Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Zazwyczaj walczył. Stawał naprzeciw Geraldine, być może warcząc na nią równie mocno, co ona na niego, ale jednocześnie tak szybko milknąc jak rozpoczynając ich kłótnię. Nie potrzebował zbyt wiele, aby dać się zirytować, szczególnie nie kobiecie, która jakimś cudem zawsze potrafiła uderzyć w odpowiednią strunę. Nie potrzebował też wiele, aby wyciągnąć ku niej rękę na zgodę, świadomie wybierając wspólne dobro ponad to wszystko, co dzieliło ich w takich momentach.
W tej chwili nie było między nimi tej otwartej złości. Z pozoru nie ciskali w siebie gromami. Przez ostatnie minuty nie rzucili ani jednego ostrzejszego słowa. Odkąd wręczył jej tamte kwiaty a ona cisnęła mu nimi w twarz, mogłoby się nawet wydawać, że oboje stali się spokojniejsi.
Ale czymże był ten spokój w obliczu tego palącego wrażenia, że choć ich rozmowa przebiegła spokojniej niż kiedykolwiek, on w dalszym ciągu czuł się gorzej niż w jakimkolwiek innym momencie? Porównywalnie do tamtej nocy przed odejściem i do poranka, gdy decyzja została nie tylko podjęta, lecz także spełniona.
Mogliby siedzieć w milczeniu na tym samym kawałku skały, który przez lata służył mu jako miejsce, na którym mógł przysiąść w tych nielicznych, ale trudnych, ciężkich do przyjęcia chwilach, gdy po prostu musiał wyrwać się z domu. Po żarliwych kłótniach i sporach sięgających głębiej niż prozaiczne wymiany zdań dające się tak po prostu zakończyć w kilku słowach czy jednym gwałtownym pocałunku.
Bywały takie chwile, kiedy potrzebował złapać oddech, wściekle napinając ramiona i potrząsając głową. Siląc się, aby nie powiedzieć zbyt wiele. Czegoś, czego by żałował, bo sam by w to nie wierzył, wymierzając ostry acz pusty i bezcelowy cios.
Wtedy wybierał ten jeden komunikat. Stłumione, ciężkie słowa. Wymuszony pozorny spokój. Muszę się przewietrzyć. Wbrew pozorom bardzo nieczęsto robiąc to tak jak wtedy w mieszkaniu przy Horyzontalnej, gdy pamiętnego popołudnia dosłownie wyrwał z domu, ledwo wracając po pięciu dniach.
Szczególnie tutaj w ich Whitby. Nie był w stanie oddalić się aż tak bardzo, aby swoim wyskokiem wzbudzać zaniepokojenie Geraldine, bo nie o to mu wtedy przecież chodziło. Nie chciał, żeby się o niego zamartwiała. W rzeczywistości było dokładnie tak jak przy tym mówił: potrzebował się przewietrzyć, aby nabrać dystansu do siebie i do niej. Do nich, bo wtedy jeszcze byli jacyś oni.
Wyżywał się w ogródku albo kręcił się wokół domu, zataczając kółka na wrzosowiskach. Doskonale świadomy bycia obserwowanym z okna aż do momentu, gdy siadał wreszcie na ganku lub tym samym głazie, u stóp którego się teraz znaleźli. Czasami chwilę później przesuwając się, aby zrobić jej miejsce. W innych chwilach potrzebując paru minut, aby samemu powrócić do domu.
Ich domu, ich wspólnego życia, które przez ostatnie półtora miesiąca obróciło się w perzynę, a jednak jakoś znowu się tu znaleźli.
Tu w Piaskownicy.
Tu na milczącym, wietrznym wrzosowisku.
Tu tu na ziemi między ostrożnie kwitnącymi kwiatami.
Tu tuż obok siebie.
Tu pociągając z jednej z dwóch butelek wypełnionych bursztynowym alkoholem. Może nie ognistą, lecz czymś, co w podobny sposób choć trochę koiło zmysły. Sprawiało, że milczenie, jakie między nimi zapadło, było na swój sposób usprawiedliwione.
Lecz czy fakt, że w pewnym momencie bezwiednie przesunął się w taki sposób, że ich ramiona ostrożnie się ze sobą spotkały... ...czy to też było usprawiedliwione?
Czy miał usprawiedliwienie, gdy zmienił pozycję, osunięcie się plecami między wrzosy? Gniotąc nimi delikatne krzaczki i kładąc ramię pod głową, drugą ręką raz po raz przekazując i odbierając butelkę?
Racząc się alkoholem i spoglądając w niebo, w którymś momencie bezwiednie przesuwając palcami po boku Geraldine? Nie kierując na nią wzroku, ale tym gestem w milczeniu oferując jej to samo? Opadnięcie w tył, oparcie głowy na jego klatce piersiowej (coraz spokojniej unoszącej się w górę i opadającej w dół)?
I czy w ogóle potrzebował go szukać?
To był piękny, choć chłodny dzień. Chmury powoli przesuwały się po jasnoniebieskim niebie. W oddali szumiało morze a cisza, jaka między nimi zapadła mówiła więcej niż tysiące wypowiedzianych słów. Zresztą, czy nie powiedzieli już zbyt wiele?
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down