Tak, Yaxleyówna lubiła smoki. Miała nawet pewne marzenie, że kiedyś uda jej się jakiegoś wytresować. Wiedziała, że jest ono bardzo odległe, tym bardziej, że zawsze skupiała się raczej na likwidowaniu zwierząt, niżeli na oswajaniu. Było to zdecydowanie prostsze, bo oswajanie wymagało czasu, a ona nie była specjalnie cierpliwa. Ot, mrzonki małej dziewczynki, którą już dawno nie była. Mimo wszystko miała do nich lekki sentyment.
- Acha. - Rzuciła, jakby jej to w ogóle nie obchodziło, bo przecież mieli być sobie obcy, czyż nie? Nie potrzebowała do szczęścia tych informacji, a przynajmniej usilnie starała się to pokazać. Nie dotarły do niej plotki o jego rodzinie, bo wbrew temu co o niej myślał, miała w nosie to, co się działo wśród innych czystorkwistych rodzin, szczególnie dawno temu. Nie żywiła się historiami o życiu innych, to nie było dla niej istotne.
- Jak sobie życzysz, zawsze przecież wykonuję polecenia, czyż nie? - Nie przestawała na niego spoglądać, na jej twarzy mógł zobaczyć malującą się obojętność. Zdecydowanie dalej nie mogła sobie wybaczyć tego, że podczas ich ostatniej rozmowy pękła i wyszła, że nie poradziła sobie z jej przebiegiem. Miała żal, ale przede wszystkim do siebie, że nie udało jej się do końca postawić, bo pokazywało to jej słabość. Yaxleyówna nie znosiła, gdy coś nie szło po jej myśli. Nadal nie do końca to akceptowała.
- To nie są moje kolory. - Chciał ją zbyć, miał zamiar odesłać ją do kobiety, która stała dalej. Ger przeniosła na nią spojrzenie, na krótką chwilę, żeby zobaczyć o kim mówi, po chwili jednak znowu wpatrywała się w niego. Trochę nie wiedziała po co to robi, mogłaby stąd odejść, wtedy każde z nich miałoby święty spokój, bo przecież i dla niej to spotkanie nie było szczególnie wygodne. Najwyraźniej i ona mogła trochę pocierpieć, kiedy widziała jego w niekomfortowej sytuacji.
Oczy jej błysnęły, a na twarz wpełznął złośliwy uśmiech, kiedy wspomniał o kłusownikach, więc chciał grać w ten sposób? Proszę bardzo, skoro tego sobie życzył, nie zamierzała oponować. - Od kłusowników gorsi są tylko mordercy, prawda? - Zatrzepotała rzęsami, całkiem uroczo, ton jej głosu był lodowaty. - Pewnie jest dla nich wszystkich miejsce w ostatnim kręgu piekła, tam gdzie spotykają się najgorsi z najgorszych. - Nie miała pojęcia, czy istnieje w ogóle coś poza ichnim światem, ale świadomość tego, że na drugiej stronie, gdziekolwiek by ona się nie znajdowała i jak nie wyglądała mogliby się spotkać bardzo ją bawiła. Skończą razem, przez czyny, których razem dokonali, czy tego chce, czy nie.
- Żmijozęby walijskie? - Uniosła pytająco brew, starając się nie roześmiać. Miał tendencje do porównywania jej do stworzeń, które istniały lub nie, nie był to pierwszy raz, kiedy to robił. - Dopiszę do listy. - Mruknęła cicho do siebie. - Żmijozęby walijskie potrafią być pamiętliwe, same nigdy nie kąsają, tylko wtedy kiedy ktoś je skrzywdzi. Są oddanymi kompanami dla tych, którzy tego chcą. - Mówiła tak, jakby rzeczywiście istniał ten gatunek smoków, gdyby ktoś z boku jej posłuchał, nie zauważyłby nic interesującego w tej pogawędce, gorzej gdyby się trafił ktoś, kto faktycznie miał wiedzę, wtedy wyszłoby na to, że Yaxleyówna opowiada bajki, ale jej to nie obchodziło. Najważniejsze, że i ona, i Greengrass wiedzieli, jaki jest sens tej rozmowy.