Teraz?
Teraz pojawił się tutaj jak na ścięcie.
Przezornie nie odkładając podróży na ten sam dzień, w którym miał spotkać się z Corneliusem. Powoli wracając do trzeźwości umysłu, był na tyle przytomny, żeby nie zostawiać przekornemu losowi zbyt wiele pola do popisu. Nie zrobił tego ochoczo, jednak przybył tu już poprzedniego wieczoru.
Jasne, mógł na tę okoliczność znaleźć sobie jakąś naprawdę wygodną prywatną miejscówkę. Mógł wynająć na weekend jeden z tych uroczych małych domków na uboczu, żeby doprowadzić się tam do względnie przyzwoitego stanu. Nie przeszkadzać nikomu swoją obecnością. Nie snuć się ponuro po jadalni zajazdu typu B&B, w której ostatecznie postanowił spędzić noc.
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że od samego początku nie wzbudził zaufania właścicieli. Udostępnili mu pokój wyłącznie z powodu przymusu finansowego. Płacił sporo, wymagał niewiele a było jeszcze przed sezonem. Ulokowali go zatem w niezbyt dużym pomieszczeniu z dwoma osobnymi łóżkami, zostawiając mu ulotkę z informacjami na temat śniadania i całej reszty lokalnych atrakcji, z których zdecydowanie nie wyglądał, jakby miał skorzystać.
Bowiem w istocie tak było. Nie pojawił się tu w celach turystycznych. Prawdę mówiąc, gdyby nie informacja zwrotna otrzymana od Corio, Greengrass jeszcze przez wiele miesięcy (jeśli nie lat) unikałby jakichkolwiek nadmorskich widoków. Nie zjawiłby się tu z własnej nieprzymuszonej woli, gdyby nie okoliczności poniekąd to na nim wymuszające.
Jasne. Uwielbiał powtarzać, że nic nie musiał i zazwyczaj trzymał się tego podejścia, jednakże czasami nawet on nie był w stanie obejść rzeczywistości. Ta zaś była przytłaczająco określona. Nie mógł jej zmienić. Już próbował. Powinien, musiał po prostu spróbować sobie z nią poradzić. Albo przepaść bezpowrotnie. Jeszcze nie doszedł do wniosku, co było lepsze. Nie dla niego. Dla tych, na których mu zależało.
Na ulicy prowadzącej do molo i deptaku, na której się znalazł, nie było wielu ludzi. Był za to wdzięczny temu, co sprawiło, że nie musiał przepychać się między turystami. Nie wiedział czy była to jakaś nagle sprzyjająca mu siła (w co szczerze wątpił; ostatnio wszystko w jego życiu układało się raczej tragicznie) czy może po prostu fakt, że było jeszcze przed sezonem. Pozostało co najmniej kilka dni do oficjalnego rozpoczęcia czerwcowej fali ludzi. Teraz jeszcze było tu pusto.
Pozwoliło mu to na chwilę samotności od otaczającej go rzeczywistości, choć czy aby na pewno? Mijał puste ławki i pozamykane sklepiki, które zazwyczaj tętniły życiem. W jego myślach pojawiały się wspomnienia, które wracały jak bumerang, przypominając o chwilach szczęścia, które odeszły bezpowrotnie.
To nie było to samo miejsce, jednak w dalszym ciągu było zbyt podobne, by Greengrass był w stanie umknąć temu wrażeniu. Czuł, że czas płynie inaczej, że każdy krok, który stawiał, był jakby trudniejszy od poprzedniego. Dochodziło południe, zegar na wierzy ratusza nieubłaganie odliczał kolejne minuty.
Przechodząc obok parku, dostrzegł małe dzieci bawiące się na placu zabaw. Ich radość była dla niego jak cios w serce, przypominając mu o tym wszystkim, o czym nie chciał pamiętać ani tym bardziej myśleć . I choć starał się nie zwracać na to uwagi, wewnętrzny ból, który mu towarzyszył był nie do zniesienia.
Czuł się jak wrak, cień człowieka. Ktoś, kto nie powinien się tu znaleźć. Nie powinien tu być, a jednak wreszcie postawił pierwsze kroki na nabrzeżu. Nie musiał rozglądać się po plaży, by wiedzieć, w którą stronę powinien pójść. Powolnym krokiem ruszył w kierunku samotnej postaci stojącej w miejscu.
Ciemnozielony prochowiec Ambroisa łomotał na wietrze. Zegar zaczął wybijać dwunastą. Samo południe - to nie mogło być bardziej wymowne.
Jego nieco przydługie blond włosy falowały na wietrze, raz za razem wpadając mu do oczu. Gdzieś po drodze zupełnie zapomniał o tym, by je spiąć. Mimo ich starannego uczesania, nie chciały układać się tak jak wcześniej.
Niedawno ogolony, z krótkim aczkolwiek starannie przystrzyżonym zarostem, nie był w stanie ukryć swoich zapadniętych policzków, które nadawały mu zdecydowanie niezdrowy wygląd. Opalona, może nawet wręcz ogorzała od słońca skóra sprawiała wrażenie chorobliwie bladej. Opinała kości policzkowe i zarys szczęki, który jeszcze nigdy nie był tak wyostrzony.
Jego ubrania, choć czyste i zwyczajowo eleganckie, leżały na nim w niewłaściwy sposób. Prochowiec wyglądał bardziej jak peleryna, wisząc mu na ramionach zaś w pasku musiał dorobić dodatkową dziurkę. Mimo że Greengrass zachował swoją zwyczajową posturę, jednocześnie wydawał się wychudzony. Zupełnie tak, jakby mięśnie nie wystarczały, by nadać mu zdrowszy wygląd.
Jego oczy były matowe, podkrążone i puste zaś ich zielony kolor (teraz jakby ciemniejszy, choć jednocześnie bardziej wyblakły) sprawiał, że wydawały się jeszcze bardziej wyraziste w zestawieniu z jego bladością. W jego ruchach można było dostrzec pewną nerwowość, ale czy to było coś dziwnego?
Był zmęczony. Po prostu zmęczony. A najcięższe wyzwanie tego dnia dopiero nadciągało.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down