• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[21.03.1966] I woke up like this. | Ambroise & Geraldine

[21.03.1966] I woke up like this. | Ambroise & Geraldine
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#11
28.09.2024, 23:40  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.09.2024, 23:42 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

- Tylko i wyłącznie najwyższe standardy, zawsze. - Tak ich przecież uczyli, czyż nie. Ambroise i ona nie do końca wpasowywali się w ramy typowych czystokrwistych czarodziejów. Jasne, tak jak oni pojawiali się na przyjęciach, potrafili czarować obecne tam osoby, ale równie dobrze odnajdywali się w tych zupełnie przeciwnych sytuacjach, w bardzo parszywych miejscach, pełnych równie parszywych osób. To był nie lada wyczyn. Dzięki temu czuła się wyjątkowa nawet na tle arystokratów, zresztą tak samo myślała o swoim przyjacielu. Heh, to nie tak, że przecież zadzierała nosa i uważała się za lepszą, prawda? Wcale nie było to typowe zachowanie czyściowchów, gdzie większośc czuła się wyjątkowa, jaaasne.

- Tak, dołączam do listy osób, które będą ci o tym przypominać. - Mogłaby mu powtarzać jaki jest czarujący bez przerwy, tym żartobliwym tonem, chociaż w sumie to nie były tylko żarty, naprawdę tak myślała, wolałaby jednak, żeby nie sądził, że aż tak. Jeszcze zacznie za bardzo obrastać w piórka, a tego by nie chciała.

Tak, wiele się zmieniło w ich nastawieniu. Teraz uważała jego docinki za urocze i zabawne, a ledwie miesiąc temu nie była w stanie ich znieść, i doprowadzały ją do furii. Nie miała pojęcia, co właściwie się zmieniło, przecież zwracali się do siebie całkiem podobnie. Nastawienie najwyraźniej miało ogromną moc, no i oficjalnie zaczęli się nazywać przyjaciółmi, to na pewno przez to. Przecież przyjaciele mogli zachowywać się w podobny sposób.

- Nieee, to nie tak, popsułeś. Byłam w dobrym miejscu i o dobrym czasie! - Musiała zaprzeczyć jego słowom, gdyby nie pojawili się wtedy razem w lesie, nie poszli do nawiedzonego dworku to zapewne nic by ich teraz nie łączyło poza drobną nienawiścią. Aktualnie nie potrafiła sobie wyobrazić swojego życia bez obecności AMbroise'a, więc zdecydowanie musiało to być coś dobrego, przynajmniej tak to sobie tłumaczyła. Naprawdę ceniła sobie tę przyjaźń, czy co by to nie było. Dawno z nikim jej się tak przyjemnie nie spędzało czasu, równie dawno nie wpuściła tak nagle kogoś do swojego życia. Nie da się ukryć, że ta znajomość postępowała naprawdę intensywnie, zazwyczaj podobne przyjaźnie rozwijały się latami, a oni stworzyli coś podobnego w miesiąc, był to nie lada wyczyn.

- Dobra, dobra, nie musisz mi tutaj wymieniać wszystkich sabatów, znam je, ale sam wiesz, że każdy traktują wyjątkowo. - Nadal próbowała nieco wybielać wszystkich swoich znajomych, chociaż nie wydawało jej się, że coś wielkiego by się stało, gdyby opuścili jeden z nich. Czasem było dobrze postawić się rodzinie, czy coś. Ona nie miała z tym najmniejszego problemu.

- Oczywiście, że to moja wina, spierdoliłam już na samym początku. - Nie mogło być inaczej, znaczy no nie miała wpływu na to, kiedy matka wypluła ją na świat, ale zdecydowanie nie trafiła z tą datą. - Och, faktycznie zawsze może być gorzej. - Dodała jeszcze, gdy wspomniał o tym, że mogła się urodzić kilka dni przed sabatem, wtedy to w ogóle wszyscy zapominali o tym, co działo się wokół nich bo byli wiecznie zabiegani, jednak była jeszcze gorsza opcja, nigdy tak na to nie spoglądała.

- Mniejsza o to, skupmy się na tym co dobre, grunt, że ty tu jesteś, dzięki czemu mam najlepsze towarzystwo z możliwych. - Odezwała się zupełnie szczerze, ale chciała przy okazji nieco złagodzić sytuację, nie lubiła mówić źle o nieobecnych, a może nawet trochę zrobiło jej się przykro, kiedy otworzył jej oczy, że jej przyjaciele, znajomi faktycznie potraktowali ją nieco chujowo.

Yaxleyówna zawtórowała kolejnemu toastowi, alkohol dzisiaj wyjątkowo jej smakował, zamierzała go wypić naprawdę dużo. Szklankę wychyliła jednym haustem, powoli zaczynała czuć się lekko, jeszcze kilka takich toastów, a będzie całkiem, przyjemnie wstawiona, tak, o to właśnie jej chodziło.

- Co masz dokładnie na myśli? - Zdecydowała się zadać to pytanie, aby nieco postawić go pod ścianą, było wyjątkowo bezpośrednie, raczej nie pozostawiało możliwości na niedopowiedzenia. Wiedziała, że dzięki odpowiednio zadanym pytaniom była w stanie więcej z niego wydobyć. Bardzo dobrze, może to będzie ten dzień, kiedy uda jej się czegoś dowiedzieć.

Sięgnęła po papierośnicę, która znajdowała się na stole i wsadziła sobie fajkę do ust, nie spuszczała przy tym z niego wzroku, bo czekała na odpowiedź na swoje pytanie, odpaliła peta, a jakże - jak zawsze swoją mugolską zapalniczką Zippo. Mów Roise, co siedzi ci w głowie. Chciała zobaczyć, czy jego myśli kierowały się w podobne miejsca, czuła, że tak, przecież nie brakowało w ich rozmowach dwuznaczności, a jednak żadne nie chciało przekroczyć granicy, może był to odpowiedni moment, aby wyznaczyć jakąś nową?

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#12
29.09.2024, 02:26  ✶  
- Żeby odpowiednio je uhonorować, mam dla ciebie odpowiednią butelkę - uśmiechnął się półgębkiem.
Może nie był to najdroższy możliwy alkohol, ale ten rodzaj whisky nie był także kompletnymi szczynami. Mieli swoje standardy, prawda? Mówili o nich. Zupełnie tak, jakby byli dwojgiem czarodziejów, którzy naprawdę nigdy nie łamali konwenansów i żyli byciem ludźmi Większego Znaczenia. Bujdy na resorach. Gdyby któreś z nich było kimś takim to drugie najpewniej nie próbowałoby nawiązać kontaktu. No, chyba że tak płytkiego jak to od czasu do czasu bywało, bo nie przeczył; zainteresowanie ze strony płytkich kokietek bywało pożądane w chwilach zupełnej samotności.
Jednakże ostatnio praktycznie jej nie odczuwał. Nie w sposób, który prowadziłby go do korzystania z utartych schematów i rozwiązań. To była dla niego nowość. Tak samo jak żartobliwa sugestia ze strony Geraldine, że mogła od czasu do czasu pozwolić mu być zarozumiałym, zapatrzonym w siebie bubkiem.
- To całkiem niespodziewane, ale skoro tak mówisz - odparł, bo nie zamierzał pogardzić taką ofertą.
Tak właściwie to nie oczekiwał po niej, że będzie mu jakoś mocno kadzić. Tak właściwie to byłoby niezbyt w ich stylu. Tym obecnym, który był znacznie bardziej przyjazny i naturalniejszy od wrogości, ale jednocześnie trochę wymuszony. Nie zapominał o tym. Nie dało się o tym całkiem zapomnieć w jego położeniu. W jej najpewniej też nie, choć czasami zastanawiał się, w jaki sposób odbierała ich nową sytuację. Poza zaangażowaniem w przyjaźń, oczywiście. Nie rozmawiali za dużo o prywatnych konsekwencjach opętania przez siły z dworku. To był jeden z błędów. Może wszystko byłoby prostsze. Tym bardziej, kiedy usłyszał jej zdanie odnośnie tamtych wydarzeń.
Pierwszy raz w tak pozytywnym kontekście. Spojrzał na nią podejrzliwie z czujnością. Mówiła sarkastycznie?
- Jesteś pewna, że to nie cokolwiek z tego, co do tej pory piłaś było popsute? - Nie to, żeby się czepiał, ale czuł się co najmniej dziwnie z tym, co mówiła i jak się zachowywała.
Nigdy wcześniej nie prowadzili rozmowy w tak rozluźniony sposób a on nie otrzymywał od niej aż tylu pozytywnych komentarzy. Wyczuwał w tym jakiś podstęp albo coś dziwnego, tylko jeszcze nie umiał stwierdzić co. Pod skórą trochę się obawiał. Bał się, bał się, że to znowu ta dziwna siła. Olewając swoje wcześniejsze postanowienia pił, żeby zagłuszyć te myśli. Całkiem mu to wychodziło.
- Tak, tak. Każdy jest specjalną okazją, żeby się pokazać w towarzystwie a potem otwarcie nawalić - połowicznie przyznał jej rację z machnięciem dłoni.
Nie o tym mówiła a on bardzo upraszczał sprawę. Trochę do przesady, bo te wydarzenia miały dla niego duże znaczenie. Teraz wypowiadał się tak a nie inaczej, bo widział w tym sens. Nie szanował ludzi, którzy zawsze mieli tysiące wymówek. Pod tym kątem był prosty i raczej zrozumiały. Był łatwy do przewidzenia, jeśli chodziło o jego najbliższych - przyjaciół lub rodzinę, bo tylko tacy występowali stałe w jego życiu. Potrzebowano go, więc się pojawiał. Miał nie zadawać pytań to ich nie zadawał. Powinien przynieść łopatę to ją przynosił (choć to ostatnie brzmiało słabo w kontekście ich wspólnych doświadczeń). Dużo bardziej skomplikowany był w sytuacjach, które same nie były jasne. Nie byłe ekspertem w podchodach. Szczególnie takich, w których nie był pewny czy ktokolwiek ich naprawdę chce.
- Nie strzelaj do posłańca - obronił się żartobliwie, kolejny raz dobierając słowa tak, żeby nawiązać do żartów, które go bawiły. - Przypominam uprzejmie, że ja też jestem sabatowym dzieckiem. No. Tużprzedsabatowym - zaznaczył, jakby chciał jej dać do zrozumienia ja mam gorzej, choć w istocie nie chciał licytować się kto miał bardziej samotne urodziny.
Nie przeszło mu przez myśl, że nigdy nie podzielił się z nią swoją datą urodzin. Instynktownie przyjął, że skądś ją znała, skoro tytułowali się przyjaciółmi. Co prawda żartowali, że nie wiedzą o sobie zbyt wielu podstawowych informacji, ale w tym wypadku nie wziął pod uwagę, że Geraldine tego o nim nie wie. Tym bardziej, że całkiem wprawnie łechtała jego ego tego wieczoru.
- Chcesz, żebym się zarumienił? Próbujesz sprawić, że się zarumienię jak jakiś gołowąs - zarzucił jej, ale poczuł, że i tak się uśmiecha. Sprawiała, że miał dobry nastrój. - Nic z tego. Nie tym razem. Szczególnie, że to ty masz dziś urodziny, więc to ja powinienem ci mówić, że masz ładne oczy - wzruszył ramionami.
Miała ładne oczy, włosy, usta. Miała ładne wszystko.
- Pasują ci te - machnął ręką rysując kółko wokół jej głowy - włosy. W ten sposób, choć to chyba nieporęczne na co dzień - zasugerował albo może zapytał, bo wypowiedziane słowa zabrzmiały dla niego nad wyraz idiotycznie.
Przysiągłby, że w głowie nie brzmiało to aż tak fatalnie. Bez słowa wzruszył ramionami, upijając łyk ognistej przyjemnie rozgrzewającej gardło. I dobrze, bo gdyby akurat nie pił to pewnie by go zaskoczyła. Teraz miał kilka sekund, żeby rozważyć reakcję na niespodziewane pytanie. Los mu jeszcze trochę sprzyjał.
- Dokładnie to o czym myślisz - skwitował spokojnie, nie pokazując zmieszania ani nie poruszając żadnym mięśniem twarzy.
Nie zmienił pozycji. Aż do przesady, bo niemal przestał się ruszać, jedynie sięgnął po butelkę, żeby dolać Geraldine (i sobie przy okazji) ognistej. Nie przyglądał jej się kątem oka jak to zwykle robił, żeby nie naginać i tak napiętych stosunków między nimi. Nie chodziło mu o otwartą nerwowość, ale o te podteksty. Właśnie te, które znowu się pojawiały. Tym razem patrzył na nią otwarcie, bo skoro go prowokowała do dalszej dyskusji to podejmował wyzwanie. Odpowiedział kontaktem wzrokowym, rozluźnioną (acz zastygłą) postawą ciała i uśmieszkiem w kącikach ust.
Nie spodziewał się, że poruszą coś więcej. Zazwyczaj szybko schodzili z tonu, żeby nie zrobiło się niewygodnie, dlatego nie miał żadnych oczekiwań. Mimo to odpowiadał zakamuflowaną prowokacją na zakamuflowaną prowokację, jeśli dobrze odczytał jej intencje. Nie był jeszcze zbyt wstawiony, żeby powątpiewać w swój osąd bardziej niż przez cały czas, kiedy się spotykali nad książkami.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#13
29.09.2024, 09:10  ✶  

- Idealnie trafiasz w moje gusta, Greengrass. - Jeszcze nie wiedziała, jaką konkretnie butelką dla niej miał, ale nie było to ważne, na pewno trafił w jej upodobania. Każda droższa whisky była lepsza od tego, co zdarzało jej się pić na Nokturnie. Oczywiście, że gardziła tymi szczynami, które zdarzało jej się pijać, bo jej arystokratyczne podniebienie było przyzwyczajone do czegoś innego. Ojciec miał gust, jako, że pierwszy alkohol który piła to był ten wykradziony z jego barku, to przyzwyczaiła się raczej do trunków z wyższej półki (no, chyba, że nie było nic innego). Można więc rzecz, że po prostu była elastyczna, bo niby miała francuskie podniebienie, ale nie należała do tych czystokrwistych, którzy byli jakoś mocno wsiąknięci w ten świat, zaznała w swoim krótkim życiu naprawdę wiele, szczególnie podczas swoich podróży, gdzie wcale nie było tak kolorowo. Miała wyjątkowo twardą dupę, bo spotykały ją naprawdę różne sytuacje, w których nie każdy by się odnalazł. Wiedziała, że liczy się coś więcej niż konwenanse i pozory, którymi żyli tacy jak oni, a przynajmniej większość z nich.

Może i było to dosyć niespodziewane, ale Yaxleyówna miała teraz wyjątkowo dobry humor, potrafiła rzucać komplementami jak z rękawa, kiedy czuła, że ktoś na to zasługuje. Pojawienie się tutaj Ambroise'a zmieniło jej nastawienie do tego dnia, który miała za stracony, nim się tutaj pojawił. Miała go spędzić, jak jeden z wielu, nic nie znaczących dni, w jego towarzystwie jednak te urodziny robiły się nieco bardziej wyjątkowe. Pojawił się tu z tymi prezentami, chociaż nie musiał. Chciała to docenić, zależało jej na tym, aby wiedział, że dla niej to jest ważne, chociaż mogła mówić, że w nosie ma to, czy ktoś faktycznie o niej pamięta, to wcale tak nie było. Nikt nie lubił, kiedy się o nim zapominało.

Wzruszyła jedynie ramionami, słysząc jego kolejny komentarz. - Zauważyłabym pewnie, gdyby coś było popsute, chociaż kto wie. - Łatwiej było to zwalić na wątpliwą jakość napitków, niżeli przyznawać się do tego, że faktycznie tak myślała, szczególnie, że widziała, że zwróciło to jego uwagę. Zamierzała zacząć się znowu pilnować, bo najwyraźniej przez jej słowa pojawiła się konsternacja i wątpliwości, co do jasności jej myśli.

- Laicy, nie wiedzą, że nie potrzeba okazji, żeby się nawalić. - To znaczy, że zawsze mogła się jakaś znaleźć. Chujowy dzień, dobry dzień, średni dzień. Ona sama nie potrzebowała wielkich świąt, aby mieć powód, żeby wlewać w siebie alkohol, co zresztą robiła dosyć często. W ten sposób najłatwiej było jej zagłuszać myśli, chociaż na chwilę je tłumić. Nie była może to szczególnie zdrowa metoda, ale działała, pozwalała zasnąć, tylko to było istotne.

- O, czyli ty masz jeszcze gorzej niż ja. - Nie przypominał jej, pierwszy raz podzielił się z nią tą informacją, nie miała pojęcia, że ma doświadczenie z sabatowymi urodzinami, to też sporo wyjaśniało, pewnie wiele razy zapominano o jego urodzinach tak jak o jej. - Mów, który sabat jest twoim ulubionym. - Tak, chodziło jej bardziej, o to którego nie lubi, bo wypada niedaleko daty jego urodzin. W ten pokrętny sposób próbowała dowiedzieć się, kiedy będzie mogła mu się odwdzięczyć za te prezenty urodzinowe, które od niego dostała. Czuła, że nawet, jeśli będzie to Yule, czy Imbolc to nadal będą utrzymywać kontakt, oby taki bliski, a nawet jeśli nie, to już sobie założyła, że zrobi mu jakąś niespodziankę na urodziny, aby te przyszłe zapamiętał jako naprawdę wyjątkowe. Tak robili przyjaciele, prawda? Dbali o siebie, no tylko najpierw musiała wyciągnąć z niego datę urodzin, bo jak przystało na prawdziwą przyjaciółkę, to jeszcze jej nie poznała.

- Może? - Może tak, może nie, takie odpowiedzi też były bardzo w ich stylu, coś na zasadzie domyśl się, jak przystało na bardzo dorosłych ludzi, którzy nie mieli problemu z mówieniem tego, co mieli na myśli. - Nie trzeba urodzin do mówienia komuś, że ma ładne oczy, Roise. - Nie wydawało jej się, aby wymuszanie od niego komplementów tylko przez to, że to były jej urodziny powinno mieć miejsce. - Nie musisz mnie komplementować przez to, że są moje urodziny. - Jasne, nic nie musiał, wiedziała o tym, jednak wolała mu zwrócić na to uwagę, bo przecież sam podkreślił, a raczej ona skupiła się głównie na tej części jego wypowiedzi, w której argumentował te pochlebstwa tym, że to ona dzisiaj była jubilatką.

Powinna się spodziewać tego, że odbije piłeczkę, zawsze to robił. Perfekcyjnie odwracał kota ogonem.

Oczy jej błysnęły, bo przecież nie mógł myśleć o tym, o czym ona myślała, prawda? Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, sięgnęła po alkohol, którego jej dolał. Miała ochotę krzyczeć, bo zaczynała czuć pod skórą dziwne, palące uczucie, które pojawiało się już wcześniej i nie zostawało ugaszone. Nie wiedziała, jak długo jeszcze wytrzyma, ileż bowiem mogła ze sobą walczyć?

- Skoro myślimy o tym samym, to dlaczego jeszcze nic z tym nie zrobiliśmy? - Znowu nie określiła wprost o co jej chodzi, dalej rzucała domysłami. Rozmawiali o czymś konkretnym, chociaż nie zdecydowali się na dosłowność. Tak było prościej, prawda? Zawsze można było stwierdzić, że druga strona nie domyśliła się o co chodzi, gdyby coś poszło nie tak.

Yaxleyówna chociaż miała ochotę, to nie uciekała wzrokiem, wręcz przeciwnie, wpatrywała się w Greengrassa, jakby rzucała mu wyzwanie. To wszystko ciągnęło się zbyt długo, i może to miał być ten moment, w którym wreszcie zrobią krok w jakąś stronę.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#14
29.09.2024, 11:53  ✶  
- Tak robią przyjaciele - odrzekł bez mrugnięcia okiem.
Przychodziło mu to coraz bardziej gładko. Im więcej razy podkreślali ten stan tym lepiej. Kłamstwo powtarzane dostatecznie długo staje się prawdą. Prawda tłumiona równie długo nie staje się kłamstwem, ale robi mu miejsce a sama znika. Jeśli będzie miał szczęście to nie wpełznie mu głęboko pod skórę, gdzie się zakorzeni i będzie o sobie przypominać w złych momentach. Niedopowiedzenia i tak go swędziały. Nie chciał drapać się jak szaleniec. Wystarczyło mu, że czasami bez tego tak się zachowywał. Szczególnie w tym przypadku.
- Śmiało założyłem, że coś jadłaś. Zepsute jedzenie raczej byś poznała - wzruszył ramionami, choć z drugiej strony piła dużo alkoholu.
Widział to a alkohol często ratował przed zatruciami pokarmowymi. Być może ognista nie była do tego najlepsza, ale praktycznie tylko to razem pijali, więc uznał, że to był ulubiony trunek Geraldine. Jeśli się tym skutecznie broniła przed skutkami spożycia czegoś podejrzanego to Ambroise mógł tylko skwitować to wzruszeniem ramionami. Sam też za kołnierz nie wylewał. Gdyby chciał postąpić w zgodzie z konwenansami to przyniósłby jej jakieś drogie wino, ale wątpił, że by je ruszyli. Średnio przepadał za winem. Szczególnie takim, które lubiło większość ludzi.
Zazwyczaj wybierał wysokoprocentowy alkohol, szczególnie że on też nie zaczął pić od przedwczoraj. Jeszcze pod koniec Hogwartu bywał tak zwanym umiarkowanie dobrym towarzystwem: dużo uchodziło mu płazem, bo był czarujący, dobrego pochodzenia, umiał mieć maniery, kiedy trzeba było, potrafił bajerować nauczycielki a dla nauczycieli był Szkolną Gwiazdą™ (przynajmniej do czasu, bo później stał się Meteorytem po Szkolnej Gwieździe™; co poradzić).
Zazwyczaj umiał się kontrolować. Alkohol nie był jego największym nałogiem. Były tym papierosy. Prawdopodobnie one w ramach ironii losu ratowały Ambroisa przed zostaniem jednym z tych sabatowych alkoholików, o których mówili.
- Albo, że każda okazja jest do tego dobra i zawsze można jakąś znaleźć - dopowiedział, żeby mieli cały obraz tego jak to wyglądało w ich świecie.
Jasne. Bywali ludzie, dla których sabaty były ważnymi wydarzeniami religijnymi i wyrazem związku z siłami natury, magii i tak dalej. Natomiast trudno było nie powiedzieć, że dla znacznej części społeczeństwa to były tylko okazje do pokazania się, zaświecenia nowymi klejnotami, pomachania butami z najnowszej kolekcji Rosierów a potem nachlania się jak świnia lub knur - w zależności od płci także mniej albo bardziej publicznie i innym rodzajem alkoholu. Kobiety zazwyczaj doiły wino, mężczyźni ognistą. Oni chyba byli wyjątkowi, bo oboje raczej gustowali w tym drugim i nie korzystali z możliwości strojenia się w najlepsze ciuszki na sabat. Choć Ambroise nie wykluczał, że może zechce im się tam wyskoczyć pod koniec wieczoru.
- Myślałem, że to jasne? - Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Jego brwi samoistnie uniosły się w górę. Na twarz zaczął wypełzać zuchwały uśmieszek. - Poczekaj... ...czekaj, czekaj, Yaxley... ...no właśnie: który sabat jest moim ulubionym? - spytał wyzywająco przeciągając wypowiedź. - No? - Mógł dać Geraldine chwilę na zastanowienie, ale odkąd doszedł do wniosku, że mogła nie znać lub nie pamiętać jego daty urodzenia czuł się całkiem rozbawiony.
Nie był o to zły. Wbrew pozorom wolał czuć nutkę sadystycznej satysfakcji z tego, że to on ją teraz stawia pod ścianą. Cała jego postawa zadawała to pytanie:
- No, Geraldine. Kiedy mam urodziny? - Ambroise nie musiał tego powtarzać na głos.
Cały czas się uśmiechał. Na początku tylko leciutko unosił kąciki ust, ale im dłużej czekał tym bardziej rozchylał wargi i suszył zęby. W żadnym razie nie chciał stawiać Geraldine w niezręcznej sytuacji. Było po nim widać, że robił to głównie dla żartów. Najpierw chciał z niej wyciągnąć ten nieszczęsny sabat. Później dokładny dzień. Na koniec może także rok? Jeszcze śmieszniej byłoby, gdyby roku też nie była pewna.
- Dałbym ci tę satysfakcję, gdybym miał z dziesięć, góra piętnaście lat mniej i zależałoby mi na tym, żeby zabrać cię na ognisko - zapewnił w dalszym ciągu bardzo rozbawiony, przypatrując się Geraldine zielonym oczami z błyszczącymi kurwikami.
Dorośli ludzie, którzy stawali się najlepszymi przyjaciółmi pod słońcem. Ta. Jasne. Całkowicie normalne było, że zabrałby przyjaciółkę na świętowanie z okazji sabatu. Szczególnie dziesięć lat wcześniej, kiedy już z powodzeniem odnajdował się w roli nastoletniego babiarza. Zresztą. Piętnaście lat wcześniej też nie był święty, choć wtedy najpewniej ciągnąłby ją za warkocze. Całe szczęście, że miała rozpuszczone włosy. Kto wie, co by mu przyszło do głowy na te wspominki.
- Postaram się pamiętać - obiecał, kiwając głową na znak, że przyjął i powie jej to jeszcze za jakiś czas, kiedy Geraldine nie będzie mieć urodzin tylko dajmy na to imieniny.
Mimo to nie mógł sobie darować ostatniego słowa. Lubił je mieć w ich dyskusjach.
- A może to tylko pretekst? Taki jak do picia? - Zasugerował bezczelnie.
Cholera. Znowu wkraczali na grząski teren. Sam ich sprowadzał na kręte ścieżki pełne podtekstów. Choćby tym czy komplementował ją rzeczy z uwagi na urodziny, czy urodziny były wyłącznie pretekstem, bo i tak chciał to zrobić. Nie wątpił, że miała nie pozostać mu dłużna, ale tym razem osiągnęli nowy poziom w szybkości w zmianie atmosfery na taką, która wysuszała mu wnętrze gardła mimo walenia kolejki za kolejką.
- Bo tak jest wygodniej? - zasugerował powoli z czujnością wpatrzony w reakcję na swoje słowa.
Instynktownie wychylił się do przodu. Zmieniając pozycję, oparł łokcie na rozstawionych kolanach. Miał świdrujące spojrzenie, którym coraz śmielej odpowiadał na to ze strony Geraldine. Któreś miało wymięknąć. Nigdy wcześniej nie doszli tak daleko, ale któreś z nich wymięknie i znowu obrócą kota ogonem. Ambroise nie chciał być tą osobą.
- Bo to jest prostsze? - zasugerował ponownie.
Druga sugestia bez potwierdzenia w rzeczywistości, bo wcale nie było łatwiej. Niedopowiedzenia były niebezpieczne. Wcale nie ułatwiały życia nikogo, kogo znał. Ich szczególnie, o czym świadczyło to, że w tej chwili powstrzymał się przed sięgnięciem po fajkę, bo mógłby podpalać ją od iskier w powietrzu. Kto wie czy coś by nie wybuchło.
- Le coeur a ses raisons que la raison ne connait point i to bardzo niedobrze wróży przyjaźniom - mruknął pod nosem swoją niedoskonałą, łamaną francuszczyzną zmuszając się do tego, żeby nie odwrócić przy tym wzroku w kierunku czegoś, co z powodzeniem mogło przyciągać spojrzenie, gdyby nie to, że nie było Geraldine.
Normalnie już by to zrobił, ale rozgrywali mecz.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#15
29.09.2024, 15:29  ✶  

- Fakt, jak mogłabym o tym zapomnieć. - Podkreślali na każdym kroku, że są swoimi przyjaciółmi, ciągle szukali argumentów, które to potwierdzały. Strasznie łatwo im to przychodziło. Nigdy jeszcze z nikim tak usilnie nie powtarzała sobie, że łączy ich taka relacja. Nie miała pojęcia, jaki był sens ciągłego mówienia o tym, że się przyjaźnią. Czy dzięki temu mieli uwierzyć w to, że tak właśnie jest? Cóż, to nie do końca działało, przynajmniej na nią. Nie spoglądała na przyjaciół w ten sposób.

- Pewnie tak. - Tak właściwie to nie pamiętała, czy cokolwiek dzisiaj jadła. Czasami zapominała o takich podstawowych czynnościach, które przecież były potrzebne do życia. Na pewno rano piła kawę, bo każdy dzień zaczynała w ten sam sposób, siedząc na parapecie w kuchni, jarając szluga i pijąc swoją czarną kawę, znaczy brązową, bo też już ustalili to, że myliła się, co do jej koloru. Obserwowała przy tym mieszkańców Londynu, którzy pędzili do pracy, zawsze ją to trochę fascynowało, bo sama nie do końca wiodła takie życie.

- Można też w tę stronę. - Tak, czy siak równało się to nie posiadaniu okazji, na jedno wychodziło. Geraldine dosyć często sięgała po alkohol, bo okazał się być skuteczny w wygłuszaniu nawiedzających ją myśli. Zaczęła sięgać po niego jeszcze w czasach Hogwartu, no hej, już wtedy podczas wakacji jeździła z ojcem na polowania, gdzie lał się dosłownie strumieniami. Nikt jej jakoś specjalnie nie pilnował, więc wraz z kuzynostwem bardzo chętnie próbowała co najróżniejszych trunków. Nigdy jednak nie przepadła w nim tak bardzo, aby stało się to jej długoterminowym problemem.Od tego miała fajki, po które też sięgnęła będąc nastolatką. Nigdy nie należała do osób, które chroniły się prze używkami, lubiła próbować nowych rzeczy, nie bała się zresztą konsekwencji, które mogły się pojawić. Zdarzało jej się nawet przemycać księżycówkę ojca do szkoły, ale nikt nie przyłapał jej jako dostawcy alkoholu. Zawsze miała więcej szczęścia, niż rozumu.

Tego się nie spodziewała. Westchnęła jedynie rozczarowana i przewróciła oczami, Naprawdę?! Nie sądziła, że podejdzie do tego w ten sposób. - Roise, nie spodziewałam się, że jesteś jednym z tych zdesperowanych typów, którzy potrzebują Beltane, żeby zamoczyć. - Ton jego wypowiedzi sugerował bowiem, że do tego zmierzał. Nie wydawało jej się bowiem, że mówił o swoich urodzinach, chciał ją przystawić do muru, proszę bardzo, nie zamierzała przed tym uciekać. Nie bała się konfrontacji.

Miała świadomość, że większa część młodszych czarodziejów czekała właśnie na ten sabat, wtedy mogli pokazać się z tej strony, którą zazwyczaj woleli ukrywać. Podczas Beltane jawnie mogli znajdować sobie swoje bratnie dusze, albo po prostu takie jednorazowe, aby dać upust buzującym hormonom. Właściwie nic wielkiego, bawiło ją jednak to, że podczas innych dni w roku udawali cnotliwych, jakby faktycznie się coś zmieniało.

- To teraz nie chciałbyś się ze mną pojawić na ognisku? Nieźle. - Udała urażoną, właściwie przecież ciągle siedzieli w swoich mieszkaniach, nie pokazywali się ze sobą pomiędzy ludźmi, to ukrywało ich relację przed światem, może faktycznie nie chciał, żeby ktoś wiedział, że się z nią prowadza, to znaczy przyjaźni, bo przecież tylko o to chodziło. Yaxleyówna nie miała najlepszej opinii wśród czystokrwistych czarodziejów, więc nie powinno jej to dziwić.

Nadal jednak nie wiedziała, kiedy ma urodziny, ale założyła sobie, że uda jej się to z niego wyciągnąć, a jeśli nie z niego, to znajdzie kogoś, kto poda jej tę magiczną datę - to nie mogło być Beltane.

- Nie wyglądasz na kogoś, kto potrzebuje pretekstów, żeby mówić to, co myśli. - Nie zamierzała dać mu ostatniego słowa, zresztą miała wrażenie, że ostatnio zbyt często odpuszczała i pozwalała mu wygrywać te ich małe potyczki słowne. Nie mogła pozwolić o tym, aby zapomniał, że ma równego przeciwnika, który również nie bał się tych podszytych podtekstami zaczepek.

Chcąc nie chcąc często stąpali po niepewnym gruncie. Sami doprowadzali do tego, że rozmowy brnęły na te niewygodne tematy, mogli ich unikać, jednak to wcale nie było takie łatwe. Gerry zastanawiała się czasem, czy kiedy jej u niego nie było, to nie przyprowadzał do swojego mieszkania kogoś, kto mógłby dać mu to, czego nie mógł dostać od niej. Czuła wtedy niepokój, bo zdecydowanie nie chciała, żeby miał blisko siebie jeszcze jakąś osobę, nie w ten sposób, chociaż przecież usilnie twierdzili, że są tylko i wyłącznie przyjaciółmi, wiedziała, że nie do końca jej to wystarczało.

- Dla kogo prostsze, dla tego prostsze. - Mruknęła cicho, bardziej nawet burknęła niewyraźnie pod nosem. Sięgnęła w końcu po popielniczkę, żeby zgasić w niej niedopałek. Najchętniej odpaliłaby kolejnego peta, ale zauważyłby, że chce ukoić nerwy, więc tego nie zrobiła.

Skoro dobrnęli już tak daleko, to nie zamierzała udawać, że się z nim zgadza. To nie było proste, to nie było wygodniejsze, nie kiedy ledwie była w stanie usiedzieć w miejscu, kiedy nie mogła powstrzymywać się przed spoglądaniem na niego co chwila, gdy wypatrywała jego uśmiechu. To nie było prostsze, nie dla niej.

- Pierdolisz. - Nie stać ją było na bardziej wyszukaną odpowiedź, ale aktualnie nie do końca była w stanie słuchać czegokolwiek, co sugerowałoby kierowanie się rozsądkiem. Pieprzyć rozsądek, zresztą od początku to, co się między nimi działo było dziwne, nie sądziła, że jest to tylko i wyłącznie przyjaźń, jebać to, najwyżej zrazi go do siebie na tyle, że nie będzie chciał jej więcej widzieć.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#16
29.09.2024, 16:40  ✶  
Gwałtownie zaciągnął powietrze, parskając na dźwięk tych insynuacji.
- Próbujesz mnie obrazić mówieniem mi, że jestem sabatowym ruchaczem? - uniósł brwi, kręcąc głową. Niedowierzanie. - Naprawdę, Geraldine? Naprawdę? Wybacz, że nie informuję cię o moich podbojach miłosnych, Droga Przyjaciółko, ale to nie znaczy, że muszę się zniżać do poziomu moczenia na Beltane. Jak już mówiliśmy: istnieją również inne święta - udawał oburzonego, aczkolwiek nie poczuł się tym specjalnie urażony.
Nie sądził, żeby tak naprawdę miała o nim takie zdanie. Przynajmniej na to liczył, bo byłoby niezręcznie, gdyby naprawdę miała go za kogoś, kim nie... ...nie no... ...kim trochę faktycznie był. Nie mógł zaprzeczyć jakimkolwiek zarzutom odnośnie podrywania samotnych panien (zawsze pilnował stanu panieńskiego swojej potencjalnej towarzyszki wieczoru, nie był głupi) podczas różnych wydarzeń towarzyskich, ale nie ograniczał się do tych spędów. Ani nie był zdesperowany. Nie sądził, aby potrzebował być. Był próżnie świadomy swojej prezencji. W końcu o nią dbał.
- Jakbyś przed chwilą nie powiedziała, że takie pojawianie się na ognisku ma tak naprawdę jeden cel - wypuścił powietrze nosem, pozwalając sobie na przewrócenie gałkami ocznymi. - Jeśli pytasz o to czy w innych okolicznościach rozważałbym zaproszenie cię na wspólne całonocne świętowanie sabatu to odpowiedź brzmi: z dużym prawdopodobieństwem, ale już się tego nie dowiemy - alkohol trochę przez niego przemawiał, słowa łatwiej opuszczały usta i były mniej zawoalowane a nieznacznie rozgoryczenie zostało sprytnie przykryte żartami.
Odpowiedź nie brzmiała w ten sposób. Ambroise był tego całkowicie świadomy. W jakiejś innej rzeczywistości, gdyby sprawy ułożyły się inaczej i nie byłoby między nimi tej przyjaźni (jakkolwiek nie wymuszonej) na pewno mogliby siedzieć przy jakimś ognisku podczas Beltane. Do końca wieczoru nie byłoby już ani trochę chłodno. Ale realia wyglądały zgoła inaczej. Poznali się na tyle dobrze, żeby nie chciał traktować tego przedmiotowo. Mimo sposobu, w który zdarzało mu się na nią patrzeć. Pomimo niedopowiedzeń, bo naprawdę nie chciał spierdolić tej znajomości.
- Jeśli to cię pocieszy, mam do ciebie zbyt duży szacunek, żeby traktować cię w ten sposób - zapewnił ją, choć jego to raczej nie satysfakcjonowało.
Nieczęsto zdarzało mu się nie dostawać tego czego pragnął. Nawet, jeśli to były podstępnie podświadome pragnienia. Żartowali o tym kiedyś, bo w tym wypadku był ucieleśnieniem chamskich komentarzy o bogatych czystokrwistych czarodziejach. Przywykł do tego, że osiąga to czego chce. Zazwyczaj przychodziło mu to łatwo, ale nawet jeśli musiał się starać (co już było zaprzeczeniem tamtym komentarzom) to w większości przypadków wiedział, że na końcu czeka na niego nagroda.
W tym wypadku było inaczej. Teraz świadomie odpuszczał jawne próby dowiedzenia się czy tylko mu się wydawało, że była między nimi przestrzeń na coś poza przyjaźnią. Nie próbował pytać czy to tylko jego ego, mniemanie o swoim czarze osobistym i podszepty demonów pod skórą. Jeden z nielicznych razów w życiu Greengrassa, Ambroise wstrzymywał się przed decyzją.
Nie ma co. Sprytnie odciągnęła go od prób dociekania tego czy zna jego datę urodzenia. Potrafiła go zbić z tropu. Tak, że całkiem zapomniał do czego pił i że powinien wrócić do tamtego tematu.
- No dobrze. Wobec tego postaram się mówić wszystko jak leci, okay? Bez pretekstów - obiecał obdarzając ją dłuższym spojrzeniem.
Kłamał. To jasne. W ich sytuacji byłoby to niemożliwe do spełnienia. Natomiast nie drgnął mu przy tym żaden mięsień na twarzy ani na ciele. Stawali się władcami pozorów. Wbrew sobie, ale kto by tam parzył na takie drobne piekielności.
Szczególnie w obliczu tego, że w ich życiu bywały dużo większe. I to właśnie one zaczęły wypływać na wierzch wraz z ubywaniem zawartości butelki. Ambroise co prawda czuł się całkiem trzeźwy, ale cała ta sytuacja go truła. Nie chciał o tym rozmawiać, jednocześnie się do tego palił, ale nie w jej urodziny. Z drugiej strony chyba nie było na to odpowiedniego terminu a on nie potrafił zamknąć mordy, kiedy zaczął mówić.
- Może pierdolę a może nie - stwierdził poważnie z wyczuwalną nutą goryczy. Nawet, jeżeli miała rację to nie satysfakcjonował go taki komentarz. - Nie wiem czego ty ode mnie teraz oczekujesz, Geraldine. Przerzucamy się półsłówkami, półprawdami, półgównem, ale to nie tylko moja odpowiedzialność - skwitował, rozkładając ręce.
Proszę bardzo. Był otwarty na wszystko, co miał usłyszeć, jeśli chciała mu coś powiedzieć.
Nie chciał się konfrontować, szczególnie nie w jej urodziny. Rozmawiał z nią szczerze, twardawo, trochę z przekąsem, ale bez zamiaru głębszej konfrontacji. Miała rację. Może powinni sobie wyjaśnić kilka rzeczy, bo to robiło się męczące.
- Przyjaźnimy się? Flirtujesz ze mną? Zaczynasz kłótnię? Rozwiewasz wątpliwości z ciekawości? Pasuje ci ten stan rzeczy? Nie pasuje? Skoro ja pierdolę to ty też pierdolisz - stwierdził po chwili, osuszając szklankę po raz kolejny.
Postawił ją z trzaskiem na stoliku, sięgnął po butelkę i nalał sobie więcej alkoholu bez odwracania wzroku od Yaxleyówny.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#17
29.09.2024, 17:34  ✶  

Ona, próbowała go oskarżyć o bycie sabatowym ruchaczem? Gdzie tam. Sam zaczął.

- To nie o to ci chodziło? - Zapytała zupełnie niewinnie, bardzo słodkim tonem głosu. Ups, musiała nadinterpretować to co do niej mówił, było bardzo prosto o takie niedopowiedzenia, kiedy ciągle raczyli się półsłówkami. - Źle mnie zrozumiałeś, przecież powiedziałam, że jak na moje to nie wyglądasz na takiego zdesperowanego, ale wolałam zapytać. - Wyjątkowo wprost, jak widać dobrze, że to zrobiła, bo znowu zbyt wiele sobie pomyślała. - Zresztą, jako przyjaciółka chyba powinnam coś o tym wiedzieć, nie sądzisz? Żeby mieć świadomość, jak się prowadza mój przyjaciel. - Nie dzielił się z nią akurat tą strefą swojego życia, a przyjaciele chyba powinni sobie mówić o wszystkim. Czyż nie? Był to bardzo dobry argument, żeby wypytać go o to, czy faktycznie się z kimś spotykał, ale nie wyjść na bardzo wścibską. Przyjaciele mówili sobie takie rzeczy.

- Skoro się tego nie dowiemy, to bez sensu jest o tym dyskutować. - Po co mieli rozważać w ogóle na temat czegoś, co miało nigdy nie mieć miejsca? Postawili sobie granice, teraz bez potrzeby rozmawiali o tym, co by się zdarzyło, gdyby tego nie zrobili.

Atmosfera robiła się coraz bardziej napięta, Geraldine czuła, że zbliżają się do eskalacji. Może to i dobrze, jak dotąd powstrzymywali się bardzo długo od mówienia tego, co leżało im na sercach. Oczyszczenie powinno dobrze im zrobić, mogło też spierdolić wszystko, co udało im się stworzyć przez ostatni miesiąc, ale może było warte ryzyka?

- Rzeczywiście jest to bardzo pocieszające. - Odparła z nieukrywanym przekąsem.

Szczególnie, kiedy myślała o tym, że wolałaby pojawić się przy sabatowym ognisku z jakąś inną typiarą. Naprawdę brzmiało to wyśmienicie. Jej zostawi swój szacunek, jakby tego potrzebowała w tej chwili najbardziej. Szacunek nie był w stanie zaspokoić tego, co działo się w jej ciele i duszy, tyle, że o tym póki co wolała nie mówić na głos. Mimo wszystko miała w sobie jakąś resztę opanowania.

Nigdy dotąd nie miała problemu z tym, żeby mówić o swoich potrzebach, przychodziło jej to lekko, niespecjalnie przejmowała się konsekwencjami, jakie by one nie były. Sparzyła się kilka razy, ale były to bardzo krótkie rozczarowania, które mijały równie szybko, jak szybko się pojawiały. Zresztą raczej zawsze udawało jej się osiągnąć cel, przez wzgląd na swój uparty charakter zapewne. Tego, co działo się między nimi nie potrafiła rozgryźć, nie umiała też do końca ugryźć tematu tak, żeby dostać dokładnie to, czego oczekiwała. Może chodziło o to, że nie do końca potrafiła to określić. Brnęła od początku w tę narrację, że są przyjaciółmi, tyle, że tak naprawdę nie na tym jej zależało. Akceptowała to takim jak było, żeby przypadkiem się od niej nie odsunął, jeśli nie mogła dostać tego, czego chciała zamierzała się pocieszyć tym, co jej dał. Było to bardzo nie w jej stylu.

- Wspaniale, trzymam cię za słowo. - Nie do końca mu wierzyła, ale przecież by jej nie okłamał, prawda? Przyjaciół się nie oszukuje. Próbowała się pocieszać tym, jak to powinno wyglądać, chociaż czuła, że mydli jej oczy.

Może tak, a może nie. Typowe, a jakże.

- Prawdy, oczekuję prawdy. - Powiedziała nadal całkiem spokojnym tonem. Czuła, że rozmowa idzie w coraz bardziej nieodpowiednim kierunku, a może wręcz przeciwnie. Nadal wydawało jej się, że zasługiwali na to, aby w końcu podzielić się tym, co dusili w sobie. Może nie było to szczególnie wygodne, ale cóż, czasem trzeba było wyjść ze strefy komfortu. Zdecydowanie w ich przypadku nadszedł właśnie ten moment. Sama póki co nie była zbyt wylewna, jednak chyba czas najwyższy to zmienić.

- Próbuję wybadać grunt. - Sama nie do końca wiedziała, jaką odpowiedź chciała usłyszeć, co byłoby dla niej w miarę satysfakcjonujące. Nie chciała się kłócić, to na pewno nie było to, ale próbowała sprawdzić, na co mogą sobie pozwolić, przede wszystkim na co ona może sobie pozwolić w stosunku do jego osoby. Nie dawał jej jasnych znaków, nie potrafiła go w pełni odczytać, a dusiło ją to napięcie, które pojawiała się podczas ich rozmów. Na pewno też je czuł, brnął w to na równi z nią. Kurwa, ktoś musiał wreszcie o tym powiedzieć, coś z tym zrobić, bo będą się tak z tym męczyć do usranej śmierci. - Coraz mniej mi to pasuje. - Powiedziała jeszcze cicho, żeby się określić.

Po chwili podniosła się z sofy, jakby nigdy nic, jakby wcale nie rozpoczęła przed chwilą bardzo niewygodnej rozmowy. - Masz ochotę na ciasto? - Nie ma to jak całkiem zgrabna ucieczka od rosnącego napięcia, którego nie dało się nie wyczuć w powietrzu.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#18
29.09.2024, 18:34  ✶  
Próbowała zagiąć go tymi nagłymi pytaniami o jego podejście do tego, co powiedział. Nie takie miał założenia. W żadnym razie nie o tym mówił, ale teraz już by się do tego nie przyznał.
- Naprawdę chcesz słuchać o moich podbojach miłosnych? Ja bym wolał, żebyś swoje zachowała dla przyjaciółek. Nie będzie tu wzajemności - uprzedził kwitując to wzruszeniem ramionami, jakby mówił o tym bez większego problemu.
Zupełnie w taki sposób, jakby nie miał się zagotować na informacje, których nie chciał znać a jednocześnie, które byłyby przydatne do tego, żeby wiedział na czym stoi i nie próbował mydlić sobie oczu.
- Nie wystarczą ci plotki, że prowadzam się nie za dobrze? Na to się pisałaś - nie był już dłużej rozbawiony, zaczął się męczyć tym nagłym wielkim powrotem nieścisłości i niedopowiedzeń.
Jakby tego było mało, Geraldine nieświadomie przypomniała mu o bardzo niewygodnej świadomości, że też niewiele wiedział na temat jej życia uczuciowego. Poza plotkami i żartami - oczywiście, ale na tej podstawie trudno się wyrokowało jaka była prawda.
Może powinnien spodziewać się nieoczekiwanych gości, mimo że na nikogo konkretnego nie czekała. Tego tajemniczego gościa z egipskich wykopalisk albo z lasów deszczowych. A może kogoś bardziej przyziemnego: piekarza albo drwala? Zupełnie nie wiedział, w kim gustuje jego droga przyjaciółka. Mógł być to szalony podróżnik i łowca przygód, ale równie dobrze mogła wybierać kogoś, kto był jej kompletnym przeciwieństwem i działał na nią swoją spokojną osobowością.
Ambroise nie miał pojęcia i szczerze mówiąc bardzo mu to nie pasowało. Chciał wiedzieć, ale niekoniecznie słuchać i być powiernikiem erotycznych sekretów, skoro nie były ich wspólne. Bo oni się kurwa kumplowali.
- Skoro tak twierdzisz to niech będzie - nie mógł dyskutować, skoro właśnie ustalili, że nie było pola do dyskusji.
Zgadza się. Czasami był dużym, upartym dzieckiem czepiającym się słówek i używający ich przeciwko rozmówcy, nawet jeśli jego to też po drodze raniło. Coś w nim przeskoczyło i na złość Geraldine pewnie odmroziłby sobie uszy (szczególnie, że i tak nie słyszał tego, co chciałby usłyszeć), gdyby nie to, że nadeszła wiosna i mrozy odpuściły. No nic. Najwyżej musiał z tym czekać do jesieni.
- Nie rozumiem cię - przyznał bez ogródek.
Powinna się cieszyć, że ma do niej szacunek. Ambroise traktował ją jak równą sobie, a niewielu ludzi mogło się tym pochwalić. Nie chciał jej wykorzystać ani porzucić. W przeciągu ledwo ponad miesiąca całkowicie zmienił nastawienie. Chciał, żeby była obok. Chciał spędzać z nią czas. Dużo czasu. Mógł znaleźć co najmniej kilka pospiesznych wymówek na to, czemu musieli współpracować. To nie było częste. Nieczęsto obawiał się otworzyć gębę, bo mógłby coś spieprzyć.
- Zawsze go dotrzymuję - odrzekł, choć nawet to też było kłamstwem.
Łamał dane słowo niemal na pniu. Dokładnie w tym samym momencie, w którym składał przyrzeczenie. To również nie było dla niego normalne. Zazwyczaj, jeśli nie chciał dawać słowa to po prostu tego nie robił. Nie dopuszczał się krzywoprzysięstwa.
- Szukamy jej od ponad miesiąca - zauważył z nutą rozgoryczenia.
Wiedział, że nie o to chodzi Geraldine. Nie musiał być wyjątkowo spostrzegawczy. Rozmawiali na temat ich własnej prawdy a nie tego, co rzeczywiście było obiektywnie prawdziwe. Pytała go o to jak to wyglądało z jego strony, ale nie umiał jej na to odpowiedzieć. Czuł blokadę przed otwarciem się przed kimś, kto miałby moc go upokorzyć i zranić. Mogli sobie nawzajem docinać, ale tu chodziło o coś innego. W poważnych sprawach chciał wiedzieć na czym stoi zanim za bardzo się odsłoni. Szczególnie, że to było dla niego nowe i nieznane. Nie lubił tego typu nowości. Ten grunt był za grząski.
- Daj mi znać jak do czegoś doprowadzą cię te prace geologiczne - wreszcie odwrócił wzrok, splatając palce dłoni i na powrót zamykając się w swojej twardej skorupie.
To było bez sensu. Równie dobrze mogliby mówić do siebie z dużo dalszej odległości i pod wiatr. Efekt byłby dokładnie ten sam. Żaden.
- Mi też nie jest z tym komfortowo - stwierdził nie kryjąc nagłego zmęczenia.
Znowu kręcili się w kółko obok tego samego głupiego gadania. Już teraz widział, że nic z tego nie będzie. Niepotrzebnie poruszali jakikolwiek temat. Jedynie wywołali niepotrzebną burzę zamiast świętować jej urodziny. Zaczynał podejrzewać, że nigdy nie wyjdą poza granice półprawdy. Czuł rozgoryczenie. Ciężar dźwiganych niewypowiedzianych słów był bardziej gorzki niż przedtem. Słodycz ciasta nie miała zmniejszyć goryczy ani sprawić, że jego gardło będzie mniej zaciśnięte.
- Wspaniale - jak na znak również podniósł się z fotela - pomogę ci je odpakować i zapalić świeczki zanim zaczniemy je kroić - albo nie, jak dla niego mogli je jeść widelczykami wprost z tacki.
Zapalanie świeczek wydawało mu się teraz głupie. Kiedy kupował jej to ciasto nie myślał o tym w taki sposób. Był całkiem zadowolony z pomysłu, żeby to był prawdziwy miniaturowy torcik urodzinowy. Był przyozdobiony jakimiś bzdurnymi dekoracjami i miał te dwadzieścia trzy świeczki, które dałoby się zapalić niemal za jednym zamachem. Tyle ich było, że zajmowały prawie całą górę placka. Wtedy go to bawiło. Teraz czuł się zirytowany i zawiedziony, ale robił to co zazwyczaj w takich sytuacjach; szczególnie w przypadku jego i Geraldine relacji - dobrą minę do złej gry.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#19
29.09.2024, 19:49  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.09.2024, 22:18 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Och, o pomyłkę w domysłach było bardzo łatwo, szczególnie, że praktycznie w ogóle nie sięgali po dosłowność. Ciekawe ile z tego, co mówili sobie w przeciągu miesiąca źle odebrali? Może powinni zrobić jakieś sprostowanie, bo zaraz się okaże, że każde z nich miało swoją własną, odmienną rzeczywistość.

Wzruszyła jedynie ramionami, nie chciał słuchać o podbojach miłosnych to nie będzie słuchał. Proszę bardzo. - Jak sobie życzysz. - Nie, żeby miała co opowiadać, bo aktualnie nie była w stanie się do nikogo zbliżyć, myślała tylko i wyłącznie o nim, w przeciągu miesiąca nie zwróciła uwagi na żadnego, innego mężczyznę, gdzie wcześniej raczej nie miała z tym problemu, zawsze znajdowała jakieś ciekawe obiekty, które mogła zwodzić na pokuszenie. Nawet jej tego nie brakowało.

- Naprawdę nie zauważyłeś jakie mam zdanie o plotkach? - Szczególnie, że aktualnie nie dawał jej dowodów na to, że te plotki faktycznie miały jakikolwiek sens. Powinien to wiedzieć. To nie było nic, czego nie dałoby się domyślić. Zdarzyło im się przecież razem, specjalne je podsycać. O niej też krążyło ich wiele, a przecież nie wszystkie były prawdziwe. - Tak, oczywiście, na to się pisałam, jakżeby inaczej. - Oczywiście, niech znowu jej powie, że to jej wina. Na pewno dzięki temu dojdą do konsensusu.

Wolała go sobie nie wyobrażać z żadną z czystokrwistych znajomych, bo czuła, że niepotrzebnie by to ją zirytowało. Tak właściwie skąd mogła wiedzieć, że z którąś faktycznie nie połączyło go coś więcej, albo, że nie spotykał się z nią, gdy wychodził z jej mieszkania? Zabolałoby ją to bardziej, niż byłaby w stanie przyznać, a przecież ciągle byli tylko przyjaciółmi.

Tak, ona twierdziła... Znowu sugerował, że to ona nie chciała rozmawiać, a przecież sam powiedział, że by się tego nie dowiedzieli. Ciągle to robił, zaczynało ją to irytować, ale nadal, sama z siebie nie zacznie tutaj wyciągać swoich gorzkich żali, bo przecież to było bez sensu. Dużo lepiej siedzieć cicho i cierpieć.

No jasne, ciężko było zrozumieć kogoś, kto nie potrafił powiedzieć do końca, co leżało mu na sercu. Miała wrażenie, że ten szacunek, którym ją darzył powodował ograniczenia, które niekoniecznie jej odpowiadały. Może tu był pies pogrzebany? Cieszyło ją, że ją szanował, wiadomo, mogła poczuć się doceniona, wyjątkowa, ale wolałaby, aby było w tym coś więcej niżeli sam szacunek. Nie mówiła o tym, bo przecież nie miała prawa tego od niego oczekiwać, bo się tylko przyjaźnili.

- Może kiedyś zrozumiesz. - Nie zamierzała po raz kolejny oddać mu ostatniego słowa, więc sięgnęła po to, co lubili najbardziej - może.

- Nie o tym mówiłam, ale niech ci będzie, w takim wypadku możemy jej nigdy nie znaleźć. - To ją bolało. Będą tak tkwić w tym dziwnym układzie dopóki nie odkryją, co wydarzyło się w przeklętym dworze. Obawiała się, że nigdy do tego nie dojdzie, że przez to będzie nieszczęśliwa, że nie ruszy do przodu, chociaż bardzo by chciała. Ona również nie miała pojęcia, co z tego, co się działo było jej, a co nie, ale powoli przestawało ją to obchodzić.

- Oczywiście, chociaż niestety trafił mi się bardzo trudny okaz do badań. - Sięgnęła w końcu po swoją szklankę i jednym haustem wypiła whisky, która się tam znajdowała, niemalże od razu dolała sobie więcej. Musiała się napić, nie spodziewała się, że po raz kolejny nic nie uda jej się ustalić. Kurewsko ją to męczyło.

Wypuściła głośno powietrze, kiedy wspomniał o tym, że mu również nie jest z tym komfortowo. To ją wkurzało, jej nie było komfortowo, jemu nie było komfortowo, zamiast coś z tym zrobić to brodzili w tym gównie nie próbując sobie pomóc. Jasne, szukali odpowiedzi na to, co wydarzyło się, gdy byli w posiadłości, ale mogli zrobić też coś innego. Dać sobie kurwa szansę na coś więcej. Nie zamierzała jednak wracać do tego tematu. próbowała, nic z tego nie wyszło. Trudno. Będzie się męczyć dalej, bo nie zamierzała przestać trzymać go blisko siebie.

- Dziękuję, sama bym sobie pewnie nie poradziła. - Wolałaby, żeby nie wstawał teraz z fotela, nie znajdował się zbyt blisko niej, bo po tej rozmowie nie wiedziała na ile była w stanie sobie zaufać. Jemu również nie było z tym komfortowo, czy to oznaczało, że czuł to samo co ona, że też byłby w stanie sięgnąć po więcej?

Sięgnęła w końcu po karton i podniosła go do góry, w sumie po chwili postawiła ponownie na stole. - Będzie prościej, jak po prostu pozbędziemy się tej części. - Wskazała palcem, na górną część pudełka i zgrabnie ją oderwała. Nie powinna im przeszkadzać w spożywaniu tortu. Swoją drogą był całkiem ładny, ilość świeczek nieco ją przeraziła, bo było ich naprawdę sporo. Pozwoliła mężczyźnie zapalić świeczki, stała tuż obok niego i czekała, aż to zrobi, źle się czuła, kiedy znajdowali się zbyt blisko siebie, docierało do niej coraz bardziej, czego aktualnie jej brakuje.

- Już? Mogę? - Chciała mieć z głowy dmuchnięcie, nie znosiła tej części celebracji urodzin. Powinna pomyśleć marzenie, ale coś czuła, że nie było w stanie się spełnić, cóż i tak je pomyślała nim zdmuchnęła świeczki.

- Będzie prościej, jeśli zjemy go razem z tego pudełka, przynajmniej się nie rozdupcy. - Najważniejsze były praktyczne rozwiązania, czyż nie? Z tego powodu ponownie wróciła na sofę, tyle, że teraz wzięła ze sobą ciasto. - Weź widelce, prooooszę. - Rzuciła jeszcze do Greengrassa.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#20
29.09.2024, 21:40  ✶  
- Właśnie tak sobie życzę -wybacz, nie było mu w smak bycie z nią przyjaciółmi w tej sferze życia.
Nie miał pojęcia jak mógłby się zachować, kiedy zostałby przedstawiony jakiemuś beżowemu lowelasowi (nie wiedzieć czemu ciągle miał w głowie ten obraz egipskiego poszukiwacza przygód). Nie chciał dopuszczać do siebie możliwości, że prędzej czy później do tego dojdzie. Nie byli wyłącznie przyjaciółmi, ale także oboje należeli do czystokrwistych rodów.
Prędzej czy później oczekiwano od nich jakichś rozsądnych decyzji w zgodzie z konwenansami. Może to jeszcze nie było elementem ich życia a przynajmniej nie w przypadku Greengrassa, ale nie łudził się, że czasami takie rzeczy po prostu miały miejsce. Można było udawać, że tak nie jest. Jego rodzina go nie naciskała, ale widywał różne rzeczy. Czasami głowom rodów po prostu odbijało. Z dnia na dzień podejmowali wiążące decyzje, żeby wzmocnić siłę i pozycję swoich rodów.
To było mało przyjacielskie i trochę egoistyczne z jego strony, ale nie chciał być w pobliżu, kiedy nadejdzie taki moment i Geraldine wejdzie w związek z jakimś wpływowym czarodziejem. O ile to będzie świadoma decyzja z jej strony. W innym przypadku nie miał nic przeciwko temu, żeby przy niej być i wspierać ją w trudnej sytuacji. Ot pokrętne myślenie. Może nie był tak prostym człowiekiem, za jakiego się miał.
- Zauważyłem. Sama mi powiedziałaś. Mówię tylko, że w każdej plotce jest ziarnko prawdy. W moim przypadku nie jest inaczej - wzruszył ramionami.
Chciała wiedzieć, jaką fatalną partią był Ambroise, więc on nie próbował mydlić jej oczu. Dla niektórych ojców i braci bywał najgorszy, może nie zadawał się z mężatkami ani zaręczonymi, ale dla niektórych mężów również. Natomiast tu nie odpowiadał za czyjeś wyobrażenia. Pod tym względem był w porządku. Nie dotykał zajętych. Tu też był pies pogrzebany, bo nie wiedział tego o niej a nie chciał pytać. Nagle się przed tym wzbraniał. Stąd usiłował upierać się, że pasuje mu ta cała śpiewka o przyjaźni.
- Mam nadzieję. Byłoby łatwiej - odpowiedział kryjąc wszystko w sobie; jego ton był pozbawiony emocji, całkowicie neutralny i nieprzenikniony tak samo jak wyraz twarzy.
Gdyby miał jakiś podręcznik do ich relacji z pewnością byłoby znacznie prościej. Potrafił się obchodzić z rzeczami, które były jasne i nie mogły mu wybuchnąć w rękach, kiedy teoretycznie robił wszystko w porządku. Nie zawsze stosował się do zaleceń. Lubił szukać własnych rozwiązań i chodzić na skróty, ale tu czuł, że nie może. Grząski grunt zapadał mu się pod nogami i go wciągał.
- Znajdziemy ją. Tylko wtedy wszystko się rozjaśni - stwierdził może trochę zbyt zdecydowanie, fanatycznie i z nutką desperacji, ale potrzebował wierzyć, że prawda gdzieś tam jest i mogą do niej dotrzeć, jeśli się postarają. - Znowu cię nie rozumiem - dodał, kiedy powiedziała coś odnośnie obiektu badań, bo zaczynał mieć wrażenie, że w jej głowie też było tak głośno jak w jego.
Nie pozwalał sobie na dalsze myślenie, że być może zna powód. Próbowali poruszyć ten temat. Któryś raz z rzędu i ponownie bezskutecznie, uciekając do przyziemnych czynności.
- Jasne - skwitował jej sarkazm.
Nie dyskutował z Geraldine. To były jej urodziny. Wręcz zaczął twierdzić, że mogła zrobić z tym ciastem cokolwiek chciała. To było głupie ciasto. Durne przyozdobione ciasto urodzinowe z żenującą liczbą świeczek. Nic, co bawiło go jeszcze chwilę temu. Miała dobry pomysł z oderwaniem górnej części kartonu. Zrobiła to wprawnie. Powinien pogratulować przyjaciółce dobrego pomysłu, ale tego nie zrobił. Stał obok jak słup soli.
Właściwie to niepotrzebnie pchał się do pomagania jej, skoro dobrze sobie radziła. Wydawało mu się to dobrym pomysłem, dopóki nie stanęli zbyt blisko siebie. Wewnątrz cieszył się, że wcześniej złożył te cholerne życzenia. W tej chwili nie byłby w stanie zbliżyć się jeszcze bardziej. Ani tym bardziej uściskać kobietę albo co gorsza ucałować ją w policzki. Mimowolnie napinał ciało i powstrzymywał się przed zbyt głębokim oddychaniem, jakby to mogło jakoś zaszkodzić. Kiedy rozpakowała ciasto a on w milczeniu podpalił świeczki, odsunął się pół kroku w bok. Pokiwał głową. Najlepiej, żeby to zdmuchnęła i będą to mieć za sobą.
- Wszystkiego najlepszego - powiedział spokojnie po raz kolejny tego wieczoru, bo nie zamierzał śpiewać jej Sto lat, tym bardziej, że czarodzieje zwykle żyli dłużej.
Inaczej sobie wyobrażał tę chwilę. Miał nadzieję, że Geraldine ucieszy się z tego elementu prezentu od niego. Raczej sądził, że będą mogli żartować coś na temat absurdalnej ilości świeczek a oni zachowywali się jak nastolatki zmuszane do pozowania na rodzinnych portretach. Geraldine jeszcze, jakby ktoś zabrał ją do restauracji na urodzinową kolację i powiedział kelnerom, że ma urodziny a oni zaczęli śpiewać jej jakąś żenującą piosenkę.
Nic dziwnego, że Ambroise stracił cały pozostały zapał. Też chciał, żeby mieli to z głowy. Wymusił uśmiech, kiedy zdmuchnęła świeczki a zaraz potem pokiwał głową. Mógł przynieść co potrzeba. Szczególnie, jeśli to da im chwilę osobno, bo jej obecność zaczęła mu ciążyć w niewłaściwy sposób.
- Coś jeszcze będzie prościej, jeśli zrobimy? - Spytał akurat dogodnie obrócony do niej plecami, bo właśnie oddalał się po widelce.
Mógł się przymknąć. Z powodzeniem. Natomiast nie potrafił powstrzymać się od komentarza. Najwidoczniej Geraldine potrafiła orientować się w sposobach hierarchizowania problemów i podejmować całkiem słuszne decyzje, tylko z jakiegoś powodu wolała, żeby dotyczyły oderwania papierowej góry pudełka albo zjedzenia ciasta prosto z kartonu a nie czegoś, co zmieniłoby ich sytuację w dłuższej perspektywie. W tej krótszej odnajdywała się doskonale. Tak dobrze, że bez wahania udał się po te widelczyki.
Zdążył zorientować się w układzie części mieszkania jego przyjaciółki - tej dostępnej dla wszystkich gości. Oczywiście. Nic ponad to. Bez zdrożności. Toteż pamiętał, skąd powinien wziąć sztućce i nie miało mu to zająć zbyt dużo czasu. Mógł wrócić zaledwie po minucie bądź dwóch. Natomiast do salonu powrócił dopiero bliżej dziesięciu minut od wyjścia. Potrzebował tej samotnej chwili w kuchni i skorzystał z tej możliwości.
Jak gdyby nigdy nic podszedł do sofy, wyciągnął widelczyk w stronę Yaxleyówny i obalił się na wolny kawałek siedziska. Mogliby być statystami w mugolskim sitcomie, bo przecież i tak grali. W następnym sezonie może awansują na postacie gościnne, ale to nie zależało od nich. Ambroise cały czas odnosił wrażenie, że to ktoś inny odpowiada za ten scenariusz. Czuł rozgoryczenie na myśl, że niby miał opowiadać o jego życiu a on nie czuł, że ma kontrolę nad tym, co ktoś tam napisał. Może tylko grać z gotowej kartki.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (11355), Geraldine Greengrass-Yaxley (10968)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa