Umiała kłamać, a czego nie załatwiało kłamstwo, dało się ograć pewnością siebie i bezczelnością. Dlatego wyciąganie informacji z innych członków zabawy nie było czymś, co mogłaby uznać za wyzwanie.
- Mogłabym, ale chyba wolę zostać przy bufecie. Widzę krewetki w szampanie - stwierdziła niemalże radośnie. Nauczyła się doceniać takie rzeczy, bo gdy była młodą kobietą, mogła jeść tyle krewetek w szampanie i homarów, ile tylko zapragnęła, a potem w jej życiu wystąpił ich gwałtowny deficyt. Teraz zaś czasem mogła je kupić, czasem pojawiały się na przyjęciach jej przyjaciół, ale też nie jadała ich na co dzień. - Och, jeśli będzie przyzwoicie wyglądał, mogę tańczyć. Jeśli nie, niech sobie szuka innej partnerki. Zresztą widzę tu dwie znajome twarze, to chyba pracownicy Ministerstwa.
Dlaczego miałaby nie tańczyć? Tańczyła oczywiście wspaniałe, bo ona w ogóle była wspaniała, przynajmniej we własnym mniemaniu. Zaraz jednak przypomniała sobie, że był tutaj też jej syn i on mógłby czuć się nieswojo, gdyby zostawiła go samemu sobie pośród obcych.
– A ty masz ochotę zatańczyć z którąś z tych dziewczyn? O, albo łapać muszkę, chyba będą rzucać bukietem i muchą – powiedziała, zauważając, że jednak ludzie nie gnają na razie na parkiet, a dziewczęta są zaganiane w jedną stronę, chłopcy w drugą. Wokół nich, przy bufecie, zrobiło się niemal pusto, bo wszyscy albo brali udział w zabawie, albo szli bliżej, by ją obserwować. Charlotte zmarszczyła brwi, tknięta nagłą myślą i pochyliła się nieco do syna.
By zadać pytanie, które mogłoby wywołać śmierć bez zakrztuszenie, ale… no po prostu pasowało do Charlotte Crouch – Kelly, która zwykle nie miała oporów. A tak nagle ją uderzyło, że chociaż widziała nieraz córkę flirtującą z chłopcami, to syn chociaż nie był już dzieciakiem, nigdy nie przyprowadził do domu żadnej dziewczyny i nawet nie pamiętała, żeby o jakiejś wspomniał…
– Czy w ogóle chcesz tańczyć z dziewczynami? Bo jeśli wolisz z chłopcami, to tak publicznie nie polecam, ale oczywiście masz moje pełne wsparcie – zapewniła, ze swobodą kogoś, kto po prostu przywykł już przy swoich kolegach do pewnych spraw. Ciężko byłoby nie, obserwując dobre dwa lata Tony’ego, patrzącego na Jonathana z oczami pełnymi serduszek. I pomyśleć, że ten głupi Gryfon niczego nie zauważył!