09.09.2024, 11:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.09.2024, 11:44 przez Icarus Prewett.)
Z każdym słowem czarownica przekraczała kolejną granicę. Obraziła Icarusa, wyśmiewając to, że był ofiarą czaru syreny. Obraziła go pośrednio, implikując, że nie był Anglikiem (co było absolutną głupotą). Jednak najgorsze było to, że obraziła pamięć jego ojca. To uderzało gdzieś głębiej, w najbardziej wrażliwy punkt. Może dlatego, że kiedy Dedalus jeszcze żył, Icarus sam miał momenty, w których wyobrażał sobie jak to by było, gdyby ojciec zniknął. To były momenty, kiedy był wściekły. Musiał przez ojca... zrezygnować z kilku rzeczy. Niektóre nawet kochał. Tyle, że przez to poczucie, miał wrażenie, że w jakiś sposób życzył sobie jego śmierci, że ją wymanifestował i stała się ona rzeczywistością. Rzeczywistością, w której wcale nie czuł się dobrze. Taką, w której wylądował na plaży z tą cholerną idiotką.
Nie uderzyłby nigdy kobiety (a właściwie nikogo), co nie znaczyło, że nie miał ochoty. Zaciskał pięści aż paznokcie wbijały mu się w dłoń, jednak gdy już stał przed nieznajomą z rozłożonymi rękami, wściekłość przemieniała się w gorycz. Miał już dosyć. Tego wszystkiego, rodziny, syren, ojca, historii i wszystkich rzeczy, które kiedykolwiek były bliskie jego sercu.
Dlatego był zbity z tropu, gdy kobieta go nie zaatakowała. Coś dziwnego wybrzmiało w jej głosie. Irytacja? A może ślad troski? Icarus zdał sobie sprawę, że stał przed istotą cholernie skomplikowaną. Nie była to jedynie wariatka nadająca się do lecznicy dusz. Była pojebana, owszem. Ale... może w podobnym sensie co on? Chciała przecież przestać myśleć. To właśnie było tym, co ich łączyło.
– Mam i potrafię – odpowiedział lakonicznie, opuszczając ręce. To chyba nie był czas na teatralne gesty. – Wiedz, że pragnę podobnych rzeczy, co ty. Tyle, że ty chcesz krzyczeć, a ja wolałbym... zamilknąć na zawsze – odwrócił się od niej i odszedł kilka kroków w stronę lądu. – Jakbyś chciała jednak naprawić tę miotłę... znajdź mnie w domu Prewettów na Horyzontalnej. Nie łamię danego wcześniej słowa.
Chyba bycie obrażonym właśnie go uspokoiło. Wykrzyczał też kilka okropnych rzeczy i co najważniejsze... przyznał się do swoich emocji. I to przed nieznajomą. Wbrew pozorom, miało to jakiś sens. Ona była jak burza, on jak deszcz. W jakiś sposób się dopełniali, być może mogli się zrozumieć.
Odwrócił się w jej stronę ze słabym uśmiechem. Nie było z nim chyba tak źle, żeby rozszczepić się po drodze. No cóż... i tak strata by nie była jakaś straszna.
– Jestem Icarus. Icarus Prewett – przedstawił się jej zanim zniknął, przenosząc się w okolice swojego domu.
Zaraz... Przynajmniej tak powinno było się stać. Bo kiedy już miał znikać, kilka rzeczy zdarzyło się zbyt szybko, by zdążył to pojąć. I rzeczywiście gdzieś wylądował. Ale z pewnością nie była to kamienica Prewettów.
Nie uderzyłby nigdy kobiety (a właściwie nikogo), co nie znaczyło, że nie miał ochoty. Zaciskał pięści aż paznokcie wbijały mu się w dłoń, jednak gdy już stał przed nieznajomą z rozłożonymi rękami, wściekłość przemieniała się w gorycz. Miał już dosyć. Tego wszystkiego, rodziny, syren, ojca, historii i wszystkich rzeczy, które kiedykolwiek były bliskie jego sercu.
Dlatego był zbity z tropu, gdy kobieta go nie zaatakowała. Coś dziwnego wybrzmiało w jej głosie. Irytacja? A może ślad troski? Icarus zdał sobie sprawę, że stał przed istotą cholernie skomplikowaną. Nie była to jedynie wariatka nadająca się do lecznicy dusz. Była pojebana, owszem. Ale... może w podobnym sensie co on? Chciała przecież przestać myśleć. To właśnie było tym, co ich łączyło.
– Mam i potrafię – odpowiedział lakonicznie, opuszczając ręce. To chyba nie był czas na teatralne gesty. – Wiedz, że pragnę podobnych rzeczy, co ty. Tyle, że ty chcesz krzyczeć, a ja wolałbym... zamilknąć na zawsze – odwrócił się od niej i odszedł kilka kroków w stronę lądu. – Jakbyś chciała jednak naprawić tę miotłę... znajdź mnie w domu Prewettów na Horyzontalnej. Nie łamię danego wcześniej słowa.
Chyba bycie obrażonym właśnie go uspokoiło. Wykrzyczał też kilka okropnych rzeczy i co najważniejsze... przyznał się do swoich emocji. I to przed nieznajomą. Wbrew pozorom, miało to jakiś sens. Ona była jak burza, on jak deszcz. W jakiś sposób się dopełniali, być może mogli się zrozumieć.
Odwrócił się w jej stronę ze słabym uśmiechem. Nie było z nim chyba tak źle, żeby rozszczepić się po drodze. No cóż... i tak strata by nie była jakaś straszna.
– Jestem Icarus. Icarus Prewett – przedstawił się jej zanim zniknął, przenosząc się w okolice swojego domu.
Zaraz... Przynajmniej tak powinno było się stać. Bo kiedy już miał znikać, kilka rzeczy zdarzyło się zbyt szybko, by zdążył to pojąć. I rzeczywiście gdzieś wylądował. Ale z pewnością nie była to kamienica Prewettów.