• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 9 Dalej »
[18.08.1972] Dreams | Laurent & Victoria

[18.08.1972] Dreams | Laurent & Victoria
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#11
06.12.2024, 21:31  ✶  

Rzeczywiście było w tym coś kiczowatego – tym bardziej, że nie wszystkie bogate rodziny czystokrwiste tak się przechwalały swoim majątkiem, jakby wręcz zapraszając, by coś z tego wyrwać dla siebie. Lestrange tez byli obrzydliwie bogaci, lekarze i alchemicy nie zarabiali przecież mało, ale przy tym chyba mało kto w rodzinie miał aż tak wielką potrzebę, by się tym chwalić. Rzecz jasna obie drogi można było krytykować i obie wychwalać. Victoria chyba po prostu nie uważała, że jest się czym chwalić i wolała większość swojego majątku skrywać w skrytce u Gringotta, a ta ilość tylko się powiększała, bo wydawała znacznie mniej, niż zarabiała.

– Niektóre informacje naprawdę nie powinny być podawane do wiadomości publicznej, zwłaszcza w tych czasach. Chyba że ktoś tam miał w tym interes – westchnęła i spojrzała kontrolnie na Laurenta, wiedząc już, że jego myśli pobiegły tym samym torem co jej. – Okej, to dobrze – tylko co dalej? Dom to jedno, a cały rezerwat to drugie… A potem cała jej uwaga przeniosła się na wyciągniętą dłoń Laurenta i na opis pierścionka. I coś w niej zamarło, myśl o tym, że nosił przy sobie przedmiot, który reagował na myśli, czyli… czytał w nich? Słuchał? Jaką to miało moc i ile musiało kosztować? Ona by się chyba nigdy nie zgodziła na taki przedmiot w swoim otoczeniu i teraz miała też wątpliwość, czy to coś nie podsłuchuje też z zewnątrz. Pobladła wyraźnie i popatrzyła na Laurenta z kotłowaniną myśli i emocji. Z jednej strony – dobrze, ze żył. Z drugiej strony… – Skąd masz pewność, jak dokładnie to działa? – miała wrażenie, że zaschło jej w gardle. – Z taką łatwością wpuszczasz jakiś przedmiot do swojej głowy, by reagował na twoje myśli, a zastanowiłeś się, co słucha jeszcze? Inne myśli? To jest jak legilimenta na odległość, a na pewno w jakiejś części, skoro reaguje na przywołanie w… w myślach. Albo słucha rozmów? – była na tym punkcie przewrażliwiona, a już zwłaszcza po tym, co zadziało się w Windermere. Coś, co miała sobie bardzo za złe. – Jeśli uratował ci życie to dobrze, ale… czy ten przedmiot na pewno nie może zostać wykorzystany w zły sposób? Bo ja ich widzę przynajmniej kilka – co jeśli słuchał ich rozmowy? Na co reagował? Na imię wypowiedziane w myślach? Odpowiednią myślową intonację? Brzmiało zbyt dobrze, żeby mogło być prawdziwe i nie pozbawione haczyka. A może to praca ją już przeżarła i rzeczy, z jakimi spotykała się tam na co dzień. Może panikowała niepotrzebnie, ale… Nie potrafiła zaufać jakiemuś pierścionkowi. Niezależnie od tego jaki był piękny – a może przede wszystkim dlatego.

Ale sprawa z Astarothem też ją gniotła. Oboje wiedzieli, że młody wampir nie potrafi nad sobą panować, ale Laurent i tak musiał postawić na swoim i zajmować się nim w momencie, kiedy wcale nie był jego opiekunką ani niańką. Kolejna ryzykowna sytuacja. Ile ich jeszcze będzie w życiu Laurenta, nim ten wyciągnie odpowiednie wnioski? Victoria nie potrafiła, albo raczej nawet nie do końca chciała ukryć tego spięcia – bo mogłaby to zrobić, odciąć się i złapać dystans, ale wtedy i tak ci którzy ją znali, mogli łatwo zgadnąć co robi: ucieka aktywnie w oklumencję. Zajęła się więc parzeniem herbaty.

– A może po prostu nie jesteś zdolny do oddania się jednej osobie, bo nikt cię tego nie nauczył? – nie w domu na pewno, nie skoro już jego poczęcie było aktem zdrady, a później oglądał to tak, jakby to była codzienność. Jak w takich warunkach nauczyć się kochać i wielbić, oddać się jednej osobie całkowicie? Nic dziwnego, że przyjął dokładnie taki sam schemat jak jego ojciec. – Flynn… – powtórzyła za nim i zamyśliła się krótko, ostatecznie wzdychając.

– Wierz mi, wiem – nie, znajomości i relacje nie były tak proste, że z dnia na dzień przestawało się myśleć o osobie, która zajmowała nam dni i myśli, i wcale tego od Laurenta nie oczekiwała. Miała jednak nadzieję, że da temu czas, nie podda się po drodze jakiejś pokusie napisania do Philipa, albo odwiedzenia go – i cały ten cyrk zacznie się wtedy od nowa. – Daj sobie po prostu czas. Dużo czasu. Jestem pewna, że on ma bliskich, do których może się zwrócić o pomoc, jak na przykład ten jego brat. Poradzi sobie bez ciebie, a ty bez niego, tak? – posłała mu kolejny, może nieco blady uśmiech, na pewno jednak szczery.

A potem nastała dłuższa chwila ciszy ze strony Victorii, po której po trosze poczuła się, jakby ktoś uderzył ją z pięści w żołądek – i wtedy już aktywnie uciekła, chowając się bardzo intensywnie za oklumencją, nie chcąc dać po sobie tego, co poczuła, kiedy o tym powiedział. Że ją zabolały jego słowa. W ciszy nalewała im herbatę do filiżanek, odstawiła dzbanek i dopiero się odezwała, szybko zabierając ręce, by ukryć ich drżenie. Spokojnie, ważąc słowa, szukając tych odpowiednich.

– Z Pandorą rozmawiałam raz, z Florence kilka razy, ale nie umawiamy się na ploteczki nad herbatką, jeśli o to się martwisz. A z Atreusem mamy inne tematy – chociaż Bulstrode już raz raczył zauważyć, że coś często widuje ją z Laurentem… Ach, a nie wiedział nawet połowy! Ale nie, Laurent jakoś prawie wcale nie był przedmiotem ich wspólnych rozmów czy to w pracy, czy poza nią…

Naprawdę chciał sobie udowodnić, że nikomu nie można ufać? Absolutnie nikomu? I że lepiej jest zniknąć? Za dobrze pamiętała co czuła w czerwcu, gdy inna ważna dla niej osoba też postanowiła zniknąć, a teraz wcale nie czuła się lepiej.

– Naprawdę uważasz, że nikomu nie można ufać? Albo, że bez ciebie byłoby lepiej na tym świecie? – odezwała się po chwili równie cicho, ale bez wyrzutu, którego można się było spodziewać. Raczej w jej głosie pobrzmiewało coś znacznie innego – troska.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#12
07.12.2024, 11:50  ✶  

Z drugiej strony czy teraz takie rzeczy nie przyciągały najwięcej uwagi? Te, które wiazały się z emocjami i nagle stawiały pytanie, czy to będzie miało jakiekolwiek konsekwencje? Kiedy każdy każdemu potrafił na dłonie spoglądać - Laurent potrafił teraz bardzo podejrzliwie zerkać na osoby czarodziei czystej krwi, którzy byli gdzieś obok, a którzy nie byli częścią jego rodziny, albo nie znał ich tak dobrze, jak Victorii. Gdzieś w kąciku głowy ciągle miał tę samą myśl. Czy on jest jednym z nich? Mimo strachu nie przeszkadzało mu to prowokować. Tak jakby ta prowokacja mogła coś zmienić, jakby jego ciało mogło być tropem do złapania tych, którzy powinni być złapani. Nie, nie bał się stawiać czoła tym bandytom. Ktoś musiał. Co innego jednak walczyć z nimi, a co innego artykuł, który sugerował banialuki i można było się stać ofiarą po raz kolejny tylko dzięki "inteligencji" dziennikarzy. Wymykało się to spod kontroli.

- Cóż... takie rzeczy chyba zawsze są nieco... magiczne. Nie znam się za bardzo na tego typu przedmiotach. - Przesunął palcem w zamyśleniu przez ten konkretny pierścionek, przesuwając go w jedną to w drugą stronę. Nie spodziewał się tego, że może to wzburzyć aż tyle wątpliwości albo emocji. To była bardzo wybiórcza paranoja - ta jego. Albo może wybiórczość dyktowana była ładunkiem emocjonalnym? Tak. Na pewno tak. Nie pomyślał nawet o tym, że może mieć to tak skomplikowane działanie, jak mówiła Victoria. Z jednej strony potrafił nie ufać nawet słowom wypowiadanym pod veritaserum, z drugiej ufał w to, że ta biżuteria działała dokładnie tak, jak została opisana. Był przekonany, że Flynn go nie okłamał w tym temacie. - Victorio, spokojnie... - och nie, nie mówi się przecież "spokojnie" do osoby poddenerwowanej, ale to był odruch. - Na pewno nie słucha moich myśli i na pewno nie ma podsłuchów. Wierz mi. To bezpieczne narzędzie... i przydatne przy moich kłopotach. - Nawet nie pomyślał, że można coś takiego stworzyć, dopóki tego nie dostał. - Muszę go bardzo intencjonalnie użyć, żeby zadziałał. Gdyby było inaczej już bym to zauważył. Naprawdę. - Może coś innego by ją uspokoiło? Przesunął się na krześle bliżej i pogładził ją po policzku. - Flynn ma kompleks bohatera. Czytał o Śmierciożercach i niektórych moich nieprzygodach. Prawdę mówiąc czuję się z tym bezpieczniej. Potrafię poznać, kiedy Flynn jest szczery, a kiedy coś mąci. - Zdawał sobie sprawę z tego, że to może akurat jej nie uspokoić, ale do takich rzeczy Laurent potrafił mieć oko, a raczej - intuicję. Całkiem dobrze wyczuwał ludzi - ta empatia go zabijała, ale była i jak na razie nigdzie nie znikała. Inna sprawa, że ta ufność... taaak. - Mogę go teraz zdjąć, jeśli ci to pomoże. Przy tobie i tak czuję się bezpiecznie. - Zaoferował więc taką alternatywę, bo może to pomoże Victorii?

Pokiwał trochę głową na boki na następne zagadnienie, z taką niepewnością - sam nie wiedział, na czym to polegało. Część z tego, jak podchodził przez ostatnie lata do ludzi - wiedząc, nie pozwalając sobie, że to nie będzie poważne. Na własne życzenie, co? A potem coś się zmieniło, rozpadło i nagle potrzeba czegoś stałego była rwąca i dusząca. Ale zaraz niepewność ustąpiła miejsca pewności i szczerego, ciepłego uśmiechu. Wyszeptał do niego "dziękuję" niewypowiedziane na głos - nie dlatego, że się tego słowa wstydził. Dlatego, że tu i teraz nabrało to całkiem intymnego charakteru. Uwielbiał rozmawiać z Victorią, kochał jej mądrość, jej ostrożność, uwagę. To, że tak się starała go nie zranić, ale wcale nie wahała się powiedzieć, że coś jest nie tak. Często otwierała mu oczy, czasem nawet jednym zdaniem. I działało to nawet wtedy, kiedy do wielu spraw potrafili mieć inne podejście. On ją szanował - tak jak ona szanowała jego.

- Nie... nie, miałem na myśli tylko te osoby... takie osoby jak Philip, czy Kayden... - Innymi słowy - mężczyzn, którzy byli kochankami, a którzy nie potrafili i nie chcieli odpowiedzieć na jego potrzeby. Dobrze chyba wychodziło, prawda? Skoro ich charakter pokazywał się dostatecznie szybko, żeby Laurent się otrząsnął. - Wiem, że sprawiłbym wiele przykrości i nie chcę zostawiać bliskich... ciebie i rodziny. - Przyjaciół. Dlatego nie potrafię uciec do morza. - Czasem miałem takie myśli, że... lepiej byłoby, gdybym w ogóle się nie urodził. Bywam taki zmęczony i oszołomiony tym wszystkim, tym... - skurwysyństwem - ale przecież to nie było słowo, które wytoczyłoby się z jego ust. - Nie wiem, co to był za kryzys, ja naprawdę chcę żyć, Victorio. Bardzo. Chcę żyć... z całych sił. - Które jeszcze miał w tym truchlejącym i słabowitym ciele.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#13
07.12.2024, 17:56  ✶  

Victoria nie miała takich myśli, takich dylematów, kto jest, a kto nie jest jednym z nich. Nie była ciekawa, nie po tym, kiedy zobaczyła tatuaż na przedramieniu tak drogiej jej osoby i ważniejsze było dla niej, by to pozostało tajemnicą jak najdłużej, a nie dowiadywanie się, czy ktoś z rodziny czy przyjaciół też jest po tamtej stronie barykady. Nie potrzebowała się nikogo prowokować, bo co to zmieniało? Wystarczało, że miała prace jaką miała i na co dzień uganiała się za czarnoksiężnikami (w duchu licząc na to, że nigdy nie stanie naprzeciwko Sauriela, na szczęście nie był tak głupi, na jakiego się kreował).

– Na loterii z okazji Lammas rozprowadzano czarnomagiczne obiekty pod nosem brygadzistów i aurorów, to pomyśl o ile łatwiej taki wcisnąć komuś prywatnie – ba, sama taki wygrała w loterii i nie zorientowałaby się, póki by go nie użyła tylko dlatego, że miała go w torebce, a podczas pisania raportów z Atreusem, jej pióro się złamało. I pewnie nawet nie wiedział, że taka sytuacja miała miejsce. Nie, widziała, że Laurentowi to nawet przez myśl nie przeszło – chociaż wszystko wskazywało też na to, że jego znajomy, były kochanek, zorganizował napad na jego włości. – Na jaką odległość to w ogóle działa. Wiesz? – może od tego w ogóle powinni zacząć. – W jakiś sposób chyba jednak słucha, ten obiekt, skoro reaguje na intencję w myślach i może podać twoje dokładne współrzędne drugiej stronie, dzięki czemu ten Flynn może się do ciebie teleportować nawet, jak nie zna miejsca, w którym jesteś, hm? Na twoim miejscu bym z takim czymś uważała – wyobrażała sobie teraz tysiąc różnych przeznaczeń takiego obiektu i to w bardzo niewłaściwych rękach. Jak na przykład zorganizowane włamanie, napad czy inne rzeczy – i wystarczyło by tylko, że jedna osoba się gdzieś dostanie. Jedna osoba. Reagowanie na intencję, emocje, myśli – nie, dla niej, jako dla aurora i oklumenty, to było trochę za duże pogwałcenie prywatności i przede wszystkim bała się teraz, że taki Flynn mógłby się do jej własnego mieszkania teleportować ot tak, choć nigdy tu nawet nie był (a z tego co o nim usłyszała, to wolała, by tak pozostało). Wierzyła Laurentowi, a raczej wierzyła, że on w to wierzył. Za to za grosz nie ufała takiemu pierścionkowi, bo to wszystko brzmiało zbyt dobrze, by było prawdziwe. Zbyt pięknie, hm? Piękna bajeczka, którą kupiłby spragniony miłości i atencji Laurent. – Więc architekt, któremu bardzo chcesz pomóc – i który zaserwował mu łazienkową traumę, choć tego na głos nie powiedziała – nagle jest też jubilerem potrafiącym tak zakląć pierścionek i kolczyk, by te reagowały na twoje myśli i intencje, żeby on mógł, niczym rycerz na białym rumaku, teleportować się skądś dokądkolwiek się udałeś, nawet jeśli on nie wie gdzie to jest? – gdzie był haczyk? Nawet nie wiedziała, co Laurentowi powiedzieć na to, że potrafi poznać, kiedy tamten go okłamuje. – Tak, poproszę – o ile to oznaczało, że ten przedmiot przestanie wtedy działać, chociaż nadal nieufnie patrzyła na pierścionek. – Wybacz, ale bardzo źle reaguję na cokolwiek, co może wejść do głowy i odczytywać z niej… no… cokolwiek – zakończyła kulawo i skrzywiła się. – Jestem oklumentą od lat, a nawet ja nie jestem odporna na wszystkie wpływy. Wystarczy spojrzeć na Beltane. Albo na to, co się działo w Windermere. Byłam tam bezbronna, nawet nie poczułam, że coś wślizgnęło się do mojej głowy i poprzestawiało moje myśli i moje działania – dodała to znacznie ciszej, nie patrząc już teraz nawet na Laurenta, za to skupiła się na mieszaniu łyżeczką w jej filiżance, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie. – Po opuszczeniu Windermere wszystko stało się jasne i myśli wróciły do normy, ale dopiero z tamtej perspektywy mogłam zobaczyć co się stało. I bardzo tego żałuję, wiesz? – tego, co zrobiła, nie do końca będąc sobą. Co więc, jeśli ten przedmiot potrafił zadziałać równie niewidocznie? Zwłaszcza na kogoś, kto nawet nie potrafił bronić swojego umysłu.

Kiwnęła głową i lekko się uśmiechnęła, na to niewypowiedziane „dziękuję”. Nie śmiała jednak tego momentu zepsuć, ani przerwać paplając.

– Czyli jakie? – nie do końca umiała znaleźć porównanie pomiędzy Philipem a Kaydenem. W tym drugim był zakochany, tak? Znał go krótko i emocje były intensywne. Ale Philip to przecież były lata… I nie było to nic poważnego, czyż nie? Spotykał się z Philipem w czasie, kiedy spotykał się też z nią – znaczy spotykał, bo teraz też się widywali, ale w zupełnie innym charakterze. – To nie jest prawda, kochanie. Bardzo dobrze, że się urodziłeś – a na pewno ona była za to bardzo wdzięczna. – Czemu do mnie nie przyszedłeś, jak miałeś kryzys? – ona mu zawracała gitarę, kiedy miała taki moment, mógł się jej przecież „odwdzięczyć” tym samym.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#14
07.12.2024, 21:09  ✶  

- Naprawdę? - Również brał udział w tej loterii, ale nic niepokojącego mu nie wypadło. Najbardziej niepokojący mógłby być eliksir chaosu, ale nie pomyślał nawet nad tym, żeby uznać to za niepokojące. Zainteresował się tym, no bo co miał jej powiedzieć oprócz powtórzenia tego, co już usłyszała? Nie musiała ufać Flynnowi - wręcz nie spodziewał się, że zaufa znając jej charakter. Tak samo jak akceptował przegraną sprawę, że zaufa jemu. Byłby jednak hipokrytą, gdyby nie rozumiał paranoi. Rozumiał. - Odległość teleportacji, im dalej tym niebezpieczniej, więc... to nie jest do końca bezpieczne. - Dlatego nie korzystał z niego podczas tonięcia statku. Już tak pokiwał tylko głową na znak, że tak, ma rację, trzeba uważać, bo podzielał to zdanie. Ufać obcemu... dla niej to był zupełnie obcy i całe multum niestworzonych historii biegnących po jej głowie. Przytakiwał w zasadzie dla jej spokoju, bo on sam zaniepokojony był tylko koniecznością ściągnięcia pierścionka, a nie noszeniem go. Chociaż w pewnym momencie był blisko ciśnięcia nim w morze. Ściągnął pierścionek, bo ostatnie, czego chciał to denerwowanie jej. Zresztą tak jak powiedział - przy niej mógł go ściągnąć bez problemu. Podzielałby to uczucie przy Florence i Atreusie, pewnie przy Edwardzie, chociaż po tym, jak pozwalał mu się dusić na podłodze to zwątpił, czy to nie przed nim potrzebował największej pomocy. Wyciągnął dłoń i położył ją na jej dłoni. - Wiem, jakie to dla ciebie ważne. - Uspokoił ją. - To jednak nie może czytać twoich myśli, skoro łączy noszących przedmioty. - Więc to nie na nią wpływał. Chciał dodać, że podał Flynnowi veritaserum, dlatego dobrze wiedział, jakie mężczyzna ma intencje, ale zrezygnował. Czy to by coś w ogóle zmieniło w jej mniemaniu? W jego odczuciu nie. Akceptował jej uprzedzenia i nieufność. Co innego mógł zrobić? Upierać się przy swoim? Żeby sprawić jej dyskomfort? Nie. - To, co się działo w Windermere... - Pokręcił głową lekko. - Trzeba to zostawić za sobą i się nie oglądać. - Powiedział to innym tonem już, wycofanym. Bo to też było za tamą. I powinno tam zostać. Ta śmierć, ta agresja, to... to wszystko.

- Osób, które chcą mnie zerżnąć i nie oczekują wiele więcej. - Przesunął palcami po platynie włosów i teraz zamiast obracać pierścionek na palcu - obracał go w palcach. - Rozmawiamy cały czas, ja... mówiłem ci ostatnio, że chyba tracę rozum. - Teraz patrzył na to nieco pozytywniej, nie malował tego aż tak czarnymi kolorami. - Nie myślę tak na co dzień, więc spychałem to gdzieś w kąt, zapominałem, brałem za... pomyłki. Ale tamtego dnia... nie wiem, Victorio. Mam wrażenie, że miałem... po prostu opadałem w dół i już nie myślałem o niczym. - Było coraz gorzej z tygodnia na tydzień. - Wiesz, ja nie ufałem Flynnowi. Ale jego intencje są dla mnie całkowicie jasne. Nie ma tam miejsca na kłamstwo. I nie, to nie on stworzył pierścień. Znam jubilerkę, która go zrobiła. Nie mam wątpliwości, że jest zdolna do tworzenia takich artefaktów. - Jedna cofnął się do tego, z czego zrezygnował. I zrezygnował po raz drugi. W obliczu tego wszystkiego zależało mu nawet nie na tym, żeby przekonała się do pierścionka, tylko żeby miała lepsze mniemanie o tym mężczyźnie. I tak wątpił, że się polubią. Nie musieli się jednak lubić. Miał wątpliwości co do pewnej dozy prywatności... niektóre rzeczy powinny po prostu zostać między dwoma osobami. Ale w gruncie rzeczy najbardziej mu było przykro, że ona i tak mu nie ufała. Rozumiał, z czego ta wątpliwość może wynikać, zmartwienie, on też miał tę wątpliwość do wampira, z którym się zadaje. Chcą dla siebie jak najlepiej. Jak najlepiej. - Opowiadaj lepiej, jak z tym Egiptem.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#15
07.12.2024, 23:58  ✶  

Przecież nie robiła sobie jaj, ani nie straszyła go, bo miała taki kaprys i chciała nim wstrząsnąć. Nie odpowiedziała więc na to, jedynie westchnęła.

– Okej, chociaż nadal jest dla mnie dziwne, że na aż tak ogromną odległość działa jakieś magiczne przywoływanie i podawanie dokładnych współrzędnych – i to ją prawdę mówiąc tak bardzo martwiło: że można było się do kogoś teleportować, nie znając tego miejsca i nie do końca się na nim skupiając, a na osobie, to podważało prawa teleportacji w pewnym sensie… Brzmiało jak anomalia. Jak anomalia, którą sama była. I jednocześnie doskonale wiedziała, że nie ma rzeczy niemożliwych, tylko, że wszystko ma swoją cenę. Wszystko. Nawet legendarny kamień filozoficzny, który w teorii pozwalał czerpać bez ponoszenia kosztów. Bo ten został zapłacony przy jego tworzeniu. – Ale być może może twoje, jedną część rozmowy, wszystkie emocje, które odczuwasz tutaj w stosunku do tego, o czy mówimy, do mnie, do czegokolwiek, co przepłynie przez twoją głowę. To bardzo prywatne miejsce, głowa. A ja nie bez powodu zapłaciłam za wyciszenie tego budynku przed możliwością podsłuchu z zewnątrz, bo chciałam się tu czuć… wolna, bez masek i bez barier – uśmiechnęła się do Laurenta i było w tym uśmiechu chyba coś smutnego. – Może panikuję bez potrzeby, może to jest najbezpieczniejsza rzecz pod słońcem, ale ciężko mi w to uwierzyć z wielu powodów – które oczywiście mogła mu przedstawić, ale chyba nie za bardzo nawet chciał. – Łatwo powiedzieć i trudniej zrobić, zwłaszcza jeśli przekroczyło się swoje granice – odparła Laurentowi, słysząc jego wycofanie. Nie wiedziała, czego on doświadczył, zanim się tam spotkali, ale tak samo on nie wiedział, czego doświadczyła ona. Nikt nie wiedział, oprócz samego zainteresowanego, a ją to gniotło, bo nie czuła się z tym dobrze, nawet jeśli to nie była ona. Nadal jednak było to jej ciało i pamiętała to doskonale. Mógł za to pamiętać jej oburzenie, kiedy wyczuła wtargnięcie Perseusa do jej głowy, by zobaczyć tylko aury – nie wymyśliła sobie więc tego teraz.

Spojrzała na niego zaskoczona doborem słownictwa.

– Och. Myślałam, że… – zmarszczyła brwi, bo sądziła, że Philip właśnie oczekiwał czegoś więcej, tylko, że i on i Laurent zupełnie się rozmijali w potrzebach. Pokręciła jednak głową do tej ulotnej myśli. – Wiem, że nie myślisz tak normalnie – i wiedziała, że ma gorszy okres, ale przy tym… – Skoro było tak źle, mogłeś mi powiedzieć. Zabrałabym cię do domu, wyrwałabym się stamtąd szybciej. Przecież nie zostawiłabym cię z tym samego – ale… chciał się zająć sierotką Astarothem, wiedząc, że ten nad sobą nie panuje. Lestrange przyglądała się Laurentowi przez moment w ciszy. – Wiem, że mu ufasz,  ty zawsze widzisz w ludziach to, co najlepsze, zwłaszcza, kiedy bardzo chcesz to widzieć – czy nie tak było zawsze? Laurent potrafił dość nieświadomie wręczyć drugiej osobie część swojego serca na dłoni. – Ale ja słyszę o tym mężczyźnie od ciebie drugi raz, a pierwszy był bardzo… Bardzo negatywny – dla Laurenta mogła być to długa i ważna relacja, ale ona widziała to zupełnie inaczej. – Wiem, że bardzo cię skrzywdził, że pojechał po twoich strachach i emocjach i to mi się nie podoba. To nie jest stabilne – a Laurent też przecież… tak jak mówił: rozpadał się, było coraz gorzej. Ten mężczyzna wzbudzał w nim wiele emocji, skrajnych, i chyba dlatego tak go do siebie przyciągał. – Teraz się cieszysz, a ja się boję, co się stanie, jak znowu postanowi sobie podciąć żyły w twojej łazience – przecież dla Laurenta to będzie zbyt wiele. – Czyli ten komplet robił ktoś inny? – osoba trzecia w równaniu, która mogła przecież tak wiele w ufności do wszystkiego zmienić. Victorii było przykro, że Laurent tego nie widział, że to, że ufał jednej osobie, nie znaczyło wcale, że twórca tego czegoś nie dodał czegoś od… siebie.

– Z Egiptem… – westchnęła, widząc w Laurencie ucieczkę i próbę zmiany tematu. Nawet nie tknął tej herbaty, którą dla nich zrobiła. – Z Egiptem to jest tak, że cieszę się, że nie byłam tam sama. Niestety nie było tak kolorowo, jak mógłbyś przypuszczać. Coś tam się dowiedziałam, oczywiście zupełne przeciwieństwo tego, co wiedziałam do tej pory, więc mogę sobie wybrać teorię, która mi będzie bardziej leżeć – przewróciła oczami. – Ale ta, na moje, ma więcej sensu. Raczej nagle nie umrzemy, ja i reszta – ale to, co miała do powiedzenia, było ważne, bardzo ważne i bardzo… Lepiej, żeby nie wiedziało o tym dużo osób. Zerknęła tutaj na pierścionek Laurenta. – Jeśli mam ci powiedzieć to co wiem, to wolałabym mieć pewność, że nikt niepowołany tego nie usłyszy i że zostanie to pomiędzy nami – dodała ciszej.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#16
10.12.2024, 20:06  ✶  

Taka była rola bliskich, którzy kochali cię naprawdę - martwienie się na zapas, "panikowanie bez potrzeby". W 999 przypadkach będzie to rzeczywiście bez potrzeby, a 1000 akurat z potrzebą. Nie chciał zatruwać swoich myśli kolejnym zmartwieniem - miał ich aż nadto. Wybór był jego, nadmiernie aż świadomy, ale o czymś raz usłyszanym ciężko zapomnieć. Niektóre rzeczy mogły przelecieć koło ucha, ale takie jak te nie przelatywały. Nieco żałował, że się odezwał w związku z tym.

- Rozumiem, naprawdę. Nie martw się, już wszystko w porządku. - To jest: nie martw się o swoją prywatność, jest w pełni bezpieczna, ale zakładając, że ten pierścionek nie działał tak, jak działał, a miał jeszcze dodatkowe zastosowania podłożone jak pluskwy do czyjegoś łóżka (heh) to znaczy, że w zasadzie ta prywatność już nigdy nie będzie wcale do końća... prywatna. Te rozmowy gdzieś zapisywały się we wspomnieniach i emocjach. Trudniej jednak wygrzebywać z przeszłości obrazy i dźwięki niż słuchać ich, czy też przypatrywać się im, w teraźniejszości. - To prawda. Niestety musimy z tym żyć. - Ze wszystkim, co stało się w Windermere, gdzie nikt do końca nie był sobą. Nie każdy jednak zrobił tak drastyczne kroki, jak zrobił on czy ona. Czy czuł się przez to zdruzgotany, że COŚ przejęło nad nim kontrolę? Magia była częścią tego, że nawet umysł mógł zostać pogwałcony. Wiedział, że nawet jego głos mógł przebić się przez tarcze oklumentów. I bardzo pracował nad tym, żeby tak się mogło stać. Magia zauroczeń i eliksiry wszelkie z tym związane były jednymi z podlejszych. W sercu Victorii magia ta miała specjalne miejsce.

- Człowiek może wiele rzeczy, ale czasem mądrzy jesteśmy po fakcie. - Niestety. Były też takie momenty, kiedy nawet po fakcie nikt nie mądrzał, a tylko pogrążaliśmy się głębiej w ogłupieniu. On też mógł wiele rzeczy. Na wszystkie był za głupi, ale już miał dość życia w jakimś kole poniżenia i niepewności. Oparł przedramiona na blacie i podniósł wzrok na Victorię. - Nie jest stabilne, bo jak ma być, skoro to dopiero jakiś... jakikolwiek start. - Jakikolwiek. Czegokolwiek. Wiedział, że z tego będzie problem pewnie ze sporą ilością osób. Może nawet donikąd to nie doprowadzi i za miesiąc będzie po wszystkim. Nie potrafił być niczego pewien - bajkowe i zyli długo i szczęśliwie po prostu nie istniało. O tym też już nie miał ochoty mówić. Lekko pokręcił tylko głową i sięgnął po filiżankę, skupiając spojrzenie na jej zawartości i tylko krótko uśmiechnął się w podziękowaniu na nią. Miała wiele racji, ale te racje były jak deszcz wsiąkający w kaptur płaszcza. Wcześniej były kroplami na szybie. W końcu się na nie wystawiasz, wychodzisz do nich, bo mają coś do przekazania, ale zmieniają tylko to, że znowu wszystko jest kurewsko smutne, bezsensowne i zimne. Nie, nie chciał o tym rozmawiać. Bardziej nie chciał nikogo martwić, bo czuł się tylko ciężarem. Czy naprawdę myślisz, że byłoby lepiej bez ciebie..? Cóż, gdyby to ująć inaczej... tak. - Tak. - Odparł ciszej. Żałował, że nie potrafił krzyczeć. Że te wszystkie emocje tylko się w nim kotłowały, napinały, a potem zostawały mu tylko zgliszcza i rezygnacja. Że tak go chwalono za piękne posługiwanie się słowem, a nie potrafił w pełni wyrazić swoich myśli, opisać emocji.

Całkowitym odcięciem od tego tematu była ta najważniejsza informacja, którą BARDZO chciał usłyszeć. Emocje uderzająca tak mocno, że gdyby stał to zrobiłyby mu się miękkie kolana, a on nie miałby pewności, czy właśnie nie leci gdzieś w dół. Aż odetchnięcie wydobyło się z jego płuc. Oparł się mocniej o ten blat, a jedną dłoń ułożył na swojej klatce piersiowej.

- Niepokoi mnie ta dowolna interpretacja, ale... to sto razy więcej, niż mieliśmy do tej pory. - Niepewność nadal wygrywała tercet melodii życia i śmierci Victorii Lestrange, ale nie była już skrzypcami głównej linii melodycznej. Stała się ledwo kontrabasem ukrytym pod kompozycją wielu innych instrumentów. - To znaczy..? - Z lekkim zaskoczeniem spojrzał na pierścionek, potem na nią. - Co byś chciała, żebym z nim zrobił? Schował do kieszeni?



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#17
11.12.2024, 22:46  ✶  

Laurent nie zatruwał nikomu myśli kolejnym zmartwieniem, bo ci, którzy go znali i tak wiedzieli, że mężczyzna prędzej czy później się w coś wpakuje, w coś, co nie będzie dobre dla niego, będzie cierpieć, albo znowu się odwali coś dziwnego, typu ktoś go napadnie, zaatakuje i tak dalej. To zaczynał być powoli jakiś schemat, po którym Laurent chodził z minami smutnego pieska przez przynajmniej tydzień.

I to ją martwiło i bolało. Że znowu się w coś wpakuje, że jego delikatne serce znowu zostanie ściśnięte i się rozsypie. I jednocześnie wiedziała, że on tak samo się martwi o nią – nie potrafił tego tak dobrze ukrywać jak ona (nawet jeśli wcale tego przed nim nie kryła), a raczej – po nim było to widać niemalże od razu. Tyle, że byli ulepieni z innej gliny; ona potrafiła wiele swoich emocji oddzielić, ścisnąć w pudła i w ciemne kąty swojego umysłu, przez co wiele rzeczy wyglądało, jakby po niej po prostu spływało… chyba, że wiedziało się, gdzie patrzeć, albo było już tego tak dużo, że ją to przerastało… Każdy miał przecież swoje granice.

Posłała mu blady uśmiech i ścisnęła ze sobą palce, a następnie usta.

– Tak… tak – teraz to ona się wycofała, czując, że to nie jest temat, o którym Laurent chciał rozmawiać – Windermere. Sama zastanawiała się, ile jeszcze wytrzyma; rozmawiała o tym z Saurielem, ale bez szczegółów, nie chciała tego na niego zrzucać, nie po tym, jak delikatna stała się ich relacja i w zasadzie nie bardzo miała z kim o tym pogadać, zrzucić to z siebie całkowicie, nie czując się oceniana. Laurentowi by powiedziała, wiedziała, że by zrozumiał, ale nie chciał, więc… Sama zastanawiała się, co jego tak męczyło z tamtego dnia. To, co stało się podczas walki z Adrią? Jak rzucił się na Perseusa? Była przy tym i widziała co się działo, to zupełnie nie była jego wina i przede wszystkim dlatego zrozumiała, czym jest ten okropny kocioł, który bez konsultacji z kimkolwiek z Ministerstwa po prostu zniszczyła, nie chcąc, by wpadł w jakiekolwiek ręce – ale tego pewnie też nie wiedział. Tak jak tego, co ją tak bardzo męczyło, bo prawdę powiedziawszy, odkąd się w Windermere widzieli, jej zachowanie było chyba najnormalniejsze ze wszystkich w ich grupce poszukiwawczej. Wszyscy zachowywali się dziwnie… oprócz niej. Bo osoby, przez którą zachowywała się jak nie ona, już wtedy dawno tam nie było – jej umysł był czysty, chociaż nie miała o tym pojęcia, dopóki nie opuściła tego cholernego miejsca.

Wiedziała, że ta magia potrafi być przydatna, używała jej i nawet użyła na kimś ostatnio, w sposób, w jaki nie chciała, by była użyta na niej kiedykolwiek. I chociaż nie lubiła, kiedy ktokolwiek zerkał na jej umysł, to zgodziła się ćwiczyć z Atreusem, by lepiej mu szło odczytywanie aur – bo było to przydatne. Z Laurentem też mogła ćwiczyć, bo mu ufała, że nie zrobi jej niczego złego, ale nigdy nie zaproponował.

– Wiem… Ale zobacz jak mało czasu minęło od tego momentu, kochanie. Dwa tygodnie? To tyle, co nic, w tym czasie mało co jest w stanie się zagoić w sercu i umyśle. To jest… wiesz, ze skrajności w skrajność – tym bardziej, że po drodze miał randkę z jakimś mężczyzną, rany przez Philipa, z którym i tak wybrał się na rejs… jeszcze to Windermere i Astaroth, i nieudana terapia z psychiatrą, który na niego leciał. Tak dużo się działo, w tak krótkim czasie, jak tu zagoić serce? A tu kolejny romans z kimś, kto już go zdążył w tym krótkim czasie zranić tak, że wolał uciec do niej na noc, bo bał się patrzeć na własny dom. Victoria bała się, że to tylko kolejny plaster na rany, bandaże by ukryć to, co się działo, nie pozwalając, by to wszystko faktycznie się zagoiło i oddychało. A potem ktoś pociągnie za ten plaster i zerwie źle wykształcony strup i będzie bolało jeszcze bardziej. Aż powstanie blizna. – Zrobisz jak zechcesz, oczywiście, to jest tylko i wyłącznie twój wybór i nie będę go kwestionować, ani oceniać. Ale i tak się będę martwić – posłała mu leciutki uśmiech. – Obiecasz mi coś? Jeśli coś złego się stanie, proszę przyjdź do mnie – przecież nie powie mu „a nie mówiłam?” – nigdy by mu tego nie zrobiła. Niezależnie od tego, co się działo, i tak wzięłaby jego stronę, przecież od tego byli przyjaciele. I od powiedzenia ci, że robisz źle – bo ktoś ci to przecież musiał powiedzieć. – Hm? Co tak? – zmarszczyła lekko brwi, nie rozumiejąc skąd się to brało.

– Wierz mi, to dopiero początek – uśmiechnęła się może nawet trochę smutno, a potem westchnęła i przeniosła na moment spojrzenie na pierścionek. Myślała. Myślała jak to zrobić, bała się, że to, co mu powie, mógłby usłyszeć ktoś niepowołany, a to zagrażało życiu jej i innych Zimnych b a r d z o. Lekko ścisnęła w pięść lewą dłoń, po czym ją zaraz rozprostowała i spojrzała na Laurenta. – Może— hmm… Może mógłbyś go tu zostawić? Na stole. Pójdziemy porozmawiać do mojej sypialni, potem sobie po niego wrócisz? Proszę – czy to był strach, to co przez nią przechodziło? W jej oczach? Mógł być. Victoria bała się naprawdę małej ilości rzeczy, a jednak… Były takie. To, co wydarzyło się w Egipcie w końcu uderzyło pełną mocą, to co chciała jej zrobić nekromantka, myśl o tym, że wcale by tam nie umarła, a najpewniej byłaby obiektem do eksperymentów. Wiedząc, co potrafiła zrobić biednej jaszczurce… Tak o. – Nic ci się przy mnie nie stanie, obronię cię, zawsze – zresztą… kto miał się tutaj zjawić i coś mu zrobić? Astaroth? Nawet nie wiedział, gdzie mieszkała, bo spotkała się z nim w domu w Dolinie Godryka.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#18
12.12.2024, 20:25  ✶  

Nie było raczej takich tematów, które by zatrzymywał i nie chciał w ogóle poruszać. Dalej ciągnąć - czasem tak. Kiedy rzecz stawała się aż zbyt przytłaczająca... ale w ogóle nie chcieć rozpocząć? To nie sam temat był aż taki winny - to wszystko, co go dotyczyło. Windermere. Ta zamurowana ściana się chwiała, była krucha, mogła rozpaść się pod byle tchnieniem. Nie możemy jej na to pozwolić - musi stać, trwać i musimy się upewnić, że nic jej nie rozburzy. Przynajmniej nie teraz. Nie w tej chwili. Może nawet nie jutro. Bardzo potrzebował chociaż malutkiej chwili pozornej stabilności bez uczucia, że zaraz fala wody zza tamy podetnie mu nogi i znowu zacznie się dusić. Już ciepło i głębszy wdech dały znać o tym, że ta cegiełka, źle włożona, przeciekała.

- Mam wrażenie, że minęła wieczność. - Albo co najmniej pół roku, co? Zupełnie tak, jakby w jakimś innym uniwersum czas płynął inaczej, szybciej. Bardzo dziwne, doprawdy... - Potrzebuję czegoś, żeby to zagoiło. - Czegoś... kogoś? Zniknięcia, rozpłynięcia się? Gdziekolwiek, w kimkolwiek, w czymkolwiek. Było do tego nieebezpiecznie bliskooo jeszcze parę dni temu. Już nie został na jego ciele żaden ślad po tamtym wydarzeniu. - Potrzebuję bandaża. - Z gazą, najlepiej całkiem czystego, albo specjalisty od wyciągania z krwioobiegu jadu. Victoria by sobie pewnie z tym poradziła, być może nawet bez większego instruktażu. Tylko że ona miała swoje problemy i swoje życie, a ich miłości krzyżowały się na pułapie agape - daleko im było do phili w tym momencie. Tak, właśnie - plaster. Bardzo dobrze o tym myślała. Gdzieś ciągle krążyło pytanie na jego ustach a jak u ciebie, ale to pytanie nie padło. Jeszcze. Było lepiej - to widział. Musiało być o wiele lepiej, nie tylko troszkę, nie tylko odrobinkę. O wiele. Opuściło go nieco powietrza - w ten pozytywny sposób. Ten, który sprawiał, że przestawałeś się tak napinać i pojawiała się odrobina ulgi. - Do kogo, jeśli nie do mojej bohaterki. - I taka była prawda, chociaż nie zawsze Victoria przychodziła mu jako pierwsza na myśl - czasem była to Florence. Na pewno nie chciałby zapraszać jej w podwoje Keswick, chociażby, do konfrontacji z własnym ojcem. Jakieś brawa się należały Edwardowi - nie licząc mordercy ze snów, to był on najbliżej udanego zabójstwa Laurenta. I był przy tym przekonany, że niczego złego nie robi. - Ach... tak... że osoba trzecia robiła pierścionek. - Wyrwało mi się. Ta odpowiedź była szybsza zanim dobrze się nad nią zastanowił. - Przez moment chyba zamajaczyłem we własnych myślach. - I powinienem za to przepros... nie, właśnie NIE powinienem za to przepraszać. Nauka nie przepraszania za oddychanie była trudniejsza, niż mu się wydawało początkowo.

Podniósł się trochę niepewnie, spoglądając nieufnie na ten pierścionek. Nie dlatego, że nie ufał pierścionkowi - dlatego, że nie ufał jego zostawieniu. Ale powoli położył go na blacie. I wcale nie czuł się tak komfortowo, jak powinien się czuć. Właściwie w ogóle nie czuł się komfortowo. Serce czuł bardziej, mierzył każdy swój oddech, ale mimo tego złożył ze sobą dłonie i uśmiechnął się do Victorii zachęcająco. I tu nie chodziło o zaufanie Victorii, tym bardziej zaufanie Flynnowi - tu chodziło o to, jak przedmiot potrafi być bezpośrednio połączony z czyimś poczuciem bezpieczeństwa. Jak zwykły przedmiot potrafił odmieniać klimat scenerii, która nas otacza. Laurent przykrył pierścionek spodkiem od filiżanki - tylko po to, żeby koty nie uznały go za wystarczająco ciekawy przedmiot do zabawy.

- Nie chciałem, naprawdę, żebyś poczuła się źle... - Czuł się winny temu, że wprawił ją w takie zakłopotanie i takie problemy, że poczuła się zagrożona we własnym domu. Nie było niczego gorszego, prawda?



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#19
12.12.2024, 22:27  ✶  

– To jest wyjątkowo długie lato. A pod pewnymi względami bardzo krótkie – uśmiechnęła się blado do Laurenta, bo sama miała wrażenie, że niektóre rzeczy były rozciągnięte niczym masło na zbyt dużej kromce chleba, a na inne było tego czasu zbyt mało. Czuła się, jakby jej załamanie nerwowe trwało znacznie dłużej niż… półtorej miesiąca? Dwa miesiące? Fakt, że się pozbierała, ale odnosiła wrażenie, że to było… znacznie więcej czasu. Cóż. magia. Może czasoprzestrzeń naprawdę się zakrzywiała, a z tym, co miała Laurentowi do powiedzenia, nie było to aż tak dziwne. – Zazwyczaj, żeby rany dobrze się zagoiły, potrzeba czasu i zostawienia ich w spokoju – odparła cicho. Nie musiała być lekarzem, by to wiedzieć – była kimś, kto te lekarstwa w ogóle robił. – I maści, jak coś jest paskudniejsze – jak te blizny, bardzo dosłowne, które oboje mieli. Lewa dłoń Victorii nadal na wierzchu nosiła srebrne ślady po cięciach, tak jak jej przedramię. I plecy. Plecy były najgorsze, nawet pomimo tego, ze regularnie tej maści używała. Laurent tez miał swoje blizny, na które, po prośbie na początku miesiąca, Victoria wysłała mu kolejne słoiczki specyfiku na nie. Ale na to też potrzeba było czasu – i systematyczności. – Nie jestem bohaterką – nikt jej tak nie nazywał, nikt jej tak nie traktował, chociaż z początku z Proroku Codziennym chyba próbowali. Ale ona po prostu robiła swoje. I dla Laurenta też by zrobiła, nawet w Keswick, chociaż z pewnością nie pyskowałaby do pana tego domu. Nie. Załatwiłaby to z klasą i bez słowa, rodzice, którzy dużo gadali, przestali robić na niej wrażenie. Przestało ją to ruszać. Ale, choć słowa Laurenta były jakie były, to i tak wiedziała, że nie jest jego pierwszym wyborem.

Kiwnęła mu tylko głową w odpowiedzi. Nie było chyb a sensu tłumaczyć, że skoro w równaniu był ktoś jeszcze, to jak mógł wierzyć na słowo?

Uśmiechnęła się krótko, kiedy Laurent przykrył pierścionek talerzykiem – sama myślała o tym, by schować go pod czystą filiżanką, bo miała tu rzeczywiście przynajmniej jednego rozbójnika, którego zaraz zresztą złapała jedną ręką pod brzuszkiem i podniosła, widząc, jak biega po kuchni.

– Mam cię, łobuzie – przytuliła kotkę do siebie, pozwalając jej wyglądać na świat przez ramię. Machnęła też różdżką, chcąc wylewitować ich filiżanki i dzbanek z herbatą na tacę, i za nimi, jak szli na górę. – Nie szkodzi. Skąd mogłeś wiedzieć? – że tak panicznie zareaguje – nie mógł tego przewidzieć, bo do tej pory nie przejawiała takich skłonności.

Sypialnia Victorii była przestronna, ale to Laurent przecież wiedział, bo zdążył w niej nawet spać. Spore łóżko z dużą ilością poduszek znajdowało się naprzeciwko drzwi, na miękkim dywanie, wszędzie stały donice z kwiatami i innymi roślinami, była też klasyczna toaletka z lusterkiem, a wszystkie kosmetyki były zgrabnie schowane, nic nie leżało na wierzchu i dwa fotele; szafę stanowiły drzwi do garderoby. Wszystko utrzymane w tych samych barwach ciemnego drewna, co w reszcie domu. Okna było teraz zasłonięte ciemnymi zasłonami. Ale rzeczą, którą Victoria lubiła w tym miejscu najbardziej, był materiał przytwierdzony do sufitu spływający na łóżko jak kotara, którą można było zaciągnąć – a materiał był zaczarowany tak, że dawał obraz nocnego nieba, jeśli tylko chciałoby się na nie spoglądać leżąc w łóżku. Materiał ten nie był teraz jednak rozciągnięty. Taca z filiżankami miękko spłynęła na stolik przy fotelach, a Victoria odłożyła Lunę na podłogę, nim zajęła jeden z kich. Kwiatuszek pojawił się dopiero po chwili i zaraz zakręcił się koło którejś rośliny, a Luna zaczęła na niego polować.

– Czarownica, a którą się spotkałyśmy, uważa, że jeśli mielibyśmy od tego umrzeć, od tego, co zabraliśmy z Limbo, to to już by się stało, w sensie… gdybyśmy mieli eksplodować od tej mocy – podjęła temat, bez zbędnego kręcenia się wokół niego, skoro specjalnie zaciągnęła tu Laurenta, żeby o tym porozmawiać. – Ona twierdzi, że to nie tak, że straciliśmy energię, tylko, że… że mamy jej nadmiar, że to, co wzięliśmy jest tak duże, że przykrywa to, co mieliśmy do tej pory. Już słyszałam wcześniej tę teorię – dodała i nieco nerwowo zaczęła się bawić swoimi palcami. – Że… Że jesteśmy źródłem energii, z którego możnaby czerpać i czerpać… i czerpać… I ze to prawdziwy cud, że w Anglii nikt nie połapał się, jak można nas wykorzystać. Na pewien sposób zakaz nekromancji i ignorancja zdecydowanej większości ludzi nas tam naprawdę teraz chroni, bo jak ktoś już się połapie… – wtedy ich życie będzie poważnie zagrożone. Kto nie chciałby mieć na wyłączność takiego źródła mocy? Victoria skrzywiła się wyraźnie i sposępniała. – Te anomalie, które się przetaczają przez Anglię… to jak buntuje się roślinność, to najprawdopodobniej efekt tego, że… no. My jesteśmy powodem – Zimni. Voldemort. To, że zabrali z Limbo coś… i to coś było teraz tutaj. – A powód dla którego Voldemort tam w ogóle wszedł? Prawdopodobnie dlatego, że chce przedłużyć życie sobie… albo komuś – ale według Victorii – bardziej sobie. Dopiero teraz spojrzała na Laurenta, a w jej oczach było coś… coś. – Ta nekromantka chciała na własne oczy zobaczyć, czy jestem w stanie wskrzesić trupa. Na naszych oczach użyła Avady na jaszczurce, tak po prostu, jakby to było… jakby to było nic. Nie było w jej ani grama nienawiści czy złości, po prostu… pyk. I już. Ale nie chciałam. Nie chciałam jej udowadniać czegokolwiek i wtedy nas zaatakowała, bo chciała to dostać po dobroci albo siłą – Victoria nigdy wcześniej nie widziała, by ktokolwiek z taką łatwością rzucał zaklęcie niewybaczalne, to najgorsze z nich, do którego potrzeba było tak wiele złych emocji. – Chciała nas tam zatrzymać. Mnie – do eksperymentów? Do korzystania z niej jak z przedmiotu, jak z kamienia filozoficznego, tylko takiego bardzo żywego? Victoria ścisnęła dłonie w pięści i odetchnęła.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#20
13.12.2024, 23:09  ✶  

Tak, masło. Takie roztopione, bo przecież wystarczy zostawić masło na parę dni i zaczyna się psuć. Zaczyna się rozmiękać, przestaje smakować. Musisz je schować do lodówki, potem staje się zbyt twarde... magia. Przed wszystkimi niewygodami życia uratuje nas, mili państwo, magia. Robiła to, kiedy byliśmy dziećmi i będzie to robiła dalej. Będzie nas skazywać na zagładę na zakrętach, ale potem znowu będziemy dziękować, że ją mamy. Lepiej jest z nią? Czy może lepiej byłoby bez niej? Tylu ilu czarodziei, tyle mogłoby się pojawić odpowiedzi. Proste "tak", "nie" padałoby najczęściej, zrobilibyśmy głosowanie jak na nowego Ministra magii. Nowoczesne rozwiązania nowoczesnego kraju. Nowoczesność? Zaraz, zaraz... żyliśmy w zgnuśniałej Anglii szczycącej się swoimi tradycjami. Tutaj wiele rzeczy mogło zachodzić - nowoczesność nie była jedną z nich.

- Możesz nie być dla świata, dla kolegów z pracy ani dla swojej rodziny. - Mogła być tą, która uważała magię za błogosławieństwo, chociaż radziła sobie z jej skutkami i efektami w najbardziej negatywnych odcieniach na co dzień. Nie potrafiłby powiedzieć sam inaczej - przecież gdyby nie magia, to wszystkie te magiczne istoty by nie powstały. - Dla mnie zawsze będziesz bohaterkę, Victorio Lestrange. - Czyje oczy na ciebie spoglądają? Co widzą, co głoszą? Jaki obraz odbijają? Każde mogły odbijać inny - jak różne zdania mogły tkwić w ludzkich głowach w odpowiedzi na magię. - Mogłem się domyślić... znam cię już na tyle dobrze, żeby się domyślić. - Lecz się nie domyślił. Nie pomyślał nawet o tym, jak ten pierścionek może być niebezpieczny, a co dopiero o tym (w takim założeniu), że może o tym pomyśleć Victoria i właśnie tak zareagować. Gubienie myśli i skupienia łatwo wpisywało się w codzienność, ale tutaj problem zaczynał się krok przed myśleniem o komforcie Victorii. "Móc" - móc to można wiele. Czasem się jednak okazuje, że wcale nie można - bo nie da się funkcjonować myśląc o wszystkim i wszystkich.

Usiadł na jednym z foteli, obserwując przez moment z lekkim uśmiechem koty, a później przenosząc wzrok na ten baldachim, którego obraz malowany pamiętał bardzo dobrze. Kochał widok gwiazd i nieba, nie bardziej niż morze, ale kochał je bardzo mocno. Bardziej niż dzień z jego ciepłymi promieniami. Zwinął jedną dłoń w pięść, drugą zamknął na niej, nerwowo pocierając skórę palcami. Nie lepiej jednak było zatrzymać się przy winie? Byłoby pewnie prościej. Wszystko było łatwiej przyswajalne po odpowiedniej ilości łyków tego trunku. Skupił wzrok na Victorii, kiedy się odezwała.

Tak, z winem wszystko było bardziej przyswajalne. Popychało słowa, które się przyjmowało, przepychało je tak samo jak kijem przepycha się zatkaną rurę. Byle puściło - potem już poleci. To, co słyszał, było straszne, ale w mieszaninie różnych odczuć łatwo było postawić się z boku od przyjmowanych do siebie informacji. To, co słyszał, było też pocieszające. Oznaczało, że rzeczywiście Zimnym nie groziła śmierć. Tylko... tylko że wynikało z tego, że groziło wiele rzeczy wszystkiemu dookoła.

Piszczenie w uszach.

Wpatrywał się w Victorię jak ciało bez duszy - te oczy bez wyrazu. Puste. Rozumiejące, przecież prawda sprzedana była prawdą kupioną. Wypełnienie kasy fiskalnej drugiej strony miało się odbyć za pomocą słów, gestów - tych zabrakło. Była dłoń oparta na własnej dłoni. Ach nie, teraz już dłoń oparta na filiżance, gdy bezruch został przerwany. Ale trwał chwilę. Chwilę całkiem długą.

- Czy rozmawiałaś już o tym z pozostałymi? - Z innymi Zimnymi.

-



○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (10236), Victoria Lestrange (11556)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa