12.11.2024, 22:13 ✶
Nadzieja. Ah piękna nadzieja. Czy Ona też ją miała? Czy wierzyła, że kiedyś sama stworzy dom? Ale inny od tego, który zna, a ten którego nie raz pozazdrościła? W to akurat powątpiewała.
Jej spojrzenie uciekło wraz z opinią brata na temat jej macierzyństwa. Czasami miała wrażenie, że nie była w stanie zająć się nawet sobą. Nie potrafiła poradzić sobie z własnymi demonami. Wiecznie parła do przodu, chcąc być najlepsza. Wszystko chciała zrobić sama, nigdy nie chciała pomocy - z boku mogła wyglądać jak silna i niezależna, a prawda była taka, że gdy przestawała być w zasięgu wzroku uciekała w użytki.
Za swoich byłaby w stanie oddać własne życie, ale jakie to miało znaczenie pod koniec dnia?
Gdy siedzieli w środku nocy klifem, a ona trwała w poczuciu bezsilności. Uczucia, którego szczerze nienawidziła.
Nie potrafiła zrobić nic, nie mogła zrobić nic, aby los się odwrócił, a Charlie jej nie opuszczał.
Odruchowo zacisnęła palce na jego koszuli. Czuła się okropnie, nie potrafiła odsunąć odczucia pogardy do samej siebie.
-Czas pokaże... - rzuciła z delikatnym uśmiechem, aby nie dokładać mu zmartwień - Może masz racje - skłamała gładko, a uśmiech na jej ustach nabrał cieplejszych barw.
-Ja miałabym nie mieć? - zagaiła, podsuwając mu butelkę, aby zaraz wsłuchać się w każde pojedyncze słowo jakie wypadało z ust Mulcibera. Powoli zsunęła się z jego kolan, czując jak sama sztywnieje z każdą wypowiadaną informacją. Ostatnia z nich przyprawiła ją o zimny dreszcz. Przez chwilę miała wrażenie, że się przesłyszała, ale szybko zdawała sobie sprawę z tego, że Ona tylko chciała tak myśleć.
-U-Uderzył? - mruknęła zdumiona, samej mając wrażenie, jakby jej polik zaczął nieprzyjemnie palić.
Ojciec może i był surowy, ale nigdy nie podniósł na nich ręki. Nigdy nie posunął się do rękoczynów. Nigdy. Niezależnie od przewinień.
-Przepraszam, Charlie... - wymruczała cicho, jak gdyby była to jej wina.
Nie było jej przy tym, nie było jej wtedy obok, może gdyby była. Może gdyby przyjechała wcześniej wszystko skończyłoby się inaczej. A może podzieliłaby los Charliego, stając w jego obronie. Nie wiedziała jaki by był finał ów historii, wiedziała natomiast, że nie pozwoliłaby podnieść na niego ręki. Niezależnie od przewinienia, niezależnie od powodu. Niezależnie od wszystkiego. I tego, że nie było jej tego dnia obok, nie była w stanie sobie wybaczyć.
Uniosła łapki, aby zawiesić je na szyi chłopaka, aby zaraz przytulić się do niego. Nie wiedziała, czy bardziej chce pocieszyć jego czy samą siebie. Smutek szybko zaczęła zastępować złość, taki był jej urok.
Przegryzła wargę, czując nagły przypływ złości.
-Jak on mógł.... - wycedziła, przez zaciśnięte zęby. Nie potrafiła w to uwierzyć. Przecież.... Przecież ich kochał, prawda? Przecież jeszcze do niedawna wszystko było dobrze.
Zadarła na niego spojrzenie, gdy mówił dalej. Wyprowadzka. Ojciec nie sprzeciwiał się wujowi, no akurat to drugie jej nie dziwiło. Zawsze byli drugimi w wyścigu po ojcowską miłość.
-Nie, nie nie... - pokręciła głową - Co ty mówisz... - szturchnęła go. Czując, że musi przywołać się do porządku. Miała go wspierać, nie mogła go dołować. Niezależnie od tego jak bardzo ta informacja zmroziła jej krew w żyłach. To Charlie teraz był najważniejszy.
-Poradzimy sobie, Charlie... jakoś na pewno - Skinęła głową - a jeśli się wypierdolimy na nasze piękne mordki to razem wrócimy do Oslo - zaśmiała się cicho, a zaraz na powrót wpakowała mu się na kolana - W końcu nie będziesz miał tam z kim spać, nie? Sama do Norwegii Cię nie puszczę - zachichotała, chcąc nieco rozluźnić atmosferę.
Próbowała, ale jej próby spełzły na niczym, gdy młody Mulciber ponownie otworzył usta.
Ostatnia informacja jaką wypowiedział.
-Charlie - szybko odnalazła jego wzrok. Tak chyba bolało złamane serce. Myśl, że był moment, chociażby krótki, w którym mogła go bezpowrotnie stracić i ... przeznaczenie, lub może przypadek tak naprawdę sprawił, że teraz siedzieli tu razem. Wiedziała jedno, nigdy tego nie wybaczy. Już zawsze będzie pamiętać, że był moment, moment w jej życiu w którym mogła utracić jedną z nielicznych i najważniejszych osób w jej życiu.
-Ten wróbel będzie najpiękniejszy na świecie - stwierdziła, na powrót wtulając się w brata. Chłonąć jego ciepło i dziękując Bogu, że dalej ma go przy sobie.
-Karma odpłaci za nasze krzywdy - szepnęła, przymykając ślepia - A ty... - dodała z wyrzutem - nie waż sie nigdy więcej, nawet przez chwilę, myśleć o opuszczeniu mnie - prychnęła niczym oburzone dziecko.
Jej spojrzenie uciekło wraz z opinią brata na temat jej macierzyństwa. Czasami miała wrażenie, że nie była w stanie zająć się nawet sobą. Nie potrafiła poradzić sobie z własnymi demonami. Wiecznie parła do przodu, chcąc być najlepsza. Wszystko chciała zrobić sama, nigdy nie chciała pomocy - z boku mogła wyglądać jak silna i niezależna, a prawda była taka, że gdy przestawała być w zasięgu wzroku uciekała w użytki.
Za swoich byłaby w stanie oddać własne życie, ale jakie to miało znaczenie pod koniec dnia?
Gdy siedzieli w środku nocy klifem, a ona trwała w poczuciu bezsilności. Uczucia, którego szczerze nienawidziła.
Nie potrafiła zrobić nic, nie mogła zrobić nic, aby los się odwrócił, a Charlie jej nie opuszczał.
Odruchowo zacisnęła palce na jego koszuli. Czuła się okropnie, nie potrafiła odsunąć odczucia pogardy do samej siebie.
-Czas pokaże... - rzuciła z delikatnym uśmiechem, aby nie dokładać mu zmartwień - Może masz racje - skłamała gładko, a uśmiech na jej ustach nabrał cieplejszych barw.
-Ja miałabym nie mieć? - zagaiła, podsuwając mu butelkę, aby zaraz wsłuchać się w każde pojedyncze słowo jakie wypadało z ust Mulcibera. Powoli zsunęła się z jego kolan, czując jak sama sztywnieje z każdą wypowiadaną informacją. Ostatnia z nich przyprawiła ją o zimny dreszcz. Przez chwilę miała wrażenie, że się przesłyszała, ale szybko zdawała sobie sprawę z tego, że Ona tylko chciała tak myśleć.
-U-Uderzył? - mruknęła zdumiona, samej mając wrażenie, jakby jej polik zaczął nieprzyjemnie palić.
Ojciec może i był surowy, ale nigdy nie podniósł na nich ręki. Nigdy nie posunął się do rękoczynów. Nigdy. Niezależnie od przewinień.
-Przepraszam, Charlie... - wymruczała cicho, jak gdyby była to jej wina.
Nie było jej przy tym, nie było jej wtedy obok, może gdyby była. Może gdyby przyjechała wcześniej wszystko skończyłoby się inaczej. A może podzieliłaby los Charliego, stając w jego obronie. Nie wiedziała jaki by był finał ów historii, wiedziała natomiast, że nie pozwoliłaby podnieść na niego ręki. Niezależnie od przewinienia, niezależnie od powodu. Niezależnie od wszystkiego. I tego, że nie było jej tego dnia obok, nie była w stanie sobie wybaczyć.
Uniosła łapki, aby zawiesić je na szyi chłopaka, aby zaraz przytulić się do niego. Nie wiedziała, czy bardziej chce pocieszyć jego czy samą siebie. Smutek szybko zaczęła zastępować złość, taki był jej urok.
Przegryzła wargę, czując nagły przypływ złości.
-Jak on mógł.... - wycedziła, przez zaciśnięte zęby. Nie potrafiła w to uwierzyć. Przecież.... Przecież ich kochał, prawda? Przecież jeszcze do niedawna wszystko było dobrze.
Zadarła na niego spojrzenie, gdy mówił dalej. Wyprowadzka. Ojciec nie sprzeciwiał się wujowi, no akurat to drugie jej nie dziwiło. Zawsze byli drugimi w wyścigu po ojcowską miłość.
-Nie, nie nie... - pokręciła głową - Co ty mówisz... - szturchnęła go. Czując, że musi przywołać się do porządku. Miała go wspierać, nie mogła go dołować. Niezależnie od tego jak bardzo ta informacja zmroziła jej krew w żyłach. To Charlie teraz był najważniejszy.
-Poradzimy sobie, Charlie... jakoś na pewno - Skinęła głową - a jeśli się wypierdolimy na nasze piękne mordki to razem wrócimy do Oslo - zaśmiała się cicho, a zaraz na powrót wpakowała mu się na kolana - W końcu nie będziesz miał tam z kim spać, nie? Sama do Norwegii Cię nie puszczę - zachichotała, chcąc nieco rozluźnić atmosferę.
Próbowała, ale jej próby spełzły na niczym, gdy młody Mulciber ponownie otworzył usta.
Ostatnia informacja jaką wypowiedział.
-Charlie - szybko odnalazła jego wzrok. Tak chyba bolało złamane serce. Myśl, że był moment, chociażby krótki, w którym mogła go bezpowrotnie stracić i ... przeznaczenie, lub może przypadek tak naprawdę sprawił, że teraz siedzieli tu razem. Wiedziała jedno, nigdy tego nie wybaczy. Już zawsze będzie pamiętać, że był moment, moment w jej życiu w którym mogła utracić jedną z nielicznych i najważniejszych osób w jej życiu.
-Ten wróbel będzie najpiękniejszy na świecie - stwierdziła, na powrót wtulając się w brata. Chłonąć jego ciepło i dziękując Bogu, że dalej ma go przy sobie.
-Karma odpłaci za nasze krzywdy - szepnęła, przymykając ślepia - A ty... - dodała z wyrzutem - nie waż sie nigdy więcej, nawet przez chwilę, myśleć o opuszczeniu mnie - prychnęła niczym oburzone dziecko.