09.01.2024, 00:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.09.2024, 01:54 przez Maeve Chang.)
W trakcie Lithy, 1972
Maeve Chang & Lorraine Malfoy
Gdzieś w połowie trwania obchodów
Spodziewała się wielu rzeczy, maści wszelakiej i natury nieobyczajnej, kiedy umykały świętującym tłumom w gąszcze otaczającego polanę lasu. Wyobraźnia pracowała na wysokich obrotach, gdy dawała się ciągnąć smukłej, choć pewnej dłoni Lorraine, przez co już sama nie była pewna, czy ten pot na ciele to od tańca, letniego upału, czy raczej toru, który obrały jej myśli. Może wszystkiego po trochu, może każdy był tu winowajcą? W końcu złego diabli nie biorą, a Maeve mogła przysiąc, że choć nie wie, skąd wypełzło to wilątko, to na pewno była to jakaś dzielnica piekła. Choćby przedmieścia.
Nosiło ją, ale cierpliwie czekała - albo aż pokonają odpowiedni dystans, by zgubić zbłądzone spojrzenia zebranych na obchodach czarodziejów, albo aż miną wystarczająco szerokie drzewo, by mogła Malfoy przyszpilić do jego pnia i zniknąć światu z oczu. Bezpardonowe, to prawda, a i czasem uznawane za nieco prymitywne, ale w prostocie też należało dostrzec piękno.
Mewa nie miała z tym trudności; dostrzegała je w prostej, letniej sukience Raine, w jej jasnych włosach, w sposobie poruszania się, który widziała tak wiele razy, a i tak zawsze ją fascynował. Powiedzieć, że się na nią gapiła, to jakby nie powiedzieć nic. Gdyby nie te podszepty lęku, ta mała obawa, że to oczarowanie nie jest naturalne, a spreparowane wilim urokiem, już dawno przeszłaby do rzeczy. Bezpardonowych rzeczy. Ale przez ten strach, że to wszystko głupia zabawa ze strony Raine, że to tylko ułuda, wahała się ciągle. Czekała albo na pierwszy ruch podejrzanej, albo na ten słodki moment, kiedy znudzi swoją własną czujność i swoją głupotą weźmie ją z zaskoczenia. Wtedy nie zdąży zrodzić w jej głowie wątpliwości, bo będzie już za późno.
Kilkanaście kroków i niewybrednych żartów dalej okazała się prorokiem - ewentualnie doskonałą znawczynią samej siebie. Ewentualność bycia ofiarą wilego kaprysu zeszła na boczny plan, a właściwie została bezpardonowo tam przez Maeve odsunięta, by mogła ściągnąć Lorraine ze ścieżki i zdecydowanym ruchem wciągnąć ją za drzewo. Stanęła nad nią w jego cieniu, objęła czule dłońmi twarz dziewczyny i dobrze, że zdobyła się jeszcze na tę chwilę romantycznego wpatrywania się w jej oczy, bo mogło się to skończyć tragicznie. Kiedy tylko dostrzegła w spojrzeniu Malfoyówny, że ta nie czuje się za dobrze, a i jej świetlista cera też straciła nieco kolor, zapytała, co się dzieje. Nie usłyszała odpowiedzi; a przynajmniej nie w formie słownej.
No więc wracając do samego początku tej historii, w której Mewa spodziewała się wielu sposobów na rozwiązanie akcji tego wieczoru, nie była w stanie przewidzieć jednego: choć spodziewała się, że skończy trzymając złociste włosy Lorraine, liczyła, że będzie to robić, by za nie stanowczo ciągnąć. Nie dlatego, żeby ich sobie przypadkiem nie obrzygała.
- Mówiłam ci, że trzeba uważać, co się je na Nokturnie. Albo kogo - oświadczyła troskliwie, drugą ręką głaszcząc biedną wiłę po plecach. Cóż, kiedy chodzi o miłość, trzeba być wytrwałym tak w zdrowiu, jak i w chorobie.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —