc w sprawach magicznych i niekoniecznie. - słychać było szelest kartek i gdyby Geraldine zaglądnęła, to zauważyłaby sporo notatek, czasem drobne rysunki, pomiary, pełen misz-masz. Naturalnie były zapisane tam tylko osoby... które powinny być zapisane. Esmé nie nie zawsze popisywał się intelektem, jednak znał się na życiu na Nokturnie i wiedział, że niektóre osoby nie powinny być nigdzie zapisywane. Ani żadne zlecenia dla nich. Wielu klientów figurowało tylko i wyłącznie w umyśle kaletnika, a nie było po nich śladu na żadnych projektach, rachunkach, czymkolwiek co pomogłoby "władzy" w potencjalnym śledztwie za potencjalnym klientem rzemieślnika. - Niektórzy winni są mi przysługę, więc możesz ją odebrać za mnie. - zatrzymał się na jakiejś kartce, zaginając jej róg, by w razie czego mieć pod ręką potrzebne informacje. - Nie planuję chorować. - uniósł wzrok, uśmiechając się nieznacznie. "Przysługa" to duże słowo, ale rzeczywiście niektórzy mieli pewien dług wdzięczności wobec kaletnika, który czasami wyjątkowo tanio lub szybko wykonał coś, co konkurencja tworzyłaby znacznie drożej lub dłużej. Wszystko dlatego, że nie zależało mu na szczególnym zysku. Czasami wychodził ledwo na zero, bo złożył ofertę nie do odrzucenia tylko po to, aby mieć ciekawe zajęcie.

Dopalił papierosa, którego zaraz ugasił w popielniczce i rzucił okiem na Beksę. Stworzonko skakało w klatce, próbując zwrócić na siebie uwagę i Rowle nawet było szkoda tego małego szkodnika, ale... wszystko miało swoją cenę. Jego wybryk sporo go kosztował. Nie tylko nerwów.

Nie podejrzewał, że mogłoby być inaczej, ale i tak miłym było usłyszeć, że Geraldine również doskonale się bawiła podczas ich wypadu. Nawet jeżeli podczas niego wydarzyło się tyle... niecodziennych rzeczy. Jemu akurat chodziło nie tylko o część, którą spędził wyłącznie w jej towarzystwie, a ogólnie - ich wspólne przygody. Te prywatne, ale nie tylko.

- Polecam się na przyszłość. - wypowiedział z manierą i tonacją, jaką używał podczas obsługi klientów w swej pracowni, ale na końcu puścił jej oczko.

Wciąż był pod wrażeniem jaką satysfakcję i radość przynosiło mu zawstydzanie panny Yaxley. Powiedziałby, że w krępowaniu jej było coś niewytłumaczalnego, co skłaniało go do śmiałych słów, ale... byłoby to kłamstwo. Doskonale potrafił wytłumaczyć dlaczego to robił - dla tego widoku. Może była to kwestia jego preferencji i słabości, ale widok zawstydzonej Geraldine był dla niego rozbrajająco uroczy. Rozpływał się, patrząc na nią, gdy nie wiedziała jakich słów użyć, by ubrać myśli. Tym bardziej teraz, gdy śmiała, pewna siebie i mówiąca wprost Ger odparła pytaniem, nie podając jasnej odpowiedzi.

- Może? Może trochę? - powtórzył za nią, siląc się na ton pełen... zawiedzenia. Oczywiście droczył się z nią, chcąc zabrzmieć tak, jakby uznał, że powiedziała to tylko z grzeczności, żeby trochę zmusić ją do wyjaśnienia tego, co miała na myśli. Nawet jeżeli domyślał się co miała na myśli i niezmiernie mu to schlebiało. Niezmiernie też go to dziwiło, bo... był w końcu Esmé. Nie podejrzewał, że ktokolwiek mógłby się rzeczywiście za nim stęsknić, nawet jeżeli miło razem spędzali czas. Był w końcu ekstrawagantem, a częściej nawet zupełnym dziwakiem i chociaż jego towarzystwo bywało zabawne, a jego osoba rozrywkowa to... na dłuższą metę był męczący.

"Nie do końca zlecenie" okazywało się mieć szalenie ciekawe wprowadzenie. Thoran zdążył już namieszać w życiu Esmé, co akurat ten specyficzny jegomość nie uważał za problem. Problemem była informacja, że ów Thoran... nie istniał? Kaletnik, poza Windermere, rzadko jasno pokazywał po sobie emocje, jednak teraz, gdy przysłuchiwał się słowom Geraldine, był widocznie skonfundowany.

- Czekaj, czekaj. - mruknął ni to do siebie, ni to do łowczyni, gdy przeszedł wokół lady i opadł z ciężarem na fotel przy stoliku. Odchylił głowę do tyłu, kładąc dłoń na czole, masując je powoli. Thoran, tak, przecież pamiętał go. Nie tylko z ostatniej wizyty, ale z Nokturnu. Przypomniał sobie o tym przecież już wcześniej, ale w ogóle nie wnikał w to wspomnienie, uważając że... to nic istotnego. Thoran to Thoran, a teraz narobił kłopotu, ale... przecież to nic dziwnego, prawda? Zawsze tak było z Thoranem. Zawsze rozrabiał i dlatego nie był mile widziany w Rose Noire. Ba, nie miał w ogóle tam wstępu. Nie ktoś jego pokroju. W końcu mało ludzi się z nim dogadywało. W ogóle o tym nie myślał, tak jak nie zaprzątał sobie głowy życiem jakiegokolwiek innego bywalca Nokturnu, ale teraz... wszystko to do niego wracało, gdy niby okazywało się, że Thoran nie istnieje?
- Ah, no tak. - nagle zatrzymał "masaż" i uniósł dłoń wystawiając palec wskazujący, jakby na coś wpadł. - To jest ta choroba? Wydaje ci się, że Thoran nie istnieje, tak? - wrócił do siebie, nawet nieco uśmiechając się, będąc zadowolonym że rozwiązał te zagadkę i... nie jest to nic, co zagrażałoby życiu Geraldine. Kaletnik w ogóle nie przyjął do wiadomości, że mężczyzna rzeczywiście mógłby nie istnieć, bo w końcu - miał teraz tyle wspomnień z nim w głowie, a niedawna akcja... przecież gdyby nie istniał, to by nie przyniósł mu tego manuskryptu, prawda? - Adria potrafiła namieszać w głowach, a Windermere wydawało się mieć samo w sobie jakąś moc. - zaczął powoli tłumaczyć bardziej sobie, skąd mogło pojawić się to przeświadczenie u Geraldine, że Thoran nie istnieje. - Thoran istnieje i ma się dobrze. Niektórzy powiedzieliby, że nawet za dobrze. - dodał, wierząc że łowczyni zrozumie jego sugestię. - Łowczyni, wampir i... cóż, Thoran, kolega z Nokturnu. Niezła z was rodzinka. - ciężko było nazwać kim był Thoran w rzeczywistości, Rowle wiedział o nim mało, za mało, by nawet móc oddać się swojej uwielbianej dedukcji. Bo czasami niewiele dzieliło dedukcję od bajkopisarstwa. W tym przypadku byłoby to pewnie to drugie. Zastanawiającym było jednak to, że dopiero teraz... nie przypominał sobie, ale zwracał uwagę na te wspomnienia. Nie były przecież nowe, ale teraz do niego wracały, jakby upominając się o przewałkowanie ich.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#7
31.07.2024, 11:10  ✶  

Kurz jakoś nigdy nie przeszkadzał pannie Yaxley. Zapewnie by go nie zauważyła, nie przywiązywała wagi do takich szczegółów, nie przyglądała się jakoś specjalnie. Nie w miejscach jak to. Co innego w lasach, gdzie podążała za śladami zwierząt, szukała najdrobniejszych oznak tego, gdzie bytują. W pomieszczeniach zupełnie się na tym nie skupiała, to nie było jej typowe środowisko.

Nie zwróciła nawet większej uwagi na to, jak wyglądało to miejsce, ani gdzie się znajdowało. Nie przeszkadzało pannie Yaxley to, że było ono położone od strony Nokturnu, wręcz przeciwnie, to powodowało, że bywali tu różni klienci, idealna lokalizacja, aby móc współpracować z naprawdę różnymi ludźmi. Męty z Nokturnu przecież również potrzebowały czasem kupić coś odzwierzęcego.

Miała świadomość, że istniały osoby, które przywiązywały wagę do najdrobniejszych szczegółów, dla których to było istotne, które podejmowały decyzje na podstawie tego, co widziały. Ona nie. Zawsze wolała najpierw porozmawiać, poznać drugiego człowieka, dopiero później wydawać osąd. Nie wszyscy jednak tak mieli, może więc faktycznie te drobnostki mogły mieć znaczenie. Pewnie wszystko miało znaczenie, dla kogoś. Nie do końca dla niej, dla niej nie liczyło się prawie nic.

- Poza dosyć głębokim ugryzieniem nie. - Nie było to pierwsze draśnięcie, które pozostawi ślad na jej ciele. Kolejna pamiątka do kolekcji, tym razem na ramieniu. Jej ciało opowiadało historie, wszystkie mniej przyjemne, które jej się przytrafiły, blizny przypominały o tym, że jest człowiekiem, że można ją zabić, jak każdego innego, chociaż czasami zdarzało jej się o tym zapominać.

Obserwowała go uważnie, gdy zaczął szukać czegoś w notesie. W sumie było to całkiem miłe, że chciał jej zaproponować pomoc, oddać swoje przysługi. Tyle, że i ona miała ich wiele do odebrania. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie musiał jej pomóc, czy tego chciał, czy nie. Przez to, że dość często wpadała w podobne kłopoty udało jej się nawet zdobyć przyjaciółkę uzdrowicielkę, która nigdy nie odmawiała jej chwili, aby pomóc wylizać jej rany. To było bardzo wygodne, przestała nawet mieć wyrzuty sumienia spowodowane tym, że ciągle ją niepokoi.

- Dziękuję za troskę. - Rzuciła całkiem lekko, nie przywykła przecież do tego, że ktoś próbował ją wesprzeć w takich błachostkach, jakim był stan jej zdrowia. - Ale mam wszystko pod kontrolą, zostaw sobie te kontakty na czarną godzinę, gdyby jednak coś pokrzyżowało twoje plany. - Przecież i jemu mogła się stać krzywda w czasie gdy byli w Windermere, przecież tego również nie planował, a jednak się wydarzyło. - Mam przyjaciółkę, która jest uzdrowicielką, zawsze gdy coś próbuje mnie zeżreć jest w pogotowiu. - Wyjaśniła mu jeszcze jak wygląda sprawa. Można było opowiadać historie o tym, że Yaxley była chaotyczna, butna, nierozważna, ale wbrew pozorom przygotowała się na wszystko, miała wokół siebie ludzi, którzy byli gotowi wyciągnąć do niej pomocną dłoń, gdy jej potrzebowała.

- Zapamiętam to sobie i na pewno kiedyś skorzystam jeszcze z twoich usług. - Może w mniej niebezpiecznej sytuacji, kiedy to ona będzie miała wszystko pod kontrolą, bo w Windermere zapanował chaos, działała raczej intuicyjnie, co przystworzyło niepotrzebne ryzyko. Gdy zabierała ze sobą bliskich na polowanie wolała jednak być bardzo dobrze przygotowana do tego, co może się zdarzyć, nie chciała niepotrzebnie ryzykować ich życia. Za bardzo przywiązywała się do ludzi, aby ich tracić. Kiedyś właśnie przez to nie nawiązywała zbyt wielu bliskich znajomości, bo bała się tego, że nie poradzi sobie ze stratą.

Przewróciła oczami słysząc jego komenatrz, naprawdę musiała powiedzieć mu to wprost? Cóż, jeśli mu na tym zależało to była skłonna to zrobić, żeby sprawić mu chwilową przyjemność. Wiedziała, że bierze ją pod włos, miała świadomość, że na pewno zrozumiał, dlaczego wcześniej nie sięgnęła po konkrety. Trochę się bała przyznawać do tego, że może za kimś tęsknić, przecież raczej nie mówiła tego w głos. Była silną, niezależną łowczynią, nie do końca wypadało pokazywać, że ma się jakieś uczucia. - Może na pewno? - Uniosła pytająco brew, jakby chciała sprawdzić, czy to mu wystarczy. - Albo bez może, po prostu się stęskniłam. - Wreszcie to z siebie wyrzuciła. Nie miała pojęcia dlaczego tak bardzo lubi jego towarzystwo, ale czy w ogóle zastanawianie się nad tym miało sens? Żadnego. Lepiej więc zostawić te rozważania na kiedyś indziej.

Skoro mówił, że ma poczekać, to to zrobiła. Sięgnęła po kolejnego szluga, kiedy robiło się niewygodnie odpalała jednego od drugiego, aby czymś zająć dłonie. Przyglądała się przy tym Esmé gdy ten zmierzał do fotela. Wyglądał jakby próbował sobie coś przypomnieć, może miała szczęście, może faktycznie kojarzył jej brata?

Zobaczyła jego minę, miała wrażenie, że nie do końca odpowiednio przekazała mu informacje, które posiada, ale jakoś wcale nie tak łatwo przychodziło jej opowiadanie o tym, co aktualnie działo się w jej życiu. Było to dosyć mocno zagmatwane.

- Chorobą jest doppelganger który chce przejąć moje życie. - Rzuciła dosyć poważnym tonem, jak na nią. Rzadko kiedy brzmiała tak oficjalnie, ale chyba musiała powiedzieć to w głos, tak po prostu. Inaczej pewnie Rowle by nie zrozumiał o co jej chodzi.

- To zdarzyło się przed Windermere, Adria nie ma z tym nic wspólnego. - Musiała mu chyba wyjaśnić wszystko od początku, po kolei, tak będzie najprościej, historia jednak była całkiem długa, więc pewnie trochę jej zejdzie zanim dotrze do meritum.

- Może ci się wydawać, że on istnieje, ja też myślałam, że jest prawdziwy, ale w czerwcu zaczęło się robić dziwnie, bardzo dziwnie. Mój ojciec zresztą też twierdził, że nie mam brata bliźniaka, że nigdy go nie miałam. Nie dawało mi to spokoju, postanowiłam więc nieco zainteresować się tematem. Wiesz jak to jest, pojawia się ziarno, drobne ziarno niepewności i zaczynasz drążyć temat. - Chciała mu wspomnieć, co w ogóle skłoniło ją do tego zwątpienia. Zdanie ojca było od zawsze dla Ger bardzo istotne, nie mogła więc tego zignorować, mimo, że nie był do końca zdrowy na umyśle.

- Zostałam na noc w Walii, u rodziców, wtedy przyśnił mi się sen. Nie wiem, czy miewasz sny, nie wszyscy je przecież mają, ale ten to był koszmar, najgorszy koszmar, jaki kiedykolwiek było dane mi przeżyć. Trochę jakby wszystko działo się gdzieś między snem i jawą. Pojawił się w nim bezkształtny potwór, który wyrywał mi serce, a ja nie mogłam nic z tym zrobić, zupełnie nic. - Zaciągnęła się dymem, dawno nie wypowiedziała z siebie aż tylu słów w jednym momencie.

- Kiedy wstałam dalej czułam łapska tego czegoś na moim ciele, spanikowałam i zaczęłam szukać informacji. Postanowiłam skonsultować się z moją przyjaciółką, która jest jasnowidzką, przyszła do mnie i zareagowała bardzo dziwnie, zakończyło się na tym, że stwierdziła, że nie widzi mojej przyszłości, że być może jej nie ma, że to coś, co mi się przyśniło faktycznie istnieje i chce mnie zabić. - Nie odrywała oczu od Esmé kiedy o tym mówiła, wydawać by się mogło, że pogodziła już się z tym, że może umrzeć całkiem niedługo, bo była przy tym bardzo spokojna.

- Zaangażowałam kilka osób w tę sprawę, potwierdzili moje domysły. Okazało się, że Thoran to tak naprawdę nie jest mój brat bliźniak, przedstawia się tak, zmienił zresztą najprawdopodobniej wspomnienia mi i kilku innym osobom, tak właściwie to zmierza przejąć moje życie, no i jak wspominałam zabić mnie. - Wzruszyła jedynie ramionami, bo nie do końca wiedziała, co innego powinna zrobić. - Zamierzam zabić to coś pierwsza, oczywiście, dlatego postanowiłam zapytać i ciebie, czy może coś słyszałeś na jego temat. - Nie przyszła do Esmé bez powody, znaczy fakt, chciała go zobaczyć, sprawdzić, czy wszystko u niego w porządku, a przy okazji postanowiła skorzystać z jego znajomości, które wiedziała, że posiada. To, że pracował przy Nokturnie na pewno dawało mu wiele możliwości.

- Żałuj, że nie poznałeś Jamesa, on to jest dopiero odklejony. - Rzuciła jeszcze, żeby nieco rozluźnić atmosferę, bo miała wrażenie, że zrobiło się nieco zbyt poważnie. Wcale nie tak lekko było jej mówić o tym wszystkim Esmé, ale czuła, że nie ma wyjścia. Był jedną z nielicznych osób, której opowiedziała całą tę historię.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#8
04.08.2024, 04:26  ✶  

Łatwo było zapomnieć, że Geraldine została raniona w Windermere. Ugryzienie, w tamtym momencie, wyglądało poważnie, ale sama reakcja łowczyni była... właściwie prawie jej nie było. Jakby jedyne do czego przyczyniła się trytonka, to spotęgowanie i tak już narastającej złości Ger. A jak się okazywało - wkurwiona Ger to mordercza Ger. Przekonała się o tym Adria, ale nie tylko ona. Nie tylko ona skończyła marnie, obficie barwiąc wodę szkarłatem, jak gdyby próbowała zabarwić całe jezioro. W tamtych wydarzeniach tkwiła mała wskazówka, małe okienko do życia panny Yaxley, a może raczej do jej przeżyć. I to tych niekoniecznie przyjemnych. Świat walki był dla Esmé obcy - nawet jeżeli był personą, na którą ludzie reagowali różnie, to rzadko kiedy rzeczywiście dochodziło do czegoś więcej, niż przepychanek słownych. Jego wiedza na temat "wojujących" polegała głównie na domysłach, zasłyszanych informacjach, przeczytanych historiach i opowieściach. W tym wszystkim pojawiały się pewne archetypy osób silnych, dla których pojedynek był chlebem powszednim. Nie wszystkie pojedynki były jednak na śmierć i życie. Niektórzy wygrywali je umiejętnościami i ślepą wiarą w nie, niektórzy doświadczeniem, a jeszcze inni czystym sprytem i przebiegłością. Każdy wierzył w swoją wygraną, ale... łatwo było wierzyć, gdy wszystko szło po myśli. Fascynującym było to, jak ludzie radzą sobie po porażce, po upadkach, po własnych błędach. To potrafiło imponować kaletnikowi, ale też... budzić w nim politowanie i zażenowanie. Cwaniacy widząc własną krew potrafili tracić kompozycję umysłu, zaczynać wątpić w siebie, w swoje umiejętności co ostatecznie mogło prowadzić do porażki. Zazwyczaj były to osoby, które swe walki wygrywały definitywnie, deklasując własnego oponenta, nie widząc oczyma wyobraźni siebie pokonanego. Geraldine... zdecydowanie nie należała do tego rodzaju "wojowników". Nie, bez cudzysłowu. Gerry była wojowniczką w przeciwieństwie do wielu innych "wojujących" osób. Łatwo było zapomnieć, że jej fach polegał na walce na śmierć i życie. Esmé zaliczając pomyłkę przy swojej pracy tracił co najwyżej czas, trochę pieniędzy a w najgorszym wypadku klienta. Geraldine traciła krew, kawałek ciała lub nawet życie. Było to aż absurdalne jak szalone życie prowadziła, nie robiąc z tego... wielkiego show i nie unosząc się dumą. A była przecież dumną łowczynią. Nie w ten dziecinny sposób.

Zatem co to za wskazówka? Co to za okienko? Rowle oczywiście jedynie się domyślał, ale na domysłach jego świat był zbudowany. W większości. Dla panny Yaxley porażka nie wchodziła w grę. Nie miała tego przywileju, by móc zostać roztrzęsioną przez otrzymanie rany, a ostatecznie pokonaną. Nie miała czasu na użalanie się nad sobą, na dbanie o własne zdrowie, gdy chodziło o coś ponad to - życie. W tym momencie brzmiało to tak banalnie - musisz walczyć, bo inaczej zostaniesz zabita. Tyle i tylko tyle. Łatwo było sobie wyobrazić siebie w takiej sytuacji, w której przesz do przodu, zaciskasz zęby i walczysz o siebie. W wyobraźni to Esmé nawet mógł pokonać Geraldine. Mógłby nawet to zrobić jedną ręką. Ba! Z zawiązanymi oczyma, jedną ręką i bez broni. W wyobraźni wszystko było łatwe, gdy było się odpowiednio odrealnionym, nie znającym rzeczywistego ciężaru takich sytuacji. Kaletnik domyślał się... nie, on właściwie wiedział, że jej usposobienie, jej umiejętność zignorowania własnych obrażeń i jej zdolność do "robienia swojego" mimo błędów jest efektem procesu. Jej ciało było dowodem. Każda jedna blizna. Może kiedyś była tą osobą, która zaślepiona własną siłą nie wyobrażała sobie własnej porażki i może też doznała szoku, gdy pierwszy raz została raniona. Może. Niezależnie - upuszczono jej wystarczająco krwi, by zdała sobie sprawę, że porażka jest o milimetr dalej. Chwila zawahania i... koniec. Na zawsze. I tak co polowanie. Raz za razem. Należało o tym pamiętać, a Rowle nawet chciał, aby każdy był tego świadomy, że wspaniałość Geraldine nie jest czymś otrzymanym, nie jest czymś co płynęło w jej krwi od razu, nie jest spadkiem, nie jest nagrodą, nie jest błahostką, po którą należało jedynie sięgnąć lub się schylić. Jej wspaniałość była efektem procesu, który wciąż trwał. Jej skrzydła tylko rozwijały się szerzej i szerzej.

- Kolejna blizna, co? - mruknął, doskonale wiedząc, że tak - kolejna blizna. Nie tylko dlatego, że Ger nie widziała w nich nic złego i nosiła je ze swoistą dumą, więc na pewno się jej nie pozbyła, ale również dlatego, że na pewno była - w końcu raną zajęli się... później, zdecydowanie później. - Trytonka dodała mi jedną więcej bliznę do listy. Nieco więcej pracy. - dodał, wpatrując się na moment w bark z nowym śladem. Nowym śladem, na którym Rowle nie złożył swojego pocałunku, a przecież chciał ucałować je wszystkie. - Całe szczęście uwielbiam swoją robotę. - i właśnie do tego nawiązywał, do tamtej sytuacji na molo. Specjalnie o tym wspomniał, podnosząc ciemne oczyska ku jej jaśniejszym, by ostatecznie uśmiechnąć się delikatnie, ale nieco zadziornie, wręcz cwaniacko. Wiedział, że może sobie zażartować w ten sposób z jej krzywdy, bo... bo był sobą. Mówił rzeczy, których inni nie wypowiedzieliby za opłatą. Można było podejrzewać go, że znał Ger i wiedział, że taki żarcik jej nie urazi. I byłoby to pewnie prawdą, ale nie powodem - teraz po prostu chciał zrobić taki żart, więc go zrobił, nie zastanawiając się nad konsekwencjami.

Wiedział, że miała kogoś, kto zawsze składał ją do kupy, ale mimo wszystko niekoniecznie ten ktoś musiał być ekspertem w leczeniu problemów wszelakich. Niemniej, nie naciskał i jedynie kiwnął głową w zrozumieniu, że Gerry nie potrzebuje jego kontaktów. Nawet sam siebie nieco rozbawił, oczywiście jedynie wewnętrznie, myśląc że jako podrzędny kaletnik ma szersze kręgi znajomości, niż sławna łowczyni.

Prychnął cicho, widząc jak przewraca oczyma na jego bezczelną prowokację, bo przecież nie był na tyle głupi, aby uwierzyć, że nabierze Geraldine na swoje próby przyaktorzenia. Nie dlatego, że był słabym aktorem, bo był... mierny, ale ta mierność zazwyczaj była bardziej niż wystarczająca. Dlaczego? Chaos. Kto wiedział jaki jest Esmé w rzeczywistości? Gdzieś w głębi duszy? Prawie nikt, ale Ger miała już jakieś pojęcie i wiedziała, że jego zawiedziony ton głosy to tylko i wyłącznie droczenie się. Jeszcze mocniej wywinął usta w podkówkę, jeszcze bardziej opuścił brwi, gdy padło kolejne "może troszkę", ale trwało to jedynie chwilę, bo wreszcie panna Yaxley dała mu to, co chciał - satysfakcję ze skrępowania i wymuszenia pokonania tego zażenowania.

- A ja nie. - odparł zadowolony, jakby... jakby specjalnie chciał ją zranić, tak brutalnie oznajmiając brak tęsknoty. Specjalnie nawet nie patrzył jej w oczy, bo zamknął teraz własne, pochylając głowę na bok i uśmiechając się nieznacznie, ale wciąż wystarczająco głupkowato. - W końcu widuję cię za każdym razem jak zamknę oczy i kilka razy na dzień kątem oka dostrzegam, jak przechodzisz przed moją pracownią, by zaraz odkryć, że to nie ty. Albo znikłaś w mgnieniu oka. - uniósł powieki i skierował spojrzenie gdzieś za nią, gdzieś w stronę wystawy produktów jego rzemiosła. - Czasami widuję cię w tamtym gorsecie. - kiwnął głową, by wskazać o który gorset chodzi mi dokładnie. - Od tych dwóch dni często mi towarzyszysz, chociaż szkoda, że tak ulotnie. - mówił spokojnie, nie przekazując żadnych szczególnych emocji, a jedynie... jakby oznajmiając rzeczywistość. Czystą Prawdę, której w żaden sposób się nie wstydził. Nigdy Prawdy.

Temat jego zwid i tego, że Gerry zalegała mu w głowie na porządku dziennym należało odsunąć na bok, bo atmosfera szybko się zmieniła. Zagadka, którą niby Esmé rozwiązał okazywała się być znacznie bardziej skomplikowana, ale też rozwiązana. I nie, nie miał racji. Szok, niedowierzanie, Rowle nie miał racji w swojej dedukcji. Łał. Jednak to nie z tego powodu wyglądał teraz znów na nieco zagubionego, wciąż łączącego kropki ze sobą, by jak najszybciej zrozumieć sytuację, przesuwając wzrokiem po podłodze, jakby coś skanował. W końcu zamarł, może nawet spoważniał, chociaż jego twarz nie wyrażała żadnych emocji tak samo, jak nie wyrażała ich zazwyczaj. A jednak jakby stężała i atmosfera się zmieniła.

Nie mieściło mu się w głowie, że jego wspomnienia mogą być fałszywe. Może gdyby nie to, że Gerry była łowczynią, to nawet by ją wyśmiał za zasugerowanie, że jego pamięć jest fałszywa. Może nawet byłby na nią zły, bo w końcu Prawda była dla niego tak ważna i wszystko co kłamstwem... było obrzydliwe. Nie chciał mieć nic z tym wspólnego. Nie w tak poważnym stopniu, gdy ingerowano w jego rozległe wspomnienia, w które przecież dalej wierzył, że były prawdziwe. Wierzył i nie wierzył. Czuł że są prawdziwe, chociaż teraz wiedział już, że to tylko złudzenie.

Ale to nie to sprawiło, że spoważniał i nawet zastygł w bezruchu. Geraldine groziła śmierć i może nie byłoby to tak zatrważające, gdyby nie kwestia jasnowidzenia. Przecież nie raz Gerry groziła śmierć - o tym już była mowa. Była łowczynią, śmierć groziła jej za każdym razem, gdy wyruszała na polowanie. Kroczyła z nią ramię w ramię, nie dając jej jednak żadnej inicjatywy. Brak przyszłości... Esmé nie potrafił nawet ubrać tego w słowa. Przerażające? To mało powiedziane. Nie wyobrażał sobie jak strasznym przeżyciem musiało być odkrycie, że nie posiada się przyszłości. Wcale. Że śmierć jest... pewna? Pewna, o ile nic nie zrobi, bo jasnowidzenie nie było przewidywaniem przeznaczenia. A i przeznaczenie dało się przecież zmienić.

- To... - zaczął, ale nagle urwał, unosząc wzrok i wpatrując się w Gerry. Nie, to nie miało sensu, by Thoran dalej mieszał, teraz udając Geraldine i mówiąc to wszystko, by wyeliminować... może realną Geraldine? Przecież to nie mógł być on naprzeciwko niego, nie potrafiłby naśladować jej w ten sposób... prawda? Zresztą jaką korzyść miałby z takiego mieszania? To wszystko brzmiało zbyt prawdziwie, zbyt szczegółowo. Gdyby chciał, to nie przekonywałby słowami, a stworzyłby w umyśle kaletnika wspomnienie, które nie wymagało przekonywania, bo już wierzyłby w nie. Podniósł się z fotela i podobnie do łowczyni - wziął kolejnego szluga, przechodząc nawet za ladę, by zaraz sięgnąć dłonią do klatki w której siedział Beksa. Właściwie dalej skakał dookoła, tłukąc się w niej i walcząc o najdrobniejszy skrawek atencji. Otworzył małą furteczkę, a smoczoognik wystrzelił ze swojego więzienia jak poparzony, by z szalonym tempem zacząć krążyć po pracowni, jakby miał zaległości w przefruniętych kilometrach w niej.
- Powiem wszystko co pamiętam. - rzucił stanowczo, odwracając się do niej i zgarniając z blatu zapalniczkę. - Ale przydałoby się zweryfikować te wspomnienia. W nich pojawiają się inni ludzie, więc może oni posiadają dalszą ich część? Wybacz, jak na Rowle to mizerny ze mnie znawca magicznych stworzeń. - na koniec uśmiechnął się nieznacznie, krzywo, lecz tylko na sekundę, nie dłużej. Odpalił papierosa i rzucił zapalniczkę w kąt lady, hałasując przy tym, bo cóż... zapalniczka nie należała do najlżejszych. - Chodzi tylko o wspomnienia, tak? Jedynie o to, na co nie posiadam dowodu, że się wydarzyło? - wolał się upewnić, ale nie czekał na potwierdzenie, bo teraz wydawało się jasne, że tak, akcja z manuskryptem była prawdziwa, ale Thoran nie był Thoranem, a zwyczajnym doppelgangerem. Przeszedł naprzeciwko lady i również wskoczył na nią, zasiadając obok łowczyni. Lewy łokieć oparł o kolano, a głowę o trzy palce - dwa na czole i jeden pod okiem, by w tej pozycji godnej myśliciela i ze wzrokiem mgliście utkwionym w podłodze zacząć grzebać we własnej pamięci.
- Tego potwora spotkałem już wcześniej. Narobił mi kłopotów trochę i to chyba wtedy musiał sfałszować mi wspomnienia. Wtedy nie zwróciłem na nie uwagi, bo miałem inne rzeczy na głowie, zresztą - z całym szacunkiem do moich klientów - ich życie mam w dupie. - zwęził spojrzenie i zaciągnął się głęboko dymem, zatrzymując go w płucach na dobrych kilka sekund. - Te wspomnienia zalały mój umysł jak przypływ, gdy powiedziałaś o tym, że nie istnieje. Wróciło do mnie wszystko to, co o nim wiem. - zatrzymał się, jego wzrok chociaż wydawał się nieobecny, to przeskakiwał z lewej na prawą i na odwrót, jakby siłą umysłu łączył jakieś elementy ze sobą. - Thoran to stały bywalec Wiwerunu, ale też pojawiał się na Ścieżkach. Nie pojawiał się za to w Rose Noire, bo go tam nie wpuszczano. Z niewieloma osobami się dogadywał, bo wiecznie coś, delikatnie rzecz ujmując, narozrabiał. Nic nowego dla Nokturnu, każdy tutaj rozrabia w ten lub inny sposób, ale każdy też nie lubi samemu być obiektem, cóż, psot - pozostając w eufemistycznej tematyce. - kolejny mach z papierosa, popiół zaraz spadł na ziemię, na co Esmé nie zwrócił nawet uwagi, chociaż zazwyczaj dbał, by nie brudzić nim w swojej pracowni. Przecież od czegoś miał popielniczkę. - Dogadywał się ze Szczurami, ale więcej da się powiedzieć z kim się nie dogadywał. Fontaine... tak, zdecydowanie nie dogadywali się. Kłócili się ze sobą u Changów, tam gdzie lubiano palić opium. Było to może... z cztery lata temu? Nie wiem o co poszło, ale było gorąco. Dziwne... bardzo dziwne... - zmarszczył czoło i zamilkł na moment. Wyglądało, jakby stopniowo, powoli wracał do siebie z mglistej krainy myśli. W końcu kątem oka spojrzał na Gerry. - Jak tak o nim mówię, to czuję jakbym sobie to wszystko przypominał dalej. Jakbym... rozwijał dywan wspomnień. Stopniowo. Ale, hmmm... - znów zamarł, wzrok znów na moment się rozmył, ale tylko na chwilę. - Nie, chyba już nic więcej nie pamiętam. - skrzywił się na tę myśl, jakby coś go zabolało. Zaciągnął się porządnie papierosem, nawet nie próbując sięgać po popielniczkę. Zwyczajnie skiepował popiół na ziemię, pod własne nogi. Teraz takie pierdoły nie miały znaczenia.
- Na pewno mogę ci jakoś jeszcze pomóc. Masz jakiś plan? Jakiś pomysł? Może zapytamy innych ludzi z Nokturnu? - wlepił swe ciemne oczyska w Geraldine i... czekał. Czekał, ale nie bezczynnie, bo dalej drażnił swoje wspomnienia, próbując wycisnąć z nich jeszcze kapkę informacji, które mogły okazać się kluczowe. Pragmatycznie podchodził do tematu, na bok odsuwając emocjonalne wsparcie i wyrażenie tego, jak ciężkim przeżyciem musiało być usłyszenie o braku własnej przyszłości. I jak bolesne musiało być odkręcanie całego zamieszania, które wprowadzał fałszywy brat. Na to jeszcze przyjdzie pora, będzie chwila - najpierw konkrety.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#9
04.08.2024, 20:24  ✶  

Sama Gerry nie przywiązywała większej wagi do tego, że została zraniona kiedy podbijali głębiny jeziora Windermere. W końcu to nie było nic wielkiego, pobolało trochę, i przestało. Trytony nie odgryzły jej ręki, a jedynie dosyć mocno drasnęły jej ramię. Lepiej się stało, że przytrafiło się to właśnie jej, to była codzienność. Nic nowego. Ból nie robił na niej wrażenia, nie ten fizyczny, zbyt wiele razy zdarzało jej się coś sobie uszkodzić. Zaciskała zęby i szła dalej, przed siebie, do celu. Dostawała to co chciała, radziła sobie z bestiami mimo wcześniejszych niepowodzeń. W Windermere pokazała swoją determinację, nie było to nic nadzwyczajnego, ona w ten sposób żyła. Nie poddawała się, nigdy, nie rozczulała się nad swoim losem. Ojciec tak ją wychował, była mu za to ogromnie wdzięczna.

Dla niej to wszystko, co wydarzyło się w jeziorze Windermere to nie było nic wielkiego, może poza tym, że znalazła się tam z większą ilością osób. Pierwszy raz od dawna musiała kalkulować w głowie co zrobić, aby nikomu nie stała się krzywda. Bała się tego, że trytony mogą uszkodzić kogoś z jej towarzyszy, że mogą dopaść Esmé. Bardzo nie chciała, żeby stała mu się krzywda, niby martwiła się też o brata, ale Astaroth jak ona był łowcą, poradziłby sobie z ewentualnym zagrożeniem. Za to nie miała pojęcia, jak jej kaletnik zachowuje się w sytuacji w której pojawia się niebezpieczeństwo, znaczy już teraz wiedziała, wcale nie była zaskoczona, że się nie bał. Zupełnie przeciwnie naprawdę nieźle im się współpracowało, jak na to, że był zupełnym laikiem. Nie mogła jednak doprowadzić ponownie do podobnej sytuacji, nie mogła sobie pozwolić na to, żeby zdarzyło się coś podobnego. Może i on nie miałby nic przeciwko temu, nie wiedziała nawet tak do końca, ale ona nie chciała, aby stała mu się krzywda. Powinna trzymać go z dala od swojego świata, było to trochę egoistyczne, warto może było go zapytać o zdanie, ale za bardzo zaczęło jej na nim zależeć.

Sama zdawała sobie sprawę, że podczas jednego z polowań może jej się powinąć noga, wiedziała, że zawsze istnieje ryzyko, że nie wróci do domu. Musiała się z tym pogodzić już dawno temu. Nie było to dla niej nic nadzwyczajnego, po prostu taka kolej rzeczy. Raz wygrywała, innym razem przegrywała, tyle, że w jej wypadku przegrana łączyła się z czymś więcej, mogła zniknąć na zawsze z tego świata. Zapomniana. Tego bała się najbardziej, tego chciała uniknąć, rozmyślała wiele razy o swojej śmierci i w sumie to bardzo by chciała, żeby była ona spektakularna, żeby o niej opowiadali, nie wiedzieć czemu zależało jej na poklasku, chociaż miała w nosie opinie które inni o niej wygłaszali. Taki paradoks.

Ona nie czuła się nigdy w żaden sposób wyjątkowa, wręcz przeciwnie. Często mierzyła się ze złośliwymi spojrzeniami, szeptami, gdy pojawiała się w towarzystwie. Mało kto rozumiał jej profesję, w końcu przynosiła śmierć, odbierała życia żywym istotom. Zmieniali zdanie dopiero wtedy, gdy potrzebowali jej pomocy, kiedy to im miała przynieść spokój. Akceptowała to. Nie walczyła z tymi opiniami, nie miało to większego sensu.

- Jedna w tę, czy w drugą stronę, co to za różnica. - Rowle doskonale wiedział jak wygląda jej ciało, dotykał każdej z dotychczasowych blizn, nie odrzuciły go od niej, wręcz przeciwnie, chyba nikt nigdy nie poświęcił im tyle uwagi. Jakby chciał poznać jej historię. Nigdy nie chciała się ich pozbyć, uważała, że przypominają jej o tym, że ją też można zabić, o jej słabościach. - Chociaż jednak jest różnica, powinnam się mieć na baczności, żeby nie dokładać ci pracy. - Wpatrywała się w niego przez chwilę, nie uciekała wzrokiem. Bardzo dobrze wiedziała do czego zmierza. Żartował, chyba żartował. Nie zakładała przecież w ogóle, że ta sytuacja może się powtórzyć, Windermere ich otumaniło, dosyć mocno, ale czy faktycznie była to tylko magia tamtego miejsca. Czy nie chciałaby znowu poczuć na swoim ciele jego ust? Zmrużyła na moment oczy, musiała przestać o tym myśleć. Nie wracać do tego co się wydarzyło, bo to była tylko chwila, która minęła. - Uwielbiasz swoją robotę, to ciekawe. - Rzuciła jeszcze lekko, wracając do niego wzrokiem.

Nie chodziło jej o to, aby w jakikolwiek sposób udowodnić mu, że nie potrzebuje jego pomocy. To naprawdę było bardzo miłe, że chciał jej dać namiary na swoich znajomych uzdrowicieli. Ona jednak ufała tylko jednej osobie, tej która składała ją od lat, dlatego odrzuciła pomoc, chociaż naprawdę doceniała sam gest.

Zauważyła już, że Esmé lubi szczerość, że w przypadku rozmów z nim nie ma szans na to, żeby obejść temat bez uzyskania konkretnych odpowiedzi. Potrafił poprowadzić konwersację w ten sposób, że dawała mu jasne odpowiedzi. Szczerość była ważna, zresztą zazwyczaj też po nią sięgała, były jednak sytuacje, w których przynosiła lekkie zażenowanie. Z drugiej jednak strony, czy nie było dzięki temu łatwiej? Znikały niedopowiedzenia, wszystko było jasne.

Widziała jak jeszcze bardziej zmienia wyraz twarzy, jak chce jej udowodnić, że faktycznie jest mu przykro. Miała jednak świadomość, że to dalsza gra. Pokręciła jedynie głową z uśmiechem na twarzy, kiedy to zrobił. Niezła próba.

- Och, ty nie... - Odwrócił wzrok, nie patrzył na nią. Może więc to wyznanie było zupełnie niepotrzebne? Może nie powinna się do tego przyznawać, co jeśli wcale nie lubił jej tak, jak ona lubiła jego? Byłoby to nieco kłopotliwe.

Bardzo szybko jednak dotarło do niej, że wcale tak nie jest. Jego kolejne słowa, cóż zrobiły na niej wrażenie. Poczuła, że po raz kolejny w jego towarzystwie oblewa się rumieńcem, nie słyszała często podobnych wyznań. Miała raczej świadomość, że zazwyczaj po prostu bywa w czyichś życiach, na chwilę, nikt nie myślał o niej jakoś szczególnie, a na pewno nie wspominał jej o tym. Esmé był inny, nie bał się mówić jej tego wszystkiego, nawet jej to w pewien sposób imponowało. Odwróciła się, aby spojrzeć na gorset, o którym wspomniał. Był przepiękny, zresztą jak wszystko, co tworzył. Mogłaby go nawet dla niego ubrać, gdyby ją o to poprosił. Wróciła do niego spojrzeniem, przyglądała się mu uważnie. Te słowa, mówił wszystko bardzo lekko, jakby to nie było nic takiego. Tyle, że ona poczuła, że może faktycznie coś się zmieniło, bo myślał o niej, bo jej widok go nawiedzał. Nie do końca wiedziała, co powinna mu odpowiedzieć. Nie zamierzała jednak pozostawić tego bez jakiejkolwiek odpowiedzi. - To nie musi być ulotne. - Jedyne na co było ją w tej chwili stać, w tym całym mętliku jaki miała w głowie.

Wyrzuciła z siebie dosyć dużo informacji, musiała to zrobić, aby jasno nakreślić sytuację w której się znalazła. Niewielu osobom o tym opowiedziała, bała się trochę, że to może być zbyt wiele. W końcu jeszcze niedawno sama powątpiewała w jasność swojego umysłu. Bała się, że zaczyna wariować, że dzieje się z nią to samo co z ojcem, dlatego zaczęła zagłębiać się w ten temat. Musiała poznać prawdę, nawet jeśli była ona bardzo bolesna. Przecież z Thoranem łączyła ją wyjątkowa więź, byli bliźniakami, nawet jeśli ostatnio nieco się od siebie oddalili to czuła, że może na niego liczyć, tak jak on mógł na nią. Zawsze była gotowa mu pomóc. Jednak to wszystko okazało się być iluzją, coś namieszało jej w głowie, wspomnienia, które tak wiele dla niej znaczyły nie były prawdziwe. Sama zaczęła zastanawiać się, jak bardzo doppelganger wpłynął na to, co się wokół niej działo. Miała świadomość, że zajął się nie tylko ją, jej znajomi również go pamiętali, również gościł w ich pamięci, to było najgorsze. Trudno było Geraldine udowodnić, że to nie było prawdą, że nie wydarzyło się naprawdę. Okropnie bała się tego, że ta istota faktycznie przejmie jej życie, że wydarzy się to, czego bała się najbardziej na świecie - że zostanie zapomniana.

Spoglądała na Esmé dosyć niepewnie, nie miała pojęcia, co sobie pomyśli o tym, co mu opowiedziała. Miała nadzieję, że jej uwierzy, że nie będzie próbował negować tego, co udało jej się ustalić. Bała się, że jak co niektórzy ją wyśmieje, że będzie szedł zaciekle w narrację, że to z nią jest coś nie tak. Chyba by sobie z tym nie poradziła, gdyby po raz kolejny musiała walczyć z tym, co zrobił Thoran. Powoli zaczynało brakować jej sił. Wiedziała, że niedługo będzie musiała stawić czoła bestii, że ten dzień się zbliża. Im szybciej to zrobi, tym lepiej. Szczególnie, że wkurzył też kilku pracowników ministerstwa i zamierzali przekazać tę sprawę dalej, a do tego nie mogła dopuścić. Nie chciała, żeby niepotrzebnie interesowali się jej rodzinnymi problemami, wolała załatwić sprawę sama. Musiała to zrobić, aby nikt nie zarzucał im tego, że są łowcami i nie potrafią sami tego rozwiązać. To mogło im przynieść niepochlebną opinię, nie mogła do tego dopuścić.

Obserwowała go uważnie, gdy podnosił się z fotela, póki co nic nie mówił. Martwiło ją to. Przygasiła w końcu tego peta, którego przed chwilą paliła. Miała chęć wyciągnąć kolejnego, nawet to zrobiła, tyle że póki co wsadziła go sobie za ucho. Nie mogła palić aż tyle, nawet jeśli ta sytuacja była dla niej naprawdę stresująca. Zyskał na tym Beksa, bo Rowle wypuścił go z klatki, pozwolił mu rozprostować skrzydła, na chwilę przeniosła wzrok na smoczoognika, który korzystał z tymczasowo oddanej wolności.

- Dziękuję. - Powiedziała, gdy w końcu się odezwał. Czyli kojarzył jej brata, posiadał jakieś informacje. Miała nadzieję, że pomoże jej to sobie z nim poradzić, że może dowie się jakichś szczegółów, niby wiedziała już wiele, ale może akurat umknęły jej jakieś informacje. Skoro miała się z tym czymś zmierzyć, to musiała bardzo dokładnie przewałkować temat.

- Nie wiem do końca jak to działa, nie mam pojęcia jakim cudem to coś jest w stanie zmienić wspomnienia takiej ilości osób. Weryfikacja może być potrzebna. - Zdawała sobie sprawę z tego, że nie wszyscy kojarzyli Thorana, a jedynie niektórzy. Na jakiej podstawie doppelganger wybierał sobie osoby, którym mieszał w głowie? Nie wiedziała, może chodziło o tych, którzy coś znaczyli w jej życiu, którzy zaistnieli w nim chociaż na chwilę. Trudno jej było póki co znaleźć w tym większy sens.

- Właściwie to się przecież wydarzyło, tylko, że on nie jest moim bratem, a czymś innym, podszywa się pod niego, w sumie to nie podszywa, tylko tak jakby wykreował tę postać? - W jej głosie mógł usłyszeć wahanie. Myślała po prostu głośno i nie wiedziała, czy nie błądzi.

Przysunęła się nieco bliżej mężczyzny, gdy ten jak ona usiadł na ladzie. Widziała, że myśli nad czymś bardzo intensywnie, zresztą ona również mogła wydawać się zamyślona. Próbowała znaleźć jakiś sens w tej całej historii, ale nie przychodziło jej to łatwo. - Czyli był też już u ciebie? - Zapytała jeszcze, chociaż przecież o tym wspomniał. Nie spodziewała się jednak, że Rowle również mógł stać się celem Thorana. Raczej nikomu nie wspominała o ich współpracy, no może poza ojcem, bo Gerardowi wspomniała o tym, że udało jej się nawiązać współpracę z kimś wyjątkowym.

Słuchała bardzo uważnie tego, co Esmé miał jej do powiedzenia. Trochę ją to zmartwiło, bo jeśli bestia jako Thoran narobiła sobie wrogów na Nokturnie, to mogli oni również zainteresować się ją, jakby nie miała już wystarczająco problemów.
- Cztery lata temu... - To było dla niej dość istotne. Ile właściwie czasu to coś istniało w jej życiu, od ilu lat bawiło się nią, jej umysłem. Strasznie nie mogła się z tym pogodzić. Jakim cudem dopiero teraz to zauważyła, może marny z niej był łowca potworów.

- To naprawdę wiele, nie wiem jednak, czy powinnam iść na Nokturn, wygląda na to, że naraził się dużej ilości osób, nie dam rady posprzątać tego całego bałaganu. - Już wystarczająco wiele osób musiała przeprosić, odpłacić się im. Nie miała pojęcia, czy jest w stanie dźwignąć jeszcze więcej. Może był to już czas w którym powinna się pozbyć tego czegoś, to chyba była najprostsza opcja, zamiast świecić oczami.

- Plan? - Powtórzyła po nim. Tak, zastanawiała się przecież nad tym, jak powinna sobie poradzić z tym problemem, jednak planem by tego nie nazwała. Działała po omacku, szukała informacji, układała wszystko w całość, jednak nie przynosiło to odpowiednich efektów. - Tak naprawdę wiem, że muszę zamknąć to coś w naczyniu, będę musiała znaleźć kogoś, kto je zapieczętuje, żeby nie wylazł z niego ponownie. Z tego, co się zorientowałam, to one żyją w ten sposób, że odbierają życia innym. Najwyraźniej ten chciał zabrać moje. Nie zamierzam mu na to pozwolić, chociaż okoliczności są nie najlepsze. Nie wiem, czy mnie nie uprzedzi, boję się trochę, że nie zdążę, ale nie mogę sobie pozwolić na to, żeby nie być w pełni przygotowaną. To coś, jest naprawdę straszne. Nie pamiętam, kiedy ostatnio bałam się tak, jak tej nocy, gdy nawiedziło mnie we śnie. Nie mogłam się ruszyć, a ja raczej nie miewam takich problemów, byłam sparaliżowana. Co jeśli znowu mi się coś takiego przytrafi, co jeśli teraz też nie będę mogła nic zrobić? - Mówiła coraz ciszej, chyba faktycznie trochę była przerażona tym, co się wokół niej działo. Bała się tego, że tym razem sobie nie poradzi, że ją to przerośnie i nie będzie miał jej kto pomóc, może nawet i by się ktoś znalazł, ale kurewsko nie lubiła prosić o tę pomoc.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#10
09.08.2024, 03:03  ✶  

Oh, Esmé chciałby być tak nieustraszony, jak figurował w wyobrażeniach Ger. Może nawet w wyobrażeniach innych, którzy mieli okazję zobaczyć go "w akcji" podczas jego wczasów w Windermere. Odwagę łatwo myliło się z brawurą, głupotą i czystym szaleństwem i to co prezentował sobą Rowle było mieszanką każdego z "synonimów". Tak, bał się, ale niczym masochista - czerpał przyjemność z tego strachu. Ekscytował go tym, jak wpływał na jego ciało i umysł. Rzadko miewał okazję odczuwać tak mocne emocje, a apetyt rósł w miarę jedzenia. Chciał więcej i więcej, niczym narkoman, którego tolerancja zaczyna wzrastać. Odwaga, brawura, głupota i szaleństwo. Wszystko w jednym.

Oboje nie mieli do końca równo pod sufitem. Kaletnik nie liczył na spektakularną śmierć, bo ostatecznie niewiele obchodziło go to, by został zapamiętany. Był egoistą, egocentrykiem nawet, który żył prostą zasadą - jeżeli jestem ja, to nie ma śmierci, a jeżeli jest śmierć, to nie ma mnie. Dlaczego zatem miał interesować się wydarzeniami po swojej śmierci? Jego zwichrowany umysł co jakiś czas krążył wokół tematu wrażeń, które niemal gwarantowały śmierć. Jakie uczucie byłoby podczas umierania z przedawkowania, gdy umysł zupełnie nie był w stanie pojąć prostych fizycznych bodźców? A jak to byłoby skoczyć z mostu, bez żadnych lin i magii, po prostu spadać ku swej śmierci? Co to za uczucie? A może walczyć z kimś na śmierć i... śmierć? Walczyć tak długo, aż wyzionie ducha, sprawdzić ile surowej agresji byłby w stanie z siebie wykrzesać, nim uznałby, że to wszystko na darmo. Esmé liczył na śmierć, która przyniesie mu jak najwięcej wrażeń. I jak najbardziej unikalne wrażenia. Nie chodziło tutaj o cierpienie, bo wtedy wybór byłby prosty - spłonąć. Wolał unikać bólu, chociaż zdawał sobie sprawę, że również ciekawym byłoby zmaganie się z bólem tak wielkim, że rozrywającym nasz umysł w strzępy. Szalone, ale... przecież zawsze gonił za wrażeniami, czyż nie? Nikogo nie powinno to dziwić.

Nie, nie traktował ich "wybryku" w Windermere jako coś... poważnego. W żaden sposób. Dlatego właśnie z tego żartował, dlatego teraz zachowywał się, jakby to rzeczywiście był tylko i wyłącznie wybryk. I nic ponad to. Nie czuł się też winny za to, że nie przywiązywał do tamtych chwil żadnych konkretnych uczuć - w końcu była to prośba, którą spełnił, a która miała służyć zapomnieniu. Tak, jak niezobowiązujące dziesięć browarów po fatalnym rozstaniu. Ot metoda jak każda inna. Tutaj nie cierpiał żaden organ, ni wątroba, ni serce. Miał przynajmniej taką nadzieję.

- Niemniej, materiału mam wystarczająco. Rzeczywiście nie musisz już dokładać. - odparł, żeby nie wyszło, że nie ma zupełnie nic przeciwko temu, by zostawała ranna. Był wyuzdany, jasne, ale nowe blizny nawet jakby miały być argumentem dla ich zbliżenia, jakkolwiek absurdalnym, tak nie były mile widziane. Jej ciało wystarczająco się wycierpiało czego dowody dosłownie nosiło na sobie. Tutaj nie było nawet miejsca na dyskusję.

Nie spodziewał się, że właśnie tymi słowami zawstydzi Geraldine. Nie były wcale do tego wyspecjalizowane, a odniosły znacznie lepszy efekt, niż te skrojone pod krępowanie łowczyni. Właściwie powiedział jej o jego drobnej przypadłości, nie robiąc z tego niczego wielkiego, nie widząc w tym jeszcze niczego wielkiego. Uczucia jakimi darzył Ger płynnie zmieniały się wraz z kolejnymi wydarzeniami, a urlop w Windermere wcale nie zmienił ich tak drastycznie, a zwyczajnie... pchnął mocniej w kierunek, w który i tak zmierzały. Kaletnik nie widział w tym zauroczenia czy miłości. No, może jednak trochę z zauroczenia było, lecz był to przede wszystkim podziw. Narastał on od pierwszych chwil, od pierwszych wymienionych słów, a nawet spojrzeń. Wtedy też pojawiło się zainteresowanie samą osobą panny Yaxley. Podziw i zainteresowanie wzrastały z każdym kolejnym spotkaniem, wymienioną korespondencją i spędzoną razem sekundą. I wtedy Windermere krzyknęło "jest wspaniała!", a Esmé, niczym ocknąwszy się ze swoistego rodzaju hipnozy, odparł - "no tak, jest", nie wiedząc jak wcześniej był na to ślepy. Powrót do pracowni osłabił oczywiście to wrażenie fascynacji Geraldine, jednak rzemieślnik uznał to za naturalne - w końcu nie była obok. Chodziła mu po głowie, ale nie była na wyciągnięcie ręki, nie mógł rzucić na nią okiem i uzyskać kolejny dowód na to, że rzeczywiście była tak wyjątkowa, jak twierdził. To wszystko pomogło mu zrozumieć, że łowczyni, tak po prostu, mu imponuje. Wieloma cechami. Cóż, podobała mu się również, tak czysto estetycznie, ale to już dawno zostało zepchnięte na... cholera wie który plan. Cenił ją za znacznie więcej, niż za urodę, w której gustował.

Nie musi być ulotne, co? Czyżby furtka była na wpół otwarta? Oczywiście, jego prosty, męski umysł zwęszył szansę, ale... no właśnie, szacunek. Odczuwał duży szacunek do Geraldine i pewnych rzeczy zwyczajnie nie chciał robić. Nie teraz, kiedy widocznie miała problem, z którym się zmagała. Jasne, mógłby pomóc jej zapomnieć - ale to od niej zależała decyzja. On... był, ale nie chciał sugerować nic ponad to, że jest.

- Zamieszkasz ze mną na Nokturnie? - rzucił pytanie dosyć rozbawionym tonem, bo... żeby nie była tak ulotna, żeby mogła mu towarzyszyć tak, jak te wszystkie "zwidy" i myśli, to musiałaby tutaj mieszkać. Musiałaby spędzać długie godziny w jego, niestety, nieco śmierdzącej pracowni. Niektórzy... właściwie Esmé miał za mało znajomych, by mówić "niektórzy", ale ludzie raczej podejrzewali, że zamieszkuje... gdzieś. Na pewno nie tutaj, w tej pracowni. I mieli rację, lecz nie do końca. "Gdzieś" było... zaraz obok, w tym samym budynku, lecz za ścianą, która dzieliła część mieszkalną od tej roboczej. I nawet nie dało się wejść bezpośrednio do "tamtej" strony - zawsze należało przejść przez jego małe rzemieślnicze królestwo. Nawet wyobraził sobie takie wspólne życie z Ger. On rzemieślnik, Ona łowczyni i ich pies zwierzątko - Beksa. Jak ze snu magicznej, ale tradycjonalistycznej rodziny.

Czasami Rowle udowadniał jak tępy potrafił być. W ogóle nie zadał sobie pytania - kiedy? Kiedy zostały jego wspomnienia sfałszowane przez Doppelgangera? Przecież to było takie oczywiste, rzucające się w myśl pytanie. Tak absurdalnie banalne i ważne. Geraldine również nie znała szczegółów na temat działania tej umiejętności, ale Esmé wciąż mógł zaaplikować czystą logikę i zasady, które obowiązywały prawie wszystkie inne magiczne zjawiska. Coś musiało być "źródłem" tej ingerencji w pamięć. Zazwyczaj był to sam zmieniający je, zatem Doppelganger, ale... jak to ustalić? Przecież mógł podszyć się pod innego klienta Skóry i Kości, zmienić wspomnienia Rowle, a później wrócić pod postacią Thorana, która już figurowała w umyśle kaletnika. Skrzywił się niezadowolony tym, jak łatwo jego Prawda została wypaczona. Niewiele miewał postanowień, lecz teraz następowała ta rzadka chwila - postanowił coś na to zaradzić. Aby nigdy więcej nikt nie mieszał mu w głowie i nie zaburzał obrazu Prawdy.

- Był raz pod postacią Thorana, miał dla mnie zlecenie introligatorskie. Beksa coś zjadł, chyba od niego, dmuchnął ogniem jakby rzeczywiście miał smoki w pokrewieństwie i uszkodził manuskrypt, a twój rzekomy braciszek zaraz znikł, zostawiając mnie z problemem. Nie wiem za to czy nie był u mnie pod inną postacią. - wytłumaczył najlepiej jak potrafił, zdając sobie sprawę z jednej rzeczy - nie wiedział od kiedy pamięta o Thoranie. Czy było to rzeczywiście, gdy ten zjawił się wtedy z manuskryptem? A może dopiero teraz przypomniał sobie o nim, gdy Geraldine odwiedziła go? I kolejnym elementem zmienionych wspomnień było to, kiedy o nim sobie przypomniał więcej? Wszystko po to, by utrudnić śledztwo? Sprawa była naprawdę trudna w rozszyfrowaniu, ale Esmé wiedział, że czasami należało zrobić kilka kroków wstecz, cofnąć swoje postępy, by zbudować dobre fundamenty ku zdecydowanie lepszym... postępom. Wolał poddać pewne rzeczy wątpliwości, niż dać się im oszukać, zmierzając ze śledztwem dalej.
- Nie wiem czy to było rzeczywiście cztery lata temu. Pamiętam, że było to cztery lata temu, a czy było? Czy w ogóle było? Musiałbym z kimś skonfrontować te informacje, bo może się powielają. Niemniej, nawet to nie oznaczałoby, że są pewne. Koniec końców - zaufać da się jedynie rzeczowym dowodom. - uniósł wzrok, leniwie podążając wzrokiem za Beksą, który z uporem maniaka zataczał koła pod sufitem pracowni. Rowle śledził go leniwie, bo zrobiłoby mu się niedobrze, gdyby chciał rzeczywiście patrzeć jak stworzonko z zaskakującą prędkością kręci się w kółko. Dopalił papierosa, którego ugasił, sięgając aż do popielniczki. Okej, może kiepował na ziemię, ale bez przesady, że wyrzuci kiepa na podłogę. Może to był Nokturn, ale nie chlew.
- Posprzątać? - zapytał zaraz po niej, rzucając jej nieco zdziwione spojrzenie, by w końcu pokiwać głową na boki, zaprzeczając czemuś. - Nie, ty nic nie musisz sprzątać. - dodał i wystawił dłoń przed siebie, wewnętrzną częścią do góry, jakby... sprawdzał czy deszcz pada? Ale wewnątrz? Ku zaskoczeniu wszystkich - wewnątrz nie padało. - A już na pewno nie na Nokturnie. - i dalej tkwił z tą wystawioną ręką, teraz już nie patrząc na Ger, a gdzieś mniej-więcej w kierunku Beksy. - Nie ty nabrudziłaś, nie ty namieszałaś ludziom w głowach. Nie masz w tym żadnego udziału, więc czemu miałabyś ty sprzątać? - zaczął tłumaczyć i... zaraz wytłumaczyło się po co trzymał wystawioną dłoń. Zataczający kółka Beksa w końcu dostrzegł go i może nie od razu, ale po chwili wylądował na ręce kaletnika. - Próbując prostować sprawy na Nokturnie tylko pogorszysz wszystko. Doppelganger udowodnił mi i pewnie nie tylko mi, że zbyt łatwo nas oszukać. - kciukiem zaczął gładzić smoczoognika, który wręcz rozpłaszczył się na jego dłoni i pozwalał się głaskać, oczywiście nie zważając na ogon, który co jakiś czas wypuszczał kilka gorętszych iskierek. Niewystarczająco gorących, by sparzyć zgrubiałe dłonie rzemieślnika. - Ludzie tutaj pokładają dumę w przenikliwości i kłamstwie. - bo istotnie ważną cechą było dostrzeżenie kłamstwa, tak samo jak skorzystanie z niego. Szczególnie tutaj, szczególnie na tym marginesie społecznym gdzie takie zdolności były chlebem powszednim, z którego korzystał każdy. Nagminnie. Frajerem był ten, który tego nie robił.
- Mogę przejść się sam. Wypytam ludzi z Nokturnu o Thorana, a Ty tutaj zaczekasz na mnie. Co Ty na to? - posłał jej krótkie spojrzenie, ale zaraz wrócił do jaszczurki, wobec której czuł się trochę winny. Zamknął biednego Beksę w klatce, a ten padł ofiarą podstępu Thorana. I nie był niczemu winny... no prawie. I tak nie powinien zjadać czegoś z rąk nieznajomych.

Natychmiast zwrócił uwagę, że Geraldine mówiła ciszej i ciszej. Jej głos brzmiał mniej pewnie, bardziej drżąco, ale i słowa przekazywały prostą informację - strach. Esmé na moment zastygł w bezruchu, by zaraz podrzucić smoczoognika w powietrze, wypuszczając go z dłoni. Jaszczurka jeszcze chwilę krążyła przy nim, prosząc o dalszą atencję, której kaletnik nie potrafił jej teraz podarować. Jego ciemne, skupione spojrzenie powędrowało na Ger, bo pierwszy raz widział ją w takim stanie. Nie spodziewał się, że całe to zamieszanie z Doppelgangerem odciśnie aż takie piętno na niej. Musiał sporo nie wiedzieć, ale... wiedział tyle, ile się domyślał. Wiedział, że łowczyni mogła nie być przyzwyczajona do tego rodzaju pojedynków z potworami. Ta walka była nieoczywista, była jak z człowiekiem, który chciał cię zniszczyć w społeczeństwie. Ta walka nie należała do tych, które były domeną Ger. Tak podejrzewał Esmé. W tej domenie Rowle również nie błyszczał, lecz posiadał większą swobodę poruszania się.

Przełożył prawą rękę za jej plecy, łapiąc ją za ramię i przysuwając do siebie, pochylając ją w swoją stronę, by oparła się o niego, przytulając ją w ten sposób. Liczył, że nie będzie stawiać oporów, bo zdecydowanie nie posiadał warunków fizycznych, by zmusić Ger do przytulenia. Chwilę nic nie mówił, po prostu trzymał ją w objęciu, gładząc dłonią po jej ramieniu. Czasami lepiej było chwilę pomilczeć, dać wybrzmieć akcjom, a nie słowom.

- Możesz nocować u mnie, póki to się nie skończy. - mruknął półgłosem, bo w tym momencie wcale nie musiał mówić głośniej. - Mam duże łóżko, ale mogę spać na kanapie, jeżeli nie chcesz go dzielić. - nie miał na myśli żadnych intymnych zbliżeń. Nie chciał po prostu, aby Geraldine czuła, że tamten koszmar może się powtórzyć. Że znów będzie leżeć niezdolna do ruchu, gdy potwór był... jak na wyciągnięcie ręki. To uczucie bezsilności musiało być tym bardziej bolesne dla łowcy, który pewnie zawsze odczuwał, że ma możliwości. Nawet jeżeli niewystarczające, to chociaż mógł próbować, mógł walczyć, a nie być sparaliżowanym, czekając na dalszy obrót sytuacji. Zawierzając swoje życie... czemuś. Temu czemuś. - Mówię poważnie. - oferował to jak przyjaciel, a nie jak wspólnik, potencjalny partner czy osoba zauroczona. Poniekąd nie chciał, by się bała, ale głównym powodem była jednak egoistyczna chęć, by nic jej się nie stało. Żadna krzywda, której przecież mógłby zapobiec, gdyby był obok. Fakt, nie znał się na walce, ale oboje mieli większe szanse z tą dziwaczną istotą, niż w pojedynkę.
- Masz kogoś od pieczętowania? Może chociaż takiego rodzaju kontaktów byś potrzebowała? - zmienił temat, by w razie czego Ger nie czuła się przymuszona do zgody lub trwania w niezręcznej sytuacji, gdyby jednak odmówiła. I rzeczywiście chciał wiedzieć czy już ma kogoś, kto pomoże jej powstrzymać Doppelgangera, bo... znał różnych ludzi. Zajmujących się różnymi rzeczami. A oni znali jeszcze różniejszych ludzi. Wystarczyło odezwać się w odpowiednim miejscu, a wiele stawało się możliwe. Ot, urok Nokturnu.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Esmé Rowle (16012), Geraldine Greengrass-Yaxley (13292)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa