- Miałem umiejętność trzymania rąk przy sobie - jakby na potwierdzenie rozłożył dłonie, przebierając palcami a potem znów wsuwając je głęboko w kieszenie z wymownym wyrazem twarzy. To było trudne. - Teraz jej nie mam. Jak dla mnie to niewymowna strata, szczególnie w przypadku wszystkich wydarzeń towarzyskich, na które musimy i będziemy zmuszeni chodzić - czym innym była sytuacja taka jak tu i teraz, gdzie granice były płynne i tak właściwie to oni je sobie wyznaczali.
Mogli z powodzeniem dojść do wniosku, że były całkowicie niepotrzebne, bo znacznie lepiej było znowu skrócić ten niechętnie przyjęty dystans. Prawdę mówiąc wcale nie był temu dalszy niż jeszcze przed kilkoma chwilami. Jeszcze bardziej szczerze to przedstawiając: nawet nie usiłował kryć się z tym, w jaki sposób pożerał ją teraz spojrzeniem.
Wystarczył jeden mały gest, ruch małym paluszkiem, wypowiedziana albo niema sugestia. Spojrzenie, które mógłby uznać za dostatecznie przeciągłe, żeby było zaproszeniem do zamknięcia jej w ramionach i przyciśnięcia do drzewa w pocałunku. Później kolejnym i jeszcze jednym - w nieprzerwanej kaskadzie pocałunków towarzyszących z chwili na chwilę coraz bardziej nieskoordynowanym ruchom palców usiłujących poradzić sobie z warstwami ubrań i małymi, irytującymi guziczkami, których tym razem nie mogliby pogubić.
- No dobrze. Może nie na manowce, ale pokuszeniu już nie zaprzeczysz - mógł ewentualnie zgodzić się na tę wersję, ponieważ w innym wypadku zamierzał tak czy siak trwać przy swoim: zwodziła go i cholernie mu się to podobało.
W żadnym razie nie chciał, żeby przestawała to robić. Wręcz przeciwnie. Ambroise sam stosunkowo jasno dawał do zrozumienia, że nadal nie zapomniał o tamtej obietnicy złożonej przed Lithą i podczas niej, a więc poniekąd właśnie o dalszym leśnym zwodzeniu. W gruncie rzeczy nie musieli wcale ograniczać się do magicznych bestii, żeby móc mieć tu całkiem satysfakcjonujące polowanie.
Był w stanie to sobie wyobrazić. Raczej od razu. Niewątpliwie nieskrywaną, podświadomie przywołaną na twarz miną odkrywając teraz wszystkie karty i to, co przeszło mu przez myśl. Standardowo nie włączał się zbyt aktywnie w to, co robiła. To były jej zajęcia. Akceptował je, nawet jeśli czasami miał niewielkie obiekcje dotyczące bezpieczeństwa, bo obiecał to robić. Chciał ją taką jaką była. Bez zmian, bez wygładzania krawędzi, bez fałszu i nadmiernie różowych okularów (choć i tak w dalszym ciągu patrzył na wszystko z zadziwiającym jak na siebie optymizmem). Natomiast nie miałby nic przeciwko drobnej zamianie ról na kilka chwil.
- To niemożliwe - w pierwszej chwili zaznaczył stanowczo, mierząc Geraldine spojrzeniem pełnym powątpiewania w to, czy naprawdę miała na myśli to, co powiedziała.
Że niby miałby być bardziej zazdrosny? Może jeszcze chorobliwie? Zaborczy, terytorialny? Coś z tych rzeczy? Coś więcej? Niedoczekanie. Nie zrobiłby się. To sugerowało, że był zdolny do czegoś takiego a nie, że praktycznie z automatu znajdował się w tym stanie, odkąd zaczął pojmować swoje uczucia do niej.
- Nie da się - pokręcił głową, kryjąc uśmiech poprzez zaciśnięcie warg, choć oczy raczej go sprzedawały - już bardziej - ostatecznie pękł i zaśmiał się krótko w typowy dla niego szczekliwy sposób (skądś brały się te plotki, że byli przydupasami wilkołaków, nie?).
W rzeczywistości z jakimikolwiek wilkołakami miał do czynienia wyłącznie niechętnie w zakamarkach mrocznej części magicznego Londynu - a więc z ludźmi pokroju Traversa. Oraz nieczęsto w szpitalu i trochę częściej w przypadku nagłych wezwań do prywatnych pacjentów. Tam ostatnio szerzyła się niepokojąca plaga wilkołactwa wywoływana głównie przez członków innej czarnoksięskiej rodziny, już nie Traversów, choć to nie oznaczało, że ich bardziej lubił. Przeciwnie. Nadal wolał widywać wyłącznie elementy wilkołaków - sierść, zęby czy pazury jako składniki eliksirów.
Zresztą tylko trochę mniej powszechne niż jad czy jaja akromantuli, o których rozmawiali z taką łatwością i pewnością powodzenia, że nie miał wątpliwości, że jeszcze wieczorem zabierze się... ...a może się zabiorą?... ...za przerabianie bestii w coś znacznie bardziej przydatnego.
- Muszę zatem co nieco rozjaśnić ci niektóre sprawy - stwierdził ochoczo i całkiem czule, nie po to, żeby wytykać jej brak wiedzy a po to, żeby zaoferować całkiem spory kawał własnej. - Są takie stworzenia jak akromantula, które z powodzeniem sprzedasz za czterysta, może nawet pięćset czy sześćset galeonów więcej, jeśli będziesz dzielić je na względnie stabilne składniki i oferować je kilku niezależnym kupcom. Pół litra samego jadu to ponad sto galeonów. A mają go znacznie więcej. W jednej części są nieopłacalne z perspektywy kogoś, kto nie chce bawić się w dalszą odsprzedaż. Dla ciebie lub dla kogoś tworzącego eliksiry to mało rentowny interes. Za dużo odpadu. Choć właściwie sformułowanie odpad nie jest zbyt dobre. Właściwie wiele zależy od tego, do kogo się skierujesz. Dla jednego to śmieci po zdobyciu najważniejszych składników. Dla drugiego to smaczne kąski zniszczone przez nieuważną rękę kogoś, kto ma je w dupie - stwierdził w zamyśleniu.
Tak, na te tematy mógł prowadzić naprawdę długie dyskusje. Szczególnie, że o ile nie miał bladego pojęcia na temat sposobu zabijania magicznych bestii. Stosunkowo od niedawna mógł przyłożyć trochę swojej ręki w dzielenie zabitych stworów na składniki eliksiralne, kiedy jakiś trafił do ich domu. Miał w tym wcześniejsze doświadczenie, ale stopniowo uczył się większej praktyki w radzeniu sobie z truchłem na stole a nie jego jedną trzecią czy jedną czwartą, piątą, szesnastą. O tyle znał się na wycenie gotowych produktów i półproduktów.
Gdyby ta akromantula miała trafić do jednej osoby - zleceniodawcy zainteresowanego kupnem całości, cena byłaby bardzo korzystna, ale nie tak wyjątkowo kusząca jak suma wychodząca z przeznaczenia jeszcze kilku - kilkunastu godzin na zajęcie się ścierwem, podzielenie go i sprzedaż w kilku różnych miejscach.
Zresztą... ...to nie był teraz ich faktyczny temat, skoro wykorzystanie całości należało do nich. Czuł podekscytowanie, wprost szczeniacką fascynację, radość z tego, co mu oferowała. Ze wszystkiego, co mu oferowała. Teraz i tu, ale głównie wcześniej. Raz niemal głupio to odtrącił, teraz nie zamierzał popełnić tego błędu. Nigdy więcej.
- Oj tak. Jesteśmy - zmrużył oczy, zaraz mimowolnie znowu rozszerzając powieki i odruchowo poprawiając pasek przy spodniach.
Wystarczyło naprawdę niewiele, żeby wywołać w nim chęć odpuszczenia dalszego tropienia magicznej bestii. Przynajmniej na jakiś czas. Tak właściwie nie potrzebowali wiele, żeby w tym momencie zaspokoić pierwsze potrzeby. Nie wyjątkowo mało - to raczej nie wchodziło przy niej w grę, natomiast to wcale nie musiało rozwalić im polowania. Wręcz przeciwnie, był zdania, że wyłącznie by je uświetniło, toteż raz jeszcze posłał Geraldine znaczące spojrzenie, nieznacznie poruszając przy tym brwiami.
Nie podjęła tematu, toteż odetchnął głośniej z rozczarowaniem, układając sobie torby na ramieniu i płaszcz przerzucony przez plecy. Ruszył tuż za nią stosunkowo żwawym krokiem, nie narzekając przy tym na głos tylko od czasu do czasu zatrzymując spojrzenie u dołu pleców Geraldine i wzdychając na tyle cicho, na ile to było wskazane, ale jednocześnie bardzo słyszalnie.
Co prawda odłożenie wszystkiego, co nie było tropieniem i zabijaniem pająków na potem nie brzmiało fatalnie. Spędzenie trochę czasu w głuszy i wyłącznie w swoim wzajemnym towarzystwie było całkowicie satysfakcjonującym kompromisem, ale w dalszym ciągu musiał postawić na swoim i dać do zrozumienia, jak bardzo się przy tym poświęca i jaki jest wyrozumiały wobec priorytetów.
Nawet takich mających działać na jego korzyść. Poniekąd będących prezentem. Czymś, co bardzo ochoczo przyjmował, ciesząc się na tę możliwość. Nawet wtedy, kiedy natrafili na ten nasilony zapach i w głowie Greengrassa zaczęły pojawiać się wątpliwości odnośnie natury akromantuli.
- Domyślam się, ma moitié - stwierdził spokojnie, bo to nie zależało od niej, intencje i zamiary były bardzo konkretne i naprawdę go cieszyły.
Wyłącznie nie mogli przewidzieć tego, że być może właśnie tym będą musiały zostać: planami. Ambroise zdecydowanie nie lubił, gdy coś szło nie po jego myśli. Tym bardziej, że mocno napalił się na te wszystkie działania, jakie mógł podjąć mając świeżą akromantulę w swoich rękach. Nie ukrywał niezadowolenia, ale nie przebijało się przez ton jego głosu, jakim wypowiadał się w kierunku Geraldine. Poza tym nic nie było stracone, więc jego zawód był obecnie szczątkowy, nie tak znaczny.
- Ogólny plan się nie zmienia - stwierdził wręcz, żeby ją pokrzepić. - Widzimy, strzelasz, zabijasz. W razie czego ja dorzucam kilka zaklęć - dobrze było być na tej samej stronie, postępując zgodnie z tym, co już zaplanowali.
Z tym, że Greengrass w takim przypadku nie zamierzał stać w miejscu. Nie, jeśli chodziło o czarną magię, która najpewniej pochodziła właśnie od zwierzęcia albo czegoś z tym związanego. Raczej wykluczał dopuszczenie możliwości, że Geraldine zajmie się tym całkowicie sama. Oczywiście, jeśli ten pierwszy strzał nie zadziała. Wszystko mogło się zdarzyć.
- A potem ją sprawdzamy i najpewniej zbieramy się do domu, bo jeśli czarna magia pochodzi od niej to prawdopodobnie będzie bezużyteczna - tego Roise już nie powiedział, zachowując tę opinię dla siebie, żeby niepotrzebnie nie zniechęcać ukochanej.
Tym bardziej, że raczej nie widział konieczności wycofywania się z polowania. Jasne. Być może nie mieli pozyskać żadnych składników z akromantuli, ale sama sprawa była bardzo ciekawa. Interesowało go źródło tego słodkiego, ale ciężkiego i na swój sposób gryzącego w nos, śmierdzącego zapachu.
To raczej nie było coś, co zbyt często spotykało się w środku lasu. Nawet w takich rejonach jak ten, na który jeszcze jakiś czas temu patrzył mniej łaskawym okiem, bo walijscy botanicy i zielarscy zleceniobiorcy podpadli mu nie raz, nie dwa. Obecnie polubił ich nieczęste wizyty w okolicy, zazwyczaj wiążące się ze spacerami po lesie lub innymi aktywnościami na zewnątrz albo w wiosce znacznie bardziej niż w posiadłości Yaxleyów. Czemu zresztą wcale się nie dziwił.
Tak czy owak, nawet jeśli bestia miała być niespecjalnie przydatna w kontekście warzenia eliksirów to w dalszym ciągu był nią zainteresowany. Szczególnie, że zawsze istniała możliwość, że może się mylić i podkręcone cechy akromantuli mogą być wyśmienitą bazą do prowadzenia eksperymentów nad eliksirami. Ewentualnie, że sprzedadzą ją dobrze na czarnym rynku, gdzie takie eksponaty zawsze znajdą kupca.
Gorzej, że choć naprawdę mocno próbował wypatrywać wzrokiem ruchu w krzakach i wyraźnego kształtu bestii, ta wcale nie nadchodziła. Nie odnajdywał jej, za to coś nad jego głową również znacząco zaszeleściło. A później z prawej i lewej strony...
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down