Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Pierwszy dzień wiosny kojarzył się wszystkim raczej przyjemnie. Trel ptaków wydawał się być głośniejszy, promienie słońca jaśniejsze, a wiatr cieplejszy. Zbliżał się ten czas w roku na który czekali. Ostara, wspaniałe święto czarodziejów, które bardzo hucznie obchodzili. Cóż, pannie Yaxley kojarzyło się raczej z tym, że mało kto miał dla niej czas, a akurat tego dnia wyjątkowo zależało jej na tym, aby ktoś sobie o niej przypomniał. Trudno było obchodzić urodziny w jeden z najważniejszych dni w roku. To nie tak, że chciałaby być pępkiem świata, wiadomo, obowiązki, odpowiednia celebracja święta, to wszystko było ważne, ale ona chociaż raz też chciałaby poczuć się istotna.
Nie miała pojęcia, czy wyściubi dzisiaj nos poza swoje mieszkanie. Pogoda niby do tego zachęcała, ale czy chciało jej się właściwie użerać z obcymi ludźmi, albo jeszcze gorzej znajomymi? Nie była tego taka pewna.
Od pamiętnej wizyty w opętanym dworku minął już prawie miesiąc, a nie za bardzo było widać progres związany ze sprawą, którą zajmowali się z Greengrassem. Przeklęty Ambroise nadal nie przestawał jej nawiedzać w snach, czy krótkich momentach podczas dnia, kiedy chociaż na chwilę zamykała oczy. To robiło się męczące, nadal spędzali ze sobą dużo czasu, ale na każdym, kolejnym spotkaniu wydawała się jeszcze bardziej być zmęczona trzymaniem siebie w ryzach. Nadal się przyjaźnili, oczywiście, nadal go odwiedzała, kiedy tylko miała wolną chwilę, ba bardzo lubiła wpadać do niego niezapowiedziana, tyle, że czuła, że do niczego jej to nie prowadziło. Utknęła w jakimś dziwnym punkcie i nie potrafiła się z niego ruszyć. Zaczynała wyczuwać smak szaleństwa, taki, od którego nigdy nie można uciec. Ten typ, który wchodził pod skórę, rozgaszczał się tam wygodnie, i czekał, aż w końcu pęknie, by później mógł pozostać tylko chaos.
Ich rozmowom ciągle towarzyszyły niedopowiedzenia, przez co nie mogli ruszyć do przodu. W gruncie rzeczy jednak zależało jej na tym towarzystwie, polubiła go jeszcze bardziej, chociaż nie chciała się do tego przyznać, przypominało jej jednak o tym i ciało i umysł, bo ten też płatał jej figle. Wolała jednak się okłamywać, że to wszystko było wytworem jej wyobraźni.
Zbliżał się wieczór. Siedziała na jednym z foteli w swoim salonie. Na stole leżała popielniczka, z której za niedługo niedopałki pewnie zaczną wychodzić, w tle cicho grała muzyka, która rozbrzmiewała z magicznego gramofonu. Próbowała się nieco rozluźnić, w czym miała pomóc butelka whisky, która znajdowała się na stole. Nie upiła z niej jeszcze zbyt wiele, dopiero zaczynała swoją imprezę urodzinową. Nigdy nie spodziewała się, że jej życie będzie wyglądać w ten sposób, że będzie się tak miotać, jak ptak w klatce. Na stole znajdował się również zestaw noży, sztylety różnej długości, którymi rzucała w ścianę, która znajdowała się naprzeciwko fotela. Musiała się czymś zająć, aby w pełni nie ochujeć.
- Nikogo nie ma w domu. - Krzyknęła, kiedy usłyszała pukanie do drzwi. Była naprawdę wspaniałą gospodynią, każdy na pewno miałby chęć wejść do tego mieszkania. Drzwi oczywiście były otwarte, bo jak na bardzo rozsądną osobę przystało rzadko kiedy je zamykała.