• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[03.1968] When love takes a detour || Ambroise & Geraldine

[03.1968] When love takes a detour || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#1
11.11.2024, 00:36  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.12.2024, 09:29 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Ciemna noc już dawno otuliła ulice Londynu. Migoczące latarnie uliczne nie dawały zbyt wiele światła we mgle, praktycznie przegrywając walkę o to, aby rozświetlić pogrążone w mroku ulice. Wilgoć unosząca się w powietrzu pachniała wiosennymi roztopami: ziemią, nutą rozkładu i dymem z kominków rozpalonych w mieszkaniach w okolicznych wysokich kamienicach.
Bowiem w dalszym ciągu było zbyt zimno, aby przetrwać noce bez ogrzewania. Co prawda, nadchodząca pora roku próbowała pokonać okowy zimowego mrozu, przynosząc cieplejsze powietrze. Niestety to również nie było łatwe starcie. Ostatnie tchnienie zimy nie chciało rozmyć się w powietrzu.
Kolejne stopnie schodów nie miały końca. Nigdy nie wpadł na to, żeby policzyć, ile kroków dzieliło wejście do budynku i drzwi mieszkania przy Horyzontalnej, lecz teraz odnosił wrażenie, że nieistotne ile ich było - każdy stanowił przeszkodę niemalże nie do pokonania. Szczególnie, że Ambroise musiał wdrapać się na ostatnie piętro.
W stanie, w którym się znajdował nie brał pod uwagę żadnej innej możliwości niż dowłóczenie się na samą górę. Noga za nogą, pociągając stopami z ołowiu. Niemalże wisząc na poręczy, która stanowiła jego jedyną podporę i zarazem powód, dla którego żadna z jego podeszw jeszcze nie ześlizgnęła się ze stopnia w tył.
Wtedy niechybnie nie zdołałby utrzymać równowagi tylko runąłby jak długi. Wolał nie myśleć o tym czy byłby w stanie podnieść się po upadku ze schodów, czy wybrałby pozostanie u podnóża na tyle długo, żeby coś się stało.
Nawet nie wiedział, co by to mogło być. Był zbyt wyczerpany i obolały, żeby myśleć trzeźwo, choć w jego krwi nie było ani kropli alkoholu. Kilkukrotnie zamrugał na widok różdżki w dłoni, którą oświetlał sobie schody, chwilę później ponownie nie przypominając sobie, jakim cudem udało mu się skutecznie rzucić zaklęcie i podtrzymywać je pomimo bycia na pograniczu świadomości.
Ledwo pamiętał jak trafił na klatkę schodową. Droga przez Londyn pozostawała zamglona i nie miało to związku z mglistą aurą nocy na pograniczu wiosny i zimy. Każdy kolejny krok po schodach był okupiony zagryzieniem popękanych, odwodnionych warg niemalże do krwi.
Robił to mimowolnie, aby powstrzymać jęk bólu, który w innym razie samowolnie wydostałby się na zewnątrz, odbijając się echem w kamienicy.
Kiedy w końcu dotarł na ostatnie piętro, pozwolił sobie na krótki oddech. Drzwi prowadzące do mieszkania zamajaczyły mu w bladym świetle płynącym z różdżki. Były blisko, ale dotarcie do nich zajęło Greengrassowi kolejne trudne minuty.
Choć tak właściwie upływ czasu był dla niego abstrakcją. Tak samo jak trafienie kluczem do zamka. Kilkukrotnie upuszczał brzęczący pęk na podłogę wzdrygając się na głośny metaliczny dźwięk, który w jego głowie brzmiał jak huk wystrzału.
Po którymś razie nareszcie udało mu się nie tylko trafić kluczem do zamka, ale również go przekręcić i pchnąć drzwi. Nie wiedział czego się spodziewał, ale zastała go niemalże atramentowa ciemność. Tym razem zupełnie nieprzenikniona, bo gdzieś w procesie otwierania drzwi zgasła mu różdżka.
Ulga, jaka ogarnęła go na świadomość powrotu do domu, wyparowała niemalże w chwili, w której się pojawiła. Zamknął za sobą drzwi i ponownie znalazł się w objęciach mroku. Klucze zadzwoniły w jego dłoni, odbijając się od wiklinowej tacki na konsolce i spadając na podłogę.
Nawet nie próbował ich podnieść. Zamiast tego stawił czoła ciemnej pustce, zataczając się od ściany do ściany, gdy pokonywał korytarz, po czym wtaczając się do łazienki. Tu przynajmniej przez okno docierało do niego blade światło z ulicy.
Starał się postępować racjonalnie. Wypierał świadomość, że drzwi do ich mieszkania były tylko portalem do jeszcze gęstszej ciemności zamiast zagwarantować mu wejście w przyjazne, ciepłe światło.
Nawet teraz, kiedy ledwo składał myśli do kupy, nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że koncertowo zjebał sprawę. Nie. Nie z bardzo nieudanym zleceniem. No, może nie tylko z nim. Ono było wyłącznie wisienką na torcie.
Dwa... ...może trzy... ...cholera, miał nadzieję, że nie więcej niż trzy... ...dni temu opuścił mieszkanie z głośnym hukiem zatrzaśniętych drzwi. Musiał się przewietrzyć. Zebrać myśli, żeby nie powiedzieć więcej głupich rzeczy, których pożałował praktycznie w tej samej chwili, kiedy opuściły jego usta, ale był zbyt wściekły, żeby próbować je cofnąć.
Zamiast tego wewnątrz stwierdził, że wyjdzie i wróci, kiedy gniew się uspokoi, a jednak tak wiele się zmieniło. Wystarczyło, że postanowił przy okazji zająć się kilkoma zaległościami, które nie powinny przysporzyć mu żadnych problemów.
A oto ledwo był w stanie przytrzymać się umywalki, ochlapując twarz wodą i patrząc w lustro. Nie cofnął się na zastany tam widok, ale zamrugał, wciągając powietrze przez boleśnie sinoczerwone gardło.
Tak właściwie to cała jego twarz taka była - sina, czerwona, gdzieniegdzie fioletowa albo prawie czarna od pyłu i brudu przykrywającego jeszcze więcej obić, rozcięć i otarć. Z resztą ciała nie było wiele lepiej. Pozacinane, obtłuczone knykcie piekły go od mydła i wody, którą próbował zmyć z nich mieszankę różnych substancji.
Włosy miał pozlepiane resztkami eliksirów i zaschniętą krwią. Po części cudzą, po części własną z tłuczonej rany niemalże na czubku głowy po prawej stronie. Guz już tam był. Wstrząsowi mózgu nie dało się zaprzeczyć.
Wreszcie poddał się. Zrobił dwa kroki w tył, decydując się na to, żeby usiąść pod strumieniem wody z prysznica (nawet uprzednio nie wyciągnął nic z kieszeni płaszcza ani nie zdjął z siebie ubrań) pozwalając sobie na chwilę bezmyślnego ciężkiego oddechu.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#2
11.11.2024, 01:17  ✶  

Tak naprawdę trudno jej było sobie przypomnieć o co właściwie dokładnie się pokłócili. Zaczęło się zwyczajnie, od słowa do słowa sytuacja dosyć drastycznie eskalowała. Typowe, szczególnie, kiedy dochodzi do dyskusji między dwiema osobami, które bardzo lubią mieć rację. Tak, zazwyczaj potrafili ustąpić, nieco zejść z tonu, tym razem jednak było inaczej. Czym było to spowodowane? Nie miała pojęcia. Nie potrafiła powstrzymać słów, które padały z jej ust, zagotowała się dosyć mocno, aż w końcu usłyszała jedynie trzaskanie drzwi, które oznaczały, że Roise postanowił się ulotnić. Właściwie było to całkiem dobrym rozwiązaniem, bo tylko jeden Merlin wiedział co jeszcze mogliby tu sobie wyrzygać. Była zła, nie do końca podobało jej się to, że zostawił ją tutaj właściwie bez słowa wyjaśniania i poszedł sobie w pizdu, niby rozumiała, że to była najbezpieczniejsza opcja, tak czy siak, nie do końca ją tolerowała. Była wkurwiona. Okropnie. Zdarzało jej się to raczej rzadko. Nie umiała sobie radzić z negatywnymi emocjami, pochłaniały ją całkowicie, fiksowała się zbyt mocno na ich punkcie. Bała się tego, co takie wymiany zdań między nimi mogły ze sobą nieść, to, że czasem się ze sobą nie zgadzali nie zmieniało faktu, że nadal jej na nim zależało, ale poza tym potrafił ją zirytować jak nikt inny. Uderzyć w najczulszy punkt bardzo precyzyjnie.

Zaczęła się niepokoić już następnego dnia. Nie wracał do domu. Nie miała zamiaru jednak póki co go szukać, chociaż ciężko jej było usiedzieć na miejscu, bo nie wiedziała, czy wszystko z nim w porządku. Przy trzecim dniu  chodziła już po ścianach, czy faktycznie tak go wkurwiła, że postanowił ją zostawić? Nie wydawało jej się, znaczy miała nadzieję, że nie, to byłoby głupie, budować coś razem przez te kilka lat i porzucić to przez jedną kłótnię, no może nie była to ich pierwsza niesnaska, ale nie wydawało jej się, aby miała przekreślić to wszystko.  Poszła nawet na Nokturn, tyle, że nic tam nie ustaliła i wróciła do domu nieco rozczarowana. Martwiła się, czekała, nie mogła spać, nie wychodziła też z domu, bo co jeśli on wróci, a jej tutaj nie będzie?

Minął kolejny dzień, nadal go nie było. Była tym zmęczona, nie do końca potrafiła sobie znaleźć miejsce, nie miała czym zająć rąk, nie znała za dobrze tego uczucia niepokoju, które jej towarzyszyło. Najgorsze było to, że nic jej nie powiedział kiedy wychodził, wiadomo, okoliczności nie do końca sprzyjału temu, aby informować o tym, co zamierza zrobić, ale kurwa mać, mógł być mądrzejszy, co jeśli coś mu się stało, co jeśli już więcej go nie zobaczy? Tylko i wyłącznie podobne myśli podsuwała jej wyobraźnia. Wypaliła chyba całą sztangę fajek, wypiła hektolitry kawy i zmieniała co chwilę punkt obserwacyjny. Przesiadywała na parapecie w kuchni, na tarasie, w oknie w sypialni, jednak nie udało jej się wypatrzyć jego sylwetki. Zapadł się pod ziemię.

Tego wieczora siedziała w ich sypialni, a może już w jej? Nie miała pojęcia w czyjej, jedynym źródłem światła z jakiego korzystała była niewielka świeca paląca się na szafce. Nie mogła się znowu na niczym skupić, ogarniały ją te nieprzyjemne myśli, zaczęła też sobie w głowie układać listę swoich przewinien i zastanawiać nad tym, czy może faktycznie postanowił po prostu ją zostawić. To nie byłoby nic zaskakującego, kto właściwie byłby z nią w stanie dłużej wytrzymać.

Do jej uszu dobiegł dźwięk otwierających się drzwi. Uniosła jedynie wzrok i czekała. To nie mógł być nikt inny, zagubiony książę postanowił wrócić do domu. Poczuła ulgę, ale też narastającą złość, dlatego właśnie póki co nie wstawała z łóżka. Co on sobie właściwie wyobrażał? Że wróci tu teraz jakby nigdy nic, a ona pobiegnie go radośnie przywitać i opowie mu jak bardzo za nim tęskniła? Niedoczekanie. Nie było szans z jej strony na takie powitanie. Nie po tym, jak siedziała tu te kilka dni, ile ich właściwie było, pięć? Najprawdopodobniej.

Usłyszała dźwięk kluczy, które wylądowały na podłodze. Czyżby wrócił tu tylko dlatego, że się nawalił? Nie, to nie mogła być prawda. Zacisnęła zęby i czekała na to, co będzie się działo.

Miała wrażenie, że obija się od ścian, zdecydowanie jednak nie zmierzał w kierunku sypialni, najwyraźniej postanowił sobie zrobić przystanek w łazience. Wspaniale. Minęło kilka minut, a on nadal z niej nie wychodził, nie była w stanie dłużej zwlekać, chciała się z nim skonfrontować i zobaczyć, co ma jej do powiedzenia. Chyba zasługiwała na jakieś wyjaśnienia.

Podniosła się więc z łóżka i ruszyła po cichu w stronę łazienki. Nie do końca chyba była gotowa na to spotkanie, znaczy to nie tak, że nie cieszyła się, że wrócił, szczególnie, że myślała, że raczej się tutaj więcej nie pojawi, jednak nie miała pojęcia, co zastanie i jak w ogóle powinna się zachować. Nikt nie uczył ją jak powinna sobie radzić z takimi sytuacjami, to było dla niej zupełnie nowe.

Weszła więc do tej łazienki, oświetliła pomieszczenie niewielką kulą światła, i dostrzegła swoje szczęście, a raczej nieszczęście pod prysznicem, w ubraniu. Wypuściła głośno powietrze, ścisnęła mocniej ręce w pięść, bo zdecydowanie nie spodziewała się takiego widoku, a chyba jednak powinna. Było źle. Chuja się znała na medycynie, ale wyglądał jakby mocno oberwał.

Miała ochotę go udusić gołymi rękoma, ale wiedziała, że to nie jest odpowiednie rozwiązanie na ten moment.

Nadal więc, póki co bez słowa ruszyła w jego kierunku. Wlazła tam do niego, chociaż nie było szczególnie dużo miejsca, przykucnęła przy mężczyźnie, dopiero teraz dostrzegła jego większość obrażeń. Nie wiedziała, co powinna z tym zrobić, głos ugrząsł jej w gardle, ale musiała się odezwać, musiała mu pomóc, żeby nie wyzionął ducha pod tym prysznicem. - Które eliksiry? - Starała się mówić głośno i wyraźnie, żeby dotarło do niego, że znajduje się obok, zresztą gdy się przy nim nachyliła to dotknęła dłonią jego policzka, bardzo delikatnie.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#3
11.11.2024, 04:15  ✶  
To nie było coś, co powinno doprowadzić do sytuacji, która między nimi wynikła. Tak właściwie to nie poszło o nic istotnego. Pierdołę przelewającą czarę małych goryczy nawarstwiających się gdzieś poza świadomością.
Wypowiedziane słowa zawisły w powietrzu jak rzucone sztylety na dostatecznie długo, żeby zorientował się, że nigdy nie powinny paść, ale było już za późno. W jedną i w drugą stronę. Ułamek sekundy później uderzyły z pełną siłą, odbierając im ostatnią szansę na to, żeby uratować sytuację zanim stanie się zbyt zaogniona.
Kolejna salwa wyrzutów była nie do uniknięcia. Następne również poszły szybko i bez zastanowienia. Sam nie wiedział, kiedy zapętlił się w gniewie, plując jadem na jedyną osobę, którą kiedykolwiek kochał w ten żarliwy sposób. Z którą powinien budować wspólne życie a nie niszczyć je pod wpływem chwili. Mimo to nie był w stanie przestać, bo gdy odpowiadała mu z żarzącą się wściekłością, po prostu musiał mieć ostatnie słowo.
Miał je nawet wtedy, kiedy wyszedł, ostentacyjnie waląc za sobą drzwiami aż zatrzęsła się poręcz na schodach a pies sąsiadów zaczął głośno ujadać dwa piętra niżej, prawdopodobnie doprowadzając tym właścicieli do szału.
Ambroise już w nim był - niemiłosiernie wkurwiony na nią, ale przede wszystkim na siebie, bo jak zwykle po prostu nie mógł zamknąć mordy. Z drugiej strony Geraldine nie pozostawała mu dłużna. Jak na ludzi usiłujących rozmawiać o problemach zanim eskalują do takiej rangi jak wtedy, kiedy w nerwach opuścił dom...
No cóż.
Najważniejsze, że wróciłby. Prędzej niż później, bo wcale nie chciał karać ukochanej kobiety jakimiś żałosnymi zagrywkami. Nie planował zniknąć na dłużej niż kilka godzin. Przyniósłby jej kwiaty, oddaliłby konflikt do Wizengamotu. Zachowałby się ze wszech miar właściwie, bo nie był takim facetem. Może miał bardzo krótki, czasami wręcz nieistniejący lont, ale zależało mu. Potrafił przyjąć odpowiedzialność za swoją część niepotrzebnych reakcji, jeżeli mu zależało.
Z tym, że najpierw potrzebował trochę ochłonąć. Chciał przelać tę energię w coś innego, wyładować się w pracy, dopóki nie będzie w stanie myśleć trzeźwo. Z tym, że we wszystkim całkowicie zapomniał jak to się już niegdyś skończyło.
Z tym, że teraz było znacznie gorzej.
Kiedy potknął się o próg, zataczając się do wnętrza mieszkania, jako pierwsza pojawiła się ulga, że znów jest w domu. Nie na długo. We wszechogarniającej ciemności nie czuł się bezpiecznie; jego myśli były chaotyczne, gnały swoimi torami, nie nadążał za ich biegiem ani za niosącymi go stopami, o które się potykał.
Raz po raz wpadał na jakąś ścianę, odbijając się od niej, jakby był pijany. A nie był - tego jednego był pewny. Gdyby był bardziej przytomny najpewniej podziękowałby wszelkim siłom za to, że nie nastawiali w korytarzu zbyt wiele rzeczy, bo jeszcze potłukłby wszystkie po drodze do łazienki.
Dzwoniło mu w uszach a granice świadomości rozmywały się razem ze wspomnieniami, które również nie były jasne. Raz jeszcze spróbował przypomnieć sobie, co się wydarzyło. W jego głowie pojawiły się nieskładne migawki jak błyski szybko rzucanych zaklęć. Odpuścił nie mogąc znieść bólu głowy towarzyszącego myślom, które nic nie dawały.
Nie wiedział jak długo siedział pod strumieniem wody zanim coś nie przyciągnęło jego uwagi, wyrywając go ze stanu zawieszenia. Gorąca, niemalże wrząca woda spływała po jego ciele, przynosiła chwilowy komfort i ciepło, które nie było w stanie utrzymać się w ciele Ambroisa. Gdyby nie strugi lecące z prysznica w dalszym ciągu niekontrolowanie trząsłby zębami, walcząc z lodowatymi drgawkami próbującymi przejąć kontrolę nad jego ciałem.
Teraz było dobrze. Prysznic był tym, czego potrzebował. Jedyną szansą na otrzeźwienie się i wstanie na własne nogi. Ciało drżało z zimna, mimo że woda parzyła jego skórę, ale nie było już tak źle jak jeszcze kilka chwil temu. Wydawało mu się, że wystarczy jeszcze moment i będzie w stanie dojść do siebie, bo przecież obiecał.
Co prawda nie wiedział, w którym momencie i komu. Przez zawroty głowy i migotanie przed oczami nie potrafił nawet odpowiedzieć na pytanie, co się stało, że niemalże złamał tę obietnicę, ale obiecał - to było obecnie najbardziej istotne i właśnie tego trzymał się kurczowo. Tak brzegu swojego płaszcza, mimowolnie miętoszonego zesztywniałych od chłodu palcach.
Jego pamięć wypełniały wyłącznie fragmenty większych całości, urywki scen i sytuacji, przypadkowe wspomnienia. Częściowo zatarte przez zawroty głowy, częściowo przez upływ czasu, który mijał nieubłaganie, ale jednocześnie zatrzymał się na tym momencie, gdy krople zmieniały się w ciemne strużki wody wirujące wokół odpływu.
Ciepła woda powinna przynieść upragnioną ulgę, ale tego nie robiła.
Nie? Już nie?
Chwilę temu wszystko było dobrze, teraz ponownie czuł się skołowany, bo zamiast kojącego ciepła zaczął czuć się gotowany we własnej skórze. Powinien poczuć się lepiej. Zamiast tego krwiak na skroni pulsował, guz na czubku głowy dawał o sobie znać tępym bólem a skóra zaczęła robić się boleśnie nadwrażliwa na krople deszczu.
Nie, nie deszczu.
Siedział pod strumieniem prysznica, nawet uprzednio doceniając tę możliwość. Teraz nagle zaczynającą być fizyczną udręką. Potem zbawieniem. I znowu udręką.
Szarpnął rękaw płaszcza, próbując ściągnąć go w dół.
Nie, nie tak.
W tył z pleców, choć ruch ręki sugerował tę pierwszą myśl, toteż jedynym, co udało mu się zrobić było bolesne przejechanie szorstkim, ciężkim i mokrym materiałem po świeżo rozmoczonych ranach. Zerwał sobie przy tym kilka strupów, zawieszając półprzytomne spojrzenie na jeszcze czerwieńszej wodzie spływającej do odpływu. Jeśli wcześniej była ciemno różowa, teraz stała się ciemniejsza i jeśli to było możliwe - bardziej brudna.
W tym cholernie nieestetycznym widoku było coś fascynującego, co sprawiało, że nie potrafił oderwać wzroku od wody i własnych poplamionych, mokrych ubrań. Próbował skupić myśli, ale świadomość uciekała mu i wracała w najmniej oczekiwanych momentach w towarzystwie mrugnięć i prób zrozumienia sytuacji. To, co działo się wokół nie miało sensu.
Odsunął się nieco od prysznica, przesuwając się od ściany bliżej środka niewielkiej przestrzeni, ale gorąca woda w dalszym ciągu lała się po jego głowie. Ciało reagowało raz alergicznie, raz kolejnym lodowatym dreszczem, który sprawiał, że ciepło przestawało być czymś, od czego Ambroise stronił i wracał palcami do jego źródła, unosząc rękę pod parujący strumień.
Nie zamierzał tego robić, przynajmniej nie świadomie, ale ciepły prysznic był czymś, co uwięziło go w swojej pętli. Gdyby był choć trochę bardziej przytomny, mógłby stwierdzić z rozsądkiem, że nie powinien robić czegoś takiego. To była jedna z wielu rzeczy, których nie powinien. Zdawał sobie z tego sprawę, nawet jeśli nie do końca świadomie. Gdzieś z tyłu pulsującej głowy obijała się myśl, że spektakularnie dał dupy.
Ale przecież radził sobie nie raz. Nie zwykł chodzić po pomoc, zataczając się do domów znajomych uzdrowicieli. Był w stanie wylizać rany w samotności. Robił to od tyłu... ...ilu?... ...lat. Wielu. Sam sobie radził.
Sam? Czy aby na pewno?
Gorąca woda sprawiała, że jego rany krwawiły coraz mocniej, ale cóż, może tak miało być?

Światło w łazience zamigotało. To było to, co przyciągnęło jego uwagę? Wydawało mu się, że może zapadł w letarg. Możliwe, że stracił przytomność, bo gdzieś z samego środka nocy wyłoniły się promienie dnia.
Ale nie. Zmrużył oczy, bo jasność za bardzo go raziła, a kiedy znów je otworzył wszystko wydawało się nieostre, lecz zdecydowanie nie pogrążone w świetle dnia.
Wciąż absurdalnie kręciło mu się w głowie, widok przed nim był zniekształcony. Czy to przez światło, wodę spływającą po twarzy, parę, łupanie w czaszce - prawdopodobnie wszystko po trochu.
W jednej chwili próbował nadążyć rozmywającym się wzrokiem za przeraźliwie szybkimi ruchami światła i cienia przed jego oczami. Starał się zignorować ciemne plamy nachodzące mu na pole widzenia, które jeszcze bardziej sprawiały, że nie był w stanie utrzymać kontaktu wzrokowego z otoczeniem. Tak właściwie w żadnym momencie go nie nawiązując, ale przecież to zrobił, śledził wzrokiem jasny punkt, ciemny też, bo monitorował sytuację.
W kolejnej sekundzie (minucie?) zamrugał półprzytomnie, drgając w wewnętrznej panice, gdy gałki oczne zaczęły wywracać mu się tak, że na te kilka sekund całkowicie stracił obraz przed oczami a tęczówki zostały zastąpione bielą białek poprzecinanych niezliczoną ilością czerwonych żyłek. Niekontrolowana fala mrugnięć przejęła całą uwagę, jaką jeszcze miał. Próbował nie odlecieć tu i teraz, nie mógł sobie na to pozwolić.
Tym bardziej nie do końca zdając sobie sprawę z tego, czym i gdzie jest ów tu i teraz, bo choć powinien rozpoznawać otoczenie, pamiętając o tym, co działo się przez ostatnie minuty, ciemność spowijająca pokój (pokój?) zupełnie nic mu nie mówiła. Zaś plama światła, na którą ponownie zwrócił oderwaną uwagę sprawiła, że przyspieszyło mu serce.
Gdzieś na peryferiach umysłu przeleciała myśl o rychłym końcu udręki, ale zaraz ją od siebie odsunął, choć coś w nim krzyczało, by się poddał, pozwalając sobie na ponowne zamknięcie oczu. Mógłby osunąć się w niebyt. Zamiast tego udało mu się zmusić ciało do przesunięcia się i usiąść bardziej podparty o ścianę, ale nie miał wystarczająco wiele siły, aby wstać. Potrzebował odpocząć jeszcze chwilkę.
Siedział pod strugami gorącej wody, niezdolny do myślenia o niczym innym jak na przemian o bladym świetle i o zimnie, które przenikało jego ciało. Były powiązane? Prawdopodobnie. Kiedy jasna plama drgała, jego ciało przechodziła fala zimna. Kiedy ponownie się poruszała, wracało palące gorąco. Wcisnął głowę w kolana, jakby to mogło pomóc. Nie pomogło. Jęknął, kiedy naruszył ranę na głowie.
Kiedy znów otworzył oczy, unosząc głowę, nie miał pojęcia, ile czasu minęło ani w jakiej rzeczywistości się znalazł.
Był ranny. Bolesne pulsowanie w każdej komórce ciała przypominało mu o tym z zaczerpywanym i wypuszczanym oddechem. Zdawał sobie sprawę, że nie ma siły, by ruszyć się i odpowiednio zająć się swoimi ranami. Z trudem utrzymał otwarte oczy, tłumacząc sobie, że to tylko chwilowy problem, że wystarczy jeszcze chwila odpoczynku, by wszystko wróciło do normy.
Otworzył usta, po czym je zamknął. Zamrugał parokrotnie, dopiero wtedy ponownie zwracając uwagę na zmianę w otoczeniu. Zmrużył oczy próbując wyostrzyć obraz, mimowolnie opierając przy tym policzek o dłoń Geraldine. Może trochę zbyt mocno, bo gdyby teraz odsunęła rękę, najpewniej przewróciłby się w bok.
Nie zarejestrował momentu, w którym przy nim kucnęła, ale bezwiednie przeniósł na nią część ciężaru ciała, marszcząc się, gdy poczuł kolejną falę bólu związanego z ruchem. Nie do końca świadomie sapnął, próbując machnąć ręką.
- Dajmmichwile - wymamrotał, lepiąc ze sobą słowa i próbując powstrzymać się przed potrząśnięciem głową, bo bolało cholera kurewsko bolało.- Wig...gen-nowy - nie miał pewności czy te słowa faktycznie opuściły jego usta, ale mimo wszystko podjął dalszą próbę zawalczenia z miękkim językiem i sztywnym gardłem. - Revivi...scere... ...żół... ...złot...y... Curati- głęboki wdech - ivum, zielony - zadygotał, bujając się do przodu i nie łapiąc równowagi tylko opadając całym ciężarem ciała na swoją dziewczynę. - Wezmę. Ok-kay... ...Już wstaję... Daj mi... ...chwilę.
Po prostu potrzebował chwili, przymykając oczy i pozwalając sobie opaść w błogą ciemność.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#4
11.11.2024, 20:11  ✶  

Bardzo łatwo przychodziło im wypowiadanie kolejnych słów, uderzanie nimi w siebie dosyć brutalnie, słowo za słowo, uderzenie za uderzenie. Trafiali celnie, jak mało kto, przecież bardzo dobrze się znali, wiedzieli gdzie najlepiej trafić, aby faktycznie zabolało. Kochała go do szaleństwa, ale potrafił też ją wkurwić jak nikt inny, każde uczucia, które się między nimi pojawiały należały do najsilniejszych. Tak już na siebie działali. Nie potrafiła przestać, bywały momenty, w których nie chciała odpuszczać i ta drobna kłótnia była właśnie jednym z nich. Gdy się na coś uparła to nie było zmiłuj. Sięgała po argumenty, które nie powinny zostać ruszone, grzebała w trupach zakopanych w szafie bardzo dawno temu, wszystko byleby mieć ostatnie słowo. Tak, czy siak tego nie dostała, bo postanowił wyjść nim zakończyła tą żarliwą dyskusje. Tak po prostu zostawił ją, nie dał dokończyć tego, co chciała powiedzieć i po prostu wyszedł z mieszkania. To znaczy nie po prostu wyszedł, tylko pizdnął drzwiami,  oczywiście musiał jeszcze pokazać swoją frustrację. Nie należał do osób, które trzymały w sobie emocje, zresztą Yaxleyówna też nie, udało jej się rzucić za nim kubkiem w zamknięte drzwi, roztrzaskał się w drobny mak, jeden z jej ulubionych kubków w drobne, zielone walijskie smoki. Musiała dać upust i swoim emocjom.

Dawno nie zdarzyło im się tak poróżnić, jasne dochodziło między nimi do kłótni, jednak nie umiała sobie przypomnieć kiedy spięli się aż tak. Trzęsła się z irytacji, próbowała jakoś się uspokoić, ale wcale nie było to proste. Zależało jej na nim jak na nikim innym i bardzo nie chciala, żeby dopuszczali do takich sytuacji. Nie było to do końca zdrowe, ale w przypadku ich charakterów chyba trochę nieuniknione. Lubili mieć ostatnie słowo, potrafili uderzać tak, żeby zabolało, wbijać drobne igiełki, które kuły najbardziej.

Spodziewała się, że wróci na noc do domu. Zawsze wracał, co by się nie działo, jak bardzo by się nie pokłócili, to nie zostawiał jej samej tej niepewności. Za każdym razem udawało im się pogodzić, tyle, że to był ten moment, e którym coś się zmieniło. Tylko dlaczego, czy faktycznie, aż tak bardzo go zirytowała, chciał jej coś udowodnić, wziąć ją na przeczekanie? Chciał, żeby zaczęła go szukać, przeprosiła? Było wiele możliwości, ale nie miała pojęcia, która faktycznie należała do tych słusznych.

Kolejne mijające dni i godziny przynosiły coraz większy niepokój, bo przecież wiedziała, czym się zajmował. Miała świadomość, jak wyglądała jego praca po godzinach. Zaczęło ją martwić to, że rozstali się w takich bojowych nastrojach, bo co, jeśli coś mu się stało i ostatnia ich interakcja byłaby tą kłótnią, nie wybaczyłaby sobie tego.

Wiele myślała podczas tych kilku dni, prawie w ogóle nie spała, czuwała, czekała, męczyło ją to straszne. Nie wydawało jej się też, że to był faktycznie aż taki powód, żeby znikał na aż tyle, chociaż zastanawiała się, co jeśli faktycznie coś się zmieniło, co jeśli tym razem nie zamierzał do niej wrócić.

Naprawdę jej ulżyło, kiedy drzwi do mieszkania się otworzyły. Kamień spadł jej z serca, to by oznaczało, że nie było, aż tak źle, że z niej nie zrezygnował, że jeszcze była dla nich nadzieja. Oczywiście nie były to jedyne myśli, które się pojawiły wraz z jego głośnym wejściem do mieszkania. Cieszyła się, że wrócił, ale nie zamierzała pominąć tej części w której wyszedł bez słowa i zostawił ją tutaj na te kilka dni w nieświadomości, była wkurwiona, nie powinien się jej dziwić, odchodziła od zmysłów nie mając pojęcia, co się z nim właściwie działo. Nie zamierzała mu tego ot tak wybaczyć, oczekiwała jakichś wyjaśnień, czegokolwiek, chyba chociaż na to zasłużyła.

Gdy znalazła się w łazience, cóż przestała się skupiać na swojej irytacji, bo powoli docierało do niej, jak bardzo jest źle. Nie widziała go jeszcze w takim stanie, serce biło jej szybciej, bo co jeśli nie będzie w stanie mu pomóc, czy powinna pójść po Florence, w końcu mieszkała niedaleko, na pewno nie odmówiłaby jej pomocy, z drugiej strony co jeśli wyjdzie i nie zdąży? Jeśli nie mieli wystarczająco czasu, aby ją przyprowadziła. To ją martwiło. Musiała jakoś mu pomóc, ona, która wcale się na tym nie znała, nie mogła pozwolić na to, aby zamknął oczy, wiedziała, że to mogło przynieść zdecydowanie nie najlepszy efekt. Zawsze wspominali rannym aby nie zasypiali, bo to mogło się skończyć źle. Pamiętała to z różnych sytuacji, które działy się w jej życiu.

Nie bała się krwi, może dla niektórych ten widok mógł być odstraszający, ale nie dla niej, wiele razy sama wracała umorusana nią od stóp do głów, często też zdarzało jej się samej robić sobie krzywdę, więc akurat to jej nie niepokoiło. Gorzej było z rozwaloną głową, strupami na twarzy, dlaczego Roise wyglądał jakby wpadł na buchorożca?

Musiał się z kimś zmierzyć, tylko kiedy, dlaczego nie wracał przez tyle dni, gdzie był kiedy go nie było, właściwie to kiedy nabawił się tych urazów? Jak świeże były? Miała wiele pytań, ale to zdecydowanie nie był odpowiedni moment na to, aby zadać je wszystkie. Musiała się nim zająć, jakoś postawić go na nogi, pozwolić mu odpocząć, aby później mogli dojść do tego, co właściwie mu się przytrafiło.

Była przerażona, ale wiedziała, że nie może sobie pozwolić nawet na moment wątpliwości, musiała działać pewnie, chociaż w ogóle nie czuła w sobie żadnej pewności. Nie miała pojęcia, co powinna robić, to on z ich dwójki znał się na rzeczy, ona nie potrafiła pomagać rannym. W ogóle nie znała się na rzeczy.

Wlazła więc pod tę wodę, przykucnęła obok niego, nie komentowała w żaden sposób tego, jak wyglądał (a wyglądał strasznie), bardziej postanowiła się skupić na tym, w jaki sposób mogłaby mu pomóc. Poczuła, że oparł część ciężaru na jej dłoni, to nie wróżyło niczego dobrego. Tak właściwie to gdy znalazła się w w łazience nie spodziewała się, że jest tak źle, dotarło to do niej wtedy gdy się do niego zbliżyła.

Nie wydawało jej się, aby miał te chwilę, której potrzebował. Nie wyglądał na kogoś kto mógł aktualnie pozwolić sobie na zamknięcie oczu, obawiała się, że jeśli to zrobi to już ich więcej nie otworzy.

Starała się panować nad uczuciem strachu, które w niej rosło. Kurewsko się bała, że nie będzie w stanie mu pomóc. Powinna była go poprosić o jakiś najprostszy kurs pierwszej pomocy, szczególnie, że wiedziała, że sprawy którymi się zajmuje w wolnym czasie mogą przynieść różne konsekwencje, to nie były szczególnie bezpieczne zajęcia, mogli się spodziewać, że prędzej, czy później to zakończy się w ten sposób.

- Roise, błagam cię nie zasypiaj, zaraz wrócę, tylko proszę, nie zasypiaj kurwa, nie rób tego teraz. - Na całe szczęście udało mu się jakoś przekazać jej, czym powinna go napoić. Oderwała swoją dłoń od jego policzka, bardzo delikatnie, żeby przypadkiem się przez to nie przewrócił, oparła go przy tym o ścianę, żeby to na nią przerzucić ciężar jego ciała.

Na szczęście mieli w domu spore zapasy eliksirów, to był jedyny plus tej sytuacji, nie zwlekała więc, tylko poderwała się na nogi i ruszyła do kuchni, w której je trzymali. Zaczęła wysypywać zawartość szafki, szukając tych, o których jej wspomniał. Dobrze, że wszystko było bardzo skrupulatnie opisane, tylko i wyłącznie dzięki niemu, bo przywiązywał do tego wagę. Udało jej się znaleźć to czego szukała, oczywiście to, że wspomniał o kolorach eliksirów bardzo ułatwiło jej poszukiwania. Wzięła w dłoń trzy fiolki i wróciła do łazienki, ponownie się nad nim nachyliła. Otworzyła buteleczkę z eliksirem wiggenowym, cóż ten akurat znała dosyć dobrze.

Przesunęła ciało Ambroisa i wsunęła się za niego, tak aby mógł na niej oprzeć swoją głowę. Musiała go napoić tymi miksturami póki jeszcze nie stracił przytomności, później będzie się zastanawiała jak przetransportuje go do łóżka, przecież nie mógł spędzić reszty nocy pod prysznicem.

- Pij to słonce, tylko powoli. - Zbliżyła fiolkę do jego ust i ostrożnie ją przechyliła tak, żeby mężczyzna przypadkiem nie zakrztusił się jej zawartością.

Powtórzyła tę czynność z dwoma kolejnymi eliksirami, których nazwy nie do końca potrafiła powtórzyć, zresztą gdy do niego wróciła to zupełnie wyparła je z głowy, powtarzała je sobie tylko pod nosem w momencie w którym biegła do kuchni, aby mu je tutaj przynieść. Starała się być przy tym jak najbardziej delikatna. Musiał je wypić, żeby mogli przejść dalej. Powinna zdjąć z niego te brudne ubrania, położyć go w miękkiej pościeli, tak, ale to dopiero wtedy gdy mikstury przyniosą oczekiwane efekty.

Wolną dłonią gładziła go po policzku, starała się omijać wszelkie drobne rany na jego skórze, ulotniły się gdzieś wszystkie negatywne emocje, które tkwiły w niej jeszcze chwilę temu, liczyło się tylko to, aby przynieść mu ukojenie, jakoś postawić go na nogi. Wrócił do niej, obiecał, że zawsze będzie wracał.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#5
11.11.2024, 22:15  ✶  
Sam nie wiedział, w którym momencie władował się pod prysznic próbując złagodzić objawy wychłodzenia i trudny do zniesienia ból. Skronie my pulsowały a każdy dźwięk wydawał się docierać do umysłu z opóźnieniem, jak echo przejmującego odległego zgrzytu paznokci po tablicy.
Strumienie wody mieszały się z czymś ciemnym i lepkim, co sączyło się z rozbitej głowy. Potrzebował żenująco długiej chwili, tak właściwie to kilku chwil, żeby uświadomić sobie, że to była po prostu krew. Jego własna, bo czyja inna? Chyba wszystko, co w tym momencie spływało do odpływu było wyłącznie jego krwią, ale nie do końca pamiętał, czemu tak bardzo krwawił.
I czemu jego skóra tak bardzo pulsowała, nieprzyjemnie boląc, ciągnąc i napinając się na kościach, które też czuł. Każdy bodziec był intensywnym przypomnieniem, że zbyt wiele brakowało mu do pełni sił.
Próbował zrozumieć, co się stało. Majaczące urywki wspomnień migotały w jego umyśle, ale nie tworzyły logicznej całości. Tak samo jak to, co działo się przed jego oczami. Był sam, nie był sam, był sam, nie był sam. W ciemnościach, palącym świetle, znów w mroku, potem znowu z tym jasnym punktem rażącym go w oczy. Siedział, nie zapadał się w podłogę. Przynajmniej to się nie zmieniło.
Pozwolił sobie na chwilę słabości, opierając głowę na jej dłoni a następnie bezwiednie na ramieniu. Nawet nie dostrzegł, kiedy osunął się na nią bardziej niż wcześniej na ścianę. Mimowolnie poszukiwał tego dotyku ciepłych ramion i znajomego rytmu bicia serca, które upewniłoby go, że jest w domu a nie tylko wydaje mu się, że jest w domu.
- Jesteś? - Mimo to musiał upewnić się szeptem, szukając zapewnienia w jej rozmytej twarzy.
Szczególnie że znajdował namiastkę ukojenia w jej obecności, więc musiała rzeczywiście przy nim być?
Oczy dziewczyny lśniące w świetle różdżki jak dwa jasne punkciki mówiły znacznie więcej niż słowa, które nie do końca do niego docierały. Próbując skupić wzrok na twarzy ukochanej, starając się wyostrzyć obraz i zacząć orientować się w sytuacji, podświadomie wiedział jak powinien interpretować wyraz jej twarzy.
Chciała czy nie - dostrzegał troskę, ale jednocześnie przerażenie, którego jego mózg nie potrafił w pełni zrozumieć. Gdzieś z tyłu głowy obiła się myśl, że to musiała być jego wina. Naprawdę próbował nie być ciężarem. Usiłował sam się kontrolować. Dotoczył się do łazienki, umył ręce (co z tego, że niedokładnie?) wtoczył się pod prysznic. Potrzebował tylko chwili odpoczynku, żeby podjąć nierówną walkę z własną fizyczną słabością. Zamknięcie oczu miało pomóc.
- Potrzebuję - wymamrotał, nie panując nad tym jękiem wyrzutu w głosie, bo go nie rozumiała.
Kazała mu robić coś, co było wbrew wszelkiej logice i temu, czego teraz potrzebowało jego ciało. Powieki same opadały, oddech robił się spokojniejszy za każdym razem, gdy Ambroise zamykał oczy. Przykaz, nakaz, prośba, błaganie - czymkolwiek to było, nie spotkało się z entuzjazmem zamroczonego umysłu i wyczerpanego ciała.
Tym bardziej, kiedy przesunęła go, odsuwając go od siebie. Na co zareagował kolejnym, tym razem milczącym grymasem wyrzutu, nie rozumiejąc, czemu to zrobiła, gdy jej potrzebował. Nic nie powiedział, ale to tylko dlatego, że policzkiem dotknął przyjemnie chłodnej szyby prysznicowej, wtulając w nią bok ciała, bo była tak przyjemnie zimna. Wilgotna, ale idealnie kojąca.
Miał nie zamykać oczu?
Wydawało mu się, że tak, ale to chyba dotyczyło jakiegoś innego momentu. Tamte słowa padły dawno i w innych okolicznościach, to było całkiem pewne. Mimo wszystko spróbował zatrzymać wzrok na punkcie migoczącym za drzwiami do łazienki. I chyba gdzieś znów odleciał, bo gdy znowu mrugnął, czułe palce dotykały jego policzka.
Nie opierał się o szybę. Może tylko mu się wydawało, że przed chwilą tam był? Najpewniej w ogóle nie ruszył się z miejsca. Geraldine również nie, bo była obok niego. Nie widział jej wyraźnie w chmurze pary wodnej i przez ociężałe, podpuchnięte powieki, ale próbował skupić spojrzenie na niej i posłać jej cień uśmiechu. Potrzebowała tego.
- Jest - wyciągnięcie powietrza do płuc przez piekące gardło i utrzymanie oddechu wiele go kosztowało, w ustach ponownie poczuł posmak krwi a w przełyku nieprzyjemne ciepło rozrzedzonej śliny - jest dobrze - ostatnie słowo niemalże przeszło w szept, urywając się pod sam koniec, kiedy Ambroise bezwiednie mocniej oparł policzek o rękę Geraldine, przechylając się na nią i jęcząc gardłowo, gdy rana na jego głowie mocniej zapulsowała.
No, nawet dla siebie nie brzmiał zbyt uspokajająco. W jego słowach było więcej starań niż prawdziwego przekonania. Trudno byłoby uznać je za pocieszające. Nie mówiąc już o tym, by mogły być zgodne z faktycznym stanem rzeczy, bo nie było dobrze. W żadnym wypadku. To, że znalazł się w domu...
...mogło graniczyć z cudem. Nie było również do końca właściwe, bo w wielu innych chwilach nie dopuściłby do tego, żeby pojawić się w tak fatalnym stanie, nie próbując się uprzednio doprowadzić do porządku (bo chyba nie próbował, słabo to wszystko pamiętał).
Jeszcze nigdy nie było z nim tak źle, przynajmniej odkąd zaczęli ze sobą być. Wcześniej bywało różnie. Te pierwotne instynkty nakazywały mu zadbać o siebie na własną rękę. Nie dlatego, że nie ufał Rinie. W żadnym wypadku. Sposób, w jaki jego ciało rozprężyło się pod jej kojącym dotykiem mówił sam za siebie.
Natomiast nie chciał, żeby widziała go w takim stanie. Nie, gdy obiecali sobie, że zrobią wszystko, aby nie doszło do czegoś takiego a on nie był w stanie powiedzieć, co się stało, że niemalże nie wrócił do domu. Do niej. Nie miał słów, każda myśl była zamglona, chaotyczna i naznaczona łomotaniem czaszki.
Ogarnąłby się, gdyby był w stanie. Tak, żeby wyglądał jak człowiek, nie jak jego żałosna imitacja. Nie chciał stawiać ukochanej pod ścianą - w przenośni i dosłownie, bo wyczuł jak wsunęła się za niego (nie mógł nie, bo bezwiednie poruszyła wtedy całym jego obolałym ciałem; nie był w stanie powstrzymać jęku) dając mu oparcie. Nie chciał, naprawdę nie pragnął wrócić w taki sposób...
...ale chciał znaleźć się w domu. Nawet wtedy, kiedy nie do końca docierało do niego to, że powłóczy nogami po chodniku, łapiąc podparcie na latarniach i poręczach przy schodkach sklepów. Podświadomie wiedział, gdzie powinien skierować kroki. Nawet półprzytomny, mający ochotę zwalić się gdzieś na podłogę i odpocząć naprawdę starał się wrócić do domu.
Spróbował oprzeć tył głowy o ramię Geraldine w taki sposób, żeby umożliwić jej to wszystko, co robiła. Tym razem nie stronił od dotyku. Zabiegał o niego, przymykając oczy i mocniej wciskając policzek w miękką dłoń dziewczyny.
A gdy odkorkowała fiolkę - jedną, drugą, trzecią, spróbował posłuchać polecenia, które dotarło do niego jak zza ściany wody (tej, która nadal się lała? nie, chyba płynącej z wnętrza otępionego umysłu). Spojrzał na jej oczy, niemal posłusznie przesuwając wzrok na jej dłonie.
Rozchylił wargi usiłując przełknąć wszystko, co mu dawała. W tym stanie może podświadomie wyczuwał, co to było, ale podświadomie zaufał w to, że wiedziała, co robi.
W innej sytuacji zapewne pozwoliłby sobie na niewybredne żartu o powątpiewaniu w picie jakichkolwiek eliksirów od niej. Na coś pijącego do tamtego wieczoru w Mungu. Czule uszczypliwego. Teraz nawet nie próbował tego komentować, choć to nie oznaczało, że nic nie powiedział.
- Zostym - skrzywił się na konieczność przełknięcia substancji, niemalże się nią krztusząc, gdy poczuł ohydny smak rozlewający się na języku, podniebieniu i w całym tępo pulsującym umyśle - zostań p...rzy winie - zadrżały mu kąciki ust, gdy spróbował posłać uśmiech w kierunku Geraldine, starając się rozluźnić atmosferę poprzez tę raczej mało zabawną sugestię.
Była kiepską kucharką. W każdym innym momencie próbowałby ją zaczepiać stwierdzeniem, że wręcz fatalną, ale w tej chwili trudno mu było kierować do niej jakiekolwiek pełne i zrozumiałe słowa. Nie zdziwiłby się, gdyby nie zrozumiała przekazu. Jeszcze bardziej nie byłby zdziwiony, gdyby nie doceniła komizmu sytuacyjnego, bo go tam wcale nie było.
Greengrass znał smaki wszystkich eliksirów, które starały się doprowadzić go do wyplucia wnętrzności. Był tego bardzo bliski, raz po raz przełykając ślinę, żeby nie pozwolić sobie na zaniesienie się kaszlem. To nie skończyłoby się dobrze.
Mimowolnie rozchylił wargi usiłując odgiąć głowę w taki sposób, aby trochę wody dostało mu się do ust, przynosząc ulgę jego kubkom smakowym i spieczonemu przełykowi. Nie było w tym logiki, bo jedynie doprowadził do tego, czego tak bardzo starał się uniknąć.
Stanowczo zbyt mało wody znalazło się na jego wargach, jeszcze mniej trafiło na język. Za to całkiem dużo nie gardła a do tchawicy, sprawiając, że jego ciałem wstrząsnął kaszel. Niekontrolowana fala przetoczyła się przez przełyk i usta, poruszając każdym obolałym mięśniem, podrażniając każde obicie, szarpiąc nawet najmniejszą i najbardziej oporną z bólu komórką ciała.
A woda była zbyt ciepła, by dało się ją pić. Wyłącznie zapiekła w rankach, szczypiąc w wargi i parząc wnętrze ust. Nie mówiąc o tym, że nie był w stanie odchylić się na tyle, żeby przełknąć jej więcej niż kilka strużek. Nie tylko z uwagi na siedzącą za nim dziewczynę, o którą parokrotnie uderzył plecami podczas napadu kaszlu. Lecz także przez ból w dolnym odcinku kręgosłupa. Tak właściwie to ból w każdym odcinku kręgosłupa. Otumaniający, wszechogarniający ból, który jeszcze nie zaczął ustępować.
Chujowy pomysł.
W końcu zastygł w jedynej pozie, jaka nie wiązała się z dyskomfortem tak silnym, że miał wrażenie, że zaraz straci przytomność. Czasem wydawało mu się, że zapada w ciemność, ale co chwilę wracał do rzeczywistości. Tylko po to, by uświadomić sobie, że ból w ciele nadal tam jest i wcale nie ustaje.
Choć może trochę? Było lepiej. Oczy miał w dalszym ciągu przymknięte, każdy oddech był trudny, charczący, ale Ambroise nie miał już wrażenia, jakby każde tchnienie mogło być ostatnim.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#6
11.11.2024, 23:46  ✶  

Chciałaby się dowiedzieć tego, jak do tego doszło i co właściwie mu się przydarzyło, kto mu to zrobił. Kiedyś obiecała mu, że nie będzie szukała winnych za jego ewentualną krzywdę, tyle, że udało mu się przeżyć to zmieniało postać rzeczy, bo teraz razem mogli znaleźć osobę, która była odpowiedzialna za taki stan rzeczy. Będą mogli się zemiścić, jej myśli zmierzały właśnie w tym kierunku, bardzo szybko jednak próbowała je przkierować na to, co działo się tu i teraz. Musiała mu pomóc, jakoś go uratować, chociaż zupełnie nie wiedziała w jaki sposób powinna to zrobić. To nie była jej rola, nie znała się na tym, nie miała pojęcia, jak może mu ulżyć. Była wkurwiona na siebie, na cały świat za to, że nie wie od czego zacząć, nie miała pojęcia, jak się za to zabrać. Musiała prosić go o pomoc, chociaż widziała, że odpływa, tracił przytomność na jej rękach, to nie wróżyło niczego dobrego. Upływ czasu nie był ich sprzymierzeńcem, musiała jak najszybciej reagować.

- Jestem, nigdzie się nie wybieram. - Cóż, byli w domu, przyszedł tutaj, wrócił do niej, musiała zapewnić mu pomoc i wsparcie. Dlaczego więc nie do końca wiedziała, co powinna robić, jak się w tym odnaleźć. Musiała korzystać z jego pomocy, mimo, że znajdował się na skraju. To strasznie ją irytowało, ta bezsilność, to, że była niczym dziecko we mgle, które nie do końca wiedziało, jak dźwignąć ten problem.

Miała świadomość, że nie mogła dopuścić do tego, aby odpłynął, jeszcze nie teraz, nie dopóki nie przyjął czegoś co mogło mu pomóc. Eliksiry powinny być dobrym wyborem jako pierwsza linia walki z obrażeniami, tylko co dalej? Czy wystarczą na to, żeby przeczekać to najgorsze? Kiedy powinna zwiększyć dawkę, czy w ogóle powinna? Miała naprawdę wiele pytań, a na żadne z nich nie znała odpowiedzi. Dlaczego była taką pierdołą jeśli chodzi o te wszystkie dziedziny związane z leczeniem. Była kształcona po to, aby odbierać życia, a nie pomagać o nie walczyć. To nie była jej rola.

To nie tak, że był ciężarem, to mogło się przecież przytrafić i jemu i jej, nie da się ukryć, że prowadzili dosyć ryzykowny styl życia, powinni pogodzić się z myślą, że prędzej, czy później znajdą się w podobnej sytuacji. Raczej ona czuła się chujowo, bo nie do końca potrafiła mu pomóc. Wydawało jej się, że daje dupy na całej linii.

- Wiem, że potrzebujesz, ale nie możesz. - Jeszcze nie teraz. To nie był odpowiedni moment, aby pozwolił sobie odpłynąć, będzie miał na to szansę, jeszcze nie teraz, ale na pewno ją dostanie. Musiała tylko udzielić mu tej pierwszej pomocy, o której miała bardzo znikome pojęcie.

Zniknęła na krótką chwilę, musiała go zostawić, żeby przynieść te eliksiry, które miały pomóc doprowadzić go do porządku. Nie sądziła, że to wystarczy, wyglądał bowiem paskudnie, naprawdę paskudnie, ale od czegoś trzeba było zacząć.

- Nie jest dobrze. - Zaprzeczyła temu, co mówił, bo nawet jeśli posiadała znikomą wiedzę o tym, jak leczyć ludzi, to widziała, że jest z nim źle. Nie mógł utrzymać się na nogach, jakimś cudem dotarł do domu, wolała nie wnikać w to jak to się stało, bo aktualnie nie była sobie w stanie tego wyobrazić. Teraz jednak ledwie oddychał, nie było z nim kurwa dobrze. Była tego pewna, nie zamierzała udawać, że jest inaczej. Musieli mieć świadomość tego, że sytuacja była naprawdę chujowa.

Wlewała w niego te eliksiry, na całe szczęście je pił. Może zajęło to więcej czasu niż powinno, ale pozwolił jej je w siebie wlać. To mógł być początek drogi ku temu, żeby faktycznie udało się go postawić na nogi.

Miała świadomość, że te eliksiry są obrzydliwe w smaku, sama musiała pić je wiele razy, więc dokładnie wiedziała z czym musi się teraz zmagać, ale miały pomóc, tylko i wyłącznie to się teraz liczyło.

- Mhm. - Nie skomentowała jego sugestii w żaden sposób, nie czuła, że była potrzebna. Jasne, próbował rozluźnić atmosferę, ale nie było chyba w tej chwili czegoś, co byłoby w stanie spowodować, że się rozluźni. Była spięta, nie miała pojęcia, co robi, musiała się skupić na tym, co działo się wokół. Musiała być pewna, że to co robi przyniesie odpowiednie skutki. Wierzyła jego osądowi, w końcu zajmował się tym codziennie, wiedziała jak leczyć ludzi, na pewno sobie samemu też potrafił pomóc. Musiała mu tylko to wszystko dawkować w odpowiedni sposób, tak, żeby przypadkiem jeszcze nie zaszkodzić. Tego bała się najbardziej, że przypadkiem spowoduje, że będzie jeszcze gorzej, o ile w ogóle było to możliwe.

Przytrzymała go, kiedy zaczął kaszlać. Nie miała pojęcia, czy to powinno się dziać, czy nie, czy zrobiła coś nie tak? Zresztą wydawało jej się, że wszystko co robi jest nieprzemyślane i nie przynosi żadnego efektu. Była wkurwiona na siebie, że jest taka bezużyteczna w tej sytuacji, że nie wie, jak powinna się zachować.

Nie zamierzała jednak siedzieć z nim pod tym prysznicem, to nie było odpowiednie miejsce na rekonwalescencję. Musieli stąd wyjść i przenieść się do sypialni, do łóżka. Droga wcale nie była taka długa, tyle, że nie miała pojęcia, czy da radę zmusić go do ruchu. Nie mogli się teleportować, bo bała się, że mogłaby go uszkodzić jeszcze bardziej. To zdecydowanie nie był dobry pomysł.

- Roise... - Zaczęła mówić całkiem spokojnym tonem jak na sytuację w jakiej się znajdowali, jak na to, co działo się w jej głowie. Gładziła do przy tym nadal delikatnie opuszkami palców po policzku. - Musimy stąd wyjść, pomogę ci, oprzesz się na mnie. - Tak, taki był jej plan, nie do końca przemyślany - jak zawsze, ale wydawał się być jej słuszny.

- To pewnie zaboli, ale później będzie lepiej, będziesz mógł odpocząć. - Nie był to odpowiedni moment na to, aby zmywać z niego te resztkę śladów krwi i wszystkiego innego, co znajdowało się na jego ciele.

- Zrobimy to razem, dobrze? - Mimo wszystko pytała go o zgodę, bo to on był ekspertem, on się znał na tym wszystkim, ona była nikim. Mogła tylko podejrzewać, co mogłoby się sprawdzić, a co nie będzie miało racji bytu. Nie wydawało jej się, aby łazienkowa podłoga była odpowiednim miejscem do dochodzenia do siebie. Musieli go stąd przenieść. Gdy położy go w łóżku będzie miała więcej możliwości. Będzie mogła się pozbyć tych wszystkich brudnych i przemoczonych ubrań, które na pewno nie pomagały, przykryje go ciepłą kołdrą i będzie go doglądała całą noc. Zajmie się nim i zaopiekuje, tak jak potrafi, nie zamierzała jednak dopuszczać do tego, żeby utknęli w tej łazience.

Nie wracała już w ogóle do tej sytuacji, która wydarzyła się wcześniej, nie myślała o tym, że jeszcze niedawno była na niego śmiertelnie obrażona, to już nie było istotne. Liczyło się tylko to, aby odpowiednio się nim zaopiekować i przynieść mu ukojenie, bo właśnie tego potrzebował. Wrócił do domu, wrócił do niej, to było najistotniejsze, musiała mu udowodnić, że faktycznie dobrze zrobił, że jest w stanie mu pomóc.

Dokładnie tak samo, jak on się opiekował nią, kiedy tego potrzebowała. Mieli tylko siebie i musieli mieć pewność, że są w stanie zapewnić sobie wszystko to, czego potrzebują. To był jej obowiązek, jej odpowiedzialność, zgodziła się na to w momencie, w którym postanowiła, że chce tego, aby byli razem. Weszła w jego życie i wzięła to wszystko co miał jej do zaoferowania, wiedziała, że nie są to tylko i wyłącznie te dobre rzeczy, bo ich światy nie były tylko i wyłącznie kolorowe, zgodziła się na to, że może nadejść taki dzień jak ten, kiedy jego życie zacznie wymykać im się z dłoni. Wiedziała, że jest ryzyko i najwyraźniej pierwszy raz musiała się teraz z tym mierzyć. Musiała sobie jakoś z tym poradzić, bo na pewno nie wybaczyłaby sobie gdyby coś poszło nie tak.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#7
12.11.2024, 01:38  ✶  
Zimno i ukrop, choć może właściwsze byłoby nazwanie ich lodem i ogniem, bo właśnie takie wydawały się w jego umyśle. Dwa skrajne przeciwieństwa - jedno ogarniało ciało Ambroisa, wywoływało lodowate drgawki i niekontrolowane szczękanie zębami. Drugie paliło skórę do żywego, ale sprawiało, że nie drżał. Tu nie było dobrego rozwiązania. Usiłował je odnaleźć, ale nie był w stanie.
Czuł jak świadomość ulatuje i wraca do jego umysłu. Ból pulsował, rwał, szarpał wdzierając się w każdy zakamarek jego ciała niczym nieproszony gość, który chciał zostać stałym lokatorem. Zimne dreszcze przypominające wbijające się lodowe igiełki zamieniały się w gorące fale, które sprawiały, że mężczyzna czuł się, jakby był zamknięty w piecu.
Ściany prysznica przestawały być zapraszające i bezpieczne. Zaciskały się nad nim. Drżały opadając w dół, zmniejszając przestrzeń nad jego głową i po bokach. Miał wrażenie, że jeszcze chwila i zamkną się nad nim a on udusi się wodą, bólem zaciśniętego gardła i własnymi myślami. Jak w ciemnej trumnie.
Nie chciał, żeby to się tak skończyło. To było pokłosie decyzji podjętej pod wpływem nerwów, na które nigdy nie powinien był sobie pozwolić. Szczególnie, że przez te wszystkie lata naprawdę starał się robić wszystko, żeby nie być kimś, kto ją skrzywdzi. Złagodniał, nabrał dystansu wobec wielu spraw, które wcześniej doprowadziłyby go do białej gorączki.
Wydawało mu się, że jest dobrze. Nie unikali wszystkich konfliktów. Kłócili się. Trudno byłoby tego całkowicie uniknąć, ale nie sądził, aby robili to częściej niż inne pary. Wręcz przeciwnie - wydawało mu się, że istota tego co mają pozwala im uniknąć części niepotrzebnych konfliktów, zrozumieć się na wyższych poziomach, być wobec siebie nawzajem bardziej wyrozumiałymi.
Tymczasem wypierdolił z domu pod wpływem chwili i również pod wpływem tych samych intensywnych emocji postanowił przenieść je na coś, co nigdy nie mogło być dobrą decyzją. Cała reszta była zamglona, chaotyczna, pozbawiona sensu. Była zlepkiem pozbawionym ładu i składu. Zresztą zbyt trudnym do analizowania.
Jednakże to myśl o tym, że spierdolił była znacznie trudniejsza. Instynktownie starał się za bardzo o tym nie myśleć, ale dotyk na policzku przypominał mu o tym, co się stało. Mimo to lgnął do niej, poszukując w niej światła i czegoś, co pozwoliłoby mu zebrać w sobie resztkę sił.
Tracił i odzyskiwał świadomość. Raz był w stanie odnaleźć się w chwili. Tylko po to, aby w kolejnej nie być pewnym niczego. W niektórych momentach był w stanie zebrać myśli. Wtedy przychodziło mu na myśl, że jeszcze chwila i nie zdoła wydostać się z tego miejsca - że ta łazienka stanie się jego grobem.
To były te mroczne momenty. Jednak w chwilach względnej jasności czuł, że nie może tego dopuścić, skupiając się na dotyku i próbując znaleźć słowa, które nigdy nie przychodziły mu łatwo, ale teraz zupełnie wyparowały. Niemalże widział ich ślad w parze w powietrzu.
- Kocham - cię, to zabrzmiało grobowo - bardziej jak ostatnie wyznanie aniżeli znak na to, że rozumie zapewnienie o byciu przy nim w tym momencie.
Z jednej strony nie chciał, żeby go opuszczała. Opierał się na niej, chłonąc ten dotyk nawet pomimo bólu, który sam wywoływał zbyt dużym naciskiem na obitą stronę ciała.
Nie chciał być sam. Ciemność go ogarniała, przytłaczała, pochłaniała. Szczególnie w takim momencie pragnął wrócić do domu. Był w domu, ale pragnął tego jeszcze bardziej - w innym znaczeniu tego słowa.
Nie do domu, który opuścił w nerwach tylko do tego sprzed kłótni, która zapoczątkowała serię dramatów. Żałował. Naprawdę żałował, że dał się ponieść emocjom i wyszedł, i że nie wrócił jak powinien - po kilku minutach, zagarniając Geraldine w ramiona, zamykając jej usta pocałunkiem, napierając ciałem na jej ciało i kończąc awanturę wspólnymi uniesieniami w łóżku.
Zamiast tego nie był w domu, choć był w domu. Wywołał jeszcze więcej gówna. A teraz to wszystko kończyło się w strugach prysznica i nawet nie próbował tego zatrzymać, bo nie miał w sobie na tyle siły, żeby wstać. Nagle jak kolejny obuch w głowę dotarło do niego coś, co jeszcze bardziej zwaliłoby go z nóg, gdyby już nie siedział.
Przerażenie związane z myślą o tym, że może nigdy więcej nie uśmiechnąć się na widok twarzy ukochanej, nigdy więcej nie usłyszeć jej głosu brzmiącego inaczej niż teraz. Ten obecny ton był niewłaściwy. Bolał.
Rozchylił wargi, żeby coś powiedzieć...
...w kolejnej chwili odpłynął?
Woda lecąca z odkręconego prysznica nad jego głową nie miała już za bardzo po czym spływać, więc zaczęła rozbryzgiwać się po ścianach prysznica, co paradoksalnie pomagało Ambroisowi pozostać na pograniczu świadomości. Gdy gorące krople bez ostrzeżenia uderzały w jego twarz, pryskając mu w usta i oczy, spływając po szyi i wdzierając się pod ubranie, otrząsało go to na ułamek sekundy.
Niby niedługo, ale to wystarczyło, żeby nie zasnął a wyłącznie półświadomy zawisł w letargu. To było najlepsze, na co było go teraz stać. Nie zasnąć. Z jakiegoś powodu starał się nie zasnąć, bo to było istotne, ale to nie oznaczało, że zwracał uwagę na to, co dzieje się dookoła niego.
Bardzo złe posunięcie z perspektywy człowieka, dla którego kontrola nad otoczeniem mogła wyrokować o jego być albo nie być. Szczególnie w ciemnościach, które jednocześnie zapewniały osłonę, ale mogły skrywać niebezpieczeństwo. Mrok był obusiecznym mieczem. Greengrass wiedział, że nie powinien odpływać również z tego powodu, ale jednocześnie wydawało mu się, że może trochę spuścić gardę.
Czerwona strużka znikała w odpływie tworząc tam bardzo osobliwe wzory. Wirujący szlak krwi i wody. Kolejny raz uświadomił sobie, że był pod prysznicem. Mógł dotknąć zimnych, powoli nagrzewających się kafelków a nie chodniku na ulicy w deszczu. To była miła, śliska powierzchnia. Nie twarda, chropowata, ale jednocześnie wyślizgana od góry kostka brukowa.
Dotarło do niego, że jest w domu. Kolejny raz tego wieczoru, tej nocy. Na moment odczuł falę ulgi, ale zaraz coś znowu odwróciło jego uwagę. Urwana myśl przebiegła przez głowę i zniknęła.
Zamrugał, instynktownie poruszył głową, co było bardzo złym pomysłem, bo znowu jęknął z bólu. Spróbował przenieść wzrok na jaśniejący punkt na korytarzu, który gdzieś pomiędzy kolejnymi mrugnięciami znalazł się wraz z Geraldine obok niego. Była jego ostoją, ale w tym chaosie miał trudność z rozpoznaniem jej rysów twarzy i utrzymaniem kontaktu wzrokowego. Wiedział, że to ona, podświadomie wyciągnął rękę, żeby jej dotknąć i upewnić się, że była prawdziwa. Mimo że przecież go o tym zapewniła i czuł jej dotyk.
Była tuż obok, ale czuł jak ciemność otacza go ze wszystkich stron a odległość do niej zdawała się być nieprzebyta. Zupełnie tak, jakby każde z nich znajdowało się teraz w innym świecie. Mógł na nią patrzeć, próbować odpowiadać na jej słowa, ale oddzielała go od niej gęsta mgła półświadomości. Mimo to w chwilach, gdy wracał do przytomności jego otępiony umysł szarpał się, aby odnaleźć jej obecność.
Dotyk dłoni na twarzy wydawał mu się jednocześnie realny i nierzeczywisty, zakwestionowałby to w którejś chwili, gdyby nie okropny posmak krwi zmieszanej z eliksirami na języku, później w gardle, następnie chyba w każdym kawałku ciała. Zupełnie tak, jakby nagle mógł smakować ten cały syf każdą komórką ciała. A jednak wiedział, że musi to przełknąć. Nie ma innego wyjścia.
- Ja - chciał przeprosić, ton jego głosu sugerował to, co nie padło z ust Ambroisa, bo zamknął je gwałtownie, usiłując zawalczyć z falą mdłości.
I już kiedy wydawało mu się, że chęć wymiotów przeszła, nadszedł kaszel. Poczuł kobiece dłonie przytrzymujące go, choć trochę nie tam, gdzie powinny - tam, gdzie cholernie bolało. Chociaż właściwie to nie było miejsca, gdzie nie bolało. Fala kaszlu ustąpiła. Zamiast tego zaczął charczeć, oddech ledwo przechodził mu przez usta pod postacią nieprzyjemnego dla uszu chrapliwego świstu.
Znowu otworzył usta, żeby spróbować coś powiedzieć, ponownie spróbował obrócić głowę ku swojej dziewczynie, ale ból ponownie go pokonał. Chyba odpłynął?
W rzeczywistości ocknął się na kolejne słowa, które do niego dotarły. Znów był pod prysznicem. A Geraldine przy nim w dalszym ciągu go podtrzymując i mówiąc coś łagodnym głosem o konieczności, muszeniu. Skupił się na tym ostatnim, mrużąc oczy i poruszając nosem w wyrazie zdegustowania, bólu, otumanienia. Wszystkiego na raz.
- Nic... ...nie... ...muszę... ...ja pierdolę... - ni to wydyszał, ni to wysyczał, a może wymamrotał?
Trudno było mu stwierdzić, jednakże najistotniejsze, że przekrzywił głowę mimo bólu, rzucając Geraldine trochę bardziej świadome spojrzenie. Jej słowa dochodziły do niego jak z pewnej dalekiej odległości - zniekształcone, jakby przez wodę. To było logiczne? Byli pod prysznicem. Byli w wodzie, woda spływała po nich obojgu, odpływ nadal pochłaniał mieszankę kropel wody i krwi.
To, co mówiła było zrozumiałe, ale ulotne. Nie mógł się na tym skupić przez zbyt długo. Bardzo powoli kiwnął głową, zaciskając zęby, gromadząc wszystkie siły, które mógł jeszcze zebrać. Wiedział, że nie może się poddać kolejnemu wrażeniu nadciągającej fali nieświadomości, że musi spróbować zrobić to, czego Geraldine od niego oczekiwała.
Do sypialni, mieli dotrzeć do sypialni.
Nie do końca wiedział jak udało mu się podźwignąć na kolana, ale ręką z całej siły złapał się za drzwi prysznicowe, luzując je i przekrzywiając, jednak stając. Udało mu się wstać. Udało się mu w końcu ruszyć. No, może nie do końca, bo nadal nie wykonał żadnego kroku.
Pierwszy, który Ambroise zrobił był bardziej zatoczeniem się między Geraldine a umywalką. Powoli z wysiłkiem przesunął się do przodu. Z całych sił utrzymywał równowagę, ignorując pulsujący ból czaszki i wszystkie inne mniejsze bóle zlewające się w jedno. Eliksiry zaczynały działać, nawet jeśli nie były dostateczne, bo nie podał jej żadnych dawek... ...chyba jej ich nie podał? A ona chyba nie podała mu tych właściwych ilości? Nie pamiętał.
Nie kontrolował własnych ciężkich, niezdarnych nóg, nawet mimo pomocy, wsparcia i zdecydowanego dotyku.
Miał wrażenie, że ledwo przetrwał drogę a widok łóżka ostatecznie pozbawił go nadwyrężonych sił. Zanim Ambroise zdążył usiąść na materacu, stracił równowagę. Mocno, gwałtownie i niekwestionowanie. Jak kłoda, wór ziemi, padające drzewo. On też padł - padł twarzą na kołdrę. Jęknął z bólu, pościel pod jego dotykiem stała się czerwona, ale na tę chwilę zdawało mu się, że nie ma to żadnego znaczenia.
- Kocham cię - wymamrotał z twarzą w kołdrze.
Kij wie czy do swojej ukochanej, czy do chłodnego łóżka.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#8
12.11.2024, 10:08  ✶  

Nie miała pojęcia, co się dzieje. Nie wiedziała, czy na zewnątrz wyglądał tak źle, czy w środku było równie chujowo. Skąd mogła to wiedzieć? Nie opowiedział jej nic o tym, co mu się przytrafiło. Nie wiedziała, czy nie oberwał przy okazji jakimś zaklęciem, którego efektami powinna się zajmować. Dlatego też skupiła się przede wszystkim na tym, co na zewnątrz wydawało się być zniszczone. Nie podobała się jej ta rana na głowie, ale póki co nic z nią nie robiła. Później pewnie spróbuje ją oczyścić, czy zrobić coś innego, co powinno być zrobione. Tak właściwie to później pewnie skonsultuje się ze swoją drugą ulubioną medyczką, chociaż póki co w ogóle nie brała tego pod uwagę, bo bała się, że jej odleci i już nie będzie co zbierać. Nie wyglądał dobrze, wręcz przeciwnie wyglądał naprawdę chujowo i nic nie mogła z tym zrobić, znaczy robiła co mogła, nie mogła zrobić nic więcej. Siedziała więc nadal z nim pod tym prysznicem, z wodą, która miała zmyć z niego to wszystko, chociaż to nie do końca działało. Starała się jednak zaznaczyć swoją obecność, bo przecież miała być jego oparciem, teraz zdawała sobie sprawę z tego, że to wcale nie było takie proste. Nie w sytuacji jak ta. Tutaj była zupełnie zbędna, jedyne, co mogła zrobić to podać mu eilksiry, które zresztą pewnie sam uwarzył. Poza tym była niepotrzebna, do niczego się nie nadawała.

Jej pomoc mogła mu się przydać wcześniej, tam mogłaby się na coś przydać. Potrafiła walczyć, mogłaby zapobiec obrażeniom, do tego się przede wszystkim nadawała, a nie do tego, aby teraz je leczyć. To nie była dziedzina w której się odnajdywała. Chciałaby mu jakoś ulżyć, wziąć ten ból na siebie, ale nie umiała tego robić.

Była zła na siebie i na niego, że doprowadzili do tej sytuacji, że dali się ponieść na tyle, że wyszedł stąd bez słowa i szukał miejsca, w którym mógłby sobie ulżyć. Cóż, to była po części jej wina, w końcu z nią się spierał, to ona nie potrafiła odpuścić i doprowadzała go do skraju. Byli siebie warci. Tyle, że jej się nic nie stało, nauczona doświadczeniem postanowiła przeczekać, dać sobie odetchnąć, wiedziała, że działanie pod wpływem chwili może nie przynieść niczego dobrego, tym razem więc padło na niego. Powinna się spodziewać, że prędzej, czy później się to tak skończy. Na pewno mieli do pogadnia, musieli wyjaśnić tę sytuację, tyle, że nie był to odpowiedni moment, nie tym się powinna teraz zajmować, zresztą on ledwie co był w stanie wyrzucić z siebie jakiekolwiek słowa. Musiał naprawdę porządnie oberwać, poniekąd wydawało jej się, że była to jej wina, pewnie był rozproszony, nie skupiał całej uwagi na tym, co działo się wokół niego. Gdyby nie doprowadziła go do skraju zapewne by się to nie wydarzyło. Może jej obecność wcale mu nie służyła? Może zamiast dawać mu siłę, to go osłabiała? Cóż, to było prawdopodobne, dosyć gorzkie, ale całkiem realne.

Wypuściła głośno powietrze, kiedy pokusił się na to jakże pompatyczne wyznanie. Szkoda tylko, że brzmiało, jakby się z nią żegnał, nie odpowiedziała mu, skupiła się na tym, aby nadal gładzić jego twarz. Musieli stąd wyjść, tego była pewna. Nie mogli dłużej siedzieć pod tym prysznicem, który nie wydawał się jej szczególnie sprzyjać procesowi rekonwalescencji. Nie miała pojęcia, jak i czy w ogóle uda im się jakoś stąd wyjść. Jasne, była silna, na pewno dużo silniejsza od większości kobiet, a nawet mężczyzn, ale Roise był postawniejszy od niej i podobnego wzrostu. To mogło przystworzyć nieco problemów z przemieszczaniem się.

Miał problem z mówieniem, cóż nie dziwiła mu się, szczególnie, że miała wrażenie, że przelewa się jej przez palce, walczył z tym, żeby nie zasypiać, zamykał oczy, a po chwili je otwierał. Odpływał, a zaraz wracał do niej. Miała wrażenie, że prowadził bardzo intensywne wewnętrzne starcie, w którym nie mogła mu w żaden sposób pomóc, to ją wkurwiało. Nie była przyzwyczajona do tego, żeby biernie patrzeć na czyjeś cierpienie, w tym wypadku jednak nie miała innej opcji, bo nie potrafiła mu pomóc w żaden inny sposób. Musiała się uzbroić w cierpliwość, co w przypadku Yaxleyówny wcale nie było prostym zadaniem. Nie umiała czekać, nie potrafiła działać w ten sposób.

- Musisz, czy ci się to podoba, czy nie. - Nie zamierzała z nim nawet dyskutować na temat tego, co o tym sądził. Miała w dupie ten jego nicniemusizm, zresztą nie tylko jego, bo ona zazwyczaj reagowała podobnie na takie polecenia. W tym wypadku jednak nie brała pod uwagę możliwości, że tego nie zrobią. Musieli stąd spierdalać i tyle.

Nie miał nawet szans zbytnio oponować, bo jeśli tylko zaszłaby taka potrzeba to najpewniej zaciągnęłaby go do tej sypialni siłą. Na szczęście poszedł po rozum do głowy i spróbował się podnieść. Nie miała pojęcia, skąd znalazł w sobie tyle siły, ale ułatwiał jej to zadanie. Stała tuż obok niego, udało jej się w między czasie zakręcić wodę, bo nie było sensu, aby dalej tutaj płynęła. Później złapała go pod ramię i stanowiła jego oparcie. Musiała go asekurować, inaczej pewnie nie udałoby mu się dotrzeć do miejsca docelowego, którym aktualnie była sypialnia, która znajdowała się całkiem niedaleko.

Krok za krokiem, powoli, ostrożnie, by nie dołożyć kolejnych obrażeń. Zresztą kto właściwie wiedział, co kryło się pod ubraniem, jak bardzo był poobijany. Szli, właściwie to dużo powiedziane, jakoś przemieszczali się przed siebie.

Nie miała pojęcia ile czasu minęło, miała wrażenie, że zbyt wiele, w końcu jednak udało im się dotrzeć do sypialni. Odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła łóżko. Teraz tylko wypadałoby go jakimć cudem w nim położyć. Okazało się to wcale nie być szczególnie problematyczne, bo opadł na nie niczym kłoda. Miała szczęście, że udało mu się znaleźć w sobie resztę sił, bo inaczej pewnie spędziliby te noc pod prysznicem. Nie sądziła, że to by się przysłużyło jego powrotowi do zdrowia.

Emocje zaczęły z niej schodzić w momencie, w którym znalazł się w łóżku. Nie wiedzieć czemu, wydawało jej się, że jest już bezpieczny, jakby sama sypialnia gwarantowała jakiekolwiek bezpieczeństwo. Zbliżyła się do niego i powoli, zaczęła ogarniać wszystko inne. Delikatnie zdjęła mu buty, które rzuciła gdzieś za siebie. Musiała pozbyć się z niego mokrych ubrań, bo nie sądziła, aby to mu służyło, wręcz przeciwnie, ciało pewnie mogło zacząć się wychładzać. Nie miała różdzki, musiała ją zostawić w łazience. Wróciła się więc po nią. Obawiała się, że gdyby zaczęła pozbywać się reszty ubrań powoli przy pomocy rąk, to mogłoby przynieść ból, zaschnięta krew potrafiła sprawiać wiele nieprzyjemnych doznań. Zdecydowała się więc na prosty zabieg, machnęła po prostu różdżka i przy pomocy translokacji go rozebrała, powoli, warstwa po warstwie.

Bała się go ruszyć, kiedy już opadł na tej pościeli. Poszła więc do mniejszej sypialni, która znajdowała się tuż za drzwiami po kolejną kołdrę którą go przykryła.

Nie miała pojęcia, czy dawkowała mu te eliksiry odpowiednio. Postapiła odruchowo po prostu kazała mu wypić całe fiolki, chyba nie powinny zaszkodzić, ale czy na pewno? Chuj jeden wiedział.

Poszła do kuchni, żeby przynieść ich więcej, gdyby w ogóle były jeszcze potrzebne, zabrała ze sobą też dzbanek z wodą, i maść, którą wydawało jej się, że kiedy smarował jej rany.

Przysiadła na brzegu łóżka i obserwowała go, wydawało jej się, że leżenie na twarzy nie jest szczególnie wygodne, ani sprzyjające, postanowiła więc odwrócić go na plecy, gdyby miał wymiotować, czy cokolwiek innego. Słabo by było, jakby dopuściła do tego, żeby się udławił. Po obrażeniu głowy stwierdziła, że może mieć zawroty głowy, a to niosło ze sobą różne konsekwencje.

Postawiła fiolki eliksirów, dzbanek z wodą, szklankę na szafce tuż obok niego. Nie miała pojęcia, kiedy i czy w ogóle powinna mu podawać coś jeszcze.

Ponownie zajeła miejsce na drugiej stronie łóżka, była zmęczona, nie miała pojęcia, czy to co robiła miało jakikolwiek sens, i czy w ogóle była mu w stanie pomóc. Nie widziała innego wyjścia, jak po prostu nie spuszczać z niego wzroku i reagować jak przyjdzie taka potrzeba. Starała się utrzymać emocje na wodzy, chociaż kłębiło się ich w niej teraz bardzo wiele, strach, złość, obawa, wszystkie negatywne, chociaż może gdzies głęboko tliła się nadzieja, że wszystko będzie dobrze, chociaż nie lśniła dzisiaj jakoś wyjątkowo jasno.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#9
12.11.2024, 13:09  ✶  
Wszystko, co powinno być klarowne teraz pogrążyło się w mroku wirującej ciemności. Ambroise miał wrażenie, że spada. Raz po raz gwałtownie drgając i jęcząc z bólu, gdy jego ciało krzyczało w proteście przeciwko każdemu ruchowi - oczekiwanemu i planowanemu, nieprzewidzianemu i instynktownemu: to nie było istotne. Wszystko i tak ogarniała czerwień bólu.
Ciemne, jeszcze ciemiejsze od otoczenia plamy raz po raz falowały mu przed oczami. Tak właściwie to cały świat wirował. Wszystko dookoła było rozmyte i zamazane. Kłęby pary wypełniały pomieszczenie w pomieszczeniu. Było ciasno. W jednej chwili kojarzyło mu się to z bezpieczeństwem. W kolejnej z duchotą, ciasnotą i trumną.
Nie chciał tak tego kończyć. Nie chciał umierać z powodu czegoś, co nigdy nie powinno się wydarzyć. Szczególnie nie w ten sposób, bo choć nie był sam, czuł kojący dotyk na policzku, to właśnie - nie był sam. Od wielu lat nie chodziło wyłącznie o niego. Starał się pilnować, być rozsądniejszym i bardziej przezornym, bo miał kogoś, do kogo należy wracać.
Układali sobie życie a teraz nagle on znalazł się na pograniczu śmierci, bardzo wyraźnie zauważając cienką warstwę Zasłony między światami. Miał wrażenie, że między kroplami spadającego deszczu słyszy szepty i przytłumione, wibrujące głosy. A gdy został sam w łazience...
...to czy tak naprawdę został sam? Miał wrażenie, że towarzyszą mu cienie ciemniejsze od zwykłej ciemności. Rozmyte figury. Postaci z najczystszego mroku. Nie, może nie mroku. Z braku światła - to określenie pasowało znacznie lepiej, bo nie czuł od nich lodowatego powiewu grozy. Jedynie tchnienie widmowego zimna wnikające pod jego skórę i naznaczające ciało dreszczem.
Próbował odnaleźć w sobie siłę płynącą z wrażenia, że udało mu się wrócić do domu, spełnił chociaż część danej obietnicy, ale jednocześnie miał wrażenie, że wcale nie był tu przy Geraldine. Fizycznie tak - wyczuwał jej dotyk, gdy do niego wróciła. Opierał się o nią w próbie kurczowego przytrzymania się ciepła i światła, które od niej biło.
Wewnątrz mózgu był mile stąd. W zupełnie innym świecie. Walczył w nim ze swoją słabością i z demonami, które kurczowo się go trzymały. Próbowały ściągnąć go w dół ku skutej lodem ziemi. Niemalże mógł poczuć smród ziemistej wilgoci w nozdrzach. Próbował im się wyrwać, próbował wrócić w miękkość, jasność, zachłysnąć się znajomym zapachem, zostać przy nim. Zostać przy ukochanej.
Nawet nie zdążył przeprosić. Nie mógł cofnąć pochopnie wypowiedzianych słów, ale powinien powiedzieć, że ich żałuje. Nigdy nie powinien dać się ponieść tamtym emocjom. Nie powinien wychodzić z domu bez dania jej do zrozumienia, że może się rozzłościł, nie - może się wkurwił, ale kurewsko ją kochał. Była dla niego wszystkim. Nie chciał tego zniszczyć.
Nie myślał, że może to wszystko tak łatwo popsuć. Tak właściwie to chyba wcale nie myślał. Nie pomyślał o konsekwencjach a teraz oboje je ponosili. Próbował odnaleźć w sobie siłę, żeby przeprosić, ale z jego ust wydostało się tylko to jedno wątłe słowo brzmiące jak pożegnanie. Nawet w jego własnym umyśle.
A on wcale nie chciał się żegnać. Mieli przed sobą długą przyszłość. Wspólne życie. Lata obok siebie. Dziesiątki małych sporów, setki chwil, w których mogli je zażegnać, lgnąc do siebie i pogrążając się w sobie nawzajem. Nie powinien dać się ponieść tamtym reakcjom. Nie mógł ich cofnąć, ale nie powinien.
O cokolwiek poszło, a teraz żałośnie nawet nie pamiętał o co, to nie mogło być tak ważne. Nie ważniejsze od tego, że powinni trwać obok siebie, nie stawać przeciwko sobie. Razem byli silniejsi, bez siebie? Nie chciał tego sprawdzać. Nie chciał, żeby ona także była do tego zmuszona.
Samotna splątana myśl przeleciała przez głowę Greengrassa odnajdując się w chaosie splątanych wątków. Mimowolnie rozszerzył powieki reagując na nią głębszym oddechem i złapaniem Riny za nadgarstek dłoni gładzącej jego policzek. To był jak obuch w głowę. Jeśli tamte słowo, które wypowiedział, chrapliwe kocham brzmiało jak pożegnanie to czym były te kolejne słowa?
Zebrał w sobie wszystko, żeby wydostały się z jego ust. Mimo zanoszenia się kaszlem i tego całego otępienia. Pomimo odpływania w mrok.
- Obiecałaś - nie musiał mówić, co ma na myśli, włożył w to całą tę desperację wynikającą z nagłego porywu świadomości, jak może skończyć się ta noc. - Obiecaj... ...proszę - zacharczał, wrażenie duszności sprawiało, że momentami świat wokół niego zacierał się jeszcze bardziej, ale spróbował przytrzymać się przytomności i nie odpłynąć, bo musiał to usłyszeć.
W tej chwili nie myślał o tym, co będzie, gdy uda mu się stanąć na nogi. O wzięciu odwetu. O tym, co się stało. Miał wrażenie, że im bardziej próbuje się skupić, tym trudniej mu jest odzyskać przytomność. Utrzymywał się na granicy życia i śmierci, walczył z każdym kolejnym oddechem, tracąc go, gdy przekraczał linię rzeczywistości a potem ponownie odzyskując wraz z falami wszechogarniającego bólu. Wtedy wiedział, że jest przytomny.
Gdy bolało - był tutaj, gdy jego ciało było przyjemnie otępione - znajdował się tam. W miejscu, które go przyciągało, ale nie powinien w nim być. Przypominał sobie obrazy, których nie był pewny. Pojawiające się i znikające w mrocznych zakamarkach pamięci. Były rzeczywiste a jednocześnie nierealne.
- Nie tak... ...mnie powinnaś... ...ciągnąć... ...do łóżka - niemalże błysnęły mu oczy, spróbował zabrzmieć bardziej hardo niż w rzeczywistości, może nawet błysnąć zębami w uśmiechu. - D'accord, możesz mnie... ...trochę... ...zdominować - no cóż, pewne priorytety były istotniejsze od innych, szczególnie że zaraz potem zaniósł się kolejną falą kaszlu, wymamrotał coś niedokładnego pod nosem (choć bez wątpienia znowu zadrżały mu kąciki ust) i osunął się w niebyt.
Kiedy znowu zamrugał półprzytomnie, bardzo powoli poruszył głową. Szukał wzrokiem oczu Geraldine, licząc na chociażby cień odpowiedzi na pytania, które dręczyły go w jego głowie, ale nigdy nie wydostały się z ust.
Na jej barkach spoczywała cała odpowiedzialność. To mu nie pasowało. Sprawiało, że czuł się naprawdę żałośnie. Szczególnie wtedy, kiedy udało im się stanąć na nogi (tak właściwie to jemu, ona nigdy nie miała z tym problemu) niemalże wywracając się o próg prysznica.
Zatoczył się, a gdy to się stało, instynktownie uderzył się dłonią w klatkę piersiową, chcąc przyłożyć sobie rękę do piersi wypełnionej rwącym bólem a tylko znowu zanosząc się kaszlem. Splunął nagromadzoną krwią do umywalki, pozbywając się części skrzepów z płuc i pociągając stopami po podłodze, gdy już był w stanie ruszyć dalej.
Zmuszony do działania, dotoczył się niemal do samego końca. Wystarczyło, że w dalszym ciągu skorzystałby z pomocy, bez której najpewniej nigdy nie dotarłby poza próg łazienki a może nawet nie opuściłby prysznica. Jego ciało odmówiło tej współpracy. Zwalił się na pościel, znowu pogrążając się w majakach.
Nie oponował przed niczym, co Geraldine z nim robiła. Przez większość czasu nie był w stanie uświadomić sobie, gdzie jest i co się dzieje. Był tu i tam, tam i tu.
Próbował unieść głowę, ale mięśnie wciąż były jak z ołowiu. W dalszym ciągu łupało mu w czaszce, choć trochę mniej. Myśli były łatwiejsze. Wraz z upływem sekund, minut, godzin, dni?... ...było jakby trochę łatwiej. Wciąż trudno, ale musiał się postarać, zawalczyć ze sobą i wyrwać się z tego stanu.
Obiecał, że wróci. Nie, że pojawi się tylko fizycznie, wyłącznie po to, żeby przynieść ze sobą ból i cierpienie a potem odpłynąć w niebyt jak cholerny tchórz. Jak ktoś, kto jej nie kochał a wyłącznie chciał zagarnąć dla siebie jej miłość w ostatnich chwilach na ziemskim padole. Nie planował go opuszczać, nie w taki sposób.
- To... ...co mi podałaś - wymamrotał do Geraldine nawet nie próbując otworzyć oczu, ale mając wrażenie, że wyczuwa jej obecność swoimi przytłumionymi, lecz jednocześnie jakby wyostrzonymi zmysłami. - Ile dawek? - Potrzebował to wiedzieć, żeby szybko (jasne) przekalkulować w głowie to jak powinno wyglądać pokłosie przyjęcia eliksiru.
Czuł, że te ilości nie były wystarczające. Przypomniał sobie, że mówiła, że powinien przyjąć lekarstwa, które miały ulżyć mu w cierpieniu, ale dawki wymknęły mu się z pamięci.
Podobnie jak niemal wszystkie obrazy z przeszłości. To jak znalazł się w domu i w łóżku. Czuł pościel pod palcami, poduszkę pod głową, znajomy zapach sypialni i środków do prania tkanin.
Mimo to w głowie Greengrassa panował chaotyczny bałagan. Początkowe fragmenty bólu przenikały przez zasłonę rzeczywistości - mgliście pamiętał, gdy jeszcze wszystko nie bolało i ten moment, gdy zaczęło. Zamazane cienie wspomnień zlewały się z wszechogarniającym bólem. Musiał myśleć, odezwać się pomimo zaciśniętego gardła.
W tym momencie stało się wymownie jasne, że postąpili nie tyle nierozważnie, co nieprzezornie. Byli obok siebie wiele lat a Ambroise nigdy nie pomyślał o tym, żeby pokazać ukochanej to, co powinna wiedzieć na wypadek podobnych okoliczności.
Zawsze był w stanie sam się zabandażować i wypić to, czego potrzebował, a nawet jeśli nie to przynajmniej był na tyle przytomny i świadomy, żeby móc prosić o konkretne wsparcie. Nie miał problemu z wydawaniem poleceń, nawet jeśli starał się, żeby to było instruowanie, nie niezręczne ganianie Yaxleyówny z miejsca na miejsce, od szafki do szafki, jakby była jego nietomnym stażystą. Usiłował być przystępny.
Co prawda zawsze wtedy stawał się znacznie bardziej ostry i oficjalny, poniekąd stając się uzdrowicielskim dyktatorem, bo mimowolnie wracał do znanych mu schematów nakręcanych przez poczucie własnej słabości, z której przyjęciem zawsze miał cholerny problem. Natomiast usiłował, aby to było do przełknięcia.
W przeciwieństwie do eliksirów, ale te po prostu muszą być paskudne. Nieważne, czego by się do nich dodało, mało która substancja była w stanie zmienić swój smak tak, żeby być przyjemna do picia. Nawet, kiedy pierwszy posmak był względnie neutralny to zawsze gdzieś na koniec pojawiał się cios w kubki smakowe. Szczególnie wtedy, kiedy eliksir zaczynał działać.
Ambroise teraz nie czuł tego charakterystycznego mrowienia w gardle i goryczy na języku. Czuł głównie metaliczny posmak własnej krwi i gęstość odkrztuszanej krwawej flegmy z obitych płuc.
- Dwie... ...albo trzy... ...mniej nie zadziała... ...dostatecznie - potrzebował robić przerwy po chrapliwych i zdyszanych słowach, mówiąc cicho i powoli, jednak starając się zachować władzę nad łamiącym się głosem. - Jestem... ...wprawiony... ...pamiętasz? - Bardzo nieznacznie poruszył kącikami ust, unosząc je leciutko, choć zaraz znów zacharczał, zanosząc się kaszlem i, jeśli to w ogóle było możliwe, bardziej zapadając się w poduszkę.
Bez wątpienia to było naprawdę ładne, wyjątkowo łaskawe słowo na to, że po prostu wyrobił sobie cholernie mocną odporność na wszelkie środki przeciwbólowe i inne eliksiry częstokroć wypijane przez niego w ilościach hurtowych, gdy nie mógł sobie pozwolić na zbyt długą słabość.
Miał mocną głowę do alkoholu, ale jeszcze mocniejszą do substancji, które innych ludzi najpewniej dawno by przytruły. Nie bez powodu mówiło się, że to dawka czyni truciznę. Czyż nie? U Greengrassa wszelkie normy dawkowań były znacznie przesunięte. Rozjechały się już całe lata temu, niedługo po Hogwarcie.
Rzecz jasna nie było to coś, o czym informował każdego. Zazwyczaj był w stanie sam się postawić na nogi, ale w tym wypadku musiał polegać na swojej ukochanej. Tym bardziej, że nie wyobrażał sobie, aby zabrała go teraz do Munga albo wezwała... ...cóż, tak naprawdę kogokolwiek.
To nie tak, że nie ufał jej drugiej medyczce. Jeśli dało się tak powiedzieć o ich zawodowej relacji ze szpitala: lubił Florence. Natomiast w żadnym wypadku nie chciałby, żeby kobieta angażowała się w całą sprawę, bo to, co w Mungu pozostawało w Mungu a to, co było poza szpitalem, powinno pozostać... ...właśnie tak, poza szpitalem.
Nie bez powodu zabezpieczył się na konieczność posiadania w domu praktycznie wszystkiego, co mogło być niezbędne do podźwignięcia się na nogi i myślenia o dalszych krokach. Wcześniej, gdy jeszcze był sam, wyrobił sobie pewne nawyki.
Teraz osłabł, ledwo co kontaktował. Czuł wszechogarniającą go słabość, ale pozwolił sobie na to, bo ufał Rinie. Nie próbował wyrywać się z łóżka, choć wielokrotnie wcześniej był do tego zmuszony, więc podskórnie wiedział, że jakoś dałby radę.
Nie musiał tego robić. Za to musiał spróbować wycisnąć z siebie jak najwięcej logicznych słów, ignorując wirujący sufit i wrażenie, że zaraz albo odpłynie, albo zwymiotuje od kręcącego się wszechświata. Łóżko twardo stało, ale Ambroise czuł się, jakby cały czas pod nim falowało. Musiał trzymać oczy zamknięte, bo inaczej czuł się jak na rozkołysanym statku w samym sercu sztormu.
Odchrząknął, podejmując przerwany temat. W dalszym ciągu nie wiedział czy nie mówi w eter. Wydawało mu się, że nie.
Próbował otworzyć oczy, ale światło zdawało się być zbyt palące. Obawiał się, że wypali mu oczy a sufit znowu zacznie się kręcić.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#10
12.11.2024, 14:34  ✶  

Yaxleyówna czuła, że czas się zatrzymał. Nie miała pojęcia, co się dzieje, wiedziała tylko, że musi reagować, bo inaczej może zdarzyć się coś, czego będzie żałowała, jakby już nie gryzło ją sumienie, że była współwinna tej całej sytuacji. Zaczęło się od kłótni, niby nic wielkiego, tyle, że sposób w jaki to odreagowywali nie był odpowiedni. Sama kiedyś popełniła podobny błąd, nie kosztowało ją to może tak wiele jak jego teraz, ale znała to uczucie. Chęć zatracenia się w czymkolwiek, aby nie myśleć o tym, co się wydarzyło, próba przekształcenia tej negatywnej energii w coś, co miałoby sens. Może to nigdy nie miało zadziałać, może mieli się niszczyć od środka, przynosić sobie same straty? Aktualnie wydawało jej się, że była przyczyną wszystkich jego problemów, nie do końca podobało jej się to, że w ten sposób potoczyły się wydarzenia. Póki co jednak nie miała pewności co do tego, co właściwie zaszło. Nie wiedziała, gdzie, z kim był i co robił, co się stało, że wrócił do domu w takim stanie. Nigdy jeszcze nie widziała go, aż tak poturbowanego, mimo tego, że żyli ze sobą już przecież od kilku lat. Jeszcze nigdy nie było, aż tak źle, nigdy nie musiała pomagać mu stanąć na nogi. Nie miała nic przeciwko udzieleniu mu pomocy, ale kurwa mać, to nie była dziedzina w której się odnajdywała. Bała się, że go zawiedzie, a wyglądał tak, jakby faktycznie musiał pilnie udać się do medyka. Jedyne, co mogła zrobić to próbować udzielić mu pomocy na własną rękę (no nie do końca, bo przecież pytała go o zdanie), ale nie wydawało jej się to być szczególnie dobrym pomysłem, a było tak naprawdę jedyną dostępną opcją i to ją przerażało. Nie chciała nic popsuć, zrobić mu krzywdy, przypadkiem go otruć, chuj jeden wiedział, co jeszcze mogło pójść nie tak, bo na pewno nie ona.

- To nie jest czas na składanie obietnic. - Może i kiedyś już to zrobiła, ale nie zakładała wtedy, że znajdzie go w podobnym stanie. Nie miała pojęcia, jak źle mogło być. Ktoś był za to odpowiedzialny, zamierzała go wytropić, jeszcze nie teraz, bo teraz musiała zająć się nim, ale na pewno nie porzuci tego tematu. Obiecała mu, że nie będzie szukać winnych, jeśli nie wróci do domu, tak się jednak składało, że wrócił, więc tak jakby uznawała tę obietnicę za coś zupełnie innego. Na pewno nie zostawi tego tematu, na pewno nie będzie go ignorować, za dużo gniewu się w niej pojawiło, aby po prostu to porzucić. Nie teraz, bo na wszystko przychodziła pora. Na pewno się zemści, a osoba, która mu to zrobiła pożałuje, że w ogóle o tym pomyślała. Yaxleyówna potrafiła sprawiać ból, umiała się znęcać, szczególnie gdy ktoś na to zasługiwał. W tym wypadku nawet nie widziała innej możliwości, znajdzie tego, kto mu to zrobił i pokaże, że to był bardzo zły pomysł, chyba najgorszy z możliwych.

- Mam nadzieję, że w przeciągu dni będę cię mogła do niego zaciągnąć inaczej, aktualnie to chyba jedyne na co mnie stać. - Najwyraźniej próbował nieco lekceważyć swój stan. Yaxleyówna jednak się nie uśmiechała, była wyjątkowo poważna, jak na siebie. Rzadko się zdarzało, żeby odpuszczała sobie głupie komentarze, ale teraz najzywczajniej w świecie po prostu się bała, że może nie być w stanie mu pomóc. Robiła się wtedy zazwyczaj bardziej milcząca, przestawała komentować, raczej mruczała niejasne odpowiedzi, żeby się skupić na tym, co się działo. Brakowało jej słów, zresztą nie wydawało jej się, że powinna mówić cokolwiek, bo mogłaby niepotrzebnie dać upust emocjom, które ją wypełniały. Nie chciała powtórzyć błędu, nie chciała, żeby znowu usłyszał od niej coś, czego mogłaby później żałować, chociaż właściwie teraz przynajmniej nie miałby szans stąd wyjść, uciec przed jej irytacją, bo chciał, czy nie chciał został przykuty do łóżka. Nie wydawało jej się jednak, że był to odpowiedni moment na to, aby zaczęli dyskusję, nie wydawał się ogarniać tego, co się wokół niego działo, zdecydowanie lepiej będzie przejść przez to, gdy będzie w pełni świadomy, tak, teraz mogła mu pomóc lizać rany, później zdecydowanie nie będzie w niej, aż tyle łaskawości i wielkoduszności.

Przeżywała to wszystko dosyć mocno, chociaż starała się murem odgrodzić te wszystkie emocje, które się w niej kłębiły. Robiła dobrą minę do złej gry, nie chciała bowiem mu aktualnie dokładać kolejnych problemów, to wydawało jej się być najrozsądniejszym sposobem, aby jakoś przetrwać. Nie miała szczególnie wygórowanych oczekiwań, wystarczało jej, że jakoś sobie poradzą. Nic więcej nie potrzebowała, nie na ten moment.

Kiedy w końcu znaleźli się w sypialni, a ona ogarnęła to, co miała do ogarnięcia i wdrapała się znowu na swoją stronę łóżka, złapała go za dłoń, aby miał pewność, że jest tuż obok. Gładziła ją delikatnie palcami drugiej ręki, nie miała pojęcia, czy zaśnie, czy nie zaśnie, i czego jeszcze mógł od niej oczekiwać, więc postanowiła dać mu chociaż swoją obecność. Będzie tutaj siedzieć do rana, pewnie też cały kolejny dzień, żeby nie zostawić go samego, nie mogła tego zrobić. Wrócił do domu, więc zamierzała zapewnić mu całe swoje wsparcie, chociaż nie wydawało jej się, aby aktualnie to było jakoś szczególnie pokrzepiające.

Nie było to to, czego potrzebował, ale nic innego nie była w stanie mu dać. To ją irytowało, że ta sytuacja w której ją postawił pokazywała jej bezużyteczność. Czuła, że nie może mu się do niczego przydać, nie znosiła takich momentów.

Nachyliła się nieco, żeby usłyszeć dokładnie to, co do niej mówił. Nie chciała niczego przeoczyć, bo pewnie akurat to mogło okazać się być dość istotne. Słuchała więc w ciszy słów, które padały z jego ust.

Ile dawek? Skąd właściwie mogła wiedzieć, nie skupiała się na tym szczególnie, po prostu wlała mu do gardła zawartość fiolki. Podejrzewała, że jedna buteleczka to jedna dawka, ale nie mogła mieć pewności, bo właściwie skąd mogła wiedzieć? To nie ona była ich medykiem. Ona zazwyczaj po prostu piła to, co podsuwał jej pod usta, nawet nie skupiała się szczególnie na kolorze, czy smaku eliksiru. Nigdy jej to nie interesowało jakoś specjalnie, bardziej zwracała po prostu uwagę na to, czy przynosi oczekiwane efekty.

- Butelkę, wszystko po butelce, to chyba pojedyncze dawki? - Liczyła na to, że nieco jej to rozjaśni, chociaż nie spodziewała się cudów, nie wyglądał jakby znajdował się przy niej. Jasne, ciałem może tak, w ogóle nie zakładała, że jest szansa, aby się stąd ruszył, kto wie jednak gdzie była jego dusza i umysł, nie miała szansy się tego dowiedzieć poprzez samą obserwację mężczyzny. Najwyraźniej jednak trochę otrzeźwiał, bo pytał o te dawki, to sugerowało o tym, że był w stanie choć trochę myśleć o tym, co się tutaj działo. Dobrze, bała się, że nie poradziłaby sobie z tym wszystkim bez jego wskazówek.

- Kurwa. - mruknęła bardziej do siebie, niż do niego, bo oczywiście, że nie pamiętała. Nie popisała się po raz kolejny, powinna wiedzieć, że potrzebuje tego więcej, że to co mu przyniosła to było zbyt mało. Jak widać jednak nadal nie do końca odnalazła się w całej sytuacji, wkurwiało ją niemiłosiernie to, że nie mogła polegać swojemu osądowi, że nawet w tej drugnej czynności jaką było po prostu wlanie mu mikstury do gardła musiał ją instruować. Jej ignoranacja była zauważalna. Wkurzyła się na siebie, że nawet tego nie była w stanie zrobić odpowiednio.

Zeszła znowu z łóżka, puściła jego dłoń i znalazła się po drugiej stronie mężczyzny, przyniosła tu przed chwilą kolejne fiolki, więc była przygotowana na to, że może potrzebować więcej, może nie zakładała, że niemalże od razu, ale jednak zaopatrzyła się w więcej, gdyby faktycznie musieli zwiększyć dawkę.

Nie miała pojęcia ile mikstur faktycznie potrzebował, jeśli mówił, że musiała dać mu więcej, to właśnie to zamierzała zrobić, wierzyła jego osądowi bardziej od swojego, mimo, że był teraz w nie najlepszym stanie. Sięgnęła więc po buteleczki stojące na szafce i zaczęła je otwierać. Tyle, że znowu, musiała pomóc mu się podnieść, żeby przypadkiem nie zakrztusił się tym, co zamierzała w niego wlać.

Delikatnie wsunęła mu ramię pod rękę, chociaż czuła, że tak, czy siak go to zaboli, wyglądał jakby mógłby mu sprawić ból najdrobniejszy ruch, co nie do końca jej się podobało, ale nie mieli innego wyjścia. Musieli sobie jakoś z tym poradzić, jakoś przeczekać ten najgorszy moment.

- Pij powoli, chociaż może zacznij od wody. - Tak, wydawało jej się, że dobrze mu zrobi przepłukanie gardła zimną wodą, na pewno przyniesie chociaż chwilowe ukojenie. - Tylko spokojnie. - Nie zamierzała pozwolić mu na to, żeby się zachłysnał którymkolwiek z płynów.

Sięgnęła więc najpierw po szklankę z wodą i to ją podsunęła pod usta mężczyzny. Robiła to bardzo ostrożenie, bała się, że nawet tak błaha czynność może się skończyć tragicznie.

Później po kolei, sięgała po kolejne fiolki z eliksirami, które tutaj przyniosła. Otwierała je, później podsuwała mu pod usta i wlewała do gardła ich zawartość, nie było to szczególnie przyjemne, zdawała sobie sprawę, że w większości te eliksiry smakowały naprawdę obrzydliwe, ale nie miały smakować, miały pomóc mu stanąć na nogi, to liczyło się przede wszystkim, a nie ich inne walory, zresztą sam je stworzył, więc pretensje co do tego, jak smakują mógł mieć tylko i wyłącznie do siebie.

- Wydaje mi się, że to już wszystkie, co teraz? - Postanowiła zadać kolejne pytanie, póki jeszcze był tu z nią, może nie miał otwartych oczu, ale wydawał się być odrobinę przytomny, może będzie jej w stanie powiedzieć, w jaki sposób jeszcze mogła mu pomóc i czy w ogóle mogła to zrobić, czy to było jedyne na czym powinna się skupić.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (31326), Geraldine Greengrass-Yaxley (23949)


Strony (4): 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa