• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[15.08.1972] the nonsense has escalated || Ambroise & Roselyn

[15.08.1972] the nonsense has escalated || Ambroise & Roselyn
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#1
18.10.2024, 02:33  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.12.2024, 09:35 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Miewał ostatnio na tyle poważne problemy ze snem, że spędzanie późnych wieczorów na włóczeniu się po terenie posiadłości Greengrassów zaczęło być jego nowym zwyczajem. Tak jak tego dnia, wychylał solidną porcję eliksiru nasennego i próbował jakoś zabić czas zanim dopadnie go upragniona senność. Niestety, jedyny słuszny środek, którego zapasy pamiętał uzupełniać nie był równie szybko działający, co mocny, więc Ambroise miał przed sobą co najmniej godzinę czterdzieści zanim w ogóle zacznie myśleć o powrocie do swojej samotni i próbie zrobienia sobie parogodzinnej drzemki.
Zdążył się do tego przyzwyczaić. W przeszłości nie sypiał dobrze ani spokojnie. Obecnie dochodziły do tego koszmary o Kniei, widmach i poczuciu nieokreślonego zagrożenia kładącego się cieniem na życiach wszystkich w Dolinie.  Zazwyczaj przewalał to na nieregularną zmianową pracę, która wytrącała go z naturalnego rytmu dobowego. Jak do tej pory całkiem skutecznie wychodziło mu ignorowanie faktu, że na jakiś czas z powodzeniem udało mu się pozbyć takich problemów a wtedy także pracował w dokładnie takim systemie jak teraz.
Ta świadomość nie była wygodna, więc po prostu nie dopuszczał możliwości, że istniało coś więcej w tym, że nie czuje się właściwie w warunkach, które sam sobie stworzył. I nie chodziło tu o zmianę głównej części domu na niezależny mały budyneczek po niegdysiejszej garażoszopie czy tam naprawdę dużym składziku. Z uwagi na to ignorował te podszepty z jeszcze większym uporem.
Wolał nałogowo pić eliksiry - wpierw te nasenne a po przerywanym, niespokojnym śnie zastępować je pobudzającymi aniżeli zastanawiać się nad tym, o czym nie chciał myśleć. Wolał snuć się po rodzinnych terenach coraz częściej spoglądając w stronę wrzosowisk i linii lasu niż szukać innych rozwiązań na zabicie czasu. No. Prócz okazjonalnych wizyt w szklarni, szczególnie tej jednej, w której od kilku dni palił wieczorem papierosy, sączył swój nasenny eliksir jak niechciany drink i wpatrywał się w jedno konkretne drzewko.
- Rusza się - nie potrzebował sprawdzać, kto postanowił do niego dołączyć.
Zamiast tego zakomunikował obserwację tonem nie wskazującym na nic szczególnego poza tym, co właśnie przekazał słowami. Drzewko ruszało się jak pojebane.
Nie był zaskoczony, zdziwiony, zniesmaczony, zadowolony, zaciekawiony, zaaferowany, zaniepokojony. Prawdę mówiąc nawet nie był na tyle zaabsorbowany tym widokiem, żeby nie móc odwrócić spojrzenia od wyjątkowo ruchliwego drzewka, które momentalnie zastygło na dźwięk otwierających się drzwi i teraz wyglądało całkiem normalnie. Po prostu nie chciało mu się wstawać ze stołu, na którym bardziej siedział niż tylko opierał plecy, a tak się składało, że jedyne dobre miejsce do prowadzenia obserwacji było tyłem do wejścia.
- Mówiłem, żeby nie lać mu tyle eliksiru pobudzającego - stwierdził, jakby wcale nie przyniósł wypełnionej buteleczki przy pierwszej możliwości wypróbowania nowych opcji na wzrastających zmodyfikowanych drzewkach wiggenowych. - To jedyny, który to robi. Wszystkie inne zachowują się mniej więcej jak oryginał - nadal nie odwracał wzroku od nieśmiałego drzewka, za to machnął ręką z ziołowym papierosem w kierunku krzesła, na którym wcześniej postawił kilka malutkich buteleczek z eliksirem z pierwszej wersji rośliny wyhodowanej przez Roselyn.
Dawał jej tym do zrozumienia, że wszystko było już mniej więcej gotowe do wypróbowania, choć prawdopodobnie powinni dać temu trochę więcej czasu na odstanie...
...ale od tego mieli kilka buteleczek, prawda? Poświęcenie jednej przedwcześnie dla dobra nauki nie było niczym dziwnym. Szczególnie, jeżeli jego siostra miała rację odnośnie tego, że udało jej się stworzyć ulepszony egzemplarz rośliny i efekty mogły być znacznie przyspieszone a także intensywniejsze.
- Nie spodziewałem się tu ciebie o tej porze - dodał jeszcze a w jego głosie zabrzmiała nuta wskazująca na to, że prawdopodobnie mógł domyślić się, czemu oboje nie mogą spać.
Cholerne widma. Cholerne Ministerstwo. Cholerna nieporadność systemu. To robiło się nie do wytrzymania.
- Powinno być do wykorzystania, ale nie wyobrażam sobie kroić czegoś, co się kurwa rusza, jakby miało zaraz wyskoczyć, wstać i odejść - stwierdził z mieszanką niesmaku i powątpiewania, znowu machając fajką, ale tym razem na drzewko.
No nie. Po prostu nie.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#2
20.10.2024, 11:21  ✶  
Roselyn również czuła niepokój. Nie mogła dobrze spać, a sen w który zapadała co wieczór, nie był na tyle regenerujący, by pozbyć się dziwnej mgły mózgowej, która ścisnęła jej umysł i zdawała się nie odpuszczać. Powodów mogło być naprawdę wiele, ale na ten moment życie Rose było naprawdę pojebane. Kłótnia z ojcem, zatajanie prawdy, nurzanie się w bezkresie kłamstw... No i drzewko. Jej drzewko, jej eksperyment, jej furtka do świetlanej przyszłości. Gdy weszła do szklarni, zachowywała się cicho, jak zwykle. Wiedziała, że brat tam będzie. W końcu prosiła go o to, tę część eksperymentu mieli przecież robić wspólnie. Ona notowała absolutnie wszystko, co zaobserwowała. Udostępniła mu także notes, w którym mógł bazgrać swoje obserwacje, ale jeżeli Ambroise postanowił zerknąć do głównego dziennika, mógł zauważyć, że Roselyn przepisywała jego bazgroły. Nie planowała przywłaszczyć sobie jego obserwacji: każdą jedną, należącą do niego, podpisywała jego imieniem i nazwiskiem. Ale najwyraźniej siostra musiała mieć absolutny porządek w notatkach, a jego pismo... Cóż, było pismem uzdrowiciela.
- Za to ja wiedziałam, że tu będziesz - odpowiedziała beztrosko, zamykając drzwi. Skrzywiła się trochę, czując zapach papierosa, którego postanowił odpalić w szklarni, ale wspaniałomyślnie postanowiła zignorować to pogwałcenie zasad BHP. Otworzyła tylko dodatkowe, maleńkie okienko, żeby ziołowy dym mógł szybciej się ulotnić. - Też nie możesz spać?
Zapytała, chociaż ton jej głosu sugerował, że było to pytanie retoryczne. Ambroise zawsze miał problemy ze snem, zwalała to na karb stresu, który towarzyszył mu całe życie. Ona również tego doświadczyła, szczególnie w tym miesiącu. Stres potrafił naprawdę mocno i konkretnie rozjebać całą gospodarkę hormonalną organizmu.
- Jak to się rusza? - stanęła obok stołu, na którym siedział jej brat. Patrzyła na drzewko wiggenowe, które wskazywał. Drzewko pozostawało nieruchome, chociaż Roselyn dostrzegła drgnięcie gałązki. Zmarszczyła brwi. - W jaki sposób?
Ostrożnie podeszła do rośliny, chcąc przyjrzeć się jej z bliska. Nie dotykała jej, milczała, obserwując. Wyglądało tak, jakby... Drżało? Jakby w nieprzyzwyczajone do tego ciało wlać ogrom kofeiny.
- Próbowało cię atakować? Odgonić?
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#3
20.10.2024, 15:53  ✶  
Tego wieczoru również próbował skupić się na odnotowywaniu spostrzeżeń, szczególnie że przez ostatnie dni w znacznym stopniu to zaniedbał. Starał się myśleć logicznie, podchodzić do wszystkiego badawczo i analitycznie, nie pisać jak kura pazurem (to niespecjalnie mu wychodziło), żeby nie utrudniać pracy Roselyn, ale jakikolwiek spokój przestawał istnieć.
Szczególnie w mroku nocy, który wzmagał wszystkie bardzo pierwotne lęki i skłaniał do melancholijnych rozważań bardziej niż do twardej logiki. Nawet kogoś takiego jak on, który butnie szczycił się swym zdrowym rozsądkiem i twardym stąpaniem po ziemi.
Śmieszna sprawa.
- Dobrze mieć jasnowidza w rodzinie. To może być przydatne - odpowiedział bez chwili zastanowienia.
Tak właściwie to sam był przykładem na to, że cholera wiedziała, co mogła skrywać Roselyn. Co prawda sam swoje zdolności przypisywał przeklętym Mulciberom, ale Greengrassowie również mieli swoje przeczucia, szczególnie w przypadku Kniei Godryka. Ostatnio przynosiły im więcej obaw, poruszenia i niepokoju niż pozytywów. Poczucie więzi z tamtym miejscem wyostrzyło się - miało niemal namacalne krawędzie, poszarpane i twarde.
Nie zdziwiłoby go jakoś specjalnie, gdyby Rose rzeczywiście wykazywała jakieś niecodzienne talenty poza byciem niestandardowo (choć w kontekście ich rodziny całkiem zrozumiałe) upartą przy swoim i zmierzającą do celu wbrew wszelkim przeszkodom. Zaczynał skłaniać się ku teorii, że niektóre predyspozycje lubiły się kumulować u jednych ludzi, żeby później ugryźć ich w twarz w najmniej oczekiwanym momencie. Przynajmniej tak to wyglądało u niego.
Chyba raczej wolałby oszczędzić tego najbliższej osobie.
- Prowadzę badania nad bezsennością. Badam, ile godzin można wytrzymać zanim do końca mi odpierdoli - odchrząknął znacząco; to brzmiało dokładnie tak absurdalnie jak w rzeczywistości założył, że powinno.
- Ostatnio jest gorzej - mimo to odezwał się ciszej, niechętniej, poważniejąc i przenosząc wzrok w kierunku zaparowanej szyby, za którą rozciągał się widok na odległą linię lasu. - Też masz takie wrażenie? - Chyba nie musiał pytać.
Normalnie pewnie by sobie darował. Zazwyczaj przyjmował nieprzejętą wręcz arogancką postawę wobec większości tego, co się działo. Preferował sprawiać wrażenie niewzruszonego. Potrafiącego dostosować się do każdej sytuacji. Odnajdującego się na momencie nawet w najgorszej wichurze i przejmującego inicjatywę wedle uznania, że niezależnie od tego jak bardzo jest źle, on jest gorszy.
Był zmęczony.
Nie tylko teraz. Był permanentnie wycieńczony kolejnymi zawieruchami i walką o to, żeby utrzymać się na falach w nieprzerwanym sztormie odkąd stracił swoją bezpieczną przystań. Odnosił wrażenie, że odkąd świadomie ponownie sam wypłynął na niespokojne wody, jego życie było ciągiem niewielkich wzlotów i bolesnych upadków.
Stracił już tak wiele. Nie chciał stracić jeszcze więcej, ale nie wiedział co może zrobić, żeby temu zapobiec. Przenosząc ponure, wyczerpane spojrzenie na siostrę w rzeczywistości spojrzał przez nią - może nie jako jasnowidz, jego domeną była przeszłość, ale wciąż w jej przyszłość. W oczach Ambroisa nie malowała się w dobrych barwach. O to także niemal nieustannie się martwił.
Dwie kobiety. Obie mu najbliższe. Obie będące jego cholernymi damskimi wersjami. Prawdę mówiąc nie wiedział, która bardziej, bo miał wrażenie, że prowadziły jakiś nieoficjalny kontekst na zachowania, które równie dobrze mogły być jego własnymi chujowymi decyzjami. Z tym, że do siebie nie miałby o to najmniejszych zastrzeżeń ani pretensji.
Wiele lat temu w żartach o byciu dobrą partią stwierdził, że świat prawdopodobnie nie wytrzymałby kolejnej osoby o takim podejściu i postępowaniu jak on. No. To miał je jeszcze dwie. Z tym, że w głębi duszy niespecjalnie dbał o pokłosie własnych decyzji, był w stanie ponieść wszelkie konsekwencje. Ważył ryzyko, przynajmniej częściowo. Natomiast ich wybory przyprawiały go o dreszcze niepokoju.
A teraz dochodziła do tego Knieja. Bardziej niespokojna i poruszona. On też był poruszony. Z uwagi na to nie od razu skupił się na zadawanych mu pytaniach. Zamrugał dwukrotnie, skupiając wzrok na twarzy Roselyn a potem na stole z zastygłą rośliną.
- Nie - stwierdził zdecydowanie, nie mając nawet najmniejszych wątpliwości, że nie chodziło o nic z tego, co zasugerowała Roselyn.
Małe drzewko wiggenowe nie zachowywało się tak, jakby miało złe zamiary - zgadza się, Greengrass instynktownie przypisywał mu jakąś tam mentalność i zdolność do zachowywania się w jednorodny, intencjonalny sposób. To było specyficzne, ale całkiem naturalne, bo raczej rodzinne podejście. Tak ich wychowano. Nie kwestionował tego, czy siostra raczej zrozumie, o co mu chodzi, więc nie tłumaczył ani nie wahał się wyrokować o zdolności rośliny do zachowania się jak myśląca istota. Zamiast tego zamachał ręką z papierosem między palcami, zaznaczając szeroki okrąg w powietrzu nad rośliną. Chmura dymu uformowała kółko, zawisła na chwilę w powietrzu i rozwiała się pod wpływem podmuchu wiatru z uchylonego okienka.
- Jest podekscytowane możliwością nawiązania interakcji. Reaguje na wejście do szklarni, wita się, później mam wrażenie, że reaguje na głos, wyczuwa intencje. Jest... ...zainteresowane? Jedyny raz, kiedy zareagowało gwałtownie był wtedy, kiedy ruszyłem resztę drzewek wiggenowych, żeby pobrać od nich próbki - doszedł do wniosku po chwili namysłu.
Nie odnotował tego jeszcze w notesie. Prawdę mówiąc myślami był ostatnio zupełnie gdzieś indziej i to nie w jednym konkretnym miejscu a w dwóch na raz i przez to w żadnym jednocześnie. Nigdy by tego nie przyznał. Ani przed sobą, ani tym bardziej na głos, ale ugryzł zbyt wiele na raz. Być może miał szeroki zakres szczęki, mogąc przyjąć wiele dużych szarpnięć na raz, ale trzeba było to także przełknąć.
Z tym zaczął mieć problem, bo zamiast być w stanie przetrawić wszystkie nowe informacje, zmierzyć się z nieoczekiwanymi faktami, Ambroise nie umiał ich przyswoić ani wypluć. W istocie zaczynał się nimi dusić.
- Tak właściwie to zaczęło być takie dopiero ostatnio. To na pewno wynik eliksiru, ale zbiegło się z wrażeniem płynącym od Kniei - stwierdził powoli, pierwszy raz próbował dopatrywać się tego połączenia, ale ono niezaprzeczalnie istniało.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#4
03.11.2024, 00:34  ✶  
Roześmiała się, chociaż odrobinę sztucznie. Chciałaby powiedzieć, że nie wierzy w te bajki - ale łapała się na tym, że nie potrafiła. Być może nie była wiekową staruszką, ale mimo młodego wieku widziała naprawdę wiele. Widziała osoby z Departamentu Tajemnic w akcji, widziała wróżbitów, którymi z początku pogardzała. Ba, większość z nich uważała za hochsztaplerów, którzy żerowali na ludzkiej naiwności. Czy skoro mieli magię, to musieli wierzyć w to, co widzieli w fusach? Nie. Ale jak mieli nie wierzyć osobom, które na ich oczach się zmieniały? Wizja ludzi, którym zmieniały się oczy, jakby nagle cofały się w głąb siebie, była zbyt żywa w jej wspomnieniach, by tak po prostu sobie z tego żartować. Odchrząknęła.
- Czy przypadkiem to nie były trzy pełne doby? - zapytała poważnie, takiż sam wzrok kierując w stronę brata. Zmarszczyła brwi w łagodnym ostrzeżeniu. Wiedziała doskonale, że mogła sobie gadać - ba, mogłaby nawet tupnąć nogą i na siłę próbować wlać w niego eliksir nasenny. Nie była jasnowidzem, ale wiedziała jedno: gówno by to dało. Wiedziała, że on to wie, wiedziała, że nie jest głupi, ale... Czasem najciemniej było pod latarnią. Gdy zadał pytanie, milczała. Podążyła wzrokiem za jego spojrzeniem. Nie westchnęła: nabrała powietrza w płuca i trzymała je tam przez chwilę, jakby rozkoszowała się mieszaniną ziemi, nawozów i oparów. - Tak - odpowiedziała krótko, na moment zapominając kompletnie o roślinie i o tym, co mówił jej przed chwilą Ambroise. Odłożyła notatnik i podeszła do niego, by zamknąć tę wymęczoną, rozbieganą głowę w uścisku. Niezbyt mocnym, ale na tyle wyczuwalnym, by przywrócić go do rzeczywistości. - Nie chcę być czarnowidzem, ale... Będzie gorzej.
Powiedziała cicho, gładząc brata po włosach. W uspokajającym, siostrzanym geście. I chociaż powinno być na odwrót, bo przecież to on był tym starszym, to on był tym mądrzejszym, to on był tym lepszym, to w tej chwili role się odwróciły. Roselyn drgnęła, jakby usłyszała jakiś głos. Ale nie powiedziała nic na ten temat.
- Ale właśnie po to to robię, wiesz? - powiedziała, odsuwając się. Posłała bratu lekki, ale cholernie zmęczony uśmiech. - Będziemy potrzebować pomocy. To jest pierwszy krok do tego, by stworzyć coś, co nam pomoże. Coś, co jest silniejsze, rośnie szybciej. Coś, co pomoże nam w walce z tym, co ma nadejść.
To była dość mroczna wizja, ale nie była ona pozbawiona podstaw. Roselyn dopiero teraz zdecydowała się na głębokie westchnięcie, powracając dłońmi do notatnika.
- Swoją drogą - kiedy ostatnio myłeś włosy? Mam wrażenie, że skrzaty mogłyby usmażyć na twojej głowie jajecznicę - mruknęła, wcale nie dyskretnie wycierając dłoń o spodnie. - Co mówisz?
Uniosła głowę, marszcząc brwi. Wita się? Jest podekscytowana? Roselyn przeniosła spojrzenie na drzewko, zagryzając dolną wargę. Mocno, do krwi.
- Roise, przestań... - odrobinę zbladła. Nie była okrutna, nigdy nie kroiłaby na żywca niczego, co ma takie cechy. Zwierzęce, niemal ludzkie. Ramiona dziewczyny lekko opadły. - Mówisz że jest... Jak zwierzę?
Chciała, by to powiedział, ale jednocześnie sama podeszła do drzewka i wyciągnęła raz jeszcze dłoń w jego stronę. Na próbę przesunęła palcami po jego korze i ze zgrozą odkryła, że drzewko reaguje na dotyk. Zbladła jeszcze bardziej.

I oto stali we dwójkę w szklarni - ona i on, rodzeństwo Greengrass. Przed ROŚLINĄ, którą mieli pokroić, ale żadne z nich nie chciało tego robić. Bo żyło, bo czuło, bo było inne. Bo reagowało na otoczenie i, co najważniejsze, na nich samych. Rose spojrzała na brata. Nie wiedziała, co robić.
- I zareagowało tak na swoich "towarzyszy"? - upewniła się, kreśląc odpowiednie zdania w notesie. Jasna cholera...
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#5
05.11.2024, 19:29  ✶  
Rzecz jasna dostrzegł znaczące spojrzenia posyłane mu przez siostrę, ale postanowił je zignorować. Potrafił być nieutytułowanym ekspertem w dziedzinie stwarzania pozorów, że czegoś nie widzi albo nie słyszy. Przez większość czasu udawało mu się być ignorantem, korzystając z tej umiejętności we wszystkich chwilach, w których było to dla niego wygodne. Czyli dokładnie takich jak te teraz.
Wzruszył ramionami. Nie wiem nie musiało opuszczać jego ust. Było dostatecznie wymowne. Dokładnie tak jak cisza, która zapadła między nimi na dłuższą chwilę, gdy Roselyn potwierdziła jego obawy. Powoli pokiwał głową w zamyśleniu, masując kciukiem wnętrze swojej dłoni.
- To dobrze, bo z połączenia jasnowidza z czarnowidzem mogłabyś zostać co najwyżej dzbankiem na herbatę z krzywym uszkiem - skwitował z wymuszonym przekornym uśmieszkiem, aż nazbyt sztucznie dziarskim tonem odnosząc się do tego, że nie powinna być jednym i drugim na raz.
Tak właściwie to nie życzył jej bycia ani jednym, ani drugim, bo wszystkie te rzekomo fascynujące, ułatwiające życie umiejętności były dla niego jednym wielkim grząskim bagnem. Szczególnie teraz, gdy zdążył nabyć całkiem sporo praktyki wymuszonej przez niesprzyjające okoliczności.
Niektórzy z pewnością byliby w stanie oddać wszystkie swoje dobra za to, żeby być bardziej wrażliwym na przekazy zza Zasłony. Inni byli w stanie kogoś dla tego pokroić. Jeszcze inny byli w stanie dlatego kogoś pokroić, bo wydawało im się, że musi istnieć coś więcej i tkwi to na przykład w szyszynce, którą warto wyciąć.
Chcieli dowiedzieć się coś o samych podstawach, dojść do genezy, stwierdzić, skąd to się bierze, być może spróbować pozyskać to dla siebie. Żyli mrzonkami o tym, że uda im się ukraść cudze talenty. Chcieli je zagarnąć dla siebie. Znał co najmniej kilka takich osób tytułujących się badaczami niejasnego czy alternatywnymi naukowcami.
W rzeczywistości byli jedynie fanatykami czegoś, co uważali za dar, nawet jeśli dla osób takich jak Ambroise to było raczej niechciane przekleństwo. Bywały chwile na samym początku, kiedy najchętniej oddałby to komuś, kto naprawdę mógł z tego skorzystać. Nieważne w jakim stylu. Ważne, że ktoś z pewnością by to przyjął i pozbawił go kłopotu. Z tym, że to nigdy nie wchodziło w grę.
Nawet nie próbował szukać rozwiązań, które nie istnieją. Uczył się z tym żyć. Po fazie wyparcia zaczął podejmować próby wykorzystywania tego na swoją korzyść. Mimo że nie wychylał się z tym nawet do najbliższych, zaczął akceptować to, kim jest.
Czasami wyłącznie żałując tego, kim nigdy nie był, przełykając gorycz świadomości, że to zawsze były wyłącznie złudzenia. Tamta jego wersja z przeszłości nigdy nie istniała. Była przygłaskana i przymaskowana na ostrych krawędziach, ale te zabezpieczenia zaczęły puszczać aż wreszcie musiał samodzielnie zerwać plaster i nauczyć się z tym żyć. Ostatnio coraz bardziej utwierdzał się w tym przekonaniu.
Szczególnie, że świat dookoła nich nieustannie się zmieniał. To, co znali z wczesnej młodości już dawno nie istniało. Tak naprawdę również nigdy nie było prawdziwe, bo gdzieś tam pod skorupą cały czas kryła się nieopisana groza zbierająca siły, aby wybić się na powierzchnię i rozlać się niczym niszczycielska fala.
- Wiem - przytaknął, nie odsuwając się jako pierwszy ani nie przerywając tego niespodziewanego kontaktu.
Pozwolił Roselyn podjąć decyzję o tym, kiedy znowu staną pół kroku od siebie. To było całkiem miłe. Nieoczekiwane, ale miłe. Przyjął to z nieznacznie łagodniejszym spojrzeniem.
- Cieszy mnie to, że podchodzisz do tego w ten sposób - być może poczuł posmak goryczy na języku, gdy to mówił, ale taka była prawda.
Mieli naprawdę trudne czasy. Należało być tego świadomym. Zbroić się na różne okoliczności. Już dawno przestał sądzić, że wojna ich ominie tylko dlatego, że są czystokrwiści i nie przyjmują żadnej strony. Obecnie coraz trudniej było być neutralnym wobec wydarzeń.
W dodatku nie tylko tych mających bezpośredni związek z poplecznikami Voldemorta, lecz również tych poza głównymi ośrodkami magicznymi. W ich Kniei, którą też coś skaziło. Na to też musieli być przygotowani. To już była ich walka, nawet jeśli jeszcze nie wiedzieli, w jaki sposób się rozegra.
- To nie łój tylko mieszanka ziołowych olejów. Powinnaś kiedyś spróbować, żeby nie mieć memortkowego gniazda na głowie - spojrzał na nią ze śmiertelną powagą, choć kącik jego ust drgał leciutko, jakby Roise zaraz miał parsknąć śmiechem.
Powstrzymał ten przejaw wesołości, obdarzając siostrę bardzo wymownym spojrzeniem, szczególnie wtedy, gdy wytarła rękę o swoje ubranie. No, skrzaty domowe miały mieć nie lada problem z usunięciem plamy. Choć tak właściwie to radziły sobie z dużo gorszymi zabrudzeniami po ogrodniczych pracach.
- No, tak właściwie to - zaczął chcąc powtórzyć poprzednie słowa, po czym momentalnie zorientował się, że znów brnie naokoło, nie mając dać żadnej konkretnej odpowiedzi.
Potrząsnął głową. Po części zrezygnowany, po części kpiąc z tego, że robiąc te wszystkie eksperymenty ani razu nie dopuścili możliwości, że stanie się coś równie nieoczekiwanego. A przecież takie rzeczy były naturalnym pokłosiem eksperymentowania z substancjami przeznaczonymi dla ludzi. Nie po to, żeby pchać je w ziemię albo wstrzykiwać bezpośrednio w łodygi.
No. To teraz mieli przed sobą właśnie to, co Rose powiedziała na głos a on tylko kiwnął głową. Roślinne zwierzę. W dodatku na tyle świadome, by mieć poczucie integralności i wspólnoty z innymi, całe szczęście już nieożywionymi drzewkami wiggenowymi.
- Taak. Zgadza się - stwierdził z wahaniem, które zupełnie do niego nie pasowało.
W przypadku tych wszystkich badań zazwyczaj zachowywał się znacznie bardziej do przodu. Nie miał najmniejszego problemu z przebojowym, czasami wręcz bezczelnym sugerowaniem sięgania po najróżniejsze środki i robienia rzeczy uznawanych za co najmniej niekonwencjonalne. Kiedy dostrzegał odpowiednio dużo przestrzeni na to, aby móc sobie pozwolić na mieszanie kroków, raczej to robił.
A gdy to nie przynosiło oczekiwanych skutków, czasami irytował się, ale machał na to ręką i po prostu szedł dalej. Wiele nieudanych eksperymentów lądowało w specjalnie przygotowanym koszu, z którego później znikało do utylizacji. Gdzieś tam w notesie pojawiała się wzmianka o tym, aby czegoś nie robić, bo to strata czasu, ale to byłoby na tyle.
Raczej nie spinał się do przesady i nie dawał się zbić z tropu nieoczekiwanemu przebiegowi zdarzeń, bo to był stały element prowadzenia badań.
Poza oficjalnymi spędami Towarzystwa Herbologicznego, rzecz jasna, na których w ostatnim czasie zachowywał się z coraz większą rezerwą, zaczynając podważać metody badawcze ludzi mających się za wybitnych specjalistów. Szczególnie po lipcowym spotkaniu.
Teraz wydawał się rozbrajająco zakłopotany. Przesuwał górnym rzędem zębów po dolnym i wykrzywiał kąciki ust w bardzo niezręcznym wyrazie. No za cholerę tego nie potnie.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#6
08.11.2024, 23:22  ✶  
- Dzbanuszkiem z krzywym uszkiem - poprawiła go odruchowo, dodając szczyptę magii do tej niedokończonej rymowanki, która sprawiała, że swędział ją mózg. Przewróciła oczami na wspomnienie stanu jej włosów. Nie musiała nawet tego komentować, bo jej włosy były mocne, długie i lśniące. Być może używała dokładnie tych samych płukanek ziołowych, co brat, tylko w mniejszej ilości, co był kluczem do tego, by wyglądały zdrowo. A może to dieta i styl życia? Przecież organizm ludzki działał w ten sposób, że gdy czegoś mu brakowało - najpierw leciały włosy i kruszyły się paznokcie. Roselyn odruchowo zerknęła na dłonie Ambroisego, żeby zorientować się, jak wyglądały. Nie poświęciła im jednak więcej uwagi, niż to było konieczne. Mieli w końcu do zgryzienia naprawdę twardy orzech.

Roselyn zamknęła notes. Odłożyła go, a potem nachyliła się nad rośliną. Ta drgnęła, chociaż listki mogły zostać poruszone wiatrem, który został wytworzony przez gwałtowny ruch, który wykonała Greengrassówna. Przez chwilę wpatrywała się w roślinę, jakby chciała wyczytać z niej wszystko, co ta... Myślała?
- Nie ma rady. Tej nie dotknę - powiedziała, a w jej głosie wybrzmiewał żal. Nie spodziewała się takiego efektu, ale musieli grać takimi kartami, jakie dała im nauka. Bo to nawet nie los podsunął im takie rozdanie, tylko ich własne czyny. - Myślę, że najlepiej będzie ją odseparować od reszty. Bo jak rozumiem, reszta która rośnie wolniej, nie przejawia podobnych zachowań?
Odwróciła się do brata, jakby szukała w nim potwierdzenia. Jednocześnie sięgnęła po różdżkę z roślinnym ornamentem na rękojeści. Nie używała jej za często, ale równocześnie bardzo o nią dbała - dlatego też ciągle wyglądała jak nowa, mimo że miała swoje lata. Roselyn machnęła różdżką, chcąc wytworzyć zasłonę z materiału, która odseparowałaby tę jedną, bardziej żywą roślinę, od reszty.

Rzut na kształtowanie
Rzut Z 1d100 - 23
Akcja nieudana

Rzut Z 1d100 - 34
Akcja nieudana
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#7
13.11.2024, 23:09  ✶  
Choć na zewnątrz świat niemalże zamarł w cichym mroku nocy to wnętrze małej, stosunkowo ciasnej szklarni skrytej w mroku pulsowało życiem. Całkiem. Cholernie. Nieoczekiwanym. A jednak bez wątpienia życiem.
Nawet przed przyjściem Roselyn, Ambroise nie znajdował się tu w samotności. Był otoczony przez gęstwinę zieleni, która mimo braku dziennego światła zdawała się żyć własnym życiem jeszcze na długo przed dokonaniem przez mężczyznę odkrycia, że bądź co bądź właśnie tak było.
Czasami zdawało się, że w powietrzu unosił się lekki szept, jakby rośliny rozmawiały między sobą, dzieląc się tajemnicami, które tylko one były w stanie zrozumieć. Greengrass nie wiedział czy chciałby poznać ich język i to, co teraz mówiły.
Odnosił wrażenie, że wtedy tym bardziej nie byłby w stanie zamknąć oka tej nocy, bo małe drzewka wiggenowe zdawały się mieć jakieś powiązanie z drzewami na zewnątrz. A tam kryła się już ta niepisana groza, którą wyczuwał nie tylko on, lecz również Roselyn. Ojca nie mieli jak o to obecnie spytać.
Zimny podmuch wiatru drżał na szklanych drzwiach, raz po raz próbując wedrzeć się do środka, ale wewnątrz panował niecodzienny, całkiem kojący spokój. Obcowanie z naturą niemal zawsze przynosiło mu pewną ulgę, choć w ostatnich dniach ta była wręcz okrutnie niewystarczająca, bardzo mała.
Księżyc wiszący wysoko na niebie rzucał srebrzyste cienie kontrastujące z ciepłym, migotliwym światłem płynącym z sufitu ze starych zaczarowanych lamp. Bił od nich miękki poblask nie roztaczający się zbyt daleko dookoła. Nie obejmował ciemnych kątów szklarni, ale w zupełności wystarczył, żeby Ambroise mógł spróbować ostentacyjnie wywrócić oczami, słysząc właściwszy rym z ust Roo. Tym bardziej, gdy dodatkowo równie wymownie otworzyła lufcik przy suficie, żeby wypuścić jego ziołowy dym a w pomieszczeniu zawiał lekki wiatr przynosząc ze sobą nieco chłodu, ale także zapach nocy. Orzeźwiający, odrobinę pobudzający.
No idealnie, bo Roise wcale nie przyjął eliksirów, żeby iść niedługo spać. Wcale a wcale. Bardzo powoli zaciągnął się dymem z papierosa, który trzymał w dłoni. Jego nieznacznie brudne od ogrodniczej ziemi palce trzymały papierosa elegancko, jakby to była najcenniejsza rzecz na świecie.
Dym papierosa unosił się wolno ku górze, układając się w tajemnicze formy, które znikły w ułamku sekundy ponownie rozwiane wiatrem.
W powietrzu w dalszym ciągu unosił się subtelny zapach wilgotnej ziemi i roślinnych soków przeplatany nutą dymu papierosowego, który raz po raz piął się w górę spomiędzy warg Ambroisa i wkrótce znikał w mroku.
Na starych, drewnianych stołach leżały narzędzia ogrodnicze, odbijające światło nielicznych magicznych lamp, które mężczyzna zapalił tu wraz ze swoim przyjściem. Łopaty, grabie i sekatory spoczywały blisko siebie pokryte zaschniętą resztką ziemi i innych substancji. Obecnie nieruszone, wręcz drwiące sobie z Greengrassa, bo...
Cholera, jak miał pociąć coś, co żyło w tak aktywny sposób. Miało logiczne reakcje, ewidentne i niepodważalne uczucia, emocje. Poruszało się i bez wątpienia zamierzało z nimi pertraktować na swój przedziwny sposób, gdyby tylko ruszyli w jego stronę z ostrymi narzędziami.
Witające mężczyznę liście wydawały się poruszać, jakby szukały jego dotyku, lekko kołysząc się w rytm papierosa dygoczącego w ustach Greengrassa.
Dźwięki nocy, które rozbrzmiewały na zewnątrz, były wyciszone, jakby oboje znajdowali się w innym wymiarze. Również bzyczenie nocnych owadów i sporadyczne szumy wiatru sprawiały, że wszystko wokół wydawało się być czymś z pogranicza snu.
Teraz, w środku nocy, w tej małej, ciasnej szklarni, Ambroise uświadamiał sobie, że przynajmniej nie zwariował. Nie tylko on odczuwał obecność czegoś, co było efektem działania jakichś cholernie przekornych sił. To drzewo żyło. Reagowało. Nie musiał mówić, że on także nie zamierzał dotknąć tego skalpelem? Nie był aż takim zwyrolem.
- Może powinna... ...powinien... ...powinno?... ...trafić w inne miejsce? Żeby nie było mu... ...no, wiesz - machnął ręką, malując nieokreślony, chaotyczny kształt w powietrzu; nawet nie miał na to odpowiedniego określenia. - Poza tym jest też kwestia dalszego rozwoju. Możliwe, że skoro jest w stanie wyczuwać czy tam obserwować - choć przecież nie miało oczu - to zasłona, którą usiłujesz wyczarować... ...swoją drogą, weź się może wyśpij wreszcie, bo coś trudno ci się skupić... ...no, nie wystarczy - zawyrokował. - Trzeba gdzieś je przenieść. I tak. Odpowiadając na twoje wcześniejsze pytanie: reszta jest ze wszech miar normalna - westchnął ciężko.
Tylko to jedno drzewo chciało się z nimi przyjaźnić. Aż to jedno drzewo. No, przejebane.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#8
15.11.2024, 09:45  ✶  
- Żeby nie było mu przykro? - zapytała z uśmiechem, bez cienia drwiny w głosie. Rozumiała rozterki brata, bo sama je miała. Roślina wydawała się żyć bardziej niż te pozostałe. Oczywiście Roselyn nie tylko jako naukowiec ale myśląca osoba, która miała podstawy z wiedzy przyrodniczej, wiedziała doskonale, że każda roślina żyła. Rośliny oddychały, ruszały się, jadły chociaż nie w taki sposób, w jaki jedli oni. A jednak to było życie w każdym tego słowa znaczeniu. Pomiędzy drzewkiem wiggenowym była jednak zasadnicza różnica: to konkretne falowało, łasiło się i zachowywało się jak bardziej żyjąca istota. Trochę jak pies, może kot. Ale nie aż za bardzo, bo przecież nie skakała dookoła nich jak skaczące figi, tylko... Po prostu była aktywna. To było cholernie ciężkie do wytłumaczenia.

Roselyn prychnęła, patrząc na Ambroise z wyrzutem.
- Wyśpię się, jak zbadamy pozostałe rośliny. Nie mam gdzie jej umieścić - nawet tymczasowo. To jedyna szklarnia, która należy do mnie i nikt jej nie znajdzie. Więc jeżeli nie chcesz wyczarować kolejnej... - wzruszyła ramionami, a potem powtórzyła manewr, próbując znowu rzucić zaklęcie.

Rzut na kształtowanie
Rzut Z 1d100 - 55
Sukces!

Rzut Z 1d100 - 14
Akcja nieudana
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#9
16.11.2024, 18:14  ✶  
Nieznacznie wzruszył ramionami, wyginając przy tym wargi w odrobinę niezręcznym uśmiechu. Odkąd tak właściwie zaczął oficjalnie przykładać aż taką wagę do cudzych uczuć? Jasne, do roślin zawsze miał trochę więcej delikatności niż w stosunku do ludzi, ale jeszcze nigdy nie pozwalał sobie na to, żeby zacząć wdawać się w otwarte dyskusje o tym, że drzewkom przeznaczonym na rzeź szczytny cel mogło być przykro.
Nie to, że przedtem w ogóle tego nie robił. To znaczy - że nie zastanawiał się nad uczuciami flory (faunę na ogół miał w dupie, choć na przykład psy - psy lubił), ale zazwyczaj po prostu nie dawał tego po sobie poznać. Tymczasem teraz pozwolił sobie na tę uwagę, która została całkowicie właściwie zinterpretowana przez Roselyn.
- Z pewnością byłoby to całkiem niezłe rozwiązanie. Szczególnie patrząc, w jak wyśmienitym stanie jest ta twoja jedyna dostatecznie ukryta szklarnia - stwierdził z przekąsem, znacząco ogarniając spojrzeniem ich najbliższe otoczenie.
Choć bez wątpienia imponowało mu to, w jaki sposób Roselyn podeszła do tematu prowadzenia badań w sekrecie. Sam pomysł robienia tego w tej a nie innej części terenów posiadłości, w dodatku ukrywając pomieszczenie niemalże na widoku, jedynie pod zgrabnie rzuconym czarem maskującym był godny przyklasku.
Mało kto wpadłby na to, że pod latarnią (czy tam pod stertą desek i podobnych spróchniałych śmieci) faktycznie może być najciemniej. To znaczy - tak, zawsze się tak mówiło, szczególnie że magiczne latarnie często działały na zasadzie płomyka zamkniętego w szklanej oprawie albo zaczarowanej świecy w zaśniedziałym kloszu. Takie źródło światła nie było zbyt trwałe ani nie dawały za wiele światła. W dodatku z jakiegoś powodu miały tendencję do rozpraszania się na boki a nie do dołu bądź w górę.
Tym samym pod czarodziejskimi latarniami w rzeczy samej potrafiło być najciemniej. Szczególnie, że z dala od nich czarodzieje zazwyczaj przyświecali sobie różdżkami. A kto świadomie, całkowicie bez poczucia zażenowania stawał pod latarnią z własnym Lumosem? No, wyglądałoby to co najmniej kretyńsko.
Mimo to ludzie zazwyczaj mieli tendencję do pomijania wzrokiem tego, co znajdowało się tuż przed nimi, ale wyglądało nieciekawie, nieestetycznie albo, co gorsza, wymagałoby od nich fizycznego zaangażowania. Nawet (a może szczególnie?) ludzie z ich rodziny. Sam Ambroise zapewne wielokrotnie wcześniej pomijał szklarnię siostry wzrokiem, stwierdzając w myślach, że ktoś coś kiedyś powinien zrobić z tym całym syfem a potem idąc dalej. Rzecz jasna bez planów dotykania się do tego problemu.
Tymczasem po przyprowadzeniu go tu w czerwcu i rozwianiu złudzenia, czuł się całkiem imponująco zaskoczony. Zwłaszcza przez pierwsze razy, które tu spędzał. Zarówno z Roselyn, jak i samotnie. No, szczególnie z Roselyn, bo im dłużej i częściej zostawał tu sam, tym bardziej dochodził do wniosku, że wypadałoby naprawić trochę rzeczy w tym, bądź co bądź, naprawdę obiecującym miejscu.
Z tym, że wbrew swoim wszelkim zielarskim i technicznym, manualnym zapędom, Ambroise nie palił się do tego, żeby coś tu zmieniać. Przynajmniej nie samowolnie, bo pewnie, gdyby zostało mu to zasugerowane to bez wahania wsparły Roo w tym zakresie. Jednakże sam z siebie nie zajął się niczym podobnym, jedynie przestawiając rzeczy z miejsca na miejsce, gdy to było potrzebne, ale nie dokonując żadnych zmian czy napraw.
Już raz w życiu przeznaczył długie godziny na to, by doprowadzić jeden ogród z kompletnej ruiny do stanu, z którego był cholernie dumny. Pozakładał grządki, nasadził roślin - kwiatów, krzewów, ziół i drzew. Stworzył magiczny żywopłot wokół terenu domku, specjalnie wybrał się daleko wgłąb górskich terenów, aby zakupić malutkie roślinki, które teraz zapewne rozrosły się bez niego albo uschły i zdechły. Żadna z tych opcji nie brzmiała pocieszająco.
Mieli szklarnię i miniaturową oranżerię przytuloną do domku. Tak, był bardzo zadowolony ze swojej wieloletniej pracy, nawet jeśli wszystko raz na jakiś czas zaczynało się psuć, sypać i buntować.
Teraz to wszystko najpewniej zdążyło popaść już w całkowitą ruinę lub zostało przez kogoś sprowadzone do przykrej, niewłaściwej roli ogródka warzywnego i niczego więcej. Szczerze wątpił, żeby jego cenne zioła i te bardziej specyficzne, wymagające rośliny miały się dobrze pod cudzą opieką. Nie chciał, żeby ktoś to przejął, bo to było jego własnością, jego kawałkiem serca, nie spadkiem po nim, bo on w dalszym ciągu żył. Po prostu nie tam. Po prostu ledwo.
Tego wieczoru szczególnie, bo atmosfera niepokoju udzielała mu się jak nigdy. Coś bardzo złego czaiło się w mroku nocy. Coś, czego nie dało się nazwać ani odgonić światłem lamp. Zresztą nagle chyboczących się w porywie chłodnego wiatru, który wdarł się do pomieszczenia przez lufcik w dachu, gasząc połowę źródeł światła.
- Natomiast chyba masz rację - instynktownie przeniósł wzrok w kierunku jednego z kątów szklarni, który teraz ogarnęła zupełna ciemność, kontynuując powoli w zamyśleniu - to chyba musi tu zostać. Przynajmniej dopóki nie znajdziemy mu innego miejsca - choć tak właściwie to czy było jakieś lepsze miejsce?
Tu to drzewko urosło. Tu się obudziło. Tu się wychowało, tu było jego miejsce. Niezależnie od tego, z czym musiało się mierzyć, mając świadomość, że za wyczarowaną przez Roselyn zasłoną czaiło się zło czyhające na jego braci...
...w pewnym momencie Ambroise zamrugał, przełykając ślinę i czując jak przechodzi go dreszcz. Chyba nie myślał o drzewku. Jego myśli mimowolnie skierowały się ku Kniei skrytej w mroku na horyzoncie.
- Możemy za to sprawdzić, na ile da się coś zrobić z resztą. Wydaje mi się, że będzie je można stąd niedługo zabrać - i po prostu pociąć w innym miejscu, ale tego nie powiedział już na głos.
Zamiast tego wyciągnął różdżkę, machając w kierunku wygaszonych lamp, żeby ponownie je rozpalić. Potrzebowali tu zdecydowanie więcej światła. Mrok na zewnątrz wydawał się być zbyt gęsty, za mocno napierał na szklane ściany wywołując u Roisa dziwnie klaustrofobiczne wrażenie. Niepokój. Ostatnio czuł go znacznie bliżej. Tuż pod samą wierzchnią warstwą naskórka, który w tym momencie pokryła gęsia skórka.
- Chcesz czynić honory? - Spytał, przesuwając się bliżej odgrodzonej reszty roślin.


Kształtowanie - przywrócenie światła
Rzut N 1d100 - 29
Akcja nieudana

Rzut N 1d100 - 76
Sukces!


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#10
18.11.2024, 10:45  ✶  
Gdy roślina została oddzielona płachtą, odetchnęła z ulgą. Chociaż jeden problem został przykryty - być może zlepili go na ślinę, ale jako tako działało. Drzewko wiggenowe nie miało oczu, ale w jakiś sposób reagowało na obecność nie tylko innych roślin, więc chociaż tak mogli zadziałać.
- Zobaczymy - powiedziała cicho, odkładając różdżkę na stolik. Sięgnęła za to po skalpel - jeden z kilku, które były przykryte czystą warstwą materiału. Miękko i ostrożnie odsłoniła ostre jak brzytwa narzędzia, uważając żeby się nie skaleczyć. Jej szczupłe palce ostrożnie ujęły rękojeść najmniejszego skalpela, a następnie Greengrassówna podeszła do pierwszego z brzegu drzewka, które nie wykazywało oznak "życia" w zwierzęcym tego słowa znaczeniu. Westchnęła, a potem sięgnęła po okrągły pojemniczek na próbki. Pod stołem znajdował się magiczny mikroskop, ale go na razie nie wyciągała: najpierw chciała spróbować uciąć kawałek kory, a potem liścia, osobno też gałązki.

Pracowała z precyzją, godną magibotanika. Wszystkie jej ruchy były przemyślane i dokładne, nawet jej ręka nie zadrżała, gdy wykonywała pierwsze cięcie, a potem drugie, wolną dłonią odkładając wszystko do pojemniczka.
- Jak nasza druga roślina? Wyjmiesz mikroskop? - zapytała, z uwagą obserwując nadmiar soków, który się pojawił w miejscu nacięć. Było go dużo, dużo więcej niż powinno. - Widzisz to? Dużo więcej soków. Normalnie jest go o połowę mniej. Pobierzesz próbkę?
Sama nie mogła wszystkiego robić, miała już zajęte obie ręce.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (4940), Roselyn Greengrass (1591)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa