• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[03.09.1972 południe] Fight. Fall. Get up. | Geraldine & Ambroise

[03.09.1972 południe] Fight. Fall. Get up. | Geraldine & Ambroise
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#1
24.01.2025, 12:54  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2025, 22:47 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

03.09.1972, Whitby

Dzisiejsza lekcja, którą odbyli w Lesie Wisielców okazała się być całkiem przyjemna, nawet nie zakładała, że wszystko się tak potoczy. Cóż, spowodowało to, że Yaxleyównie nie przestawał dopisywać wyjątkowo dobry humor. Nie było sensu, aby nadal tkwili w Little Hangleton, więc postanowili wrócić do domu. Cel jaki sobie założyła został osiągnięty i była się w stanie kłócić o to, że to wcale nie było szczęście nowicjusza, bo i ono się kiedyś kończyło, a Geraldine dzisiaj osiągnęła kilka sukcesów pod rząd. To musiało być coś więcej, jakiś ukryty talent, chuj jeden wiedział, co. Nie zmieniało to faktu, że czuła się dziwnie beztrosko, jakby problemy które jeszcze rano ją dusiły odeszły na dobre. Zapewne to było chwilowe, ale to też nie było istotne. Nie zamierzała się już dzisiaj niczym przejmować, ten dzień miał należeć do tych lepszych, a skoro już sobie tak założyła to właśnie tak miało być.

Wizyta w Lesie Wisielców zajęła im trochę czasu, więc w Whitby pojawili się przed południem. Miała dużo energii, więc postanowiła ja wykorzystać w odpowiedni sposób. Nie mogli sobie pozwolić na zasiedzenie, dobrze było wykorzystać obecność drugiej osoby, szczególnie tak doświadczonej, aby nieco podszkolić swoje inne umiejętności. Z tym nie musieli się kryć, mogli robić to w ogródku, bo przecież nikt i tak nie zwróci na to uwagi. Znajdowali się na zupełnym odludziu.

Mimo wszystko nie zamierzała kusić losu, nim rozpoczęli dalszą część swojego całkiem zabawnego treningu posiliła się o to, aby wyczarować wokoł nich wysokich żywopłot, który zapewne później zniknie, bo tak to już bywało z kształtowaniem, ale aktualnie mógł im przynieść wiele korzyści. - Chyba tyle wystarczy. - Rzuciła do Roisa uśmiechając się przy tym od ucha do ucha, nie dało się ukryć, że nadal miała wyjątkowo dobry nastrój, była trochę głodna, ale to nie powinno jej w niczym przeszkadzać.

Pogoda była całkiem przyjemna, można było wyczuć w powietrzu ostatnie powiewy letniego wiatru, słońce całkiem przyjemnie wyłaniało się zza chmur. Nim stanęła na przeciwko Roisa postanowiła zrzucić z siebie swój płaszcz, lubiła kiedy nic jej niepotrzebnie nie ograniczało.

- Jesteś gotowy na dalsze popisy? - Tak, zadzierała nosa, bo czemu by nie. Była pewna swoich umiejętności, może też trochę chciała się pochwalić Ambroisowi, że nie obijała się przez to półtora roku. W końcu czymś musiała zajmować się podczas tego całego wolnego czasu.

Trzymała w lewej dłoni swoją różdżkę, chociaż właściwie nie sądziła, aby była jej jakoś specjalnie potrzebna, to miał być zwyczajny sparing, a ona najlepiej czuła się korzystając przy takich okazjach ze swojej sprawności fizycznej. Tak naprawdę jednak niczego nie zakładała, bo nie do końca wiedziała, czego powinna spodziewać się po mężczyźnie. To było całkiem miłą odmianą, bo ostatnio trenowała głównie z Erikiem, Brenną i ojcem i bardzo dobrze znała ich metody walki, więc dzisiaj pojawi się moment świeżości. Była naprawdę podekscytowana tym starciem.

Cóż, mało kto cieszył się z tego, że może dostać wpierdol, ale ona naprawdę lubiła takie zabawy, zresztą nie sądziła, że Roise mógłby jej celowo zrobić zbyt wielką krzywdę (Erik niby też nie, a pamiętała ten sparing przez który wylądowała w Mungu z rozwaloną głową). Tutaj miała o tyle więcej szczęścia, że akurat Ambroise mógłby jej udzielić bardzo syzbkiej pomocy medycznej, więc sytuacja była niemalże idealna.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#2
24.01.2025, 14:24  ✶  
Wrócili do domu. Być może nie zajęło im to tak niewiele czasu jak mogłoby, jednak pewne środki ostrożności wymagały powolnego marszu przez las a następnie jeszcze wolniejszego marszu przez wrzosowiska w kierunku nadmorskiego domu. Było jednak całkiem przyjemnie. Wietrznie, ale całkiem ciepło, zwłaszcza jak na powolne nadejście coraz bardziej zbliżającej się jesieni.
Znajdowali się nad morzem. Całkiem blisko jednego z mniej stromych zejść na jedną z dzikich plaż. Słońce świeciło nad ich głowami, fale obijały się o brzeg klifów. Nie tych bezpośrednio przy ich Piaskownicy. Kawałek dalej, wciąż na tyle daleko od zabudowań, aby nie musieli się niczym ani nikim przejmować.
Jednak dzięki temu jednemu prostemu ruchowi, jakim było oddalenie się w kierunku innej naturalnej plaży, mieli do wykorzystania znacznie więcej różnorodnych ukształtowań terenu. A to zdecydowanie mogło im się przydać. W końcu zamierzali kontynuować to wszystko, co robili niemalże od rana. Tyle tylko, że teraz mierząc się w czymś na kształt starcia.
Czegoś, na co wyrażenia zgody nigdy by się po sobie nie spodziewał. Stronił od tego już wcześniej. Przez lata usilnie trzymał postanowienie, że w żadnym wypadku nie zamierzał rzucać w Geraldine zaklęciami ani robić czegoś, co mogłoby ją fizycznie skrzywdzić. Sobą się nie przejmował. Zdawał sobie sprawę z siły, którą miała dziewczyna, ale w tym wszystkim raczej nie decydował się na sparingi z nią, żeby nie mieć później ewentualnych wyrzutów sumienia.
Mimo to ten dzień wreszcie nadszedł. Jasny i słoneczny. Wietrzny, ale na tyle przyjemny, że pozostawanie w płaszczu byłoby raczej skrajną głupotą. Tak samo zresztą jak w pozostałych warstwach ubrań. W koszuli, którą też z siebie z rzucił i rzucił na pobliski głaz, pozostając na ten moment w samej koszulce z krótkim rękawem.
Obserwował poczynania Geraldine w celu ukształtowania im osłony z żywopłotu, bezwiednie coraz bardziej unosząc brwi. Był w dobrym humorze. Naprawdę niezłym nastroju.
- Thuja occidentalis? Nie mamy sąsiadów - stwierdził z błyskiem w oku, jednocześnie sięgając po swoją różdżkę i turlając ją między palcami. - Ładna robota - musiał jej to przyznać, bo ukształtowany żywopłot naprawdę robił robotę.
Mogli podziwiać całkiem gęstą, nieprzezierną osłonę zasłaniającą ich z trzech stron przed potencjalnymi niepożądanymi oczami. Zaś z czwartej i ostatniej wciąż dawali sobie możliwość spoglądania na klify i morze oraz zejście na piasek. Na tyle strome, że można byłoby się po nim ześlizgnąć na sam dół, ale przy okazji na tyle łagodne, by się przy tym nie zabić.
Najwidoczniej bez słowa zostawiali sobie i tę furtkę. Ambroise z pewnością zamierzał z niej skorzystać, jeśli zaistniałaby taka konieczność. Nie musieli ustalać żadnych oficjalnych zasad, by to wiedzieć, prawda? Nie zamierzali robić sobie nawzajem krzywdy, jednak dawanie sobie forów też raczej nie wchodziło w grę.
- Jak nigdy - skinął głową, odpowiadając spojrzeniem na spojrzenie i postanawiając mimo wszystko nakreślić jednak kilka podstawowych kwestii. - Od czego chcesz zacząć? Dowolna forma? Mieszana? - Spytał, jednocześnie dając jej tym samym dowolność pierwszego wyboru, nawet jeśli zaraz dodał. - Sądzę, że warto przejść przez wszystko, niekoniecznie po kolei - byli tu nie po to, żeby ograniczać się wyłącznie do jednej techniki, prawda?
Posłał Geraldine pytające spojrzenie, jednocześnie w dalszym ciągu przetaczając różdżkę - tym razem między jedną a drugą dłonią. Miał naprawdę dobry humor, zwłaszcza jak na raczej marne rozpoczęcie dnia. Słońce w pełni swej siły świeciło nad ich głowami, przygrzewając całkiem solidnie jak na tę porę roku. Wiatr wiał, fale obijały się o brzeg a liście żywopłotu cicho szumiały.
Poprawił związane włosy, kolejny raz unosząc brwi.
Więc?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#3
24.01.2025, 15:02  ✶  

Nigdy nie rozumiała jego podejścia, jeśli chodziło o unikanie tych sparingów. Wydawało jej się, że mogli się od siebie wiele nauczyć i warto było to wykorzystać. W końcu chodziło o to, aby się rozwijali. Jasne, Roise mógł twierdzić, że coś jej się mogło stać, sratatata, wcale nie bała się tej konfrontacji, wręcz przeciwnie, czuła, że może mu znowu coś udowodnić. Długo zresztą czekała na taką możliwość, to była dla nich zupełnie nowa sytuacja, bo wcześniej tego nie robili, a Yaxleyówna uwielbiała być wrzucana w takie zdarzenia.

Mogła popisać się swoimi umiejętnościami, albo ich brakiem, w końcu to też było możliwe. Tak naprawdę w podobnych sparingach chodziło przede wszystkim o spryt, nie liczyło się, jak pięknie ktoś rzucił zaklęcie, tylko czym zaskoczył swojego przeciwnika, a ona miała naprawdę wiele pomysłów na to, jak może z nim wygrać.

Pomysł, że pomieszają różne dziedziny wydał jej się być naprawdę doskonały, zwiększał możliwości, powodował, że to, zamierzali robić nie będzie nudne. Na dłuższą metę rzucanie w siebie zaklęciami i odbijanie ich tarczą nie wnosiło niczego ciekawego do jej umiejętności, czy machania floretem raz w jedną raz w drugą stronę. Wykorzystanie tego wszystkiego razem - cóż, to zapowiadało się naprawdę nieźle. Zwłaszcza, że Ambroise również był całkiem nieźle sprawny fizycznie, może nie, aż tak jak ona (co już mu udowodniła), ale nie zamierzała go lekceważyć.

- Czy Ty masz przygotowaną nazwę łacińską na każdą sytuację? - Nie ochujała, a chyba jej to sugerował, chociaż znając Ambroisa po prostu wybrał sobie roślinkę, która pasowała mu do aktualnego momentu. Nie miała pojęcia, co za krzaki wyczarowała, ale ostatnio zdarzało jej się to robić często, w ten sposób też kamuflowała się z Atreusem, kiedy śledziła pewnego jegomościa. Chyba naprawdę dochodziła do poziomu wybitnego jeśli chodzi o kształtowanie roślin.

- Może i nie mamy sąsiadów, ale strzeżonego Morgana strzeże. - Jasne, wiedziała, że nie mają sąsiadów, a co jeśli jakiś zagubiony mugol dotarłby na ten ich koniec świata? (To nic, że coś takiego się jak do tej pory nie zdarzyło). Wolała dmuchać na zimne, czy coś. Najwyraźniej Roise nie docenił jej rozsądku, a szkoda.

- Nie wiem od czego chcę zacząć, ale wiem, jak chcę skończyć. - Mrugnęła do niego uśmiechając się przy tym od ucha do ucha. To jednak nie było ważne w tej chwili, tak powinna się skupić na tym, co zamierzali teraz robić. - Mieszana? Nie może być zbyt prosto i nudno. - Na pewno zdawał sobie sprawę, że ona nie znosiła przewidywalności, więc wybrała opcję, która wydawała się jej być najbardziej interesującą.

- Jasne, i proszę Cię nie hamuj się, dobra? - Wolała to podkreślić, bo naprawdę zależało jej na tym, aby ten sparing przyniósł jak najlepsze efekty, a jeśli on zacznie się miarkować to chuja się nauczy, a nie o to jej chodziło.

Skoro ustalili już wszystkie zasady, a właściwie to, że nie ma żadnych zasad, to nie zamierzała zwlekać, szkoda dnia, na spoglądanie na siebie i rzucanie tych wszystkich spojrzeń.

Machnęła w powietrzu bardzo szybko różdżką, tym razem jednak nie wypowiedziała zaklęcia na głos, a zastosowała metodę, z której Roise korzystał podczas wyczarowywania patronusów. Nie celowała jednak w niego, a w ziemię, która znajdowała się pod nogami mężczyzny, chcąc ją przetransmutować w bagno, takie, w którym by się zakopał i nie mógł się z niego ruszyć.


rzucam na transmutację mam Z

Rzut Z 1d100 - 38
Slaby sukces...

Rzut Z 1d100 - 8
Akcja nieudana
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#4
24.01.2025, 15:52  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.01.2025, 16:28 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Jego uśmiech momentalnie stał się znacznie szerszy, gdy Ambroise wzruszył ramionami. Znała go. Oczywiście, że wiedziała jak to wygląda. Miał ku temu tendencję, która nie zniknęła w przeciągu ostatniego półtora roku. W dalszym ciągu przychodziło mu to niezmiernie naturalnie i odruchowo.
- Bardzo możliwe - odparł całkiem bezbłędnie, jednocześnie kręcąc głową i uderzając językiem o podniebienie. - Poza tym nie chodziło mi o samo tworzenie żywopłotu. Tylko o dobór roślin. Wiesz, co mówią - gdy sąsiedzi to chuje, wtedy sadzi się tuje, tylko dlatego to tak skwitował.
W innym wypadku zdecydowanie zgadzał się ze stworzeniem wokół nich nieprzeziernej osłony przed niepożądanymi oczami. Szczególnie, że jak szybko ustalili - zamierzali używać nie tylko czystej fizycznej siły, lecz także magii. To zaś wymagało szczególnej ostrożności, szczególnie przy mugolskich siedliskach. Nawet takich oddalonych o wiele kilometrów.
- Skoro tak to ujmujesz - odmruknął, wciąż jeszcze stojąc na tyle blisko, by nie umieć darować sobie tego, co kolejny raz przyszło mu niemalże odruchowo.
Klepnął ją w pośladek. Tak po prostu. Zupełnie bez skrępowania, odwzajemniając uśmiech i znaczące spojrzenie, zanim powtórzył to, co zrobiła w lesie. Zanim zaczął odchodzić na dziesięć długich kroków, skłonił się przed nią. Może nie w pas, nie triumfalnie (jeszcze nie), ale zdecydowanie teatralnie. Ostatni raz poprawił związane włosy i uchwyt różdżki, kręcąc głową z cholernie pewnym siebie, odrobinę prowokacyjnym uśmieszkiem.
- Ależ nie zamierzam - mieli to ustalone.
Tym razem odpuścił. Nigdy nie pomyślałby, że to zrobi, ale odpuścił, choć przez długi czas za nic w świecie by go do tego nie namówiła.
Być może to było dosyć skrajne podejście. Możliwe, że nie brał pod uwagę pozytywnych aspektów płynących z możliwości zmierzenia się z Geraldine, ale był tego całkowicie świadomy. Robił to z pełną pewnością, że tak - nie wykorzystywali pełnego potencjału tego, co mogli zaoferować sobie nawzajem w zakresie nauki nowych technik starć siłowych czy magicznych. Ale nie bez powodu.
Była silna, była sprytna i wytrzymała. Nigdy w to nie wątpił. W żadnym momencie ich wspólnej historii nie bagatelizował umiejętności czy naturalnych talentów (wtedy jeszcze jego) dziewczyny. Tyle tylko, że niekoniecznie chciał je testować w praktyce. Miał do tego naprawdę jednorodne, bardzo określone i sztywne podejście.
Całkiem mocno kontrastujące z ich bardziej intymnymi wybrykami. Z pewną dawką szaleństwa w dawaniu ujścia pożądaniu. Z dzikością tego wszystkiego, co potrafili robić, wpadając do domu czy mieszkania, czasami nawet tam nie docierając tak jak wtedy podczas pierwszego z pamiętnych polowań. Z gwałtownością sypialnianych uniesień, jego podrapanymi plecami, śladami na jej udach czy dekolcie.
Mimo to nie miał oporów przeciw ciskaniu zaklęciami w Geraldine - o nie. On po prostu założył, że tego nie zrobi, więc tym samym nie mógł mieć oporów wobec czegoś, czego próby nawet nie podjął, prawda? Bo uparł się, że tego nie zrobi. Koniec. Kropka. Mogli ganiać się po domu, mogli zapominać się cieleśnie, ale sparingi były dla niego zupełnie wykluczone.
To nigdy nie miało związku z tym, że uważał Yaxleyównę za słabą. W żadnym wypadku. Zamiast tego miało zdecydowany związek z nim samym i z jego podejściem do podobnych tematów. Tych, które bądź co bądź podejmował, tyle tylko, że nie z Riną.
Z tym, że nie pozwalał sobie na to, żeby tak łatwo odpuścić, że częściej niż rzadziej dawał z siebie dosłownie wszystko, że czasami potrafiło go ponieść. A przy doświadczeniach nabytych w półświatku oznaczało to tyle, co znaczne prawdopodobieństwo wyrządzenia przypadkowej krzywdy.
Nie raz i nie dwa zdarzyło mu się cisnąć w partnera odrobinę zbyt precyzyjnym zaklęciem. I choć był uzdrowicielem, mogąc niemal natychmiast zareagować na konieczność udzielenia pierwszej pomocy, raczej nie chciał testować swojej medycznej wiedzy na najbliższej mu osobie. Odpuszczać i dawać jej fory, obchodząc się z nią niczym z kryształowym kieliszkiem też nie.
Miała gwarancję, że w tym wypadku nie zamierzał tego robić. Cały czas wpatrując się w ruchy Geraldine, ostatni raz kiwnął głową, po czym...
...skoczył. Bez wahania, nie zastanawiając się ani przez ułamek sekundy. W momencie, w którym dziewczyna machnęła różdżką, jeszcze zanim grunt dobrze zdążył zacząć transformować się w bagno pod jego stopami, Greengrass z cichym odgłosem towarzyszącym teleportacji rozpłynął się w powietrzu. Tylko po to, aby aportować się cztery metry za plecami Yaxleyówny, bez wahania machając różdżką i również nie korzystając z werbalnego wypowiadania zaklęć.
Chciał utrzymać moment zaskoczenia. Element zagubienia, niepewności, co do tego, gdzie się przeniósł i co zamierzał zrobić.
Długie, mocno czepiające się nogawek i butów pędy jeżyn wystrzeliły z ziemi, ciasno oplatając kostki Riny i pnąc się w taki sposób, żeby zatrzymać się w połowie jej łydek.
Unieruchomiona.


Translokacja (I) - skok teleportacją za Geraldine, ucieczka przed bagnem
Rzut O 1d100 - 70
Sukces!


Kształtowanie (II) - pnącza jeżyn wokół jej kostek
Rzut N 1d100 - 99
Sukces!


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#5
24.01.2025, 23:28  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.01.2025, 23:29 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

- Tego nie znałam, jak widać człowiek uczy się całe życie. - Wyczarowała pierwszą, lepszą losową roślinę, jak widać idealnie udało jej się trafić, chociaż w sumie chyba nie do końca mogła stwierdzić, czy to była tuja, czy inna sekwojka. To nie było jednak teraz szczególnie istotne, grunt, że zadziałało i spełniało swoją rolę, nic innego jej nie obchodziło. Dobrze było wiedzieć, że niektóre rzeczy się nie zmieniały i gdzieś tam nadal był ten Roise, którego tak dobrze znała.

Było wyjątkowo miło, nie opuszczał jej nadal ten nawet za bardzo dobry humor i beztroska, nie zamierzała jednak usilnie szukać czegoś, co by ją zirytowało, a raczej po prostu pozwolić na to, aby ten moment trwał. Dawno nie miała takiego przyjemnego dnia, no przynajmniej jego części, starała się więc zrobić wszystko, aby on nadal trwał. Tak, to była całkiem dobra perspektywa na dalsze godziny.

Nie zdążyła zareagować, jego dłoń zupełnie niespodziewanie znalazła się na jej pośladku, powinna się tego spodziewać, chociaż może nie? Ostatnio nie pozwalali sobie na zbyt wiele, jak widać powinna mieć świadomość, że nadal mogło się między nimi zdarzyć dosłownie wszystko. Przewróciła jedynie oczami, kiedy to zrobił, czego zresztą mógł nie widzieć bo oddalił się chwilę później w innym kierunku. Zbliżali się do momentu, w którym mieli rozpocząć pojedynek. Nie do końca miała pomysł na to drobne starcie, ale pewnie wszystko wyjdzie w praniu, miała nadzieję, że współpraca przebiegnie całkiem owocnie i obie strony będą z niej zadowolone.

W końcu o to chodziło w takich przyjacielskich sparingach, czyż nie? Dobrze było uczyć się tego, w jaki sposób myślą inne osoby. Jasne, na wielu płaszczyznach byli do siebie podobni, jednak ich umiejętności znaczenie się od siebie różniły, co mogło znaczyć to, że Ambroise będzie sięgał po zupełnie inne metody walki, co mogło spowodować, że stanie się ona nieco bardziej nieprzewidywalna. Zazwyczaj mierzyła się z osobami o podobnym zakresie zdolności - nie, żeby tego chciała, po prostu jej przyjaciele z którymi była skłonna to robić interesowali się podobnymi dziedzinami magii.

- Bardzo dobrze, że nie zamierzasz. - Miała nadzieję, że faktycznie pokaże na co go stać. Liczyła na to. Nie było sensu się hamować, szczególnie, że nie sądziła, że łatwo będzie mu ją zranić, a nawet jeśli? To przecież nic takiego, i podczas przyjacielskich sparingów można było się nabawić dosyć nieprzyjemnych kontuzji, ale wiedzieli na co się piszą.

Nie bała się tego, że Ambroise może przekroczyć granicę, przy niej w końcu potrafił nad sobą panować, a może w końcu będzie miała okazję zobaczyć jego prawdziwą twarz? Co by się nie działo, to tak, czy siak się czegoś o nim tutaj nauczy, także to zawsze był jakiś sukces.

Nie wahała się zbyt długo, skoro mieli zacząć to starcie to postanowiła je zacząć. Zaklęcie, które rzuciła nie do końca spełniło jej oczekiwania, jasne zrobiło się tam bagno, może nie jakieś wielkie i spektakularne, ale Roise postanowił się teleportować, kiedy tylko dostrzegł, że wykonała ręką ruch. Niedobrze, zapewne pojawi się zaraz gdzieś z dupy.

Jak założyła - tak się stało. Trudno, nie spodziewała się jednak, że znajdzie się za nią. Warknęła cicho pod nosem, nie do końca z tego zadowolona. Nim zdążyła się odwrócić poczuła pędy jeżyn, które zaczęły oplatać jej stopy, na szczęście i tego dnia nie zrezygnowała ze swoich cudownych butów ze smoczej skóry - dzięki czemu kolce roślin nie zaczęły jej się wbijać w kostki. To potrafiło być całkiem nieprzyjemnym uczuciem

Próbowała utrzymać się w miejscu. Jednak zareagowała odruchowo, jak miała w zwyczaju. Nie zamierzała zaczynać od uwolnienia się, wręcz przeciwnie machnęła różdżką za siebie i chciała wyczarować siłę, która miała go od niej odepchnąć. Dopiero później zajęła się rozproszeniem zaklęcia, które rzucił na jej stopy.

Wolałaby uniknąć sytuacji, w której będzie miał szansę zbliżyć się do niej i jeszcze bardziej ją unieruchomić.


Rzut Z 1d100 - 85
Sukces!
kształtowanie (3) siły, która odepchnie Roisa do tyłu
Rzut Z 1d100 - 56
Sukces!
rozproszenie (3) zaklęcia, które rzucił, aby pozbyć się pędów jeżyn
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#6
24.01.2025, 23:54  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.01.2025, 00:34 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Kwestionowałby słowa Yaxleyówny. Nie te o nauce, na które odpowiedział naturalnym wzruszeniem ramionami i kiwnięciem głową. Te drugie o tym, że to było dobre, że nie zamierzał się powstrzymywać. Bowiem, gdy chodziło o tę pierwszą kwestię, sam też w istocie uważał, że nie należy osiadać na laurach. Nie można było być nazbyt wyedukowanym, na tej samej zasadzie, wedle której nie można było być zbyt dobrze ubranym.
Regularnie hołdował obu tym stwierdzeniom, więc gdy wreszcie zdecydowali się stanąć do starcia, Ambroise ani myślał dawać jej fory. Przedtem, rzecz jasna, pozbywając się większości wierzchnich okryć, żeby nie ugotować się pod wpływem ruchu i prażącego słońca. Mieli samo południe, nie mogło być cieplej.
Mimo to wiedział, że wygląda dobrze. Nawet w samym dosyć opiętym szarozielonym t-shirtcie i z włosami niedbale związanymi w koczek z tyłu głowy, posłał Geraldine szeroki, zawadiacki uśmiech, gdy otwarcie klepnął ją w tyłek (łamiąc tym samym kolejną regułę: ten nowy dystans między nimi).
Zaraz odsuwając się od dziewczyny tylko po to, aby zająć się pojedynkiem. Nie czekał zbyt długo. Nie wahał się przed reakcją. Zdecydowanie nie zamierzał być miękki w tym, co robił. Jeżyny były na to wręcz doskonałym dowodem.
Nawet jeśli zdawał sobie sprawę z butów założonych przez Rinę i jej długich nogawek, czy w innym wypadku zawahałby się przed wykorzystaniem tego samego ruchu? Niekoniecznie. Po prostu to zrobił. Tak samo jak odruchowo zareagował na jej machnięcie różdżką. Dobra była. Cholernie dobra, ale przecież się tego spodziewał. Nie zamierzał pozostać bierny.
Spróbował złapać równowagę w miejscu, nie zamierzając pozwolić sobie na to, aby tak po prostu wpaść na głaz za nim. Ten sam, na którym wcześniej zawiesił płaszcz i rzucił koszulę, więc o ile z pewnością nie obiłby sobie ciała o ostrą, chropowatą powierzchnię, o tyle zetknięcie z twardym kamieniem z pewnością nie miało być miłe. Szczególnie, że już wczoraj nieco obił sobie kość ogonową.
Reakcja była niemalże instynktowna. Zwłaszcza, że Geraldine w dalszym ciągu była splątana jeżynami, więc nie mogła tak po prostu się ku niemu obrócić i zacząć ciskać w niego zaklęciami. Nawet ona nie była tak giętka i zwinna, aby zacząć wyginać się w tył niczym kobra. Musiała rzucać czarami niemalże na ślepo.
Albo pozbyć się pędów, co też z pewnością zamierzała zrobić. Tyle tylko, że wpierw postanowiła zaatakować go polem siłowym mającym zwalić go z nóg. Być może nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że miał za sobą coś, na co mógł zarówno wpaść zupełnie bez kontroli jak i wykorzystać to na swoją korzyść.
Instynktownie machnął różdżką, próbując wykształtować za sobą coś na kształt podpory z mchu i pobliskich brzozowych gałęzi, od której mógłby odepchnąć się i ponownie skoczyć przy pomocy teleportacji. Lubił tę technikę. Choć nie był w żadnym stopniu mocny z zakresu translokacji, w ostatnim czasie podejmował coraz więcej prób zmiany tego niedociągnięcia. Odruchowo chciał stać się niemalże niedosięgalny przez jej potencjalne rzucane na oślep czary. Przynajmniej jeszcze na kilka chwil, rysując w swojej głowie plan kolejnych posunięć.
Jeżeli nie powiodło mu się wykształtowanie bardziej miękkiej i bliższej ściany między nim a głazem, w dalszym ciągu mocno odepchnął się rękami od powierzchni, prawdopodobnie brudząc albo nawet rwąc zawieszony tam ciemnozielony prochowiec i wciąż usiłując skoczyć obok Riny. Jeszcze nie atakował po raz kolejny, wpierw usiłował ją rozproszyć, zbić z tropu, dopiero wtedy osaczając dziewczynę.

Ksztaltowanie (II) - podpora z mchu i gałęzi
Rzut N 1d100 - 35
Akcja nieudana


Translokacja (I) - kolejny skok - tym razem w prawo w równej linii z Geraldine; w zależności od wyniku kształtowania: albo po podparciu się na roślinach, albo już w momencie odbicia się rękami od głazu za nim i stanięcia na nogach
Rzut O 1d100 - 34
Akcja nieudana


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#7
25.01.2025, 00:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.01.2025, 00:32 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Dobrze, że nie wspomniał o tym na głos, bo Yaxleyówna zapewne podważyłaby jego słowa na temat tego bycia zbyt dobrze ubranym, ona nigdy jakoś szczególnie nie przywiązywała wagi do swojej aparycji, nie to, że nosiła się jak fleja, ale od lat stawiała pod tym względem na to, aby jej ubiór był po prostu praktyczny. Luźne koszule, które nie ograniczały jej ruchów, czy skórzane spodnie, które stanowiły niemalże jej drugą skórę. Nie zastanawiała się nigdy jakoś specjalnie na tym, czy jakoś godnie wygląda, to nie było istotne, to miało po prostu działać i ułatwiać jej to czym zajmowała się na co dzień.

To było całkiem zabawne, bo ktoś, kto by na nią spojrzał, nie miałby pojęcia o tym, jak bardzo jest bogata, świadczyły o tym wyłącznie materiały z których wykonane były jej ubrania, tutaj nigdy się nie ograniczała, korzystała z tych najlepszej jakości, mało kto mógłby się zresztą pochwalić ciuchami ze skóry takich stworzeń, jakie ona nosiła, a co najważniejsze większość sama upolowała. Miała to szczęście, że przez lata udało jej się nawiązać kontakt z różnymi wytwórcami, którzy naprawdę potrafili wykorzystać wszelkie części zwierząt, które im dostarczała. Wyjątkowa garderoba była sporym plusem, który łączył się z pracą jako łowczyni.

Yaxleyówna działała raczej mechanicznie - nie zastanawiała się szczególnie długo nad swoimi poczynaniami. Nie spodziewała się, że bagno nie będzie miało sensu, ale się nie poddawała, tyle, że właśnie została nieco spowolniona przez te pędy jeżyn które zaczęły plątać się przy jej stopach - na szczęście udało jej się to nieco zastopować, więc jakimś cudem mogła się z nich wyplątać, to było ważne, podczas starcia wolała mieć pełną możliwość panowania nad swoimi ruchami. Zresztą jej atak w stronę Ambroisa też nie był szczególnie przemyślany, po prostu chciała go od siebie odsunąć na moment, aby nie mógł jej przypadkiem w tej chwili dowalić.

Nie stresowała się walką zupełnie, pewnie dzięki temu całkiem dobrze czuła się machając różdżką i rzucając w nim zaklęciami, nie sprawdzała, czy przynosiły oczekiwane efekty, nie miała czasu na to, aby analizować wszystko co robiła, po prostu szła dalej. Krok za krokiem, nawet jeśli jej się nie udawało.

Wyswobodziła swoje nogi z pędów jeżyn i wtedy się odwróciła - musiała w niego trafić zaklęciem, bo znajdował się przy kamieniu i nie zdążył zrobić chyba nic? Kiedy ona wyswobadzała się ze swoich jeżyn. Dobrze, wspaniale, oby tak dalej.

Nie zamierzała dawać mu więcej czasu, machnęła różdżką dość szybko i mruknęła pod nosem zaklęcie. Dziwnym trafem dużo większą przyjemność sprawiało jej wypowiadanie inkantacji w głos niżeli robienie tego w swojej głowie. Chciała opleść Ambroisa liną, tak aby nie mógł się ruszyć, a później, później panna Yaxley postanowiła przy pomocy kształtowania po raz kolejny stworzyć dziurę w ziemi do której wpadnie.


Kształtowanie
Rzut Z 1d100 - 33
Akcja nieudana
- Z (3 kropki) na linę która oplecie ciało Roisa i go skrępuje

Kształtowanie
Rzut Z 1d100 - 97
Sukces!
- Z (3 kropki) drugi rzut na stworzenie dziury w ziemi, nawet jeśli pierwszy nie wyjdzie to próbuje, najwyżej wpadnie tam bez liny wokół swojego ciała
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#8
25.01.2025, 00:46  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.01.2025, 00:46 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Skurwysyn.
Sam nie wiedział, co dokładnie chciał określić tym słowem, gdy pomyślał o nim w pierwszej chwili. Wielki głaz za jego plecami, który okazał się twardszy i bardziej nierówny niż Ambroise zakładał? Jego ostre krawędzie schowane pod zawieszonym tam prochowcem i fakturze koszuli układającej się tak, że mało co było pod nią widać zdecydowanie zaskoczyły Greengrassa.
Mężczyzna bujnął się w tył pod naporem uderzenia niewidzialnej fali przypominającej mocny podmuch wiatru, po czym instynktownie machnął różdżką, starając się zapewnić tym sobie mniej twarde uderzenie. Najwidoczniej nie miał  jednak na tyle szczęścia, aby być w stanie zrobić to niemalże w locie.
Zabrakło mu paru sekund? Może tej naturalnej finezji, jaką miałby ktoś inny? Ktoś zdecydowanie bardziej wprawiony w sztuce kształtowania? Przeznaczający na to znacznie więcej czasu i faktycznie przykładający uwagę do tej dziedziny zaklęć?
Chuj wie. Nawet nie próbował się nad tym zastanawiać, bowiem jego wyciągnięte w tył ramiona nie tylko przyjęły na siebie cały impakt uderzenia, lecz także sprawiło ono, że płaszcz pod dłońmi Roisa zsunął się gwałtownie w dół. Greengrass przejechał dłońmi po ostrej krawędzi kamienia, czując jak materiał rwie mu się pod rękami.
Zemlął sążną kurwę w ustach, bo naprawdę lubił ten płaszcz, jednak zdecydowanie nie miał czasu, by ubolewać nad tą stratą. Miał tu dużo więcej do stracenia. Rzeczy takie jak godność i honor, bo kolejna przegrana, zwłaszcza na samym początku starcia nie wchodziła w grę. Byłaby wręcz żenująca.
Wystarczy, że nie udało mu się ponownie teleportować z innej strony dziewczyny. Liczył na to, że tego nie dostrzegła, zbyt zajęta jeżynami oplatającymi jej kostki i łydki. Nad tym niepowodzeniem też zresztą nie zamierzał płakać. Był stanowczo zbyt skupiony na potencjalnej konieczności odbicia jakiegokolwiek ataku, jaki szykowała dla niego jego przeciwniczka.
A była naprawdę kreatywną łajzą. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę, nawet jeśli nigdy wcześniej nie zdarzyło im się stawać do sparingu. Pamiętał zresztą tamten moment z magazynu nad Tamizą w sześćdziesiątym dziewiątym? Tak, tak - to chyba był sześćdziesiąty dziewiąty (cóż za uroczy rok) dokładniej rzecz biorąc: noc po jego urodzinach.
Widział ją wtedy w akcji przeciwko dwójce innych ludzi, więc starał się sobie przypomnieć techniki, z których wtedy korzystała. Jak do tej pory jeszcze nie usiłowała tańczyć wokół niego, próbując sprawić, że popłaczą mu się nogi i pogubią ruchy, ale to była chyba tylko kwestia czasu. Tak przynajmniej podejrzewał.
Splątał ją jeżynami, lecz to nie miało wystarczyć na zbyt długo. On zaś zdecydowanie nie był mistrzem defensywy. Zawsze odruchowo sięgał po ofensywne zagrania, bo w defensywie szybko dawał się wciągnąć w pułapkę wiecznego odbijania zaklęć i ciosów.
Ani tym bardziej w pułapkę tworzoną przez liny, które wystrzeliły w jego kierunku, chybiając jednak zanim musiałby cokolwiek z tym zrobić. Mimo to już wiedział - nie mógł zostać w tym miejscu. Geraldine obróciła się ku niemu i atakowała, nie zamierzała czekać na jego reakcje czy przemyślenia zaś on nie planował czekać na dalszy atak.
Spodziewając się, że coś się święci, odskoczył w bok, mając nadzieję zrobić to na tyle szybko, aby uniknąć tego, co dla niego planowała. Jeśli mu się to powiodło, próbował wykorzystać na niej ten sam zabieg, co ona w przypadku odrzucenia go na kamień. Tyle tylko, że wpychając ją podmuchem do dziury. Jeśli mu się nie powiodło, machnął różdżką na oślep, byleby tylko spróbować zwalić ją z nóg.

AF (III) - zmiana miejsca, gwałtownie odskakuję zanim tworzy się pode mną dziura w ziemi
Rzut Z 1d100 - 90
Sukces!


Kształtowanie (II) - siły, która pchnie Geraldine w zależności od wyniku AF (z uwagi na to, gdzie wtedy znajduje się Ambroise):
• udane - do dziury, czyli od pleców w przód
• nieudane - przypadkowo podczas prób złapania równowagi.

Rzut N 1d100 - 28
Akcja nieudana


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#9
25.01.2025, 01:13  ✶  

Geraldine była skupiona, na jej twarzy nie było już widać tego beztroskiego uśmiechu, który towarzyszył jej jeszcze przed chwilą. Widać dość mocno przejmowała się takimi springami, cóż, nie da się ukryć, że była przyzwyczajona do tego, że musiała udowadniać własną wartość, więc nie było to dla niej nic nowego.

Udało jej się wyplątać z tych nieszczęsnych jeżyn, więc w końcu mogła się ruszać, co powodowało, że ponownie miała wiele możliwości na kolejne ataki, które mogłaby mu zaserwować.

Była nieco rozczarowana, że nie udało jej się go spętać linami - w końcu obiecała mu, że to zrobi, wtedy faktycznie mogłaby pójść po kuszę i pozwolić sobie na strzelanie w jabłko na jego głowie. Mniejsza o to, że nadal żadnego nie mieli. Na pewno udałoby jej się jakieś wyczarować na tę krótką chwilę. Westchnęła jedynie niezadowolona.

Może i wyczarowała wspaniały dół, do którego zamierzała go wrzucić, ale co z tego jeśli wcześniej udało mu się odskoczyć, to nie miało żadnego sensu.

Musiała myśleć dalej o tym w jaki sposób udałoby się jej go zaskoczyć, właściwie to nie myślała, dawała się ponieść, najwyżej będzie rozczarowany jej zagrywkami.

Jako, że widziała, że skakał nie zamierzała zwlekać, musiała działać, bo szkoda było czasu na zupełnie niepotrzebne zastanawianie się nad tym co miała zrobić.

Skoro odskakiwał - musiała zrobić wszystko, co tylko mogła, aby lądowanie  nie było szczególnie wygodne. Po raz kolejny sięgnęła po transmutację, tyle, że tym razem zamiast bagien pod nogami Ambroisa próbowała transmutować podłoże w grzęzawisko, w którym zacznie się zakopywać, to wydawało jej się być najgorszą opcją z możliwych, jak tam utknie, to nie będzie miał szansy wyjść z niego ponownie.

Później? Cóż miała pomysł, może niezbyt bystry, ale zaistniał w jej głowie. Chciała zamknąć go w klatce, machnęła więc różdżką, po to aby wyczarować wokół niego metalową klatkę, której nie będzie mógł przekroczyć. Wiele razy myślała o tym, że najchętniej by go w czymś takim zamknęła po to, żeby mogła ciągle się mu przygląda i mieć pewność, że nie robi niczego zdrożnego z kimś innym, o co wcale nie powinna być zazdrosna, bo przecież nie dawał jej ku temu powodów, przynajmniej kiedy byli razem. Więc w sumie to było poniekąd spełnienie jej zachcianek, tych nie do końca przemyślanych.

Nie miała zamiaru się jednak przejmować się tym, co sobie o niej pomyśli, to był tylko sparing, mogła robić to, na co miała ochotę licząc na to, że uda jej się zrealizować chociaż niektóre z jej pragnień.

Nawet jeśli jej się nie udało stworzyć grzęzawiska - nie zwlekała, od razu czarowała klatkę, to ona była jej priorytetem.



Rzut Z 1d100 - 100
Krytyczny sukces!
transmutacja (3) - tym razem próbuję stworzyć pod Ambrożym grzęzawisko

Rzut Z 1d100 - 67
Sukces!
kształtowanie (3) - klatka, czy ruch wyżej się uda, czy nie, to leci dalej
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#10
25.01.2025, 01:27  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.01.2025, 01:33 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada niestety nie miało przełożenia na rzeczywistość.
Otóż nie tym razem, choć naprawdę starał się pokazać dziewczynie trafność tego jakże uroczego powiedzonka. Niemalże tak pasującego do ich obecnej sytuacji, że gdyby tylko Ambroise chociaż trochę bardziej zastanawiał się nad swoimi posunięciami, byłby naprawdę zawiedziony niepowodzeniem. Cóż za nieoceniona strata potencjału sytuacyjnego.
Choć jednak nie działał całkowicie bezmyślnie, próbując na bieżąco tworzyć jakiś plan obieranej techniki walki (albo raczej: techniki zwycięstwa) w istocie nie miał zbyt wiele czasu na rozważanie tak błahych spraw jak nieziszczony komizm. Nie przeznaczał ani jednej zbędnej sekundy na roztrząsanie nieudanych zaklęć, odruchowo wchodząc dokładnie w ten tryb, którego oczekiwała od niego dziewczyna.
Nie cackał się z nią. Nie zamierzał mieć jakichkolwiek oporów przed tym, aby osaczyć Geraldine w jak najbardziej wyrachowany sposób. Zapędzić ją w kozi róg w pierwszej chwili, w której zobaczyłby ku temu nawet odrobinę adekwatną sytuację.
Oportunista, tak? Sam jej o tym wielokrotnie mówił. Znajdował okazję, zazwyczaj bardzo przelotnie i nieco po macoszemu traktując kwestię skorzystania z niej. Zwłaszcza teraz przez ostatnie półtora roku, gdy tak naprawdę częściej niż rzadziej przestawał się przy tym pilnować, bo w gruncie rzeczy nie musiał.
Nic nie musiał. Nic ani nikt nie czekał na niego w domu, zwłaszcza tym w Londynie, gdzie przez ostatnie tygodnie (po tym, co zaczęło dziać się z mruczkami z Doliny) co prawda urzędował jego nowoadoptowany kot, ale ten zdecydowanie miał dać sobie radę. Kiciuch wzbudzał na tyle pozytywne odczucia, że zaskarbił sobie opiekę sąsiadki, do której przełaził przez balkon po dachu. Ambroise nie mógł nic z tym zrobić, nie zamierzając zamykać zwierzęcia w dusznawym mieszkaniu i nie otwierać drzwi czy okien, szczególnie latem. Zamiast tego zrobił kotu niewielkie ukryte drzwiczki w drzwiach prowadzących na balkon i uznał to za zamkniętą sprawę.
Tak. Kot miał sobie poradzić a on? On też w ostatnim czasie zdawałoby się, że spadał na cztery łapy. I to całe szczęście nie do dołów wytworzonych w ziemi pod nim. Tej, w której chyba lubowała się jego luba, bowiem był to już drugi raz, kiedy chciała go w nią posłać.
Odskakując zdążył jeszcze rzucić jej jednoznacznie pełne dezaprobaty spojrzenie.
- Serio? - Parsknął z wręcz jawnie pozbawioną powagi pretensją, co prawda nie wiedząc, czy wyłapała ironię własnych posunięć, ale nie mógł się przed tym powstrzymać.
Wrócili do punktu wyjścia. Żadne z nich nie pchało się do piachu. To było pocieszające, nie? Trochę na pewno.
Przynajmniej do momentu, w którym Geraldine ponownie zaatakowała. Kolejny raz tym jebanym piachem, w którym zdecydowanie usiłowała go uwięzić a z którego to starał się przeskoczyć, teleportując się za nią. Zarówno z trzęsawiska, jak i z tej przeklętej klatki, którą zaczęła wokół niego kształtować.
No kurwa mać (zdecydowanie miał prawo tak mówić) - całkiem bezskutecznie, bo gdy tylko spróbował wykonać ruch, jego nogi momentalnie zapadły się w piachu. Zemlął przekleństwo w ustach, już się nie uśmiechał, zaciskając zęby i mrużąc oczy. Spróbował machnąć różdżką, aby chociaż przywiać Rinę do siebie...
...bezskutecznie. Łajza twardo stała na nogach.
Był w potrzasku, przynajmniej na chwilę, bo zdecydowanie nie zamierzał uznawać tej walki. Ani bardziej się ruszać, by nie zapaść się zbyt głęboko w piachu. Myślał. Pojedynek trwał. Przynajmniej dla niego, bo przecież wychodził z gorszych sytuacji.

Translokacja (I) - teleportacja za plecy Geraldine poza granice trzęsawiska i klatki.
Rzut O 1d100 - 27
Akcja nieudana


Kształtowanie (II) - niezależnie od wyniku, siła pchająca dziewczynę do przodu w trzęsawisko albo blisko niego i w trzęsawisko, niech sobie posiedzą razem.
Rzut N 1d100 - 36
Akcja nieudana


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (4839), Geraldine Greengrass-Yaxley (4050)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa