Rzeczywiście było w tym coś kiczowatego – tym bardziej, że nie wszystkie bogate rodziny czystokrwiste tak się przechwalały swoim majątkiem, jakby wręcz zapraszając, by coś z tego wyrwać dla siebie. Lestrange tez byli obrzydliwie bogaci, lekarze i alchemicy nie zarabiali przecież mało, ale przy tym chyba mało kto w rodzinie miał aż tak wielką potrzebę, by się tym chwalić. Rzecz jasna obie drogi można było krytykować i obie wychwalać. Victoria chyba po prostu nie uważała, że jest się czym chwalić i wolała większość swojego majątku skrywać w skrytce u Gringotta, a ta ilość tylko się powiększała, bo wydawała znacznie mniej, niż zarabiała.
– Niektóre informacje naprawdę nie powinny być podawane do wiadomości publicznej, zwłaszcza w tych czasach. Chyba że ktoś tam miał w tym interes – westchnęła i spojrzała kontrolnie na Laurenta, wiedząc już, że jego myśli pobiegły tym samym torem co jej. – Okej, to dobrze – tylko co dalej? Dom to jedno, a cały rezerwat to drugie… A potem cała jej uwaga przeniosła się na wyciągniętą dłoń Laurenta i na opis pierścionka. I coś w niej zamarło, myśl o tym, że nosił przy sobie przedmiot, który reagował na myśli, czyli… czytał w nich? Słuchał? Jaką to miało moc i ile musiało kosztować? Ona by się chyba nigdy nie zgodziła na taki przedmiot w swoim otoczeniu i teraz miała też wątpliwość, czy to coś nie podsłuchuje też z zewnątrz. Pobladła wyraźnie i popatrzyła na Laurenta z kotłowaniną myśli i emocji. Z jednej strony – dobrze, ze żył. Z drugiej strony… – Skąd masz pewność, jak dokładnie to działa? – miała wrażenie, że zaschło jej w gardle. – Z taką łatwością wpuszczasz jakiś przedmiot do swojej głowy, by reagował na twoje myśli, a zastanowiłeś się, co słucha jeszcze? Inne myśli? To jest jak legilimenta na odległość, a na pewno w jakiejś części, skoro reaguje na przywołanie w… w myślach. Albo słucha rozmów? – była na tym punkcie przewrażliwiona, a już zwłaszcza po tym, co zadziało się w Windermere. Coś, co miała sobie bardzo za złe. – Jeśli uratował ci życie to dobrze, ale… czy ten przedmiot na pewno nie może zostać wykorzystany w zły sposób? Bo ja ich widzę przynajmniej kilka – co jeśli słuchał ich rozmowy? Na co reagował? Na imię wypowiedziane w myślach? Odpowiednią myślową intonację? Brzmiało zbyt dobrze, żeby mogło być prawdziwe i nie pozbawione haczyka. A może to praca ją już przeżarła i rzeczy, z jakimi spotykała się tam na co dzień. Może panikowała niepotrzebnie, ale… Nie potrafiła zaufać jakiemuś pierścionkowi. Niezależnie od tego jaki był piękny – a może przede wszystkim dlatego.
Ale sprawa z Astarothem też ją gniotła. Oboje wiedzieli, że młody wampir nie potrafi nad sobą panować, ale Laurent i tak musiał postawić na swoim i zajmować się nim w momencie, kiedy wcale nie był jego opiekunką ani niańką. Kolejna ryzykowna sytuacja. Ile ich jeszcze będzie w życiu Laurenta, nim ten wyciągnie odpowiednie wnioski? Victoria nie potrafiła, albo raczej nawet nie do końca chciała ukryć tego spięcia – bo mogłaby to zrobić, odciąć się i złapać dystans, ale wtedy i tak ci którzy ją znali, mogli łatwo zgadnąć co robi: ucieka aktywnie w oklumencję. Zajęła się więc parzeniem herbaty.
– A może po prostu nie jesteś zdolny do oddania się jednej osobie, bo nikt cię tego nie nauczył? – nie w domu na pewno, nie skoro już jego poczęcie było aktem zdrady, a później oglądał to tak, jakby to była codzienność. Jak w takich warunkach nauczyć się kochać i wielbić, oddać się jednej osobie całkowicie? Nic dziwnego, że przyjął dokładnie taki sam schemat jak jego ojciec. – Flynn… – powtórzyła za nim i zamyśliła się krótko, ostatecznie wzdychając.
– Wierz mi, wiem – nie, znajomości i relacje nie były tak proste, że z dnia na dzień przestawało się myśleć o osobie, która zajmowała nam dni i myśli, i wcale tego od Laurenta nie oczekiwała. Miała jednak nadzieję, że da temu czas, nie podda się po drodze jakiejś pokusie napisania do Philipa, albo odwiedzenia go – i cały ten cyrk zacznie się wtedy od nowa. – Daj sobie po prostu czas. Dużo czasu. Jestem pewna, że on ma bliskich, do których może się zwrócić o pomoc, jak na przykład ten jego brat. Poradzi sobie bez ciebie, a ty bez niego, tak? – posłała mu kolejny, może nieco blady uśmiech, na pewno jednak szczery.
A potem nastała dłuższa chwila ciszy ze strony Victorii, po której po trosze poczuła się, jakby ktoś uderzył ją z pięści w żołądek – i wtedy już aktywnie uciekła, chowając się bardzo intensywnie za oklumencją, nie chcąc dać po sobie tego, co poczuła, kiedy o tym powiedział. Że ją zabolały jego słowa. W ciszy nalewała im herbatę do filiżanek, odstawiła dzbanek i dopiero się odezwała, szybko zabierając ręce, by ukryć ich drżenie. Spokojnie, ważąc słowa, szukając tych odpowiednich.
– Z Pandorą rozmawiałam raz, z Florence kilka razy, ale nie umawiamy się na ploteczki nad herbatką, jeśli o to się martwisz. A z Atreusem mamy inne tematy – chociaż Bulstrode już raz raczył zauważyć, że coś często widuje ją z Laurentem… Ach, a nie wiedział nawet połowy! Ale nie, Laurent jakoś prawie wcale nie był przedmiotem ich wspólnych rozmów czy to w pracy, czy poza nią…
Naprawdę chciał sobie udowodnić, że nikomu nie można ufać? Absolutnie nikomu? I że lepiej jest zniknąć? Za dobrze pamiętała co czuła w czerwcu, gdy inna ważna dla niej osoba też postanowiła zniknąć, a teraz wcale nie czuła się lepiej.
– Naprawdę uważasz, że nikomu nie można ufać? Albo, że bez ciebie byłoby lepiej na tym świecie? – odezwała się po chwili równie cicho, ale bez wyrzutu, którego można się było spodziewać. Raczej w jej głosie pobrzmiewało coś znacznie innego – troska.