• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[7 lipca 1971] Liczy się tylko to, że chcesz mnie skrzywdzić / Loretta i Morpheus

[7 lipca 1971] Liczy się tylko to, że chcesz mnie skrzywdzić / Loretta i Morpheus
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#1
20.02.2024, 19:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.10.2024, 23:09 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Morpheus Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Liczy się tylko to, że chcesz mnie skrzywdzić. Liczy się tylko to, że chcesz. Powiedz słowo, a będę płonął przez dziesięć dni.

Och, nie wiń mnie za to, że miłość sprawia, że jestem szalona.

Zawijała się w miękkim, skórzanym obiciu fotela; nieistniejące sprawy nie miały prawda bytu, a jej relacja z Longbottomem prędko przyjęła miano wzajemnej obsesji – chciała go skrzywdzić dogłębnie, chciała poczuć jego cierpienie, jednocześnie owinąć chuderlawymi ramionami i wyszeptać słowa słodkiej kantyczki. Lepki sok jego obecności rozlewał się jak słodki miód, a ona – zlękniona jego spojrzenia – zamierała, czytając po raz kolejny jedno zdanie w książce. Przepastne tomisko spoczywało na jej udach, gdy z nogami przewieszonymi przez ramię krzesła, pocierała w palcach jedną ze stron.

Boleśnie chciała, aby był szczęśliwy, równie okrutnie jednak łaknęła jego upodlenia. Bo jej uczucia zawsze były toksyczne i sprzeczne, zahaczały o strefę sacrum równie mocno, co o profanum. Ich zbliżenia cielesne były gwałtowne i wypełnione agresją – bo była jak żurawinowa wódka, którą spożywali nader często; słodka i lepka na początku, liczył się jednak tylko jej gorzki posmak palący podniebienie. I prawdopodobnie wiedziała, że powinna uczynić krok w tył, jednak zbyt upodobała sobie jego.

Nie było w tym bigoteryjnej świętości, jedynie paląca potrzeba.

Wzrok co rusz unosiła znad stronic, wbijając jego szpilki w Morpheusa, który siedział naprzeciwko, kołysząc w dłoni obmywającą ścianki kryształowej szklanki whisky.

W pewnym momencie również zatrzasnęła księgę, a na jej miejsce pochwyciła naczynie wypełnione ognistą cieczą. Wypiła dwa łyki gwałtownie, zupełnie jak nie przykładna panna, a ogołociwszy szklankę z zawartości, z głuchym stuknięciem odstawiła ją na stolik.

Patrzyła na niego, jakby go nie znała. Jakby gdzieś pośród chmur zagubiła jego dłoń, a teraz – zastawała go obcego. Nie był wart tych wyświechtanych metafor, w które ubierała swoje ofiary; on był jednoznaczny i cielesny, obecny i niknący w ciemnej toni jednocześnie. Może dlatego tak zawrócił jej w głowie?

Może to ten dotyk na jej plecach, który zamarł jej w pamięci, gdy trafili na siebie w jej galerii, rozpalił niewiadomy płomień? Nie nudził jej się; przynajmniej nie tak szybko, jak większość mężczyzn.



Part of me wanna to do stupid shit
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#2
21.02.2024, 14:40  ✶  

Przez ostatnie dziesięć minut, Morpheus wpatrywał się w jedno z pustych płócien z dziwną intensywnością. To jest, mogła być dziwna dla Loretty, która dopiero zaznajamiała się z tym, że czarodziej pałał swojego rodzaju awersją do mrugania. Zawsze doskonale obecny w momencie, w pełni skupiony na rozmówcy, wydawał się nieco... bardziej niewyraźny, w bardzo dosłownym znaczeniu. Jego spojrzenie, w tym świetle doskonale czarnych oczu, wydawało się nieskupione i nieco niepokojące, jak u trupa. Jeszcze chwilę temu rzeczywiście trwał uziemiony w chwili, gdy nalewała trunku do jego szklanki, dwie kostki lodu, dwa palce wysokości, zgodnie z zasadami, które towarzyszyły ich życiom, odkąd wzięli pierwszy, bolesny oddech na świecie. Jego dłonie zawsze tchnęły nieco chłodem, ale nawet one nie były dość zimne, aby utrzymać lód w całości. Ten roztapiał się pod wpływem ciepła letniego wieczoru.

Wieszczył od wielu lat, ale nadal zdarzały się dni, kiedy świat odmawiał istnienia w linearnej rzeczywistości, zmuszając go do oglądania przyszłości w każdej z możliwych wersji, każdej decyzji, podejmowanej przez każdą kolejną osobę, a drzewo wyborów rosło, rozgałęziało się w jego czaszce. W tym dniu nie było nic specjalnego, ale z jakiegoś powodu, pewnie powinien spojrzeć w gwiazdy. Nie chciał patrzeć w gwiazdy, dlatego patrzył na Lorettę. Przynajmniej tam padał jego wzrok pierwsze kilka minut, by później przesunąć je bardzo nienaturalnym ruchem na płótno.

Mrugnął, gdy kieliszek stuknął o blat. Loretta sprawiała, że jego umysł płonął. Jeszcze nie potrafił stwierdzić, czy to dobrze. Raczej nie. Ostatni raz, gdy tak się działo... To było dawno temu i nie chciał tego powtarzać. Złamane serce boli zbyt mocno.

— Twój turpizm staje się coraz bardziej monotonny. Nudny. — zawyrokował głosem odległym, wiedzącym, w jaki sposób chciała zagospodarować płótno, które przykuło jego wzrok, możliwie nawet jeszcze nim sama podjęła decyzję, co z nim zrobić. Czas był kurzem, który Morpheus wbijał w powietrze mrugnięciem i spośród miliardów cząstek złotego pyłku zniszczenia, część osiadała na nim, a on wyczytywał z nich, co nadejdzie, zupełnie jak płyta w gramofonie, która pęka po jednym użyciu.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#3
21.02.2024, 20:28  ✶  

Pękająca szklanka pamięci, której szron poranił dłonie; miłość ubierana w słowa osjaniczne i nienaturalne; rozlane mleko na czerni nieboskłonu, przypominającego do złudzenia taflę ciemnej, gorzkiej kawy. Nie potrafiła skupić się na zaklętej treści książki, litery rozmywały się nieskładnie, a ona sama – po raz kolejny podawała obróbce myśli jedno zdanie. Pacyfikowanie go stało się jej obrzydliwie parszywą grą, z której oków nie mógł się wyplątać – potrafiła być przecież czarująca i miękka, do bólu pogodna i grająca w szachy emocjonalne z nieludzką wprawą, a kłamanie przychodziło jej nienaturalnie łatwo.

Może dlatego wciąż, przez te spopielone lata, miałkie miesiące jak żmije uwijające się pod butami na ściółce leśnej, westchnięcia i ich brak były ubierane w fason okrucieństwa, jej łatwej do rozjuszenia osobowości; a zła Lestrange uchodziła za demona nieposkromionego; za diabła wyzierającego spod welonu czarnych rzęs, z sarnich, niewinnych tęczówek.

Całkiem to lubiła.

Bo był jej dziwnym uzależnieniem, którego nie znała, dopóki go nie posmakowała. Chciała go uzależnić od siebie, stać się dominantą jego życia, aby w puencie płuca przebić obcasem absurdalnie wysokich szpilek. Nie umiała jednak ukryć swojego żywego zainteresowania, karmiła się jego słowami, bo zawsze ją zaskakiwał.

A ona myślała, że już wszystkiego w życiu dotknęła; on uświadamiał jej, że wciąż jest wiele rzeczy nieodkrytych.

Uniosła wzrok sponad księgi, nim zatrzasnęła ją, wzbijając w przestrzeń migotliwy kurz. Uniosła wysoko brwi na jego słowa – oceniając, wartościując na ile perfidnie powinna się mu odgryźć.

– Czy w tym momencie powinnam się przejąć opinią kogoś, kto o sztuce wie tylko to, że jest? – prychnęła jadowicie.

Przez moment zamarła, jakby coś głęboko analizowała, po czym sięgnęła do kieszeni i wyjąwszy metalową, znaczoną grawerem zapalniczkę, rzuciła ją ku jego dłoniom.

– Spal je – poleciła, z żywym wyzwaniem lawirującym gdzieś w iskrach spojrzenia. – Spal moje obrazy – doprecyzowała po chwili, unosząc wysoko brwi.

Podniosła się z fotela i zbliżyła się do niego niebezpiecznie; dopiero gdy stanęła tuż nad nim, gdy mógł poczuć ten charakterystyczny zapach bergamotek i słodycz jej stonowanego oddechu, przywdziała na wargi jeden z bardziej perfidnych uśmiechów.



Part of me wanna to do stupid shit
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#4
22.02.2024, 19:07  ✶  

Tak pięknie zatańczyła dla niego, gdy ucisnął tam, gdzie chciał. Jak tancereczka z porcelany, która nie tęskni, nie marzy, jedynie kręci się dookoła własnej osi do melodii nakręcanej pozytywki. Nie dbał o to, czy zabije w niej małe, porcelanowe serduszko. Jego własne zostało skruszone dawno temu i nie potrzebował niczego, co przypomina zdrową relację. Jemu chodziło tylko o ten płomień, a jeśli nie mógł go mieć metaforycznie, chciał namacalnie.

— Emocje nie są logicznymi decyzjami, Loretto — odpowiedział, z paskudnym uśmieszkiem wyższości, pasującym bardziej do momentu, gdy kobiety klękają przed mężczyznami, niż zalążków jej złości. Złapał zapalniczkę, ale zamiast zapalić obrazy, najpierw odpalił swojego papierosa. Odsłonił gardziel, jakby zapraszając ją do ataku, gdy zaciągał się dymem i wtedy dopiero wstał. Jego kroki w wypolerowanych lakierkach i szmer drapowanej na ramieniu granatowej szaty, ciągnącej się nieco po podłodze wybrzmiewały niemal jak dzwony, ogłaszające procesję pogrzebową. Podszedł do półki, na której umieszczono przybory malarskie, cały czas z papierosem w ustach i zapalniczką w dłoni.

Młoda Lestrange musiała nauczyć się, że w krwi Longbottomów krążyła brawura. Nawet jeśli mężczyzna był zdecydowanie synem swojej matki, Krukonem z czeluści Departamentu Tajemnic, to nadal pozostawał również dzieckiem swojego ojca, a oni nie porzucali rzuconych im rękawic. Pooglądał butelki, szukając medium do rozcieńczania farb. Czytał nalepki. Nie był szczególnie utalentowanym twórcą eliksirów, ale teorię miał w małym paluszku, przynajmniej tę szkolną część. To mu wystarczyło. Wyjął butelkę z acetonem z jej miejsca, otworzył. Długo się zastanawiał nad wyborem płótna i oczywiście, oszukiwał, wybierając to, które podpowiadało mu jasnowidzenie, dające największą reakcję ze wszystkich nitek prawdopodobieństwa.

Odwrócił gwałtownie butelkę, rozlewając przezroczystą zawartość na dzieło, ochlapując przy tym swój rękaw i część szaty. Rzucił na swoją artystyczną ekspresję papierosa, powodując zapłon, który zajął nie tylko płótno, ale i część jego samego. Opary płonęły, ale za chwilę miały dotrzeć do innego paliwa, a on wyglądał, jakby planował spłonąć razem z pracownią.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#5
27.02.2024, 12:47  ✶  

Może miałkość tej sytuacji, może niewybredny czar, który rzucała każdorazowo, może adrenalina wartko płynąca w żyłach – może to wszystko sprawiało, że łapała gołą dłonią słońce, niepomna tego, że może się śmiertelnie poparzyć. Złamane ciała, niemniej uszkodzone dusze – wszystko to, mówiło im o pierwotności emocji i ich sile; wieczne uciekanie od siebie samego, wieczyste umykanie w ramiona przeznaczenia – bo Loretta przecież w okrutne igraszki fatum wierzyła. Złamane ciała, niemniej uszkodzone dusze – opuszczanie gardy i zupełnie niepoprawne budowanie siebie na zgliszczach dawnego. Złamane ciała, niemniej uszkodzone dusze – emfaza ich istnienia, przyciąganie i gwałtowne odpychanie; było w tym coś pierwotnego, coś atawistycznego.

Może to jej uśmiech, zamierający na wargach, gdy świat płonął, szeptał elegie poranku?

Bo w gruncie rzeczy, potrzebowała gwałtownego tchnienia miłości, poczucia bycia istotną – jednocześnie nie dopuszczała do siebie nikogo bliżej, aniżeli na dystans dwóch kroków. Nieprzystępny akwen, w którym rosła samotna, na wzór tej przeklętej róży – zawsze samotna, nigdy sama.

I choć mógł myśleć, że zagrała tak, jak on tego chciał – działało to również w drugą stronę.

Dopiero gdy rozlewał aceton, spojrzała na niego wielkimi oczami – jakby nie wierzyła, że jest w stanie go pchnąć do tak drastycznych czynów. Myślała przecież, że wybuchnie gromkim śmiechem, wyśmieje ją i wrócą do standardowych kłótni, które przerabiali przecież już tak często.

Patrzyła, jak płótna zajmują się ogniem, nie mrugnąwszy powieką.

I dopiero, gdy dojrzała, że jego ręka również płonie, zareagowała. Wyciągnęła zza pasa różdżkę i rzuciła zaklęcie, które sprawiło, że z jej końca wylał się strumień wody, gasząc wszystko, co jeszcze niedawno tańczyło w bezkreśnie okrutnym żywiole. Obrazy zgasły z cichym syknięciem, pozostawiając po sobie jedynie smołę i tumany dymu, wzbijającego się jak ze świecy – jedynie odrobinę większej.

Mrugnęła raz. I drugi.

– Jesteś głupi! – wypaliła wreszcie gwałtownie. – Twoja duma cię kiedyś zgubi – dodała po chwili, lecz z naturalną sobie delikatnością chwyciła go za dłoń, która jeszcze przed momentem zajmowała się językami ognia.

– Bardzo dobrze, że masz w sobie dużo brawury, skoro rozumu ci matka poskąpiła – wplotła jeszcze, głosem pełnym goryczy.

Stojąc tak przed nim, drżała od emocji jak liść na wietrze. Popchnęła go na fotel i stanęła nad nim, mogąc wreszcie górować, lecz przecież nie o to chodziło, prawda?



Part of me wanna to do stupid shit
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#6
29.02.2024, 15:29  ✶  

Swąd palonych włosków i bawełny, pożeranej niczym papier, nie wybudziły go z ekscytacji ogniem. Ogniem, do którego zupełnie nie pasował, ani swoim sposobem życia, ani sposobem myślenia. Kiedy płonące ubranie ugasiła woda, kiedy ciemne plamy rozlały się po granacie tkaniny, opryskując część jego ramienia i twarzy, spływając niczym łzy w kotłowaniu się dymu i smrodu palonych chemikaliów, przypominał dużo bardziej siebie. On stał na granicy rzeczywistości, gdzie woda swobodnie płynęła, lecz nie dawała się ujarzmić i uciekała ludzkiemu pojęciu. Jeszcze przed spłynięciem do Hadesu, zanim wnikała w glebę, aby zasilić Styks i Letę, w tym momencie transformacji z deszczu w źródło podziemne, trwał on, w błotnistym, niezrozumiałym, wielu odrzucającym krańcu teraźniejszości, brudząc się przyszłością, lecz nie dotykając tak fascynującego Lorettę gnicia i rozkładu. 

On pewnie ugasiłby jedynie samego siebie, pozwalając reszcie spłonąć.

Słowa, które wypadły z jej ust, brzmiały dla niego jak słowa siedmiolatki. Małej Brenny, która tupała nóżką, gdy nie pozwalał jej wspiąć się na wieżę z książek, aby zdjąć słoik z nieznaną, interesującą ją zawartością z najwyższej półki. Te czasy już dawno minęły, ale bulwersacja Loretty rozbawiła go dogłębnie, ta infantylność w wyrażaniu emocji, którymi tak bardzo chciała manipulować i szarpać. Głupi, takie śmieszne słowo, bez nacechowania wściekłością, wręcz niewinne. Jesteś głupi mówiły dzieci, którym zabrano zabawkę, chociaż obok było mnóstwo innych, a nawet taka sama, a później ją niszczyły, aby nikt inny już nigdy nie mógł się nią bawić.

— Jak dobrze pamiętam, z nas dwojga, to ja przewiduję przyszłość — odpowiedział, siadając. Nie było w tym stwierdzeniu żadnej emfazy z jego strony, ani w głosie, ani w treści, bo z ich dwójki rzeczywiście to on został pocałowany przez Apollina i naznaczony czerwienią profetycznego błogosławieństwa. Prawie złagodniał w spojrzeniu, sięgając ku jej twarzy. Pogładził wierzchem dłoni jej skroń, żuchwę, tak słodko, jakby robił to ten ogień, który chciał strawić jego skórę. Mogła czuć dym i zapach ryzyka, tłumiący całkowicie woń jakichkolwiek perfum. — Zapamiętam to jednak, Pytio. 

Delikatnie sunąca w dół dłoń nagle spoczęła na jej gardle, jak obroża. Zacisnął lekko palce na jej szyi. Jego wzrok sugerował, że niemal oczekuje, że zaszczeka dla niego. Jeszcze żar płomieni nie zgasł w nim, potrzebował więcej. Nie należał do tych, którzy rzucają się w pożar, ale trochę zagrożenia zawsze działało, jak swojego rodzaju mentalny ekshibicjonizm. 

— Jesteś nudna, bo nawet brzydota musi być wymuskana. I nic, co robisz, nie jest prawdziwe. Zawiodłem się.

Liczyło się tylko to, że chciał ją skrzywdzić. Zranił tak, aby wyciągnąć z niej żywą agresję, bez metafor i metodycznych ograniczeń swojego odczuwania. Aby stała się żywym układem nerwowym, a nie wiotką personifikacją swojej sztuki. Kolejna, która chce być inna, mroczna i wyjątkowa.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#7
01.03.2024, 17:10  ✶  

Za nadpalonymi płótnami pociągnął się akwarelą siwy swąd dymu, wypełniając pomieszczenie duszno. Tak pachniały spalone marzenia i mrzonki o normalności – nie było jej szkoda płócien, niemniej nie przejmowała ją płonąca dłoń Longbottoma – teraz dopiero uświadomiła sobie to w pełni wyrazistości. Cudownie egocentryczna, dbała jedynie o siebie na przestrzeni tych spopielanych – zupełnie jak te obrazy – lat. Bo przecież każda mijająca, majacząca gdzieś w niebycie sekunda, dawała świadectwo buńczucznemu fatalizmowi rządzącemu światem. Bo gdzieś istniały te krwawe Mojry, przędące nicie karmazynowe, których przecięcie wieńczyło egzystencję.

Gdy zacisnął palce wokół jej szyi, uniosła dłoń spokojnie – zupełnie jak nie ona, opuszkami palców chwytając przegub jego nadgarstka, odsuwając od siebie nić dotyku. Była w tym stoicka, niebywale trwała, nonszalancka wręcz w sposób, którym nigdy się nie cechowała. Jeszcze chwila, chwila…

…i nicość.

Rysy jej twarzy wydatnie się wyostrzyły, a wcześniej roziskrzone tęczówki, przybrały woalkę mętności, w której błyskały jedynie sztylety agresji. Była nie do poznania – opanowana, zadzierająca dumnie podbródek; nie trzepotała już rzęsami, nie wyginała warg w uśmiechu.

Demon został uwolniony.

Zachwiała się na moment na nogach, jednak gdy tylko odzyskała właściwą sobie równowagę, usta rozszerzył jej uśmiech iście diaboliczny i prowokacyjny. Musiał to zauważyć, tę drastyczną zmianę w jej postawie i w całokształcie wyrazu.

– Słuchaj, kurwo bez polotu – zaczęła, a jej głos przybrał brzmienie nader oschłego i mrożącego chłodem – jakby była zimną lichwiarką i ognistą tancerką jednocześnie. – Zastanawia mnie, jak utrzymałeś się na ziemi, będąc tak żałośnie nijakim. – Słowa sączyły się wyważenie i spokojnie, jednak w jej postawie było coś, co na wszelkich atawistycznych poziomach przerażało.

– Naprawdę myślałeś, że kolejny pionek ministerialny skupi moją uwagę na sobie? Masz szczęście, że się dobrze pieprzysz – dodała po chwili, odwracając się do niego tyłem, aby skocznym krokiem podejść do framugi okna i wychylić się z niego – tylko aby poczuć swawolę wiatru na swoich policzkach.

– Wracaj do swojej bańki bycia absolutnym zerem. Nie interesujesz mnie – nigdy nie interesowałeś – rzuciła, odwracając ku niemu głowę przez ramię.



Part of me wanna to do stupid shit
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#8
23.10.2024, 21:24  ✶  

Siedział na fotelu, patrząc na nią w skupieniu, jakby spijał każde jadowite słowo z jej ust. Nie drgnął nawet, niczym kolejna z ofiar Meduzy, zamieniona jej wzrokiem w przepiękną rzeźbę, na którą aż żal patrzeć, z której powodu liczyło się na los Pigmaliona i ożywienie jej słodkim pocałunkiem, aby odmienić zimny kamień w bijące serce. Loretta jednak chciała tego pierwszego, dama o wężowych włosach i oczach bazyliszka.

Tak naprawdę nie słuchał jej wcale, ale znała go zbyt krótko, aby to zauważyć.

Co znów mogłoby rozniecić płomień? Podpuszczała go obrazami, nie sądząc, że rzeczywiście to zrobi, lecz to doprowadziło tylko ją samą do białej gorączki, zdenerwowała samą siebie tym aktem destrukcji. Nie tędy szła droga, więc sięgnął po inną, złocistą nić przyszłości. Ona przeklinała jego, on wyzywał ją, ale w gruncie rzeczy było to miałkie i jałowe, brakowało temu tego polotu, który wybrzmiewał w słowach Dolohova, tej erudycji i zgrabnego operowania językiem. Zwykle wulgarne epitety spływały po obojgu, jak po kaczce, nudząc. Odrzucił ten czas. Niskie, podłe i dziecinne.

Kolejna nić.

W tej przyszłości spojrzały na nią duże, zaszklone oczy sarenki, łzy żałości fałszywie spływały po policzkach, we wzbudzeniu litości, tego poczucia władzy, którym by się upajała, w poczuciu, że tylko ona może go ranić i pocieszać. Czuł jej zgrabne palce, głaszczące jego policzki i przeczesujące włosy, z uśmiechem tryumfu i zachłanności, aby widzieć go takiego, pod jej butem, w żalach i słodkich słówkach, gdy znów będzie go dominowała. Kwaśny posmak niezadowolenia. Nie, nie tego szukał.

Kolejna nić.

Pulsowanie, brutalność. Wygnie jej nadgarstki, wydusi z gardła okrzyk przyjemności, który poniesie się wstydliwie przez okno i znów będą uprawiać seks, wśród smrodu oparów, kłębów dymu, brutalny, zostawiający po sobie sińce, zadrapania i ślady sadzy na skórze. Moment gdzie emocjonalny ból zmienia się w prawdziwy. Walka o przewagę, oznaczanie swoich własności, absolutna nienawiść zmieniona w pożądanie. Nie, nie chciał już jej dotykać. Nie podniecało go to w żaden sposób. Kolejna wtórna rzecz. Jeszcze tej nocy mógł mieć kogoś lepszego.

Żadna z tych opcji nie była dla Morpheusa dostatecznie satysfakcjonująca, intrygująca, warta marnowania choćby chwili więcej. Ziarno trafiło na płytką ziemię, wzrosło i uschło, nim minęła jedna ledwie pora roku. Wstał z szelestem szaty, która jeszcze nie nasiąknęła jego zapachem, lecz nie aby udać się do niej, a w stronę drzwi.

Ostatecznie, nie była nim. Ostatecznie nigdy nie mogła być nim z oczywistych powodów. Zabawne, że szukał odbicia swojej młodości w tak wielu ludziach, ostatecznie trafiając na miałką pustkę. Musiał wyjechać, wyjechać z Anglii, jak najdalej, żeby zapomnieć, aby wejść do rzeki Lethe, nie tylko się z niej napić, ale zanurzyć się w bagniskach zapomnienia aż po czubek głowy. W tym swoim planie nie wziął pod uwagę jednej, najważniejszej rzeczy, że wspomnienia mógł wymazać, lecz nie emocji, które były z nimi związane.

Drzwi za nim zamknęły się z cichym klik.


Koniec sesji


And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Loretta Lestrange (1396), Morpheus Longbottom (1542)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa