- Czym ci zagroziła, że zamieniłaś się w owieczkę? Może daje jakieś lekcje? - Spytał z drobną uszczypliwością, cały ten czas się do niej uśmiechając zanim nie pomyślał o jednym prostym rozwiązaniu. - Możemy stąd znikać, jeśli chcesz. Czy to robi aż taką różnicę, że będziemy tu kilka godzin krócej czy dłużej? Wrócimy do Londynu, zdejmiesz sukienkę, posiedzimy w mieszkaniu, pójdziemy na miasto, gdzie sobie zażyczysz - wszystko miało być lepsze od tego przedstawienia. Szczególnie z nią. Zwłaszcza z nią.
Wprawiła go w zaskakująco lekki humor. Tym razem niemal nie zauważał tego nienaturalnego napięcia. Chętnie się do niej przysunął, obdarzał ją spojrzeniem, reagował uśmiechem na słowa. Nawet na te niezbyt wyrafinowane insynuacje, jakoby miała go za najatrakcyjniejszego faceta w tym miejscu, choć jednocześnie przecież ani razu nie okazała mu widocznego zainteresowania. Słowa były czym innym niż czyny. W czynach byli po prostu przyjaciółmi. To było posrane, normalnie spowodowałoby u niego niesmak i chmurność, ale nie teraz.
- Wybacz, ale tamtych dwóch nie świadczy zbyt dobrze o twoim guście do mężczyzn - wzruszył ramionami.
Musiał to powiedzieć obiektywnie, w końcu był jej przyjacielem a ona nigdy nie była mu dłużna w ripostach. Nawet teraz komentowała to z kim przyszedł na przyjęcie a przecież to nigdy nie zależało od niego. Jego decyzja byłaby zgoła inna. Miał tego kłującą świadomość.
- Och ona jest jak wartki górski strumyk, naprawdę, Geraldine - pozornie zaprzeczył ostrym słowom na temat inteligencji panny Delacour, ale nie ukrywał błysku w oczach, kiedy unosił kąciki ust i zamieniał je w pełny uśmiech. - Z tym, że podczas suszy - skwitował, bo choć nie mógł powiedzieć nic o Yvette to...
...właśnie. Nic nie mógł o niej powiedzieć, bo niczym go nie zaskoczyła ani nie zainteresowała. Jasne. Była prześliczna pod każdym względem. Miała w sobie praktycznie wszystko, co mogłoby przyciągać do niej mężczyzn jak ćmy do światła. Tyle tylko, że no właśnie. Do światła, ale nie do ognia. Wabiła ich do czegoś, co dało się równie szybko ugasić. Nie wyniósł nic z ich rozmowy. Nie zapamiętał wiele poza tym, że przez cały czas zacięcie próbowała zwrócić na siebie jego uwagę, ale robiła w to najnudniejszy możliwy sposób.
Oczywiście, ona także posługiwała się masą podtekstów i robiła swoje własne podchody, ale przejrzał je już na samym początku. Tak jak w wielu przypadkach wcześniej, doskonale wiedział jak powinien grać w tę grę, żeby wygrać, ale jednocześnie dać pannie pełne poczucie, że to ona rozdała wszystkie karty. Od a do z. Nie była ani trochę oryginalna, choć z pewnością wydawało jej się, że jej urok osobisty był największym darem i zarazem teatralnym pretekstem do nazywania swojego wyglądu straszliwym przekleństwem, które przyciągało do niej nieodpowiednich ludzi, ale ty byłeś kimś innym, mogłeś ją ocalić, zająć jej myśli i ściągnąć to brzemię z ramion. Wystarczyło odpowiednio reagować, nie pchać jej zbyt szybko rąk pod suknię (ale również nie za późno, żeby nie zrobiła się znudzona) i udawać, że słucha się z pasją wszystkiego, co ma do powiedzenia. W efekcie to ona sądziła, że rozdaje karty a faktycznie jedyną kartą, jaką grali był Głupiec. Musiała ją wyciągnąć. Nie było innej możliwości.
Wiedział to wszystko i z powodzeniem mógł zakończyć ten wieczór w inny sposób. Problem w tym, że nie chciał. Czuł się znudzony, żeby nie powiedzieć: zniesmaczony tym, co zazwyczaj i dla niego stanowiło zabawę. Ich rozmowy się nie kleiły, bo nigdy nie były nastawione na faktyczną dyskusję. To był dialog dla dialogu. Nie było w nim żaru ani emocji. Nie przynosił nic ponad zmęczenie tematu. Zagrywki Yvette nie mieszały mu w głowie. Nie robiły z nim nic, czego by nie znał. Podteksty nie były podtekstami, niedopowiedzenia nie były niedopowiedzeniami, bo wszystko było zbyt jasne. Przyzwyczajony do palenia się jak ćma w prawdziwym płomieniu ognia nie chciał dać się złapać na jej szklaną lampę. Z pozoru była wszystkim, czego mógł chcieć. Szczególnie takiego popołudnia i wieczoru jak ten.
W rzeczywistości nie była niczym. Jego myśli nie były ku niej skierowane nawet na ułamek sekundy. Miał swoje własne chaotyczne myśli doprowadzające go do przeżywania wewnętrznego piekła na ziemi. Czy tak właśnie wyglądało zajęte serce? Nie umiał tego stwierdzić, nigdy wcześniej nie został postawiony w takiej sytuacji ani nie czuł, że wali głową o mur próbując przebić się dla kogoś przez ścianę z niewypowiedzianych słów, obaw i wątpliwości. Miał wrażenie, że za każdym razem, kiedy udaje mu się zrobić pęknięcie w tym murze, Geraldine z drugiej strony uzupełnia je szpachlą i dokłada kolejny rządek cegiełek.
Głupiał. Dla niej. On - człowiek chełpiący się swoją umiejętnością w grania w gierki raz po raz był tym samym Głupcem, którego wcześniej tyle razy wciskał innym. Czyżby w ten sposób odbijały się na nim jego uczynki? Nie był dobrym człowiekiem, wiedział to, ale nie był też złym. Miał swoje zasady, których się trzymał i swoich ludzi, o których dbał. A czuł, że ponosi karę za wszystkie czyny. W tym także te, których jeszcze nie popełnił, bo nie potrafił przebić się przez cegły. Zupełnie jakby przejścia do upragnionego świata zamknęły się niespodziewanie. Niby wiedział, że tam są a przynajmniej były kiedyś, ale teraz nie mógł przejść przez ścianę za Dziurawym Kotłem i obawiał się, że jeśli spróbuje inaczej to rozkraczy się wózkiem na samym środku King's Cross.
Zrobi z siebie błazna. Pośmiewisko. Wzgardzonego idiotę. Nie było go na to stać, choć nie miał problemu z niczym innym.
Na przykład z konfrontacją z niedoszłymi adoratorami Geraldine. Wredne bogate gnojki musiały dostać nauczkę za to, co usłyszał przez płachty namiotów. Mógł im dać pstryczka w zadarte nosy albo zrobić coś znacznie gorszego, ale nawet nie musiał sobie specjalnie brudzić rąk. Lekko i swobodnie wzruszył ramionami. Na początku tylko się uśmiechnął. Nie mógł nic poradzić, że uśmiech pojawił się na jego twarzy. Tym bardziej, kiedy Geraldine zaczęła mówić dalej ewidentnie oczekując od niego odpowiedzi do tego stopnia, że aż zaryzykowała siedzenie w wodzie, byleby tylko byli zwróceni twarzami do siebie. Po raz kolejny skwitował to rozbawionym wzruszeniem ramionami.
- Och wiem - skwitował całkiem szelmowsko i dyskretnie wepchnął w to swoje nowe niedopowiedzenie - słyszałem i powiedzmy, że każą powiedzieć, że bardzo im przykro i nigdy więcej nie będą natrętami, ale niestety wstydzą się tak, że nie powiedzą tego wprost. Nie będą cię więcej kłopotać. Zapewniam ci to, moja droga - zakończył kładąc rękę w okolicach serca. Trochę zbyt mocno mu waliło.