30.10.2024, 10:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.10.2024, 10:06 przez Rodolphus Lestrange.)
- Victoria jest uparta. Jest zdolna, ale i złośliwa. Nie jest jednak potworem - mam wrażenie, że zmiękczyłbyś jej serce samym spojrzeniem - powiedział cicho, odruchowo przenosząc dłoń wyżej. Gładził go po włosach w uspokajającym geście. Charles przypominał mu odrobinę szczeniaka, który łaknął atencji i był nieskalany tym, co się działo na świecie. To, co się wyprawiało w Londynie, jeszcze nie zdążyło go zepsuć. Kto by przecież kopnął szczeniaczka, prawda? Cóż... Tak się składało, że on sam nie miałby oporów. Przeciwnie: czuł niezdrową ekscytację na myśl o tym, że Mulciber sam pcha się w jego sidła i że to właśnie on sam może go zepsuć. - Nie znam panny Chang. Ale z tego co mówił Alexander, jest godna zaufania.
Mówił, pisał - jeden pies. W końcu dawno się z drugim Mulciberem nie widział. Gdy wyczuł ruch Charlesa, poluzował nieco uścisk tak, by ten mógł się odsunąć. Merlinie, on naprawdę przypominał szczeniaczka, który dopiero co otworzył oczy. W całym tym swoim planie nie pomyślał o tym, że pętając Charlesa może narazić się Alexandrowi. A był świadkiem tego, co śmierciożerca wyczyniał. Cóż, wyczyniali razem. Na samo wspomnienie na jego usta wpełznął uśmiech.
- Pracuje w Departamencie Tajemnic, ale w innej komnacie. Ciężko się nie znać, gdy pracuje się na tym samym piętrze. Tak się składa, że z Alexandrem łączą nas też wspólne cele - odpowiedział wymijająco, ale w jego głosie wybrzmiewała sympatia. Rodzina Lestrange niechętnie odnosiła się do Mulcibera, ale mu osobiście on nie przeszkadzał. Być może dlatego, że był świadkiem tego, co Alex wyczyniał. Pewnie gdyby nie zaatakowali razem Tristana, niechęć ogarnęłaby również jego serce. Zresztą jeżeli chodzi o Mulciberów, to Rodolphus miał na ich punkcie pewną, niezdrową obsesję. Najpierw Alexander, potem Robert. Teraz Charles. Nie poznał jeszcze Sophie, Leonarda i Scarlett. Richarda nie wliczał w ten rozrachunek z prostego powodu: był chyba jedyną osobą, która działała na niego jak płachta na byka. Zabawne, patrząc na to, że był bliźniakiem jego mentora. A może to właśnie z tego powodu?
Nachylił się jeszcze i skradł chłopakowi jeszcze jeden, delikatny pocałunek.
- Skoro wiesz, gdzie jest palarnia Changów, to bierzemy donicę i się teleportujemy, zmieńmy ją jednak tak, by nam nie przeszkadzała - puścił go w końcu ale tylko po to, by wyciągnąć różdżkę. Chwilę się zastanawiał, aż w końcu machnął nią w kierunku kwiatka, by spróbować zmienić go w dużo mniejszą jego wersję. Widelec z rodzinnej zastawy stołowej nieprzyjemnie ciążył mu w kieszeni marynarki, ale pamiętał to, co mu mówił Alexander.
Rzut na transmutację
Mówił, pisał - jeden pies. W końcu dawno się z drugim Mulciberem nie widział. Gdy wyczuł ruch Charlesa, poluzował nieco uścisk tak, by ten mógł się odsunąć. Merlinie, on naprawdę przypominał szczeniaczka, który dopiero co otworzył oczy. W całym tym swoim planie nie pomyślał o tym, że pętając Charlesa może narazić się Alexandrowi. A był świadkiem tego, co śmierciożerca wyczyniał. Cóż, wyczyniali razem. Na samo wspomnienie na jego usta wpełznął uśmiech.
- Pracuje w Departamencie Tajemnic, ale w innej komnacie. Ciężko się nie znać, gdy pracuje się na tym samym piętrze. Tak się składa, że z Alexandrem łączą nas też wspólne cele - odpowiedział wymijająco, ale w jego głosie wybrzmiewała sympatia. Rodzina Lestrange niechętnie odnosiła się do Mulcibera, ale mu osobiście on nie przeszkadzał. Być może dlatego, że był świadkiem tego, co Alex wyczyniał. Pewnie gdyby nie zaatakowali razem Tristana, niechęć ogarnęłaby również jego serce. Zresztą jeżeli chodzi o Mulciberów, to Rodolphus miał na ich punkcie pewną, niezdrową obsesję. Najpierw Alexander, potem Robert. Teraz Charles. Nie poznał jeszcze Sophie, Leonarda i Scarlett. Richarda nie wliczał w ten rozrachunek z prostego powodu: był chyba jedyną osobą, która działała na niego jak płachta na byka. Zabawne, patrząc na to, że był bliźniakiem jego mentora. A może to właśnie z tego powodu?
Nachylił się jeszcze i skradł chłopakowi jeszcze jeden, delikatny pocałunek.
- Skoro wiesz, gdzie jest palarnia Changów, to bierzemy donicę i się teleportujemy, zmieńmy ją jednak tak, by nam nie przeszkadzała - puścił go w końcu ale tylko po to, by wyciągnąć różdżkę. Chwilę się zastanawiał, aż w końcu machnął nią w kierunku kwiatka, by spróbować zmienić go w dużo mniejszą jego wersję. Widelec z rodzinnej zastawy stołowej nieprzyjemnie ciążył mu w kieszeni marynarki, ale pamiętał to, co mu mówił Alexander.
Rzut na transmutację
Rzut N 1d100 - 9
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut N 1d100 - 75
Sukces!
Sukces!