07.01.2023, 14:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.02.2023, 21:46 przez Morgana le Fay.)
Była młoda i głupia.
Oczywiście o sobie nigdy by tak zapewne nie powiedziała, jak również to żadne wytłumaczenie, zwłaszcza jeśli chodziło o działania; poglądy bowiem były jak dupa, każdy miał swoją, czyny to jednak zupełnie inna sprawa. Zwłaszcza jeśli popełniało się je całkiem na trzeźwo, o nie oznaczało, że bycie pod wpływem w jakikolwiek sposób stanowiło usprawiedliwienie.
Była młoda, pewna siebie i w pełni przekonana o racji swojej i Voldemorta, szarości nie istniały, jedynie biel i czerń. Rację mieć mogła jedynie jedna strona i oczywiście była nią ta, którą sama uważała za słuszną, żadna inna.
Zaś gdy nosiła maskę, czuła się wręcz niepokonana, zwłaszcza gdy obok miała innych popleczników Czarnego Pana; aż taką głupią jednak nie była, żeby wierzyć, iż mając przeciwko sobie kilku przeciwników, całkowicie dałaby sobie radę w pojedynkę. Och, zapewne Pan byłby w stanie poradzić sobie nawet z kilkunastoma przeciwnikami, może nawet i setkami! Lecz pozostali? Nie dorównywali mu potęgą.
W sumie nie musieli, zwłaszcza że klinika nie miała jakichś wymyślnych zabezpieczeń czy ochrony. Niemniej miała tego pecha – a raczej jej właściciel i pracownicy tegoż miejsca – że obsługiwała czarodziejów pośledniejszej krwi. Skandal to mało powiedziane; Carrowówna nie miała najmniejszego pojęcia, jakim cudem wszyscy ci uzdrowiciele mogli jeszcze patrzeć sobie w oczy, przeglądając się w lustrze; osobiście wręcz brzydziłaby się dotknąć takiego charłaka czy inną szlamę.
Błysk zaklęcia – drzwi uległy zniszczeniu. Słodki zwiastun bardzo prędkich cierpień znajdujących się wewnątrz szlam. I może jeszcze tych, co im pomagali; wszak należało dać odpowiedni przykład, znak, że podrzędnym istotom najzwyczajniej w świecie się nie pomaga i koniec, kropka!
Samo wejście do środka w tym wszystkim było najprostsze – wkroczyła dumnie, pewnie dzierżąc różdżkę; za nią – następni. Nawet się nie zastanawiała, gdy wymierzała swe narzędzie w recepcjonistkę, by zawiesić ją w powietrzu do góry nogami.
Oczywiście o sobie nigdy by tak zapewne nie powiedziała, jak również to żadne wytłumaczenie, zwłaszcza jeśli chodziło o działania; poglądy bowiem były jak dupa, każdy miał swoją, czyny to jednak zupełnie inna sprawa. Zwłaszcza jeśli popełniało się je całkiem na trzeźwo, o nie oznaczało, że bycie pod wpływem w jakikolwiek sposób stanowiło usprawiedliwienie.
Była młoda, pewna siebie i w pełni przekonana o racji swojej i Voldemorta, szarości nie istniały, jedynie biel i czerń. Rację mieć mogła jedynie jedna strona i oczywiście była nią ta, którą sama uważała za słuszną, żadna inna.
Zaś gdy nosiła maskę, czuła się wręcz niepokonana, zwłaszcza gdy obok miała innych popleczników Czarnego Pana; aż taką głupią jednak nie była, żeby wierzyć, iż mając przeciwko sobie kilku przeciwników, całkowicie dałaby sobie radę w pojedynkę. Och, zapewne Pan byłby w stanie poradzić sobie nawet z kilkunastoma przeciwnikami, może nawet i setkami! Lecz pozostali? Nie dorównywali mu potęgą.
W sumie nie musieli, zwłaszcza że klinika nie miała jakichś wymyślnych zabezpieczeń czy ochrony. Niemniej miała tego pecha – a raczej jej właściciel i pracownicy tegoż miejsca – że obsługiwała czarodziejów pośledniejszej krwi. Skandal to mało powiedziane; Carrowówna nie miała najmniejszego pojęcia, jakim cudem wszyscy ci uzdrowiciele mogli jeszcze patrzeć sobie w oczy, przeglądając się w lustrze; osobiście wręcz brzydziłaby się dotknąć takiego charłaka czy inną szlamę.
Błysk zaklęcia – drzwi uległy zniszczeniu. Słodki zwiastun bardzo prędkich cierpień znajdujących się wewnątrz szlam. I może jeszcze tych, co im pomagali; wszak należało dać odpowiedni przykład, znak, że podrzędnym istotom najzwyczajniej w świecie się nie pomaga i koniec, kropka!
Samo wejście do środka w tym wszystkim było najprostsze – wkroczyła dumnie, pewnie dzierżąc różdżkę; za nią – następni. Nawet się nie zastanawiała, gdy wymierzała swe narzędzie w recepcjonistkę, by zawiesić ją w powietrzu do góry nogami.
295