• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[04.09.1972] Na zawsze razem, na zawsze osobno || Ambroise & Geraldine

[04.09.1972] Na zawsze razem, na zawsze osobno || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#1
31.01.2025, 01:25  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2025, 22:48 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

04.09.1972, późne popołudnie, Whitby, Piaskownica
Przymykając oczy na ułamek sekundy, machnął różdżką, nie kłopocząc się, by wymruczeć zaklęcie. Być może nie miał zbyt wielu okazji, aby z niego korzystać. To była domena Geraldine. Jednak po tylu latach potrafił odtworzyć te ruchy. Umiał sprawić, że podmuch powietrza unosił w górę skrzące się ziarenka piasku, tworząc z nich jego własną wersję tego, co tak dobrze znał.
Przepraszam. Chcesz mnie obok?
Ambroise wziął głęboki, ale bezgłośny oddech, jeszcze jeden raz unosząc różdżkę i posyłając stworzonko w kierunku Geraldine. Nie chciał naruszać jej prywatności. Miała prawo nie chcieć z nim teraz rozmawiać, nie mieć ochoty na niego spoglądać. Cokolwiek robili sobie wzajemnie, w tym momencie stało się jeszcze trudniejsze. Bardziej skomplikowane. Szczególnie po tych wszystkich słowach rzuconych w mieszkaniu Corneliusa.
Potrafili się ranić jak nikt inny. Umieli nawzajem uderzyć w swoje najczulsze punkty. Zazwyczaj nie posuwając się tak daleko. Znając umiar i wiedząc, kiedy należy przestać. A jednak w przeciągu tych kilku ostatnich dni stanowczo zbyt często przekraczając tę granicę.
Nawet jeśli miał wrażenie, że oboje podświadomie wcale tego nie chcieli. To po prostu się działo. Utracili grunt pod nogami. Przez ostatnie półtora roku każde z nich mierzyło się z własnym bagnem. Jakże mieli więc odnaleźć wspólny grunt, gdy z osobna dawno zapomnieli jak to jest stać stabilnie na twardej ziemi? Nie zapadać się w nią ani o nią nie uderzać?
No właśnie.
Tak. W dalszym ciągu był poruszony tym, co wysyczała mu Rina. Tym, co wyrzucił z siebie Corio. Tym, co sprawiło, że on sam pękł, mówiąc coś, co nigdy nie powinno paść z jego ust. Nie chciał tego wyciągać. To niczemu nie służyło. Jedynie wszystko jeszcze bardziej skomplikowało, całkowicie zniszczyło ich szanse na powrót do Piaskownicy, by spędzić w niej jeszcze trochę czasu.
A przecież to planowali. Nie musieli zbyt długo o tym rozmawiać. Tak właściwie to niemalże wcale. Zabrali tu kawałek swojego londyńskiego życia. Psy i kota. Przywieźli kilka osobistych drobiazgów. Zrobili zakupy. Zanim Yaxleyówna pojawiła się z wieściami o Brennie, Ambroise zaczął przygotowywać obiad.
Teraz to wszystko rozpadło się w proch i w pył. Milczeli, gdy wrócili do domu, który nie był już ich domem. Nic nie mówili, gdy każde z nich ruszyło w stronę innego pomieszczenia. Kiedy Roise zajął się bezmyślnym przeglądaniem rzeczy w salonie, powoli zbierając część z nich do tej samej torby, którą zabrał tu na ich pierwszy wyjazd.
Nie śledził poczynań Geraldine. Wiedział tylko, że niemal od razu zniknęła w sypialni. Kilkanaście minut później usłyszał kroki na schodach i charakterystyczne trzaśnięcie tylnych drzwi.
Podświadomie wiedział, że nie zniknęła. Jeszcze lepiej wiedział, gdzie on sam powinien się pojawić. Dając jej chwilę, dopiero kilka minut później odkładając trzymaną książkę i również wychodząc z domu. Tyle tylko, że ciszej.
Mimo to spodziewał się, że i tak nie ukryje się przed zmysłami Geraldine. Nawet nie próbował. Stanął kilka metrów za nią. Ze ściskiem w gardle i piersi wpatrując się w jej sylwetkę na tle fal.
Nieduże zwierzątko przebiegło po plaży, zatrzymując się kilkanaście centymetrów przed siedząca dziewczyną i spoglądając na nią okrągłymi oczkami. Ostro zakończony ogonek drgnął w prawo i w lewo, mimo to nie poruszając w górę ani jednej skrzącej w słońcu drobinki. Zupełnie tak, jakby miniaturowa wydra jednocześnie stała na piasku i dryfowała w powietrzu. Kilka sekund później rozwiewając się na nadmorskim wietrze, jakby nigdy nie istniała.
Przepraszam. Porozmawiajmy.
Był gotowy odejść bez słowa, jeśli nie zamierzała się obrócić. Chciał się pożegnać. Nie wiedział, czy ona też.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#2
31.01.2025, 10:05  ✶  

Chłodny wiatr rozwiewał jej włosy. Próbowała oddychać miarowo, spokojnie, jednak to wcale nie było takie proste. Najchętniej cofnęłaby się w czasie do wczorajszego dnia, gdzieś do poranku i utknęła tam na dobre. Nie mogło być dobrze, kiedy przez chwilę miała wrażenie, że wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku rzeczywistość bardzo szybko przypominała jej o tym, że tak nie jest. Oplatała wokół niej swoje czarne macki i zaczynała dusić.

Nie chciała płakać, nie powinna teraz płakać, ale wypełniało ją poczucie bezsilności. Czuła ciężar na klatce piersiowej, nie sądziła, że to szybko minie. Jak mogłoby minąć? Nie powinni byli pojawić się u Corio, to zdecydowanie nie było dobrym pomysłem, nie była gotowa, aż na taką konfrontację. Zabolało ją to, uderzyło w Geraldine bardzo mocno. Nie miała pojęcia ile będzie w stanie jeszcze znieść i czy właśnie znajdowała się na granicy, powinna się przygotować na to, że to nie był koniec, za każdym razem, gdy myślała, że jest źle los udowadniał jej, że może być jeszcze gorzej.

Musieli wrócić do domu, to nie mogło ich ominąć, bo przecież zaczęli ponownie wić tu sobie gniazdko, może zupełnie nie świadomie, ale czym innym było sprowadzenie tutaj zwierząt? Nie mówili tego głośno, ustalili, że potrzebują chwili, że niedługo stąd znikną i każde pójdzie w swoją stronę, mimo to dzisiaj rano pojawili się tutaj ze swoimi podopiecznymi.

Nie miała pojęcia, co robiła ze swoim życiem. Nie mogła wrócić do domu, zresztą uprzedziła Astarotha, że nie będzie jej kilka dni, teraz miałaby wrócić jak gdyby nigdy nic?

Gdy pojawili się w Whitby dosyć szybko zamknęła się w sypialni, jednak czuła, że obecność w zamkniętym pomieszczeniu zaczęła ją przytłaczać, dlatego też wyszła na zewnątrz. Potrzebowała świeżego powietrza, liczyła na to, że ono pomoże jej się nie udusić.

Sama nie miała pojęcia, czy bardziej jest zła, czy smutna. Zła na siebie, bo po raz kolejny przekroczyła granicę, znowu uderzyła bardzo precyzyjnie, chociaż nie powinna tego robić. Nie chciała zachowywać się w ten sposób, ale poczuła się niepewnie, kiedy Roise na pytanie Corneliusa wspomniał o tym, że to to się zdarzyło, i nie było mowy o wielkich powrotach, to w nią uderzyło, mimowolnie, chociaż przecież niczego jej nie obiecywał.

Później było tylko gorzej, postanowiła mu pokazać swoje zdanie na ten temat, sięgnęła chyba po najgorszą metodę z możliwych, wyjątkowo mieli publikę, raczej nie zachowywali się w ten sposób przy innych, ale dzisiaj pękła. To, co powiedział Corio, a w sumie to, co powiedział sam Ambroise, po tym jak został podstawiony pod ścianą, cóż, przygniotło ją to.

Nie miała pojęcia o tym, co wydarzyło się w zeszłym roku. Nie zakładała, że mogło być z nim tak źle. Właśnie, jej sposób myślenia po raz kolejny ją zawiódł. Chciał się zabić, właściwie to nawet to zrobił. To było przytłaczające. Nie szukała go wtedy, nie próbowała znaleźć odpowiedzi na pytanie dlaczego ją zostawił, a on w tym czasie upadł tak nisko, że chciał zniknąć na zawsze. To oni mieli być razem do usranej śmierci, nigdy nie zakładała, że któreś z nich będzie tak bardzo zdesperowane, żeby samemu odebrać swoje życie.

Alkohol, który wypiła u Lestrange'a nieco mieszał jej w głowie, jakby aktualnie i tak wszystko i samo się tam nie motało.

Usłyszała kroki, nie musiała się odwracać, aby wiedzieć, że Roise pojawił się za nią. Nie mogła się tutaj spodziewać kogoś innego. Nie miała pojęcia, co właściwie miała mu powiedzieć, to było dużo, to czego dzisiaj się dowiedziała rozdarło jej resztki serca.

Przyglądała się tej wydrze, która się przed nią pojawiła. Był to jeden z ich gestów, po który sięgali próbując wybadać grunt. Przyglądała się jej przez chwilę, po czym odwróciła się do niego. Wpatrywała się w mężczyznę dłuższą chwilę, po czym zaprosiła go do siebie ruchem ręki, chociaż nie miała pojęcia, co powinna mu w tej chwili powiedzieć, do czego zmierzali, czuła, że to raczej było zakończenie tego, co tutaj robili przez te kilka dni.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#3
31.01.2025, 13:17  ✶  
Obawiał się. Może nie zamierzał tego przyznać, jednak wbijając wzrok w sylwetkę dziewczyny, mimowolnie spodziewał się odtrącenia wyciągniętej dłoni. Braku reakcji. Wpatrywania się w fale tak długo aż po prostu musiałby odejść, bo nie zamierzał przekraczać i tych granic.
Tak. Mógłby to zrobić. Od razu do niej podejść. Wepchnąć się w jej samotny moment. Tyle tylko, że co by z tego miał? Zawsze sięgając po to, czego chciał (lub przynajmniej tak sobie mówiąc) tym razem, gdyby tego nie pragnęła i tak odszedłby z pustymi rękami.
Nie mógł zmusić Geraldine do tego, by się z nim pożegnała. Tak jak nie mógł zmusić jej do zrozumienia wszystkiego, co się działo. Szczególnie, że sam się w tym gubił. Z dnia na dzień coraz bardziej.
Mimowolnie zaczerpując powietrza, gdy dostrzegł ruch Geraldine, wyłącznie resztkami sił nie ugiął się pod intensywnością jej spojrzenia. Tym razem jednak nie odpowiedział tym samym. Spojrzał na nią, później przeniósł wzrok na fale i na piasek, chowając różdżkę do kieszeni i dopiero wtedy znów zawieszając wzrok na Yaxleyównie.
Wystarczył ten ruch ręki.
Kiwnął głową. Podszedł.
Kiedy siedzieli tu po raz ostatni, te kilka dni wcześniej tuż po opuszczeniu leża dopplegangera, znajdowali się w zupełnie innym miejscu. Nie fizycznie, choć gdyby zwracał uwagę na takie szczegóły, pewnie to też miałoby jakieś znaczenie. Teraz usiedli zdecydowanie mniej osłonięci od wiatru miotającego włosami Geraldine we wszystkie możliwe strony. On sam profilaktycznie związał swoje. W tym momencie czując chłodne podmuchy na twarzy i bardzo powoli wciągając świeże powietrze do płuc.
Kiedy siedzieli tu po raz ostatni, te kilka dni wcześniej po opuszczeniu leża dopplegangera, znajdowali się w zupełnie innym miejscu. Mentalnie. Na to zwracał teraz uwagę. Myśląc o tym, czy aby na pewno było w ten sposób? Wtedy też panowała między nimi gęsta, niemalże namacalna cisza, której nie przerwało żadne z nich. Nie wiedzieli, co przyniosą następne godziny. Co tak właściwie robili w Piaskownicy, co robili tuż obok siebie nawzajem. Kim dla siebie byli.
Przypadkowymi uczestnikami tych samych trudnych wydarzeń? Nie. Sojusznikami? Nie. Przyjaciółmi? Do tego też nigdy nie mogli wrócić. Odpowiedź powinna sama nasuwać się na myśl. Byli dla siebie przeszłością. Tyle tylko, że przeszłość nie zachowywała się w ten sposób. Tak, miała paskudną tendencję do rozgrzebywania ran. Szczególnie tych nie zasklepionych a tych mieli najwięcej. Jednak nie tworzyła nowych.
Zaś oni niemal nieustannie się ranili. Nawet jeśli tego nie chcieli, wystarczyła chwila, aby zadać nieprzemyślany cios odbijający się rykoszetem w ich oboje. To nie było jednostronne zadawanie bólu. Niemal od razu miało swoje zwrotne konsekwencje. A przecież nie powinno tak być. Skoro nie chcieli się krzywdzić (a wiedział, że nie chcieli) to czemu znowu to sobie robili?
Poprzedni dzień był znacznie piękniejszy niż ten teraz. Nie mogli powiedzieć, że wszystko było wtedy łatwe, lecz z pewnością było łatwiejsze. Świeciło słońce. Teraz z nieba spadała wilgotna mżawka oblepiająca sobą wszystko dookoła. Promienie słoneczne raz na jakiś czas przebijały się przez chmury, tworząc pasma padające na wzburzone stalowoszare fale. Spienione kolosy obijały się o klify, podczas gdy oni odbijali się od ciszy. Od niewidzialnej ściany. Muru powstającego między nimi.
Teraz nie był jeszcze tak gruby jak mógłby się zdawać. Miał może dwadzieścia, może dwadzieścia pięć centymetrów. Tyle, ile dzieliło ich od siebie, gdy Ambroise usiadł na piasku. Wciąż jeszcze sypkim. Mżawka musiała nadejść niedawno. Być może chwilę po tym jak wrócili do domu?
Nie zwracał uwagi na takie rzeczy, gdy pojawili się w Whitby, bezmyślnie sprawdzając, że dawno nakładane zabezpieczenia przed teleportacją przestały działać. Byli w stanie pojawić się tuż przy schodkach na ganek, od razu wchodząc do domu. Do zwierząt. Dwóch psów, bo kot oczywiście nie raczył pojawić się przy drzwiach.
Roise niemal machinalnie podklepał oba po łbach, później starając się ignorować ich obecność. Nie przez to, że nie chciał, żeby tam były. Przez to, że ich widok stanowił jednoznaczny widok tego jak bardzo ponownie spierdolili sprawę. Tego, że czas mijał nieubłaganie. Tego, że to kiedyś była ich wspólna wizja, teraz wyłącznie życie Geraldine. Tego, że jeszcze rano mieli faktyczny zamiar pozostać tu na dłużej. Teraz?
Nie bez powodu usiadł obok dziewczyny, nie tuż przy niej i nie za nią. Nie objął jej bez słowa. Nie dał jej oprzeć się o jego ciało a sam sobie wesprzeć brody na jej głowie. Nie przycisnął ust do jasnych włosów. Nie osłonił ukochanej przed chłodnym wiatrem. W ciszy zajął miejsce te cholerne dwadzieścia, dwadzieścia pięć centymetrów od niej. Bez słowa. Brakowało mu teraz słów.
Jak mieli rozmawiać o tym, co się stało? To nigdy nie było łatwe, jednak teraz wydawało się wręcz niemożliwe. Zwłaszcza po tej nocy. Po długim późnym wieczorze, jaki nastał tuż po tamtym liście. Cain Bletchey nie żył. Pogrzeb odbył się wiele dni wcześniej, ale poturbowana sowa dotarła z opóźnieniem. Musieli się nią zająć, by i ona nie podzieliła nieszczęsnego losu. A potem...
...potem nie było dobrze.
Tak właściwie, od tamtego czasu wszystko zaczęło stopniowo coraz bardziej się rozsypywać. Zupełnie tak, jakby los nagle sobie o nich przypomniał. Wcześniej byli w stanie umknąć jego spojrzeniu. Na chwilę zawisnąć gdzieś pomiędzy czasem a przestrzenią.
Czy wili tu sobie gniazdko? Być może. Sam nie wiedział, bo choć jednocześnie trwał przy postanowieniu, że cokolwiek się między nimi działo, nie mieli zagwarantować sobie żadnej przyszłości. To zarazem zachowywał się zupełnie inaczej. Lżej, luźniej, szczęśliwiej. Momentami być może nawet nieroztropnie.
Mogłoby się zdawać, że czyny, nie słowa zawsze były dla nich ostatecznym wyrazem intencji. A ich czyny wskazywały na coś wręcz brutalnie kontrastującego z deklaracjami. Ze słowami, które może zbyt twardo, nazbyt pochopnie wypowiedział na korytarzu w mieszkaniu przyjaciela. Nie chciał zranić nimi Geraldine, tym bardziej, że siebie też nimi ranił. To było nie do rozdzielenia.
W przeciwieństwie do nich, bo oni bardzo szybko zaczęli coraz bardziej odcinać się od siebie nawzajem. Tym razem publicznie. Na oczach kogoś trzeciego. Ciskając kolejnymi pochopnymi słowami zakończonymi tym przeklętym wyznaniem. Choć może to był wyrzut? Nie chciał, żeby to tak brzmiało. Zwłaszcza po tym wszystkim, co stało się w ostatnim czasie.
Ta tajemnica miała nigdy nie wypłynąć. Najwidoczniej w tym wszystkim, co nim targało... ...zarówno teraz, jak i wtedy... ...całkowicie zapomniał o tym, że ich wzajemne sekrety miały tendencję do wypływania na wierzch. Niekontrolowane najczęściej w najbardziej nieodpowiednich momentach. Zupełnie takich jak tamten wtedy.
Teraz było cicho. Przejmująco cicho. Przymknął oczy, nie otwierając ust. Nic nie mówiąc, bo co miałby powiedzieć? Że przeprasza? Że jest mu przykro? Że to wszystko nie było takie jak mogło się zdawać? Słowa już padły. Ciosy zostały zadane.
Niemal tak, jakby każdy gwałtowniejszy ruch mógł całkowicie pogrążyć ich w bagnie, bardzo powoli przesunął dłoń po piasku...


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#4
31.01.2025, 15:09  ✶  

Yaxleyówna nie miała pojęcia, czego powinna się spodziewać. Sama zachowała się w stosunku Roisa dość nisko, chciała go zranić, uderzyć w niego jak najmocniej, tak właściwie bez konkretnego powodu. Nie spodobało jej sie to, co usłyszała, więc postanowiła odpłacić mu tym samym, może nawet czymś gorszym. Sięgając chyba po najgorszy komentarz z możliwych, tak - miała świadomość, że go to zaboli, o to jej przecież chodziło. Szkoda, że po fakcie docierało do niej, że nie powinna była tego robić. Kiedyś by się zastanowiła nad tym, czy warto, teraz miotała się sama w tym, co mieli, czego nie mieli mieć. Nie panowała zupełnie nad sytuacją, w której się znaleźli. To powodowało, że zaczynała kąsać, próbowała się bronić przed nieuniknionym, przy okazji raniąc tych, na których jej najbardziej zależało, no i uderzając też w siebie samą. To nie było szczególnie rozsądne, ale rzadko kiedy postępowała rozsądnie.

Nie wiedziała, czy jest gotowa na kolejną rozmowę, raczej skłaniała się ku temu, że nie była. Nie miała pojęcia, co miałaby mu właściwie powiedzieć. Jak w ogóle powinna się zachować w tej sytuacji? Przeprosić go za to, że myślała, że ma w nią wyjebane i się znudził, kiedy on zamiast tego znalazł się na skraju i próbował odebrać sobie życie? Właściwie z tego, co powiedział Corio to chyba nawet mu się to udało, na chwilę. Nie chciała o tym myśleć, wolała się w to nie zagłębiać, bo czuła, że może to ją doprowadzić do płaczu, zazwyczaj płakała z bezsilności, dzisiaj już też uroniła sporo łez, nim zebrała się w sobie.

Nie chciała jednak ignorować jego obecności. Nie umiała tego zrobić, może nie była jeszcze gotowa na to, by spojrzeć mu w oczy, ale mimo wszystko udało jej się na tyle się ogarnąć, że dała mu znać, że nie ma nic przeciwko temu, żeby się do niej dosiadł. Tyle, że co dalej? Nie wiedziała. Czuła, że zmierzają ku tej chwili, kiedy któreś z nich głośno powie to, co było nieuniknione.

Jeszcze rano wydawało jej się, że mieli trochę czasu na to, aby sobie to wszystko ułożyć, tyle, że właściwie to od samego początku nie było czego układać. Nie mieli mieć żadnej przyszłości, na pewno nie razem, mówili to w głos, powtarzali sobie, żeby przypadkiem za bardzo się w tym nie zatracili, tyle, że zachowywali się zupełnie inaczej, sprowadzili tu zwierzaki, to samo w sobie było znakiem, że raczej nie mieli zamiaru się szybko stąd zbierać.

Teraz jednak wszystko trafił szlag. Niby im na sobie zależało, niby się kochali, niby się o siebie troszczyli, ale również jak nikt inny potrafili sobie dopierdalać, czyż nie? W przeciwieństwie do tego, co mieli kiedyś, teraz w tym też się nie hamowali. Wręcz przeciwnie, tutaj również zniknęły wszelkie granice.

Sytuacja, w której się teraz znaleźli była podobna do tego, co wydarzyło się wtedy, gdy wrócili tu po wizycie w jaskini, tyle, że Roise tym razem usiadł nieco dalej, nie zbliżył się do niej. Cóż, nie dziwiła mu się wcale i tak zaskoczyło ją to, że się tutaj pojawił, a nie odszedł bez słowa.

Wpatrywała się w fale, które uderzały o brzeg, nie przeszkadzała jej zupełnie ta mrzawka, która powoli zaczynała zamieniać się w deszcz, już nie ciepły i letni, bardziej jeden z tych jesiennych i zimnych. Lato odchodziło w zapomienie, liczyła na to, że jesień przyniesie jej nieco nadziei, ale chyba te myśli też powoli zaczynały odchodzić. Ten początek września okazał się być bowiem mocno skomplikowany, nie zakładała, że tak będzie, nie tego się spodziewała. Liczyła na to, że po tym, jak zniszczy dopplegangera jej wszystkie problemy znikną niczym jak przez dotknięcie czarodziejskiej różdżki, niestety tak się nie stało, wręcz przeciwnie - było tylko gorzej.

Nie wiedziała, czy milczenie nie jest lepsze, chyba jeszcze nie była gotowa na to, by usłyszeć, że to faktycznie miał być ich koniec. Nie spodziewała się niczego więcej, to raczej nie miało mieć miejsca, nie po tym, co dzisiaj zaszło. Nie miała pojęcia, czy powinna w ogóle poruszyć ten temat, który się pojawił, chociaż miała wiele pytań. Czy naprawdę uważał, że to było lepszym rozwiązaniem, niż pozwolenie jej się zaangażować w jego sprawy? Jak bardzo źle z nim musiało być, że podjął taką decyzję? Jasne, tamten czas dla niej również nie był łatwy, jednak nie pomyślałaby o tym, żeby zrobić coś takiego. Zastanawiała się, co wtedy czuł, co się z nim działo. Była na siebie zła, że nie było jej przy nim, kiedy było z nim najgorzej. Nie była jego oparciem, gdy najbardziej tego potrzebował. To bolało, bo przecież obiecali sobie, że będą razem do usranej śmierci, a śmierć miała nadejść wtedy, kiedy nie było jej obok niego.

Nie przysunęła się bliżej, nie chciała przekraczać wyznaczonej przez mężczyznę granicy, wyjątkowo zupełnie nie miała pojęcia, jak właściwie powinna postąpić. Zawsze znajdowała jakieś rozwiązanie, mniej lub bardziej odpowiednie. Aktualnie? Miała w głowie pustkę. To wszystko, co się wydarzyło ją przytłoczyło, nie potrafiła się w tym odnaleźć. Siedziała więc i patrzyła się w eter. Czy powinna się odezwać? Pewnie wypadałoby, tyle, że brakowało jej słów, nie chciała go znowu przepraszać za to, że była podła i chciała go zranić, ileż razy mogła to bowiem robić?

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#5
31.01.2025, 16:49  ✶  
Milczenie zawisło między nimi jak ciężki woal. Niczym powoli opadająca kurtyna. To miał być koniec, prawda? Ostateczne zakończenie nie tylko odchodzącego lata, lecz także wszystkiego, co mogłoby się zdawać, że zaczęli zbierać. Cegiełka po cegiełce, ostatnie dwa dni pokazały, że w dalszym ciągu potrafili to robić. Umieli być szczęśliwi, zachowywać się przy sobie tak swobodnie jak przez niemal wszystkie lata, które razem spędzili.
Tyle tylko, że w tym momencie coraz wyraźniej ukazywały się te pomijane szczegóły obrazu. Im dłużej się w niego wpatrywali, tym więcej elementów dostrzegali. Co z tego, że zbierali coś w pozorną całość, jeśli nie robili tego na zawsze? Dokładali kolejne cegiełki, nie wypalając ich uprzednio? Lepiąc je na dobre intencje i słowa wydające im się słuszne?
To były raczej zamki z piasku. Kruche budowle gotowe rozpaść się w podmuchach wiatru niczym piaskowa wydra, którą posłał w kierunku Geraldine. Zareagowała. Pozwoliła mu się do siebie zbliżyć. Przynajmniej fizycznie, bo mentalnie znowu byli od siebie oddaleni o setki mil. Ponownie znaleźli się na skraju. Każde z nich zawieszone na swojej własnej krawędzi nad przepaścią.
Wiedział to. Zdawał sobie sprawę z tego, że dla obojga było to niemalże tak samo trudne. Byli do siebie zbyt podobni. Zbyt uwikłani w cokolwiek, co ich łączyło, teraz równocześnie ich od siebie oddzielając. W to, co kiedyś nazywali miłością. W to, co w dalszym ciągu nią było, tyle tylko, że gdzieś po drodze nabrało znacznie trudniejszego, bardziej gorzkiego wydźwięku.
Nie chciał myśleć o tym w ten sposób, jednak gdzieś w głębi duszy obawiał się, że ten moment kiedyś nadejdzie. Przez wiele lat świadomie stronił od podejmowania jakichkolwiek prób zbliżenia się do drugiej osoby. Nie potrzebował zobowiązań, nie potrzebował zmartwień, nie potrzebował tego wszystkiego, co na tamtym etapie życia wydawało mu się wyłącznie przeszkodą w osiągnięciu jakiegoś wyższego celu. Nieokreślonych korzyści, mitycznej całkowitej niezależności.
Wszystkiego, co teraz nie miało już dla niego najmniejszego znaczenia. Utraciło je w pierwszej chwili, gdy spojrzał w parę niebieskich oczu, odnajdując w nich wszystko, czego tak naprawdę pragnął. Być może to było ckliwe. Miękkie, żenująco sentymentalne. Może nie pasowało do obrazu człowieka, którym był, ale w pewnym momencie przestał zwracać na to uwagę.
Jasne. W dalszym ciągu potrafił żachnąć się na nazwanie go tkliwym czy rozrzewnionym. Nie okazywał skłonności do popadania w nostalgię czy melancholię, zazwyczaj potrafił utrzymać twarz. A jednak bywały takie momenty jak tamten na wrzosowisku, gdy świat był jeszcze piękny.
Leżeli nago na kocu rozłożonym pośród kwitnących krzewów. Chmury na niebie zwiastowały nadejście jednej z ostatnich letnich burz a on myślał o przyszłości. Snuł plany, nawet jeśli z pozoru skupiał się na kolejnej nudnej konferencji. Kolejnym bezsensownym temacie, jeszcze jednym niepowodzeniu w życiu, bo gdzie znalazł się od tamtego momentu?
Nigdzie. Był dokładnie tam, gdzie znajdował się tamtego lata. Przynajmniej na płaszczyźnie zawodowej, która w tamtym momencie jeszcze wydawała mu się całkiem istotna. Już nie z perspektywy chęci osiągnięcia wielkiego sukcesu zawodowego. To powoli odchodziło, nie było już tak wysoko na liście jego priorytetów.
W tamtym momencie chciał tej stabilności z uwagi na coś zupełnie innego. Na ostrożne plany dorosłego człowieka. W swoim życiu sądzącego wiele drzew. Czyniącego niezliczone naprawy w domu, który kupili. Tak liczne, że poniekąd przez lata postawili go na nowo. Pozostały tylko te dwie rzeczy, których pragnął. Dwa coraz głębsze pragnienia. Byli tak blisko przeprowadzenia obu rozmów.
A potem taśma została zerwana. Nie dało się jej ponownie połączyć, nie w jego oczach, w których od tamtego momentu wszystko zaczęło się rozmywać. Nie istniała możliwość zlepienia ze sobą drobnych kawałków. Powrotu do czegoś, co kiedyś wydawało się wieczne.
Czymże była jednak wieczność wobec tego, co się stało? Wobec nowej rzeczywistości? Tej, w której nic nie było już stałe? Wszystko mogło rozpaść się w przeciągu zaledwie kilku sekund. Długie lata miłości, wspólne plany, nadzieje. Wieczność, nawet jeśli nadal istniała przestała mieć słodki smak.
W tym momencie na plaży. W porywach chłodnego wiatru i mżawce powoli przeistaczającej się w tamten londyński deszcz. Na piasku z widokiem fal rozbijających się o brzeg. Wieczność miała wyłącznie posmak samotności. Wiecznej pustki, ale nie zapomnienia. Nie dało się zapomnieć o tym, co kiedyś było całym światem, prawda?
Szczególnie, gdy nadal miało się go niemalże na wyciągnięcie ręki. Jego cały świat. Promyk słońca jaśniejszy od tych, które rozmyły się wyparte przez coraz gęstsze chmury. Promyk słońca, który teraz też gasł. A on czuł się winny.
Temu wszystkiemu, co się działo. Nie tylko teraz, lecz przez te wszystkie lata. Wypalonym nadziejom, straconym szansom. Niespełnionym marzeniom, złamanym obietnicom. Temu wszystkiemu, co nigdy by się nie stało, gdyby posłuchał tamtych bolesnych, ale prawdziwych słów. Na niektóre ścieżki wkraczało się samotnie. Niektóre drogi musiały takie pozostać. Nie można było zmienić zdania, nie ponosząc konsekwencji a on...
...to powinny być wyłącznie jego koszty. Tymczasem ponosili je oboje. Czy mógł się czuć zły, czy mógł być rozczarowany, gdy nawet na niego nie spojrzała? Kiedy przeniosła wzrok na horyzont, ignorując jego dłoń wyciągniętą na piasku. Minuta. Po minucie musiał pojąć, co to oznacza.
Dureń, idiota, sentymentalny mięczak. Pojawiając się na plaży z myślą o pożegnaniu, jednocześnie podświadomie nadal się miotał. Nie chciał stąd odchodzić. Kiedy zareagowała na ten pierwszy gest, pozwolił sobie na...
...na co właściwie?
I czy to w ogóle miało jakieś znaczenie?
Odtrąciła jego próbę nawiązania kontaktu. Próbę zrobienia czegoś pierwszy raz od dawna zupełnie w zgodzie ze sobą. Nie w zgodzie z tym, co było właściwe, bo słusznością byłoby zabranie stąd resztki swoich rzeczy i zniknięcie. To spierdolenie, gdy było trudno, które mu zarzucała. To byłoby słuszne.
To teraz? Egoistyczne.
Cofnął rękę, spoglądając na swoje puste palce. Śledząc ich drogę z powrotem na kolano, jakby nie należały do niego. To było wymowne, czyż nie? Odtrąciła jego próbę nawiązania kontaktu fizycznego. Czegoś, co było jednym z filarów ich relacji. Tego, co zazwyczaj przychodziło im znacznie łatwiej i bardziej instynktownie niż jakiekolwiek słowa. Teraz to także zaczęło zanikać.
To było jak siarczysty policzek. Nie zdarzyło się niemalże nigdy wcześniej. Nawet podczas najbardziej zaognionych kłótni kończących się w tym miejscu, w podobnych okolicznościach, w chwilach, kiedy bez słowa nawiązywali ten pierwszy ostrożny dotyk. Muśnięcie dłoni, splecione palce, bok przy boku, głowa oparta o ramię, niemalże niewyczuwalny delikatny pocałunek złożony we włosach.
Kiedyś to było znacznie łatwiejsze.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#6
31.01.2025, 23:51  ✶  

Yaxleyówna wpatrywała się w fale, które uderzały o brzeg, zabierały ze sobą piasek, nie pozostawiały po sobie niczego. Siały zniszczenie. Cóż, ona postępowała podobnie. Niby Corio zwrócił jej uwagę, żeby wzięła się w garść, ale jakoś nie potrafiła tego zrobić. Miała wrażenie, że faktycznie tak jest, że zachowuje się jak te fale - sieje zniszczenie, zabiera ze sobą wszystko. Nie czuła się z tym dobrze, nie chciała być takim człowiekiem, jakoś nie potrafiła jednak zachowywać się inaczej. Chyba faktycznie była popsuta.

Nie zauważyła ręki mężczyzny, która znalazła się na piasku, która prosiła się o to aby jej dotknąć. Nie zrobiła tego celowo, nie, nie postąpiłaby w ten sposób, ale po raz kolejny za bardzo dała się ponieść swoim emocjom i uczuciom, aby dostrzec to, co działo się wokół niej. Wpatrywała się w fale, to ją aktualnie zajmowało.

Czuła, że to, co sobie dawali miało się zakończyć. Nie chciała tego, przecież nie bez powodu zabrała tutaj dzisiaj swoja psią ferajnę, nie bez powodu zostawiła Astarotha bez większych wyjaśnień. Chciała być tutaj, z nim. To było niezaprzeczalne. Dlaczego więc sięgała po te słowa, dlaczego go raniła? Próbowała się bronić, temu nie dało się zaprzeczyć, próbowała pokazać, że wcale jej nie zależy, chociaż ślepy dostrzegłby, że wcale tak nie jest. Znowu to robiła, znowu zaczynała przyzwyczajać się do jego obecności. Nie do końca odpowiadało jej to, do czego to sprowadził. Mimo, że przecież mówił prawdę, to miało być niczym. Tylko i wyłącznie chwilowym zapomnieniem, może powrotem do przeszłości, chociaż raczej nie do końca. Rany, które sobie zadawali były świeże, zmieniło się też ich podejście, byli w tym ze sobą wyjątkowo szczerzy, to nie było to co mieli kiedyś. Pomimo miejsca pełnego wspomnień, w którym teraz się znaleźli.

Brakowało jej tego, co mieli. Brakowało jej tej beztroski. Szczególnie teraz, gdy dowiedziała się o tym wszystkim. Ciężar, który poczuła na piersi nie chciał jej opuścić. Nie powinna była dowiadywać się o tym w ten sposób, z drugiej strony inaczej pewnie nigdy nie miałaby świadomości o tym, co zrobił Roise. Corio to potwierdził, wspomniał o czterech minutach, kiedy on był martwy, czyli to nie było tylko rozważanie na temat zakończenia swojej egzystencji, on to zrobił. Zabił się. Nie mogła znieść tej myśli. Jakim chujem mogła zakładać, że bawi się wyśmienicie, że się nią znudził, że chciał od życia czegoś więcej? Nie miała pojęcia. Nie chciała się sama przed sobą usprawiedliwiać. Była ślepa i głupia, mogła zareagować, mogła go odszukać, zapytać, ale tego nie zrobiła. Nie powinna była o tym myśleć, dotarło do niej, że gdyby nie Cornelius, to Ambroisa by z nią teraz tutaj nie było. Czy wiedziałaby, że odszedł, czy poczułaby to, że zniknął, i nie pojawi się już nigdy więcej? Nie umiała sobie wyobrazić świata bez niego. Nie panowała nad tym, pojedyncza łza popłynęła po jej policzku.

Nie potrafiła zrozumieć dlaczego sięgnął po takie metody, zamiast po prostu wrócić do niej, nie umiała znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Mieli być razem do usranej śmierci, to prawda, ale nie sądziła, że którekolwiek z nich sięgnie po to przy rozstaniu. To było przytłaczające, miała do siebie ogromne wyrzuty sumienia. Litha, Corio wspomniał, że to była Litha, co ona wtedy robiła? Nie miała pojęcia, była w takim ciągu alkoholowym, że tamten czas jej się rozmywał, nie była w stanie odnaleźć pojedynczych dni. Nie umiała tego zrobić.

Mieli problem ze słowami. Od zawsze. To było niezaprzeczalne. Jakże więc teraz niby miałaby sięgnąć po słowa? Co miała mu powiedzieć? Nie miała pojęcia, wiedziała, że nie chciałaby jeszcze opuszczać tego miejsca, pomimo tej melancholii, którą ze sobą tutaj przynieśli. Tak naprawdę nie miała gdzie pójść, co ze sobą zrobić, nie było dla niej miejsca w tym świecie, to też bolało. Nie spodziewała się, że skończy w ten sposób. Aktualnie niby nie była samotna? tyle, czy na pewno. Zaczęli znowu się odgradzać, budować wokół siebie mury, których pewnie już niedługo nie da się przekroczyć, będzie zbyt późno, a jeszcze wczoraj, jeszcze wczoraj wydawało jej się, że widziała jakąś nadzieję. Jak szybko to wszystko mogło się zmienić.

Nie przywykła do tego, że dystansowali się również fizycznie, raczej nigdy tego nie robili, pierwszy raz zdarzył się tutaj ostatnio, po tej rozmowie, którą odbyli, wcześniej nawet jeśli dochodziło do kłótni znajdowali się obok siebie. W ten sposób wyrażali wszystko - gestem, to nigdy nie były słowa. Tyle, że teraz nawet nie miała możliwości, aby oprzeć swoją głowę na jego ramieniu, usiadł dalej - jakby chciał, aby pojawił się między nimi dystans. Tyle, że ona nie była co do tego szczególnie przekonana, nie chciała się żegnać, jeszcze nie teraz, chociaż to wydawało się właściwe, podejrzewała, że każde z nich potrzebuje czasu, aby przetrawić to wszystko, co się im przydarzyło.

- Zamierzasz odejść. - Stwierdziła, nawet nie pytała, czuła, że do tego zmierza. Ton jej głosu był raczej chłodny, po prostu zauważyła fakt, jaki go tutaj sprowadzał. Czuła, że do tego zmierzają. Cóż, nie dziwiło jej to wcale, nie mogła mieć o to pretensji, niestety czuła, że to nie będzie łatwe. Będzie musiała tu zostać, sama. Nigdy wcześniej tego robiła, nie miała pojęcia, czy właściwie jest na to gotowa, zapewne to się dopiero okaże.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#7
01.02.2025, 01:26  ✶  
Mógłby nie patrzeć na Geraldine. Tak jak ona spoglądając na horyzont w kierunku fal rozbijających się o podwodne kamienie. W stronę, gdzie głębia powoli na powrót stawała się płycizną. Tą samą, na której stali wiele lat temu, pierwszy raz obserwując migoczące tam fluorescencyjne punkciki. Jeszcze nie wiedząc, że pojawiały się zawsze o tej samej porze roku. Niemalże co do dnia. Błyszcząc przez niemal równo tydzień, po czym znikając na kolejne miesiące. Wtedy rzeczywiście mieli szczęście zobaczyć je w pełni swej krasy. Później też to robili, ale żadna z tych chwil nie była tak piękna jak tamta.
Mieli za to wiele innych momentów wartych zapamiętania. Tych wszystkich dobrych wspomnień. Szczęśliwych chwil spędzonych tuż obok siebie. Razem byli w stanie odnaleźć nawet cząstkę stabilności w świecie pogarszającym się w chaosie. Na ogół to wystarczało. Czasami nawet aż nadto. To, że po prostu byli tuż obok siebie, trwali przy sobie niezależnie od okoliczności. Wiedząc, że mogli na siebie liczyć, że mogli sobie zaufać.
Teraz to już nie istniało a on? Im dłużej myślał o słowach rzuconych wtedy w salonie Corneliusa, tym bardziej zastanawiał się, czy to rzeczywiście wyglądało w ten sposób. Czy słowa Yaxleyówny były czymś w rodzaju karmy? Pokrętnego odbicia jego własnego podejścia do wszystkiego, w co nie chciał jej angażować? Czy przez te wszystkie lata rzucał ku niej podobne słowa?
Starał się tego nie robić. Usiłował wyjaśniać. Przynajmniej na tyle, na ile mógł to robić. Mówić o swoich powodach, dla których trzymał ją z daleka od części rzeczy, w które sam się angażował. Nie wydawało mu się, aby obdarzał ją przy tym stwierdzeniami na miarę przyczepienia się do niego. Nie chciał wytykać jej wymuszania. Czegoś, co ona zasugerowała, że zrobił wbrew jej woli.
Ale to było prawdą, czyż nie? Samowolnie zaangażował się w całą sytuację. Wszedł w nią z butami. Pojawił się dosłownie znikąd i co tak właściwie ze sobą przyniósł? Jaka była jego rola w tym całym przedsięwzięciu? Nie wątpił, że poradziliby sobie bez medyka. Bez kogoś, kto tak właściwie nie wniósł w sprawę nic poza gniewem i goryczą. Bez kogoś, kto zawiódł przyjaciela, jednocześnie wcale nie wspierając przy tym ukochanej.
Wyszli stamtąd, lecz to w żadnym razie nie było jego zasługą. Nie zamierzał jej sobie przypisywać. To Rina wykazała się tam swoimi umiejętnościami. To ona pokazała mu je drugi i trzeci raz podczas ich pobytu w Piaskownicy. I ten czwarty w Lesie Wisielców. Piątego nie liczył, choć gdyby tylko ponownie zająknęła się przy nim odnośnie tamtej teleportacji, byłby w stanie powiedzieć jej, że po tym wszystkim i tak sobie poradziła. Żadne z nich nie doznało urazu, nie trafili w złe miejsce w Kniei. Mieli inne opcje.
Te, które na początku wydawały się dobre. Te, które ostatecznie ich pogrążyły.
Mieli tu wrócić. Czynili nieświadome plany. W żadnym z nich nie było miejsca na unikanie dotyku. Na żal i gorycz. Na te pierwsze ciche słowa, na które coś w piersi Ambroisa ścisnęło się tak boleśnie, że przez jego twarz przeszedł nieudolnie powstrzymywany grymas.
Chłód w jej głosie był zrozumiały, ale wciąż bolał.
A więc to już?
- Zamierzam - musiał to powiedzieć, nawet jeśli to nie było wystarczające - tylko to jedno słowo ledwo przeszło mu przez usta.
Nawet nie próbował tego rozwijać. Nie chciał tłumaczyć, dlaczego to było drugą najlepszą rzeczą, jaką mógł teraz zrobić (pierwsza rozmyła się we wczesnojesiennym londyńskim deszczu). Nie planował również powracać do tamtych słów wypowiedzianych w Londynie. Nie chciał być pasywno-agresywny. Po tak długim czasie odgryzać się za słowa, które już nie miały znaczenia.
W gruncie rzeczy przecież mówiła prawdę, czyż nie? Znikał i odchodził. Spierdalał. Od wielu miesięcy czuł się tak, jakby to faktycznie było jego nową domeną. Tak wtedy tamtej wiosny, jak również w Kniei Godryka na widok widma zabijającego jednego z ich przodków czy z leża dopplegangera, który tylko prawdopodobnie został zniszczony. Nie upewnili się całkowicie.
W słowach Riny tkwiła naprawdę bolesna prawda. Jedna z najtrudniejszych do przełknięcia. Coś, czego bał się przez lata, nawet nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Nie chciał być swoją matką. Nie chciał być swym ojcem cały czas jeżdżącym po świecie, praktycznie nie bywających w domu. Chciał być sobą. Człowiekiem biorącym odpowiedzialność za swoje czyny. Za ludzi, których kochał. Chciał przy nich być...
...być przy Geraldine. Nie tak jak teraz. Nie w ten sposób. Nie mając przeświadczenia, że ich świat zaraz na nowo się rozpadnie. Choć czy tak naprawdę kiedykolwiek istniał? Od samego początku mówili sobie, że to nie jest nic więcej jak tylko kilka chwil zapomnienia. Coś nietrwałego, upragnione ciepło, które potrzebowali odzyskać po tym wszystkim, co się stało. Po przejmującym ziąbie jaskini, po mackach demona sunących pod skórą, po ciemności i lękach.
Ale one wcale nie odeszły, czyż nie? Nie zniknęły niczym za machnięciem różdżki. Nie dało się ich rozproszyć przy pomocy żadnego znanego czy nieznanego zaklęcia. Choć ponownie: czy aby na pewno? Przecież istniały sposoby na to, by zapomnieć. Żeby przestać karmić się wspomnieniami. Złymi czy dobrymi. Wszystkimi.
Paradoksalnie, czuł się jednak zbyt słaby, by z nich skorzystać. To było śmieszne, to było parszywe, godne politowania. Żałosne. Jeszcze bardziej gorzkie i ironiczne, gdy wiedział o tym, co tego dnia wybiło na zewnątrz. Jak szambo wybuchające na skutek niekontrolowanego ciśnienia.
Wtedy był rozgoryczony. Siedząc na fotelu zamiast na kanapie. Sam, gdy powinien być obok Geraldine. Myśląc o widmach, Astarothcie, Iteti, Inez, dopplegangerze, Cainie. O powrocie do Piaskownicy, w której z minuty na minutę czekała na nich wyłącznie narastająca pustka. Nie spodziewał się żadnego z tamtych dwóch uderzeń. Pierwsze zakołysało jego poczuciem własnej wartości. Tym, kim chciał być. Tym, kim w rzeczywistości był. Drugie? Po drugim poczuł się tak, jakby ponownie znalazł się na tamtej krawędzi.
A przecież już tak nie było. Cokolwiek się wtedy wydarzyło, nie było decyzją podjętą pod wpływem chwili i emocji targających nim tak jak teraz. Było przekalkulowane. Zimne i przemyślane. Oficjalne, stanowcze, pozbawione porywczości, nawet jeśli to nie znaczyło, że nie bolało. Było...
...ostatecznym aktem desperacji. Pogodzenia się z losem. Głębszym i bardziej pierwotnym wyborem niż opcja, do której sięgnął teraz w swoim umyśle. Ta w teorii znacznie łagodniejsza.  W praktyce? Nie chciał tego robić, nie chciał zapominać, żyć dalej bez świadomości, że to zrobił. Nie udawać, lecz szczerze wierzyć w to, że ostatnie lata nie miały miejsca. To byłoby... ...chyba jeszcze gorsze od tamtych czerwcowych chwil.
Chciał pamiętać o tym wszystkim, co się wydarzyło. Co mieli jeszcze przez ostatnie sekundy. Siedząc we wrześniowym deszczu.
Nie rozchylił warg, nie wydał z siebie nawet najcichszego dźwięku. Ani jednego słowa. Po prostu sięgnął w tył, jednym ruchem ściągając gumkę z włosów. Oplótł ją sobie wokół palców, w milczeniu wyciągając rękę ku siedzącej przy nim Yaxleyównie. Sięgnął w tył za plecy dziewczyny, zbierając tak wiele jej kosmyków ile był w stanie zanim nie zaplątał ich w prowizoryczny kucyk. Powiewy wiatru w dalszym ciągu szarpały jej włosami, jednak przynajmniej nie wszystkimi.
To był pierwszy moment. Pierwszy pozornie nieistotny gest. Pierwsze nawiązanie kontaktu fizycznego po tamtej odtrąconej dłoni. Znacznie bardziej ostrożne niż kiedykolwiek wcześniej, nawet jeśli nie mógł już nic popsuć, bo wszystko i tak miało przestać istnieć. Chyba nigdy nie był wobec niej aż tak zachowawczy, tak bardzo czujny, obserwując reakcję...
...gotów zabrać dłoń. Do tego czasu jednak powolnym, ostrożnym ruchem przesuwając opuszką palca od zatkniętego za ucho kosmyka do dolnej linii rzęs dziewczyny. Na tę pojedynczą kropelkę skrzącą się na jej policzku, ścierając ją zanim całkowicie spłynęła w dół, znacząc ścieżkę goryczy na miękkiej, zaróżowionej od wiatru skórze.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#8
01.02.2025, 19:36  ✶  

Byłoby dużo prościej, gdyby na samym początku nie ustalili tego, że nie będzie się mieszać w jego sprawy. Wtedy czuła, że nie miała innej możliwości, że inaczej nie mogłaby mieć go dla siebie, bo wydawał się być bardzo stanowczy w tym, że będą istniały pewne rzeczy, o których nie będzie jej mówił. Zaakceptowała to, przynajmniej z pozoru, kiwała głową, gdy mówił o tym, że ma mu obiecać, że gdyby mu się coś stało nie będzie chciała go pomścić. Ona jednak wiedziała swoje, nigdy w życiu by nie odpuściła, prędzej, czy później by się w to wmieszała. Zresztą przecież zdarzyło się jej to zrobić, wbrew jego woli. Nie był z tego powodu szczególnie zadowolony, ale wtedy to ona się do niego przylepiła, pojawiła się w miejscu, w której miało jej nie być, aby dać mu swoje wsparcie. Miała gdzieś to, że będzie na nią wkurwiony, czuła, że mogła powinąć mu się noga więc się tam pojawiła. Nie widziała w tym nic złego. Czy powinna więc mu teraz wyrzygiwać to, że wcale nie chciała go widzieć u swojego boku w jaskini? Sytuacja była nieco inna, bo przecież nic już ich nie łączyło, więc nie powinien się interesować jej sprawami, zresztą nawet zaakceptowała to, że się tam z nią udał, chociaż ziała w stosunku do jego osoby chłodem, aczkolwiek wcale nie tak długo. Gdy zaczęło się robić naprawdę źle to tylko i wyłącznie o niego się martwiła, tylko jego losem się przejmowała, chociaż próbowała udowodnić sobie i całemu światu, że jej na nim nie zależy. Gówno prawda, to też nigdy nie miało się zmienić, bez względu na to, czy byli razem, czy osobno. On zawsze miał pozostać dla niej wyjątkowy.

Nie chciała stąd odchodzić, wydawało jej się, że potrzebuje jakichś wyjaśnień, ale czy w ogóle mogła o nie prosić? Nie powiedziałby jej o tym, co stało się w zeszłym roku, gdyby Corio nie podstawił go pod ścianą, nadal tkwiłaby w błogiej nieświadomości, zamiast tego zaczęło jej towarzyszyć poczucie winy. Po raz kolejny. Miała wrażenie, że chyba tak już działa na najbliższych, przynosząc nic więcej niż destrukcję. To było dość bolesne, ale musiała pogodzić się z tą myślą. Czy w ogóle powinna pozwalać na to, aby znowu zaczęli oswajać się ze swoją obecnością, przywykać do tego? Chyba nie, niestety i na to było już zbyt późno. Niby były to jedynie cztery dni, ale bardzo intensywne, jak mogłaby wrócić do rzeczywistości, jakby nic się nie stało.

Nie spodziewała się, że to nadejdzie tak nagle, nie była chyba jeszcze na to gotowa, czy w ogóle kiedykolwiek będzie? To też ją nurtowało, jak w ogóle mogła pogodzić się z tym, że znowu go straci. Miała wiele szczęścia, że aktualnie siedział obok niej, bo przecież było bardzo blisko tego, aby odszedł z tego świata na dobre. Wolała nie wracać do tych myśli, bo strasznie ją to przytłaczało.

- Dobrze. - Powiedziała jeszcze cicho, chociaż nic nie było dobrze. Nie powinna na to przystawać, ale co innego mieli do wyboru? Zacisnęła dłonie na swoich kolanach, wbiła w nie paznokcie. Chyba musiała się z tym pogodzić, nie tak wyobrażała sobie zakończenie ich historii.

Wiele spraw na nią czekało, jakoś ostatnio jednak nie paliła się do tego, aby się w tym utopić. Nie czuła się na siłach, chciała złapać oddech, chociaż przez chwilę poczuć, że znowu żyje, przy Roise było to możliwe, najwyraźniej jednak w końcu musiało dojść do tego nieprzyjemnego pożegnania się z tym chwilowym zapomnieniem. Nie było jej do tego spieszno, obawiała się, że jak zostanie teraz sama to demony ją pochłoną, czaiły się bowiem na każdym kroku, a przecież zabiła tego prawdziwego, niczego to jednak nie zmieniło.

Poczuła jego dłoń na swoich włosach, zebrał część z nich, dzięki czemu przestały się plątać, przynajmniej po części, bo niektóre z pasm nadal żyły własnym życiem, fruwały na tym nie do końca przyjemnym wietrze. Dopiero wtedy odwróciła się w stronę mężczyzny i na niego spojrzała. Nadal się o nią troszczył, nadal sięgał po te drobne gesty, które z pozoru nie powinny mieć żadnego znaczenia, jednak dla niej miały.

Przymknęła powieki, kiedy jego dłonie znalazły się na jej twarzy, gdy poczuła ciepło opuszków jego palców na swoim policzku. Siedział tuż obok niej, żywy, a przecież mogło go tu nie być, mogli się nigdy nie spotkać przez to, jaką decyzję kiedyś podjął. Zadrżała jej dolna warga, próbowała przestać myśleć o tym wszystkim, ale wcale jej to nie wychodziło. Miała wrażenie, że nigdy nie będzie w stanie tego przetrawić.

Rzeczywistość zaczęła ją przytłaczać, mimo, że próbowała nie myśleć o tym, co się stało, to ciągle uderzały w nią te wspomnienia. Cain, Astartoth, Roise, to było dosyć dużo na jedną osobę, nie spodziewała się, że znajdzie się w momencie, w którym z każdej strony zacznie w nią coś uderzać, jakby otaczała ją ciemność. Nie chciała się rozklejać, nie chciała być słaba, nie powinna być słaba, musiała się trzymać, ktoś musiał nieść to na swoich barkach.

Nie mogła się powstrzymać przed tym, aby przesunąć się w kierunku mężczyzny, przekroczyć tę dziwną, niewidzialną barierę, która się między nimi pojawiła, kiedy znalazł się tuż obok niej. To nie było w ich stylu, nigdy się od siebie nie dystansowali. Chciała po prostu oprzeć głowę na jego klatce piersiowej, poczuć ciepło które od niego biło, potrzebowała w tej chwili świadomości, że nie została z tym wszystkim sama, chociaż przez ten krótki moment.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#9
01.02.2025, 20:29  ✶  
Powinno mu ulżyć, że nie chciała z nim o tym dyskutować. Że nie planowała prowadzić z nim kolejnych trudnych rozmów, kłócić się o już dawno podjęte decyzje, wyrzucać mu zarówno tych niesłusznych, jak i słusznych zarzutów. A jednak mimowolnie wybijało go to z rytmu. Zbijało go z tropu, bo nie pasowało do tego, co kiedykolwiek mieli.
Geraldine nigdy nie była tak ugodowa. Nie mówiła mu dobrze i nie popadała w milczenie. Ostentacyjne ani smutne, żadne z tych. Nie to, które go wkurwiało ani nie to, które teraz sprawiało, że czuł się jak ostatni kawał chuja. Nie chciał jej krzywdzić. Nie chciał jej ranić. Jeśli miałby spróbować być z kimkolwiek szczery, sam nie do końca radził sobie z tym wszystkim, co się działo.
Był zagubiony. Milczenie nie pomagało. Urywkowe słowa nie były czymś, na co mógłby być kiedykolwiek gotowy. Warknięcia? Syknięcia? Wyrzuty? Następujące po nich ciskanie gromami z oczu? Zgoda nie mająca smaku jakiejkolwiek wygranej? Wszystko to, tylko nie to dobrze, nie milczenie.
Nie wiedział jak powinien reagować. Co powiedzieć i co zrobić. Przesunął palcami po policzku dziewczyny, ścierając z niego pojedynczą łzę i biorąc głęboki wdech. Nie wiedział jak Geraldine na to zareaguje, na ułamek sekundy zamierając, gdy się poruszyła. Spodziewał się, że mogła chcieć odejść, wrócić do wnętrza budynku, teleportować się z trzaskiem. Serce na moment zamarło mu w piersi a potem...
...to był bardzo prosty, ale cholernie odurzający gest. Coś, co zazwyczaj przychodziło im całkiem naturalnie. Czemu teraz, gdy wszystko zaczęło robić się jeszcze bardziej skomplikowane, ale też wymagające podejmowania tych wszystkich prób odzyskania stabilnego gruntu pod nogami, oni podświadomie wybierali dystans? Nigdy go między nimi nie było. To nie był ten naturalny stan, właściwe zachowanie.
Zajęcie miejsca na piasku niby blisko, a jednak całkiem daleko od Geraldine nie powinno być czymś, o czym pomyślał w pierwszej chwili. Tym bardziej, że odruchowo wcale nie chciał tego robić. To nie było coś, czego tak naprawdę pragnął. Ani tym bardziej nie coś, czego potrzebował.
Żadne z nich tego nie potrzebowało.
Gdy dziewczyna przesunęła się ku niemu, bezwiednie wyciągnął ku niej ramię, by mogła się pod nie wsunąć. Jednocześnie zsuwając z siebie cienki, wciąż jeszcze letni płaszcz, żeby bez słowa okryć nim ich głowy, tworząc coś w rodzaju prowizorycznego namiotu.
Mżawka powoli przekształcała się w całkiem siarczysty deszcz, którego drobne krople zawierały na nich w narastających porywach wiatru. Pogoda zdecydowanie nie sprzyjała spędzaniu czasu na zewnątrz. Mogłoby się wręcz zdawać, że od poprzedniego dnia minęły całe wieki.
Pomimo ponurego poranka, wczorajszy dzień spędzili w zupełnie innej atmosferze. W innym, prostszym świecie. Teraz wszystko wydawało się powracać do nowej normu - tamtej ponurej rzeczywistości, z którą mierzyli się przez ostatnie miesiące. Nie było już ciepłych podmuchów letniego wiatru ani jasnych promieni słonecznych.
Zamiast tego otaczała ich coraz gęstsza nadmorska mgła. Szarość i wilgoć. Może mu się wydawało, lecz przez dźwięk fal i kropli deszczu uderzających o wodę oraz o coraz bardziej przemakający materiał płaszcza nad nimi przebił się pojedynczy łoskot grzmotu. Brakowało im tu jeszcze tylko burzy. Tej rzeczywistej, bowiem ta mentalna trwała już od niezliczonych godzin.
Nie oponował, gdy ciepły policzek dziewczyny znalazł się na jego klatce piersiowej. Objął ją mocniej ramieniem, przyciągając Geraldine do siebie. Może trochę zbyt mocno zaciskając przy tym dłoń pod jej piersią, jednak nie zwrócił na to uwagi. Zamiast tego bezwiednie oparł podbródek na poczochranej, wilgotnej głowie Yaxleyówny.
Łomotało mu serce. Znowu czuł ten cholerny ból w piersi. To wrażenie utraty kontroli, narastającego zagubienia, bo przecież nie po to tu do niej dołączył. Chciał z nią porozmawiać, być może wyjaśnić to, co było konieczne, by mogli odejść każde w swoją stronę. Bo to było słuszne. Po tym, co sobie powiedzieli, zostawanie tutaj razem byłoby najgorszym możliwym posunięciem.
A więc czemu usłyszał własne słowa? Swój odrobinę otępiały, trochę zachrypnięty, wyczuwalnie pełen wahania głos? Coś, czego nie kontrolował. O czym nie pomyślał, dopóki nie uświadomił sobie, że opuściło to jego usta? Przerwało narastającą ciszę. Wybrzmiało nie tylko w jego głowie, lecz przede wszystkim na zewnątrz. W deszczu i burzy, w pierwszej jesiennej zawierusze.
- Chodź do domu. Przeziębisz się, dostaniesz gorączki a do korzystania z myślodsiewni chyba trzeba jasno myśleć, nie? - Spytał cicho, samemu również zwracając uwagę na brzmienie swojego głosu.
Było upominające, ale łagodne, znacznie spokojniejsze niż burkliwy ton, którym odzywał się do Yaxleyówny, gdy opuszczali Aleję Horyzontalną. Inne niż w tym jednym słowie, którym jej odpowiedział. Mówiąc prawdę - tak. Zamierzał się z nią pożegnać. Tyle tylko, że wcale nie chciał tego robić w tej chwili. Nie w taki sposób. Zresztą...
...rozgrzany policzek wyczuwalny nawet przez materiał koszuli miał prawo go niepokoić, prawda? Był dostatecznie wymowny, by Greengrass czuł się upoważniony do przesunięcia wierzchu wolnej dłoni z piasku i przytknięcia go do czoła dziewczyny.
- Ciepłe - mruknął bardziej do siebie niż do niej. - Chorej nie puszczę cię do Ministerstwa. Chodź do domu - mieli jasność, prawda?
Jasność tkwiącą w tej jasnej cholerze, która powinna paść między tymi wszystkimi wypowiadanymi słowami, bowiem miał wrażenie, że znowu zaczyna się miotać i zapędzać. Nawet nie wiedząc, czego od niego chciała i oczekiwała. Szczególnie po tym wszystkim, co padło między nimi od poprzedniego dnia. Nie było dobrze. Było źle, fatalnie, chaotycznie.
A jednak tak ciężko było się z tym pogodzić. Odpuścić. Zaakceptować powrót do szarej i deszczowej rzeczywistości. Szczególnie przy tym całym cieple. Przy kolejnych gestach świadczących coś innego niż wypowiadane słowa. Stawianiu barier tylko po to, aby za chwilę je złamać.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#10
01.02.2025, 22:56  ✶  

Nie miała siły na kolejne konfrontacje, czy kłótnie. To nie był odpowiedni moment, nie była jeszcze na to gotowa. Wybrała więc opcję, która zdawała się jej być właściwa, chociaż zupełnie do niej nie podobna. Czy to świadczyło o tym, że już się poddała? Może trochę, odrobinę, coś na pewno w tym było. Ile można było walczyć, nie widząc żadnych efektów? Nawet ona nie była w stanie tego robić w nieskończoność.

Poddała się. Nie rozumiała już niczego, nie chciała po raz kolejny dać się ponieść emocjom, wypowiadać słów, których później by żałowała. Milczenie miało jej pomóc jakoś przetrwać to wszystko, chociaż czy faktycznie to wystarczy? Nie była tego taka pewna, aktualnie właściwie niczego nie była pewna. Nie miała pojęcia, jak ma sobie poradzić z powrotem do rzeczywistości, powinna zacząć szukać gruntu pod nogami, ale chyba cały się rozsypał. Nie spodziewała się więc nawet, że go odnajdzie. Znowu zawiśnie nad przepaścią, nie byłby to pierwszy raz.

Nie chciała już dłużej kąsać, czy gryźć. Była zmęczona tym wszystkim; psychicznie i fizycznie. Miała dość. Nie wiedziała zresztą, gdzie znajdzie się dzisiaj wieczorem, co powinna zrobić, do kogo się udać, zostać tutaj, sama? Nigdy tego nie robiła, ale w tym wypadku to też było jakimś rozwiązaniem. Zapewne nie przespałaby tej nocy, ale z drugiej strony przynajmniej nikogo nie niepokoiłaby swoją obecnością, nie musiałaby znowu szukać wsparcia u swoich znajomych, ostatnio to zdarzało się zbyt często. Powinna się ogarnąć, zebrać się w sobie, tyle, że jakoś nie mogła zacząć tego robić. Było jej źle, smutno, właściwie z dnia na dzień robiło się coraz gorzej, wczoraj miała wrażenie, że świat znowu się kończył, a dzisiaj los jej udowodnił, że mogło się stać jeszcze więcej złego.

Nie łatwo było jej się z tym pogodzić, wiedziała, że niedługo będzie musiała się podnieść i zacząć szukać jakichś rozwiązań dla tych wszystkich niedogodności, powyjaśniać sprawy, ale na ten moment nie miała na to siły. Najchętniej by to wszystko przespała, tyle, że później i tak będzie musiała się z tym mierzyć.

Obawiała się, że może ją odepchnie, że może nie pozwoli jej przekroczyć tej granicy, zupełnie niepotrzebnie, jednak jeszcze kilka sekund wcześniej wspomniał o tym, że faktycznie zamierza odejść, myślała, że już teraz, w tej chwili. Ulżyło jej, chociaż czy powinno? Tak, czy siak przecież to miało się wydarzyć, do tego zmierzali, to nie miało jej ominąć.

Wsunęła się bez ani sekundy zawahania pod jego ramię, korzystała z okazji, chciała poczuć odrobinę ciepła, bo aktualnie jej ciało było ogarnięte chłodem. Nie ułatwiały tego wcale warunki panujące na plaży, robiło się coraz zimniej, wiatr stawał się coraz bardziej porywisty i chyba gdzieś w oddali błysnęło. Burza - idealnie oddawała to, co działo się aktualnie w jej głowie, chaos miał ogarnąć również okolicę.

Dobrze było ponownie znaleźć się w jego ramionach, odnaleźć bezpieczeństwo, nawet jeśli miało to być chwilowe. Nie powinna tego robić, ale podświadomie ciągle ku temu zmierzała. Wypadałoby się pogodzić z tym, że Roise nie miał być dłużej jej domem, jej bezpieczną przystanią, nie umiała jednak teraz tego zrobić, nie w tej chwili.

Jego słowa nieco wybiły ją z tych wszystkich przemyśleń. Myślodsiewnia, zapomniała o niej, nie skupiała się na widmach przez które w ogóle opuściła dzisiaj Whitby, zresztą wydawało jej się, że to było bardzo dawno temu, a nie kilka godzin wcześniej. - Chyba tak. - Właściwie to nie miała pojęcia, co udało im się ustalić odnośnie tej myślodsiewni, czy mieli jakiś plan, nie myślała wtedy jasno, nie po tym, jak Corio wspomniał o tym, że mogą się podpiąć pod sprawę Caina, od tego momentu wszystko zaczęło jej się ze sobą zlewać.

Czy była rozpalona, nie miała pojęcia, nie czuła się najlepiej, ale przecież każdy chyba nie czułby się najlepiej po takim dniu, może jej ciało również zaczęło się buntować? Nie miała pojęcia, skoro jednak Roise o tym wspomniał, po tym jak dotknął jej czoła, to coś musiało być na rzeczy, nie okłamałby jej przecież, prawda? Tak, na pewno...

Nie miała siły się mu stawiać, mówić o tym, że nie miał w tym przypadku nic do powiedzenia, bo jeśli uparłaby się na to, że chciała znaleźć się w ministerstwie to by to zrobiła bez niczyjej zgody i pozwolenia, nie była jednak w nastroju na bunt, nie miała na to siły, to chyba też świadczyło samo za siebie. - Rozumiem, możemy pójść do domu, tu jest zimno. - Raczej nigdy nie skarżyłaby się na to, że jest jej chłodno, zaciskała zęby i udawała, że wszystko jest w porządku, w tym przypadku jednak faktycznie chciała znaleźć się w domu, z nim, przykryć ciepłym kocem, zaszyć się na kanapie lub w łóżku i przestać myśleć. To było całkiem dobrym rozwiązaniem, ale też chwilowym. To nie dawało jej spokoju, bo mówił, że odejdzie, tylko chyba nie teraz? Nie zostawi jej tam samej, cóż musiała się co do tego upewnić. - Nie zostawisz mnie samej? - Spytała cicho, tak, że jej głos ledwie przebijał się przed wiatr, który grał swoją własną melodię hulając po wrzosowiskach.

Nie chciała zostać sama, nie mogła go prosić o to, żeby został, ale gdzieś tam tkwiła w niej nadzieja, że to może jeszcze nie było ich końcem.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (6021), Geraldine Greengrass-Yaxley (4715)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa