• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 11 12 13 14 15 16 Dalej »
1969 - Marsz Praw Charłaków - William & Fergus

1969 - Marsz Praw Charłaków - William & Fergus
The Alchemistake
—I am a brain—
The rest of me is a mere appendix
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Naukowiec/Antropolog MM
William zdaje się mieć głowę w obłokach przy swoich 185 centymetrach wzrostu i wiecznie nieobecnym spojrzeniu. Burza kręconych, czarnych włosów wydaje się niezdatna do zaczesania, zazwyczaj towarzyszy jej też lekkie zmarszczenie brwi; w zamyśle, skoncentrowaniu. Skrępowany w towarzystwie mówi zbyt wiele lub za mało. Często zapomina o skarpetkach (czasami nawet o butach) czy jak wiąże sie krawat, nierzadko zapina nierówno koszule (myli guziki). Mówi dość szybko, więc czasami trudno zrozumieć zlewające się ze sobą słowa, ewentualnie nie kończy myśli, więc trzeba go ciągnąć za język.

William Lestrange
#1
08.01.2023, 00:57  ✶  
Żałował.
Żałował, że postanowił dzisiaj wyjść z domu. Żałował, że nie mógł zrobić sobie przerwy (bo nigdy nie robił). Żałował, że składniki, po które musiał się wybrać były akurat w tej części miasta. Żałował, że nie sporządził wcześniej listy, aby je zamówić i nie musieć w ogóle doprowadzać się do stanu używalności.
Przestał żałować, gdy jego oczom, poza tłumem przetaczającym się przez wybrukowane ulice magicznego Londynu, ukazały się również trzymane przez ludzi transparenty. Cała niechęć, jakby nagle, wyparowała, a na jej miejscu pojawiło się zaciekawienie. William osobiście nie brał udziału w żadnych tego typu wydarzeniach, uważał, może błędnie, że te i tak niczego nie zmienią, a jedynie zmarnują jego energię. Starał się nie mówić tego na głos przy aktywistach, bo czuł się wtedy jakby podważał ich pracę, a nie o to mu przecież chodziło. Był myślicielem, naukowcem, a nie rewolucjonistą. Bieganie z transparentami lub różdżkami zostawiał tych, którzy czuli do tego powołanie, ewentualnie po prostu się na tym znali. On sam mógłby pomóc sprawie i o wiele lepiej by się jej przyczynił swoją wiedzą teoretyczną, być może uzdrowicielstwem i jakimikolwiek badaniami. To nie tak, że był całkowicie bezużyteczny w pojedynkach, potrafił się bronić, ale uważał za o wiele bardziej efektywne wykorzystywanie tych umiejętności, które udało mu się rozwinąć, niż te, które były na przeciętnym poziomie.
Dołączył do tłumu niespecjalnie przejmując się, kto taki w nim był - przynajmniej z początku. Tak czy siak musiał iść w stronę, w która zmierzała ogromna fala czarodziejów - i, jak już wywnioskował, charłaków. Zaczął się zastanawiać nad swoim postrzeganiem tej warstwy społecznej i, ze faktycznie, być może poświęcali im zbyt mało uwagi, nie dostosowywali czarodziejskich transportów ani niczego do tego, jak ci musieli funkcjonować bez magii. Williamowi było charłaków po prostu szkoda, automatycznie zaczął myśleć jak mógłby ułatwić im życie z użyciem swoim możliwości, niestety ten proces został gwałtownie przerwany krzykiem, jaki przesunął się, lawinowo, po całej grupie. Ludzie zaczęli wpierw odchodzić na bok, a potem w panice się przepychać. Lestrange na szczęście nie był głęboko w tłumie, przez chwile nie wiedział jednak co zrobić, popychany przez umykających uczestników protestu.
Nie widział co się stało, było za dużo ludzi, ale zorientował się, że po jednej ze stron protesty miały czerwone skreślenia na słowie 'niemagiczny'. Musiało więc dojść do bójki, może gorzej. Musiał się jak najszybciej wycofać... i wtedy zobaczył znajomą twarz, impuls uderzył go jak grom z jasnego nieba i wbrew zdrowemu rozsądkowi podążył w stronę tłumu łapiąc za ramiona Fergusa Ollivandera, który wydawał się utknąć pomiędzy wyrywającymi się do bójki mężczyzn.
- Mam nadzieję, ze nie będziesz miał mi tego specjalnie za złe, chyba robi się gorąco. Chyba, że chcesz dołączyć do kolegów? - odnosił się do niesamowicie rozochoconych sytuacją mężczyzn, zaraz też ktoś go popchnął, więc wpadł na Fergusa, ale wciąż trzymał się na nogach.


Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
"Toby"
There's a starman waiting in the sky
He'd like to come and meet us
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Fergus jest dość wysoki, bo mierzy metr osiemdziesiąt wzrostu, a do tego dość chudy. Patrząc na niego, ma się wrażenie, że może się złamać na pół. Ma długie, wiecznie rozczochrane włosy, które związuje, kiedy musi się skupić lub nad czymś pracuje i brązowe oczy w odcieniu czekolady. Zazwyczaj jest dosyć nerwowy i intensywnie gestykuluje, kiedy mówi. Jest leworęczny.

Fergus Ollivander
#2
09.01.2023, 17:44  ✶  
Trzymać się z daleka. To wpajał im ojciec od najmłodszych lat, gdy nastroje społeczne czarodziejów się zmieniały i nie dało się uniknąć rozmów na ten temat, a tym bardziej plotek. Ludzie rozmawiali, kłócili się, rozpoczynali temat za każdym razem, gdy przekraczali próg sklepu Ollivanderów, a ojciec Fergusa za każdym razem twierdził, że nie chce się wtrącać. Że to źle wpływa na interesy, zwłaszcza gdy kontrahenci stoją po przeciwnych stronach barykady i chcą, byś się określił. Ale takie podejście też miało swoje wady. Nie możesz przytakiwać wszystkim wokół, licząc na to, że się nie zorientują, tak samo nie możesz wierzyć w to, że jesteś neutralny. Nikt nie jest, każdy musi się w końcu określić.
Tylko że Fergusa nikt nigdy nie nauczył tego, co jest właściwe.
Unosił głowę za każdym razem, gdy za oknem przemykał ktoś z transparentami. Ludzie grupowali się od dłuższego czasu, najwyraźniej planując coś większego, ale gdy tylko podnosił się, by wyjrzeć na zewnątrz, ojciec zaraz znajdował mu coraz to nowsze zajęcie. Miał wrażenie, że będzie go tu trzymał siłą, znając porywczość własnego syna. A Fergus był ciekawy jak diabli, co takiego planowali. Protestowali mugole, protestowali i czarodzieje. Przypadłość ludzka, gdy coś się człowiekowi nie podoba. Ile trzeba mieć w sobie odwagi, żeby w ogóle wyjść pierwszemu na ulicę. Dołączenie do tłumu jest proste, pokierowanie nim to już działka kogoś charyzmatycznego.
Napisy na transparentach, wciąż nawiązujące do tego samego, uświadomiły mu, że właściwie nikt nigdy nie przejmował się zbytnio charłakami. Tak jak mugolakami, których rzucano w szkole na głęboką wodę, zostawiając ich bez żadnego przygotowania wśród czystokrwistych kolegów i licząc na to, że się zaklimatyzują, gdy jednocześnie oderwało się ich od rodziny. Jak mieli żyć ludzie, którzy nie wiedzieli, jak poradzić sobie wśród osób, które o istnieniu magii nie wiedziały, jednocześnie znając jedynie magiczną rzeczywistość? To było podłe, nawet jeśli te wszystkie dzieciaki mugolskiego pochodzenia drażniły go w szkole swoją niewiedzą i tym, że musiał im odpowiadać na wyjątkowo oczywiste pytania. W drugą stronę nie byłoby tak łatwo, mugole nieświadomi istnienia czarodziejów uznawali by charłaków za wariatów. Myślenie o tym wytrącało go z równowagi na tyle, że nie potrafił skupić się na kartach z rachunkami, które wcisnął mu ojciec. A za szybą witrynową zaczęło się robić gęsto od postaci. Aż korciło go, żeby wyjść na ulicę i usłyszeć te okrzyki, dotąd przytłumione przez szkło i zaklęcia wyciszające.
Wykorzystując nieuwagę ojca, wyszedł na zewnątrz, wpadając w wir wydarzeń. Otoczył go dym z rac, tabuny czarodziejów, plakaty wykorzystywane nie tylko do tego, by coś nimi zaprezentować, ale również do walki. Został pociągnięty z tłumem, za którym podążał, by nie zostać rozdeptanym. Ludzie krzyczeli na siebie nawzajem, jedni o prawach osób pozbawionych magii, inni o tym, by zostawić to w spokoju. Niektórzy radykałowie w ogóle o eksterminacji. Kogoś tu zdrowo powaliło.
Uchylił się przed czyjąś pięścią, jednocześnie będąc pociągniętym za ramiona. Wyrwał się tej osobie, zaskoczony chwytem i jednocześnie przerażony faktem, że ktoś go zaatakował. Odwrócił się, zaciskając palce na różdżce, którą miał w kieszeni szaty i uniósł ją, gotowy przyłożyć komuś zaklęciem. Ujrzał jednak znajomą twarz, co sprawiło, że wyluzował.
- Lestrange, przepraszam, myślałem, że chcesz mnie ukatrupić – zawołał do niego, przekrzykując hałas i przysuwając się bliżej jednej ze ścian, by uniknąć przepychanek. – Aż tak niskie masz o mnie mniemanie? – dopytał jeszcze, wskazując na bijących się mężczyzn. William mógł mieć właściwie rację, biorąc pod uwagę, że w szkole przyjaźnił się z Rookwoodem i obaj wdawali się często w różne bójki i pojedynki. Tak jak Lestrange był tym uprzejmym, starszym kolegą, który zawsze wiedział, gdzie skręcić, by dotrzeć do odpowiedniej klasy, tak Fergus mógł być dla niego nieznośnym rozrabiaką, który dopiero z wiekiem nabył trochę ogłady.
- Nie wiedziałem, że lubisz chodzić na protesty – zauważył, unosząc przy tym brew. Nadal zaciskał dłoń na różdżce, na wypadek, gdyby musiał jej użyć. – Jeśli chcesz, możemy spróbować dostać się do mojego sklepu, tam będzie spokojniej – zaproponował, widząc po minie mężczyzny, że raczej nie był zachwycony przebiegiem aktualnych wydarzeń.
Coś w oddali wybuchło, wywołując jeszcze większą panikę wśród ludzi.
The Alchemistake
—I am a brain—
The rest of me is a mere appendix
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Naukowiec/Antropolog MM
William zdaje się mieć głowę w obłokach przy swoich 185 centymetrach wzrostu i wiecznie nieobecnym spojrzeniu. Burza kręconych, czarnych włosów wydaje się niezdatna do zaczesania, zazwyczaj towarzyszy jej też lekkie zmarszczenie brwi; w zamyśle, skoncentrowaniu. Skrępowany w towarzystwie mówi zbyt wiele lub za mało. Często zapomina o skarpetkach (czasami nawet o butach) czy jak wiąże sie krawat, nierzadko zapina nierówno koszule (myli guziki). Mówi dość szybko, więc czasami trudno zrozumieć zlewające się ze sobą słowa, ewentualnie nie kończy myśli, więc trzeba go ciągnąć za język.

William Lestrange
#3
10.01.2023, 04:24  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.01.2023, 04:29 przez William Lestrange.)  
Mógł spodziewać się tak nagłej reakcji. W końcu byli w tłumie ludzi, którzy nagle zaczęli uciekać w popłochu lub szukać kogoś, komu mogliby obić twarz. Nie przemyślał tego, bo w sytuacjach społecznych był absolutnie bezużyteczny, wiedział jak reakcje wyglądają na papierze, mógł o nich czytać i pisać, ale gdy przychodziło co do czego i znajdywał się na ulicy pełnej ludzi, których umysły działały, popędzane związkami chemicznymi w ich ciałach, niezbyt się w tym odnajdywał, paraliżował go brak doświadczenia i chęć przemyślenia każdego, kolejnego ruchu. Uważał to za dziwne, bo w momencie zagrożeń - gdyby ktoś właśnie wycelował w niego różdżka - potrafił zareagować niesamowicie szybko, tak samo podczas udzielania pierwszej pomocy. Nigdy jednak takowa szybkość nie rozszerzyła się do reakcji spoza listy 'absolutna konieczność'.
- Jeszcze nie chce - odkrzyknął - i nieczęsto chodzę na protesty, ale patrząc na to, co tu się dzieje może powinienem zacząć. Zaraz będzie tu potrzeba uzdrowicieli, a nie charyzmatycznych aktywistów! - wyraził swoją opinię uchylając się przed strugą zaklęcia, która trafiła w kobietę nieopodal powodując, że upadła. Ludzie wokół niej zareagowali przeróżnie - jedni krzyknęli z przerażenia, inni rzucili się do ucieczki, jeszcze kolejni ruszyli w stronę, z której czar 'nadleciał', a ci co zostali próbowali odciągnąć ofiarę i sprawdzić czy jest stabilna (jeżeli o jakiejkolwiek stabilności można mówić w tej sytuacji).
- A dopchamy się tam? - zapytał, już ciszej, gdy musiał przysunąć się bliżej Fergusa, aby nie zostać stratowanym przez przepychających się ludzi - Jak ty się tu w ogóle znalazłeś skoro nie chciałeś dołączać do tych kolegów? - dopytał jeszcze zanim nie dostał pałką od czyjegoś transparentu w plecy. Zgiął się, bardziej w odruchu mającym ochraniać głowę przed czymś większym, ale z powodu też nieprzyjemnego bólu, który rozszedł się po jego plecach i kręgosłupie.
- Nosz jasna kurwa. - syknął pod nosem, prawie niesłyszalnie, a było to pierwsze przekleństwo, jakie Ollivander mógł usłyszeć od Williama. Nie, aby wcześniej rozmawiali jakoś często, ale na pewno widywali się na szkolnych korytarzach, siedzieli razem w Wielkiej Sali, bibliotece i pokoju wspólnym Krukonów. Lestrange wydawał się ułożony, ale po prawdzie był niesamowicie skrępowany w towarzystwie, mówił rzeczy, o których ludzie nie chcieli słuchać i jakie nie były adekwatne do danego towarzystwa. To były główne powody, dla których starał się trzymać buzię na kłódkę, a nie wstydliwość czy brak pewności siebie, jak mogło się niektórym wydawać.
- Wiesz co, mniejsza, prowadź do tego sklepu. Rozmowy potem, najpierw wydostańmy się stąd, bo zaraz zaczną rzucać brukiem. - spojrzał na swojego towarzysza (nie)doli i najchętniej już by go złapał i zaciągnął do bezpiecznego miejsca, ale to Fergus musiał ich prowadzić.


Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
"Toby"
There's a starman waiting in the sky
He'd like to come and meet us
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Fergus jest dość wysoki, bo mierzy metr osiemdziesiąt wzrostu, a do tego dość chudy. Patrząc na niego, ma się wrażenie, że może się złamać na pół. Ma długie, wiecznie rozczochrane włosy, które związuje, kiedy musi się skupić lub nad czymś pracuje i brązowe oczy w odcieniu czekolady. Zazwyczaj jest dosyć nerwowy i intensywnie gestykuluje, kiedy mówi. Jest leworęczny.

Fergus Ollivander
#4
11.01.2023, 17:36  ✶  
Pokątna nie była szeroką ulicą, co nie ułatwiało poruszania się tam w tłumie ludzi. Prowadziła prostą ścieżką pod Bank Gringotta i dopiero tam gdziekolwiek się rozwidlała. Cud, że ludzie nie zaczęli demolować okolicznych witryn, by znaleźć gdzieś schronienie przed agresywnymi aktywistami i ich przeciwnikami. Wiele osób znalazło się tu przecież przez przypadek, trafiając w to miejsce w nieodpowiednim czasie, robiąc zakupy, lub po prostu wracając z pracy.
- Jeszcze? – zdziwił się, parskając śmiechem, bo wziął jego słowa za dowcip. Były żartem, prawda? W innym wypadku Fergus zacząłby się obawiać o swoje życie w towarzystwie Lestrange’a. Chociaż nie on pierwszy i pewnie nie ostatni groziłby mu czymkolwiek, biorąc pod uwagę, jak często Ollivander podpadał swoim kolegom. – Najprędzej aurorów – odkrzyknął mu, przysuwając się do ściany, by uniknąć zaklęcia, przed którym William się uchylił. Miał rację, uzdrowiciele też by się zapewne przydali. Już zaczynał im współczuć nadmiaru pracy w Mungu, gdy tylko całe to wydarzenie dobiegnie końca. Choć nie wyglądało na to, by tłum miał się w najbliższym czasie rozejść.
- Chciałem sprawdzić, co się dzieje – wyjaśnił, wciąż trzymając się bliżej ścian, na wypadek gdyby ktoś postanowił ich zaatakować i musieli się skryć w jakimś budynku. Widział jednak, że właściciele niektórych z nich zamykali drzwi na klucz, obawiając się wandalizmu i nieproszonych gości. Najbezpieczniej było się stąd po prostu ewakuować. – I tłum pociągnął mnie aż tutaj.
Przywalił z łokcia osobie, która uderzyła Lestrange’a. Przecież nikomu się nie naraził, próbując po prostu przepchać w kierunku przeciwnym do tego, w którym kierowali się protestujący. Może jednak w tym leżał cały problem, że poruszali się nie z prądem, a przeciwko niemu.
Fergusowi przeszło przez myśl, że może więcej by osiągnęli, wpadając do Ministerstwa Magii. To tam siedziały wszystkie osoby, które miałyby jakiś znaczący wpływ na aktualną sytuację charłaków. I może urzędnicy przestraszyliby się rozróby na tyle, by przystać na postulaty. Chociaż… z otwartego terenu chyba prościej uciec przed aurorami i Brygadą Uderzeniową.
- Musimy spróbować się przepchać – powiedział, tak jakby William sam się tego nie domyślił. Wymijał ludzi, odpychając się rękoma i uchylając przed kolejnymi lecącymi zaklęciami. Wychodząc ze sklepu z różdżkami, nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Chciał tylko popatrzeć, posłuchać okrzyków i mądrych słów, a skończył między bijącymi się ludźmi.
Im bardziej się przepychał, tym bardziej miał wrażenie, że inni czarodzieje pchają go z powrotem. Nie był w stanie sprawdzić, czy drugi mężczyzna jest tuż za nim, bo zbyt mocno skupiał się na drodze i na tym, by ktoś nie znokautował go kijem lub innym przedmiotem. Banda jakiś chłopaków, w wieku chyba jeszcze szkolnym, zgarnęła kotły z wystawki jednego ze sklepów i waliła w nie niczym w bębny. Nawet uznałby to za zabawne, gdyby nie fakt, że już sobie wyobrażał, jak ktoś inny wykorzystuje je do znokautowania swojego przeciwnika.
- William? – upewnił się, obracając za siebie, gdy jego dłoń zacisnęła się na klamce jego własnego sklepu. Ktoś popchnął Fergusa, wpychając go na drzwi, ale wciąż starał się odnaleźć wzrokiem swojego towarzysza.
The Alchemistake
—I am a brain—
The rest of me is a mere appendix
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Naukowiec/Antropolog MM
William zdaje się mieć głowę w obłokach przy swoich 185 centymetrach wzrostu i wiecznie nieobecnym spojrzeniu. Burza kręconych, czarnych włosów wydaje się niezdatna do zaczesania, zazwyczaj towarzyszy jej też lekkie zmarszczenie brwi; w zamyśle, skoncentrowaniu. Skrępowany w towarzystwie mówi zbyt wiele lub za mało. Często zapomina o skarpetkach (czasami nawet o butach) czy jak wiąże sie krawat, nierzadko zapina nierówno koszule (myli guziki). Mówi dość szybko, więc czasami trudno zrozumieć zlewające się ze sobą słowa, ewentualnie nie kończy myśli, więc trzeba go ciągnąć za język.

William Lestrange
#5
20.01.2023, 03:56  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.01.2023, 04:07 przez William Lestrange.)  
Oczywiście, że był to żart. William nie miał absolutnie żadnego powodu, aby planować zamach na fergusowy żywot i nie spodziewał się, że ta kwestia się w przyszłości zmieni. Zauważając, że sens wypowiedzi dotarł do drugiego Krukona obdarzył to przelotnym uśmiechem, na tyle, na ile miał możliwośc w tym całym chaosie, przepychance i powoli tonącym w krzykach i zaklęciach świecie dookoła nich.
- Dzięki - bąknął, gdy Ollivander wycelował łokciem w osobę z transparentem. Zaraz też zaczał szukać drogi dalszej ucieczki, chociaż tych było niewiele, a nawet jeżeli w tlumie pojawił się przebłysk, to zaraz zapełniał się kolejną osobą lub nawet paroma, które pchały się w przeciwną stronę, szarpały z kimś obok siebie lub celowało różdżką w coś, czego Lestrange nie mogł już zauważyć, bo było poza zasiegiem jego wzroku.
- No co ty nie powiesz - mruknął tylko, na kolejne zdanie, jakie wypowiedział w jego stronę znajomy towarzysz z przypadku, ale zaraz się zreflektował, bo nie było to ani miejsce, ani czas na tego typu sarkastyczne teksty. Skarcił się w myślach, nigdy nie był najlepszy z wyczuwaniem atmosfery, nawet gdy ta uciskała go z każdej strony plecami, rękoma, butami, nogami i głowami innych, probujących zgnieść go ludzi.
Zaraz zaczął podążać za Fergusem w stronę wspomnianego przez niego sklepu, próbował dotrzymać mu tempa i w miarę się nie rozdzielać, ale czasami było to niemożliwe, bo chaosu, okrzyków i padajacych ludzi było coraz więcej. W pewnym momencie musiał uważać jak stąpa, aby nie zadeptać tych już leżących na bruku. Nawet instynkt uzdrowiciela nie zmusiłby go teraz do pomocy im, bo też pierwszą zasadą jakiejkolwiek pracy było upewnienie się, że otoczenie jest na tyle bezpieczne, że można ją wykonać. Niestety, protest (a nawet dwa, bo był też ten 'anty') zagrażał zdrowiu, a nawet i życiu wszystkim, którzy teraz znajdowali się na ulicy Pokątnej.
Rozproszyła go grupa chłopców wpierw grająca na bębnach, a potem odpalająca też szmaty zawinięte na złamanych kijach - prawdopodobnie po transparentach, które teraz wszyscy deptali wraz z ciałami tych, którzy już stracili przytomność. Łuna płomieni padła na twarz Lestrange'a, a ten nie mógł przez chwilę się ruszyć, oderwać od pochodni wzroku, jakby zahipnotyzowany, pożerany przez myśli o tym, jak niebezpiecznie się tu zrobiło tylko w przeciągu paru minut. Zaraz ktoś się na niego przewrócił, przerażająco krzycząc, coś mocno uderzyło go w plecy, znowu. William podparł się o ścianę, aby nie stracić równowagi, serce zaczęło mu szybciej bić, spojrzał w przód, wciąż widział plecy Ollivandera, który parł do przodu, nie był daleko i wydawał się rozglądać, wymówił też jego imię. Zaczęło szumieć mu w uszach, nawet nie był pewien kiedy dokładnie wyciągnął różdżkę ani jakie zaklęcie wymamrotał pod nosem, był oszołomiony, ale szedł za instynktem. Zakładał, że czar nie zadziałał tak, jak powinien, bo poza tym, że niektórych ludzi po prostu od niego odrzuciło, on sam prawie wpadł na Fergusa, pchając go na drzwi, przez co wlecieli do sklepu lądując na podłodze.
Uderzył ciałem i też głową o deski, więc zrobiło mu się czarno przed oczyma, nie był pewien czy wciąż miał swoją różdżkę, czuł, że jest cały posiniaczony, a okrzyki ludzi z ulicy dobiegały do niego jakby zza ściany. Otworzył oczy, kręciło mu się w głowie, ale poderwał się, opierając na łokciu, szukając swojego towarzysza.
- Fergus? Fergus, wszystko w porządku? - prawie, ze krzyknął, spanikowany, bo wciąż nie wiedział co dokładnie się wokół nich dzieje.


Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
"Toby"
There's a starman waiting in the sky
He'd like to come and meet us
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Fergus jest dość wysoki, bo mierzy metr osiemdziesiąt wzrostu, a do tego dość chudy. Patrząc na niego, ma się wrażenie, że może się złamać na pół. Ma długie, wiecznie rozczochrane włosy, które związuje, kiedy musi się skupić lub nad czymś pracuje i brązowe oczy w odcieniu czekolady. Zazwyczaj jest dosyć nerwowy i intensywnie gestykuluje, kiedy mówi. Jest leworęczny.

Fergus Ollivander
#6
27.01.2023, 21:06  ✶  
Napierający na siebie ludzie przypominali Fergusowi nieco tłumy na koncertach, próbujące przepchać się pod scenę, by znaleźć się jak najbliżej ulubionego zespołu. Tyle że tutaj nie było określonego punktu, do którego wszyscy by dążyli, a hałas nie pochodził z jednego miejsca, a zewsząd wokół. I nawet jeśli miał jakieś doświadczenie w popychaniu i przeciskaniu się między ściskającymi się nawzajem czarodziejami, to jednak w przypadku wydarzeń muzycznych nikt nie groził mu śmiercią, stałym uszczerbkiem na zdrowiu, czy podpaleniem włosów. No dobra, kiedy zapalniczki lub różdżki szły w ruch, wtedy może i istniało takie ryzyko. Ale żeby od razu pochodnie?
W uszach dzwoniło mu, jakby coś niedaleko wybuchło i może rzeczywiście nawet tak było. Nie potrafił ogarnąć tego zamieszania, działając zupełnie automatycznie. Planował dopchać się do swojego sklepu i dopilnować, by Lestrange znalazł się tam razem z nim. Bezpieczni na tyle, na ile mogli. Skoro William w jakiś sposób ocalił go przed znalezieniem się w środku groźnej i wyjątkowo bezmyślnej walki, musiał się mu w jakiś sposób odwdzięczyć i przynajmniej pozwolić przeczekać to zamieszanie w spokojniejszym miejscu niż samo epicentrum prostestu, który zamienił się w… brzydko mówiąc… napierdalankę.
Nawet nie chciał się zastanawiać, ile zdobył siniaków podczas tego krótkiego wyjścia. A wszystko to za sprawą uderzeń łokci, kolan i barków najróżniejszych osób. Potknął się o coś, co mogło być jednym z nieprzytomnych ciał, ale obawiał się spojrzeć w dół, więc przytrzymał się po prostu jednej z witryn, próbując przy tym zneutralizować nieprzyjemne uczucie żołądka podchodzącego mu do gardła. Nie wypadało po nikim deptać, ale nie dostał żadnego wyboru w sytuacji, w jakiej obaj się znaleźli. Jeśli zbyt mocno skupiałby się na innych, sam zaraz stałby się jednym z poszkodowanych.
Znalazł Williama wzrokiem w chwili, gdy ten wyciągał przed siebie różdżkę, gotowy odepchnąć ludzi odcinających mu drogę. I już miał mu pomóc, ale nie zdążył, bo poczuł uderzenie, którego siła wepchnęła go do sklepu. Coś ciężkiego przyparło go do podłogi, sprawiając, że jego twarz doznała bliskiego spotkania z zakurzonymi deskami. Aż mu na moment zaparło dech w piersi i nie mógł się poruszyć do momentu, aż usłyszał bardzo głośny krzyk Williama. Tak, jakby mężczyzna nie ogarnął, że znaleźli się w pomieszczeniu, a cała sceneria walk rozgrywała się za witrynową szybą.
- W porządku – powiedział, przewracając się na plecy i oddychając ciężko po całym wysiłku włożonym w przedostanie się do sklepu, a tym bardziej po upadku, przez który wciąż bolało go ramię. – Co to było za zaklęcie? – zapytał zdziwiony, zdając sobie sprawę, że rykoszet był na tyle silny, że musiało też odepchnąć wszystkich ludzi znajdujących się w promieniu metra od nich.
Kręciło go w nosie od kurzu, wciąż miał wrażenie, że szumiało mu w uszach po tych wszystkich wybuchach, a na dodatek adrenalina krążyła w żyłach, tworząc uczucie niepokoju i gotowości do dalszej walki o przetrwanie. Przesunął się na podłodze, kopiąc drzwi, by zatrzasnęły się z głośnym hukiem. Zahaczyły przy okazji o dzwonek, sprawiając, że rozbrzęczał się jak opętany, nie mogąc powrócić do stanu bezruchu.
- Czy tylko ja mam takie wrażenie, czy kogoś zdrowo pojebało z tym protestem? – zapytał, obracając głowę, by spojrzeć na leżącego obok niego Lestrange’a. Sądząc po tym, że nikt nie wpadł tu z krzykiem z zaplecza, jego ojciec musiał się teleportować do domu, nim marsz zaczął się na dobre. Lepiej dla niego, bo uniknął niepotrzebnego stresu, a i Fergus dzięki temu miał chwilę spokoju bez zbędnych uwag na temat tego, że nie powinien był w ogóle wychodzić. – Żyjesz? – dopytał jeszcze dla pewności, widząc panikę w oczach Williama.
The Alchemistake
—I am a brain—
The rest of me is a mere appendix
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Naukowiec/Antropolog MM
William zdaje się mieć głowę w obłokach przy swoich 185 centymetrach wzrostu i wiecznie nieobecnym spojrzeniu. Burza kręconych, czarnych włosów wydaje się niezdatna do zaczesania, zazwyczaj towarzyszy jej też lekkie zmarszczenie brwi; w zamyśle, skoncentrowaniu. Skrępowany w towarzystwie mówi zbyt wiele lub za mało. Często zapomina o skarpetkach (czasami nawet o butach) czy jak wiąże sie krawat, nierzadko zapina nierówno koszule (myli guziki). Mówi dość szybko, więc czasami trudno zrozumieć zlewające się ze sobą słowa, ewentualnie nie kończy myśli, więc trzeba go ciągnąć za język.

William Lestrange
#7
22.02.2023, 06:25  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2023, 06:42 przez William Lestrange.)  
Trudno było złapać oddech, przyzwyczaić rozjuszony absolutnym chaosem umysł do spokojniejszych warunków. Nic dziwnego, że William w pierwszym momencie wciąż miał panikę w oczach, zwłaszcza, że przy upadku bardzo mocno uderzył się w głowę, to z zasady nie pomagało w szybkim orientowaniu się. Dopiero, gdy odnalazł spojrzeniem swojego kompana, a ten zdawał się, sądząc po tym co mówił i jak zwinnie się poruszał, nie być w stanie agonalnym, uspokoił rozszalałe myśli, spanikowanie ściskiem w tłumie i głośnymi wybuchami, gorącymi płomieniami.
Dzwoniło mu w uszach, więc przycisnął jedno z nich, starając się wyciszyć. Powoli pozbierał się, aby nie leżeć obłogiem na deskach sklepu, acz wciąż nie wstał z podłogi, rozglądając się dookoła i mimochodem zerkając na zewnątrz, gdzie wciąż rozgrywały się dantejskie sceny.
- Nie wiem - odparł w pierwszym momencie, wciąż oszołomiony, acz jego słowa były szczere. Potarł wierzchem dłoni nos, a potem czoło, przymykając na chwilę oczy i biorąc głęboki oddech. Nie był przyzwyczajony do tłumów w normalnych warunkach, a co dopiero do tak agresywnych zbiegowisk; za progiem sklepu adrenalina buzowała, reakcje były automatyczne, tutaj, w zaciszu sklepu, świadomość pukała do zbiorowiska nieprzyjemnych myśli.
- Odpychające, ale wzmocnione, tak myślę. Tak, raczej na pewno, musiało wyjść okropnie źle, albo też okropnie dobrze, skoro tak szybko znaleźliśmy się u celu - parsknął pod nosem, bo sposób może nie był idealny, nawet nie przemyślany, ale skoro zadziałał, jak powinien, to nie można było narzekać.
Rozejrzał się za swoją różdżką, bo jej nieobecność zaczynała go powoli martwić. Pomacał dłońmi kieszenie i resztę ubrania, jaką miał na sobie. Wyciągnał z wewnetrznej kieszeli okulary, niewielkie, acz teraz ze zbitymi szkłami. Skrzywił się - Nie pierwszy i nie ostatni raz w tym miesiącu - wymamrotał bardziej do siebie, niż do Ollivandera, a oprawki z resztkami szkieł wsunął z powrotem na swoje miejsce, kontynuując poszukiwania różdżki.
Rozejrzał się, marszcząc brwi, bo podłoga była równie drewniana, co jego 'magiczny kijek', choć musiał przyznać, że surowiec z jakiego był zrobiony miał definitywnie ciemniejszy od desek w sklepie. Przesunął się odrobinę w przod, szorując pośladkami po posadzce i ostatecznie podnosząc się chwiejnie do pionu, wtedy ją zobaczył. Leżała tam, gdzie on przed chwilą siedział. Podniósł złamane drewno i spojrzał na Fergusa, to na przedmiot, który jeszcze chwilę temu uratował im skórę.
- Cóż, zawsze mogłem ją złamać w sklepie nie-różdżkarskim, to zawsze jakiś pozytyw - mruknął pod nosem i spojrzał po poukładanych w skrupulatnym porządku pudełeczkach z nowymi różdżkami.
Strzepnął z siebie kurz, który zapewne zaległ na ubraniu jeszcze przez odgrywające się na zewnatrz drastyczne sceny.
- Wydaje mi się, że charłaki i ich sprzymierzeńcy, z zasady, nie są agresywni, komuś definitywnie musiało się nie podobać, że chcieli sobie w spokoju przemaszerować przez Pokątną - stwierdził, bo nie trzeba było geniusza (którym, tak czy siak, był), aby dojść do takiego wniosku.
- I, odpowiadając na twoje pytanie, zdaję się, że jestem żywy, chodzę o własnych siłach, nawet udało mi się złamać różdżkę, jakbym nie żył chyba bym nie był tak żwawy. Chociaż, wampir czy ghoul też potrafią wszystko to, co wymieniłem - tak, Lestrange miał przedziwne poczucie humoru, nie bez powodu zazwyczaj siedział w swoim towarzystwie (reszta po prostu za rzadko śmiała się z jego żartów, uważając je za raczej martwiące, może i słusznie).


Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
"Toby"
There's a starman waiting in the sky
He'd like to come and meet us
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Fergus jest dość wysoki, bo mierzy metr osiemdziesiąt wzrostu, a do tego dość chudy. Patrząc na niego, ma się wrażenie, że może się złamać na pół. Ma długie, wiecznie rozczochrane włosy, które związuje, kiedy musi się skupić lub nad czymś pracuje i brązowe oczy w odcieniu czekolady. Zazwyczaj jest dosyć nerwowy i intensywnie gestykuluje, kiedy mówi. Jest leworęczny.

Fergus Ollivander
#8
02.03.2023, 20:23  ✶  
- Masz talent – rzucił kąśliwie, wciąż leżąc na podłodze i starając się powstrzymać przed kichnięciem. – Pewnie skończyłeś Hogwart z wyróżnieniem?
Przeturlał się nieco w kierunku sklepowej lady i przytrzymał jej, próbując podciągnąć do siadu. Coś strzykało mu w barku, jakby miał przynamniej z siedemdziesiąt lat, a nie dwadzieścia trzy i całe życie przed sobą. Patrząc jednak na to, co wciąż działo się za szybą witrynową, cudem było, że w ogóle dożyli wpadnięcia do sklepu Ollivanderów. Nawet jeśli przez chwilę mogli poczuć się bezpiecznie, nie zdziwi się, jeżeli ktoś za chwilę dostrzeże ich przez okna i postanowi poszukać tutaj schronienia. A Fergus niespecjalnie kwapił się do tego, aby wpuszczać tu w tym momencie obcych ludzi. Lestrange’a kojarzył jeszcze z lat szkolnych, podczas marszu trzymali się razem i w dodatku ocalił go przed rozkwaszeniem mu nosa – zasługiwał na to, żeby się tu skryć.
Przyglądał się, jak William wyciąga połamane okulary. Sam obawiałby się trzymać coś tak delikatnego po prostu w kieszeni, bez żadnego dodatkowego pudełka. Mimo wszystko czarodzieje bez problemu mogli naprawiać wszelkie rozbicia i wygniecenia. Po co więc mężczyzna miałby się przejmować czymś takim jak opakowanie? Różdżki też większość nosiła przecież w kieszeniach płaszczy czy spodni, narażając na zbędne złamania i ukruszenia. Tak też się zresztą stało w przypadku Lestrange’a.
- Lepszego miejsca nie mogłeś znaleźć – zażartował i podniósł się, zataczając nieco na nogach. Pozycja siedząca zdawała mu się o wiele przyjemniejszą, ale skoro już stał, nie zamierzał ponownie lądować na podłodze. Chwycił się lady, próbując utrzymać równowagę, a drugą dłonią przetarł twarz, by bardziej wrócić do rzeczywistości. Nie miał pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Wynurzył się na zewnątrz tylko po to, by przez chwilę popatrzeć, a przypadkiem wpadł w epicentrum niebezpiecznych wydarzeń, których nie przetrwałby, gdyby nie dawny znajomy ze szkoły.
- Mam wrażenie, że gazety obrócą to wszystko przeciwko protestującym i przypiszą zachowanie kontr-manifestu charłakom – przyznał po słowach Williama, układając je sobie w głowie. – Prorok lubi sobie podkoloryzować.
Czując się pewniej, odsunął się od lady i skinął Lestrange’owi głową w kierunku zaplecza. Nawet jeśli światło pozostawało zgaszone, a na dworze zaczynało się powoli ściemniać, nadmierne ruchy mogły przykuć czyjąś uwagę. A i tak musieli znaleźć mu nową różdżkę, a o wiele większy wybór Ollivanderowie mieli poza głównym pomieszczeniem.
- W takim razie mam nadzieję, że nigdy nie spotkam wampira albo ghoula – przyznał, prowadząc Williama w kierunku biura, choć do niego nie weszli. Zatrzymali się w korytarzu, dość szerokim, by pomieścić dwie osoby. Po obu jego stronach wznosiły się aż do sufitu podłużne pudełka, a każde z nich opisane srebrnym, starannym pismem. Drewna, rdzenie i długości – wszystko to, co było potrzebne do określenia danej różdżki. – Chcesz spróbować sam sobie jakąś wybrać? Może intuicja podpowie ci coś dobrego – zaproponował, wskazując na wieże kartonów. Jeśli Lestrange’owi się nie powiedzie, pewnie mu pomoże. – Mogę ewentualnie spróbować naprawić ci poprzednią różdżkę, ale taniej i szybciej będzie znaleźć nową.
Nadal docierały do nich krzyki tłumu, trzaski i wybuchy, jednak przytłumione przez ściany budynku i odległość. Jak gdyby znajdowali się w akwarium, otoczeni przez niebezpieczny protest.
The Alchemistake
—I am a brain—
The rest of me is a mere appendix
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Naukowiec/Antropolog MM
William zdaje się mieć głowę w obłokach przy swoich 185 centymetrach wzrostu i wiecznie nieobecnym spojrzeniu. Burza kręconych, czarnych włosów wydaje się niezdatna do zaczesania, zazwyczaj towarzyszy jej też lekkie zmarszczenie brwi; w zamyśle, skoncentrowaniu. Skrępowany w towarzystwie mówi zbyt wiele lub za mało. Często zapomina o skarpetkach (czasami nawet o butach) czy jak wiąże sie krawat, nierzadko zapina nierówno koszule (myli guziki). Mówi dość szybko, więc czasami trudno zrozumieć zlewające się ze sobą słowa, ewentualnie nie kończy myśli, więc trzeba go ciągnąć za język.

William Lestrange
#9
05.04.2023, 21:42  ✶  
- Oh tak, z wyróżnieniem i dyplomem najbardziej irytującego dzieciaka jakiego gościła sala od eliksirów - przyznał, bo mimo ogólnego braku zrozumienia co do kontekstu, gdy ktoś żartował, to akurat wyłapał. Poza tym, nawet Fergusa w żaden sposób nie okłamywał. Po latach wysłał nauczycielowi od eliksirów list, że ten mylił się w lekcji na czwartym roku i, że powinien uwzględnić to w następnym wykładzie do młodzieży.
Zastanowił się chwilę jak bardzo przywiązany jest do swojej różdżki. Teoretycznie był to tylko przedmiot, który bardzo łatwo mogł zastąpić. Niektórzy czarodzieje mieli zapasowe, nawet gdy nie zrobili nic z tymi głównymi, jakie używali na codzień. Lestrange zdawał sobie sprawę, że bez magicznego przedłużenia ręki nie będzie mógł kontynuować eksperymentów, pracy i podejmować wielu innych czynności. Czyżby był to czas na nauczenie się magii bezróżdżkowej? Na pewno ułatwiłoby mu to życie.
- Podramatyzują i przestaną - przyznał neutralnie. Nie wypowiedział tych słów ani z niechęcią w stronę protestujacych, ani też bez zbędnej nienawiści w stronę wymienionej gazety. Ot, niespecjalnie obchodziły go te wszystkie społeczno-polityczne dramaty, jeżeli akurat nie był w nie wciągnięty. Niby posiadał chęć pomocy rannym, jako ktoś, kto mógłby bez trudności wykonywać pracę uzdrowiciela musiał mieć odrobinę empatii. Nie zmieniało to faktu, że dość często uważał wtrącanie się i angażowanie w tego typu sprawy za problematyczne. Jeżeli chodziło tylko o leczenie i pomaganie, to był do dyspozycji, acz gdy do rozmowy wchodziły stronnictwa polityczne starał się nie wypowiadać swoich myśli, nauczony, że ludzie zdają się oceniać wszystkich według swoich własnych miar, nie rozumiejąc, ze świat nigdy nie był, nie jest, ani nie będzie czarno biały.
- To już któraś z kolei, zazwyczaj dobrze mi się pracuje z cisem, włosem z ogona testrala, długość około trzynastu cali, ta była długa na trzynaście i jedną trzecią - poinstruował, gdy weszli na zaplecze i, gdy nie musiał patrzeć na chaos, który wyczyniał się za oknami sklepu. Im głębiej wchodzili, tym bardziej otulała ich cisza, zakłócana jedynie tykaniem zegara stojącego w gabinecie nieopodal.
- Zdecyduję się na nową, już trudno. Nie mogę sobie teraz pozwolić na chodzenie bez różdżki przez następne pare dni, muszę być w Paryżu nazajutrz - wyjaśnił po krótce, rozglądając się dookoła. Zadarł podbródek spoglądając w górę. Zazwyczaj widział tylko część sklepu dostępna dla klientów, więc przebywanie w tym pomieszczeniu było nowym doświadczenie.
Nie spodziewał się, że dzisiejszy dzień zakończy kupnem różdżki, a nie odebraniem potrzebnych do eliksirów składników, ale tak samo nie zakładał, że na jego oczach odbędą się uliczne walki.
Życie pełne było niespodzianek.

Koniec sesji


Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Fergus Ollivander (2259), William Lestrange (2399)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa