• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 9 Dalej »
[05.07.72] When life gives you lemons, make a citrus conspiracy theory || A.G. & N.F.

[05.07.72] When life gives you lemons, make a citrus conspiracy theory || A.G. & N.F.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
17.12.2024, 03:33  ✶  
- No cóż. Jesteś siostrą Thomasa. Możliwe, że macie to w genach. Nie można tego zupełnie wykluczył - pozwolił sobie postawić sprawę stosunkowo jasno, nie uciekając się do zapewniania Nory, że nie, w żadnym razie nie była ulubienicą sadystycznych gierek losu.
Raczej i tak dalej żywiłaby swoje przekonania. Niespecjalnie by mu w to uwierzyła, bo średnio potrafił mamić jej oczy, zresztą przecież nigdy się nie starał. Poza tym raczej był szczerym człowiekiem dla swoich bliskich, przynajmniej do pewnego stopnia. Nie uciekał się do kłamstwa tam, gdzie nie trzeba było go wciskać. Dzięki temu przynajmniej miał trochę zaufania.
Choć chyba nie w zakresie samoobrony, bo może doniczka jednak została odrzucona, ale miał wrażenie, że duch patelni nadal z nimi pozostał. Nie dawał się tak łatwo odegnać, nawet mimo tych wszystkich porad postępowania.
- Kostki - rzucił krótko, prosto i bez wahania. - Jak wiesz, że nie możesz w górę to wal w dół. Kostki i kolana. Ścięgna, splot słoneczny, jaja. Dobra doniczka... ...cóż - nie zamierzał mimowolnie się krzywić, bo przecież to go nie dotyczyło, ale nie mógł zbyt wiele poradzić na to, że sama świadomość nieco go zabolała.
Natomiast to zawsze była jakaś opcja. W żadnym wypadku nie spodziewał się prowadzenia dzisiaj podobnej rozmowy ani tym bardziej zalecania Figgównie strzelania ludzi ceramiką po jądrach, ale z dwojga złego lepiej, żeby znała wszystkie swoje nieoczywiste opcje, nawet jeśli nigdy by z nich nie skorzystała.
- Zajmujecie? Robicie? - Zamrugał dwa razy, wkładając w to całą teatralność, jaka w nim pozostała tego dnia, szczególnie w autentycznie urażony ton głosu. - Nie wiem, za kogo ty mnie masz, ale naprawdę sądziłem, że moja opinia w twoich oczach nie jest aż tak poszlakowana - stwierdził, cmokając z niezadowoleniem.
W teorii chyba nawet wiedział, kogo powinien obwiniać za nagła zmianę zdania o tym, jakim to był kulturalnym i ze wszech miar spokojnym człowiekiem. Przeklęty Thomas, ten jego długi jęzor i wspomnienia z Hogwartu, które ciągnęły się dosłownie bez końca. Nie to, by Ambroise rzeczywiście miał coś przeciwko temu. Tak właściwie to całkiem go to bawiło, ale podtrzymywanie wrażenia nadąsania nie było trudne.
- Nie, zdecydowanie nie chcę tego robić - dla przykładu: mógł machnąć ręką dokładnie tak jak to teraz robił, odganiając od siebie widmo prowadzenia rozmowy na temat futrzaka.
Nie, zdecydowanie zbyt dobrze wiedział, że to była bezcelowa dyskusja. Nora miała dwa tysiące sto trzydzieści siedem powodów, które bardzo chętnie wyciągała, próbując przekonywać otoczenie do posiadania kota a on migał się od tego stanowczo zbyt wiele razy, aby znów dać się złapać w te sidła.
Ledwo radził sobie ze sobą (a przynajmniej usilnie tak twierdził), co dopiero miałby ze zwierzakiem i to z cyklu tych, za którymi naprawdę nie przepadał. Kilka lat temu rozważał posiadanie psa. Nawet dwóch, jednak w tej chwili również te myśli poszły w odstawkę. Nie potrzebował się wiązać, ściągać sobie na głowę odpowiedzialności za inną istotę. Nic z tych rzeczy. W żadnym wypadku.
- Mówisz, że stworzy swój jebany azyl dla mandragor? Roślinny żłobek? - Tego wieczoru zdecydowanie nie próbował miarkować się w słowach, to nie była sytuacja, która zasługiwałaby na delikatność i wyważenie w tym, co mówił.
Nie, zdecydowanie nie. Szczerze uważał, że cokolwiek stało się z Mirabellą, ciotka Nory tego dnia nie była sobą. Zachowywała się jak ktoś niespełna rozumu. Wariatka rzeczywiście skłonna do tego, aby wykształtować sobie gigantyczną kopułkę do badania rozwoju nekromantycznych mandragor i przejść do ich rozmnażania.
Szczególnie z pomocą swojego asystenta. Bezmyślnego chuja bez odrobiny pomyślunku, choć może lepiej byłoby to nazwać brakiem empatii? To, co odstawiał tamten człowiek zakrawało na chęć krwawego poświęcenia reszty osób w pomieszczeniu, aby każda mandragora przeżyła. Tacy ludzie zasługiwali na coś więcej niż wrzaski ze strony Roselyn, na nich nawet ta nieszczęsna patelnia Nory byłaby za słaba. Zresztą wciąż uważał, że do niczego się nie nadawała.
Wzruszył ramionami. Ponownie. To był zdecydowanie jego ulubiony ruch ciała. Przynajmniej w ostatnich miesiącach. To i głośne, znaczące westchnienie, bez którego teraz też się nie obyło.
- Ależ oczywiście, że tak - przyznał bez ogródek.
Prawdę mówiąc, gdyby nadarzyła się ku temu okazja, pewnie sam wziąłby ten nieszczęsny przedmiot kuchenny w dłoń, wykonując ze dwa czy trzy teatralne zamachnięcia w powietrzu tylko po to, aby pokazać Figgównie, o czym mówił. Trzeba było od cholery siły, aby rozważać użycie czegoś takiego.
A jeszcze więcej samozaparcia, żeby słuchać tego, co jeszcze miała mu do powiedzenia. Tego o kotach. Temat powrócił. Z dwojga złego już wolał dostać patelnią niż ponownie słuchać miliardów zalet posiadania kota. Skwitował to wyłącznie machnięciem ręki.
Miał nadzieję zbić temat bez odzywania się, tym bardziej, że w zakresie zwierząt naprawdę nie miał zbyt wiele do powiedzenia. A o kotach w dodatku dobrego. Nic dobrego do powiedzenia. Nie miała go do tego przekonać, zdecydowanie mogła to sobie darować. Jego wola była silna.
Zresztą miał wrażenie, że plan był bliski tego, by się powieść, bo rozmowa znowu płynnie przeskoczyła na te botaniczne kwestie, o których miał już zdecydowanie więcej do opiniowania. Nora zresztą też. Zgodził się z nią bez wahania, kiwając głową.
- Jesteś specjalistką od kolorków, nie mam tu wiele do dodania - przyznał, dolewając sobie alkoholu, bo sam nie wiedział, kiedy wychylił kolejny kieliszek, po prostu to zrobił. - Ostrożność to w tych czasach niespecjalnie dostrzegalna cecha - to nie były założenia a najczystsza prawda.
Choć właściwie nie - nie, nie najczystsza, bo jego oddział był w istocie jednym z brudniejszych. Nie musiał raczej wnikać w to, co o tym decydowało. Natura raczej nie dawała się oszukać. Była nieubłagana. O tym też coś wiedział.
- Podrzucę ci kilka pod koniec tygodnia. Ewentualnie mogę ci udostępnić trochę przestrzeni w bibliotece, jeśli ciągnie cię do czytania w spokoju - zaoferował pomny tego, co powiedziała o kotach i Mabel.
O skradaniu się i tak dalej.
Tak jak mówił - on sam by tu nie wytrzymał, szczególnie nie na trzeźwo. Nie lubił zawracania mu głowy raz po raz. Ani dyszenia w kark. Ani wyskakiwania zza rogu. Tak właściwie to chyba po prostu nie lubił kotów... ...ani dzieci. Szczególnie obecnie.
- Dobry bimber na ogół jest mocny, ten zdecydowanie nie odbiega od normy - stwierdził, nawet jeśli było mu daleko do konesera. - Klasa. Naprawdę - dodał jeszcze, na te słowa wychylając kieliszek i nawet się przy tym nie krzywiąc.
Osobiście preferował ognistą, ale w gruncie rzeczy bimber też był niezły. Praktycznie przestał wyzwalać w nim jakiekolwiek wspomnienia. Szczególnie, gdy smakował zupełnie inaczej od tego, do którego miał okazję się wcześniej przekonać. Zresztą to nie był ani czas, ani pora na porównania. Szczególnie, gdy Figgówna próbowała zbić jego starania w byciu dobrym towarzyszem picia. Niedoczekanie.
- Ja? Twoim gościem? Od kiedy? - Sama z pewnością musiała dostrzec jak cholernie śmiesznie zabrzmiała mówiąc te słowa, jednak sam też zdecydowanie zamierzał jej to uświadomić, parskając pod nosem pełen rozbawienia i kwitując to znaczącym mhm, do którego mógłby dodać jeszcze bardziej wymowne a tu mi hipogryf popierdala, ale to już sobie darował.
Raczej nie pamiętał, kiedy ostatnio miał okazję poczuć się tutaj kimś innym od domownika. Szczególnie wtedy, gdy Thomasa ani nikogo innego nie było w zasięgu bojowego zadania. Jeśli Nora nagle chciała traktować go jako swojego gościa to raczej nie planował respektować podobnego pierdolenia.
Może i był zmęczony. Najpewniej równie mocno, co ona, jednak nie był przecież z cukru. Nie miał się rozmoczyć pod wpływem kilku kolejnych ruchów w kuchni. Przygotowania czegoś, co faktycznie była w stanie pić z przyjemnością. Raczej mu to nie groziło.
Prócz tego, nawet jeśli miałby być tu gościem, to jego gospodyni zasługiwała na to, żeby posiedzieć na tyłku. Dostatecznie dużo dziś zrobiła. Miała od cholery wrażeń. Zresztą przecież w każdej chwili mógł zagrać kartą rewanżu za napędzenie jej stracha, choć wolałby, żeby po prostu zaakceptowała ofertę.
Zaraz zresztą przeszedł do bardziej stanowczego, bezpośredniego działania, wyciągając z głowy kilka nazw czegoś, co był w stanie odtworzyć bez jej pomocy. Resztę musiała mu podać, jeśli oczekiwała czegoś innego, jednak raczej wydawało mu się, że nie powinna.
Młode kobiety na ogół zamawiały coś z podobnego repertuaru, co nieco miał z tym doświadczenia, szczególnie ostatnio, nawet jeśli nie było się do końca czym chwalić. Raczej nie powrotem do stanu, w którym musiał znosić pierdylionowe czcze rozmowy i udawać, że faktycznie ma ochotę skosztować ulepku z kieliszka panny, żeby tylko mieć okazję, by się do niej bezczelnie zbliżyć.
- Pink squirrel? Piña colada? Grasshopper? Coś powiedzmy, że mniej cukrzonego? Sloe gin fizz? - Spytał, praktycznie bez słowa zsuwając się ze stołka, bo przecież nie musiała udawać z tym bimbrem.
Doskonale dostrzegał, że się z tym męczyła a jaki był sens chlania dla chlania? No, powiedzmy, że to była kategoria głupie pytania, bo przecież doskonale wiedział, dlaczego. A po takim dniu tym bardziej byłoby to całkiem usprawiedliwione. Tyle tylko, że no - nie zamierzał korzystać z tego specjalnego traktowania, które pojawiło się pod wpływem trudnego dnia. Jeśli czegoś nie potrzebował to taryfy ulgowej.
- Ile będziesz tego pić? Coś bardziej jak kubełek do lodu czy idziemy od razu w wiadrach? - Pomimo lekkości w głosie, zadał to pytanie nie bez powodu, po prostu chciało mu się to odbębnić raz a dobrze i usiąść do dalszego picia.
Szczególnie, że raczej potrzebował jeszcze kilku kolejek bimbru, nawet jeśli ona miała sobie sączyć w tym czasie swojego drinka. Nie miał nic przeciwko temu, wbijając pytające spojrzenie w Norę i oczekując jasnej odpowiedzi - czego dusza chciała i w jak bardzo przemysłowych ilościach.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Landrynka
She could make hell feel just like home.
wiek
26
sława
V
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Cukierniczka/Twórczyni eliksirów i kadzideł
Można ją przeoczyć. Mierzy 152 centymetry wzrostu, waży niecałe pięćdziesiąt kilo. Spoglądając na nią z tyłu... można myśleć, że ma się do czynienia z dzieckiem. Buzię ma okrągłą, wiecznie uśmiechnięte usta często muśnięte błyszczykiem, bystre zielone oczy. Nos obsypany piegami, które latem zwracają na siebie uwagę. Włosy w kolorze słomy, opadają jej na ramiona, kiedy słońce intensywniej świeci pojawiają się na nich jasne pasemka. Ubiera się w kolorowe rzeczy, nie znosi nudy i szarości. Głos ma przyjemny dla ucha, melodyjny. Pachnie pączkami i domem.

Nora Figg
#12
18.12.2024, 00:42  ✶  

- Nie wiem, czy to jest szczególnie pocieszające. - Być może mieli to w genach, ale to wcale nie ułatwiało jej sytuacji, właściwie nie wiedziała zbyt wiele o sytuacjach, które przytrafiały się jej bratu, nie był szczególnie wylewny, jeśli chodzi o swoje niepowodzenia, czy losowe przypadki, które nieco komplikowały życie. Miała wrażenie, że to ona do siebie je przyciąga niczym magnes, ale mogło być ono mylne, cóż mogło, ale nie musiało. Nie dało się jednak zaprzeczyć, że przytrafiały jej się bardzo absurdalne sytuacje, które raczje trudno było przewidzieć, przywykła do tego, może taki był jej urok, albo ktoś rzucił na nią urok...

- Rozumiem, mam się trzymać wszystkiego, co jest w zasięgu mojego wzroku. - Tak, docierały do niej jego rady, na pewno będzie je stosować, jeśli nadejdzie taka potrzeba, bo wydawał się mówić z sensem, może faktycznie był jakimś specjalistą? Cóż, Ambroise miał wiele ukrytych talentów, jak widać, które mogły się przydać w najróżniejszych sytuacjach. Dobrze było mieć jego wsparcie, naprawdę ceniła sobie ich przyjaźń, w sumie od kiedy pamiętała opiekował się nią niczym brat.

- Moja opinia na twój temat? Jest najlepsza, i nic tego nie zmieni, nawet te kilka dziwnych faktów, które do mnie dotarły. - Cóż, w jej oczach zawsze malował się jako ktoś odpowiedzialny i nic nie mogło tego zmienić, zbyt wiele razy ratował jej dupę, żeby patrzyła na niego inaczej, zawsze mogła na niego liczyć.

- Jeszcze zmienisz zdanie, nie widzę w ogóle innej możliwości. - Jeśli chodzi o koty to potrafiła być naprawdę bardzo mocno upierdliwa i przekonywująca, wystarczyło trafić tylko na moment słabości i odpowiednio urobić rozmówcę. Nie zliczyła ile razy udało jej się w ten sposób osiągnąć sukces, jeszcze nadejdzie ta chwila kiedy i Ambroise się złamie, była tego pewna.

Nie wnikała nigdy specjalnie w jego sytuację osobistą, bo nie lubiła wtykać nosa w nieswoje sprawy, nie widywała jednak u jego boku nikogo od dawna, podczas samotnych wieczorów towarzystwo było mile widziane, taki koteczek mógł naprawdę uprzyjemnić smutne, zimowe wieczory. Miał też wiele innych zalet, które mogłaby mu zacząć wymieniać.

- Nie wyglądała dzisiaj na szczególnie rozsądną, więc kto wie, co siedzi jej w głowie. Nie zdziwiłoby mnie to jakoś szczególnie. - Trochę słabo było wypowiadać się w ten sposób na temat poczytalności swojej własnej ciotki, ale cóż innego miała robić? Kłamać, że jest inaczej? To byłoby zupełnie bezsensowne, zresztą rozmawiała z Ambroisem, przed nim nie musiała mieć tajemnic, wiedziała, że nie wyniesie tego poza tę kuchnię. Ufała mu.

Nie dało się zaprzeczyć, że ciotkę dzisiaj poniosło i to w ten nieodpowiedni sposób. Nie miała pojęcia skąd wzięła swojego asystenta, który okazał się być średnim specjalistą, ba nawet bardzo słabym, tylko utrudniał im pracę, zresztą, to co wydarzyło się na spotkaniu towarzystwa najlepiej byłoby zakopać pod ziemią. Przebiegało ono w dosyć kontrowersyjny sposób, co najgorsze przy osobach z zewnątrz. Miała nadzieję, że nie wpłynie to na ich przyszłe działania, bo na pewno by jej brakowało tych spotkań podczas których mogła się wymienić doświadczeniem na temat roślin.

Spróbowała po raz kolejny wrócić do tematu kotów, tyle, że Ambroise ponownie ją zbył. Cóż, trzeci raz na pewno będzie właściwy, bo do trzech razy sztuka, tylko musiała uderzyć w odpowiednim momencie, troche przeczekać i zaatakować znienacka, gdy nie będzie gotowy się bronić przed jej argumentami. Miała plan, bardzo sprytny, musiała tylko wprowadzić go w życie.

- Wydawało mi się, że te czasy powinny raczej ją wzbudzać, no wiesz, ostrożności nigdy za wiele, czy coś. - Jak widać jej założenia nie były słuszne. Nie ma się w sumie co dziwić, trudno, aby ci, którzy nie byli rozsądni nagle zaczęli się zmieniać.

- To całkiem miła propozycja, ale nocami wszyscy śpią, wtedy mam czas nadrabiać zaległości, jeśli to nie będzie dla Ciebie problemem, to jasne, podrzucaj kiedy tylko chcesz. - Wiedziała, że Ambroise spędzał sporo czasu w pracy, więc mogło mu nie być po drodze przyniesienie jej tych ksiąg, nie oczekiwała, że zrobi to od ręki, raczej w wolnej chwili, których chyba nie miał zbyt wiele. Jego propozycja była naprawdę miła, tyle, że jej również raczej ciężko było się wyrwać z cukierni, spędzała tu całe dnie, pilnowała tego, co działo się w Norze, nie miała zbyt wielu możliwości na to, aby zaszyć się gdzieś i przeglądać księgi. Niestety. Może kiedyś się to zmieni, ale własny biznes był okropnym pożeraczem wolnego czasu.

- Nie wyglądasz, jakby na tobie robił szczególne wrażenie. - No, jeśli chodzi o procenty, jakie w sobie zawierał. Zresztą Roise był od niej chyba ze dwa razy większy, właściwie nie powinno jej dziwić to, że zupełnie nie ruszał go ten alkohol. Wielkoludzi mieli łatwiej w życiu, dziwnym trafem otaczała się w większości takimi osobami. Gdy zaczynała z nimi pić... robiło się bardzo niebezpiecznie, szczególnie, że nie wiele było trzeba do tego, aby zakręciło jej się w głowie. Picie z nim jednym tempem było bardzo złym pomysłem, na szczęście uzmysłowiła sobie to na początku tej przeprawy, jeszcze mogła się uratować przed zagładą.

- No od dzisiaj, wiesz po tym wszystkim, należy Ci się coś od życia. - Nie mogła wymagać od niego tego, że jeszcze będzie wokół niej skakał w jej własnej kuchni. Tak nie przystoi przecież. To nie tak, że to się nie zdarzało, ale ten dzień był męczący i dla niego i dla niej, czuła, że właściwie by było, gdyby zrobiła wyjątek i potraktowała go dzisiaj jako gościa.

Westchnęła jedynie cicho, kiedy zaczął podrzucać jej te wszystkie nazwy drinków. Chyba przegrała tę walkę, nie zamierzała się sprzeczać, właściwie bardzo łatwo można było ją przekonać do zmiany zdania, nie potrzebowała wiele, tak jak teraz, wystarczyła myśl, że faktycznie całkiem przyjemnie byłoby zanurzyć swoje usta w czymś słodkim. - Nie mniej cukrznego! - Od razu zaoponowała. Cukier był zdecydowanie tym, czego potrzebowała, aby cieszyć się alkoholem. Wszystkie kolorowe, słodkie drinki były tymi jej ulubionymi. Jak przystało na typową Landrynkę. - Co zrobisz najszybciej? Ważne, żeby było słodkie, nic więcej nie trzeba mi do szczęścia. - Skoro już miał jej dogodzić, to chociaż mogła wybrać coś, co nie będzie od niego wymagało zbyt wiele pracy, to było chyba najlepsze rozwiązanie tej sytuacji.

- Wydaje mi się, że po wiadrze mogłabym zasnąć pod tym krzesłem, wystarczy kubełek do lodu, tak mi się wydaje, w ostateczności później sięgnę po bimber, podejrzewam, że jak wypiję drinka wielkości kubełak do lodu to będzie mi obojętne to, co będę w siebie wlewać później. - Zapewne zresztą wystarczy jej taka ilość, nie miała zbyt mocnej głowy, nie potrzeba było wiele, aby wprawić ją w wyśmienity i bardzo pijany humor.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
18.12.2024, 22:06  ✶  
Uniósł brwi tak wysoko, że gdyby to było fizycznie możliwe, zapewne zrównałby je z linią włosów. Tymczasem wyłącznie kląsnął językiem o podniebienie, krótko kręcąc głową z wymownie drżącymi kącikami ust.
- Ależ zapewniam cię, że możemy być tu w pełni szczerzy i po prostu postawić sprawę jasno - stwierdził bez ogródek, kwitując te słowa wzruszeniem ramion. - Nie jest. Co będziemy się okłamywać, praktycznie całe nasze pokolenie jest co najmniej lekko przeklęte - taka była prawda, nie?
Ambroise nie znał chyba nikogo, kto byłby w zupełności szczęśliwy i komu nie przydarzałyby się różne coraz bardziej skrajnie dziwne sytuacje. Gdyby chciał wykrzywiać rzeczywistość, pewnie poszedłby na inny typ kursów i zostałby uzdrowicielem w Lecznicy Dusz, choć sama wizja takiego kierunku rozwoju zawodowego wzbudzała w nim pewną ironiczną wesołość.
Już prędzej zatrudniłby się gdzieś jako ochrona lub, co śmieszniejsze, nawet w Ministerstwie jako brygadzista czy auror niż poszedłby w zajmowanie się cudzymi emocjami. Zdecydowanie dużo bardziej odnajdował się przy fizycznych czynnościach niż rozmowach o emocjach.
- Mniej więcej - kiwnął głową na to uproszczenie, które w gruncie rzeczy nie było niewłaściwe; może odrobinę zbyt ogólnikowe, lecz z pewnością nie niewłaściwe.
- Dziś czy ogólnie? Zastanawiam się, na ile mam skopać dupę Thomasowi za rozsiewanie o mnie jakichś pogłosek, nawet jeśli bardzo doceniam twoje zaufanie - odpowiedział lekko.
Naprawdę szanował relację, którą mieli. W żadnym wypadku nie zamierzał robić czegokolwiek, co mogłoby to zmienić.
- Mhm - odmruknął jednoznacznie, nie traktując jej gróźb serio, bo jakoś udawało mu się przed tym uciekać przez wiele lat.
Praktycznie odkąd zaczął zadawać się z rodziną Figgów, sprawnie lawirował w rozmowach o ulegnięciu ich szajbie na punkcie kotów. Minęło ile? Dziewiętnaście? Dwadzieścia lat? Coś blisko tego i raczej całkiem dobrze mu było bez udowadniania komukolwiek, że może faktycznie potrzebował futrzaka.
- Na miejscu twojej rodziny bardziej bym się temu przyjrzał - stwierdził po chwili namysłu, marszcząc przy tym czoło i mrużąc oczy. - Prawdę mówiąc, jej prawej ręce również. Koleś od dawna wygląda podejrzanie. Cholera wie czy nie wpływa na jej umysł - to bez wątpienia była możliwość, którą należało poważnie wziąć pod uwagę.
Urquart od samego początku nie spodobał się Greengrassowi. Zbyt mocno się we wszystko mieszał, miał nazbyt wiele kontroli i wpływu, mimo że niczym na to nie zasłużył. Nie zrobił nic szczególnego ponad to, że tego dnia niemal ich wszystkich pozabijał. Było coś nie tak w tym człowieku.
Ambroise być może był bardzo szybki w wydawaniu osądów. Nawet nie próbował twierdzić inaczej. Tym bardziej, że w razie potrzeby mógł przecież zweryfikować swoje przekonania, zwracając ludziom honor, o czego konieczność nie bał się w tym konkretnym przypadku.
Z tym gościem było coś mocno nie w porządku i Greengrass nie zdziwiłby się specjalnie, gdyby sam Urquart miał wiele wspólnego ze sprawą czarnomagicznych modyfikacji roślin. Być może ich nie wywołał, bo ponoć już wcześniej były takie, ale z pewnością później maczał swoje łapska w całej sprawie.
- Wydawałoby się, fakt, ale mam wrażenie, że ludzie wyłącznie panikują i głupieją - skomentował bezpośrednio, wzruszając ramionami.
Takie fakty.
- Zapominasz z kim rozmawiasz - nie upominał Nory a jedynie stwierdzał fakt, posyłając jej kpiące spojrzenie. - Noc to dla mnie taka sama pora jak dzień - przypomniał w razie, gdyby rzeczywiście na moment zapomniała, że jego harmonogram raczej nie był stały.
Nie miał jednakowych godzin pracy. Nie szedł do niej na ósmą czy dziewiątą i nie działał do obiadu, wracając do domu na chwilę przed piątą po południu. Tak właściwie to ostatnio dosyć często zdarzało mu się zarywać noce, biorąc drugie zmiany wyłącznie po to, aby mieć czym zająć myśli i ręce.
No, być może to nie było akurat zbyt szczere stwierdzenie, bo nocami poza szpitalem zdecydowanie bardziej się męczył niż w bladym świetle słońca, jednakże tego już nie zamierzał wspominać. Zdawał sobie sprawę z tego, ile Nora miała na głowie. Być może nie miał pojęcia o co najmniej połowie jej problemów, o niczym, z czym nie chciałaby się sama z nim podzielić.
Nie miał skłonności do drążenia tam, gdzie nikt tego nie potrzebował. Wielokrotnie podkreślał, że można było do niego przychodzić niemalże ze wszystkim, ale to nie działało w obie strony. Nie miało działać. Nie przy jego podejściu do sprawy.
Z pewnością nie zamierzał dokładać jej swoich problemów. Nie była jego matką (całe szczęście), nie była jego terapeutką ani nikim takim. Wręcz przeciwnie. Wiele lat temu sam z siebie obiecał jej bratu, że zajmie się nią pod nieobecność Figga i mimo zmiany okoliczności, zamierzał się tego trzymać.
Być może zawalił na swojej własnej życiowej płaszczyźnie. Może skopał własną rzeczywistość, musiał wziąć za to odpowiedzialność, bo w innym przypadku złamał daną obietnicę, ale tutaj nic się nie zmieniło. Nie zamierzał dać ciała.
Raz dane słowo było świętością większą niż jakiekolwiek sabatowe pierdolenia. Tym bardziej, że o Thomasa również się niepokoił. Nie mógł nic na to poradzić. Nie miał skłonności do umartwiania się, ale czasy były jakie były. Należało mieć to na uwadze, kontrolując sytuację.
Przygotowując się...
...chyba na najgorsze. Ostatnio trudno mu było myśleć inaczej, nawet jeśli teraz szeroko się uśmiechnął, posyłając Norze spojrzenie i kiwając głową.
- Podrzucę ci kilka ciekawszych pozycji - mieli to przyklepane, bez dwóch zdań zamierzał się tym zająć. - Co do tej nocnej pory to pomyśl. Z Mabel też nie będzie problemu, jeśli o to chodzi - zapewnił, nawet jeśli raczej wydawało mu się to całkiem jasne i logiczne.
Prawdę mówiąc bardziej niż większość rzeczy tego dnia, ale przynajmniej mogli go całkiem dobrze zakończyć.
Umówmy się: przy Norze naprawdę nietrudno było być wielkoludem. Najpewniej wystarczyło mieć choćby raptem metr siedemdziesiąt. Wagowo jednak zdecydowanie mógłby przytaknąć temu, że w istocie mógł być od niej co najmniej dwa razy cięższy, a więc i zdecydowanie mniej podatny na działanie procentów.
- Inna liga - stwierdził po prostu bez zastanowienia. - Mam bardzo mocną głowę. Lata doświadczenia. Jak do tej pory spotkałem tylko jedną osobę, do której nie miałem podjazdu - skoro już przechwalał się łbem niewrażliwym na standardowe ilości alkoholu to czuł się w obowiązku przyznać, że nawet on nie był w tym zupełnie niepokonany.
Czym innym było szpanowanie tym, że potrafił naprawdę dużo wypić zanim cokolwiek go siekło, czym innym zaś twierdzenie, że nie miał w tym sobie równych, gdy doskonale pamiętał te wszystkie chwile, kiedy zdychał jak ostatni frajer. W dodatku na drugi dzień ciągany na zewnątrz w ramach rozruszania i aktywności, podczas gdy jedynym, o czym marzył było zaszycie się w łóżku z zasłoniętymi kotarami i przespanie co najmniej połowy dnia. To była jeszcze inna liga. Liga, do której niegdyś być może miał jakieś szanse wstąpienia, ale teraz już ich nie było.
Natomiast w samotności raczej stronił od alkoholu. Nie do przesady, jednakże w zupełności wystarczyły mu już posiadane uzależnienia. W szczególności to od nikotyny, którego nawet nie próbował ukrywać, wielokrotnie w ciągu dnia karmiąc swój nałóg. Teraz też chętnie by zapalił, ale darował sobie sięganie po fajkę w kuchni Nory, nie chcąc psuć atmosfery i zapachów, które mimo zatkanego nosa i tak do niego docierały.
Najwidoczniej były silniejsze od nekromantycznego swądu. Ponownie: jeden dla Figgówny, zero dla mandragor.
- Daj spokój - machnął ręką, patrząc na nią, jakby nie była zbyt poważna w tym, co mówiła. - A tobie nie? - Nie potrzebował otrzymywać odpowiedzi na to pytanie, bo doskonale wiedział, jaka by ona była.
A przecież każdy potrzebował czasem odrobinę spuścić z tonu. Odpocząć. Nawet we własnej kuchni, szczególnie we własnej kuchni. Zwłaszcza w obecności kogoś, kto może w teorii rozumiał to podejście, ale w praktyce raczej nie zamierzał pozwolić na to, żeby męczyła się czymś, co jej nie odpowiadało.
- Poza tym robię to też dla siebie - mrugnął do niej prawym okiem, uśmiechając się łobuzersko. - Dzięki temu cała butelka będzie moja, nie? - Oczywiście, że nie do końca tak to miało wyglądać, no i w istocie wcale nie chodziło mu o jego własne picie, ale jeśli dzięki temu miał ją przekonać to zamierzał uciekać się do podobnych argumentów.
Zresztą już i tak ją miał. W chwili, w których zaczął strzelać nazwami drinków, słysząc te słowa o słodyczy i wywracając na nie oczami. Oczywiście, że to musiało być wręcz przejmująco słodkie. Inaczej po prostu nie byłaby sobą.
- Jasne. Mdląco słodki. Rozumiem - kiwnął głową, nie czekając na nic więcej.
Miał swoje potwierdzenie, wolną rękę, więc mógł przejść do rzeczy, nie?
Każdy jego ruch był nie tyle starannie przekalkulowany, co po prostu naznaczony pewną teatralną zapobiegliwością. Raczej wolał uniknąć zderzeń z otaczającymi go sprzętami oraz niskimi półkami, na których piętrzyły się różne składniki. W kuchni Nory zawsze musiał nieustannie się pochylać, by sięgnąć po składniki, tym razem nie było inaczej, nawet jeśli wszystko szło mu całkiem sprawnie.
Gdy drink był gotowy, z dumą uniósł dzbanek, wypełniony gęstą, kremową mieszanką. Uśmiechnął się do siebie z satysfakcją, odgarniając włosy z czoła. Minęły raptem dwie, może trzy minuty, góra pięć, gdy wrócił w pobliże stołu.
- Bananowe daiquiri. Chyba nie znam nic słodszego, co mogłoby powstać w tak krótkim czasie - poinformował, stawiając przed nią najdłuższą szklankę, jaką znalazł i machnięciem głową wskazując na dzbanek w swojej drugiej ręce. - Kubełek do lodu nie byłby praktyczny, nie wiem czemu o nim pomyślałem - przyznał, prawdopodobnie mogąc to zrzucić na długi i trudny dzień, przemęczenie i tak dalej.
Tyle tylko, że nie do końca był w stanie powiedzieć, że w tym dniu faktycznie było coś bardziej wyczerpującego niż we wszystkich innych, choćby nawet w ostatnich dwóch tygodniach. Prawdę mówiąc: raczej nie, nie było.
Jasne, atak ze strony niekromantycznych mandragor nie był czymś normalnym, jednakże ostatnio naprawdę dużo się działo. Jedna kiepska, ryzykowna sytuacja mniej, jedna więcej - najważniejsze, że to przeżyli i obeszło się bez większych obrażeń. Przynajmniej fizycznych, bo zarówno duma, jak i dupa nadal go bolały.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Landrynka
She could make hell feel just like home.
wiek
26
sława
V
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Cukierniczka/Twórczyni eliksirów i kadzideł
Można ją przeoczyć. Mierzy 152 centymetry wzrostu, waży niecałe pięćdziesiąt kilo. Spoglądając na nią z tyłu... można myśleć, że ma się do czynienia z dzieckiem. Buzię ma okrągłą, wiecznie uśmiechnięte usta często muśnięte błyszczykiem, bystre zielone oczy. Nos obsypany piegami, które latem zwracają na siebie uwagę. Włosy w kolorze słomy, opadają jej na ramiona, kiedy słońce intensywniej świeci pojawiają się na nich jasne pasemka. Ubiera się w kolorowe rzeczy, nie znosi nudy i szarości. Głos ma przyjemny dla ucha, melodyjny. Pachnie pączkami i domem.

Nora Figg
#14
20.12.2024, 12:40  ✶  

- Lekko przeklęte to dosyć delikatnie powiedziane, aczkolwiek chyba nie ma sensu się jakoś specjalnie nad tym rozwodzić, musimy sobie jakoś radzić, co nie? - Bez sensu było się skupiać tylko i wyłącznie na tych pokręconych sytuacjach, które co chwile się pojawiały, jakby ciągle nie było ich zbyt wiele. Może po prostu powinni przywyknąć do tego, że świat tak wygląda, właściwie chyba tylko to im pozostawało, no bo co innego mieli robić, walczyć z wiatrakami? To nie miało żadnego sensu.

- Wiesz, myślę, że akurat skopanie dupy zawsze jest dobrym pomysłem, na pewno w niczym mu to nie zaszkodzi... - Jasne, Thomas był jej bratem, ale nie zamierzała jakoś usilnie chować go pod kloszem, cóż dopiero wrócił do Wielkiej Brytanii, a już zaczął się angażować w różne dziwne sprawy, może faktycznie dobrze by mu zrobiło kilka kopniaków w zakończenie pleców. To potrafiło być naprawdę mocno rozwijające, gdyby miała warunki zapewne sama by to zrobiła, ale cóż, już ustalili przecież, że daleko jej było do osoby, która potrafiłaby sięgnąć po takie metody.

Widziała, że próbował uniknąć tematu kotów, ale nie zamierzała zupełnie od tego odchodzić, jeszcze nadarzy się okazja to tego, aby mogła wcielić swój plan w życie, znajdzie się odpowiedni moment i wtedy zaatakuje, skorzysta z całego swojego uroku osobistego i wciśnie mu tego kota, nie będzie miał wyboru.

- Myślisz, że może mieszać jej w głowie? Właściwie, nie pamiętam, żeby ciotka kiedykolwiek zachowywała się w ten sposób, więc może coś jest na rzeczy. - Powinna się chyba tym zainteresować, bo przecież od tego była rodzina, kto jeśli nie oni wyciągnie ją z tej sytuacji? Wypadałoby porozmawiać z wujkiem, albo chociaż zwrócić uwagę jej rodziców na to, że coś niedobrego mogło się z nią dziać. Dzisiaj zdecydowanie nie zachowywała się typowo dla siebie, plus temu typowi, który krążył wokół niej nie patrzyło zbyt dobrze z oczu, kto wiedział po co to robił i co właściwie chciał osiągnąć kręcąc się przy jej ciotce.

- Nie ma się co dziwić, że panikują, sam widzisz, co się dzieje, trudno jest nie panikować, chociaż to niczemu nie służy, wręcz przeciwnie. - Zdawała sobie sprawę, że trudno jest się odnaleźć w takiej rzeczywistości, ale nie było innego wyjścia. Może wszechświat próbował im coś udowodnić, ale powinni się skupić raczej na tym, żeby nie dać sobie wejść na głowę. Szukać normalności w tym, co się działo. Nie dać się zastraszyć i nie wariować.

- Racja, zapomniałam, nie wiem jak ty funkcjonujesz. - Pewnie do wszystkiego można się było przyzwyczaić, ale sama zapewne nie umiałaby tego zrobić. Ostatnio bywała zmęczona przez to, że po godzinach pracy wspierała swoich przyjaciół tworzeniem dla nich różnych eliksirów i kadzideł, a przecież trwało to ledwie chwilę. Ambroise w sumie pracował tak od zawsze, to było godne podziwu.

- Nie chcę ci się zwlać na głowę. - Cóż, Nora nie lubiła być dla kogokolwiek problemem, nie przywykła do tego, aby nadużywać gościnności, wolała radzić sobie sama, więc najlepszą opcją wydawało jej sie po prostu dostarczenie przez Greengrassa książek do niej, nie chciała wpraszać mu się do biblioteki, mimo, że wydawał się na to nalegać. Zresztą i tak musiała doglądać cukierni, nawet w nocy.

- Cóż, ja nie mam ani specjalnych warunków, ani doświadczenia, więc faktycznie nie ma sensu nawet próbować ci dorównać, bo to się może dla mnie źle skończyć. - Norka najwyraźniej nawet piła odpowiedzialnie, w zasadzie rzadko kiedy zdarzało jej się podchodzić do czegokolwiek lekkomyślnie. Od lat musiała sobie radzić sama, i raczej wypadało, aby przewidywała wszelkie konsekwencje, które mogły wyniknąć z jej zachowania. Nie było sensu nawet próbować iść z nim łeb w łeb pijąc bimber, odpadałby pewnie po kilku kolejkach i tyle by było z tego wieczoru.

- Jedną osobę? Kurde, to musi być niesamowity zawodnik. - Skoro pokonał Roisa, który wydawał się mieć naprawdę doskonałe predyspozycje do tej konkurencji.

- Mnie nie. - Jakoś sobie przecież zawsze ze wszystkim radziła, to pewnie było głupie przyzwyczajenie, ale nie znosiła się wysługiwać kimkolwiek w czymkolwiek. Taki już miała charakter, że nie znosiła sięgać po pomoc.

- Powiedzmy, że ten argument bardziej do mnie przemawia. - Wiedziała, że próbował ją przekabacić i nawet mu się to udało. Nie zamierzała rękoma i nogami bronić się przed tym zrobieniem drinka, szczególnie, że zaczął rzucać całkiem interesującymi nazwami drinków. Niech mu już będzie, niech przejmuje tę kuchnię i pokaże co potrafi.

Figgówna pozostała na swoim krześle i kątem oka obserwowała mężczyznę podczas tego, kiedy przygotowywał dla niej alkohol. Zabawnie wyglądał próbując odnaleźć się w jej miniaturowej kuchni, trochę jak słoń w składzie porcelany, aczkolwiek udało mu się uniknąć potknięć. Cóż, nie pierwszy raz to robił, więc to nie powinno być w ogóle zastanawiające.

- Tak, mdląco słodki, taki, że możnaby od niego dostać cukrzycy. - Wiedziała, że to tak nie działało, ale miała nadzieję, że to w pełni przekaże Ambroisowi jej oczekiwania. Cóż, jej gust jeśli chodzi o trunki nie był szczególnie wyszukany, najlepiej jakby w ogóle po prostu nie było czuć jego smaku, a do tego chociaż odrobinę kopał.

- Wygląda obiecująco! - Odparła z nieukrywanym entuzjazmem, nie mogła się doczekać, aż spróbuje tego alkoholu. Na pewno szybko zapomni o tym okropnym smaku bimbru, tak, może to, że Roise rozgościł się w jej kuchni nie było wcale takie złe.

- Nie mam pojęcia, dzbanek jest chyba bardziej oczywisty, ale najwyraźniej nie myślisz szablonowo, ale to chyba dobrze? - Cóż, kreatywność była przecież dość istotna. Sięgnęła w końcu po tę szklankę i upiła z niej niewielki łyk, testowała tego drina. - Tak, jak się spodziewałam, wyśmienite, jesteś pewien, że wolisz pić tamto? - Nie miała pojęcia, jak to w ogóle było możliwe, że chlanie bimbru sprawiało komuś przyjemność, ale z drugiej strony różne były gusta.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
21.12.2024, 02:52  ✶  
Parsknął krótko i niepoważnie, kręcąc przy tym głową.
- Delikatnie mówiący? Ja? - To samo w sobie się wykluczało, ale być może rzeczywiście miała rację i posłużył się niedoszacowaniem.
Choć nie, chyba nie. Nie wszyscy mieli aż tak pod górę jak oni. Statystyka wyglądała raczej trochę lepiej. Średnia była wyższa, oni ją po prostu zaniżali.
- Pozwolę sobie wyłącznie przypomnieć, że nasze pokolenie ma też po jeden i dziewięćdziesiąt jeden setnych dziecka na parę - tymczasem żadne z nich nie miało ani tyle pociech, ani w gruncie rzeczy nie było niczyją parą (chyba, bo przecież nie pytał, ale pewnie by mu powiedziała), więc trochę rozpierdalali te statystyki. - A są chyba czarodzieje, którzy niemal nie mają pecha - i o to się rozchodziło.
Rzeczywistość nie lubiła dyspozycji. Ktoś miał dobrze, ktoś inny zbierał za to bęcki. Ewidentnie trafiło im być tą grupą pozbawioną uprzywilejowania. Zresztą nie tylko im. Nie musieli daleko szukać kolejnych przypadków. Los się z nich śmiał.
- Aż tak bardzo ci ostatnio podpada? - Spytał z uśmiechem błąkającym się w kącikach ust, zdecydowanie gotowy wysłuchać wszystkiego, co miała mu do powiedzenia.
Dobrze było od czasu do czasu posłuchać czegoś z drugiej strony duetu Figgów. Innego spojrzenia na raczej niecodzienną sytuację powrotu do kraju po tylu latach nieobecności i budowania tu sobie nowej rzeczywistości, nawet jeśli wyłącznie na chwilę, bo Roise raczej sądził, że przyjaciela za chwilę znów poznają gdzieś jego zapędy. A może chęć ucieczki? To i to zdecydowanie rozumiał, ostatnio nawet bardziej niż kiedykolwiek.
- No cóż. Czego oczekiwać po poszukiwaczu przygód - skwitował bez większych ceregieli, posyłając Norze bardzo jednoznaczne spojrzenie.
Jego opinia o ludziach dosłownie żyjących z miotania się po świecie nie uległa zmianie na przestrzeni ostatnich lat. Wręcz przeciwnie. Nawet wtedy, kiedy dotyczyła bliskich mu osób. Zwłaszcza wtedy, kiedy dotyczyła bliskich mu osób.
Po powrocie do kraju na stałe, gdy od dłuższego osiadnięcia gdzieś na więcej niż kilka miesięcy minęło sporo czasu, z pewnością trudno było przywyknąć do nowej rzeczywistości. Zbudowanie nowej, stabilniejszej rutyny było wielowymiarowym i długotrwałym procesem.
Ambroise być może nigdy nie podróżował w ten sposób, jego zlecenia raczej skupiały się wokół Londynu, czasami rozszerzając się na dalsze części Wysp, jednak co nieco wiedział o tworzeniu nawyków tam, gdzie ich wcześniej nie było. To potrafiło sprawiać, że ludzie stawali się wrzodami na dupie.
No, ale z pewnością nie zmieniali swojego charakteru tak całkowicie jak robili to niektórzy tu na miejscu. Posłał Norze jednoznaczne spojrzenie, bardzo powoli zaciskając usta w wąską linię i wzruszając ramionami. Żyli w czasach, w których należało brać pod uwagę wszystkie możliwości. Szczególnie te nie do odrzucenia. Może makabryczne, lecz mające sens już na pierwszy rzut oka.
- Albo to, albo demencja - stwierdził szczerze, być może nie będąc w tym najdelikatniejszy, lecz z pewnością zrozumiały. - Ja też nie pamiętam, by kiedykolwiek zachowywała się w ten sposób. Za to on? Cuchnie na milę - może nie dosłownie, choć Ambroise zdecydowanie nie miał dziś nosa do takich spraw, jednak ten człowiek ani trochę mu się nie podobał.
Miał w sobie wszystko to, co wzbudzało w Greengrassie znacznie więcej niż zwykłą podejrzliwość. To nawet nie były przeczucia. Cokolwiek odczuwał na widok tego człowieka, instynkty mówiły mu, że nie tylko, że nie należało ufać Urquartowi. Wręcz, że trzeba było mieć się przed nim na baczności.
Czy zatem ten mężczyzna byłby w stanie uciec się do czegoś takiego? A czy konie były skurwysynami? No, właśnie.
- Panika to jedno. Podejmowanie głupich decyzji pod jej wpływem to drugie - odpowiedział neutralnie, przelotnie przenosząc wzrok na wnętrze kuchni. - Zresztą oni chcą wywołać ten efekt, prawda? Wyśmienicie im się to udaje. Co najmniej połowa problemu sama się powybija - to było brutalne założenie, ale za to jakie prawdziwe.
Aż nazbyt. Być może nie było już tak jak tamtego pierwszego dnia po orędziu Voldemorta, kiedy ludzie zaczęli zachowywać się jak opętani i stosunkowo niewiele brakowało do tego, aby na ulicach zapanował kompletny chaos. Jednakże to wcale nie oznaczało, że od tamtej pory sytuacja się polepszyła.
Uległa zmianie, część wydarzeń trochę spowszedniała, wdarło się zobojętnienie wobec ciągłego poczucia zagrożenia, którego śliski, duszny woal coraz mocniej okrywał czarodziejski świat. Jednakże nie stała się ani trochę bardziej stabilna. Ludzie na ogół zaczęli zaliczać się do jednej z grup: tej, która panikowała i nie myślała lub tej, która jakoś sobie radziła, zazwyczaj trochę odcinając się od sytuacji.
Słońce wstawało i zachodziło. Czas płynął dalej. Życie trwało. Nie można było zamknąć się na świat, przestać żyć, unikać stworzenia sobie nowej rutyny w coraz bardziej porypanym świecie. Szczególnie, gdy w dużej mierze było się tą osobą, która musiała być najbardziej odpowiedzialna. Oboje coś o tym wiedzieli, prawda?
- Kwestia nawyków - luźno machnął ręką, sprowadzając to do tego prostego określenia, nawet jeśli to nie było aż takie proste.
Tak. Przyzwyczajenia robiły swoje. Lata pracy uodparniały na podobny grafik, lecz bezsenność też z pewnością miała w tym swój naprawdę duży udział.
Był czas, kiedy wydawało mu się, że może zmienić swój tryb życia. Przynajmniej częściowo, nie biorąc pod uwagę wyłącznie swoich tendencji, które same w sobie nie były najlepsze ani najbardziej zdrowe. Jednakże ta chwila minęła. Nawyki zostały. Obecnie chyba nawet silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Nie do wytępienia, zresztą nawet nie chciał tego robić.
- Wiesz, że zawsze jesteś mile widziana - odparł praktycznie od razu, nawet bez zawahania, aczkolwiek jednocześnie skwitował to krótkim kiwnięciem głowy. - Jak zmienisz zdanie, daj znać - zgadza się, nie jeśli, bo bez wątpienia kiedyś miała to zrobić.
Nie wszystkie książki dało się przynieść. Część wymagała specjalnych warunków, konkretnego otoczenia, odpowiedniej ilości czasu, spokoju nieosiągalnego w zaciszu takiego domu, jaki miała Nora.
Nie to, by nie lubił tego klimatu (czasami nawet ogarniała go na to melancholia) jednak co domostwo to obyczaj. U Figgów te obyczaje były specyficzne. Szczególnie, gdy chodziło o koci kult.
- Jesteś we własnym domu. Co najwyżej zsunęłabyś się pod stół i musiałbym cię nieść do łóżka - stwierdził gładko, raczej nie widząc w tym zbyt wielu problemów, bo Figgówna była drobna, daliby sobie radę nawet po pijaku. - I tak, włosy też bym ci trzymał - no cóż, to była część życia, nie?
Pracując na takim a nie innym oddziale raczej uodpornił się na podobne widoki a z tego, co podpowiadała mu pamięć, to nie byłby chyba pierwszy raz. W szumnie określanych czasach młodości (choć przecież żadne z nich nie było stare w poważnym znaczeniu tego słowa) robiło się różne rzeczy.
- Specyficzny człowiek - odpowiedział, nie posuwając się do stwierdzenia, że w gruncie rzeczy sam też zazwyczaj za takiego uchodził. - Myślę, że byś go polubiła. Czy on ciebie? Nie wiem - stwierdził szczerze, nie dodając, że taka okazja nie mogła już zaistnieć.
Zatem mógł mieć wyłącznie przeczucie, że tak, wynikające z tego, że Figgówny na ogół nie dało się nie lubić. Nawet wtedy, kiedy była absurdalnie uparcie niezależna i nic dla mnie nie rób.
- Mhm, acha - odmruknął pobłażliwie, unosząc wzrok w kierunku sufitu i nawet nie usiłując dać jej do zrozumienia, że mogła wmówić mu bzdety tego typu. - Bujać to my a nie nas - mogli licytować się, kto jest mniej zmęczony, ale na koniec dnia i tak była noc.
Zamierzał odciążyć ją od konieczności przygotowywania czegoś innego niż bimber, który zdecydowanie nie wpisał się w jej gusta. Tym bardziej, że to nie wymagało jakichś szczególnych przygotowań ani wielogodzinnego gotowania. Jedynie dwóch, trzech minut zanim postawił przed nią gotowy produkt, z którego mógł być zadowolony, nawet jeśli nie próbował jego finalnej wersji.
- Polecam się - kiwnął głową, posyłając Norze uśmiech i śledząc jej wyraz twarzy, gdy próbowała drinka.
Nie to, aby nie był pewien tego, co wyszło spod jego rąk. Jedynie zastanawiał się czy ilość cukru w cukrze była dla niej dostatecznie wysoka. Ewidentnie spełnił oczekiwania, kolejny raz kiwając głową zanim zasiadł przy stole na swoim miejscu.
- Ta, improwizacja i nieszablonowość na pewno się przydają w tych czasach - odpowiedział gładko, przeczesując palcami przydługie włosy. - Cukrzyca w płynie nie jest dla mnie. Zamierzam wykorkować na zawał, ale dzięki. Bimber jest świetny - może nie była to ognista, ale danemu alkoholowi nie zaglądało się w szyjkę.
Szczególnie w takich okolicznościach, gdy jakiekolwiek procenty miały być wyśmienicie kojące nerwy dnia.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Landrynka
She could make hell feel just like home.
wiek
26
sława
V
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Cukierniczka/Twórczyni eliksirów i kadzideł
Można ją przeoczyć. Mierzy 152 centymetry wzrostu, waży niecałe pięćdziesiąt kilo. Spoglądając na nią z tyłu... można myśleć, że ma się do czynienia z dzieckiem. Buzię ma okrągłą, wiecznie uśmiechnięte usta często muśnięte błyszczykiem, bystre zielone oczy. Nos obsypany piegami, które latem zwracają na siebie uwagę. Włosy w kolorze słomy, opadają jej na ramiona, kiedy słońce intensywniej świeci pojawiają się na nich jasne pasemka. Ubiera się w kolorowe rzeczy, nie znosi nudy i szarości. Głos ma przyjemny dla ucha, melodyjny. Pachnie pączkami i domem.

Nora Figg
#16
23.12.2024, 00:26  ✶  

Uśmiechnęła się od ucha do ucha, bo co racja to racja. O Greengrassie można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że był delikatny, pod żadnym względem. Zawsze sięgał po szczerość, co Nora bardzo sobie ceniła, bo nie wszystkich było na to stać, nie mydlił jej oczu, w żadnym wypadku. - Tak, to prawda, można o tobie wiele powiedzieć, ale na pewno nie to. - Nie uważała tego za coś złego, nie, przywykła do tego jaki był, i przestało jej to przeszkadzać, chociaż z początku miała problem z tą bezpośredniością, sama Figgówna była zdecydowanie dużo bardziej delikatna.

- O, czyli i ty i ja zaniżamy średnią, dobrze wiedzieć. - To, że miała chociaż jedno dziecko było dziełem przypadku i nie zamierzała mieć żadnych kolejnych. Zresztą od wielu lat unikała mężczyzn, przynajmniej pod względem romantyczntym, miała wielu przyjaciół płci męskiej, ale nie dopuszczała do siebie nikogo dostatecznie blisko, aby nawiązać jakąkolwiek relację inną od przyjaźni. Bała się tego, że może znowu się przejechać, nie miała szczególnie przyjemnego doświadczenia i wolała zdecydowanie być sama, bo tak było prościej - bez niepotrzebnych komplikacji. Sama potrafiła o siebie zadbać, co udowadniała chyba na wszystkich możliwych płaszczyznach i nawet była z tego powodu dumna.

- Pewnie są i tacy, to musi się jakoś równoważyć. - Tak już działał świat, czyż nie? Jedni mieli pecha, inni szczęście, los tak chciał i nie do końca mogli zrobić z tym cokolwiek.

- Tylko trochę, wiesz jak to jest, wraca po tylu latach i próbuje ustanawiać swoje rządy. - Jasne doceniała troskę brata, tyle, że radziła sobie przez wiele lat, kiedy nie było go obok. Wcale nie tak łatwo było jej się przyzwyczaić do tego, że znowu gościł w jej życiu. Jasne, zaczął pomagać jej w wielu sprawach, ale musiała powoli po prostu przywyknąć do jego obecności, to wcale nie było takie proste, nie kiedy przez tyle czasu radziła sobie ze wszystkim sama.

- To inny gatunek ludzi. - Miała podobne zdanie na ten temat co Roise. Zresztą nie ma się jej co dziwić, została uwiązana do Wielkiej Brytanii tuż po tym jak skończyła szkołę, ledwie rok po tym urodziła Mabel, którą musiała sama wychowywać, nie mogła sobie pozwolić na dalekie podróże, takie jak jej brat. Miała swoje plany związane z nauką cukiernictwa w Paryżu, ale szybko musiała je zsweryfikować, jakoś się z tym pogodziła i robiła co mogła, aby wyciągnąć jak najwięcej z otoczenia, właściwie chyba jej się to udało. Nie mogla narzekać na to, jak wygląda jej życie, powoli zaczęła spełniać swoje marzenia, małymi krokami dążyła do wielkich celów.

- Tak, on był mocno podejrzany, serio myślisz, że ciotka może mieć demencję? - Faktycznie to byłaby jakaś odpowiedź na to, w jaki sposób się dzisiaj zachowywała, chociaż mimo wszystko skłaniała się bardziej ku wersji, że to przez tego dziwnego typa nieco inaczej się zachowywała. Nie miała pojęcia, co dokładnie się działo, ale nie zamierzała pozostawić tego tematu, bo w końcu chodziło o rodzinę, powinni się sobą opiekować.

- No tak, o to im chodzi, i to działa, nie ma się co oszukiwać, że przynosi to oczekiwane efekty. - Nie podobało jej się to, że śmierciożercy faktycznie zaczynali dostawać to, na czym im zależało. Siali zamęt, ludzie zaczynali wariować i sami się wyniszczali. Nie sądziła, że szybko się to zmieni, ale przecież właśnie z tego powodu zaangażowała się w działania Zakonu Feniksa, próbowała jakoś zmienić świat, może nie wyróżniała się jakoś szczególnie, bo tylko tworzyła eliksiry, maści, czy kadzidła dla swoich przyjaciół, którzy ryzykowali na froncie, ale nie mogłaby sobie zarzucić tego, że jest bierna. Czuła, że musi się w to angażować, zwłaszcza, że większość bliskich jej osób ryzykowała życie, aby pomagać tym, któzy znajdowali się w gorszej pozycji, zupełnie bezinteresownie.

Sama jednak nie zamierzała dać się wystraszyć, starała się żyć tak, jakby jutra miało nie być. Otworzyła swoją własną cukiernię, rozwijała się, bez względu na wszystko. Chyba nie zniosłaby myśli, że pozwoliła sobie na stagnację przez to, że trwała wojna. Nie chciała, aby oderbali im radość z życia.

- Pewnie tak, do wszystkiego można się przyzwyczaić. - Wystarczyło powielać te same zachowania, w chodziły one w nawyk. Widziała po sobie, że niewiele jej było trzeba do tego, aby nieco zmienić swoje przyzwyczajenia. Sypiała coraz mniej, ale jakoś dawała sobie z tym radę. Musiała mieć czas, aby pomóc wszystkim, którzy oczekiwali jej wsparcia.

- Wiem, wiem, ale z czasem ostatnio u mnie bywa różnie. - Nie zamierzała udawać, że jest inaczej. Cukiernia wymagała uwagi, zakon wymagał uwagi, Mabel wymagała uwagi. Doba niestety miała tylko dwadzieścia cztery godziny i z tym akurat nie była w stanie zrobić nic, a szkoda, bo chętnie zaszyłaby się w ich bibliotece, była pewna, że jest tam wiele ciekawych pozycji.

- Na szczęście wiesz, gdzie znajduje się moje łóżko, jak mniemam nie zostawiłbyś mnie pod stołem. - To było całkiem pocieszające, wolała nie myśleć o tym, jaka byłaby połamana gdyby się obudziła w tym miejscu. - Jesteś najlepszy, tylko uważaj, strasznie się miotam jak jestem nawalona. - Mimo, że była drobna, to potrafiła się całkiem nieźle wtedy wymykać i gubić w różnych miejscach, taka już była tendencja. Nie, żeby zdarzało się to zbyt często, bo Nora nie dopuszczała do takich sytuacji i raczej piła odpowiedzialnie.

- Mnie przecież wszyscy lubią. - Rzuciła z uśmiechem na twarzy, dosyć pewnie jak na nią, ale wydawało jej się to mieć sens. Mało kto nie darzył ją sympatią i była tego świadoma, co można było nawet uznać za arogancję, ale nie miała nic złego na myśli. Zresztą ona sama chyba lubiła wszystkich ludzi, którzy kręcili się wokół niej, nie potrafiła reagować na nich inaczej.

- Nic się przed tobą nie ukryje, co? - Zawsze tak było, nie było sensu udawać, że nie jest zmęczona, bo Ambroise nie miał problemu z tym, aby dostrzec prawdę.

- Uważaj, bo teraz się już ode mnie nie uwolnisz, będę korzystała z każdej możliwej okazji. - Szczególnie, że ulepek okazał się być naprawdę idealny w smaku, na pewno to zapamięta i skorzysta z ewentualnej, nadarzającej się okazji.

- Tak, nieszablonowość jest wskazana i dostosowywanie się do sytuacji, ale chyba to masz opanowane? - Była o tym przekonana, i nie chodziło tylko o to, że zrobił jej ogromnego drinka, którego zamierzała wypić tego wieczora.

- Najważniejsze, że każdy ma coś dla siebie, powinniśmy jakoś przetrwać ten wieczór. - Roise miał bimber, ona drina, czy potrzebowali czegoś więcej do szczęścia? Nie, nie tym razem.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#17
08.01.2025, 20:57  ✶  
- Wiele powiedzieć? - Powtórzył po Norze, przy czym posłał jej niepoważne, może lekko pytające spojrzenie, bez wątpienia chcąc tym samym sprowokować dziewczynę do rozwinięcia wypowiedzi.
Nie to, żeby Ambroise jakoś specjalnie przejmował się opinią innych ludzi na jego temat, ale skoro Figgówna powiedziała już a, bez wątpienia chciał od niej usłyszeć także b a, kto wie, może i c lub nawet d - w zależności od tego jak bardzo rozbawiłyby go jej konkluzje i spostrzeżenia.
- Statystycy i demografowie pewnie nie pałają do nas sympatią, choć ty przynajmniej przysłużyłaś się społeczeństwu pod tym względem - stwierdził, komentując słowa towarzyszki wraz z lekkim potrząśnięciem głową. - Mnie też przy okazji pół grona starych bezdzietnych ciotek nazywa beznadziejnym przypadkiem, choć miło być czasem zakałą rodziny, bo przynajmniej coś o tobie mówią - niespecjalnie miał z tym jakikolwiek problem, tym bardziej, że przez większość czasu słyszał o sobie jednak całkiem pozytywne słowa (innych do siebie po prostu nie przyjmował).
W istocie w stosunku do Nory starał się być raczej przyjemnym w obyciu człowiekiem. Być może niespecjalnie wylewnym, bo tego nie miał w zwyczaju praktycznie przy nikim, jednakże znacznie cieplejszym i bardziej opiekuńczym niż względem większości mniej mu znanych ludzi. Zdecydowanie miała u niego fory i specjalne traktowanie, przynajmniej mniej więcej od czasu, gdy mocniej zaczął zadawać się z jej bratem, później nawiązując bliższą relację także z nią, gdy Thomasa wywiało na dalekie wojaże.
Wypadało, aby ktoś był na miejscu, monitorując sytuację w razie potrzeby, a że Figg postanowił oddalić się z kraju, Roise instynktownie przypisał sobie przyjął tę rolę. Mijały lata a on czuł się na tyle dobrze zarówno w domu Figgów, jak i w towarzystwie samej Nory, że nawet, gdy zajęła zupełnie nowe miejsce, tutaj też czuł się wyjątkowo swobodnie. Zresztą nigdy nie miewał podobnych problemów, raczej mając tendencję do bycia ekspansywnym w większości przestrzeni.
- Próbować to sobie może, nie? - Parsknął bez powagi, jednocześnie posyłając Norze znaczący uśmieszek. - Z doświadczenia wiem, że za chuja to nie działa - w końcu nie tak dawno, bo cholerne półtora roku temu ponownie zwalił się rodzinie na chatę, osiągając w tym wyłącznie połowiczny sukces, bo szybciej dostałby pierdolca niż całkowicie wrócił na stare śmieci.
Nie bez przyczyny podjął decyzję o wyniesieniu się do niezbyt dużego, średnio wygodnego budynku gospodarczego przerobionego na coś na kształt mieszkania. Później zaś o kupnie czegoś w Londynie przy Horyzontalnej na okoliczność spędzania (nomen omen większości) czasu w mieście.
Nie mógł przy tym powiedzieć, że miotał się przez to między dwoma miejscami zamieszkania, ale też w żadnym nie był w stanie zagrzać miejsca. Na ten moment najdogodniejsze było dla niego zaszywanie się w szpitalu na dyżurze, choć i tam w ostatnim czasie czuł się coraz bardziej bezsensownie. Wewnątrz kąśliwie przyjmując odwlekające się w czasie obietnice szans na awans, gdy w rzeczywistości na zewnątrz w dalszym ciągu pozostawał względnie opanowany. W istocie jego cierpliwość powoli zaczynała się wyczerpywać.
- Szczerze mówiąc, bardziej sądzę, że to jego sprawka niż jakakolwiek choroba, ale też nie jestem ekspertem w dziedzinie problemów umysłowych - odpowiedział poważnie, nie mając kłopotów z przyznaniem się do potencjalnych braków w tym zakresie wiedzy, bo wcale nie uważał tego za ujmę na honorze.
Za swoje niedoinformowanie również nie. To była dziedzina medycyny w stosunku do której po prostu nigdy nie czuł żadnych pociągów. Ten zakres zupełnie go nie interesował. W przeciwieństwie do przyglądania się potencjalnie szkodliwym dupkom.
- Prędzej czy później szala przeważy na drugą stronę - stwierdził, jednakże w jego tonie trudno byłoby doszukiwać się entuzjazmu czy pocieszenia. - Cholera wie, ile razy będzie bujać się to w jedną, to w drugą. Szczerze wątpię, żeby dało się przewidzieć ostateczny wynik. Choć jak dla mnie, siły mimo wszystko nie są ani trochę równoważne - chyba nie musiał wspominać, kto w jego oczach miał mniejsze szanse na powodzenie, prawda?
Pracując w takim a nie innym miejscu, automatycznie potrzebował zachowywać neutralność wobec osób odwiedzających szpital. Prywatnie również nie zamierzał angażować się w działania jednej lub drugiej strony konfliktu. Nie miał zbyt wielu powodów, aby popierać postulaty mugolaków. Teoretycznie technicznie rzecz biorąc miał wiele więcej związku ze stwierdzeniami padającymi z ust czystokrwistych tradycjonalistów.
Tyle tylko, że nie był w tym fanatykiem zupełnie oderwanym od rzeczywistości. Jasne, miał swoje dziwactwa, ale w gruncie rzeczy był bardziej postępowy niżeli mógłby przyznać nie czując zażenowania z tego powodu. Wolał zachowywać się jak człowiek jego pokroju.
Otwarcie nie popierał żadnej ze stron. Leczył tych i tych. W szpitalu czy prywatnie. Przymykał oczy na okoliczności, obrażenia, na rzeczy, których nie dało się nie dostrzec, jeśli miało się oczy. Świadomie jednak w żadnym wypadku nie zadawał pytań mogących postawić pod ścianą zarówno pacjenta jak i bądź co bądź również jego samego.
Tym samym nie miał pojęcia o działalności Nory. Nie chciał tego wiedzieć. Nie chciał niczego się domyślać, niepokoić się na zapas, otwarcie się martwić. Nie to, by nigdy tego nie robił, ale otwarcie oczu na szerszą perspektywę wiązało się z czymś, czego nie zamierzał robić.
Swobodnie mógł jej za to pokazać kilka technik samoobrony lepszych od machania patelnią czy udostępnić kilka książek, żywiąc wobec Figgówny na tyle dużo zaufania, że wiedział, że prędzej czy później woluminy do niego powrócą. Co do ich treści? Z pewnością nie zamierzał wyciągać na pierwszy ogień niczego niepoprawnego, jednak nie wykluczał tego z czasem.
Chwilowo wyłącznie kiwnął głową na uzyskaną odpowiedź. Domyślał się, jak mało czasu mogła mieć przy swoim trybie życia, wychowaniu córki, rozwijaniu biznesu cukierniczego. Imponowała mu tym. Nie mógł powiedzieć, że nie. Tym bardziej, że była przecież sama, nie mając zbyt wiele faktycznego wsparcia. Nie od strony, od której powinna je mieć, ale nie zamierzał tego nigdy komentować.
- Nie wątpię, że nie miałabyś problemu, żeby się tam zmieścić, ale nie. Nie planuję dać ci kimać pod stołem - stwierdził, jednocześnie uśmiechając się na zasłyszane określenie; no, oczywiście, że był najlepszy. - To dla mnie żadna nowość, nie? - To także nie było pytanie z jego strony.
Przy tylu latach znajomości trudno było nie wiedzieć o sobie nawzajem takich faktów. Tak jak i nie znać swoich wzajemnych alkoholowych preferencji. W jej przypadku do tych cholernie słodkich ulepków z dużym przymrużeniem oka dających nazwać się alkoholem.
A jednak był całkiem zadowolony z własnego tworu. Tym bardziej, że bez wątpienia zdecydowanie przypadł Norze do gustu. Ambroise kiwnął głową z aprobatą, jednocześnie wzruszając ramionami na słowa dotyczące jego spostrzegawczości.
- Element pakietu uzdrowiciela - skwitował krótko, niezbyt poważnie, ale zgodnie z prawdą.
Pracując w szpitalu należało dostrzegać więcej niż inni ludzie, wyłapując te małe rzeczy, drobne niuanse i nieścisłości w opowieściach pacjentów tudzież ich bliskich. Inaczej do niczego by się nie doszło, kręcąc się w kółko.
- Nie to, żebyś wcześniej dawała mi o sobie zapomnieć - przypomniał w mało dyskretny acz całkiem rozbawiony sposób, posyłając Figgównie wymowne spojrzenie. - Improwizację i adaptację w istocie mam we krwi. W tych czasach trzeba się nagimnastykować zanim się coś osiągnie, nie? - Nie pytał, nie musiał.
Ich nowa rzeczywistość taka była.
- Ta. Mamy niemal wszystko - kiwnął głową, jednocześnie sięgając do kieszeni. - Pozwolisz - to mówiąc machnął papierośnicą, zadziwiająco refleksyjnie jak na niego, jednocześnie raczej na tyle mocno nie spodziewając się odmowy (w tym momencie raczej traktował własne słowa jak formalność), że niemal od razu sięgnął po szluga, kładąc otwarte płaskie puzderko na stole między nimi.
Wcisnął sobie papierosa między wargi, jednocześnie odginając się na krześle i patrząc przez chwilę w sufit.
- Ktoś ci to powinien odmalować - stwierdził, pozwalając sobie kiwnięciem głowy wskazać na kilka plam z cholera wiedziała, czego.
Stawiał, że kolorowego lukru, barwionego ciasta na babeczki albo czegoś w tym rodzaju, bo plamki były niemalże tęczowe i mógłby przysiąc, że lekko opalizujące.
- Szarpnij do tego Thomasa. Niech się na coś przyda - zarekomendował, unosząc przy tym brew i nieznacznie się uśmiechając, zanim pstryknął zapalniczką, pierwszy raz zaciągając się dymem.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Landrynka
She could make hell feel just like home.
wiek
26
sława
V
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Cukierniczka/Twórczyni eliksirów i kadzideł
Można ją przeoczyć. Mierzy 152 centymetry wzrostu, waży niecałe pięćdziesiąt kilo. Spoglądając na nią z tyłu... można myśleć, że ma się do czynienia z dzieckiem. Buzię ma okrągłą, wiecznie uśmiechnięte usta często muśnięte błyszczykiem, bystre zielone oczy. Nos obsypany piegami, które latem zwracają na siebie uwagę. Włosy w kolorze słomy, opadają jej na ramiona, kiedy słońce intensywniej świeci pojawiają się na nich jasne pasemka. Ubiera się w kolorowe rzeczy, nie znosi nudy i szarości. Głos ma przyjemny dla ucha, melodyjny. Pachnie pączkami i domem.

Nora Figg
#18
09.01.2025, 23:34  ✶  

- A nie? pewnie jakbym zaczęła mówić, to nie mogłabym skończyć, tyle, że może uznajmy, że podzielę się z Tobą wtedy, jak się napiję, najlepiej wystarczająco mocno, że ewentualnie będzie mogło to zostać uznane za bredzenie kogoś wstawionego. - Nie lubiła się dzielić w głos swoimi przemyśleniami, Norka była naprawdę wyśmienitym słuchaczem, jednak z mówieniem bywało różnie. Była wdzięczna Ambroisowi za to, że opiekował się nią zawsze pod nieobecność Thomasa, właściwie z czasem przestało mieć znaczenie to, czy był on nieobecny, czy obecny. Zawsze znajdował się blisko i dbał o nią, co było naprawdę miłe, bo przecież nie musiał tego robić, miał swoją rodzinę, a jednak zawsze znajdował czas i dla niej. Zachowywał się w stosunku do niej bardzo opiekuńczo, trochę jak kolejny brat. To naprawdę było bardzo miłe i doceniała to wsparcie. Czasem głupio jej w ogóle było, że go potrzebuje, nadal nie do końca potrafiła przyjmować wyciągniętą w jej stronę dłoń. Sama raczej wybierała opcję, w której to ona stanowiła dla innych oparcie, tutaj było zupełnie inaczej.

- Sytuacja samotnych matek nie należy do najprostszych, nie dziwię się, że kobiety nie chcą rodzić dzieci, skąd możesz wiedzieć, czy tatuś nie postanowi zrezygnować z nowej funkcji. - Panna Figg miała średnie zdanie, jeśli chodzi o mężczyzn, cóż, trzymała się od nich z daleka jeśli chodzi o jakiekolwiek relacje romantyczne. Ktoś ją kiedyś dosyć mocno zranił i postanowiła, że nie pozwoli, aby to się powtórzyło. Trzymała się całkiem nieźle swojego postaniownia, nie pozwalała sobie na chwilowe miłostki, nie sądziła zresztą, że ktoś byłby w stanie zaakceptować ją z całym jej bagażem doświadczeń. Tak było zdecydowanie lepiej, chociaż czasem dosyć trudno. Nie mogła jednak narzekać, bo miała wokół siebie wspaniałych ludzi, którzy byli gotowi zrobić dla niej wiele.

- Cóż, nie ma to jak hipokryzja, czyż nie? Zresztą Ty masz jeszcze czas, nie jesteś, aż taki stary. - Nie był, prawda? No, może przekroczył już trzydziestkę, mimo wszystko całe życie było przed nim. Pamiętała, że Ambroise miał kiedyś dziewczynę, był z nią chyba dosyć długo i coś poszło nie tak. Nie wypytywała, nie wnikała w to, nie sądziła, aby chciał się z nią tym dzielić. Zresztą nie była specjalistką od związków, czy spraw sercowych, nie czuła, aby mogła dawać komukolwiek wsparcie w tej dziedzinie.

- To prawda, szczególnie, że ułożyłam już sobie wszystko po swojemu, może gdyby zjawił się nieco szybciej... Teraz musi zaakceptować to, jak to wygląda. - Sporo czasu spędziła na tym, aby ogarnąć swój mały świat. Cukiernię, przy okazji dom, bo przecież przeniosła się wraz z otworzeniem własnego biznesu do Londynu. To wcale nie było takie proste, rozpoczynała nowe życie, w zupełnie innym miejscu, ze sporą ilością obowiązków, a do tego córką u swojego boku. Jasne, gdy Thomas wrócił do kraju zaproponowała mu pozostanie u niej, bo to wydawało jej się słuszne, bez sensu było, aby wracał do ich rodzinnego domu, gdy mógł zamieszkać z nią tutaj, nie ukrywała, że drobna pomoc mogłaby się jej przydać, szczególnie w czasach dość mrocznych i groźnych. Czuła się bezpieczniej, kiedy brat znajdował się obok, zwłaszcza, że przede wszystkim chodziło o Mabel, musiała przewidywać ewentualne zagrożenia, a miała też świadomość o swoich brakach w pewnych dziedzinach magii.

- Cóż, zorinetuję się więc, jak to wygląda, tak chyba będzie najprościej. - Bez sensu było przypuszczać, bo to mogło nie dać faktycznych odpowiedzi. Będzie musiała skontaktować się z ciotką i podpytać ją o to, jak wygląda sytuacja, jakos dyskretnie, aby tamta nie czuła się napastowana.

- Pozostaje wierzyć, że dobro zwycięży, zawsze zwycięża, czyż nie? - Posiliła się o nutkę optymizmu, bo zaczynało się robić nieco melancholijnie, a nie chciała popaść w jakiś dziwny marazm. Pozytywne nastawienie pomagało jakoś przetrwać ten trudny czas, tego powinna się trzymać. Nie mogą wybić wszystkich, mugolaków było wielu, tak samo jak czarodziejów półkrwi, czystokrwiści również opowiadali się po ich stronie. Prędzej, czy później zapanuje spokój. Musiało się tak zdarzyć. Gdyby nie wierzyła w sukces ich misji, to przecież nie angażowałaby się w działania Zakonu. Małymi krokami będą naprawiać to, co śmierciożercy psuli, aż w końcu uda im się przywrócić odpowiedni porządek.

- To wspaniale, pewnie jest tam bardzo niewygodnie. - Wolała nie obudzić się z bolącym kręgosłupem, bo przecież jutro czekał ją kolejny dzień spędzony w kuchni, to naprawdę mogło uprzykrzyć życie, a musiała być na nogach przez sporą ilość czasu. - Tak, żadna nowość, zawsze mogę na Ciebie liczyć. - Uśmiechnęła się do niego ciepło, bo dobrze było wiedzieć, że ma wokół siebie ludzi, którzy są w stanie się o nią zatroszczyć, nawet jeśli w tej chwili chodziło o głupie uniknięcie spania pod stołem, w razie ewentualnego przesadzenia z alkoholem.

- Supermoce, rozumiem. - Cóż, podziwiała go trochę za to, czym się zajmował. W końcu medycy musieli przez lata się kształcić, mieli ogromną wiedzę w wielu dziedzinach, że też mu się chciało to robić. Do teog te zmiany, dyżury, to musiało być wyczerpujące, zwłaszcza w sytuacji, w której w tle trwała wojna. Wolała nawet nie pytać ile miał teraz na głowie. Podejrzewała bowiem, że sporo.

- To chyba nie jest przytyk? - Dodała, przyglądając mu się uważnie, chyba próbowała wyczytać jakiekolwiek emocje z jego twarzy. Nie, to nie mógł być przytyk, Ambroise nie należał do osób, które się nad kims litowały, raczej wybierał sobie znajomych, nie przebywałby z nią gdyby chociaż odrobinę nie darzył ją sympatią.

- Trzeba się nagimnastykować, ale nic nie jest niemożliwe, właściwie zawsze można coś osiągnąć, potrzeba do tego tylko determinacji. - Szkoda by było przestać dążyć ku własnym celom tylko przez to, że trwała wojna. Oni tego chcieli, zależało im na tym, aby burzyć spokój. Wypadało odnaleźć w tym swoją drogę i równowagę. Bez sensu było marnować najlepsze lata swojego życia.

- Jasne, nie krępuj się. - Nie przeszkadzał jej zapach dymu unoszący się w powietrzu, może sama wyjątkowo rzadko sięgała po jakiekolwiek papierosy, jednak inni mogli to robić w jej towarzystwie, nie była szczególnie przewrażliwiona na tym punkcie.

Przeniosła głowę na sufit, żeby spojrzeć na to, co konkretnie Ambroise miał na myśli. Fakt, znajdowało się tam kilka plam, bo cóż, w kuchni bywało różnie, czasem jak na polu walki. Odmalowanie sufitu nie było głupim pomysłem, wręcz przeciwnie, może faktycznie powinna poprosić o to brata.

- To nie jest zły pomysł, może znajdzie na to czas. - Cóż, jej brat też miał na głowie sporo rzeczy i nie lubiła prosić go o przysługi, ale chyba wypadałoby się tym zająć.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#19
12.01.2025, 22:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.01.2025, 22:18 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Z szerszej perspektywy ich relację można było uznać za dosyć specyficzną. W tym węższym zakresie wszystko spinało się ze sobą w naprawdę logiczny, niespecjalnie skomplikowany sposób. Ot, Ambroise od blisko dwóch dekad przyjaźnił się z Thomasem, Thomas był starszym bratem Nory, który przez wiele lat wybierał podróże poza krajem, więc całkiem naturalnym stanem rzeczy wydawało się to, że skoro łączyła ich bliska relacja, Greengrass mimowolnie zaangażował się też w sprawowanie opieki nad młodszą Figgówną. Tym bardziej, że w końcu znał ją mniej więcej tyle, co jej brata.
Traktował ją niczym własną młodszą siostrę, tyle tylko, że może z większym przymrużeniem oka aniżeli Roselyn, z którą przez wiele lat miewał mniejsze lub większe spiny. Pomiędzy nim a Norą raczej nigdy nie było miejsca na rywalizację typową dla większości rodzeństw. Ich relacja była zbliżona do tej rodzinnej a jednak jednocześnie inna.
I właśnie tu pojawiał się ten wspomniany obcy element. To specyficzne podejście wynikające po części z układu sił, po części zaś z indywidualnych doświadczeń czy charakterów. Jak do tej pory obywało się przy tym bez skrajności. Nie wpadli jeszcze w żadną pułapkę swoich na swój sposób bardzo zbliżonych podejść do oferowania i przyjmowania pomocy.
Ktoś złośliwy (lub po prostu realistyczny) mógłby powiedzieć, że całe szczęście, bo wtedy wydawało się całkiem prawdopodobne, że znaleźliby się w impasie. Zawieszeni gdzieś w próżni pomiędzy daj, pomogę ci, bo krwawisz a nie, ty krwawisz bardziej, więc najpierw ty, ja sobie poradzę lub co gorsza w okoliczności krycia przed tą drugą stroną własnych bolączek w pozornie słusznej intencji pomocy wpierw tej drugiej osobie.
Niewiele było osób, wobec których Ambroise zachowywałby się w tak jednorodnie nieegoistyczny sposób jak w stosunku do Eleonory (której chyba jeszcze nigdy nie miał okazji nazwać w ten sposób na głos). Właśnie dlatego chciał od niej usłyszeć to, co sądziła na jego temat, nawet jeśli miał ją w tym celu spić. Mimowolnie biorąc to pod uwagę i kwitując jej słowa milczącym kiwnięciem.
Jasne. Ten temat mieli przełożony na inną, późniejszą okazję. Zaś kolejny?
- Szczerze mówiąc - odparł, jednocześnie rozkładając przy tym ręce w geście mającym zastąpić stwierdzenie znasz moje zdanie - takie sytuacje powinny należeć do wyjątków. Nie mówię nawet o tym, że idąc z kimś do łóżka powinno się znać tę osobę, bo chuj z tym, tak nie jest i nie będzie - parsknął cicho, jakby sama ta myśl była zbyt absurdalnie idealistyczna.
Tak idylliczna, że aż nieprawdopodobnie naiwna. Wzbudzająca kpinę i politowanie dla kogokolwiek, kto tak sądził. No cóż, byli przyjaciółmi na tyle długo, że nie zamierzał przed nią ukrywać swojego hulaszczego stylu życia ani lata temu, ani obecnie. Choć oba etapy wynikały z zupełnie innego podejścia, w żadnym wypadku nie łączyło ich jego jednorodne, niezmienne spojrzenie na świat.
- Raczej to coś wynikającego z odwagi cywilnej... ...albo często z jej braku... ...i z tego, że gdy jesteś szanującym się gościem to albo pilnujesz swojego chuja, albo odpowiadasz za efekty machania nim w jedną czy w drugą - stwierdził bezceremonialnie, bowiem branie odpowiedzialności za wszelkie konsekwencje swoich akcji powinno być całkowicie naturalne.
No, właśnie. Powinno być. Niestety nie żyli w idealnym świecie, mimo to tak jak Nora miał tu swoje konkretne zdanie.
To nie było machnięcie ręką i twoja decyzja, co z tym zrobisz. To nie było zrzeczenie się odpowiedzialności. To nie było nawet pół na pół. To nie było równoważenie sił i zakresu odpowiedzialności. To nie było: oboje za to odpowiadamy, więc dzielimy się pół na pół, przy czym ode mnie dostajesz forsę i letnią rezydencję, nie zamierzam mieć w tym udziału. Nigdy nie powinno być. To było: skoro to mój dzieciak, ty go rodzisz to ja odpowiadam za całą resztę, przynajmniej do momentu aż nie będzie to konieczne. Czyli obiektywnie mówiąc: do osiągnięcia pełnoletniości wspomnianego potomstwa.
Pod tym kątem był zdecydowanym tradycjonalistą i to nie jednym z tych czystokrwistych tradycjonalistów, którzy mieli tradycję na ustach i piętnaście bękartów pochowanych w różnych portach.
Kwestia krótkotrwałej, krótkoterminowej zabawy bez konsekwencji albo z późniejszym rzuceniem kilku galeonów na bachora była...
...bardzo konkretnym, bezdyskusyjnym tematem w jego oczach. Mogli być sobie obcy, nie planować nic więcej, nie chcieć od siebie nic ponad to wszystko, co już się wydarzyło, ale to nie zmieniało faktu, że on sam, o ile byłby żywy, za cholerę nie wystawiłby nikogo na okoliczność samodzielnego wychowywania bękarta. Ani bękarta na wychowywanie się ze świadomością bycia niechcianym przez rodzica.
Dokładnie tak jak nie zrobił tego jego ojciec. Nie tak jak to zrobiła jego matka.
Nie bez powodu szczerze gardził kimkolwiek, kto postawił Norę w takiej a nie innej sytuacji. Nie oceniał przy tym przyjaciółki, był od tego zadziwiająco daleki, za to nie miał najmniejszych problemów z tym, aby pałać szczerą, nieskrywaną niechęcią do tego drugiego elementu. Mimo to nie drążył, teraz też po prostu posłał jej całkiem poważne spojrzenie.
Utrzymał je przez całe trzy sekundy zanim nie dotarły do niego kolejne słowa towarzyszki, na które instynktownie zareagował cichym, trochę cynicznym parsknięciem. Nie, zdecydowanie tego nie widział. Ani nie potrzebował widzieć, bo jeśli w istocie chciałby przysłużyć się w taki sposób społeczeństwu to mógłby zrobić to w każdej chwili. I pewnie już dawno by to uczynił.
- Dzięki - stwierdził z uniesionymi brwiami, uśmiechając się pod nosem. - Miło słyszeć, że nie jestem aż taki stary. Hipokryzja, jakaby nie była, w żadnym razie mnie nie rusza. Co zaś tyczy się pąkli, niech to zostanie w zakresie bardziej odpowiednich osób - on z całą przyjemnością mógł być tym dobrym wujkiem dla Mabel a to także raczej z doskoku niż z bliskiej odległości.
Nawet jeśli był taki moment w jego życiu, w którym zaczął ostrożnie rozważać założenie własnej rodziny, teraz po czasie odczuwał coś na kształt piekącej, raczej dosyć gorzkiej ulgi, że tak się nie stało. Byłby naprawdę beznadziejnym ojcem. Fatalnym mężem - to już udowodnił wycofując się z wieloletniego związku, przez lata nie dochodząc do niczego innego niż tego, że w istocie lepiej było, by zniknął i się wycofał.
Słowa Nory, choć miłe, pozostawiły pewny gorzki posmak w jego ustach. Mimo tego, że skwitował je w bardzo lekki, niezobowiązujący sposób. Z pozoru bez cienia smutku czy żalu. Odwrócił jednak wzrok, szybko sięgając po szklankę i opróżniając ją jednym głębokim haustem zanim nie skierował tematu w stronę Thomasa.
Niespecjalnie widziało mu się rozmawianie o tym, że jedyna osoba, z którą mógł sobie wyobrazić świadome przysłużenie się statystykom była zaręczona z kimś innym, on nie pchał łapsk w kierunku zajętych panien (zresztą to było przecież dużo bardziej skomplikowane) a jeśli chodziło o przygodne relacje to wyjątkowo mocno pilnował się, żeby nie usłyszeć kiedyś czegoś, czego zdecydowanie nie chciał słyszeć.
- Gdyby zjawił się szybciej, pewnie też niewiele zmieniłoby się w zakresie tego, na co powinien a na co nie powinien sobie pozwalać - odparł, kolejny raz raczej nie wahając się przed sformułowaniem własnego zdania. - To dorosły człowiek. Nie może przefrunąć z gniazda rodziców do gniazda młodszej siostry i oczekiwać, że dołoży tam swoje trzy patyki i dzięki temu stanie się naczelnym ptaszyskiem - zgadza się, to nawet brzmiało absurdalnie.
Gdy wkraczało się do czyjegoś królestwa, należało zdawać sobie sprawę z konieczności uszanowania panujących tam zasad. Szczególnie, gdy nie miało się raczej zamiaru zostać tam na stałe, bo kto jak kto, ale Thomas zdecydowanie zasługiwał na to, żeby w pewnym momencie stworzyć sobie coś własnego w jakimś zakątku świata. Z kim? Z kimkolwiek, Ambroise nie zamierzał o to pytać ani specjalnie nie drążył tematu. W jego oczach Thomas mógł wybrać samotność, znaleźć sobie jakąś potworę i być jej amatorem.
Cholera jasna, jeśli kumpel preferowałby, aby to był potwór zamiast potwory, to też było w porządku. Potwora czy potwór, liczył się otwór. Pod tym kątem raczej nie zamierzał tego nigdzie rozgłaszać, ale był zadziwiająco progresowy. Sam miał bardzo jasne upodobania, natomiast te innych ludzi niespecjalnie go obchodziły. Nie uważał to za nic, w co powinien wsadzać swój nos. A nawet przeciwnie - nie miał żadnej ochoty w to wnikać.
Dokładnie tak jak w sporą część innych kwestii. Zarówno stan zdrowia pani Abbott, jak i poczynania nieznanej mu grupy czarodziejów walczących z Voldemortem nie były czymś, o czym chciałby wiedzieć zbyt wiele. Nie potrzebował. Przynajmniej na te moment. Miał stanowczo zbyt wiele własnych problemów.
- Dobro to pojęcie względne - stwierdził bez mrugnięcia okiem, cały czas przyglądając się Figgównie, mając przy tym zdecydowanie neutralny ton głosu i wyraz twarzy. - Ale tak, patrząc na to w ten sposób, czyjeś dobro zawsze zwycięża - zdecydowanie nie był tak optymistyczny jak przyjaciółka, nawet nie próbował być.
W istocie dobro jednych ludzi niekoniecznie oznaczało dobro innych. Jasne. Zdecydowanie nie chciał, żeby Śmierciożercy zwyciężyli w taki sposób, w jaki planowali to zrobić i aby wprowadzili w życie wszystkie swoje postulaty. Mimo wszystko miał też pewne obiekcje przeciwko zwycięstwu tej drugiej strony i temu, co może się stać z jego klasą społeczną, gdy czarodzieje półkrwi, mugolaki i charłaki dojdą do niemal całościowej władzy.
Ich żądania też bywały bardzo skrajne. Tak samo jak głoszone przez nich hasła sugerujące, że równość, wolność i braterstwo mogło momentalnie przemienić się w kumoterstwo, zaś potem jeszcze szybciej w czystki na złych i najgorszych czystokrwistych.
Powrót do dawnego stanu rzeczy też nie wchodził w grę. Stanęli przed naprawdę chaotycznym, wielowątkowym, złożonym wyzwaniem i Greengrass naprawdę wątpił w to, aby większość z walczących po którejkolwiek stronie w choć niewielkim zakresie zdawała sobie sprawę z konsekwencji, jakie mieli wszyscy ponieść. Niezależnie od wyniku starcia.
Równowaga nigdy nie istniała. Nigdy nie miała istnieć. Zawsze miała być zaburzona. Pytanie, na którą stronę ostatecznie miała przechylić się szala i kto miał być faktyczną ofiarą tej wojny.
Mimo to, nie zamierzał wdawać się w tak głęboką dyskusję. Przynajmniej nie teraz, gdy zaczynało być naprawdę miło. Odzyskiwali choć część spokoju.
- Rzeczywiście, nie jest to zbyt wygodne miejsce - uśmiechnął się pod nosem, lekko kręcąc głową. - Więc tym bardziej cię tam nie porzucę. Cieszę się, że mamy tu jasność - może nie zamierzał o tym mówić, ale miło było usłyszeć podobne słowa, podobał mu się sposób, w który o tym mówiła.
Nawet on czasami potrzebował, by ktoś tak po prostu uwierzył w jego dobre intencje. Szczególnie ostatnio, gdy wszystko dookoła zaczęło się pierdolić. Gdy on sam nie do końca wierzył już w bycie tak neutralnym człowiekiem, za jakiego zawsze się uważał.
Nigdy nie myślał o sobie w kategorii kogoś dobrego, nie był dobrą osobą i nie próbował nią być. Mimo to myśl o byciu całkowicie wypaczonym nie była czymś, co nie miało na niego wpływu. A ostatnio pojawiała się częściej niż kiedykolwiek.
Jeśli w istocie miał jakieś supermoce, w tym momencie zaczynał skłaniać się w stronę wybitnego talentu do pierdolenia sobie życia. Co gorsza również nie bez wpływu na innych, na których cholernie mocno mu zależało. Uśmiechnął się nieco krzywo, jednocześnie kręcąc głową na wzmiankę o przytyku.
- Ciastka, pączki i te sprawy. Możesz nie być tego świadoma, ale masz wielbicieli pośród całego oddziału i nie tylko, bo sam bym tego nie przejadł - stwierdził szczerze, zupełnie zgodnie z prawdą i z faktycznym stanem rzeczy. - Nic dodać, nic ująć - wspomniał jeszcze zanim skorzystał z przyzwolenia ze strony Nory, milknąc na dłuższy moment i po prostu racząc się alkoholem naprzemiennie z papierosem.
Całkiem niezłe połączenie jak na ten wieczór. Niemalże idealne, zwłaszcza w obliczu słodyczy również czekających na swoją kolej.
- Zechce to znajdzie. Na pewno - stwierdził po prostu, bo to było tak banalne, zwłaszcza w przypadku przedstawicieli płci męskiej.
Chcieli - mogli. Nieważne, co stanęłoby im na drodze i jak bardzo byliby zajęci. Nie chcąc natomiast mieli znaleźć miliardy wymówek. Nic skomplikowanego.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Landrynka
She could make hell feel just like home.
wiek
26
sława
V
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Cukierniczka/Twórczyni eliksirów i kadzideł
Można ją przeoczyć. Mierzy 152 centymetry wzrostu, waży niecałe pięćdziesiąt kilo. Spoglądając na nią z tyłu... można myśleć, że ma się do czynienia z dzieckiem. Buzię ma okrągłą, wiecznie uśmiechnięte usta często muśnięte błyszczykiem, bystre zielone oczy. Nos obsypany piegami, które latem zwracają na siebie uwagę. Włosy w kolorze słomy, opadają jej na ramiona, kiedy słońce intensywniej świeci pojawiają się na nich jasne pasemka. Ubiera się w kolorowe rzeczy, nie znosi nudy i szarości. Głos ma przyjemny dla ucha, melodyjny. Pachnie pączkami i domem.

Nora Figg
#20
13.01.2025, 21:48  ✶  

W przypadku Nory to wychodziło raczej naturalnie, bo ona nie miała w zwyczaju rywalizować ze swoim rodzeństwem. Było ich zbyt wielu, jasne nieco rozjeżdżali się wiekiem, jednak nie widziała nigdy potrzeby, a próbować komukolwiek dorównać. Wiedziała, że każde z nich jest inne. Łączyły cih wszystkich dość bliskie relacje, chociaż nie dało się przecież zrobić tak, aby były one na takim samym poziomie. Ona była najbliższej z Thomasem, bo byli najstarszym z rodzeństwa, nie dzieliła ich zbyt wielka różnica wieku i od samego początku trzymali się ze sobą dość blisko. No, później nieco zaczęli się mijać przez jego wyjazdy, jej obowiązki, ale powoli wracali do tego, co mieli kiedyś. Zresztą znalazł sobie całkiem godne zastępstwo w postaci Ambroisa, którego właśnie traktowała niczym jedno z rodzeństwa, może z innej matki, ale to przychodziło jej zupełnie naturalnie z racji na to, że to była relacja jakich miała najwięcej wśród swoich bliskich. Nie widziała w tym nic dziwnego, przyszło jej to bardzo lekko, zresztą miała wrażenie, że jemu też. Zawsze o nią dbał, doglądał jej i służył Figgównie pomocą. Naprawdę to doceniała, bo przecież nie musiał tego robić, szczególnie gdy Thomas był już na miejscu, ale to chyba nawet wtedy nie miało się już zmienić. Przyzwyczaili się do swojej obecności w swoim życiu.

Mieli tendencje do tego, aby zajmować się czyimiś problemami przed swoimi, dlatego też mimo wszystko zawsze starała się wybadać, w jakim on jest nastroju i czy miewa się dobrze. To wcale nie było takie proste, Roise bowiem potrafił się wyśmienicie kamuflować, ale z czasem chyba zaczęła potrafić to robić, przynajmniej tak się jej wydawało. Nawet jeśli nie słowami, to atakowała go słodyczami, które wysyłała mu w ilościach hurtowych - to był jeden z jej sposobów na okazywanie troski.

- Czasem nawet znanie tej osoby nie wystarcza, bo później może się okazać wyjątkowo obca. - Nie wiedzieć czemu przeszli do takiego niewygodnego tematu. Cóż, nigdy nie opowiedziała nikomu swojej historii, wolała trzymać to w sobie, bo wydawało jej się to dużo bardziej właściwym posunięciem, aż dziwne, że potrafiła mieć takie tajemnice, bo raczej nie była szczególnie skrytą osobą.

Nie, żeby zamierzała komentować jego preferencje na temat chodzenia do łóżka z kim popadnie, chociaż miała swoje zdanie. Sama nigdy w życiu nie zrobiłaby czegoś podobnego, panna Figg potrafiłaby się zbliżyć w ten sposób tylko do kogoś, kogo faktycznie pokochała. Cóż, to nie było raczej zbyt częstym zachowaniem i miała tego świadomość, była pod tym względem raczej wyjątkiem.

- Dobrze wiedzieć, że są jeszcze na tym świecie odpowiedzialni mężczyźni. - Mrugnęła do niego porozumiewawczo, bo jak miniemała on właśnie należał do tej grupy. Cóż, wolała nie mówić zbyt wiele, bo w sumie to i ona kiedyś postąpiła nie do końca właściwie, nie był to jednak odpowiedni czas na rozważania. Czasu nie cofnie, nie miała pojęcia, co by się wydarzyło, gdyby postanowiła wspomnieć ojcu Mabel o tym, że będzie miał dziecko. Zdecydowanie wolała wziąć na siebie całą odpowiedzialność, nawet jeśli wiązało się to na samym początku z dosyć nieprzyjemnym ocenianiem jej osoby, i z tym była sobie w stanie poradzić sama. Niby wydawała się być bardzo krucha, jednak tak naprawdę miała w sobie sporo siły i uporu.

Nie było jej lekko, chociaż nigdy nie dzieliła się praktycznie z nikim swoimi troskami. Wydawało jej się, że nie jest przez to w pełni wartościowa, że pojawiło się piętno, które mogło spowodować, że nigdy nie zazna już szczęścia. Właściwie to nawet się z tym pogodziła, nie szukała go jakoś za bardzo. Zresztą spełniała się na wielu innych płaszczyznach, była dumna, że do wszystkiego udało jej się dojść praktycznie samej, mimo tego, że pojawił się bagaż. Zresztą dzięki temu miała Mabel, a nie wyobrażała sobie swojego życia bez córki. Los tak chciał, przyjęła to i się z tym pogodziła.

Przewróciła oczami, gdy usłyszała jego parsknięcie. No jasne, nie wziął jej słów na poważnie, mimo, że przecież mówiła to, co uważała za słuszne. - Jak tam chcesz, przecież nie wszyscy muszą mieć dzieciaki, co nie? - Cóż, to nie był wcale taki niestandardowy wybór, ostatnio mało kto decydował się na posiadanie potomstwa, co było całkiem rozsądnym zachowaniem. W końcu trwała wojna, wcale nie łatwo było wychowywać nowe pokolenie w takich warunkach, już ona coś o tym wiedziała. Dręczyły ją myśli o tym, co się stanie, jeśli jej zabraknie na tym świecie, jeśli przytrafiłoby się coś. Nie mogła być pewna, że nie stanie się obiektem ataków śmierciożerców, nie należała do elity, w jej żyłach nie płynęła czysta krew, no i do tego wszystkiego przecież działała przeciwko nim. To się prosiło o to, aby kiedyś ktoś próbował ją zaatakować. Starała się jednak odsuwać od siebie te myśli, zresztą na pewno Mabel trafiłaby w dobre ręce, gdyby jej się coś stało. Erik, Brenna - zostali jej rodzicami chrzestnymi dlatego, że ufała im najbardziej na świecie, a miała jeszcze Thomasa, czy Ambroisa - nie sądziła, że pozwoliłby, aby jej córce stała się krzywda.

Upiła kolejny łyk alkoholu, w sumie to swojego ulepku. Dobrze byłoby zmienić temat na mniej zobowiązujący, bo wydawało jej się, że nie potrzebują się tutaj niepotrzebnie dołować, to zdecydowanie im nie służyło, zresztą nie chciała dzielić się z nim teraz tymi obawiami, które przez moment pojawiły się w jej myślach, to nie był odpowiedni moment.

- Co racja to racja, dlatego staram się wyznaczać granice. - Mogłoby się wydawać, że była na to zbyt delikatna, jednak ten kto ją znał to wiedział, że miała swoje drugie oblicze. MATKI, które pokazywała bardzo rzadko, jednak wtedy nie było sensu z nią dyskutować, bo to ona musiała mieć ostatnie, właściwe zdanie. Wydawało jej się nawet, że najbliżsi przestali już ją prowokować i przywykli do tego, że i tak musiała być osobą decyzyjną.

- Mam nadzieję, że tym razem zwycięży to nasze. - Nie wiedzieć czemu wydawało jej się, że mają podobne podejście, nigdy nie uważała, że Ambroise mógłby zrobić komuś krzywdę przez to, że w jego żyłach płynęła taka krew, a nie inna, mimo, że przecież sam należał do tej elity.

Sama Norka nie miała szczególnego pomysłu na to, jak mogłaby się zakończyć ta sytuacja. Ktoś musiał wygrać konflikt, pozostawało wierzyć, że nie zginie przy tym zbyt wielu ludzi. Nie znała się zresztą na polityce, nie po to się we wszystko angażowała. Była w końcu jedynie zwykłą cukierniczką.

- Cóż, cieszę się, że mogę na Ciebie liczyć i pod tym względem. - Tak, to było naprawdę budujące, świadomość, że był w stanie ją wspierać w takich drobnych czynnościach ja położenie jej do łóżka, kiedy sama nie będzie tam w stanie dotrzeć. Miała sporo szczęścia, że otaczało ją tyle ludzi, którzy naprawdę byli dla niej życzliwi, pewnie nie wszyscy mieli takiego farta w życiu.

- Powinnam Ci wysyłać tego więcej? Skoro jest tylu amatorów? To żaden problem, powiedz tylko słowo. - Spoglądała na niego uważnie, bo nie miała pojęcia, czy faktycznie nie powinna nieco zweryfikować ilości słodyczy, które wysyłała do Munga. Medycy mieli aktualnie ręce pełne roboty, więc warto im było to wynagrodzić, cóż jeśli od czasu wyślę sowę z większym zamówieniem to przecież nic takiego się nie stanie.

- Tak, to prawda, oby zechciał, nie lubię go zmuszać do robienia czegoś siłą. - Zresztą nie miała praktycznie wcale siły, więc pozostawał jedynie jej smutny wzrok, usta wywinięte w dół i zamruganie parę razy oczami. To zazwyczaj była metoda, która działała na wszystkich.

- Wiesz, nigdy nie spodziewałam się, że to wszystko się tak ułoży, Brenna zadbała, żeby BUMowcy mnie znali, Ty dbasz o pracowników Munga, jak tak dalej pójdzie, to nie przestanie mi przybywać klientów. - Nigdy nie ukrywała swojej zażyłości z Longbottomami, oni mieli również sporo wpływu na to, co udało jej się osiągnąć. Naprawdę miała spore szczęście, że otaczali ją tacy życzliwi ludzie, którzy pomagali jej odnościć sukces, jeszcze rok temu nie zakładałby, że uda jej się tak wiele osiągnąć.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (15297), Nora Figg (10967)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa