On czuł się dobrze z tą całą głuszą, ale wyobrażał sobie, że jego samotnia potrafiła być bądź co bądź napełniająca lękiem. Dziwiło go, co prawda, że działała właśnie tak na Geraldine, która powinna być odporna na przebywanie pośród jeszcze dzikszej natury, ale nie próbował tego kwestionować. Miał wiele więcej problemów, nad którymi mógł się zastanawiać.
- Chodzący trup - mruknął niemalże niedosłyszalnie, po czym spojrzał na Yaxleyównę. - A jednak trzeba było doświadczenia, żeby stał się całkowitym trupem - stwierdził również prawie bezgłośnie, jakby bardzo się nad tym zastanawiał.
Musiał wykorzystać te same umiejętności, które zazwyczaj pomagały mu utrzymać ludzi przy życiu. Z tą jedną różnicą, że wtedy musiał zabić. To nie było coś, z czym łatwo przechodziło się do porządku dziennego. Potrzebowali więcej niż jednej butelki alkoholu.
- Wszystkie moje możliwości są w tym samym składziku, co kolejna butelka - zapewnił.
Może po alkoholu miało mu się zachcieć działania, którego pragnęła. Trochę w to wątpił, ale niewątpliwie chciało mu się pić.
- Widzę, że twoje standardy też nie są za wysokie - mruknął sarkastycznie.
Dla większości ludzi to byłaby znacząca różnica. Czuć się doskonale, wręcz wybitnie a niezaprzeczalnie chujowo. Normalnie pewnie starałby się poprawić jej humor, lecz teraz nie miał ku temu żadnych predyspozycji. Sam był nie w sosie, poirytowany i przytłoczony. Nie chciał emanować tym na Geraldine, próbował być względnie uprzejmy, nawet jeśli niespecjalnie mu to wychodziło.
- Nie wiem, kto o niego wypytuje - westchnął ciężko, kręcąc głową. Dużo od tego zależało. - To chyba nie Rosierowie tylko raczej niezadowoleni klienci, którzy nie mogą kupić ulubionej gazety. A to oznacza, że nie po tygodniu - znowu pokręcił głową. - Czy to daje miesiąc? Nie wiem - nie chciał niczego zakładać, bo miał wrażenie, że to byłoby mylące.
Ostatnim czego potrzebowali była zbytnią pewność siebie. Nie mogli łudzić się, że mieli zbyt wiele czasu. To byłoby nieostrożne i aroganckie a arogancja, jak wiadomo, prowadziła do zguby. Musieli rozważyć możliwość, że czas niemal im się skończył. Podchodzili do drugiej części ostatecznego testu, na której wynik już nie mogli nic poradzić.
- Przecież wiesz, o czyje ręce pytam - odpowiedział cicho.
Był poważny i (jak miał nadzieję) zrozumiały. Chodziło mu o rodzinę Williama. Ród znany ze swojego umiłowania do mody i do ustanawiania najnowszych trendów. Czy mogli chcieć wykorzystać do tego błotoryje? Zastanawiał się, czy chcieli wypróbować swoje projekty przed wprowadzeniem ich w kolejnym sezonie. Być może po to ryzykowali kupnem truchła zwierzęcia z nielegalnego źródła, choć wolałby się mylić. Chciał wiedzieć, na ile to było prawdopodobne. Czy Billy Farciarz mógł pracować dla własnej rodziny próbując wkupić się w łaski krewnych, którzy nim gardzili? Ambroise wolałby, żeby chodziło o kogoś innego, kto dałby Williamowi zlecenie. Nie chciał zadzierać z tak potężnymi ludźmi jak Rosierowie.
- Czy może chodzić o modę, Geraldine? - Spojrzał jej prosto w oczy, prostując i zginając palce. Sztywniały mu z wewnętrznego zimna, które zbierało się w nim na myśl, że mogła odpowiedzieć twierdząco.