I w prawo.
I w lewo.
I w prawo.
I w lewo.
I tak w kółko. Ciekawe, kiedy rozboli go od tego kark.
Jasper Kelly stał obok Fontanny Syreny, która właściwie to przedstawiała trytona, z groźną miną obserwującego przechodniów. Nie patrzył jednak na samą rzeźbę, a trochę niżej, bliżej ziemi, na jasny, nie tak mały, punkt, pojawiający się przed fontanną i na ułamek sekundy znikający za nim. Punktem tym był pies. Jego pies, Benji, który z jakiegoś powodu zapragnął przyprawić się o zawroty głowy, bo od dobrych kilku minut krążył tak dookoła fontanny, nie zatrzymując się nawet na chwilkę. A Jessie tak stał i patrzył na niego, zastanawiając się, skąd właściwie w jego ciele tak duże pokłady energii. Trochę mu tego nawet zazdrościł, bo on sam czuł się, jakby ktoś wbił mu igłę w ramię i wypuścił z niego energię, jak powietrze w przebitego balona.
Ale czy powinien porównywać się w tym momencie do psa? W końcu pies nie musiał wstawać rano i przychodzić do pracy, w której musiał pracować, a po powrocie do domu nie musiał jeszcze zajmować się swoim pupilem, więc nie tracił tak dużo energii.
W takich momentach Jessie ogromnie się cieszył, że jego kochana bliźniaczka również pokochała tego psiaka, którego wuj Jonathan w heroiczny sposób uratował przed samobójczą śmiercią na moście, i opieką nad psiakiem się dzielili, bo gdyby Jessie musiał zajmować się nim sam, pewnie nie miałby już sił na nic. Oczywiście, zdawał sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka miała na niego spaść, już w momencie, gdy Jonathan go spytał, czy nie chciałby zabrać psa ze sobą, ale był po prostu wdzięczny siostrze, że również chciała się nim zajmować.
O! Benji zmienił kierunek! Omal nie wywrócił się na pyszczek, kiedy jego łapki nie nadążyły za gwałtownym skrętem ciała, ale teraz krążył już w drugim kierunku.
-Mógłbyś się podzielić tą energią - powiedział w końcu Kelly, bawiąc się smyczą w rękach. -Ewidentnie masz jej za dużo.