- Myśl logicznie. Co by się stało, gdyby znaleźli zimnego trupa z kartką o błotoryju, datą, godziną, miejscem i brakiem innych dowodów? - spytał retorycznie.
Nie oczekiwał odpowiedzi. Geraldine mogła mówić co chciała. Jasne. Istniało prawdopodobieństwo, że nikt by jej w to nie wmieszał, ale było niemalże takie same jak pełne słońce i dwadzieścia stopni w środku lutego. Nie niemożliwe, ale nikłe. Tym bardziej, gdyby w sprawę włączyło się nie tylko Ministerstwo, ale również zleceniodawcy. Garść galeonów rozdana to tu, to tam doprowadziłaby ich do Yaxleyówny, która nie byłaby na to przygotowana. Ten czarno-ponury scenariusz wywołał u Greengrassa nieprzyjemne ciary.
Znacznie bardziej poruszające niż ten wybuch ze strony kobiety, który powinien go ruszyć a wywołał tylko przekonanie, że trafił w dziesiątkę. Z takim szczęściem mógłby grać na loterii.
- Uch, och - poruszył brwiami, przyglądając się Geraldine i robiąc przy tym wymowną minę. - Zatopiony - nie musiał tego dodawać, ale chciał umiejętnie wykorzystać tę szpilę.
Bywał naprawdę paskudny, kiedy ktoś zaszedł mu za skórę. Nie był dumny z tego powodu, ale też z tym nie walczył.
- Brzmisz jak ofiara manipulacji. Wiesz o tym, prawda? - Spytał bez ceregieli.
Obwinianie się o całokształt charakteru było za dużym uogólnieniem. Na ogół na dodatek krzywdzącym. Nawet dla osób, które latami pracowały nad rozwojem osobistym nadchodził moment, kiedy musiały przyznać, że ich wychowanie miało duże znaczenie. To, jak traktowali ich rodzice, rodzeństwo i krewni. W jakim domu się wychowywali. Jakie panowały w nim reguły. Czy dzieciom dawało się być dziećmi. Czy córka wielkiego łowcy mogła być córką a nie damskim synem. Nie wiedział jak to wyglądało w przypadku Geraldine, ale o Yaxleyach słyszało się różne rzeczy. Na ogół nie wierzył plotkom, ale może nawet w tych najbardziej absurdalnych było ziarnko prawdy. Nawet zły i rozgoryczony nie chciał, żeby oceniała się nazbyt ostro. Wystarczyło, że były momenty, kiedy on niepotrzebnie ją oceniał.
- Nie trzeba zmieniać tego naturalnego stanu - stwierdził.
Nie chciał być jeszcze bardziej niemiły niż to było konieczne (abstrachując od tego, że cała ta kłótnia nie była potrzebna). Zwyczajnie stwierdzał fakt. Jeżeli chciała nauczyć się dbać o ludzi to on nie był człowiekiem, który miał jej pomóc. Nie nadawał się na obiekt testowy. Powinna udać się do kogoś, kto ochoczo przyjąłby opiekę. On taki nie był. Nie chciał wyciągniętej ręki. Jeśli o to chodziło, bywał jak zdziczały pies i miał tego świadomość. Gryzł rękę, która próbowała go na siłę głaskać. Musiał powstrzymać się przed tym teraz, nawet gdy rozmowa przestawała być tak zaogniona.
- Złapałaś tego tam błotoryja - odpowiedział złudnie łagodniej, choć to nie było nic pocieszającego i jeszcze chwilę wcześniej to on sam skrytykował jej umiejętności - wykonałaś swoją powinność jako łowczyni. Przestań traktować konieczność przyczajenia się jak ujmę na honorze - ktoś mógłby powiedzieć, że mądrze prawił, ale nie o Greengrassie.
Nie, kiedy mówił o honorze w taki sposób, jakby on nie traktował niczego w podobny sposób co Geraldine. Nawet jej troskę uważał za ujmę wobec męskości, wychowania i możliwości. Był w stanie to dźwignąć fizycznie i psychicznie. Jednocześnie nie chciał, żeby ona musiała to robić. Chciał, żeby mocno stanęła na nogach poza okiem cyklonu.
- Teraz nie musisz. Przygotuj się na kolejną burzę, daj mi się tym zająć tak jak tego chcę - powiedział twardo i zdecydowanie.
Na jej upór miał tylko jeszcze więcej uporu. Na zdecydowanie więcej zdecydowania. Na niespodzianki...
...no nie. Nie miał większych niespodzianek niż to, czym zbiła go z tropu. Wygrała tę rundę. Nawet nie ukrywał zaskoczenia. Jasne, miała rację. Mówiła mu o byciu dobrą z transmutacji. Przekonał się o tym tamtego wieczoru, ale to było co innego. Przez całą prezentację siedział w kompletnym milczeniu, coraz wyżej unosząc brwi.
- Jak ty? Skąd ty? To znaczy - zamrugał parokrotnie - skunks? Skąd? Czemu? Jak?
Jeśli chwilę temu był zły, teraz czuł się głównie zaskoczony.