• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Szkocja [05.09 Szkocki domek Longbottomów | Erik & Anthony] Just in the way they are

[05.09 Szkocki domek Longbottomów | Erik & Anthony] Just in the way they are
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#1
11.11.2024, 16:27  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.03.2026, 14:48 przez Dearg Dur.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic III

—05/09/1972—
Szkocja, schronisko ''Jelenia Góra''
Erik Longbottom & Anthony Shafiq
[Obrazek: imgproxy.php?id=ttuTvKV.png]

Dłoń moją ujmij, pójdziemy razem
w stronę galerii, gdzie wspomnień tyle.
Piękni i dumni w krainie marzeń,
tam pikanterii dodadzą chwile.
Spójrz na obrazy w przeszłości tonie
bosa nadzieja na tafli wody,
tam wielkie głazy w kamieniołomie,
tu leśna knieja… spróchniałe kłody.

Przytul się do mnie tak bardzo czule,
niech da radości oddech na twarzy,
ja blaskiem wspomnień Ciebie otulę
i o przyszłości zacznijmy marzyć.



Ten wyjazd nie był taki sam, jak poprzednie.

O swoich planach Anthony z oczywistych względów uprzedził Erika, jeszcze zanim ten wyraził zgodę na delegację. Tylko praca. Uczciwie, bez naciągnięć, ze szczerą ostrożnością wobec uczuć, które być może chciałyby być okazywane, ale nie powinny. W cichej sierpniowej rozmowie, której ton był nader poważny, żeby nie powiedzieć pompatyczny, Anthony nie zwierzył się ze wszystkich swoich zmartwień, nie znalazł wciąż odwagi, żeby wyrazić swoją absolutną niechęć do układu w którym stawał się przełożonym swojego kochanka. Nienawidził tego szczerze, uznając to przez lata jako zło konieczne, aby mogli w ogóle spotkać się i cieszyć sobą na wzajem. Zamiast tego skupił się na przeładowanym planie zwartego wyjazdu, w którym spotkania upchane były co do minuty, a przydział ochrony Shafiqa traktowany wymiennie z drugim z brygadzistów.

Ten wyjazd zdecydowanie nie był taki sam, jak poprzednie.

Nawet gdy finalnie udali się do Egiptu, a nie Kambodży, a może zwłaszcza wtedy, zachowanie lidera wyprawy nabrało znamion nieprzejednanej skały. Prócz obowiązków dyplomatyczny, dołączyły te względem rodziny, odbywające się spotkania za zamkniętymi drzwiami, wpasowane w i tak zagęszczony do granic możliwości harmonogram spotkanie z władzami afrykańskiej magicznej szkoły.  Shafiq pozornie tylko był w swoim żywiole - Ci co znali go dłużej, a przecież wliczał się do tego zarówno Erik, jak i Morpheus, czy prowadzący go lekarz, mieli świadomość jego gry, uśmiechu wymalowanego na masce spełniającej oczekiwania zebranych. Skutecznie skrywał swój niepokój za koleinami salonowego tańca, nie dając sprowokować się ani rodzicom, ani nikomu, kto chciałby odkryć cóż kryje się w głębi jego duszy. Czy w ogóle posiadał dusze przez te kilka dni, czy przechowywał ją w Anglii, bezpiecznie ukrytą we własnym skarbcu?

...i były jeszcze żurawie.

Nigdy przekazane wprost papierowe ptaki, które Longbottom miał już okazję widzieć podczas wymieniania w Ministerstwie drobnych notek między nimi. Tym razem żaden z nich nie latał - jak rozsypane płatki, mógł je znajdować w przeróżnych okolicznościach, w miejscach oczywistych, jak dokumenty przekazane w oficjalnej teczce do podpisu szefa ochrony, w miejscach mniej oczywistych, jak kieszeń własnego munduru. Co wieczór Erik dostawał też pełną paterę łakoci, której mimo swojego przepastnego apetytu nie byłby w stanie zjeść sam, a która była strzeżona przez pojedynczego, smutnego ptaka, pozbawionego słów wewnątrz swoich papierowych trzewi, choć w intencji tego, który go złożył - niosącego więcej słów i tęsknoty, niż mógłby realnie dźwignąć wprawionymi magią w ruch skrzydełkami.

W końcu powrót i ostatnia wiadomość spisana znajomą kursywą, pozostawiona nim oficjalnie ich drogi się rozeszły.

Wieczorem w Jeleniej Górze? Będę czekał.

Koleina.

Przyzwyczajenie.

Strach.

Nie potrafił inaczej, licząc że w ten sposób przełamie klątwę. Minął przeszło miesiąc, odkąd koryta ich rzek ponownie się złączyły. Minął przeszło miesiąc, a on mimo słów, zapewnień, mimo chwil uniesień, które na nowo pojawiły się w ich relacji, on wciąż wątpił. Wciąż bał się, że to sen, że każdy wieczór może być tym ostatnim. Że jedna egipska noc klamrą dopełni opowieść, a oni rozleją się znów z dala od siebie, wrócą i stracą głos, ich przysłowiowe sowy znów przestaną działać.

Mógł oczywiście zaprosić go do siebie, zamiast - pokrętnie - zapraszać Erika do jego własnego przyczółku. Anthony jednak czuł, że w tej małej górskiej chatce wydarzyło się miedzy nimi coś wyjątkowego. Czuł, że w chwili wspólnej modlitwy, że w noc spadających gwiazd rozpoczęli nowy rozdział i marzył, tak bardzo marzył, aby właśnie taka była rzeczywistość i przyszłość. Na ich ziemi, nie poza nią. Lecz czy Erik chciał tego samego? Przyjaciółka doradziła mu przebić w końcu bańkę własnej niepewności i otwarcie o tym porozmawiać. Ktoś inny, życzliwy, wskazywał na prostotę słów w doborze, w opisie, w pytaniu.

Był więc koszmarnie stremowany - prościej nie można było tego ująć.

Koszmarniej niż przed wyjściem do teatru. Wtedy była to pospolita "randka", teraz zaś och! Teraz czekała ich konfrontacja dotykająca najwrażliwszych części jego istnienia. Próżno szukać było tych emocji w podpisywaniu międzynarodowych traktatów, próżno było szukać było od lat, tak głębokiego zaangażowania i niepewności w którymkolwiek z podejmowanych przez niego działań. A jednak...

Niewielki, kilkumetrowy kwadrat ziemi przed drewnianym domkiem był perfekcyjnie przystrzyżony. Ktoś naniósł kamieni, robiąc ścieżki pośród rabatkami przygotowanymi do zimowego snu. Drzewa i krzewy odpowiednio przycięte jeszcze czekały na opatulające je kołdry przed zimą. Płot odmalowany, choć ginący w chaszczach i zaroślach otaczających "posiadłość", albowiem najwidoczniej ogrodnik zadbał tylko o obejście, nie wychodząc poza wskazany obszar, dając siedzącemu wewnątrz uczucie ładu w oceanie chaosu.

Anthony siedział na kufrze pod zamkniętymi drzwiami, w miejscu w którym wcześniej leżeli na magicznym kocu i rozmawiali o istocie gwiazd. Swobodnie założona noga na nogę zmuszała ciało do ograniczenia nerwowego tiku i nerwowego spaceru po odsłoniętych ścieżkach. W dłoni trzymał błękitny tomik poezji, czytany przy dogasającym świetle dnia. Nie przerzucał jednak stron. Nie mógł się skupić na treści, zapominając momentalnie przeczytany werset sonetu, widząc w nim albo bełkot pozbawiony sensu, albo w biegunie doświadczeń słowa, które boleśnie prawdziwie opisywały jego obecny stan, do tego stopnia - że nie mógł odstąpić od nich, kontemplując formę i rytm splecionej emocji zawartej na wysłużonym papierze.

Przydługie włosy układały się łagodną falą, kontrując nieco odstające uszy, na których spoczywały obecnie cienkie złote ramiona noszonych okularów. Ciemnobrązowe palto chroniło przed tchnącymi chłodem wieczorami, maskowało też nieco jego obecność wtapiając się w koloryt belek tworzących ścianę. Wełniana granatowa kamizelka zdobna mało odznaczającą się kratą otulała czarny golf, chowając w kopertowej kieszonce bijący miarowo zegarek odmierzający każdą nerwową sekundę niepewności oczekiwania. Przybył za szybko, nie mógł jednak usiedzieć na miejscu. Nie w taki dzień, nie przed takim wieczorem. Pozostawało mu więc udawać, że jest rozluźniony, absolutnie nieprzejęty tym oczekiwaniem. Pochłonięty lekturą. Jak w ten deszczysty wieczór, gdy los postanowił dać im drugą szansę.
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#2
11.01.2025, 23:58  ✶  
Wedle oryginalnych ustaleń wyjazd do Kambodży miał okazać się przyjemnej odskocznią od codziennej rutyny, która zdołała wkraść się w ostatnim czasie w życie Erika Longbottoma. Nie była to rutyna pełna nudy, przesiadywania za biurkiem czy wylegiwania się w łóżku. Można by rzec, że było wręcz przeciwnie. Minione dni obfitowały zarówno w wydarzenia pozytywne, jak i negatywne, ale przede wszystkim były one intensywne i niespodziewane.

Burzliwe spotkanie Zakonu Feniksa, które zakończył paląc papierosy z Norą Figg za Księżycowym Stawem. Wyprawa do Yr Yagwrn, aby namierzyć fałszywego brata bliźniaka Geraldine Yaxley. Ochrona wydarzenia towarzyskiej czarodziejskiej elity pod miasteczkiem Hogsmeade. Znalezienie ludzkich kości na wybrzeżu podczas wieczornej przechadzki z Thomasem i Isaaciem. Próba porwania Anthony'ego w podziemiach przeklętego teatru Selwynów. Walka z poltergeistem w nowej kryjówce Zakonu Feniksa. A to przecież nie było wszystko. Nie dotarł nawet do kwestii zerwanego rytuału miłosnego czy Windermere.

Eh, im dalej cofał się myślami w przeszłość, tym bardziej nie mógł uwierzyć, że przetrwał to wszystko i dalej funkcjonował względnie jak normalny człowiek. Z drugiej strony... Może nie był normalny i właśnie to pozwalało mu jako tako brnąć do przodu pomimo kolejnych kłód rzuconych mu pod nogi przez los? Może cały Zakon Feniksa ma nie po kolei w głowie, rozmyślał Erik, zmierzając powolnym krokiem w kierunku zabudowań górskiego schroniska. Och, o ile łatwiej byłoby zaakceptować to wszystko, gdyby okazało się, że wszyscy doznali pomieszania zmysłów.

List od Anthony'ego był zaskoczeniem w takim samym stopniu, w jakim nie był. Spodziewał się, że po wyjeździe zagranicznym, przyjdzie taki moment, kiedy będą chcieli spędzić ze sobą parę chwil sam na sam. Znakiem zapytania było to, który z nich wystosowałby prośbę o spotkanie jako pierwszy. Tym razem padło na Shafiqa. Czy cieszył się, że to on wyszedł z inicjatywą? Nie miał nic przeciwko temu, chociaż gdy jego oczy po raz pierwszy przejrzały krótką notkę, ledwo powstrzymał parsknięcie śmiechem, gdy zdał sobie sprawę, że został zaproszony do swojego własnego lokum. Rzadko kiedy coś takiego się zdarzało.

— Następnym razem powinieneś wyrażać się nieco bardziej konkretnie — zagaił na wstępie Erik, gdy już znalazł się na miejscu, a Anthony wylądował w zasięgu jego wzroku. — Widzę, że już ci się zaczęło nudzić. — Pokręcił powoli głową, widząc, że mężczyzna pochyla się nad miniaturową książeczką. — Mogłeś napisać, że spotkamy się o zachodzie słońca lub kiedy wskazówka taka i taka znajdzie się na takiej i takiej liczbie.

Zaczęła się jesień, a więc lwia część letniej garderoby zniknęła z szafy Erika. Miejsce T-shirtów zajęły swetry i nieliczne kamizelki. Dzisiaj na pierwszy ogień poszedł gruby zielony sweter w odcieniu khaki, spod którego wystawała biała koszula, która miała stanowić dodatkową ochronę przed chłodem, gdyby miało zrobić się zimno. Oprócz tego grube spodnie z bordowego sztruksu i wygodne buty terenowe. Bądź co bądź, nie miał pojęcia, co na ten wieczór zaplanował Anthony. Kto wie, może czekała ich wyprawa po lesie?

Uśmiechnął się półgębkiem, wodząc wzrokiem po sylwetce drugiego czarodzieja. Ta sytuacja... To było coś nowego. Wcześniej, gdy wracali ze wspólnych podróży, po prostu się rozstawali, aby ponownie spotkać się na kolejnej wyprawie do jakiejś mniej lub bardziej egzotycznej destynacji. Teraz przyszło im przetrwać wyjazd i wrócić do zwykłego życia. Razem. I to wydawało się odpowiednie. Zwłaszcza po zapewnieniach, że powinni ponownie spróbować. Zwłaszcza po tym, jak Erik zdążył już pochwalić się tą relacją przed najlepszą przyjaciółką.

— Mam nadzieję, że nie zarezerwowałeś już sobie terminu na fryzjera — kontynuował gładko, po czym skrócił dzielący ich dystans. Położył na moment dłoń na policzku mężczyzny, aby zaraz przesunąć go w jego przydługie włosy. — Podobasz mi się w tym wydaniu.

Jest za co złapać, pomyślał bezwiednie, z trudem powstrzymując się, aby nie nawinąć sobie pasma shafiqowych włosów z zamiarem uformowania ich w formę loka. Starał się nie odbiegać spojrzeniem od mężczyzny, chociaż nie mógł wyzbyć się wrażenia, że coś było nie w porządku. Gorszy humor? Pogoda mu nie przypasowała? A może było to po prostu zmęczenie po powrocie zza granicy i niechęć do powrotu do ministerialnego harmidru?



the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#3
16.01.2025, 11:15  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.03.2025, 12:10 przez Anthony Shafiq.)  
Widok Erika nie powinien go zaskoczyć, a jednak jego ciepły głos wdzierający się gwałtem w potok myśli płynący przy lekturze... nie żeby ten potok był związany z czytaną książką, jego skupienie w ostatnim miesiącu szwankowało bardziej, rozbryzgnięte na setki przeróżnych tematów. Z tego barwnego korowodu jednak zawsze pojedyncza, złocista, gruba linia biegła w stronę jednego mężczyzny. Tego samego, który właśnie wszedł do własnego, uporządkowanego niewidzialną ręką obejścia.

Anthony zamknął tomik, niespiesznie wsuwając pomiędzy karty lśniącą w dogasającym słońcu materiałową zakładkę wszytą w grzbiet książki. Zsunął z nosa okulary i złożył je delikatnie do wewnętrznej kieszeni w palcie, wciąż nie patrząc w stronę Longbottoma, jakby w obawie, że gdy to zrobi jego sen o nowym szlaku wytyczanym w ich życiach pierzchnie. Odetchnął, dodając sam sobie odwagi i dopiero wtedy wstał z przyniesionego kufra, dając się porwać nurtowi. Znów. Czy można wejść do tej samej rzeki dwa razy? Czy kiedykolwiek była to ta sama rzeka, gdy jeden i drugi wzrastali, wciąż dojrzewali, gdy woda płynęła czasami dziko i zachłannie zawłaszczając dla siebie brzegi, kształtując je na nowo?

Jego dotyk palił, jak zawsze gdy słońce po dniu pracy łagodnym łukiem dotykało ziemi. Mimowolnie dociążał ów dłoń własnym policzkiem, zdając sobie sprawy jak wygłodniały jest pieszczoty po ledwie tygodniu abstynencji. Czy zawsze tak było? Czy gdyby sześć lat temu spotkali się tydzień później od pierwszego zderzenia niebieskich ciał podczas rozgwieżdżonej lipcowej nocy, czy byłby głodny tak samo? Ciało podążało za dłonią, za zaproszeniem, gdy odchylił nieco głowę i rozchylił wargi w oczekiwaniu, zapatrzony w dwa złociste topazy oczu swojego wybranka.

– Jakiż w tym sens jest? Dokąd strumień płynie? Czym ja szalony, czy to sen, co minie? Zmysły w Letei niech marzenie kąpią... Jeżeli to sen, to niech sny nie ustępują... – wyrecytował cicho. Zalew uczuć uformuował cudzymi słowami, lecz czyż Shakespeare nie był zawsze dobrą opcją, aby okiełznać to co przelewało się w nim od tygodni, miesięcy, od lat?

W jego szarych oczach odbijało się zmęczenie ostatnich trzech dni. Nieprzespanych nocy, ciągłego ruchu, spraw, które nagle musiał załatwiać na Afrykańskim terytorium, każdej sekundy, minuty, którą wykorzystywał... na coś. Widywali się tak rzadko, jak było to możliwe przy takim przydziale pracy i tylko celulozowe żurawie jak nieme sowy wzlatywały i opadały jednostronnie na silne dłonie mające absolutnie nic do roboty. Ktoś mógł odpocząć, być może, gdy w tym czasie kto inny pracował ponad miarę. A jednak, cienie kłębiące się na pobladłej twarzy, zakrył łagodny uśmiech gdy złożył dłonie na biodrach swojego gościa, prawdziwego gospodarza tego miejsca, gdy próbował opuszkami palców ocenić jakość materiału, który pokrywał gibkie, czekające kształtowania ciało, wciąż zbyt odległe, niepotrzebnie rozgraniczone przestrzenią i ubraniami ciało.

– Mam dla Ciebie prezent. Ale to może w środku... zająłbyś się skrzynią mój drogi? Jest tam wszystko czego potrzebujemy na dzisiejszy wieczór. – Jeden wieczór, teraz nie kradł go tylko jemu, ale też sobie. Jeden słodki wieczór, aby zapamiętać, aby wbić sobie do głowy po co to wszystko było. Gdzieś wciąż cichy głos zachęcał go do ucieczki do Hiszpanii, ale tłumił go jak tylko mógł i nawet nie zamierzał pytać Erika o podróż w jedną stronę do małej winiarni, którą kupił za jego namową. Sam nie wyjechałby bez własnych przyjaciół, którzy absolutnie nigdzie się nie wybierali. W przekonaniu o sobie Anthony może i był tchórzem, ale głęboko w sercu znajdowały się pokłady lojalności, o które sam siebie by nie podejrzewał jeszcze dziesięć, dwadzieścia lat temu. Rzeka wzbierała. Niedługo nie pozostanie nic do uratowania. Musiał się spieszyć.

– Chociaż mam mieszane uczucia, czy Ci się spodoba. To dość... szalony plan, nawet jak na mnie. I w grę wchodzi... kuchnia. Dobrze pamiętam, że to Twoje nemesis? – spróbował przybrać lżejszy ton, w końcu nie byli tu po to, żeby się smucić i utyskiwać nad swym losem.
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#4
29.01.2025, 22:07  ✶  
Nie chciał bezsensownie rozmyślać nad tym, jakie to jeszcze przeszkody mogliby napotkać na drodze do jeszcze głębszego zaciśnięcia łączącej ich relacji. Sami doskonale sobie radzili z utrudnianiem sobie życia, jak zresztą pokazały minione tygodnie i konfrontacja z dawnymi wyborami, toteż nie potrzebowali zbytniej pomocy z zewnątrz. Przynajmniej na razie. Poza tym... Przecież było względnie... Dobrze? Akceptowalnie? Naturalnie? Nie potrafił tego nazwać, chociaż gdyby musiał, zapewne trzymałby się tej pierwszej opcji.

— W kimś tutaj zaczyna budzić się poeta — podsumował z nutką rozbawienia w głosie, podsumowując szekspirowską przemowę Tony'ego. — Wprawdzie dzisiejszy wieczór spędzony bez ciebie uznałbym za wyjątkowo ubogi we wszelkiego rodzaju doznania, ale przecież mnie znasz. — Zawiesił wzrok na ustach mężczyzny. — Jestem w stanie pójść na pewne ustępstwa, jeśli jest ku temu potrzeba. Skoro jesteś taki śpiący, to trzeba było zostać w domu. Trochę bym pocierpiał, ale zrozumiałbym sytuację.

Przysunął się bliżej, gdy poczuł na biodrach dotyk Anthony'ego. Mimowolnie chciał rozejrzeć się na boki, jakby oczekiwał, że ktoś mógłby ich tutaj przyłapać, ale przecież... Jelenia Góra miała właśnie temu służyć. Wolności. Prywatności. Wypuścił powoli powietrze z ust, odwracając wzrok, aby przyjrzeć się uważnie ''prezentowi'' jaki postanowił dostarczyć na próg schroniska drugi czarodziej.

— Wiem, że to stara chata, ale nie sądziłem, że tak szybko będę musiał robić z niej magazyn — mruknął, marszcząc czoło, jakby znalezienia miejsca dla tego kufra wymagało całego sztabu logistyków i dogłębnych zmian w strukturze architektonicznej całej budowli. — Ale czego się nie robi dla swoich ulubionych gości, prawda? Eh...

Westchnął ciężko i przegonił Shafiqa na bok, badając ciężar skrzyni.

— Teraz to ja zaczynam mieć mieszane uczucia, skoro... Skoro zaczynasz tak gadać — podjął, mocując się z shafiqową skrzynią, co by przepchać ją bliżej progu i wsunąć powoli do środka. — Nie żebym miał coś przeciwko twoim genialnym planom... Przez większość czasu nawet wypalają, ale każdy miewa gorszy dzień, w-wiesz? — Zająknął się, gdy napotkał niespodziewany opór kontynuując walkę z dobrami transportowanymi przez starszego czarodzieja. — Uff... Cholera, jak coś mi strzyknie, to nie wiem, kto mnie tutaj doprowadzi do porządku. Niektórzy mają dość aktywną pracą, wiesz? To nie tylko zajadanie się pączkami i o-oh.

Urwał, bo skrzynia w końcu ruszyła do przodu i po chwili wsunęła się do głównej izby.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#5
30.01.2025, 01:00  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.03.2025, 12:10 przez Anthony Shafiq.)  
Spotkania z Erikiem były niekończącym się wyzwaniem. Zupełnie, jakby puścić nurt rzeki na kręcące się drewniane młyńskie koło, które potem rzędem zębatych kół i przekładni wprawiało w ruch olbrzymie żarna niekończącego się tarcia. Mąka, dawała życie, ale była przecież efektem przemocy.

Sacrum i profanum.

Czy lubił, kiedy Erik z taką lubością szarpał wszelkie świętości? Czy lubił jego pragmatyzm drwiący z poezji. Modernizm depczący duszną, gotycką aurę romantyzmu? Czasem miał wrażenie, że Longbottom najbardziej lubił go, gdy nic nie mówił (konkretnie, gdy nie miał szans cokolwiek mówić, z powodu pełnych ust), czasem miał wrażenie, że robi to w pełni świadomie, lubując się w rozdrażnianiu go, testowaniu, igraniu niekończącej się walki, która finalnie zakończyłaby się w sypialni. Albo na blacie w kuchni. Na ścianie w przedpokoju. Na podłodze w salonie. Teraz, gdy spoglądał z perspektywy czasu na ich czerwcową konfrontację, coraz bardziej dochodziło do niego, że jego słodki pieseczek lubi gryźć podczas zabawy, nawet jeśli wcześniej nie mieli tego umówionego. Coraz lepiej rozumiał, że całkiem być może, Erik nie chciał go upokorzyć i wyśmiać, nękać pod biczem krytyki. Oczekiwał, być może, że Anthony mu odda, odgryzie się, że zetrze się z nim, żarno o żarno, dając życiodajną mąkę.

Zamiast odpowiedz na zaczepkę, pocałował go na powitanie, korzystając z odosobnionego miejsca pozbawionego świadków, gdzie nie byli celebrytami z pierwszych stron gazet, a zagubionymi chłopcami w magicznym świecie pozbawionym trosk tak trywialnych, jak zbyt wiele par oczu zwróconych w ich stronę. Mógłby się przejmować oczywiście, jeśli jakiś widmowidz pojawiłby się na horyzoncie i zbierał od drewnianych ścian zeznania, liczył jednak że rodzina i przyjaciele Erika nie będą chcieli mu działać na szkodę. Może nawet wiedzieli, tak jak jego właśni najbliżsi przyjaciele, o preferencjach mężczyzny. Cóż mogło się stać gorszego, niż to co i tak się stało dwadzieścia lat temu? Kto inny mógłby go wyrzucić z Warowni, za deprawowanie członków rodziny, skoro już raz był wyrzucony? Dlatego też pocałował go, pozwalając sobie na tę chwilę bezmyślności, głównie po to by ukąsić wcale nie delikatnie dolną wargę, gdy się od niego odsuwał. Pomlaskał chwilę z rozmysłem.

– Nie, jednak mi się nie śnisz. Bardzo dobrze – uśmiechnął się w rozbawieniu, choć jeszcze bardziej grał, niż szczerze się rozluźnił. Jeszcze zbyt wiele myśli przyniósł tutaj ze sobą, zupełnie jakby nosił drugi kufer, taki niewidzialny, taki, który to on musiał dźwignąć i wsunąć do małej szkockiej chatki.

Oczywiście dał się przegonić, zajął nawet strategiczną pozycję, by lepiej móc podziwiać napinające się ubranie na szykującym się do przenoszenia kufra towarzyszu. Każda sekunda upływająca wspólnie przynosiła to co miała przynieść - upragnione rozluźnienie. Palcami bawił się stalowym sygnetem zdobiącym zamiast obrączki serdeczny palec lewej dłoni. Nawet nie zamierzał fantazjować, że tak kiedyś mogłoby wyglądać ich życie, bo była to pusta mrzonka. Cieszył się natomiast bardzo bieżącą chwilą, tak pięknie ubogacaną stękającym Erikiem.

– Nu nu, taki silny, taki umięśniony, nie powiesz mi, że to tylko po to, aby dobrze prezentować się topless na plaży, albo okładce Czarownicy. Z resztą... mam nadzieję, że nigdy nie zdecydowałbyś się na taką sesję, bo z zazdrości musiałbym wykupić cały nakład! – ruszył za Erikiem, gdy wsunął kufer do środka i mimowolnie przejechał dłonią po jego pośladku, być może dla własnej przyjemności, być może dla niemego gestu pochwały za dobrze wykonaną robotę. A to był dopiero początek tego jakże czarująco zapowiadającego się wieczoru.

Gdy tylko kufer się zatrzymał, Anthony od razu do niego podszedł i otworzył wieko. Na samym szczycie znajdował się czarny... nie... czerwony, znajdował się czerwony fartuszek ze złotą lamówką z białym podpisem: Kiss the cook. Dobry humor na moment mu przygasł, ale nie było tego widać dla niewprawnego oka, ukryte w subtelnym załamaniu kącików oczu, w uśmiechu o dwa milimetry zbyt wymuszonym. Nienawidził czerwonego koloru, ponieważ nie dane było mu go widzieć. W duchu dziękował Matce, że nie otrzymał talentu auro czy niciowidzenia bo nie byłoby z tego zbyt wiele pożytku. Tak samo teraz ten nieszczęsny fartuszek... Ale Erik kochał kolor czerwony, nic dziwnego w końcu był z dziada pradziada gryfonem, nasiąkł czerwienią za młodu.

Sapnął i nim Longbottom zdążył zaprotestować, zarzucił mu na kark górny pasek podtrzymujący całość ochronnego stroju. Zaraz potem uchwycił dwie pozostałe szarfy i objął go w pasie, aby sprawnie zawiązać elegancką kokardę na krzywiźnie pleców. Będąc tak blisko mimowolnie zaciągnął się zapachem kochanka, żałując każdej chwili abstynencji w Egipcie. Żałując też tyci, tyci swojego pomysłu, który miał im dać chociaż cień szansy na spędzenie wieczoru inaczej niż na przemeblowywaniu górskiej chatki. Czy nie poczynał sobie zbyt pewnie? Przygryzł wargę nieco zbyt długo zawieszając wzrok na czerwonych ustach otoczonych szczeciną ostrego zarostu, myśląc o czerwonych śladach, jakie już niedługo ów zarost zostawi na jego wyposzczonej skórze.

Miło.

– Też mam swój, jakby co, nie porzucę Cię na pastwę losu i złowieszczych misek. – Wypuścił go nieco gwałtownie, trzymając się swojej agendy i odwrócił na powrót do otwartego kufra, z którego wyciągnął lazurowy ze złotem, bo nigdy nie uważał kolorów Ravenclaw za brąz. To była kwestia roztropnej oszczędności, ale kto by w ogóle akceptował istnienie brązu, kiedy coś mogło być złote? W drugiej ręce miał książkę.
– Nic się nie martw. To mugolska książka kucharska. Pomyślałem, że skoro tak bardzo obawiasz się swojej działalności w kuchni, zrobimy to po mugolsku, bez wspomagania kapryśną magią. Wergiliusz spakował mi wszystkie niezbędne elementy. Wolisz zrobić gulasz czy cynamonki? – Zapytał odkładając książkę i zawieszając na głowie swój pozbawiony napisu, bardzo elegancki i gustowny fartuch. Zaraz potem wyciągnął słoiczki z przyprawami i... westchnął ciężko, wspomnieniami uciekając do najgorszych w świecie zajęć eliksirów,  które przy jego przypadłości były prawdziwą męką. – Dobrze, pozwolę sobie przypomnieć Ci mój drogi, że dla mnie te wszystkie proszki są w odcieniach szarości i bieli. O to jest czarne. – Wskazał na paprykę i teraz on dołączył do Erika w utyskujących na konstrukcję świata prawach. Zaraz potem odłożył te słoiki na blat i popatrzył się smutno na twarz młodszego czarodzieja z nagłym przypływem czułości gładząc go po policzku. – Chyba najbardziej żałuję, że pewnie nigdy nie poznam koloru Twoich oczu. Jakie są naprawdę. – Dwa złote punkty na zszarzałej sylwetce. Przyzwyczaił się przecież, całe życie w świecie szarym, z okazjonalnym rozchlapanym lazurem i żółcią wpadającą w podgniłą ochrę. A jednak. Gdy kupił na licytacji złociste topazy, gdy oprawił je w spinki do mankietów, by móc zawsze przypominać sobie o złocistych ślepiach swojego Słonecznego Bożka, tak teraz zły był na siebie, bo pewnie kolor oczu Erika był zupełnie inny. Kiedyś o tym rozmawiali... zielony?

– Kiedyś jak trafię na tego słynnego poltergeista, co zamienia ciała dwóch biedaków, którzy mu się napatoczą na linię strzału, może wtedy będę mógł zatopić się w prawdziwym kolorze zwierciadeł Twojej duszy – wyszeptał głosem przepełnionym afektem, pochylając się znów do jego twarzy, na moment tylko ulegając pokusie sięgnięcia po nagrodę przed wykonaniem pracy. Zaraz jednak otrzeźwiał i wrócił do rozładowywania bagaży. Jeszcze przez moment, przez krótką chwilę potaplał się w swoim wybrakowaniu. W niemożności obcowania ze sztuką, w głupich pomyłkach wynikających z faktu, że nie był w stanie dostrzec różnicy w odcieniach szarości. Westchnął ciężko, w dłonie ujmując płócienny worek z mąką.

– Przyznam, że chyba wolałbym robić ciastka. Tak żeby osłodzić Ci nieco życie, po tej straszliwej torturze, którą jest wspólne gotowanie – dodał, strzepując z głosu żal i melancholie, które choć były właściwe istocie jego istnienia, to zdaje się, nie były mile widziane tu. Z resztą... lipiec przeminął, a on wylał wszystkie łzy tego świata w tęsknocie za człowiekiem, który finalnie stał przed nim w czerwonym fartuszku. Czy nie płynęła z tego jakaś ważna lekcja?

Zawada: daltonizm
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#6
19.02.2025, 14:32  ✶  
— A co? — rzucił Erik, nie kryjąc się zbytnio z zaciekawieniem, które odbijało się w jego głosie. — Czyżbym cię jakoś zawiódł w jednym z twoich snów? Fantazja już nie ta? — Przechylił lekko głowę w bok. — Chociaż... Wiesz, to może być poniekąd moja wina. Może nie utkwiłem ci wystarczająco mocno w pamięci, skoro w twoich marzeniach jestem nieco inny.

Może powinien się bardziej starać w trakcie ich spotkać, co by Anthony zapamiętał go jeszcze wyraźniej niż dotychczas?

— To prawda, ćwiczę tylko i wyłącznie dla własnej satysfakcji — odparł niewinnie, jakby nigdy nie przeszło mu przez myśl, aby pracować nad własną sylwetką w jakimkolwiek innym celu. — A skoro już mowa o występach dla Czarownicy... Po co miałbyś się pieklić z zazdrości i odbierać innym przyjemność z kupna nowego wydania, skoro równie dobrze mógłbyś po prostu dołączyć do mnie na takiej sesji? — Wlepił buńczuczne spojrzenie w twarz Anthony'ego. — Założę się, że seria kalendarzy ze zdjęciami pracowników różnych departamentów byłaby istnym hitem sprzedażowym. Kto wie, może nawet podwyższyłyby się statystyki rekrutacji.

Czy udział w takim projekcie byłby dla nich niebezpieczny? Cóż, na pewno balansowaliby na dosyć cienkiej granicy zdradzenia się przed innymi ludźmi z ich otoczenia. Ale czy różniłoby się to aż tak mocno od wspólnej wizyty na balu, pikiecie czy innym przyjęciu dla elity? Oczywiście, co poniektórzy mogliby uznać taki występ za skandal, jednak... Czasem trzeba było się poświęcić dla wyższego dobra. Dla Ministerstwa Magii. Dla rodzimego departamentu.

— Nie przypominam sobie, żebyś kiedyś wspominał o takich kuchennych fantazjach — skomentował z dwuznacznym uśmiechem, wygładzając czerwony fartuch. — To jakaś skrywana fantazja, czy po prostu chcesz mnie zobaczyć w środowisku w którym mogę coś przypadkowo spalić? Nie żebym narzekał... Na tobie ten fartuch będzie wisieć równie dobrze, co i na mnie.

Powłóczył wzrokiem za Anthonym, gdy ten ponownie zwrócił się w kierunku kufra i wiedziony instynktem ruszył za starszym mężczyzną. Objął go zdecydowanie w pasie i przywarł do niego, opierając podbródek na prawym ramieniu Shafiqa. Na szczęście oboje byli względnie zbliżeni do siebie wzrostem, toteż nie wyglądało to ze strony Longbottoma jakoś szczególnie karokołmnie. Gdyby Tony miał metr sześćdziesiąt w kapeluszu, to wyglądałoby to o wiele zabawniej.

— Obawiam się, że to czy kuchnia jest mugolska, czy magiczna nie ma najmniejszego znaczenia — uprzedził Erik, wzdychając ciężko. Oczywiście, nie chciał od razu rujnować planów Anthony'ego na ich spotkanie, jednak wolał być z nim szczery w tej kwestii. Bądź co bądź, lepiej, żeby wiedział w co się pakuje, zaciągając partnera do kuchni. — Sprzęty kuchenne po prostu nie lubią mojego beztalencia. — Wzruszył sztywno ramionami. — A uwierz mi, miałem do czynienia naprawdę z masą sprzętów.

Domowy sprzęt, szkolne wyposażenie skrzaciej kuchni, a nawet sprzęty zalegające na zapleczu klubokawiarni Nory. Nie liczyło się, czy sprzęt był magiczny, czy mugolski, tani czy drogi. Erik po prostu nie był kompatybilny ze sztuką gotowania, o ile nie chodziło o zaparzenie zwykłej wody na herbatę i przyrządzenie zwykłej porcji tostów na parę osób. Wprawdzie, teraz kiedy pozbył się klątwy kuchennej sprzed paru miesięcy, było o wiele lepiej, ale dalej nie był to poziom akceptowalny przez znaczną część społeczeństwa. A może to po prostu arystokrackie geny po Godryku i rodzinie od Potterów?

— Nigdy nie mów nigdy — skomentował miękko. — Potrafimy wyczarować coś z niczego, latać na miotłach i przygotowywać mikstury zmieniające wygląd. Ingerencja w zaburzenia wzroku nie powinna stanowić wyzwania. Może za parę lat nie będziesz musiał się tym zbytnio martwić.

Skinął głową. Ciastka były o wiele lepszym pomysłem. Bądź co bądź, był świadkiem wypiekanie sporej ilości słodkich przekąsek przez swoją najlepszą przyjaciółkę, więc jako tako wiedział, jak się do tego zabrać. Nie mógł powiedzieć tego samego o gulaszu, bez względu na to, jak dobrze by nie smakował, biorąc pod uwagę obecne zmiany pogodowe w kraju.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#7
06.03.2025, 23:00  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.03.2025, 09:52 przez Anthony Shafiq.)  
Przełknął ślinę, na moment zabłądziwszy wzrokiem na twarzy Erika, który nie był świadom jak ciężkie były noce dla Anthony'ego w ostatnich tygodniach. Jeśli pojawiała się w nich twarz Longbottoma to była bardzo wyraźna, wykrzywiona bólem albo zwyczajnie pośmiertnie stężała, na stosie spopielonach trupów. Anthony nie wierzył w przepowiednie, chyba że wychodzily z ust jednego człowieka. A ten od miesiąca miał bardzo barwny język, koloru złota i ognistej czerwieni.

Finalnie po to tu jednak byli, by o tym nie myśleć. Nie czuli jeszcze popiołu na podniebieniu, nieświadomi że od tragedii dzieli ich ledwie garstka godzin. Teraz mogli sycić umysł i duszę glupotkami, by nie zapomnieć o co będą chcieli walczyć. O jakie życie. O jakie przyjemności.

– Brzmi ciekawie, ale nie wiem czy byłbym dobrym typem na... chłopaka miesiąca? Brukowce dawno przestały się rozwodzić na temat potencjalnej pani Shafiq. Kto inny pobudza wyobraźnię wielu dam i nie tylko dam. – Bezwstydnie ześlizgnął się wzrokiem po jego sylwetce, pozwalając sobie na moment fantazji o który podejrzewał go Erik. Tak. W wydaniu kalendarzowym młody Longbottom prezentował by się idealnie. Czemu Anthony nie mógł mieć takich snów? Westchnął i skupił się na zadaniu. – Który miesiąc byś mi dal? Z którym najbardziej Ci się kojarzę? – zagadnął swobodnie, wyciągając na blat stołu ingrediencje, nawet jeśli w sumie owe wyciąganie nie trwało zbyt długo, bo moment później zapadł się w silnym obieciu.

– Mam swój dziękuję. – odpowiedział przymykając zmęczone oczy i wciągając mocno zapach chaty i ten, który jego towarzyszka wybrał na wieczór. – Nie lubię nosić na sobie kolorów których nie widzę. Których nie mogę być pewien. Niebieski... On jest zazwyczaj bardziej intensywny niż to co Ty widzisz, ale czasem kobalt pozostaje kobaltem, a złoty złotym. – Ułożył głowę na barku, nie poświęcając zbyt wiele myśli na utyskiwania nad swoim stanem. Chłonął spokój chwili, ciszę, bezpieczeństwo które oferowała.

– Mówiłeś mi o tym, ale zobaczyć znaczy uwierzyć. Poza tym ja też nigdy nie bawiłem się w ten sposób. Zdawało mi się że lubisz odkrywać ze mną nowe rzeczy? – zapytał miękko z udawanym wyrzutem kolyszac sie nieznacznie do slyszanej tylko przez siebie melodii.
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#8
18.03.2025, 21:56  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.03.2025, 21:56 przez Erik Longbottom.)  
— Mhmm, zgadzam się — rzucił niewinnie, starając się udawać, że wcale nie wie, do czego pije Anthony. — Zdjęcia czarodziejów poszukiwanych przez Brygadę Uderzeniową i Biuro Aurorów muszą rozpalać wyobraźnię do czerwoności. Słyszałem, że ostatnio w księgarniach wręcz promuje się takie romanse. Jeszcze trochę a z erotyków o przestępcach przerzucą się na dementorów. To dopiero będzie ciekawe.

Uśmiechnął się półgębkiem. Nie miał zamiaru dać się zagonić w kozi róg. Doskonale wiedział, jaki był jego wizerunek we współczesnych mediach czarodziejów. Przyszły dziedzic Warowni Longbottomów, celebryta, oddany brygadzista, bywalec największych wydarzeń towarzyskich sezonu. I jeden z niewielu mężczyzn, który postanowił wszem wobec wypowiedzieć się na temat Śmierciożerców tuż po Beltane. To na pewno ściągnęło na niego uwagę wielu. Zwiększyło aprobatę i zainteresowanie. Sprawiło, że tradycjonaliści zerkali na niego nieco baczniej. To mnie jeszcze kiedyś ugryzie w tyłek, skomentował bezgłośnie, wypuszczając powoli powietrze z ust.

— Luty chyba do ciebie najbardziej pasuje — odparł automatycznie, bez większego namysłu. Dopiero gdy te słowa opuściły jego usta, zamilkł na moment, żeby nieco pomyśleć. Szybko jednak wzruszył ramionami, jakby nie było sensu poddawać tego w wątpliwość. — Oczywiście mi bardziej kojarzysz się z latem, ale patrząc na całokształt... Ten okres, gdy świat próbuje wyrwać się z kajdan zimy, ale słońce dalej rzadko wschodzi wydaje się pasować. Jak te twoje niekończące się walki z innymi urzędnikami za granicą. Ciągłe przeciąganie liny.

Każdy miał jakiś zawód. Erik uganiał się za przestępcami, czarnoksiężnikami, przesłuchiwał świadków najróżniejszych zdarzeń, a koniec końców zawsze lądował za biurkiem, próbując poskładać cały swój dzień pracy w sensowną całość. Cały dzień działał pod wpływem emocji, aby uporządkować je na koniec dnia. W przypadku Shafiqa wiele wskazywało na to, że było trochę na odwrót. Magazynował emocje, zbierał liczne przewagi, aby dać ujście temu wszystkiemu podczas negocjacji z ludźmi spoza Wielkiej Brytanii. Zupełnie inne podejście, ale z drugiej tak podobne.

— Chodziłeś wcześniej na jakieś konsultacje? — spytał z nutką autentycznego zaciekawienia w głosie. Ułożył dłoń na ramieniu mężczyzny, masując je powoli. — Co chwilę gdzieś wyjeżdżasz, odwiedzasz różne kraje, bywasz w towarzystwie majętnych i obeznanych w danym regionie ludzi. Lokalny patriotyzm lokalnym patriotyzmem, ale nie korciło cię nigdy, żeby sprawdzić, co może na to zaradzić... Egzotyczna medycyna? — Nie mówił o Francji czy bliskich krajach europejskich. — W Azji czy Afryce mają nieco inne podejście do czarowania niż na wyspach. Może z medycyną bywa podobnie.

Nie chciał naprawiać Anthony. Nie był zepsuty, a daltonizm w żaden sposób mu nie ujmował. Przynajmniej z jego perspektywy. Jeśli jednak życie z tą przypadłością powoli przestawało mu pasować, to może warto by było rozejrzeć się za możliwymi rozwiązaniami tej kwestii? Gdzieś tam musiało kryć się remedium.

— Lubię. Zwłaszcza w takim towarzystwie — potwierdził z podejrzanym uśmiechem na ustach. — Skoro siebie poznaliśmy na wylot, to pozostaje sprawdzić, jak wpłyną na nas... Czynniki zewnętrzne, czyż nie? Kto wie, do czego mogą nas popchnąć.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#9
25.03.2025, 09:52  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.03.2025, 09:53 przez Anthony Shafiq.)  
Było w tym coś przerażająco uroczego, że Erik żartował z przestępczej działalności Anthony'ego. Był to oczywisty żart, nawiązujący do pewnej słabości, którą Anthony miał zrówno do Erika w mundurze jak i Erika z czarodziejskimi kajdankami w ręku na moment przed ich odpowiednim użyciem, niemniej zawsze pozostawał ten złodziejski dreszcz z tyłu czaszki, który cicho szeptał mrożące krew w żyłach scenariusze w których Longbottom realnie jest tym, który zakuje go i doprowadzi przed oblicze sprawiedliwości. Kto wie. Jest tym, który odwiezie go do Azkabanu, jeśli jakiś śledczy dokopałby się upłynniania nekromanckich woluminów przejmowanych w urzędzie celnym. Była to jednak obawa tak często obracana w głowie, że jak boginowi, Anthony nadał jej już lata temu prześmiewczy wizerunek.
– Jesteś aż tak zdesperowany, by móc bezkarnie mieć moje zdjęcie na swoim biurku? To słodkie, rozumiem że plakaty Rosierów widoczne przez okno już Ci nie wystarczają? – uśmiechnął się szarmancko, niemal tak samo jak na jednym z ruchomych plakatów promujących markę szat dla magów w sezonie letnim.

Luty... był bardzo dla Anthony'ego nieoczywistym wyborem. Czy tak właśnie mnie widział? – zastanowił się, choć oczywiście nie dał po sobie poznać tej dobarwionej zaskoczonym smutkiem myśłi. Luty był chłodny i surowy, zdystansowany i nie dający nadziei. Był okresem, którego ludzie nienawidzili, pełni świadomi, że już powinno być słońce, już powininna być wiosna i rozkwitająca nadzieja, gdy wciąż trzeba było zmagać się z szarością, mżawką i chłodem. Co zabawne - Anthony sam siebie umiejscowiłby w bardzo podobnym miesiącu, ale po drugiej stronie kalendarza. Listopad był podobnie zszarzały i podobnie znienawidzony. Tchnęła z niego jednak nuta mistycyzmu i nostalgii, długich wieczorów nad książką i melancholijnego spojrzenia w dal. Gdyby mógł wybierać dla siebie, chciałby być listopadem. Erik byłby październikiem, a Jonahan grudniem. Czy nie byłoby to doskonałe dlań towarzystwo?
– Ty zdecydowanie jesteś październikiem. Silny, rubaszny, jeszcze ciepły i złoty. W dopasowanym swetrze, otoczony psami przechadzający się wśród rzemieślników porządkujących zbiory, tuczący ich swoim okiem. Kojarzysz mi się z dostatkiem i potańcówką w Dolinie Godryka, choć nigdy jeszcze nie miałem okazji widzieć Cie w tej roli. – W jego głosie nie pobrzmiewała gorycz minionego czasu, choć tak łatwo przychodziło Anthony'emu zatopić się w przeszłości i płakać nad utraconymi możliwościami. Było w nim sporo nadziei na nadchodzące miesiące, na to, że uda mu się odwrócić trend. Złamać ich klątwę.– Myślę, że do października powinieneś zaopiekować się tym miejscem bardziej, ono tak bardzo do Ciebie pasuje. Bardziej nawet niż Warownia, czy Londyn. Może poprosiłbyś Thomasa o kilka zabezpieczeń? I dopilnował, żeby żaden widmowidz, nie miał pomysłu sprawdzać pamięci przedmiotów? – odchrząknął z tym charakterystycznym błyskiem w oku mówiącym o tym, że w planach na dzisiaj nie ma tylko pieczenia ciastek. Chwilę później jednak spoważniał dna ingrediencjami do ciastek, z których próbował zlokalizowac mąkę i cukier. – Mam też nadzieję że nie widziałeś się z żadnym jasnowidzem dzisiaj? – zapytał enigmatycznie. – Jesteś w stanie określić kto z kręgów w których się obracasz ma trzecie oko, prawda?

Rozmowa fluktuowała wobec ich zalet i wad, pytanie Erika rozbawiło nieco Anthony'ego, który może i nie lubił za bardzo swojej przywary, ale żył z nią od dziecka i aż tak mu nie przeszkadzała. – Słyszałem o alternatywnych terapiach, które polegały na wyłupywaniu oczu i hodowaniu ich od nowa, ale to tylko pogłoska, której szczerze nie zamierzałem nawet sprawdzać. Lubię swoje oczy. Może poproszę jakiegoś sztukmistrza o stworzenie przedmiotu, który mogłby mnie informować jaki kolor widzę, lub dotykam. Ale nigdy nie było to dla mnie aż tak niezbędne. Podobnie jak wiedza z zakresu nauk przyrodniczych. Czego ja nie mogę dostrzec, może ktoś zobaczyć zamiast mnie. – wzruszył ramionami, po czym wyciągnął ku Erikowi łyżeczkę z białym proszkiem. – Czy to jest mąka? Jak to sprawdzić? – Przed nim leżała mugolska książka kucharska otwarta na przepisie na cynamonki. Oczywiście Anthony nie mógł na pierwszą próę upieczenia czegokolwiek wybrać ciasteczek owsianych. Oczywiście musiało być to coś ekstra.

Przy wzmiance Erika o dogłębnym poznaniu cieszył się, że Morpheusa nie ma nigdzie w okolicy, bo by biedaczek się udławił. Jego przyjaciel i tak zaliczał co rusz oczu i mózgu kąpiel na samą myśl o ich relacji, z tego powodu między innymi na ich kairskim wyjeździe Anthony tak bardzo ograniczył kontakt z Erikiem do niezbędnego zawodowego minimum. – Dogłębnie tak? To kiedy mam urodziny? – odłożył proszki na bok i sięgnął po osełkę masła, którą zaczął kroić na desce, bo masło miało być poszatkowane.


Rzemiosło 0, Szatkowanie masła rzut na to jak "dokładnie" owo masło zostanie przygotowane i czy Anthony wpadnie na to jaki powinien być efekt końcowy a nie przekroi twardą na kamień kostkę na 4 i zadowolony z siebie ruszy do dalszego etapu przepisu

Rzut T 1d100 - 56
Slaby sukces...


viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#10
16.04.2025, 21:38  ✶  
— Plakaty Rosierów…? — Zmarszczył czoło, odsuwając się od Anthony'ego i zerkając w zamyśleniu w stronę okna. — Wiesz co, jakoś żadnych nie widzę na zewnątrz. Nie przypominam sobie też, żeby takie wisiało na ulicy przy której stoi Warownia. — Dziadek Godryk mógłby dostać kociokwiku, gdyby wychodząc na spacer, musiałby patrzeć na wystrojonego Shafiqa posyłającego mu oczko. — Potrzebuję czegoś bardziej kompaktowego.

Wolał nie próbować bawić się w fotografa na własną rękę. Cholera wie, czy cokolwiek by wyszło z takich zdjęć. Znając życie, wyszłyby rozmazane, prześwietlone albo zbyt ciemne. Tak, to zdecydowanie nie byłaby zbyt dobra pamiątka ze wspólnie spędzonego czasu.

— Myślę, że niektóre wydarzenia mogą nieco zbyt mocno wniknąć w to wnętrze — odparł, uśmiechając się półgębkiem do Anthony'ego. — Obawiam się, że zaklęcia nie pomogą, a zmysły widmowidzów są zbyt wyczulone na tego typu... manifestacje. — Po chwili pokręcił lekko głową. — Nie bardziej niż ty. Nie jestem w stanie wywąchać odmienności swoim wilczym nosem, jeśli o to pytasz.

Od tego ekspertem jest Geraldine, pomyślał przelotnie, przypominając się, że podczas któregoś ze wspólnych wypadów kobieta faktycznie postanowiła spełnić jego zachciankę i przeskanować towarzystwo, w jakim się obracali. Po takim czasie nie potrafił sobie w mig przypomnieć całej listy osób, którą wówczas wymieniła, jednak dalej był pod wrażeniem tego, z jaką łatwością to zrobiła. Nieco przerażające. Cieszył się, że nie każdy mógł się cieszyć podobnym talentem. Kto wie, co by się stało, gdyby takie umiejętności wylądowały w posiadaniu kogoś o naprawdę złych intencjach?

— Nie brzmi to jak współczesna medycyna. Zwłaszcza medycyna czarodziejów — dodał dobitnym tonem, jakby uważał, że magimedycy nie byliby w stanie przeprowadzić tak agresywnej terapii celem przywrócenia komuś zwykłego zmysłu wzroku. Już prędzej spodziewał by się tego po mugolach. Z tego co mu kiedyś opowiadali znajomi, to niektórzy niemagiczni lekarze dysponowali naprawdę przedziwną aparaturą w swoich ośrodkach leczniczych. — Raczej jak czarna magia. I to taka z górnej półki. Założę się, że cuchnąłbyś po czymś takim gorzej od co poniektórych... czarnoksiężników.

Powstrzymał się przed nawiązaniem do działalności Śmierciożerców. Już i tak myślał o nich ostatnio wystarczająco często; nie chciał, żeby zatruwali mu życie jeszcze tutaj- w miejscu, które miało służyć odosobnieniu i odcięciu, chociaż na chwilę od dręczących go trosk w związku z pracą w Ministerstwie Magii i działalnością Zakonu Feniksa. Chwila odpoczynku; tylko tyle i aż tyle.

— Zanurz palec i sprawdź — zasugerował niewinnie. — Raczej ciężko pomylić cukier z mąką. Przynajmniej na to wskazują moje obserwacje Nory przy pracy w klubokawiarni.

Gdzieś z tyłu drogi krążyła mu myśl, aby wziąć nieco proszku na palec i przyłożyć go do shafiqowych warg... Powstrzymał się przed tym jednak. Nie każde wymienione przez nich słowo musiało od razu wiązać się z dwuznacznością, prawda? Ugh, kogo on mógł oszukać. Chwila zawahania sprawiła, że zaraz ponownie ruszył do ataku, tyle że pod innym kątem.

— A czy to ważne? — zagaił figlarnie Erik, przekrzywiając nieco głowę w bok. — Poza tym... Wątpię, żebyś chciał czekać z tym praktycznie cały rok. Co jak co, ale cierpliwością to ty nie grzeszysz. — A może brakowało mu hamulców, tylko, kiedy na horyzoncie zjawiał się Longbottom? — No... Chyba, że naprawdę chcesz tyle czekać. Na pewno przyniosłoby ci to jakąś satysfakcję, tylko pytanie, czy warto się tak męczyć... Zwłaszcza, że i tak już teraz uwijasz się w kuchni.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Shafiq (6071), Erik Longbottom (3588)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa