- Rozumiem. - Rzuciła cicho, chociaż coraz mniej rozumiała, a nie miała zamiaru drążyć i wprowadzać ponownie napiętej atmosfery. Nie chciała zadawać kolejnych pytań, które mogły zostać źle odebrane, musiała znaleźć inny sposób, dowiedzieć się tego bez jego ingerencji, chociaż to wydawało się awykonalne. Cóż, potrafiła być uparta.
Szczególnie teraz, kiedy wiedziała już, że to było coś głębszego, wcześniej wydawało jej się, że porzucił ją dlatego, że przestała mu odpowiadać, znudziła się, bo to przecież też mogło być możliwe. Nieco zmieniła swoje wyobrażenie podczas ostatnich dni, dawał jej w końcu argumenty świadczące o tym, że nadal coś do niej czuje, nawet jej powiedział o tym, że dalej ją kocha.
To było popieprzone, gubiła się w tym coraz bardziej i nie potrafiła tak naprawdę zrozumieć, co się działo. To nie było łatwe, kiedy brakowało podstawowych informacji, konkretów, dzięki którym mogłaby zobaczyć, czy w ogóle ma jakieś szanse. Aktualnie nie wiedziała nic, znaczy wiedziała to, że nie chciał ponownie się w to pakować, tyle, że jego gesty świadczyły o czymś zupełnie innym, co powodowało zamęt w jej głowie. Nie znosiła tego, nie potrafiła jednak z tym walczyć, nie wiedziała jak mogłaby to zrobić.
Sama nie czuła się, jakby była dobrym człowiekiem, raniła ludzi, którymi się otaczała, zawodziła ich, podejmowała głupie, spontaniczne decyzje, które nie przynosiły jej niczego dobrego, nie patrzyła na nikogo, ani na nic, brnęła przed siebie niczym taran szukając sensu w życiu, którego nie mogła znaleźć. Nie była z tego powodu dumna, w swoich oczach upadła naprawdę nisko, najwyraźniej on jednak nie podzielał tego zdania. Cóż, nie mówiła mu o wszystkim, może gdyby spojrzał szerzej to przejrzałby na oczy, bańka by prysła i dostrzegłby to, że wcale nie znajdowała się w tym mule tak daleko od niego.
Zaczęła spadać tamtą wiosną, zatracać się w rzeczywistości, szukała bodźców, które mogłoby jej przypominać o tym, że potrafi jeszcze coś czuć. Wystarczał nawet ból fizyczny, często więc przekraczała granice, aby go poczuć, bo wtedy wiedziała, że żyje, że nie jest widmem, które krąży po świecie. Coraz częściej lądowała u Florence, przyjaciółka przestała to komentować, co samo w sobie było argumentem za tym, że było z nią źle. Najgorsze w tym wszystkim było to, że chyba sobie samej robiła największą krzywdę. Cóż, chaos miał ją pochłonąć, prędzej, czy później. Teraz już nikt nad nim nie panował, mogła doprowadzić do samozapłonu i spłonąć.
- Nie byłabym tego taka pewna, ale dobrze wiedzieć, że ktoś myśli o mnie w ten sposób. - Miała wrażenie, że on zawsze patrzył na nią inaczej, dostrzegał głębię, której nie potrafił zauważyć nikt inny. Nie bez powodu spędziła z nim większość swojego dorosłego, świadomego życia. Potrafił ją wspierać w tym, co robiła, czy hamować, jeśli miała zamiar zrobić coś głupiego. Bez niego wiele się zmieniło, przestała się zastanawiać nad tym, czy decyzje, które podejmuje mają jakikolwiek sens.
- Nie widzę, mam wrażenie, że ostatnio dostrzegam coraz mniej. - Nie potrafiła zrozumieć przekazu, nigdy nie uważała, że Roise był osobą przed którą powinna się chronić, dał jej szczęśliwy dom, bezpieczeństwo, wszystko, czego potrzebowała, a teraz sugerował, że jego obecność w jej życiu była niewłaściwa, że mógł jej coś odebrać, tylko co? Skoro już wszystko straciła, nie miała nic więcej.
- To nie jest kwestią czasu, to zależy od tego, jakie decyzje podejmiemy, jak się zachowamy. - Nadal wydawało jej się, że wystarczy nieco zawalczyć, a może uda im się uniknąć zgliszcz. To wymagało pracy, zaangażowania, ale przede wszystkim chęci, tych ostatnich chyba zaczynało mu brakować. Nie chciała mu robić o to wyrzutów, próbowała zrozumieć to podejście, była jednak trochę jak ściana, od której odbijały się jego argumenty. Cóż, nie zmieniło się to, że była uparta, czasem miała klapki na oczach i trudno jej było dostrzec cały obraz.
Nigdy nie byli ze sobą zgodni w stuprocentach, jak wtedy kiedy obiecała mu, że nie szukałaby kogoś, kto go skrzywdzi, gdyby się tak stało. Kłamała. Nie odpuściłaby nigdy, musiałaby się zemścić. Tak samo, jak wtedy, gdy poszła go szukać, bo dziwne przeczucie sugerowało jej, że może mu się stać krzywda, też to zrobiła, choć nie miała się mieszać w jego interesy, to była jedna z sytuacji, kiedy postanowiła podążać za swoim własnym, wewnętrznym głosem - ignorując jego prośby. Czy teraz, kolejny raz miała to zrobić? Czy powinna po prostu zacząć częściej bywać przy nim, żeby przypomnieć mu o tym, że świat wcale nie jest taki zły? Mogłaby to zrobić, mogłaby spróbować.
Nie przestawała go dotykać, opuszki jej palców ciągle, delikatnie muskały jego twarz. Póki byli tak blisko chciała się nacieszyć jego obecnością, bo nie wiedziała, kiedy to powtórzą i czy w ogóle to zrobią. Nie miała pojęcia, co przyniesie poranek, raczej nie spodziewała się cudów, bo Ambroise miał swoją wizję i kurczowo się jej trzymał, no, może poza tymi nielicznymi momentami słabości, kiedy dopuścił ją do siebie. Nie wiedziała, w jaki sposób powinna to traktować, sentymenty, melancholia, a może niespełnione marzenia?
Zresztą, to nie było istotne, powód nie był istotny, liczyło się to, że wiedziała już, że gdzieś tam, jeszcze może się tli nadzieja na lepsze jutro, ona nie szukała znaków, które mogłyby sugerować o tym, że nie powinni tak postępować, wręcz przeciwnie, okazywała raczej zupełnie odwrotną postawę. Zapewne przez to, że ostatnio naprawdę dostrzegała to, jak jej go brakuje, docierało do niej coraz bardziej to, że jej życie bez niego nie miało żadnego sensu.
Świadomość, że nie do końca może coś z tym zrobić była przytłaczająca, wykorzystywała więc tę zupełnie niespodziewaną okazję, aby móc go mieć przy sobie chociaż przez krótką chwilę, to była zdecydowanie desperacja, chyba nie dało się tego inaczej określić.
- Los bywa przewrotny. - Mogliby założyć sobie, że nie będą się do siebie zbliżać, próbowali wyznaczyć sobie granice, nawet dzisiaj, a teraz tkwili tutaj razem, w mroku, w uścisku, jakby nic złego się między nimi nie wydarzyło, może zaczynali tracić nadzieję, ale ich ciała chyba zupełnie to ignorowały, zawsze mieli problem z tym, aby utrzymać ręce przy sobie kiedy znajdowali się obok siebie, to też się nie zminiło, czy w ogóle kiedykolwiek miało się zmienić?