Mieszkanie Nicholasa
Zgodnie z obietnicą, Rodolphus zjawił się 4 września pod mieszkaniem Nicholasa. Nie wszedł jednak od razu do środka. Gdy deportował się na Aleję Horyzontalną, chwilę stał przed kamienicą, wpatrując się w nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Pozornie beznamiętne spojrzenie drgnęło, gdy gałki oczne przesuwały się powoli po zadbanej fasadzie i prostych gzymsach. Co kryło się za tą zasłoną dymną, stworzoną z stalowoszarych tęczówek? Czy były tam jeszcze jakiegokolwiek ciepłe emocje, które był w stanie żywić do drugiej osoby? Czy wracając do Nicholasa po takim czasie chciał zachować pozory wzajemnego szacunku i kultury, czy być może liczył na coś, czego sam nie był w stanie zdefiniować? Czy być może to, co w nim pozostało z ludzkich, dobrych odruchów, zginęło wraz z nim wtedy, w Mauzoleum? Wyniósł Nicholasa we własnych rękach, aportował się z nim do mieszkania, zadbał o niego. Był przy nim, kiedy się obudził, upewnił się, że nic mu nie grozi.
A jednak nie był już tym samym człowiekiem co wtedy, gdy wślizgiwał się w jego objęcia wieczorami w łóżku. Nie był tym samym człowiekiem, który przerzucał jego rękę przez swoje ramiona, by pomóc mu dźwignąć się na nogi, gdy ten upadł na podłogę, zaatakowany chorobą we własnym mieszkaniu. Nie był tym samym człowiekiem, który składał na jego skórze czułe pocałunki. Nigdy nie wypowiedział na głos pewnych słów, lecz jasnym było, że Nicholas był dla niego kimś. Tylko... Kim, tak naprawdę?
Noga za nogą, krok za krokiem, Rodolphus przesuwał się kolejne centymetry, aż w końcu zniknął w kamienicy, która przez kilka miesięcy była jego domem. Tymczasowym lokum, którego potrzebował. Travers otworzył przed nim drzwi swojego mieszkania i wpuścił go, gdy Lestrange tego potrzebował najbardziej. Dał mu nie tylko kąt do spania, ale przygarnął go niczym bezdomnego kundla, który został wykopany z auta tuż przed świętami przez swoich właścicieli, którym przeszkadzał w planach urlopowych. Czy był wdzięczny za to? Za to, że nie musiał, a mu pomógł? Kolejne pytania przewijały się przez jego umysł, gdy pokonywał kolejne schody. Miał klucze do drzwi wejściowych, lecz to już nie było jego miejsce. Znowu był w mieszkaniu Nicholasa obcy. Znowu był tu tylko na chwilę. Już nie będzie spał w tej pościeli, już nie będzie pić wspólnie herbaty z jego kubków, nie będzie robić zakupów z uwzględnieniem tego, co Travers mógł jeść, a czego nie. Zabiłby się prędzej niż przyznał do tego, jak bardzo Nick wpłynął na jego zachowanie i jak bardzo to, co zrobił, wpłynęło na to, kim stał się teraz. Mogliby ciskać w niego najgorszymi zaklęciami, robiąc spinnery z jego kości, wyłamując mu po kolei palce i rzucając crucio raz po raz, a i tak nie powiedziałby tego, co było oczywiste. To było coś, co zostanie pogrzebane razem z nim, gdy w końcu zdechnie i ten ogień, który zapłonął w nim na nowo, nie spali go doszczętnie. Chciałby moc spłonąć razem z Nicholasem, lecz wiedział, że to niemożliwe. Żadna osoba, która pojawi się po nim, nie będzie znaczyła dla niego tyle, co Travers. Nie w sensie romantycznym, lecz duchowym. Miał wrażenie, że Nicholas zagnieździł się w jego sercu i umyśle, umościł się w wybranym przez siebie kawałku jak sopelek lodu i nigdzie się nie wybierał. Był tym rodzajem lodu, którego jego ogień nie był w stanie strawić. Nie obawiał się, że Nicholas się sparzy - Lestrange mógł podpalić cały świat, lecz tym razem miał wrażenie, że jego płomienie nawet nie musną skóry i duszy Traversa.
Zapukał, bo znowu był obcy. Być może już raz umarł, wtedy, w sierpniu, ale odrodził się na nowo, z nowym celem. Trochę jak feniks z popiołów. Czyż jednak nie byłby sobą, gdyby nie chciał spłonąć jeszcze raz, tym razem w towarzystwie? I tylko przypadkiem mógłby się dowiedzieć, czy z nim wszystko w porządku po ich ostatnim, wspólnym zadaniu, którego... Nie przeszedł.