Nie, nie sądziła, że była określana jako bohaterka przez kolegów z pracy czy rodzinę, ani tym bardziej, że tak o niej myślano. Gazety ją tak nazywały, ją i resztę Zimnych, ale to była tylko pokazówka, farsa i piękne słówka, by dobrze się czytało gazetę, by ją sprzedać. Czy dla ludzi, dla świata była bohaterką? Mogła być czymś na wzór, tragiczną bohaterką, która zapłaciła swoja cenę – ale była dla nich tylko nazwiskiem z gazety, ruchomym zdjęciem, nie prawdziwą osobą, która czuje i przeżywa to wszystko. Była sensacją, niczym innym. A dla Laurenta? Czy naprawdę widział w niej bohaterkę, czy po prostu mówił tak, bo było to czymś czułym w jego ustach? Czymś, w co chciał wierzyć? Czymś czym chciał, żeby była? Uśmiechnęła się leciutko, unosząc kąciki warg w górę, nie odwróciła wzroku. To było miłe – nawet jeśli nie mówił tego całkowicie na poważnie. A jeśli mówił… Było miłe tak czy siak.
Czy wino cokolwiek zmieniało w percepcji i odbiorze tej rozmowy, która nadeszła? Monologu bardziej. Nie w Victorii, która czuła, że żadna doza alkoholu nic tu dla niej nie zmieni, że wolałaby mieć niezamglony umysł, skoro sytuacja jest tak poważna. Alkohol tylko by to wyciszył na chwilę, a później uderzyłoby ze zdwojoną mocą, więc… starała się to przyswoić, takim jakim było. Przyzwyczaić się do myśli, że prędzej czy później… może stać się celem, niekoniecznie Śmierciożerców, którzy przecież znali jej tożsamość i gdyby tylko Voldemort chciał, to z łatwością mogliby ją złapać. Ale nikt nie robił do niej żadnych ruchów od maja. Ani pół ruchu, oprócz tego jednego ataku w nocy… Nie patrzyła na Laurenta, kiedy opowiadała, zerkała na swoją sypialnię, na nic konkretnego, przeniósłszy się wstecz do momentu, gdy siedziała na krześle w pracowni nekromantki.
Błysk zielonego światła.
Jaszczurka leżąca bez życia na ziemi.
Szurniecie krzesła Brenny, czerwony błysk zaklęcia…
– Nie – odparła cicho, a potem chrząknęła. – Ale byłam tam z Brenną, więc zgaduję, że ona wszystko zdąży przekazać, zanim ja się do tego zbiorę – Mavelle była jej kuzynką, Patrick zdawał się być tamtej dwójce znacznie bliższy… Atreus. Victoria pomyślała sobie, że mogłaby napisać do Atreusa, albo się z nim spotkać, powiedzieć mu. – Laurent – powiedziała cicho. – Musiałam wyczyścić tej kobiecie pamięć – i nie była z tego dumna, a jednocześnie wiedziała, że nie miały wyjścia. Ona przynajmniej miała o tym jakieś pojęcie, w przeciwieństwie do Brenny, w końcu… cztery lata robiła to mugolom. Ale była bez wahadła, miała tylko swoją różdżkę i brak wprawy, którą zatraciła przez lata. – Ale w końcu sobie przypomni. Może już przypomniała – uniosła spojrzenie ze swoich dłoni na jedno z okien – czy raczej na zasłonę. Na bawiące się koty. – Zabrałyśmy stamtąd resztę jaszczurek, na których ewidentnie eksperymentowała, Brenna je ma ze sobą – dodała i dopiero spojrzała na Laurenta. – Jak mówiłam… To nie był spokojny wyjazd.