• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine

[03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
27.01.2025, 03:17  ✶  
Prawdopodobnie w każdym innym momencie mógłby zdecydowanie zaprzeczyć założeniu, że gdyby zaoferowała mu taki a nie inny widok (a najlepiej po prostu mu go zaserwowała) nie uniósłby brwi, nie wbiłby w nią swojego spojrzenia i prędzej niż później by się nie uśmiechnął. Zazwyczaj udawało jej się wprowadzić go w naprawdę dobry nastrój przy wykorzystaniu zdecydowanie mniej komicznych, choć nie zawsze mniej barwnych metod. Nikt inny nigdy nie miał na niego aż takiego wpływu. Tyle tylko, że teraz to nie działało.
Sam nie wiedział dlaczego. Prawdę mówiąc - nawet nie próbował się nad tym zastanawiać, bo z dużym prawdopodobieństwem mógłby dojść do kolejnych średnio odpowiadających mu wniosków. Nie potrzebował jeszcze bardziej psuć sobie humoru. Wystarczyło, że to wszystko, co robiła dziewczyna cóż nie wystarczyło. Nie wywołało u niego refleksji dotyczącej tego, że prawdopodobnie powinien przestać się na nią boczyć.
Tym bardziej, że przecież technicznie nie boczył się na Rinę tylko do niej. Nie był na nią zły. Był wściekły na siebie i na okoliczności, które wpędziły go w ten jakże parszywy nastrój. A jednak w tym momencie nie naszła go chęć zmiany czegokolwiek w swoim zachowaniu czy wyjaśnienia dziewczynie, skąd się wzięło. Tego ostatniego zresztą niemal nigdy nie robił. Potrafili rozmawiać, ale gadka o uczuciach? Nigdy nie wchodziła w ten zakres.
Nie to było zresztą aż tak istotne. Przynajmniej zazwyczaj, bo choć zdecydowanie trudniej przychodziło mu wrócić do dobrego nastroju, przynajmniej wolniej niż to miała w zwyczaju Geraldine, to on także nie przeznaczał wielu godzin na dąsy. W większości przypadków ta godzina w zupełności by mu wystarczyła. Tyle tylko, że teraz wszystko było inne.
Nawet wtedy, gdy skończył większą część zadań w ogrodzie, decydując się zrobić sobie chwilę przerwy, nie wyglądał jak ktoś kto miał wyśmienity nastrój. Jego ruchy były powolne. Z wyłączeniem prysznica ze szlaufa, bo w tym wypadku zmoczył się raczej szybko. Tylko pod sam koniec, czując spojrzenie na plecach, całkiem celowo wydłużając kilka ostatnich ruchów. Wolniej i bardziej świadomie, choć woda była naprawdę pieruńsko zimna.
Może dzięki temu nie dostał kolejnego komentarza o przeziębieniu, gdy usiadł tuż obok Yaxleyówny (teraz już leżącej na boku) i zmierzył wzrokiem jej twarz. Nie od razu dostrzegając u niej ten nowy rumieniec. Raczej odnosząc się do tamtego z początku niezbyt udanej rozmowy, lecz i teraz ten widok wywołał u niego całkiem przyjemną reakcję.
Zwłaszcza zestawiony z kolejnymi słowami, które dotarły do uszu Ambroisa, wywołując u niego wzruszenie ramion. Wystawiając twarz ku słońcu, przesunął językiem po górnym rzędzie zębów, starając się stłumić uśmiech i zachować poważny wyraz twarzy. Cokolwiek teraz robiła, aktualnie całkiem jej to wychodziło.
- Być może. Możliwe. Może tak, może nie - odparł w tym samym tonie, również całkowicie świadomie manewrując między sięganiem po konkrety a możliwością rzucania domysłami, choć przecież oboje zdawali sobie sprawę z tego jak wyglądało to w rzeczywistości.
Lubił ją podpuszczać. Wręcz uwielbiał pozwalać sobie na te wszystkie drobne zagrywki. Na zaczepki i korzystanie z możliwości zbicia Geraldine z tropu. Nawet wtedy, gdy jeszcze nie byli razem, zdarzało mu się tak mocno zapędzić w próbach bycia przyjacielskim (i testowania granic ich przyjaźni, przede wszystkim testowania granic ich przyjaźni), że mógł dostrzec u niej całkiem uroczy rumieniec na policzkach i uciekające spojrzenie.
Co prawda wtedy jednocześnie miotał się na tyle, żeby samemu też nie reagować na to we właściwy sposób. W jednej chwili ją zaczepiał, posuwając się do czegoś na kształt flirtu. W kolejnej sam stawał dęba, wycofywał się, zaczynał wić się niczym węgorz i wyjaśniać wszystkie wypowiedziane słowa w taki sposób, aby (nie daj, Merlinie) nie uznała tego za próbę przekroczenia granic. Bo przecież nie chciał psuć ich relacji, prawda?
Tyle tylko, że to było wtedy a teraz... ...teraz było teraz. Teraz było inaczej. Zupełnie inaczej niż w tamtych wszystkich przypadkach. To nie były już dawne czasy, gdy orbitowali wokół siebie niczym dwójka niezbyt dojrzałych dzieciaków (mając już grubo po dwudziestce, szczególnie w przypadku Ambroisa). Ani moment, gdy zdecydowali, że było im lepiej tuż obok siebie w ten całkowicie nie platoniczny sposób.
Ich obecna relacja była bardziej pogmatwana niż Roise chciałby przyznać. Mogli upierać się przy tym, że mają jasność, co do przyszłości. Tak właściwie to on mógł przy tym uparcie trwać, twierdząc, że pod pojęciem jasnej przyszłości kryje się synonim dla braku wspólnej ścieżki. Gdyby tylko to było takie proste jak mogło brzmieć.
Jednakże wtedy nie siedzieliby na trawie w ogródku w Piaskownicy. W tym momencie decydował się patrzeć na Geraldine. Posłać jej nieco bardziej przychylne spojrzenie. Nieznacznie zmrużyć prawe oko, unieść ten sam kącik ust, moment później rozszerzając powieki. Poszerzając uśmiech. Nie tak mocno jak zazwyczaj, ale to zdecydowanie było kontrastem dla poprzednich minut, gdy burczał pod nosem, nie poświęcając jej ani jednego spojrzenia. Uparcie, bardzo uparcie, bo kątem oka i tak co jakiś czas patrzył na Yaxleyównę.
Teraz robił to już otwarcie, przez chwilę świdrując spojrzeniem rumieniec zdobiący jej policzki. Nie kłamał, gdy mówił, że mu się podobał. Mimo że wciskanie kitu było prostsze od przyznania się do prawdy, tym razem wybierał skomentowanie tego spąsowienia.
Uderzył językiem o podniebienie, kolejny raz odchylając głowę do tyłu, wystawiając twarz ku słońcu i przymykając oczy. Kilka zimnych kropli wody spłynęło mu z włosów po karku, wzbudzając u niego mimowolny dreszcz. Potem zaś ewidentnie niespodziewaną myśl, której pojawienie się zasygnalizował nieświadomy uśmieszek.
Wstrząsnął ramionami, trząchając przy tym głową i strzepując deszcz lodowatych kropelek w kierunku Geraldine. Raz i drugi, tym razem mocniejszy, zdecydowanie bardziej ukierunkowany. Miał poważny wyraz twarzy, kąciki ust opadły, gdy zaczął skupiać się na potrząsaniu włosami jak bardzo mokry pies o bardzo długiej sierści.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
27.01.2025, 09:44  ✶  

Nie było sensu skupiać się na jego parszywym humorze. Tak, próbowała to zrobić - to nie zadziałało, więc musiała porzucić temat. Nie chciała go tutaj zostawić, więc wybrała opcję towarzyszenia mężczyźnie w milczeniu, to w końcu też była jakaś opcja. Może nie taka, którą wybrałaby sama jako pierwszą, ale aktualnie nie widziała innej możliwości.

Trwanie w milczeniu nie było dla niej wcale takie trudne, nie musiała dużo mówić, jasne, gdy znajdowała się w dobrym nastroju to wolałaby to robić, bo słowa same pchały się jej na język, ale potrafiła też zamilknąć i zająć się sobą. Tak jak jej zasugerował. Zresztą, zdarzało jej się gadać głupoty przez sen, ale ta króta drzemka na świeżym powietrzu niczego takiego nie przyniosła, była pozbawiona snów, koszmarów i innych takich, co też było całkiem miłym zaskoczeniem. Pewnie było tak przez to, że bardziej niżeli spała to czuwała z zamkniętymi oczami, ale to też było całkiem przyjemnym uczuciem.

Czuła się bezpiecznie, Piaskownica od zawsze się z tym wiązała, tutaj naprawdę potrafiła odpocząć, bez niepotrzebnego rozmyślania nad tym, czy to było właściwe i czy nie powinna się choć odrobinę pilnować. W tym miejscu wszystko było inne, od samego początku. Nawet teraz, kiedy bardziej przypominała ruinę niż dom. Zresztą nie chodziło tylko o miejsce, ale przede wszystkim o towarzystwo. Z Roisem zawsze tak było, u jego boku znikały jej problemy z bezsennością, sypiała spokojnie wtulona w jego ciało. To mówiło samo za siebie, zważając na to, że przez te półtora roku nie udało jej się przespać praktycznie żadnej całej nocy, nie licząc tych nielicznych kiedy posiłkowała się eliksirami na sen, które przepisywała jej Florence.

Kiedy przestała mu się tak intensywnie przyglądać, gdy oblewał się wodą rzuciła wzrokiem na miejsce, w którym znajdował się jeszcze chwilę wcześniej. Chyba udało mu się pozbyć większości pędów jeżyn. Szybko, musiał być faktycznie mocno na tym skupiony, albo po prostu wkurwiony, skoro praca aż tak paliła mu się w rękach, w sumie dobrze było wykorzystać te nie do końca przyjemne uczucia w odpowiedni sposób. Wyładowanie się na ogródku było całkiem niezłą opcją. Miała świadomość, że to było praktycznie nic w zestawieniu tego, co powinni tutaj zrobić, ale jak na początek poszło mu całkiem nieźle. Oczywiście, nie zamierzała tego komentować, bo przecież nie powinna tego robić, nie znalazła się tutaj, aby oceniać jego pracę. Raczej miała chęć był miłą odskocznią i może nawet trochę przeszkadzajką. Zdecydowanie wolałaby, aby spędzili ten ciepły, słoneczny dzień w inny sposób, skoro już znajdowali się tutaj razem, co mogło się szybko nie powtórzyć w przyszłości. Dali sobie bowiem kilka dni i na tym miało się wszystko skończyć.

- Moja ulubiona odpowiedź. - Domyśl się, oczywiście, nie było to wcale nic zaskakującego. Uwielbiała te jego może tak, może nie, to zależy. Przywykła nawet do tego, że ciągle jej to robił.

Nie sięgał po konkrety, miała sobie sama znaleźć odpowiedź, która była chyba oczywista, chociaż nie do końca jasna, bo ani tego nie potwierdzał, ani nie zaprzeczał. Miał tendencje do doprowadzania do podobnych sytuacji, robił to od lat, chyba czerpał radość z tego, gdy była podstawiona pod ścianą i nie do końca mogła się wykręcić.

Właściwie to nawet dobrze, że robił to teraz. To raczej nigdy jej nie przeszkadzało, mimo, że było okraszone jej różowiejącymi policzkami. Nie był już skupiony na swoim gniewie, to by oznaczało, że powoli zaczyna wracać do zwyczajnegi stanu, jeszcze kilkanaście minut temu nie chciał jej podpuszczać, teraz to robił. Gniew i złość zaczęły mijać. Popołudnie najprawdopodobniej zostało właśnie uratowane.

Kiedy spoglądała na Roisa mrużyła oczy, bo słońce bardzo intensywnie świeciło jej w twarz, marszczyła przy tym nos i trochę się krzywiła, oczywiście nie przez to, że na niego spoglądała. Nie przestawała taskować go wzrokiem, bo siedział tak blisko, taki roznegliżowany a do tego, nie zdążył się wysuszyć, obserwowała krople wody, które spływały po jego klatce piersiowej i to był naprawdę przyjemny widok. Nie mogła się skupić na niczym innym w tej chwili, na szczęściej wcale nie musiała przerywać swoich obserwacji.

Nie dostrzegła więc uśmieszku, pojawiającego się na jego twarzy, a szkoda, bo wtedy domyśliłaby się, że zwiastuje to jakiś niegodziwy plan, który urodził się w głowie mężczyzny. Za bardzo skupiona jednak w tej chwili była na innej części jego ciała. Cóż, łatwo przyszło mu rozproszenie jej.

Pisnęła cicho, gdy poczuła te okropne, bardzo, ale to bardzo zimne krople wody, które zaczęły opadać na jej nagrzane ciało. To nie było przyjemne uczucie, bardziej jak drobne igiełki, które je atakowały, zwłaszcza, że wylegiwała się na słońcu, woda była lodowata, więc to było dość intensywne doznanie.

Odruchowo też znowu opadła na ziemię. - To cios poniżej pasa, Greengrass. - Z każdą, kolejną spadającą na jej ciało kropelką coraz bardziej przyzwyczajała się do temperatury wody, co nie zmieniało faktu, że to uczucie - przynajmniej na początku było bardzo nieprzyjemne. - Mółbyś coś zrobić z tymi włosami, bo zaczynasz przypominać Yeti. - Wyciągnęła dłoń przed siebie dłoń, aby dotknąć jego włosów. W sumie dawno nie były takie długie, znaczy dawno... tak naprawdę trudno to było określić, bo przez półtora roku nie było jej w jego życiu, ale nie przypominała sobie momentu, w którym byli razem, a on był zarośnięty, aż tak bardzo. Oczywiście, że nie wspomniała o tym, że powinien coś zrobić, czy musiał, bo miała świadomość, jakby zareagował na takie słowa, użyła więc opcji, w której miał wybór, przynajmniej teretyczny.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
27.01.2025, 13:17  ✶  
W Piaskownicy zawsze było inaczej. Nieważne, że mieli Horyzontalną, że gdy jeszcze byli razem, przez jakiś czas manewrowali między nią a niedużym mieszkaniem wynajmowanym przez niego na Pokątnej. Przynajmniej zanim ostatecznie nie przeniósł się całkowicie do niej, automatycznie porzucając jakiekolwiek złudzenia, że ich relacja nie była jeszcze na tym stopniu zażyłości.
Gdy w czerwcu sześćdziesiątego szóstego odwiedzali nawzajem swoich rodziców, gładko udając kulturalnych i grzecznych zakochanych młodych na początku miłosnej ścieżki, praktycznie już zdążył zmienić mieszkanie.
Zresztą szczerze wątpił w to, żeby którakolwiek z rodzin tak naprawdę uwierzyła w tę pozorną ogładę i zgodność z konwenansami. Tym bardziej, że w obu przypadkach udało im się znaleźć dla siebie chwilę czasu między oficjalnymi rozmowami i posiłkami. Tym bardziej, że nie przykładali wyjątkowo dużo uwagi do tego, by pojawić się później w zupełnie niezmienionym stanie. Tym bardziej, że jego własna niedoszła teściowa raptem tydzień później wysłała do niego oficjalną zawodową korespondencję, wymownie adresując kopertę na mieszkanie córki.
Szybko, naprawdę szybko podjęli decyzję o wszystkich tych pozytywach płynących z budzenia się i zasypiania obok siebie. Z trzymania rzeczy w jednym miejscu. Z wracania tam po pracy. Z tego wszystkiego, co jeśli w żadnym razie nie wypadało ludziom ich klasy o takim a nie innym statusie, zostało całkiem wygodnie wdrożone w życie. Nie spuszczali na to zbyt ciężkiej zasłony milczenia. Po prostu żyli swoim rytmem.
Byli szczęśliwi, gdy kupili ten domek. Mogąc uchylić okno w sypialni, leżąc nocą w swoich objęciach i wsłuchując się w odgłos fal uderzających o brzeg. W dźwięki wody rozbijającej się o klify. W szum wiatru. W spokojny i miarowy oddech tej drugiej osoby.
To zawsze wzbudzało w nim spokój. Przestawał mieć problemy z zasypianiem, nie męczyła go bezsenność nabyta w toku pracy zmianowej. Nie musiał przyjmować eliksirów na sen ani do późnej nocy wałęsać się po domu. Wystarczył jeden uścisk, bicie serca tuż przy uchu. Przy głowie, którą czasami opierał na klatce piersiowej jego dziewczyny.
W pewnym momencie mogąc dać się pochlastać za pewność, że tak miało być już zawsze. Mieli skończyć razem. Tak jak jej to przecież mówił, czyż nie? Przestać żyć na kocią łapę, nawet jeśli to było naprawdę wygodne. Sformalizować te wszystkie małe bzdury, na które nagle miał po prostu ochotę. Przynajmniej do czasu, gdy powróciła bezsenność.
Gdy koszmary wdarły się w jego świat. Gdy zaczął ukrywać swój powrót do przyjmowania eliksirów nasennych w wieczornej herbacie czy mleku z miodem i miętą, byleby tylko nie musieć odpowiadać na pytania. Zbyt dobrze wiedział, co wywołało u niego ten stan. Nie miał za to pojęcia jak mógłby sobie z tym poradzić.
Zupełnie tak jak teraz, gdy powrócili tutaj we dwoje, miotając się między przeszłością a teraźniejszością. W jednej chwili było dobrze. W kolejnej dom ponownie sypał im się na głowę. Roise potrzebował to sobie poukładać, tyle tylko, że jednocześnie nie sądził, by to było możliwe.
No cóż, przynajmniej na moment wyżył się w najlepszy znany sobie sposób, tracąc na tyle dużo sił fizycznych, by móc usiąść na trawie obok Geraldine, powoli odzyskując rozsądek. Choć czy aby na pewno?
Kiedy opadła plecami na trawę, cicho piszcząc, odruchowo zareagował pochyleniem się w jej kierunku. Na moment przestał trząchać głową. Zresztą wydawało mu się, że zaczęła mu już przesychać. Pozbył się większości lodowatych kropli moczących teraz wszystko dookoła nich, lecz zdecydowanie nie w zły sposób. Nie przeszkadzało mu to, że siedzieli na wilgotnych źdźbłach. Wręcz przeciwnie.
To był niegodziwy plan. Naprawdę niska zagrywka, szczególnie z zaskoczenia, ale czyż nie o to mu chodziło? Nachylił się nad leżącą dziewczyną, pozwalając Geraldine dotknąć jego włosów, jednak spojrzeniem naturalnie uciekając z tych błękitnych oczu na niemal całkowicie przezroczyste (choć momentami też skrzące się na niebieskawo) kropelki na jej dekolcie.
Jeśli ona wcześniej świdrowała go spojrzeniem, on teraz robił dokładnie to samo. Niespiesznie i całkowicie otwarcie, uśmiechając się pod nosem i kolejny raz przejeżdżając językiem po górnym rzędzie białych zębów. Teraz coraz bardziej suszonych na wietrze. Tak, jeśli jeszcze moment temu nie podejmował żadnych naturalnych decyzji, teraz powoli wracał do normy.
Na tyle, by bez zastanowienia odpłacić się za to wspomnienie o zarośnięciu. Za zostanie nazwanym śnieżnym potworem, co akurat kompletnie do niego nie pasowało. Wcale nie był w aż tak zaniedbanym stanie. Po prostu od długich miesięcy nie obcinał włosów, nie robiąc z nimi zupełnie nic w tym zakresie, bo... ...nie chciał? Nie wydawało mu się to konieczne czy istotne.
- A więc tak to ujmujesz? - W tych słowach tkwiła groźba - zdecydowana i niezaprzeczalna.
Gdy Geraldine tak to teraz określiła, nie mógł się jednak powstrzymać. Wisząc nad nią, przełożył jedną rękę tak, by postawić ją przy drugim boku dziewczyny. Oparł się centralnie nad nią, wymownie unosząc brwi. Tym razem zdecydowanie zajaśniały mu oczy. Później zaś zmrużyły się, gdy Ambroise całkowicie perfidnie pochylił głowę, smyrając Rinę włosami. Przez twarz po sam dekolt.
Jeśli tamto było ciosem poniżej pasa, ten tu teraz był skierowany powyżej. Temu nie dało się zaprzeczyć. Co prawda nie miał już zbyt wiele wody na głowie, ale mokre kosmyki w dalszym ciągu pozostawiały zimne od wilgoci i wiatru. Może również odrobinę słone, co najpewniej mogła poczuć, gdy smagnął nimi jej wargi. Te, które cholernie go teraz przyciągały, ale na ten moment jeszcze powstrzymywał chęć złożenia na nich pocałunku.
Był blisko. Naprawdę blisko. Zamykając Yaxleyównę od góry w potrzasku, zawisł nad nią na dłuższy moment, pozwalając jego włosom jak u Yeti stworzyć naturalną kurtynę pomiędzy nimi a światem zewnętrznym. Wbił wzrok w oczy Geraldine, po czym...
...zaburczał. Nie w ten gniewny i wkurwiony sposób, w który sarkał na nią jeszcze przed paroma minutami. Nie wściekle, nie w złości. Nie, nie, nie. On zaburczał, starając się włożyć w to jak najwięcej wariacji na temat nieoczekiwanej przemiany w Yeti, nawet jeśli za cholerę nie wiedział, jakie standardowo wydawały z siebie dźwięki. Nie odpowiedział, nie zareagował w żaden inny werbalny sposób, zamiast tego skupiając się na tej jednej chwili.
Chwili, gdy znaleźli się tuż obok siebie na trawie w ogródku. Może wyjątkowo wyrośniętej, zaniedbanej tak jak reszta otoczenia, ale dzięki temu efekt był jeszcze lepszy. Otaczały ich pojedyncze całkiem wysokie źdźbła. Po jednym z nich właśnie wspinał się jakiś mały błyszczący żuczek. Mogli przez chwilę poczuć się niemalże jak w dziczy. Co prawda nie w górach, gdzie chyba na ogół żyły wielkie stopy, lecz z braku laku.
Znowu zaburczał, tłumiąc śmiech. Na nachylając się niżej, przesuwając dłonie tak, aby od obu stron zmiażdżyć ją w potrzasku. Było go trzymać w tej klatce. Teraz miała przekichane.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
27.01.2025, 22:23  ✶  

To, co aktualnie działo się między nimi było skomplikowane. Miała tego świadomość, postanowili zupełnie przypadkiem wejść w coś, co już dawno było za nimi, z czego brakiem się pogodzili, ale czy na pewno? Czy tak chętnie pozostawaliby w Piaskownicy, gdyby faktycznie mieli za sobą przeszłość? Nie do końca. Przynajmniej tak się wydawało Yaxleyównie. Dali sobie czas, tak właściwie sama nie wiedziała na co, nie miała pojęcia dlaczego to robili, nie dało się jednak nie mieć pewności, że i ona i on tego potrzebowali. Inaczej by ich tutaj nie było.

Wizyta w jaskini doppelgangera nieco zamieszała w ich życiu, znaleźli się w sytuacji zagrożenia, a gdy udało im się go uniknąć, wyjść stamtąd w jednym kawałku, to teleportowali się razem tutaj. Jedna wspólna wyprawa wystarczyła, aby trafili razem do miejsca, które kiedyś nazywali domem. To mówiło samo za siebie. Nie dało się ukryć, że nadal coś między nimi było, zresztą nawet udało się im o tym sobie powiedzieć podczas tych wyczerpujących rozmów, gdy próbowali sobie cokolwiek wyjaśnić. Tyle, że właściwie te konwersacje nic im nie dały. Brnęli w to, czego nawet nie potrafili nazwać, dawali sobie czas, ale czuła, że może się to skończyć ich kolejnym, małym dramatem. To nic, chyba była gotowa na to przystać, w końcu dzięki temu dostawała chociaż krótki, całkiem przyjemny moment, kiedy mogła oderwać się od szarej, pustej rzeczywistości.

Na tym właśnie skupiała się w tej chwili, znowu odgoniła te wszystkie nieprzyjemne myśli, bo ten dzień był całkiem przyjemny, może nawet bardziej niż całkiem, przynajmniej dla niej. Zresztą podobnie jak ten wczorajszy, a przynajmniej jego część, tyle, że dzisiaj nie była pijana, co potwierdzało, że nie potrzebowała żadnych używek, aby wpadać w dobry nastrój, mimo, że bała się, że raczej nie jest to możliwe. Może jeszcze nie była całkowicie spisana na straty?

Pozostawało jedynie jakoś odsunąć myśli Ambroisa od tego jego drobnego niepowodzenia, które miało miejsce dzisiaj. Tak właściwie to liczyła na to, że ten wysiłek fizyczny, który sobie fundował wystarczy, miała świadomość, że to była bardzo dobra metoda na to, aby pozbyć się negatywnych emocji. Liczyła więc na to, że faktycznie to zadziała.

Kiedy się do niej przysiadł zauważyła drobną zmianę w jego zachowaniu, a może sobie coś dodawała? Nie był już, aż tak wkurzony, jak chwilę wcześniej, to oczywiście mogło się zmienić, bo przecież Yaxleyówna też potrafiła go wkurzyć samym swoim gadaniem, chociaż teraz nie miała zamiaru tego robić, wręcz przeciwnie, bardzo chciała, aby chociaż przez chwilę poczuł taką beztroskę jaka jej dzisiaj towarzyszyła (miała świadomość, że raczej nie miał ku temu powodów, ale próbować nigdy nie zaszkodzi).

Chyba ten jego parszywy nastrój powoli mijał, tak, była tego pewna, gdy znalazł się tuż nad nią i postanowił ochlapać ją wodą ze swoich włosów. Zachowywał się trochę jak pies, właściwie to nawet ją to bawiło. Cieszyła się tym, że postanowił sobie odpuścić. W głębi ducha wiedziała, że nie był zły na nią, bardziej chodziło o to, że zawiódł siebie, na szczęście przeżywanie tego już mieli za sobą.

Czuła jego przeszywające spojrzenie, nie dało się go ignorować, powodowało to, że jej policzki jeszcze bardziej ją paliły, do tego jej ciało pokryło się gęsią skórką spowodowaną chłodem kropel wody, które spadały na jej skórę.

- Tak, tak to ujmuję, masz z tym jakiś problem? - Oczy jej błyszczały, na ustach malował się uśmiech, może niepotrzebnie go nieco prowokowała, ale to nie robiła tego w ten zły sposób. Bardzo często się przecież przekomarzali.

Znajdował się coraz bliżej niej, w sumie to czuła, że jest w potrzasku, ale zupełnie jej to nie przeszkadzało, cieszyła ją ta bliskość, którą teraz mieli. To było dla nich całkiem naturalne.

Zadrżała, gdy jego włosy przesuwały się po jej ciele, łaskotał ją, nie była w stanie nad tym zapanować, a do tego nie mogła się ruszyć, co nieco utrudniało sytuację. Musiała się pogodzić z tym, że ten śnieżny potwór ją zaatakował.

- Wiedziałam. - Mruknęła cicho, kiedy zaburczał. Nie miała pojęcie, czy takie dźwięki wydaje yeti, nigdy jeszcze bowiem nie spotkała wielkiej stopy, ale pewnie gdyby miała się odzywać, to robiłaby to właśnie w ten sposób.

- Przemieniasz się w wielką stopę... - Ewoluował, i co niby ona miała z tym zrobić?

Znajdował się coraz bliżej niej, co nie było wcale takie złe. Zwłaszcza, że dostrzegła, że jego oczy mieniły się jasną zielenią, więc musiał już zupełnie przestać się przejmować tym wszystkim, co wydarzyło się wcześniej. Bardzo dobrze, o to jej przecież chodziło. Chciała, żeby mieli razem kolejny, bardzo przyjemny moment do zapamiętania i chyba w końcu sprawy zaczęły iść po jej myśli.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
27.01.2025, 23:43  ✶  
Czy miał z tym jakiś problem? Gdyby się zastanowił, pewnie mógłby jakiś wymyślić. Na poczekaniu wyciągnąć coś z dupy, byleby tylko mieć ostatnie słowo. Szczególnie w chwili takiej jak ta, gdy częściowo zaczął mu wracać dobry nastrój.
- Nie. Chyba tym razem ci uwierzę. W końcu jesteś ekspertem - nie wzruszył ramionami tylko dlatego, że to całe trząchanie głową i wcześniejsze wściekłe prace ogrodowe sprawiły, że jeszcze chwila i prawdopodobnie miał całkowicie paść na trawę tuż obok dziewczyny.
Dopiero siadając na ziemi tuż obok niej zdał sobie sprawę z przeforsowania. Z napiętych, choć całe szczęście nie drżących mięśni. Z palców, których nawet nie próbował obecnie zginąć. Z bólu w łydkach i z tyłu pleców. Już wcześniej poobijanych w wyniku ich pijackich wyskoków.
Czuł, że w tej chwili mógłby tak po prostu położyć się wśród wysokich źdźbeł, być może wsuwając sobie jedno między zęby. Przygarniając do siebie swoją dziewczynę, bo nawet jeśli teraz w dalszym ciągu było mu całkowicie ciepło, wiatr wkrótce miał to zmienić. A przecież dzień był zbyt ładny, aby chować się z tego powodu do domu, prawda?
Dostrzegł to już wcześniej. Może nie z samego rana, bowiem wtedy cierpiał z powodu kaca. Być może nie podczas wędrówki w Lesie Wisielców. Przez moment wtedy, kiedy wrócili do Whitby. Tak, wtedy na kilka chwil czuł się całkiem nieźle, miał naprawdę dobry humor i był skory do niewielkich ustępstw względem tego, czego miał nigdy nie robić.
Tyle tylko, że później niemal momentalnie tego pożałował. Zgodnie z tym, co sobie deklarowali, nie starał się dawać Yaxleyównie forów ani taryfy ulgowej, jednak kopiąc w ogródku zorientował się, że mimowolnie w dalszym ciągu to zrobił. Gdyby całkowicie oplótł ją wtedy jeżynami, nie zatrzymując ich w połowie łydek dziewczyny, być może miałby większe szanse powodzenia.
Nieświadomie popełnił błąd, pozwalając sobie na to, żeby się rozproszyć. Pierwszy, drugi, trzeci raz. Doskonale wiedział, że to był wyjątek potwierdzający regułę. W końcu był pewien, że Rina nigdy świadomie nie próbowałaby go skrzywdzić, że mógł jej zaufać, że to miał być jednorazowy wyskok. Pojedyńcze towarzyskie starcie, nic więcej. Nie był na nią w żaden sposób zły, bo to nie ona sprawiła, że sytuacja obróciła się w taki a nie inny sposób. On sam podejmował własne decyzje. To on odpowiadał za te nieudane zaklęcia, za wszystkie kolejne potknięcia.
To on był odpowiedzialny za to, co się stało. Za to, co działo się od tamtego czerwcowego późnego popołudnia. Kręcili się wokół siebie przez ponad dwa miesiące. Nieczęsto, raczej unikając kontaktu, jednak zdecydowanie częściej niż przez wszystkie wcześniejsze miesiące. Myślał o niej, o nich, o tym wszystkim, co w każdym innym życiu mogłoby być tak po prostu kolejnym idealnym końcem lata.
Spędzaniem długich godzin leżąc pośród wrzosów na wrzosowisku. Teraz we własnym ogródku, wystawiając twarze ku słońcu. Kolejny raz nie stroniąc od tego instynktownego poszukiwania dotyku. Nim się obejrzał, znalazł się tuż nad nią, chłonąc wzrokiem rumieniec na jej policzkach i błysk w oczach. W tej całej zieleni. W kolorach natury. W brązie, czerni i złocie piasku, czasami przyznawał sobie, że to ten rodzaj błękitu był jego ulubionym kolorem. Wcale nie głęboki odcień leśnego poszycia, tylko ten jasny niebieski poprzetykany dziesiątkami refleksów.
Gdyby tylko mogli znów być tacy.
Tacy jacy?
Tacy młodzi, beztroscy, zakochani? Pozbawieni wszelkich sztucznych barier? Pozwalający granicom zatrzeć się, jak wtedy sądzili - bezpowrotnie? Mając przed sobą świetlaną przyszłość, spoglądając na świat przez różowe okulary przeciwsłoneczne? Z niewielkim plecakiem, jedną torbą i masą przedmiotów pożyczonych z tego samego domu, którego bryłę mogli dostrzec kątem oka, gdyby tylko patrzyli na cokolwiek prócz siebie nawzajem.
Nie chciał odrywać od niej spojrzenia. W tej chwili ponownie się uśmiechając. Zupełnie tak, jakby wydarzenia sprzed chwili nigdy nie miały miejsca. Jak gdyby kolejny raz pozwolili sobie cofnąć się do beztroski tamtego pierwszego lata. Chłodnej wody, której krople skrzyły się dookoła nich, osiadając wszędzie, gdzie tylko sięgnęły jego mokre, pozlepiane kosmyki. Rzeczywiście całkiem daleko. Faktycznie nawet teraz, gdy pozwijały się od soli i wilgoci, może w istocie trochę nazbyt długie.
Ale żeby znowu nazywać go yetim? Nigdy żadnego nie widział, ale mógłby przysiąc, że to nie był komplement. Nawet, gdy wypowiadała go z uśmiechem na ustach i błogim wyrazem twarzy. Zaczepiała go, więc czego innego mogła po nim oczekiwać?
Oczywiście, że odpłacił się pięknym za nadobne, czując nie lada satysfakcję z tej gęsiej skórki, jaka pojawiła się na przedramionach Geraldine pod okryciem ze swetra i sposobu, w który dziewczyna wzdrygnęła się, gdy załaskotał ją włosami. Nic, co by teraz powiedziała, nie mogło zmienić tego, że przez krótki moment znów zachowywał się tak, jakby nie było nikogo i niczego poza nimi.
- Wiesz, co mówią o wielkich stopach - mruknął zaczepnie, ani myśląc kończyć to zdanie, bo w międzyczasie jego usta znalazły się niepokojąco blisko dekoltu Geraldine.
Centymetr lub dwa niżej i musnąłby wargami jej skórę, w tej chwili jednak wyłącznie omiatając ją ciepłym oddechem. Uśmiechnął się pod nosem, ukrywając to pod kurtyną wilgotnych włosów. Teraz już nie tak mokrych jak jeszcze kilka chwil wcześniej. Zdecydowanie wysuszył je tym całym potrząsaniem głową, resztę miały załatwić słońce i ten całkiem przyjemnie chłodny wiatr, który zawierał na nich między krzewami.
- Mam cię - to były nieoczekiwane słowa, cichy pomruk wyszeptany niemalże z jednoczesnym dotknięciem ustami fragmentu opalonej skóry tuż pod szyją dziewczyny. - Dałaś się złapać - zakomunikował, nie kryjąc triumfu w tym kolejnym burknięciu, które jej zaserwował.
Co teraz?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#16
28.01.2025, 00:43  ✶  

Wpatrywała się w niego dość intensywnie, chyba nie do końca mogła mu w to uwierzyć. Czyżby piekło zamarzło? Roise przyznał jej rację, musiał mocno uderzyć się w głowę, kiedy się teleportował, nie wspomniała jednak w głos o tych swoich podejrzeniach, wolała je zostawić dla siebie.
- Cieszę się, że zdajesz sobie z tego sprawę, dobrze to słyszeć, że wierzysz mi na słowo. - Na pewno to było tylko chwilowe, próbował ją zmylić, żeby za chwilę czymś w nią uderzyć za te jej przytyki, i porównanie do dzikiej bestii. Nie mogła stracić czujności, bo na pewno to wykorzysta.

Cóż, niby nie mogła, a to zrobiła. Dosyć szybko odwrócił jej uwagę swoim kolejnym posunięciem, nie spodziewała się, że sięgnie po takie sztuczki, ale one zadziałały. Bardzo łatwo dała się mu podejść, zresztą nie pierwszy raz, przy nim bardzo często tak się działo. Potrafił jak mało kto ją rozpraszać. Taki już był jego urok. Właściwie to urok rzucił na nią już dawno temu, to też się nie zmieniło.

Mimo tego, że przecież nie byli już tacy sami, wiele się zmieniło, ich relacja też właściwie nie istniała. Nadal jednak reagowała na niego w ten sam sposób. To pewnie miało pozostać takie samo już zawsze. Wcale jej to nie dziwiło. W końcu od samego początku twierdziła, że to, co ich łączy jest wyjątkowe, silniejsze od wszystkiego, co znała, chyba faktycznie tak było, chociaż próbowali się od siebie zdystansować. Najwyraźniej nie dało się tego zrobić, gdy znajdowali się obok siebie. Zresztą chcąc nie chcąc, nawet kiedy nie było jej przy nim to myśli Geraldine wędrowały ku jego osobie. Zastanawiała się wiele razy, czy wszystko u niego w porządku, jak się miewa, chociaż gdy znalazła się blisko to nie chciała o to zapytać, jak wtedy na urodzinach Fabiana, gdy strzelała w niego piorunami z oczu, bo tak było odpowiedniej, bo wiedziała, że jeśli to zrobi to szybko zacznie myśleć o tym, co mieli i będzie chciała to odzyskać. Zresztą, czy teraz poniekąd znowu nie wracali do przeszłości, karmili się tym, co kiedyś było między nimi, chociaż w sumie, czy tylko tym, nie dało się nie zauważyć, że nigdy się tego nie pozbyli, że to dalej, gdzieś w nich siedziało, głęboko zakopane, chociaż aktualnie wyciągnęli to na zewnątrz.

Sami do tego doprowadzali. Kiedy znaleźli się w Piaskownicy przestali trzymać się od siebie z daleka, pozwolili sobie płynąć, chociaż pojawiały się między nimi te momenty, kiedy próbowali zachowywać się racjonalnie. Nie byli zupełnie nieświadomi tego, co na nich czekało poza tym domem, a jednak nadal potrafili zatracić się w tym, czego faktycznie chcieli. Pojawiały się momenty, w którym racjonalne myślenie zostawiali gdzieś daleko za sobą. Może to i lepiej, szkoda by było marnować takie okazje.

Teraz znajdował się nad nią, pozwoliła mu na to, dała się zaskoczyć, zresztą przecież sama tego chciała, nie była w stanie się oszukiwać, że naprawdę zależało jej nawet na tej chwilowej bliskości. Tego, co przychodziło im kiedyś tak naturalnie, a przed czym próbowali się wzbraniać. Nie tym razem, miała wrażenie, że znowu są tą beztroską dwójką gówniarzy, która pojawiała się w tym miejscu wiele razy, że znowu zawiesili się gdzieś w przestrzeni. To było całkiem przyjemnym uczuciem, wtedy przecież było najlepiej, świat wokół nich nie istniał, byli tylko oni. Najwyraźniej nadal mieli szansę to powtórzyć, mimo tego, co przeżyli w między czasie, mimo tych nieprzyjemnych doświadczeń, mimo teraźniejszości, która nie należała do szczególnie kolorowych.

- Jestem łowczynią potworów, oczywiście, że wiem, co mówią o dużych stopach. - Nie mogło być przecież inaczej, nie, żeby zakładała, że przejdą do tego tematu, chociaż powinna się była tego po nim spodziewać. Roise był w stanie obrócić każde słowo Yaxleyówny przeciwko niej i zrobić z niego swoją własną broń.

Jego ciepły oddech, który poczuła na swojej szyi był bardzo przyjemny, zdecydowanie przyjemniejszy od tych zimnych kropel wody, które chwilę wcześniej znalazły się na jej ciele. Chciała, żeby znalazł się bliżej, chociaż właściwie już był przecież wyjątkowo blisko.

Gdy poczuła to delikatne muśnięcie jego warg tuż pod swoją szyją mimowolnie wygięła głowę do tyłu. Może i było to niemalże nienamacalne, ale i tak ją paliło, zwłaszcza po tym, jak bardzo tęskniła za tym dotykiem. - Nie zdarza się to często. - Zazwyczaj w końcu to ona była myśliwą, teraz role się odwróciły, ledwie dwa dni temu to ona wylądowała nad nim w podobnej pozycji. Tak właściwie, to zupełnie nie przeszkadzało jej to, że znajdowała się w potrzasku.

- Dałam się złapać. - Nie dało się tego ukryć, ale właśnie dała się złapać, bo zdecydowanie tego chciała, inaczej zapewne jakoś próbowałaby się wydostać z tej sytuacji.

- Nie spierdol tego, bo to się może szybko nie powtórzyć. - Wolała go uprzedzić o tym, że miał właśnie jedną szansę na milion, no może trochę mniej.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#17
28.01.2025, 02:46  ✶  
Sam nie wiedział, czemu ponownie to sobie robili. W jednej chwili znaleźli się tuż obok siebie. Usiadł przy niej w wysokiej trawie, lekko zgniecionej, gdy wierciła się, by zmierzyć go spojrzeniem.
- Nie posuwałbym się do aż tak daleko idących wniosków - stwierdził tylko po to, by nieco zbić ją z tropu, kolejny raz podejmując grę w może ci wierzę a może nie, domyśl się.
Wyciągnął rękę po dzbanek z wodą, wypijając trzy szklanki pod rząd. Z pozoru zamierzając siedzieć tak w zupełnym milczeniu, zachowując ciszę, jaką zapadła między nimi po jego powrocie z plaży, na którą teleportował się w ramach ucieczki.
Nie umiał wyzbyć się tej gorzkiej myśli o tym, że pierwszym rozwiązaniem, na jakie wtedy wpadł, było właśnie to. Spierdolenie. Rozmycie się w przestrzeni. Coś, co wcale nie przychodziło mu naturalnie i z łatwością. Nie tak jak usiłował to wmówić sobie i otoczeniu, momentami wręcz tworząc sobie z tego ochronną tarczę.
Broń, by móc tak po prostu bezczelnie, butnie stwierdzić, że w istocie to również musiał odziedziczyć po jego szanownej matce. Skłonność do ewakuacji wtedy, gdy robiło się zbyt poważnie, za gorąco. Nieważne, czy chodziło o Nokturn, Ścieżki czy jego własne, pozornie szczęśliwe życie.
Prędzej czy później miał zniknąć. Nie mógł nic na to poradzić. Nieodmiennie miał to łączyć z tym wszystkim, co się stało. Z tym, co musiało nadejść w następnych dniach. Nawet, jeśli nigdy nie określili kiedy, prędzej czy później musieli pogodzić się z tym faktem. Powrócić do rzeczywistości, wyrywając się przeszłości, w której tak łatwo było utonąć.
Zmiana nadeszła nieoczekiwanie niczym gwałtowna fala przypływu. W jednej chwili leżm
siedzieli razem w wysokiej trawie, otoczeni szumem wody i zapachem morskiej bryzy. W kolejnym momencie zniżył twarz tak blisko, że mógł poczuć zapach jej skóry, leśnej ściółki, dymu i kwiatów, które rosły wokół nich. Potrzebował całej swojej woli, aby cofnąć głowę o kilka centymetrów, łaskocząc Yaxleyównę przydługimi włosami.
- Doskonale, bo zawsze chciałem się tego dowiedzieć - to go nurtowało, prawda?
Wbił w nią spojrzenie. Więc?
O tak.
Znał tę grę. To zaczepne zachowanie, które miało na celu rozładowanie napięcia. Podjął ją, nie chciał już tylko oglądać rumieńca na twarzy dziewczyny. Pragnął poczuć jej ciepło, być blisko. Tak blisko jak to tylko możliwe.
Zawisł nad Geraldine opierając się na dłoniach, otaczając ją wyprostowanymi ramionami, które trzymały go w bezpiecznej odległości. Jego ręce nie dotykały jej nagiej skóry, ale jednocześnie znajdowały się tak blisko niej, że z minuty coraz ciężej było mu ukrywać przed nią czy przed sobą, że prędzej czy później miał zamiar całkowicie zamknąć ją w uścisku. Że miał ponownie pochylić się znacznie bardziej niż to byłoby wskazane, jeśli pragnęliby utrzymywać choćby złudzenie fizycznego dystansu.
Nie powinni tego robić, wiedział o tym. Ich przeszłość była skomplikowana, przyszłość nie istniała a problemy, które ich rozdzieliły wciąż były obecne. Ale w tej chwili byli dorośli i mieli prawo decydować o tym, na co mogą sobie pozwolić. Chciał się zatracić w tej chwili, zapomnieć o wszystkim, co ich dzieliło i po prostu być z nią. Tak jak za dawnych czasów.
Jego usta delikatnie muskające jej skórę niosły ze sobą obietnicę czegoś więcej niżeli tylko fizycznego zapomnienia. Nie dostrzegał tego, ale... ...tęsknił za nią, łamiąc się, dając z siebie czytać jak z otwartej księgi. Tęsknił za nią, tak. Za czasami, gdy mieli to wszystko na wyciągnięcie ręki.
Czuł jak jego serce bije coraz szybciej, łomocze w piersi, kolejny raz wyrywając się ku niej, ku nieuchronnemu. Zawsze działała na niego silniej niż ktokolwiek inny. Nie miał złudzeń - te wszystkie dni i godziny wyłącznie udowadniały im obojgu, że nie miało być inaczej. To nie mogło zniknąć, nie było czymś, co zatarłoby się z upływem czasu, co mogliby tak po prostu całkowicie w sobie zadusić.
Ona i on... ...byli związani. Połączeni czymś, co w jednej chwili mógłby nazwać cholernym gównem, które prędzej czy później miało przynieść im tylko jeszcze więcej bólu... ...aby w kolejnej ulec temu wrażeniu, dając ponieść się emocjom i poczuciu tego, że cokolwiek teraz robili, to było właściwe. Jakże mogłoby nie być?
Byli dorośli, prawda? Był dorosły, Geraldine również - oboje mieli prawo decydować o swoim losie, nawet jeśli chodziło wyłącznie o krótką chwilę zapomnienia. Nie karmili się złudzeniami. Nie mieli wobec siebie nierzeczywistych, nierealnych oczekiwań. Nie mówili sobie, że to wszystko miało przerodzić się w coś więcej niżeli tylko chwilową odskocznię. Pragnęli tego, tych paru chwil zapomnienia. Odrobiny szczęścia pośród chaosu. Kilku skradzionych pocałunków, momentu czy dwóch niemalże dosłownie wyrwanych z rąk przeszłości. Niczego więcej.
Mimo że wiedział, że to, co robią, mogło być błędem, nie mógł się powstrzymać. Długa sukienka, która opinała jej ciało przypominała mu tamte beztroskie chwile, kiedy jeszcze byli szczęśliwi i zakochani jak dzieci. Jak ci ludzie, którymi już nie byli a jednak przez chwilę mogło się wydawać inaczej.
Miał wrażenie, że czas się zatrzymał a świat wokół nich przestał istnieć. Fragment po fragmencie, wszystko inne znikało, traciło znaczenie. Choć nie byli już razem, los zdawał się igrać z nimi, prowadząc ich w to samo miejsce, w którym przed laty spędzili tyle szczęśliwych chwil. Przypomnienie o dawnych dniach sprawiło, że znów poczuł się jak szczeniak. Zakochany po uszy, szczęśliwy, rozbawiony tymi wszystkimi wypowiadanymi słowami.
Wodził wargami po jej skórze. Każdy dotyk był niczym powrót do przeszłości. Jego serce łomotało zdecydowanie szybciej niż jeszcze przed kilkoma chwilą, w głowie kłębiły się myśli, które nie miały prawa się pojawić. Spojrzał jej w oczy, posyłając Geraldine kolejne przeciągle spojrzenie. W jego oczach zamigotał ogień. Ten sam, który mógł spalić ich oboje, ale jednocześnie rozgrzewał od środka.
- Mhm - przytaknął, nie do końca wiedząc już, na co.
Nie myślał o konsekwencjach, o tym, że jutro może być zupełnie inne. Liczyła się tylko ta chwila. Nie zamierzał się cofać, nie chciał rezygnować z tej chwili, kiedy ich ciała były tak blisko. W tym momencie liczyli się tylko oni, ich dotyk, ich pragnienia.
Odrzucił wątpliwości, oddając się chwilowym pragnieniom. Każdy ruch był przemyślany, prowokacyjny. Muśnięcie warg na dekolcie Geraldine, napotkanie wzrokiem jej oczu tylko po to, by posłać jej przeciągłe spojrzenie. W jego oczach błyszczały żar i pożądanie.
Pragnął jej, pragnął tej bliskości, tego, co wydawało się zakazane, ale jednocześnie tak naturalne. Byli dorośli a ich wybory należały tylko do nich. W tej chwili, w tej przestrzeni nie mieli zamiaru się ograniczać.
- Dałaś. I co teraz? - Odmruknął, gdy jego usta bezwiednie dotknęły jej szyi.
Powoli przesunął czubek języka po dekolcie Yaxleyówny, zlizując słone krople wody, które spłynęły po jej skórze. A potem zamarł, na kilka, może kilkanaście sekund powstrzymując to wszystko, co moment wcześniej wydawało się niemalże nieuniknione.
- Tym razem tego nie spierdolę - mógłby to powiedzieć.
Jeszcze raz unieść wzrok, posyłając jej pociemniałe, a jednak stanowcze, poważne spojrzenie. Skinąć głową, wypowiadając słowa niosące ze sobą nie tylko pragnienie zapewnienia Geraldine, że w tej chwili wcale nie zamierzał przerywać tego, na co sobie pozwalali, do czego dążyli. Nie.
Gdzieś tam pod skórą wiedział, że te słowa musiały mieć drugie dno. Być może nawet trzecie. Wiele znaczeń. Tysiące pragnień. Setki założeń, cichej nadziei na coś, co...
...nie mógł.
Nie chciał, by ten moment się kończył. Nie chciał powrotu do rzeczywistości, w której byli oddzieleni. Ale nie mógł jej nic obiecać. Wręcz przeciwnie - mógł powtórzyć tylko to, co już wielokrotnie powiedział. Wzruszył ramionami, walcząc z falą wspomnień, które znów zaczęły go przytłaczać, ale nie cofnął się. Nie usiadł, nie oderwał warg od skóry Yaxleyówny. Po prostu przymknął oczy, biorąc głęboki wdech.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#18
28.01.2025, 10:58  ✶  

- Oczywiście, w końcu lepiej być ostrożnym. - Podważanie jej słów nie było dla niej niczym nowym, szczególnie w takiej sytuacji. Miała świadomość, że Roise szanuje jej opinię jako specjalistki w swojej dziedzinie, jednak często ją podpuszczał tylko po to, aby wprowadzić odrobinę niepewności. Znała go na tyle, żeby wiedzieć, że lubi z nią w ten sposób pogrywać. Nie przejmowała się tym jakoś specjalnie, bo wiedziała, że nie robi tego, żeby negować jej opinię, nie tutaj chodziło o coś zupełnie innego.

Czy pozwalanie sobie na tę chwilę zapomnienia było czymś, czego nie powinni robić? Zapewne tak, tyle, że już dawno przestała myśleć o tym, co powinna, raczej skłaniała się ku temu, aby sięgać po to na co miała ochotę. Życie było zbyt kruche i krótkie, aby przejmować się konsekwencjami swoich działań. Akurat oni bardzo dobrze sobie z tego zdawali sprawę. Te kilka dni z początku miało być tylko i wyłącznie pożegnaniem, którego wcześniej nie dostali, teraz? Teraz sama nie wiedziała czym konkretnie było. Przestali narzucać sobie ten dystans, który powodował, że zachowywali się nienaturalnie, wydawało jej się, że dzięki temu będzie prościej, jednak to powodowało, że czuła ciężar związany ze swoją obecnością w tym miejscu. Dużo prościej było jej zachowywać się tak, jakby nic się nie zmieniło, chociaż przecież zdawała sobie sprawę, że zmieniło się wszystko. Teraz wiedziała, że nie będzie ich łączyć wspólna przyszłość, bo przecież to ustalili, miała świadomość na co się pisze, co ją później czeka, ale i tak nie zamierzała za bardzo na tym się skupiać.

Trwali tu i teraz, pojawiły się możliwości, których nie mieli jeszcze kilka dni temu i bardzo, ale to bardzo chciała je wszystkie wykorzystać. Można to było uznać za desperację, nawet jeśli, to co? Tylko ona miała oceniać siebie i swoje zachowanie, nikt więcej, więc tak naprawdę uważała, że nie musi się tym przejmować. Na pewno nie będzie jej łatwo odnaleźć się w tej szarej rzeczywistości bez niego, ale to będzie problem Yaxleyówny z przyszłości, nie tej, która teraz leżała na trawie.

Ta Geraldine była bardzo podobna do swojej wersji sprzed kilku lat, szczęśliwej, nie myślącej o problemach, właściwie to wtedy ich nie miała, więc nie miała nad czym rozważać, teraz jednak też wydawały się one być gdzieś daleko, leżały zakopane bardzo głęboko. Korzystała z czasu, który sobie dali. Wszystko wydawało się nie mieć znaczenia, gdy Ambroise znajdował się tak blisko. Co najważniejsze, w podobnym nastroju do niej, byli trzeźwi, aczkolwiek świat i tak nieco wirował, zapewne przez te wszystkie uczucia, które ponownie zaczęły ją wypełniać. Nie zamierzała jednak mówić o uczuciach, bo to nie miało mieć żadnego sensu, wiedzieli przecież, że one istniają, nadal w nich tkwią, a jednak to niczego nie zmieniało. Nie miało być dla nich szczęśliwego zakończenia, ale chociaż mogli przeżyć tę krótą historię jeszcze raz. To było warte późniejszych konsekwencji, czyż nie?

- Jako wielka stopa, powinieneś już to wiedzieć? - To było oczywiste, ona mogła tylko zweryfikować informacje, które były powtarzane. Miała szczęście, że trafiła na taki okaz, który chyba nie miał nic przeciwko jej analizie. Oczywiście wszystko dla dobra nauki i przyszłych pokoleń, prawda?

- Ktoś to tylko musi sprawdzić, wiesz, przeprowadzić badania. - Świat miał ogromne szczęście, że właśnie ona zamierzała to zrobić, czyż nie? Była w stanie się poświęcić.

Bawiły ją te ich gry, właściwie dzięki temu była w stanie skupić się tylko i wyłącznie na tym, co teraz sobie dawali, chociaż może nawet nie do końca skupić. To też przychodziło jej ciężko, gdy znajdował się tak blisko niej. Zapomniała się zupełnie.

Zasługiwali na ten krótki moment rozkojarzenia, sporo się ostatnio wydarzyło, mogli chociaż raz odpuścić. Nie widziała w tym niczego złego, szczególnie kiedy tak do siebie lgnęli, wbrew rozsądkowi. Mieli prawo podejmować irracjonalne decyzje, w końcu nie robili tego zbyt często, zwłaszcza Roise wydawał się zawsze robić to, co było słuszne, więc dobrze się stało, że i on postanowił odpuścić.

Czuła, że to zrobił. Wcześniej starał się od niej dystansować, podchodził do niej z ostrożnością, która teraz wydawała się gdzieś przepaść. W końcu i on pozwolił sobie popłynąć.

Nie obiecywał jej przecież niczego, nie karmił ją fałszywymi zapewnieniami, wiedziała na czym stoi, nie było więc w tym niczego złego.

- Teraz? Możesz wziąć sobie wszystko na co masz ochotę. - Teraz i tylko teraz. Nie myślała o tym, co będzie później, to nie było istotne. W tej chwili znajdował się nad nią, wodził językiem po jej ciele, nie było sensu skupiać się na tym, co będzie później, przejmować się ewentualnymi konsekwencjami, chciała, żeby to zrobił, bo potrzebowała tego w tym momencie. Chciała, aby zapomnieli o tych wszystkich rozmowach, które odbyli, nie było im to do niczego potrzebne. Nie dało się nie reagować na te uczucie, które pojawiło się w ciele, z każdą minutą, z każdym muśnięciem jego warg było coraz silniejsze. Nie potrafiła ukryć tego, jak na niego reaguje, na pewno to zauważył, chciała tego i nie miała wobec niego żadnych oczekiwań związanych z tym, co stanie się później. Nie przywykła do tego, by przejmować się ewentualnymi konsekwencjami, zawsze sięgała po to, na co miała ochotę, dlaczego nie miałaby tego zrobić i teraz?

- Nie myśl o tym. - Zauważyła, że przymknął oczy, że na moment oderwał się od jej ciała, nie chciała tego, nie miała zamiaru wzbudzić w nim zawahania, oczywiście, że przypadkiem musiała to zrobić. Nie byłaby sobą, gdyby wszystkiego nie utrudniała.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#19
28.01.2025, 15:37  ✶  
Parsknął pod nosem, potrząsając głową i posyłając Geraldine niedowierzające spojrzenie.
- Od kiedy hołdujesz ostrożności? - Spytał niemalże od razu, kolejny raz prychając pod nosem.
No nie, jakoś tego nie widział. Te słowa, ta zgodność nie pasowała ani do niej, ani do niego.
Byli swobodni, jakby na chwilę zapomnieli o przeszłości i problemach, które ich dzieliły. Opierając się na rękach, czuł miękką trawę pod dłońmi. Jego spojrzenie wędrowało po twarzy ukochanej. Jej oczy błyszczały, odbijając błękit ostatnich dni letniego nieba. Nadchodziła jesień. Długa i ciemna, deszczowa, samotna.
Wiedział, że ta chwila mogła być ich ostatnią. Nie wyznaczyli sobie tej granicy, nie ustalili, ile czasu zamierzali jeszcze spędzić w Piaskownicy, jednak Ambroise podświadomie wiedział, że im dłużej tu pozostawali, tym ciężej miało być im powrócić do rzeczywistości. A przecież musieli to zrobić.
Nawet jeśli w tym momencie było dobrze, lato miało odejść. Już wkrótce musiała zastąpić je jesienna szarówka, ponura nowa normalność. Nie mogli pozostać tu zawieszeni w tej chwili.
Więc chciał, by była wyjątkowa, by na zawsze została w ich pamięci, choć wciąż miał wrażenie, że to, co robią, nie jest do końca właściwe. Nic, co działo się między nimi od ostatnich już niemalże dwóch lat nie było słuszne. Nie tak powinni spędzać życie. Chciał móc cieszyć się tymi błogimi godzinami przez wszystkie kolejne lata, do usranej śmierci, ale w głębi duszy wiedział, że to niemożliwe.
Nachylał się coraz bardziej, jego długie włosy smagały jej delikatny dekolt. Sunął wargami po miękkiej skórze Riny. Raz, drugi, trzeci... ...zasypał ją deszczem niewielkich, zaczepnych pocałunków mających wywołać u niej jeszcze wyraźniejszy rumieniec. W końcu to mu zarzucała, prawda? Całkiem słusznie. Lubił patrzeć na jej zaróżowione policzki i plamy pąsu na dekolcie.
Dzięki temu mógł poddać się temu, co ich teraz łączyło. Przypominał sobie jak kiedyś spędzali tu dni, odkrywając siebie nawzajem. Tamto wczesne lato... ...cztery dni pełne obietnic i marzeń, wróciło do niego z tak zaskakującą siłą, że nie potrafił oprzeć się własnym pragnieniom. Tym bardziej, że ona też tego chciała.
- No nie wiem? Nie widzi mi się osobiste badanie tego tematu? - Zamrugał raz czy dwa, wykrzywiając wargi w znaczącym uśmiechu i uderzając językiem o podniebienie. - Czasami odnosiłem wrażenie, że Thomas może wiedzieć o tym ciut więcej. Albo twój jakże uroczy przyjaciel, on na pewno jest cieplutki. Mięciutka, cieplutka... ...kluseczka - tak, nie był zbyt poważny, ale czego można było oczekiwać po niewychowanym Yetim, nie?
Zaraz zresztą całkowicie olał temat. Zupełnie tak jak ich miękki znajomek ewidentnie przez większość czasu chciał olać ich. Roise nie zamierzał poświęcać mu już jakiejkolwiek myśli. Wystarczyło, że rzucił temat, jednocześnie kolejny raz obdarzając dziewczynę mrukliwym burknięciem i potrząsając głową.
- Mhm - tak, zdecydowanie wyrażał aprobatę wobec planu badawczego.
Lgnęli ku sobie. To było tak samo słuszne jak i posrane. Szczególnie że pojawili się tutaj zaledwie kilka minut po jednym z najbardziej traumatycznych momentów, jakie prawdopodobnie już na zawsze miały wyryć się w umyśle Greengrassa. Wtedy w tamtej jaskini nie obawiał się o siebie. Nie bał się o własne życie, paradoksalnie nawet w momencie, w którym doppleganger wyciągnął ku niemu swoje macki. Bał się o nią. O Geraldine. Nie chciał jej stracić... ...miał ją stracić. Momentami czuł się tak, jakby kolejny raz musiał podejmować tamtą decyzję.
Teraz po półtora roku osobno znajdowali się tuż obok siebie. Zawieszeni w tej samej chwili, próbując dać sobie szansę na pożegnanie się we właściwy sposób. Jednak to, co się działo nie przypominało pożegnania. Nachylał się nad nią, zamykając ją w potrzasku. Nie przestawał jej zaczepiać. Jego wilgotne kosmyki muskały jej zaróżowiony dekolt, wargi ogarniały go ciepłym oddechem. Nie spieszył się. To były delikatne pieszczoty. Takie, które wywoływały dreszcze na jej skórze.
Zamknął oczy na chwilę, czując jak jego dłonie bezwiednie powoli przesuwają się wzdłuż ciała dziewczyny, zaczynając podwijać jej długą letnią sukienkę. Wspomnienia wracały jak fala, nie potrafił się im oprzeć. Kiedyś robili to wiele razy, całkowicie pewni, że tak będzie już zawsze. Na zawsze. Spędzali czas w ogrodzie, na plaży. Tamtego lata i każdego następnego poznając się od każdej strony, budując dom, wspólną przyszłość.
Teraz po półtora roku osobno znów odnajdowali się w tej samej przestrzeni, w tym samym ogrodzie, gdzie wszystko się zaczęło. Podwijał  sukienkę Geraldine, jego dłonie przesuwały się wzdłuż jej ciała. Znowu czuli się młodzi i wolni. Każdy pocałunek, każdy dotyk sprawiał, że zapominali o wszystkim innym. To była ich chwila, ich świat.
A jednak kiedy usłyszał jej słowa, jego serce na moment zamarło. Nie chciał spierdolić tego, co między nimi istniało. Nie chciał myśleć o tym, że to było tylko złudzenie, chwila wyrwana przeszłości. Tak samo jak o przyszłości, w której nie mieli już budzić się obok siebie. Leżeć plackiem w ogrodzie, patrząc na siebie nawzajem zamiast w niebo. Kąpać się w lodowatym morzu, rzucając sobie kolejne wyzwania tylko po to, aby porzucić je w połowie drogi, obejmując się ramionami. Będąc blisko, naprawdę blisko. Nie tylko cieleśnie, lecz także mentalnie.
Wcale nie pragnął wracać do tego jak wyglądało ich, jego życie przed czerwcem tego roku. Każde spotkanie, urodziny Fabiana, nieprzewidziane okoliczności towarzyskie tylko pogłębiały jego frustrację. Nie chciał, by ich interakcje stawały się coraz rzadsze, coraz bardziej obce aż do momentu, w którym zaczęłaby układać sobie życie w sposób, w którym nie byłoby już dla niego żadnego miejsca, żadnej nadziei. Tak jak wtedy, gdy mylnie założył, że plotki o niej i Longbottomie były prawdą. Chciał widzieć ją szczęśliwą, ale nie przy kimś innym. Był egoistą, wiedział o tym, ale pragnienie bycia jedynym mężczyzną, na którego patrzyła w ten sposób było silniejsze od rozsądku.
Zamknął oczy na moment, próbując znaleźć w sobie spokój, a gdy je otworzył, spojrzał na nią z determinacją. Kiwnął głową. Nie zamierzał się wycofywać. Zwłaszcza teraz, gdy usta Yaxleyówny były tak blisko, że miał ochotę złączyć je z własnymi. W tej chwili nie było miejsca na racjonalne myślenie. Chciał cieszyć się tym, co mieli. Niezależnie od konsekwencji.
- Odważnie, podoba mi się to - odmruknął na te słowa, porzucając jakiekolwiek zawahanie, nawet jeśli jednocześnie zatrzymał się na moment, gdy ich spojrzenia ponownie się skrzyżowały.
W jej oczach widział to samo pragnienie, które go wypełniało. Nie potrzebowali słów, by zrozumieć, co się dzieje. W tej chwili byli tylko dla siebie a świat na zewnątrz przestał istnieć. Wiedział, że to, co robił było nieodpowiednie, ale nie potrafił się powstrzymać. Chciał zapomnieć o wszystkim, co ich dzieliło. Chciał, by ta chwila była tylko ich, niezależnie od tego, co przyniesie przyszłość. Zatracił się w tym, co działo się między nimi. Tego chcieli, prawda?
Zdecydowanym ruchem podciągnął jej sukienkę jeszcze wyżej, jego dłonie znalazły się na jej nogach. Jednocześnie przesunął się po trawie, by znaleźć się już nie częściowo obok a całkowicie nad Geraldine. Oparł się na niej, obejmując dłońmi odsłonięte kolana. Usta Ambroisa znów znalazły się blisko jej skóry, jeszcze przez chwilę składając tamte drobne muśnięcia w okolicach szyi dziewczyny.
Powoli, bardzo powoli, niespiesznie skierował pocałunki niżej. Przez odsłonięty fragment skóry między jej piersiami, po materiale sukienki, odrywając się wyłącznie na tak długo, ile zajęło mu wkradnięcie się pod podwinięty dół letniej kreacji. Uniósł kąciki ust, nie mogąc powstrzymać się przed tamtym teatralnym, dramatycznym burknięciem, szczególnie wtedy, gdy poczuł dreszcz przebiegający przez ciało ukochanej.
To wystarczyło, by zanurzył się pod sukienką, pochylając się, by przenieść pocałunki w okolice  pępka Yaxleyówny. Zaczął przesuwać wargami wzdłuż jej brzucha, z każdym muśnięciem przenosząc się coraz niżej. Chciał dać się ponieść, zapomnieć o wszystkim innym. Jej zapach, jej ciepło, wszystko to sprawiało, że zapominał o świecie zewnętrznym.
Jego dotyk był delikatny, ale zdecydowany zaś smagnięcia włosów - niereformowalnie łaskoczące. Muskał jej brzuch, wodząc po nim językiem, coraz bardziej się zniżając. Pragnął, by ta chwila trwała wiecznie. To była ich chwila, moment, w którym mogli być  sobą. Ludźmi sprzed lat. Chciał tylko czerpać z tej intymności, z tej namiętności, która ich łączyła.
Zamknął oczy, pozwalając sobie na chwilę zapomnienia. Tak, nadal czuł, że ta chwila mogła być ich ostatnią, ale nie potrafił się tym przejmować. Tak, nadal wiedział, że prędzej czy później czekała ich trudna rozmowa, jednak w tym momencie nie chciał myśleć o niczym innym niż to, co się działo. Na razie skupiał się na tym, co było tu i teraz.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#20
29.01.2025, 00:49  ✶  

- Od kiedy to Ty o niej wspominasz. - W końcu mieli do tego podobne podejście. Nie zamierzała teraz usilnie bronić swojego zdania, wolała się skupić na czymś zupełnie innym. Nie mogła bowiem mieć pewności, że to nie był ostatni raz, kiedy pozwolili sobie na taką bliskość. Szkoda było się produkować usilnie udowadniając swoją rację. Wiedziała swoje, a to chyba było dla niej najważniejsze, nie to, co zostało powiedziane w głos. Mogli mówić, ustalać pewne rzeczy, a ona i tak myślała sobie swoje i to tym w dużej mierze się kierowała.

Tak naprawdę w ogóle nie była ostrożna, brakowało jej tej cechy, zresztą aktualnie również decyzje, które podejmowała zupełnie były jej pozbawione. Powinna w końcu obawiać się tego, że się sparzy, że ponownie będzie cierpieć, ale zupełnie jej to nie obchodziło. Właściwie przecież nie mogła wiedzieć nawet, czy to nie była jedna z ostatnich chwil, które mieli spędzić razem, nic nie było pewne, ich ustalenia istniały, ale brakowało w nich konkretów. Przesuwali termin opuszczenia Piaskownicy, ale w końcu będą musieli to zrobić, nie mogli trwać w tym zawieszeniu w nieskończoność.

Zaiste było to bardzo gwałtowne zakończenie intensywnego lata, pełnego nie do końca budujących wydarzeń. To, co teraz robili też nie miało przynieść niczego dobrego, może chwilowo, ale na dłuższą metę nie mogła tego zakładać. Tyle, że aktualnie nie obchodziło jej co będzie później, już dawno przestała snuć przemyślenia na temat swojej przyszłości, żyła z dnia na dzień od momentu, w którym wróciła do starych przyzwyczajeń, pewnie szybko się to nie zmieni, bo po co? Nie widziała nadziei na to, że kiedykolwiek mogłoby być lepiej, bo przecież najlepiej już było i to nie miało się powtórzyć.

Właśnie dlatego przestała się już czymkolwiek przejmować, to nie tak, że nie chciałaby, żeby ich drogi znowu się ze sobą splotły, tak właściwie to ta więź, która między nimi powodowała, że chyba zawsze miały być w jakiś sposób połączone, nawet jeśli będą znajdowali się z dala od siebie. Skoro jednak miała możliwość zatracić się w tym teraz, to zamierzała to zrobić. Pierdolić ewentualne konsekwencje, bo na pewno jakieś się pojawią, tym będzie się martwić później.

Dostali od losu szansę, którą postanowili wykorzystać, nie widziała w tym nic złego, szczególnie, gdy poczuła usta Roisa na swojej skórze, wtedy zupełnie przestała się czymkolwiek przejmować, liczyła się tylko i wyłącznie ta krótka chwila, którą aktualnie mieli. Nic więcej. Brakowało jej tego, miała wrażenie, że cofnęli się do czasu, kiedy wszystko było zupełnie prostsze, nie musieli się niczym przejmować, wtedy naprawdę było lepiej.

- Wychodzi na to, że faktycznie to ja muszę się poświęcić. - Najwyraźniej nie mieli innego wyjścia, nie, żeby jej to jakoś szczególnie przeszkadzało. - Wolę nie wchodzić w to, czym się zajmują w wolnym czasie, zresztą aktualnie bardzo mocno spadli na mojej liście znajomości. - To, co wydarzyło się w jaskini dało jej do myślenia, zweryfikowało wszystko, teraz wiedziała na kogo faktycznie mogła liczyć, kto potrafił poświęcić się dla jej dobra, cóż, nie bez powodu to właśnie z Greengrassem opuściła leże demona i nadal trwała u jego boku.

Udowodnił jej tam, że nadal mu na nim zależy, zmieniła swoje podejście do jego osoby, zaledwie kilka dni wcześniej przecież okazywała mu niechęć całą sobą. Był to raczej odruch, który miał spowodować, że faktycznie uda jej się od niego odsunąć, tyle, że jak mogła to zrobić, skoro zachowywał się w ten sposób. Troszczył się o nią, a teraz? Teraz doprowadzał jej ciało do drżenia swoim delikatnym dotykiem. Zdecydowanie nie była mu obojętna, co nieco ją uspokoiło, bo bała się, że tylko ona nie do końca potrafiła porzucić to, co kiedyś mieli. To nie były fałszywe wspomnienia, to wszystko, co udało im się stworzyć, a później spierdolić było prawdziwe.

Poczuła jego ciepłe dłonie, które zaczęły przesuwać się po jej ciele. Był w tym wyjątkowo delikatny, jakby faktycznie mieli wyjątkowo celebrować tę daną sobie bliskość. W tej chwili cieszyła się z tego, że zdążyła się przebrać. Mieli dosyć słabe doświadczenie związane z jej typową częścią garderoby, którą były skórzane spodnie. Zresztą dopiero, kiedy zaczęła być z Roisem polubiła sukienki, które okazały się być bardzo praktyczne. Często nie potrafili się powstrzymać przed zbliżeniem się do siebie, reagowali bardzo intensywnie na swoją obecność, nigdy z tym nie walczyli, raczej pozwalali się sobie ponosić, to najwyraźniej też się nie zmieniło. Zresztą trudno było walczyć z tym silnym uczuciem, które nadal się żarzyło.

- To dobrze, ma Ci się podobać. - Tylko to się liczyło, to, że nadal chciał z nią być w ten sposób. Nie przerwał tego co robił, mimo tego krótkiego momentu zawahania, który zauważyła. Najwyraźniej dzisiaj nic nie miało im stanąć na przeszkodzie w zatraceniu się w tej krótkiej chwili. Tutaj nie było miejsca na myślenie, ono było zupełnie zbędne.

Jej ciało reagowało na jego dotyk, nie zamierzała z tym walczyć, dekolt był zaczerwieniony przez pocałunki, którymi go naznaczał. Usta mężczyzny wyznaczały ścieżkę po jej ciele, pozostawiały ciepło, które wypełniało je całe, czuła, że zaczyna rosnąć w niej to specyficzne napięcie, ponownie pojawiało się pożądanie. Nie dało się ukryć, że wyjątkowo reagowała na jego dotyk. Zawsze tak było, zapewne przez to, że było to coś więcej od typowej chęci zaspokojenia potrzeb, w ich przypadku za każdym razem chodziło o coś więcej.

Dłonie Yaxleyówny zaczęły szukać bliskości, znalazły się na nagich ramionach Roisa, bardzo powoli przesuwała je wzdłuż, chcąc poczuć pod palcami jego ciepło.

Nie spodziewała się właściwie, że będzie im dane ponownie razem znaleźć się nad przepaścią, ale najwyraźniej nie mogli nic z tym zrobić, cóż, nie miała ku temu żadnych oporów, to, co robił przynosiło efekty, ponownie wydawało jej się, że cały świat stanął w miejscu, nie liczyło się nic, tylko ta krótka chwila, która miała ich połączyć. Dwa ciała pragnące swojej bliskości, dwie dusze, które bardzo za sobą tęskniły, cóż, nawet jeśli miało to być tylko chwilowe, to nie było sensu z tym walczyć, zwłaszcza, że było to coś wyjątkowego.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (19366), Geraldine Greengrass-Yaxley (14716)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa