• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6
[09/04/1972] Farma, Wielka Brytania || Erik & Elliott

[09/04/1972] Farma, Wielka Brytania || Erik & Elliott
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#11
19.01.2023, 00:40  ✶  

Poklepał się parę razy po piersi. Następne słowa wypowiedział z lekką przesadą, ale jego celem było przede wszystkim to, aby sprawić, żeby jego towarzysz czuł się komfortowo. Jakoś wątpił, aby zapraszając go tutaj, spodziewał się, że z chlewu zaczną do niego docierać odgłosy znienawidzonych, różowych zwierząt. A im szybciej zmienią temat, tym szybciej zapomniał, że coś takiego miało w ogóle miejsce.

— Ah, trauma z dzieciństwa — Pokiwał z empatią głową. Osobiście nie przepadał za trudno dostępnymi, zamkniętymi pomieszczeniami z uwagi na swoją klaustrofobię, więc nie miał zamiaru go obśmiewać. Może lęk przed ciasnymi miejscami nie objawiłaby się tak niespodziewanie, jak niechęć do świń, ale na jego miejscu nie chciałby się spotkać z dokuczliwymi komentarzami. — Rozumiem, nie będę o tym rozpowiadał. Inni nie muszą wiedzieć, a ja mogę o tym kompletnie zapomnieć. Możemy nawet założyć, że do niczego takiego nie doszło, a jak ktoś spyta, to przysięgniemy na Matkę Ziemię, że to była fatamorgana.

Przytaknął, gdy Elliott wyjaśnił mu, że chciał mu coś pokazać w tej okolicy. Rozluźnił nieco palce, gdy zorientował się, że mężczyzna chciał puścić jego rękę i odwrócił wzrok w bok, nie bardzo wiedząc, gdzie podziać oczy. Instynktownie zaczął zaciskać i rozluźniać na przemian pięść, aż w końcu wepchnął obie ręce do kieszeni. Jego policzki oblały się intensywnym różem, który nie obrócił się w czerwień chyba tylko przez stosunkowo niską temperaturę na zewnątrz. Dzięki Merlinowi za angielską pogodę, pomyślał z przekąsem. Musiał przyznać przed samym sobą, że żałował nieco, że ten się od niego odsunął.

— Co mogę powiedzieć, doceniam Twoją wyjątkową perspektywę. Nie zgadzamy się w wielu sprawach, ale wiem, że kiedy do Ciebie przychodzę z jakimś tematem, to odpowiesz mi, bazując na faktach i logice. I... To chyba coś, czego potrzebuje więcej. Przynajmniej czasami — ostatnie słowa niemalże wymamrotał pod nosem, drapiąc paznokciami o wewnętrzny materiał kieszeni płaszcza.

Szczycił się tym, że potrafił zachować iskrę pozytywnego myślenia nawet w najgorszych sytuacjach, jako swoiste światełko nadziei na lepsze jutro, ale nie był też kompletnie naiwny. Zwłaszcza w kwestii tak poważnej jak wilkołactwo. Brenna była jego siostrą i wiedziała praktycznie o wszystkim, co się działo w jego życiu. Wydedukowanie tego, co mogłaby mu odpowiedzieć na te wieści, nie było wyjątkowo trudne, ale z Elliottem było inaczej. Poznawał świat zupełnie inaczej i podchodził do niego pod zupełnie innym kątem. Samo to, że wspomniał o spisaniu umowy, było tego dowodem.

— Każdy z nas robi to, co umie najlepiej. Nie oczekiwałbym, że będziesz mi pobierał krew wielką strzykawką, gdy Twoje talenty leżą w innych dziedzinach. Nie byłbym w stanie pomóc z rozliczeniem podatków, choćby zależało od tego moje życie, ale gdyby przyszło do pojedynkowania się w Twoim imieniu, przyjąłbym wyzwanie w mgnieniu oka — odparł bez większego namysłu i dopiero gdy było już za późno na ugryzienie się w język, zdał sobie sprawę, co właściwie powiedział. Zamiast jednak odwrócić z zażenowaniem wzrok, wykrzywił łobuzersko usta. — Oczywiście, nie spieszy mi się do tego, żeby wpaść w ręce władz, ale... Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby zobaczysz, jak sobie radzisz podczas procesu.— Przekrzywił lekko głowę w bok, odchylając przy tym szyję. — Myślę, że byłby to niesamowity widok; zobaczyć tę Twoją determinację i pewność siebie, łączące się ze sobą w celu osiągnięcia jednego konkretnego celu.

Gdyby przyszedł taki czas, że jego los faktycznie wylądowałby w rękach biurokratów z Ministerstwa Magii, wolałby, aby to ktoś pokroju Elliotta go reprezentował. Miał okazję zobaczyć na własne oczy, jak traktuje ludzi, którzy nie urastają do jego oczekiwań, więc wszelkie sprawy związane z dokumentami miałby zapewne domknięte na ostatni guzik, a pozostałe nieścisłości byłby w stanie wyeliminować z wręcz chirurgiczną precyzją. Nie mówiąc już nawet o, delikatnie mówiąc, zgnojeniu strony przeciwnej żelaznymi argumentami i logiką.

Czy poprzez takie myślenie idealizował możliwości oraz umiejętności Malfoya? Do pewnego stopnia na pewno, jednak wynikało to w dużej mierze z jego własnej niewiedzy w tematach, w jakich specjalizował się jego towarzysz. Przyrównałby to do obserwacji Nory podczas pracy w kuchni, tylko na zupełnie innym poziomie. Dla Erika osiągnięciem było usmażenie sobie jajecznicy bez pożaru, więc te wszystkie dzieła sztuki, które opuszczały piekarnik panny Figg były dla niego niczym zupełnie nowa dziedzina magii. Z magią charyzmy Elliotta na salach Ministerstwa zapewne byłoby podobnie.

— Znajomy klątwo-łamacz, Castiel Flint — przyznał z lekkim ociąganiem. Nie wiedział, czy wyciąganie na światło dzienne tożsamości głównego badacza było odpowiednią decyzją, ale czuł potrzebę podzielenia się z kimś tymi informacjami. Oby nie oberwał za to przy najbliższym spotkaniu. — To on ma zarządzać projektem, ale z tego, co zrozumiałem ma na oku kilku kandydatów, którzy mogliby zasilić zespół. Zakładając, że się zgodzę, podejrzewam, że Brenna też się w to zaangażuje. Jako wsparcie, co by ich zabezpieczyć. I mnie.

Po ostatnich słowach uciekł spojrzeniem w bok. Dalej trzymał obie ręce w kieszeniach płaszcza, a jego rozchylone poły, odsłaniały kolejną warstwę odzienia w formie grubego wełnianego czarnego swetra. Obrócił się na pięcie we wskazanym przez Elliotta kierunku i ruszył powoli wydeptaną ścieżkę. Nie przywykł do prowadzenia rozmów na temat likantropii poza rodziną i paroma bliższymi przyjaciółmi. Może i zdarzały mu się niezobowiązujące dyskusje, ale rzadko kiedy dotyczyły one kwestii nierozerwanie związanych z tym, co się wiąże z byciem wilkołakiem. Teraz Erik miał wrażenie, że ten stan rzeczy szybko ulegnie zmianie w związku z planowanymi testami.



the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
King with no crown
Stars, hide your fires
Let no light see my black and deep desires
wiek
31
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Kanclerz Skarbu
Schludny, młody mężczyzna ze starannie ułożonymi blond włosami. Nie grzeszy wzrostem, będąc wysokim na 178 centymetrów, acz chodzi na tyle wyprostowany i z uniesioną głową, że może wydawać się górować nad rozmówcą. Pomaga mu w tym spojrzenie chłodnych, niebieskich oczu, na tyle skutych lodem, że nie sposób się przez niego przebić, aby dostrzec kryjącą się za nimi duszę. Zazwyczaj używa perfum z cedrowymi nutami przeplatającymi się z drzewem sandałowym. Dobiera ubrania starannie, zwłaszcza kolorystycznie. Nie ubiera się krzykliwie, acz odpowiednio do okazji; zawsze z idealnie wyprasowanym materiałem koszuli, dobrze dopiętą kamizelką. Charyzmą przyciąga do siebie innych, acz waży słowa w naturalnie ostrożnej manierze. Nie brak mu w głosie donośnych tonów, na marne można oczekiwać, że otworzy usta, aby krzyczeć, nawet te cicho wypowiedziane przez niego słowa potrafią być dobitniejsze niż cudzy krzyk. Stawia na niską intonację, uważając, że jest przyjemniejsza dla ucha i bardzo dobrze podkreśla angielski, wręcz krzyczący w swojej pretensjonalności o jego uprzywilejowanym urodzeniu, akcent.

Elliott Malfoy
#12
24.01.2023, 02:38  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.01.2023, 02:56 przez Elliott Malfoy.)  
Trauma z dzieciństwa.
Ciężar słów spowodował, że zaschło mu w gardle. Młody Malfoy zamiótł każdą z młodzieńczych traum pod dywan, potem na niego wszedł i upewnił się, że zmieniły się w drobny pył, aby już nigdy nie musiał się nimi zajmować. Niestety, wciąż wciągał drobinki z powietrzem, którym dzień w dzień oddychał, a one opadały mu ciężko na płucach, gromadząc się na nich i innych, ważnych organach, aby pewnego dnia przygnieść całość osoby Elliotta, aby przypomnieć mu o strachu przed ojcem, o łaknięciu chociaż odrobiny uwagi od matki i szczerej nienawiści do siostry bliźniaczki. Świnie, w tym wszystkim, były czubkiem góry lodowej, której znaczna większość znajdowała się w głębi ciemnego oceanu. Przykrył wszystkie swoje lęki, obawy, chęci, ambicje, szczere emocje pod warstwą śniegu, a nie mając w życiu nikogo, kto ciepłym słowem byłby w stanie chociaż skruszyć warstwę, pod którą sczezły młodociane aspiracje, pozwalał im zalegać na dnie, jak zawilgotniałej kupce liści późną jesienią na ganku. Każdy promień słoneczny, który mógłby chociaż odrobinę roztopić nagromadzoną warstwę lodu, traktował jak niebezpieczeństwo, odchodził na parę kroków, dystansował się, a jeżeli już pozwalał sobie, aby ogrzać się ogniem, był to najczęściej płomień palonego mostu, zwłaszcza po tym, gdy jeden z nich zawalił się nie z jego inicjatywy. Odejście Perseusa wciąż odbijało się w jego głowie nieprzyjemnym echem, jakby ktoś uderzał metalową pałką o żelazne pręty bramy do Malfoy Manor i czekał, aż któryś z domowników usłyszy. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego z Erikiem jest inaczej. Dlaczego każde płynące od niego, przyjemne słowo sprawiało, że serce biło Elliottowi szybciej, wyrywało się z klatki piersiowej, spragnione uwagi i opieki, która mu się należała. Nie miał wystarczająco woli, aby je powstrzymywać, chociaż bronił się ostatkami sił przed konsekwencjami tego, że nie wykonał kroku w tył, ze zamiast niego stał nad krawędzią i z chęcią wkładał ręce do nurtu rzeki, która miała porwać go całego, sprawić, że samotne wieczory, twarda obojętność będą tylko niemiłym wspomnieniem. Ale czy na pewno należało mu się szczęście? Po tym co zrobił, jakim człowiekiem się stał i wciąż, powoli stawał? Patrząc w lustro nie widział już rozhisteryzowanego, zawiedzionego koleją rzeczy czternastolatka, a dorosłego mężczyznę ze zobojętniałym spojrzeniem i twarzą wyciosaną w kamieniu. Nigdy nie spodziewał się, że pójście w ślady ojca przyjdzie mu z taką ulgą, że zatraci się w kłamstwie, które stworzył tylko po to, aby bronić się przed otaczająca rzeczywistością.
- Fatamorgana to dobra opcja. Już wiemy o jednej anomalii w postaci krów alfa pasących się na tutejszych pastwiskach, czym jeszcze zaskoczy nas niepozorna, zabita deskami dziura pod Londynem? - modulacja głosem doprowadziła do oczekiwanego skutku, w którym Malfoy brzmiał jakby właśnie czytał nagłówek jakiejś naprawdę infantylnej gazety plotkarskiej żerującej na wierzących w teorię spiskowe ludziach.
Nieobecnym spojrzeniem wrócił do rozmówcy, odrobinę przepraszająco marszcząc brwi, bo nie był pewien na jak długo zamilkł. Każda podróż do miejsc, w których przetrzymywał wspomnienia z młodości była długa i krępa, kosztowała go dużo energii emocjonalnej, więc starał się je ograniczać, jak tylko mógł. W momencie, jednak, gdy rozmawiał z kimś, kto z własnej, nieprzymuszonej woli go chwalił, siłą rzeczy wrzucało go to w wir przemyśleń, czy aby na pewno nie stawia kroku na grząskim gruncie. Każde spojrzenie na Erika fundowało mu jednak bardzo szybkie sprostowanie wątpliwości, podsumowując je jednym zdaniem 'Może warto w końcu przestać uciekać?'
Nie uciekła za to jego uwadze reakcja Longbottoma na rozłączenie ich dłoni, przynajmniej odwrócenie spojrzenia. Nie mógł zaprzeczyć, że czuli się tak samo skrępowani, ale w sercu kiełkowała mu nadzieja, że dzieje się tak z powodu wspólnej chęci wylądowania we własnych ramionach. Była to przyjemna myśl, która wystarczajaco popychała go, aby powoli drążyć tę sprawę, spychawszy na bok wszystkie inne wątpliwości i przestrogi własnego umysłu. Co by było jakby nie zabrał ręki, czy obydwaj zdecydowaliby się na nie wspomnienie o tym fakcie, zupełnie jak o momencie słabości związanego ze świniami? Trochę pożałował, że to zrobił, może teraz tez miałby dłoń w kieszeni płaszcza Erika? Złapał się na tym, że zapatrzył się na jego usta, myśląc o tym jak przyjemnie rozbudzającym byłoby dotknąć parodniowego zarostu na policzkach.
- Ja Ciebie też czasami potrzebuje więcej - słowa zdawały się dzisiaj jego wrogami, wypływały spomiędzy warg wbrew myślom. Obydwoje byli w tej rozmowie jak zagubione dzieci, którym należało wskazać kierunek, aby złapały się za rączkę i spokojnie wróciły do domu, ale niestety, nie było żadnej osoby trzeciej, aby wydawała instrukcje. Przełknął ślinę - Twojego wkładu, mam na myśli. Widziałeś w jaki sposób pracuje, rozmawialiśmy o tym jak dwie osoby mogą funkcjonować razem, jak naoliwiona maszyna, doceniając swoje różnice - szybko przytoczył rozmowę ze swojego gabinetu w Ministerstwie Magii, wypowiadając ją praktycznie na jednym wydechu, zupełnie jakby się bał, że na kolejne słowa zabraknie czasu. Uśmiechnął się blado, aby samego siebie zapewnić o tym, że brzmiał przekonująco. Nie często się zdarzało, że tracił rezon, a dzisiejsze wyjście było passą wrzucania się pod autobus, tylko po to, aby poczuć cokolwiek więcej poza codziennym, szarym zobojętnieniem.
- Nie, nie. W porządku - machnął ręką w bardzo teatralnym geście, jakby stwierdził, że takie wyznanie o pojedynkach to dla niego błahostka - Nie musisz się przecież tłumaczyć, rozumiem, że tak wprawiona w pojedynkach i zaklęciach osoba jak ty chcę bronić kogoś takiego, jak ja. Sam przecież powiedziałeś, że potrzebujesz mojej logiki, czyż nie? Jak miałbyś ją dostać jakby ktoś nagle mnie spetryfikował? - przemienił to wyznanie w żart, uśmiechając się chochliczo pod nosem, zupełnie jakby przed sekundą sam nie palnął podobnej gafy, którą Erik mógł teraz wykorzystać na swoją korzyść.
Dzień zaczynał się powoli rozjaśniać, a przez gałęzie drzew wpadały do zagajnika promienie słoneczne, ironicznie układając się w świetlistą aureolę przy jasnych włosach Elliotta. Zaraz jednak cały blask zabrał niewielki zbiornik wodny, który teraz był poszerzony nawet o mały wodospadzik. Szum wody wypełniał niewielkie półkole, na którym stali, nie wychodził zbytnio poza obszar lasku. Można by poczuć, ze to miejsce miało swój własny, przyjemny ekosystem, przebiśniegi wykwitały tu tłumnie, powodując, że zielenie i brąze lasu były rozjaśnione nie tylko promieniami słońca, ale też białymi płatkami kwiatów.
- Jeżeli chcesz zobaczyć jak całą swoją determinacją dążę do jednego celu wystarczy przyjść na obiad rodzinny, na ktorym staram się nie zadusić siostry i jednocześnie nie zakneblować ojca, to wymaga ode mnie chyba najwięcej skupienia w całym życiu. Rozprawy w Wizengamocie to przy tym pestka, uwierz mi - parsknął, chcąc rozluźnić nieco atmosferę, bo czuł jej ciężar na swoich barkach. Jednocześnie pozwolił sobie na trochę więcej uśmiechu, bo w niebieskich oczach zatańczyły mu iskierki zadowolenia, gdy spostrzegł wyraz twarzy Longbottoma. Fakt, drugi z mężczyzn uśmiechał się częściej, ale nie znaczyło to, ze Elliott nie mógł doceniać każdego z tych pozytywnych grymasów. Sam chciał być powodem, przez którym Erik czuje się dobrze, to też wpływało na ogólny nastrój sytuacji, poniekąd odrobinę poddawało go kontemplacji na temat relacji, bo zazwyczaj to on chciał być osobą w centrum, a teraz zapragnął oddać trochę uwagi drugiej stronie, czy tak właśnie, od zawsze powinny działać tego typu sprawy? Nie wiedział.
- Znam Castiela, jest dobry w tym, co robi. Jeżeli nie najlepszy, z tych wszystkich osób, które mamy do wyboru w Londynie - przyznał bez zawahania, chcąc też swoją opinią dodać rozmówcy otuchy, pokazać, że w jego opinii Flint również jest zaufanym specjalistą. Erik wydawał się zmartwiony przeprowadzeniem eksperymentu, nie dziwił mu się. Likantropia była trudnym tematem, zmiana w dzikie zwierzę, nad którego czynami się nie panowało... Elliott nie mógł sobie tego wyobrazić. Ugryzł się w język, gdy chciał zapytać, już pare razy, jak Erik się czuje po przemianach, przed, w trakcie. Uważał to za niesamowicie nietaktowne pytanie, na które, być może, jeszcze przyjdzie czas.
- To w sumie tutaj - wskazał głową na niewielki zbiornik wody, stworzony ze strumyka - Za każdym razem jak tu przychodzę woda pochłania trochę więcej terenu, ostatnio nie było tego małego wodospadu. - przyznał, zawiadamiając również, że to właśnie tutaj zmierzali.


“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#13
26.01.2023, 17:47  ✶  

Opuścił spojrzenie, gdy usłyszał słowa mężczyzny, chociaż nie był w stanie powstrzymać uśmiechu, który wtargnął na jego twarz, wyginając kąciki ust ku górze. Przywykł do tego, że otwartość i transparentność w rozmowie były czymś naturalnym dla obu stron. Bądź co bądź, otaczał się w dużej mierze ludźmi, z którymi łączyły go wieloletnie relacje i którym ufał. Nie trzeba było jednak geniusza, aby zauważyć, że w życiu Elliotta raczej nie była to norma, a zdradzanie własnych przemyśleń, prywatnej opinii, nie zawsze było wskazane, czy to w kwestiach zawodowych, czy osobistych. Tym bardziej w ostatnim czasie uczył się doceniać, to, że Malfoy obdarzał go na tyle dużym zaufaniem, że czuł się w jego towarzystwie komfortowo.

— A już myślałem, że potrzebujesz mojej ładnej buzi i entuzjazmu — odezwał się po dłuższej chwili, podnosząc głowę i uderzając się w pierś. — Oczywiście potrafię też zapewnić bardzo dużo przydatnego wykładu. — Pokiwał głową. — To chyba znaczy, że powinienem zabrać cię na tę kolację raczej wcześniej niż później. Jak bardzo bym nie doceniał tego wypadu na łono natury, tak nie miałbym nic przeciwko spotkaniu w nieco bardziej ekskluzywnym miejscu. Jeśli wiesz, co mam na myśli.

Longbottom brał swoje zobowiązania na poważnie, jednak kwestia wylicytowanej kolacji była nieco problematyczna. Nie wypadało na nią pójść przed pogrzebem Simone, czy też tuż po nim, przez co termin zdawał się samoczynnie odkładać coraz dalej i dalej, wraz z tym, jak Erik ginął pod natłokiem obowiązków i różnego rodzaju problemów, których rozwiązanie zajmowało sporą ilość jego wolnego czasu. Nie chciał jednak zawieść oczekiwań blondyna. Jego oczy rozbłysły, jednak gdy mężczyzna odniósł się do rozmowy, jaką odbyli w gabinecie Departamentu Skarbu. Podświadomie wiedział, że Elliott nie wpuszcza wszystkiego, co słyszy jednym uchem, a wypuszcza drugim, i jest raczej uważnym słuchaczem, ale i tak miło go to zaskoczyła wzmianka o tym spotkaniu.

— Z pewnego punktu widzenia można by uznać, że zrezygnowałem z całkowitej kontroli nad swoimi decyzjami, biorąc pod uwagę Twoje propozycje. Zaufałem, że będziesz miał na uwadze moje dobro. Pozostaje liczyć, że konsekwencje tego wyboru okażą się korzystne dla nas obu. — Uniósł sugestywnie brew. — Czy skoro pozwoliłem Ci nieco mną porządzić w kwestii likantropii, to mogę zostać Twoim konsultantem przy najbliższej reformie podatkowej?

Zasznurował usta, chociaż nie był w stanie powstrzymać wybuchu śmiechu, który nadszedł chwilę później. Poniekąd zaprzeczał sam sobie. W końcu chwilę wcześniej otwarcie przyznał, że matematyka zdecydowanie nie jest jedną z jego pasji, a gdyby dodać do tego jeszcze prawo czarodziejów związane z finansami, to prawdopodobnie mózg by mu wyparował. Nie mógł się jednak powstrzymać przed tą uwagę, chociażby przez to, że chciał zobaczyć skonfundowaną minę Elliotta. Czy się zawaha, zanim zaprzeczy? A może wręcz przeciwni, stwierdzi, że taka wymiana „kontroli” będzie jak najbardziej sprawiedliwa? Erik pokręcił lekko głową.

— Mam swoje sposoby — stwierdził ze swego rodzaju urazą, jak gdyby chciał ochronić swoją godność przed krytyką. — Mógłbym na przykład... No nie wiem... Zawczasu nauczyć się Fal i zmusić cię, żebyś zrobił to samo. Wtedy nawet jakbyś był spetryfikowany, to mógłbym spróbować skontaktować się z Twoją podświadomością.

Była to bardzo konkretna wizja i prawdopodobnie dosyć mało możliwa do zaistnienia, biorąc pod uwagę możliwości obu czarodziejów. W sumie to Erik nawet nie był pewny, czy Fale zadziałałyby w przypadku osoby spetryfikowanej przez klątwę lub potężne zaklęcie. Musiałby o to zapytać Mavelle lub kogoś z grona aurorów z Ministerstwa Magii. Bądź co bądź, Fal uczyli przede wszystkim przy awansie z Brygady Uderzeniowej do Biura Aurorów.

— Niewątpliwie jest to widowisko godne zobaczenia na własne oczy — Uśmiechnął się półgębkiem. — Dziwię się tylko, że akurat siostrę chcesz udusić. Z tego, co pamiętam, Eden operuje słowem z równie dużą wprawą co Ty. — Zamrugał parę razy, a jego usta ułożyły się w kształt litery „o”, zanim nie zacisnęły się w wąską linię. — Ah, już się domyślam. To może być nieco irytujące, gdy przy każdej rodzinnej uroczystości mierzysz się z kimś równym sobie. Chociaż w sumie knebel mógłby zdziałać równie dobrze.

Po prawdzie, Eden Lestrange była tego rodzaju kobietą, z którą Erik wolał nie zadzierać, toteż nie miał zamiaru jej w żaden sposób krytykować. Nawet jeśli toczył właśnie rozmowę z jej bratem, który niekoniecznie przepadał za jej towarzystwem.

— To... Dobrze wiedzieć — stwierdził nieco niemrawo, marszcząc brwi na nowe informacje odnośnie do Castiela. Oczywiście, nie kwestionował jego wiedzy i umiejętności w dziedzinie łamania klątw, jednak dotychczas postrzegał go głównie przez pryzmat bycia przyjacielem Brenny i pasjonata trudnych do usunięcia przekleństw pokroju właśnie wilkołactwa. Poniekąd podniosło go to na duchu, gdyż wątpił, aby Elliott wystawił tak dobrą opinię komuś, kto na to nie zasługiwał. — Uspokoiłeś mnie nieco. Wprawdzie mógłbym go wypytać o referencje i doświadczenie, ale wolałem nie naciskać. Nie chcę okazywać zbyt dużego braku zaufania.

Dotarli do zbiornika wodnego. Przyjemny dla oka widok, stwierdził w myślach Erik, po czym stanął tuż obok Elliotta, tak że ich ramiona niemalże się stykały, a materiały odzienia wierzchniego ocierały się o siebie. Kierowany impulsem chciał sięgnąć po dłoń mężczyzny, ale czerwona lampka, która zapaliła mu się w głowie, skutecznie go odwiodła od tego pomysłu. Zamiast tego wydał z siebie ciężkie westchnięcie, przyglądając się strumykowi.

— Natura zawsze sięgnie po to, co jej się należy — rzucił nieco pompatycznie i zdecydowanie zbyt poważnie, biorąc pod uwagę, że Elliott chciał mu tylko pokazać ładne miejsce w okolicy. — O ile ludzie z okolicy nie interweniują, pewnie będzie tu bardzo ładnie, gdy strumień już wyznaczy swoje granice. Dzikie, nieokiełznane, niepatrzące na oczekiwania postronnych.

Chłonął rozciągający się przed nimi krajobraz całym sobą, starając się zapamiętać z niego jak najwięcej. Wiedział, że niedługo czeka go powrót do Londynu i przyziemnych spraw takich jak śledztwa, praca biurowa czy planowanie rozkładu pracy na Beltane, które zdawało się nieubłaganie nadchodzić, chociaż zaledwie niedawno świętowano jeszcze Ostarę. Erik zaciągnął się świeżym powietrzem. Nie powinien się aż tak martwić, póki był tutaj. Poradzi sobie ze wszystkimi komplikacjami, nawet jeśli będzie przy tym latał, jak kurczak z uciętą głową. Miał szczerą nadzieję, że Elliott również nie miał zamiaru pozwolić negatywnym myślom na przejęcie kontroli nad jego życiem.


Koniec sesji


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Elliott Malfoy (6886), Erik Longbottom (6471)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa