Charlotte mogłaby przysiąc, że było tych ludzi mniej niż jeszcze kilka miesięcy temu o tej porze i nie musiała być naukowcem, aby wysnuć wniosek, że Beltane zaszczepiło w ludziach pewną nerwowość. Nie na tyle dużą jednak, aby niektórzy w lecie nie zaczęli zapominać o widmie wiosennych ogni, skuszeni wizją dobrej zabawy. O, grupka czarodziejów na przykład, która śmiała się głośno w pobliżu wejścia do kamienicy, w której znajdowało się mieszkanie Kelly’ch – pewnie w maju czy czerwcu nie odważyliby się na przebywanie na zewnątrz, zwłaszcza w stanie podchmielenia… Chociaż coś za dobrze byli ubrani, jakoś tak elegancko, na bandę pijaczków…
Charlotte nie przyjrzała się im jednak uważnie, bo gdy zerknęła w jedną z mijanych witryn i przystanęła, by odruchowo poprawić włosy, dostrzegła w odbiciu także swojego syna.
– Jessie – powiedziała srogo, odwracając się do niego. – Wiesz, która jest godzina? Czy te przebrzydłe gobliny znowu kazały ci pracować po godzinach? – spytała, jakby wcale sama nie wracała z Ministerstwa późną porą. Ale w swojej hipokryzji pani Kelly uważała, że to coś zupełnie innego! W końcu chodziło o karierę naukową, a taka wymagała poświęceń. Poza tym ona nie pracowała dla goblinów.
Można było wyjąć czystokrwistą kobietę z rodu czystej krwi (czy też raczej: Charlie sama się z niego wyjęła), ale pewne uprzedzenia pozostawały na całe życie. O, te dla goblinów na przykład. Charlotte uważała, że ranią zmysły estetyczne, w ogóle nie znają się na modzie, a nie pomagało i to, że miała je za wredne i chciwe – sama też może była wredna, ale przynajmniej dobrze przy tym wyglądała.