05.09.2024, 21:26 ✶
- Robert odszedł sam. Przez pewien czas był Szefem Komnaty, w której obecnie pracuję - doprecyzował, bo być może i chciał wyciągnąć z Charlesa tyle, ile się dało, a Robert ostatnio był dla niego nieznośny, lecz nie mógł pozwolić, by młody Mulciber wyciągnął złe wnioski. - Odszedł, gdy w latach 60 Ministrem Magii został Nobby Leach. Mugolak.
Nie obawiał się zdradzenia tej informacji, bo i to nie była przecież żadna tajemnica. Charles mógł tego nie wiedzieć, bo przecież był w jego wieku, a wychował się w innym kraju. Rodolphus miał tę wiedzę wyłącznie dlatego, że pracował tam, gdzie pracował. Poza tym o Robercie wiedział już dużo wcześniej, przecież sam łaził za nim i przyczepił się do niego jak ten rzep do psiego ogona, aż w końcu skusił go do podjęcia współpracy nad badaniami, które rzekomo Mulciber porzucił.
- W Departamencie Tajemnic oprócz tajemnic są jeszcze sekrety i niedopowiedzenia - odpowiedział z cieniem rozbawienia w głosie. Nie mógł mówić o tym, co się działo za zamkniętymi drzwiami. Nie bez powodu nazywali ich Niewymownymi, prawda? Zaraz jednak spoważniał, gdy Charles zaczął mówić dalej. Machnął różdżką, którą zostawił na stoliku, by przywołać kolejną szklanicę z whisky. Tym razem dla siebie. Sprawdził jednak najpierw, czy naczynie jest idealnie czyste. Pod tym względem był podobny do Mulcibera - zresztą nie tylko pod tym, chociaż wydawało się, że dzielące ich różnice zaczynały tworzyć przepaść nie do przeskoczenia, a jedynym mostem łączącym ich relację była Przysięga Wieczysta.
- Robert jest dużo starszy - powiedział poważnie, zaciskając długie palce na szkle. Nie za mocno, by nie pękło przypadkiem. - Sam zresztą mówiłeś przed chwilą, że ludziom się podobały. Że pisali do ciebie listy. Że miałeś pomysły, że masz zarejestrowaną działalność.
Przerwał na chwilę, jakby analizując po kolei każde zdanie, wypowiedziane przez Mulcibera. Ach, biedny, biedny Charles. Widział ból w jego spojrzeniu, widział wstyd. I napawał się nim jak jakiś psychopata. Normalna osoba odrzuciłaby whisky i wzięła Mulcibera w ramiona, by ten mógł się wypłakać. Pozwoliłaby mu się rozluźnić, spuścić to całe napięcie. Zapewniłaby, że będzie dobrze i zaoferowała pomoc. On jednak wolał patrzeć na ten wstyd w jego tęczówkach i chłonąć go każdą komórką swojego ciała. Jeżeli zażenowanie miałoby jakiś zapach, to zdecydowanie byłby to zapach Charlesa Mulcibera. Nie mogąc się powstrzymać, przesunął dłonią po ramieniu chłopaka. Chwycił go lekko za podbródek, by przypadkiem ten piękny widok mu nie uciekł, gdyby przyszło mu na myśl odwracać głowę.
- Masz działalność. Możesz tu mieszkać. Szacunek albo zdobędziesz, albo go wydrzesz siłą. Co z tego, że odlew nie był twój? To chyba nawet lepiej dla ciebie, prawda? Przeniosłeś się do Anglii z niczym. I zaczniesz z niczym, bo tylko osoby, które zaczynają od zera, wiedzą ile determinacji i samozaparcia trzeba, by coś osiągnąć - nie żeby on nie korzystał z pleców swojej rodziny - prawda jednak była taka, że jego badania były na tyle dobre, że nawet nazwisko Lestrange nie było potrzebne, by przyjęli go w tak młodym wieku do Departamentu Tajemnic. Jednak podejrzewał, że gdyby nie nazwisko, to nikt by na nie nawet nie spojrzał. Ach, kolejne dźwięki słodkiej hipokryzji. Uniósł drugą dłoń, trzymającą szklankę, i upił niewielki łyk whisky. - Pomyśl, że to sen.
Kącik jego ust uniósł się nieznacznie, gdy cytował dewizę Mulciberów. Była piękna pod wieloma względami, chociaż nie był pewien, czy była adekwatna. Na tyle związał się z tą rodziną, że pasowałoby mu wiele innych określeń, jeśli chodzi o rodowe hasła.
Nie obawiał się zdradzenia tej informacji, bo i to nie była przecież żadna tajemnica. Charles mógł tego nie wiedzieć, bo przecież był w jego wieku, a wychował się w innym kraju. Rodolphus miał tę wiedzę wyłącznie dlatego, że pracował tam, gdzie pracował. Poza tym o Robercie wiedział już dużo wcześniej, przecież sam łaził za nim i przyczepił się do niego jak ten rzep do psiego ogona, aż w końcu skusił go do podjęcia współpracy nad badaniami, które rzekomo Mulciber porzucił.
- W Departamencie Tajemnic oprócz tajemnic są jeszcze sekrety i niedopowiedzenia - odpowiedział z cieniem rozbawienia w głosie. Nie mógł mówić o tym, co się działo za zamkniętymi drzwiami. Nie bez powodu nazywali ich Niewymownymi, prawda? Zaraz jednak spoważniał, gdy Charles zaczął mówić dalej. Machnął różdżką, którą zostawił na stoliku, by przywołać kolejną szklanicę z whisky. Tym razem dla siebie. Sprawdził jednak najpierw, czy naczynie jest idealnie czyste. Pod tym względem był podobny do Mulcibera - zresztą nie tylko pod tym, chociaż wydawało się, że dzielące ich różnice zaczynały tworzyć przepaść nie do przeskoczenia, a jedynym mostem łączącym ich relację była Przysięga Wieczysta.
- Robert jest dużo starszy - powiedział poważnie, zaciskając długie palce na szkle. Nie za mocno, by nie pękło przypadkiem. - Sam zresztą mówiłeś przed chwilą, że ludziom się podobały. Że pisali do ciebie listy. Że miałeś pomysły, że masz zarejestrowaną działalność.
Przerwał na chwilę, jakby analizując po kolei każde zdanie, wypowiedziane przez Mulcibera. Ach, biedny, biedny Charles. Widział ból w jego spojrzeniu, widział wstyd. I napawał się nim jak jakiś psychopata. Normalna osoba odrzuciłaby whisky i wzięła Mulcibera w ramiona, by ten mógł się wypłakać. Pozwoliłaby mu się rozluźnić, spuścić to całe napięcie. Zapewniłaby, że będzie dobrze i zaoferowała pomoc. On jednak wolał patrzeć na ten wstyd w jego tęczówkach i chłonąć go każdą komórką swojego ciała. Jeżeli zażenowanie miałoby jakiś zapach, to zdecydowanie byłby to zapach Charlesa Mulcibera. Nie mogąc się powstrzymać, przesunął dłonią po ramieniu chłopaka. Chwycił go lekko za podbródek, by przypadkiem ten piękny widok mu nie uciekł, gdyby przyszło mu na myśl odwracać głowę.
- Masz działalność. Możesz tu mieszkać. Szacunek albo zdobędziesz, albo go wydrzesz siłą. Co z tego, że odlew nie był twój? To chyba nawet lepiej dla ciebie, prawda? Przeniosłeś się do Anglii z niczym. I zaczniesz z niczym, bo tylko osoby, które zaczynają od zera, wiedzą ile determinacji i samozaparcia trzeba, by coś osiągnąć - nie żeby on nie korzystał z pleców swojej rodziny - prawda jednak była taka, że jego badania były na tyle dobre, że nawet nazwisko Lestrange nie było potrzebne, by przyjęli go w tak młodym wieku do Departamentu Tajemnic. Jednak podejrzewał, że gdyby nie nazwisko, to nikt by na nie nawet nie spojrzał. Ach, kolejne dźwięki słodkiej hipokryzji. Uniósł drugą dłoń, trzymającą szklankę, i upił niewielki łyk whisky. - Pomyśl, że to sen.
Kącik jego ust uniósł się nieznacznie, gdy cytował dewizę Mulciberów. Była piękna pod wieloma względami, chociaż nie był pewien, czy była adekwatna. Na tyle związał się z tą rodziną, że pasowałoby mu wiele innych określeń, jeśli chodzi o rodowe hasła.