Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Październik okazał się być całkiem łaskawy. Słońce przez ostatnie kilka dni wręcz zachęcało do tego, aby skorzystać z ostatnich ciepłych dni. Nie zamierzała zmarnować tego czasu na siedzenie u siebie i rozmyślanie nad sensem swojego istnienia. Panna Yaxley wybrała się do Walii, do swoich rodziców. Miała zamiar skorzystać z tego, że niedaleko interesuję się wiele atrakcyjnych terenów, gdzie mogłaby znaleźć ciekawe bestie do swojej kolekcji. Poinformowała ojca, że idzie na łowy, nie spowiadała się zbytnio, gdzie i po co. Chciała pobyć przy tym sama, więc w pośpiechu się oddaliła. Nogi zaprowadziły ją nad jezioro Llyn Llywelyn, które znajdowało się niedaleko ich rezydencji. Słyszała opowieści o tym, że mieszka w nich kelpie, ale nigdy żadnej nie spotkała. Siedziała na brzegu, aż coś zwróciło jej uwagę. Wąż morski? Widziała łuski, tyle, że później zmienił się w wydrę. Wtedy dotarło do niej z czym ma do czynienia. Nie zamierzała przepuścić takiej okazji. Zdawała sobie sprawę, że powinna była się zaopatrzyć w wędzidło, tylko dzięki niemu można bowiem zniewolić to stworzenie, ale stwierdziła, że poradzi sobie bez niego.
Wlazła do wody i zwróciła na siebie uwagę stworzenia, była gotowa do walki. Zresztą jak zawsze. Nie spodziewała się jednak, że zwierzę będzie takie zawzięte. Woda nie była miejscem, w którym Yaxley czuła się zbyt pewnie, nie był to jej ulubiony grunt do walki i ten pojedynek tylko to potwierdził. Znalazła się gdzieś na środku jeziora, w łapskach ogromnej bestii, która nie chciała jej wypuścić. Spodziewała się, że odejdzie z tego świata pożarta przez jakiegoś potwora, nie zakładała jednak, że stanie się to tak szybko. Jezioro miało ją pochłonąć, tak jak ponoć stało się to z Llyn, która nie chciała wyjść za mąż, więc postanowiła się utopić. Nie sądziła, że powtórzy los swojej dalekiej krewnej. Woda powoli zaczynała dostawać się do jej płuc, nie miała siły walczyć, ostatkiem sił jednak sięgnęła do sztyletu, którym raniła zwierzę, wypuściło ją, później próbowało złapać ponownie, nie udało mu się to, ale Geraldine poczuła okropny ból, który ciągnął jej się przez całe plecy. Kelpie musiała odwdzięczyć się jej tym samym, była tego pewna.
Dryfowała z zamkniętymi oczami, gotowa pogodzić się ze swoim losem, nie miała sił na to, żeby próbować go zmienić. Trudno, tak musiało być, ciekawe, czy ktoś przyjdzie na jej pogrzeb. Dobrze, że znajdowała się w rodzinnej rezydencji, tutaj przynajmniej od razu zauważą, że nie wróciła na noc, nie musiała martwić się tym, że jej śmierć przejdzie bez echa.
Jakimś cudem udało jej się dopłynąć do brzegu, może jezioro zadecydowało o tym, że to jeszcze nie jest jej czas, albo czuwał nad nią duch Llyn, najważniejsze było to, że znalazła się na brzegu, może nieprzytomna, ale żyła. Przemarzniętą, zmęczoną, a co najważniejsze mocno poturbowaną znalazł ją na piasku jej ojciec, który zaniósł ją do rezydencji. Rany na jej plecach były bardzo głębokie, jej matka mimo podstawowej wiedzy medycznej nie była sobie w stanie z nimi poradzić. Musieli zorganizować medyka. Gerry wiele by dała, żeby to była Florence, ale jej rodzice nie mieli pojęcia o tym, że ma swoją własną uzdrowicielkę. Musieli szukać wśród swoich kontaktów. Gerard nie zamierzał dopuścić do tego, aby jego jedyna córka odeszła z tego świata.
Obudziły ją promienie słońca, które wpadały do jej sypialni. Nie do końca wiedziała, co się wydarzyło. Pamiętała kelpie, jezioro, pamiętała o tym, że miała umrzeć, to by było na tyle. Próbowała otworzyć oczy, ale zamykała je co chwile, bo światło ją drażniło. Chyba nie była jeszcze na to gotowa. Chciała się podnieść do pozycji siedzącej, ale na to również zabrakło jej sił. Czy była w piekle? Może znalazła się w końcu w miejscu, w którym jej oczekiwali, było wiele możliwości. Westchnęła jedynie rozgoryczona, może powinna pójść spać dalej, bo nie do końca chciała mierzyć się z tym, co się wydarzyło.