• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn Klinika magicznych chorób i urazów v
1 2 Dalej »
[07.09.1972 - późny wieczór] (un)announced visit| Geraldine & Ambroise

[07.09.1972 - późny wieczór] (un)announced visit| Geraldine & Ambroise
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#21
21.02.2025, 10:29  ✶  

Czuła, że zbliża się moment, w którym powinna stąd odejść. Wyjaśniła mu powód swojej wizyty, sprawdziła, czy nic się nie zmieniło, czy wszystko jest w porządku, czy nadal dla niego istnieje. Upewniła się w tym, że Ambroise nadal ją pamiętał. Nie powinna dłużej tutaj zostawać. Nie miała ku temu powodu, przynajmniej jak na razie. Wiedziała, że będzie musiała odejść, nie mogła przecież spędzić tu nocy, niby była spokojniejsza. Przynajmniej jak na razie, kto wiedział bowiem, kiedy znowu odezwie się to dziwne uczucie, kiedy znowu ją opęta, kiedy będzie musiała ponownie to sprawdzić. Niby nic nie musiała, ale jednak w tym wypadku nie była w stanie z tym walczyć. Tak, jak zrobiła to tego wieczora - musiała się upewnić w tym, że Ambroise o niej nie zapomniał. Może było to głupie, jak widać jeszcze przez długi czas będzie się mierzyła z tym, co wydarzyło się w jaskini.

Nie, żeby jej to szczególnie przeszkadzało, bo chciała trzymać się blisko, może nie do końca w ten sposób, ale jeśli to było jedynym rozwiązaniem - to miała zamiar z niego korzystać. Roise nie lekceważył jej lęków, nie wyśmiał jej, wręcz przeciwnie, wydawał się być tym naprawdę przejęty. W sumie to dobrze się stało, że wyjaśniła mu dokładnie, co ją tutaj sprowadziło. Oczywiście w przyszłości na pewno znowu zacznie od listów, nie widziała innej opcji, tak będzie im prościej egzystować w tym świecie bez siebie, przynajmniej tak się jej wydawało, nie to, że odruchowo wolałaby pojawiać się przed jego drzwiami, miała jednak świadomość, że może to jeszcze bardziej skomplikować to, co ich łączyło. Nie mogli już się oszukiwać, te słowa padły, mieli pewność, że nadal się kochali, to miało się nigdy nie zmienić. Potwierdziła to też Florence, mimo wszystko nadal nie doszli do tego, że nie chcą z tym walczyć, to nigdy nie padło z ich ust. Słowa, które wybrzmiewały z ich ust mówiły o czymś zupełnie innym, jednak to, co robili, pozostawiało sporo do myślenia. Nie potrafili nie reagować na swoją bliskość, reagowali naturalnie na swoją obecność, lgnęli do siebie mimo wszystko. Nie sądziła, że kiedykolwiek miało się to zmienić. Nie zamierzała już szukać pocieszenia w obcych ramionach, wiedziała, że nic jej to nie da, nie po tym, co usłyszała w przeciągu tych kilku dni.

Zmrużyła nieco oczy, kiedy się odezwał. Najwyraźniej, to, że miała w tej chwili opuścić Munga nie było wcale takie oczywiste. Nie miała pojęcia do czego mogłaby się mu tutaj przydać, także wpatrywała się w mężczyznę dłuższą chwilę czekając na jakieś informacje, których jednak póki co nie dostała. Komu jak komu, ale jemu raczej nie umiała odmówić, bez względu na to, czego ta pomoc miałaby dotyczyć. Zresztą nie sądziła, że to mogło być coś skomplikowanego.

- Tak, wyśmienicie. - Nie umknęło jej to, że użył jej ulubionego słowa, to na pewno nie stało się bez powodu, miał świadomość, jak ono na nią działało.

- Mam się zgodzić w ciemno? Będę tego żałować? - Na pewno nie wprowadziłby jej na minę, prawda? Mogła być o tym przekonana, ależ oczywiście.

- Nie spieszę się nigdzie, więc jeśli mogę Ci się na coś przydać. - To tak, mogła to zrobić. Zresztą dużo bardziej uśmiechało jej się spędzenie czasu z nim, niż powrót do domu. Kto wiedział bowiem, kiedy pojawi się następna okazja. Mieli kilka spraw do załatwienia razem w najbliższym czasie, więc była pewna, że będą się od czasu do czasu u siebie pojawiać, bo to było nieuniknione.

Tym razem jednak sam wspomniał o tym, żeby została. Może faktycznie i on nie do końca sobie radził z tym, że mieli się trzymać od siebie z daleka, coraz bardziej się w tym upewniała z każdym ich spotkaniem, z decyzjami, które podejmował, z tymi propozycjami. Gdyby chciał, żeby zniknęła z jego życia nie zapraszałby jej na randki, czyż nie? Słowa mówiły jedno, gesty i czyny drugie. Nie łatwo było im się odnaleźć w tym wszystkim, dla Roisa też to musiało być trudne, nie wiedziała nawet, czy nie trudniejsze niż dla niej, bo to on się starał być ich głosem rozsądku.

- Zostanę. - Tak, dopowiedziała jeszcze ten jasny komunikat. Nie przeszkadzało jej najwyraźniej nawet to, że znajdowali się w Mungu, co kiedyś było dla niej niedopuszczalne, nawet jeśli się tutaj pojawiała, to starała się jak najszybciej znikać z tego miejsca, bo za nim nie przepadała.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#22
21.02.2025, 15:26  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2025, 04:52 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Tym razem nie użył tego słowa, aby podkurwić Geraldine, choć doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo uwielbiała słyszeć je z jego ust. Teraz starał się rozluźnić atmosferę, jaka zapanowała między nimi. Wprowadzić odrobinę znajomego elementu w tą ciężką, ponurą, bardzo melancholijną aurę, która tak nagle zapanowała w pomieszczeniu.
To było niczym lekki kuksaniec w ramię. Drobne podszczypnięcie w pośladek. Nieduża zaczepka mająca na celu przekierowanie uwagi Riny na coś innego. Może niezbyt wysokich lotów, ale przecież i to nie było dla nich niczym szczególnym, prawda?
Może oboje byli dorosłymi ludźmi. Być może Ambroise starał się podtrzymać wrażenie poważnego, zdystansowanego, ze wszech miar profesjonalnego uzdrowiciela. Surowego, choć przy tym sprawiedliwego wykładowcy akademickiego. Człowieka z wyższych sfer, dumnego czystokrwistego czarodzieja i tak dalej, i tak dalej.
Jednak obcując z nim na co dzień w innych okolicznościach, nie tylko zawodowych, biznesowych czy tych oficjalnych towarzyskich, nie dało się nie zauważyć, że potrafił spuścić z tonu. Szczególnie przy Geraldine. Przy niej potrafił zachowywać się zupełnie inaczej. Na swój sposób dużo bardziej naturalnie, co czasami (kiedyś znacznie częściej niż obecnie) oznaczało odrobinę szczeniackie zagrywki.
Obecnie ich sytuacja nie była już tak jasna jak niegdyś. Może usiłował tego nie okazywać, jednak nadzwyczaj mocno starał się być ich głosem rozsądku, jakkolwiek ironicznie by to nie brzmiało, bo przecież, gdyby naprawdę nim był, już dawno by się od siebie odsunęli. Nie byliby tu teraz a on nie zaczepiałby jej tymi drobnymi słówkami.
Nie oferowałby także wymówek, dzięki którym mogli przedłużyć tę nieoczekiwaną (no, niespodziewaną dla niego) wizytę, jaką złożyła mu w samym środku nocy w jego gabinecie. Całe szczęście tutaj, nie zaś w jakimś innym pomieszczeniu, nie pośród pozostałych ludzi przebywających w szpitalu. Tu i teraz mógł pozwolić sobie na złożenie jej propozycji nie do odrzucenia.
W głębi duszy naprawdę licząc na to, że nie zamierzała jej odrzucić. Może starał się być racjonalny. Być może usiłował postępować zgodnie z tym, co deklarował. Mówienie o tym, że nie powinni, wręcz nie mogli posuwać się dalej i dalej. Dawać sobie nadziei, wyciągać ku sobie dłoni, chwytać się możliwości zmiany nastawienia i zaoferowania sobie drugiej szansy, gdy stracili pierwszą. To nie przychodziło mu łatwo. Nie odrzucał tego lekką ręką.
Tego wieczoru było to widoczne jak nigdy. Ale czy wcześniej już tego nie robił? Minął zaledwie tydzień. Aż tydzień, odkąd coś zaczęło się między nimi zmieniać. Siedem dni, tymczasem on miał wrażenie, że zdążył na nowo całkowicie zaplątać się w tym wszystkim. Nie we własnych uczuciach. One były jasne, nawet jeśli nie do końca zrozumiałe, bo powinny wygasnąć po tym wszystkim, co się stało.
Gubił się pomiędzy własnymi pragnieniami a tym, co uważał, że powinno być słuszne. W przestrzeni między zdrowym egoizmem a w teorii jeszcze zdrowszym rozsądkiem. Na płaszczyznach, po których nigdy nie sądził, że będzie się poruszać, jednak w tym momencie miał wrażenie, że z godziny na godzinę brnął przez nie coraz bardziej.
To była pustynia. Jałowa i nieprzyjazna. Pogrążona w półmroku zmierzchu trwającego już niemalże dwa lata. Na pograniczu piekącego słońca dnia i przeraźliwie chłodnej pustynnej nocy. Brodził po pas w ruchomym piasku, coraz bardziej się w nim zatapiając. Gdzieś tam w oddali widząc majaczącą oazę. Punkt przyciągający spojrzenie. Plamę barw. Zieleni i niebieskości. Tego konkretnego odcienia błękitu. Butelkowej zieleni mającej mu się kojarzyć z początkiem wczorajszego dnia.
Ale czy to nie było wyłącznie złudzenie? Fatamorgana? Czy nie miał przekonać się o tym, docierając w tamto miejsce i zastając tam pustkę? Czy nie pozwalał sobie tak bardzo po prostu chcieć na nowo znaleźć się w tamtym świecie, że nie zważał na to, że tamte chwile nie mogły już wrócić?
Dawna rzeczywistość już nie istniała. Nie istniał tamten on. Dziewczyna obok niego też się zmieniła. Mogli chcieć być dla siebie tamtymi ludźmi, ale czy to nie byłoby wyłącznie udawanie? Myślenie życzeniowe? Karmienie się tymi złudzeniami, wizjami i niczym innym? Okłamywanie nie tylko siebie nawzajem, ale także siebie samych?
Przez ostatnie miesiące wydarzyło się naprawdę dużo. Nawet wizyta u Florence, o której przed chwilą rozmawiali, dała im to przecież do zrozumienia. Bulstrode mówiła wtedy o Beltane. O rytuałach, o innych kwestiach, o których Ambroise zupełnie nic nie wiedział, bo Rina mu o tym nie opowiadała. Nie podzieliła się z nim znaczną częścią tego jak wyglądało jej życie przez ostatnie półtora roku. On nie był lepszy. Też tego nie zrobił.
Mogli spędzić ze sobą ostatni tydzień. Siedem dni, podczas których całkiem łatwo przychodziło im bycie dawnymi ludźmi. A i wtedy występowały między nimi zgrzyty. Inne niż kiedykolwiek. Takie, o których niegdyś by nie pomyśleli. Kiedyś by ich między nimi nie było. Obecnie? Jak mieli ze sobą koegzystować, jak próbować tworzyć wspólne życie, skoro już nic o sobie nie wiedzieli? Nie sądził, by byli w stanie zacząć od nowa, bo to wymagałoby od nich...
...no, właśnie. Zaczęcia od nowa. Zupełnie od początku. Od zera, od punktu wyjścia. Jednakże jednocześnie mając to podskórne wrażenie, że cokolwiek robią, nie jest to zupełnie właściwe. W końcu już to kiedyś przeżywali. Poznawali się, docierali między sobą, poruszali trudne tematy. Powoli budowali wspólną rzeczywistość. To nie wyszło. Rozpadło się, mimo że oboje byli przekonani, że będzie na zawsze.
Nie sądził, aby mogli to teraz robić. Już zawsze, na zawsze byłyby między nimi te drobne rysy. Nieduże pęknięcia. Zalepione, ale w dalszym ciągu istniejące. Mogła mu tego nie mówić. Ba, mogła twierdzić, że jest inaczej, że są w stanie całkowicie odbudować nadkruszone zaufanie, żyć z tym, co się stało, ale czy tak byłoby naprawdę?
Nie obawiał się kontroli z jej strony. Tak jak teraz, mógł spróbować rozumieć większość lęków, jakie miała. Utwierdzać jego dziewczynę w tym, że nigdy o niej nie zapomni, bo jakże mógłby to zrobić. Za mocno ją kochał, żeby dać się złamać w ten sposób byle bytowi, byle nadnaturalnemu gównu.
Z tym mógł sobie radzić, wobec tego mógł wykształcić sobie cierpliwość. Wiedział to. Gdyby obiecał Geraldine, że nigdy jej tego nie wytknie, w istocie nigdy by tego nie zrobił. Wbrew pozorom umiał być troskliwy, potrafił być wyrozumiały, bardziej cierpliwy niż zazwyczaj. Nie wobec większości ludzi, ale w stosunku do niej już tak. Byli ze sobą przez tak wiele lat, że przychodziło mu to niemal instynktownie. Tak jak większość kompromisów.
Ale nie ten. Na ten jeden nie mógł sobie pozwolić. To było zbyt złożone, by mogli o tym rozmawiać tak spokojnie jak o lęku przed zapomnieniem, przed utratą wspomnień. Chodziło tu o naruszenie samych podstaw zaufania. O to, że nie przeżyłby sugerowania mu tego, że mógł jej nie ufać, że robił coś za jej plecami, że w każdej chwili mogło mu ponownie odpierdolić. Że gdyby kiedykolwiek powtórzyła się tamta sytuacja sprzed kilku lat, Geraldine miałaby święte prawo założyć, że ponownie postanowił ją porzucić. A on nie mógłby nic z tym zrobić.
Prędzej czy później pojawiłyby się między nimi znaczne zgrzyty. Oczekiwania. Pierwsze żądania porzucenia dawnych założeń. Zmiany dawnych ustaleń. Mogli rozmawiać o noszeniu jej jako futrzanego kołnierza po Nokturnie czy po Ścieżkach, ale gdyby od niego tego zażądała, zasłaniając się obawami przed powtórką historii, lękiem przed porzuceniem...
...czy byłby w stanie posunąć się do aż takich kompromisów? Aż tak mocnego działania wbrew sobie? Karmienia własnych najbardziej głębokich lęków przed tym, że mógłby ją wciągnąć w coś, co ściągnęłoby na nich tragedię? Zaangażować Geraldine w coś, co mogłoby ją zabić? Coś, przed czym chciał ją bronić a sam by ją na to naraził? Stając się twórcą własnej tragedii?
Zapętlił się w tym wszystkim. Pogubił się. Nie był w stanie nie lgnąć do niej, gdy była tuż obok niego. Nie potrafił o niej nie myśleć wtedy, kiedy była poza jego zasięgiem. Jednocześnie chciał i nie chciał tej drugiej szansy. Chciał i nie chciał tego, co z pozoru mieli na wyciągnięcie ręki, bo przecież w dalszym ciągu się kochali.
Kochał ją. Kurewsko ją kochał, ale świadomość, że nie było dla nich powrotu do przeszłości. Że musieliby zbudować sobie wszystko zupełnie na nowo. Że nie miałby już aż tyle do powiedzenia w zakresie tego, gdzie stawiał granicę, bo sam dał dziewczynie prawo do ich przesuwania. To było dla niego zbyt wiele.
Sam dał jej bicz na siebie, sam go sobie ukręcił, ale jednocześnie to nie tylko on miałby ponieść konsekwencje. Odczuć ciosy. Nie rozumiała tego, prawda? W dalszym ciągu nie mieli tu zgodności a ich obecna rzeczywistość nie sprzyjała spokojowi ducha. Wręcz przeciwnie.
Najrozsądniej było uciąć to już w tej chwili. Przełknąć gorycz, przeżyć odkładany w kółko moment pożegnania. Pozwolić sobie na tępy, ale jednocześnie piekący ból rozstania (ot, kolejny paradoks), żeby później nie musieć mierzyć się z tym, z czym nawet oni musieliby się zmierzyć, bo nie byłoby odwrotu.
A jednak znów to sobie robili. On to robił. Uśmiechnął się do niej nieznacznie, wzruszając ramionami.
- Tak i najprawdopodobniej tak - stwierdził tak po prostu, jednocześnie nie mogąc powstrzymać nagłego błysku w oku na dźwięk kolejnych słów Riny. - Doskonale - kiwnął głową, powoli podnosząc się z miejsca w celu podejścia do parapetu.
Tego, na którym prócz mokrych listów leżały też sterty papierzysk. Naprawdę całkiem pokaźne. Na tyle, że nie miał zamiaru przenosić ich ręcznie, wyciągając różdżkę, odchrząkując i machając nią w celu przelewitowania ich na podłogę przy krześle dziewczyny.
- Potrzebuję poprzybijać pieczątki w zaznaczonych miejscach. Nie wszędzie są w tych samych, więc zrobienie tego przy pomocy magii jest dosyć podstępne - odezwał się, kryjąc uśmiech pod nosem. - To nic takiego. Nie ma tam żadnych wrażliwych danych, więc nie musisz przejmować się, że trafisz na coś, co cię zaskoczy - nie to, żeby sądził, aby miała się tym przejąć, ale wolał uprzedzić Yaxleyównę, że nie miało to być zbyt fascynujące zajęcie.
Zero ciekawych informacji. Sto procent siedzenia na podłodze (bo przy biurku byłoby im dosyć ciasno) i uderzania pieczątką w kartkę, którą później on by podpisywał. Długi, naprawdę długi biurokratyczny wieczór. A właściwie to noc. Najnudniejsza wspólna noc w ich dotychczasowym życiu. Ale sama się na to pisała, nie?

Translokacja (I) - lewitacja pierwszego stosiku
Rzut O 1d100 - 23
Akcja nieudana


Translokacja (I) - lewitacja drugiego stosiku
Rzut O 1d100 - 74
Sukces!


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#23
21.02.2025, 20:36  ✶  

Melancholijna aura w pomieszczeniu idealnie odzwierciedlała tą na zewnątrz. Drobne krople deszczu nie przestały uderzać o parapet, jesień zaczynała na dobre rozgaszczać się w Londynie. Było ciemno i zimno, ponuro. Nic dziwnego, że ten mrok wdarł się również do umysłu Yaxleyówny. Sporo się ostatnio wydarzyło, dużo za dużo jak na to, aby miała sobie z tym poradzić jedna osoba. Jednak starała się jakoś sobie z tym radzić, robiła co mogła, aby nie dać się pokonać. Nie było łatwo, zapene niejedna osoba już dawno zaszyłaby się w swoim domu i nie wychodziła z łóżka, czekając, aż nadejdą lepsze dni. W sumie do wiosny i nadziei było jeszcze sporo czasu, aktualnie miał nadejść ten najmroczniejszy czas w roku. Wszystko idealnie się spinało w całość, która nie wróżyła niczego dobrego. Krótsze dni, ciemność która już niedługo zacznie im towarzyszyć nawet w ciągu dnia, wtedy łatwiej będzie wątpić w nadzieję i lepszy czas.

Nocą przecież dużo łatwiej jest dać się pokonać, wszystko wydaje się straszniejsze, prawda miesza się z kłamstwem. Wierzyła jednak w to, że jakoś uda jej się przetrwać, zawsze się udawało, dlaczego więc tym razem nie miałoby być podobnie?

Yaxleyówna znalazła się tutaj niezauważona, bo zdecydowanie nie chciała robić dramatycznego wejścia, jeszcze zobaczyłby ją ktoś znajomy i pojawiłyby się kolejne plotki na jej temat. Nie sądziła, że ktoś zauważy ją, gdy wkradnie się do jego gabinetu jeśli skorzysta z tego mniej oficjalnego wejścia. Nie zależało jej na rozgłosie, nie chciała, aby ktoś interesował się tym, co robiła w Mungu w środku nocy. Wiedziała, że to może być dość kontrowersyjne. Nie, żeby się tym szczególnie przejmowała, ale niektóre części swojego życia wolała trzymać w tajemnicy, zwłaszcza, że jeszcze sama sobie ich do końca nie poukładała.

Nadal znajdowała się w gabinecie Roisa, mimo, że sądziła, że już powinna stąd wyjść to znalazł sposób, aby ją tutaj zatrzymać. Nie potrzebował do tego wiele, wystarczyło, aby wspomniał o tym, że potrzebuje jej do czegoś, a była gotowa tutaj zostać, chociażby do rana. Mimo tego, że przecież nic ich już miało nie łączyć. Tak - jasne. Gdyby nic ich miało już nie łączyć to nie zjawiłaby się tutaj w środku nocy, a on nie szukałby powodu, aby została tu trochę dłużej. Oszukiwali siebie nawzajem i samych siebie, ciekawe, kiedy w końcu się do tego przyznają.

Trwali przy sobie już tydzień, chociaż miała być to tylko chwila. Jakoś nieszczególnie spieszyli się do tego, żeby odejść - każde w swoją stroną. Spędzili ze sobą te wszystkie noce, dzisiaj miała być pierwsza osobna, a i tak jakoś znalazła sposób, aby znaleźć się u jego boku. Nie, żeby celowo wykorzystywała swój lęk, gdyby się do niej odezwał, odpowiedział na pytania, które mu zadała w listach pewnie by jej tutaj nie było, a tak znalazła idealny powód do tego, zby znaleźć się ponownie tuż obok niego. Musiała mieć pewność, że nic się nie zmieniło, niby nic nie musiała, ale w tym wypadku to było silniejsze od wszystkiego innego.

Nie byli tymi samymi osobami, to jednak nie zmieniało tego, że nadal czuli do siebie te same uczucia. Na pewno nie było możliwości, aby weszli jak gdyby nigdy nic w to, co kiedyś mieli. To by się nie sprawdziło, byla tego pewna. Nie zamierzała bowiem znowu zgadzać się na wszystko, czego chciał. Na pewno po raz kolejny nie miała zamiaru trzymać się z daleka od tych spraw związanych z jego drugą działalnością, wiedziała, że to na pewno będzie musiało się zmienić, bo przez to pojawiła się większość z komplikacji. Nie chciała się dostosować, wracać do tego, co kiedyś mieli, bo nie wydawało jej się to do końca właściwe, nie kiedy cały świat stawał na głowie. Musieli być gotowi pomagać sobie na wszystkich możliwych płaszczyznach. Mógł mówić, że nie zamierza jej w to mieszać, że to było niebezpieczne, że tam był kimś innym, że nie chciał, aby go takiego widziała, ale miała to w nosie. Nie bała się tego, co zobaczy. Bez względu na wszystko i tak zawsze będzie najważniejszą osobą w jej życiu. Akceptowała go i kochała całego, ze wszystkimi wadami i tym całym bagażem doświadczeń. Tyle, że właśnie, póki co nie rozmawiali o tym, że to co robili jest nowym początkiem, skłaniali się raczej ku zakończeniu, ale to też nie wydawało się mieć sensu. Nie kiedy ciągle szukali okazji, aby spędzić ze sobą więcej czasu.

- Wrobiłeś mnie w coś gównianego, co? - Skoro jednak już się zgodziła, to nie wypadało teraz odejść. Nie należała do osób, które tak łatwo się poddawały, ale to Roise też już wiedział, czyż nie, na pewno zdawał sobie sprawę iż, jeśli już się określiła, to nie odejdzie bez spełnienia swojej obietnicy.

- Potrzebujesz mnie do przybijania pieczątek, nieźle, liczyłam na coś bardziej porywającego... - Nie zakładała, że postanowi ją zaangażować do takiej nudnej roboty, ale z drugiej strony, czy aktualnie miała coś lepszego do robienia, no nie do końca.

Geraldine osunęła się na ziemię, właściwie to po prostu zeszła z krzesła i usiadła po turecku na podłodze tuż obok tych papierów, które przelewitował w jej kierunku. - Gdzie masz pieczątkę? Czy będę mogła dorysować jakieś wzorki, czy jednak nie do końca? - W końcu samo przybijanie pieczątek było naprawdę nudnym zajęciem. Jakoś pewnie uda im się przetrwać te noc, chociaż nie była pewna, czy nie zaśnie nad tymi kartkami.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#24
21.02.2025, 22:55  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2025, 04:53 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Słysząc słowa padające z ust dziewczyny, nie potrafił powstrzymać wyjątkowo zadowolonego uśmieszku, jaki mimowolnie wypełznął mu na wargi. Bezwiednie drgnęły mu kąciki ust. Podświadomie zabłyszczały mu oczy. Tak. Być może jeszcze moment wcześniej w pomieszczeniu panowała naprawdę ciężka i posępna, bardzo melancholijna atmosfera, jednak chyba powoli stawało się to przeszłością.
Teraźniejszość wyglądała inaczej. Miała pikantno-słodkawy posmak rozbawienia. Wywoływała łobuzerski błysk w oczach. To jedno mrugnięcie okiem w kierunku Geraldine, stłumiony przypływ rozbawienia, może nawet cichego śmiechu, który sam cisnął mu się do gardła. Zgadza się, wrabiał ją. Całkiem bezczelnie angażował Yaxleyównę w jedną z jego ulubionych czynności. Nie potrafiąc nie wyglądać przy tym jak knuj. To było silniejsze od niego.
Bardzo nieznacznie rozłożył ręce, wzruszając ramionami i być może przez to odrobinę zbyt mocno się rozpraszając. Na tyle, że pierwsza kupka dokumentów nie doleciała we właściwe miejsce. Uderzyła o podłogę kilkanaście centymetrów od właściwego punktu, sunąc po niej i obijając się o nogi krzesła zajmowanego przez panienkę Yaxley.
Roise nie potrafił być z tego jednak tak bardzo niezadowolony, aby jakkolwiek to skomentować. Wręcz przeciwnie. Wmanipulowanie jego ponętnej pojętnej pomocnicy w tę czynność w dalszym ciągu trochę zbyt mocno go bawiło. Być może było wyłącznie naprawdę niską i godną politowania zagrywką, żeby zatrzymać ją przy sobie jeszcze na co najmniej dwie czy trzy godziny. W zależności od tego jak sprawna i zaangażowana by była. A jednak w tym momencie nie patrzył na to w takich kategoriach.
Może nie przyznałby tego na głos, ale gdzieś w głębi duszy na swój sposób cieszył się z tego obrotu spraw. Być może w dalszym ciągu niepokoiły i martwiły go lęki Geraldine, zdecydowanie nie zamierzał ich jej wytykać, wyśmiewać rzekomego braku rozsądku, bezpodstawności założeń, że kiedykolwiek mógłby o niej zapomnieć. A jednak ze wszystkich scenariuszy, jakie mogły się wydarzyć w związku z tym, ten był chyba najlepszy.
Pierwszy raz od dawna obrócił się na ich korzyść. A była to zasługa tej całej szczerości, jaka padła z ust dziewczyny. Przełamania się zarówno pod względem niechęci do wizyt w Mungu, jak i mówienia o czymś, co mogło zostać uważane za słabość. Choć przecież wiedziała. Powinna wiedzieć, prawda? Musiała.
Chwile takie jak ta udowadniały, że jeszcze nie wszystkie granice zostały przez nich przekroczone. Nawet jeśli niektóre pochopnie wypowiedziane słowa, jakie zdążyły paść między nimi podczas pierwszej (zdecydowanie najostrzejszej) kłótni uderzyły w same podstawy tego, czym kiedyś byli. Nie wyśmiałby jej. Nie zrobiłby tego.
Za to teraz? Teraz w dalszym ciągu się uśmiechał. Zwłaszcza słysząc to pytanie. Oj, zdecydowanie się wkopała, desperacko poszukując sposobu na to, żeby uczynić przydzielone jej zadanie nieco bardziej ciekawym. Uroczo, naprawdę uroczo naiwne podejście. Zupełnie tak, jakby biurokracja mogła być trochę przyjemniejsza.
Parsknął pod nosem, po czym odchrzaknął.
Zastanawiał się przez dłuższą chwilę, zupełnie nieświadomie drapiąc się przy tym brodą w obojczyk. Zginając szyję, przejeżdżając podbródkiem po materiale służbowego uniformu i w skupieniu starając się powrócić myślami do wyglądu tych gównianych papierów, w które całkowicie świadomie wkopał dziewczynę. Usiłował przypomnieć sobie, co się w nich dokładnie znajdowało, choć teoretycznie wcale nie musiał tego robić. Wystarczyłaby jakaś mniej lub bardziej ogólnikowa odpowiedź, zwłaszcza że za chwilę i tak mieli przekonać się o tym w praktyce.
Mimo to, to był jego pierwszy dyżur w pracy po tygodniu urlopu. Niby niewiele. W przeszłości zdarzało mu się brać znacznie dłuższe wolne. Może nie wtedy, kiedy był singlem. Wtedy raczej kumulował te wszystkie dni wolne, nie wykorzystując ich praktycznie z żadnej okazji. Bez okazji tym bardziej nie.
Mung miał na tyle duże braki kadrowe, że przez dłuższy czas nie tylko uchodziło mu to na sucho, lecz było wręcz niezmiernie mile widziane. Nikt nie gonił go o to, aby na siłę nie przychodził do pracy, zwłaszcza, że był jednym z najbardziej aktywnych uzdrowicieli w tej instytucji. Praktycznie nie odmawiał dodatkowych dyżurów, nadgodzin czy nagłych zamian.
To poniekąd uległo zmianie na wiele lat. Być może nie z dnia na dzień. Potrzebował czasu, aby przyzwyczaić się do tego, że nie był już całkowicie sam. Nie od razu wyzbył się pracoholicznych czy po prostu kawalerskich nawyków. Nie dało się jednak ukryć, że gdy zaczęli ze sobą być, miał całkiem sporo wolnego do wykorzystania. Skrzętnie zbieranego przez czas, gdy nie czuł potrzeby, aby z niego korzystać.
To uległo zmianie. Może nie do końca ku zadowoleniu otoczenia przywykłego do tego, że Ambroise Greengrass raczej nie zwykł odmawiać zmian w szpitalu. Jednakże bez wątpienia w związku z jego własnym szczęściem. Tym prawdziwym. Może nieoczekiwanym, być może zaskakującym, ale upragnionym.
Miał dom, do którego chciał, nie zaś musiał (abstrahując od tego, że nic nie musiał) wracać. W późniejszych latach niemalże coś na kształt rodziny zmierzającej ku jednemu. Ku ich idealnej przyszłości, ku szczęściu, jakie osiągnęli na tyle, żeby móc przelewać je dalej.
Teraz wrócił do punktu wyjścia. Do momentu, w którym tydzień urlopu był dla niego niemal zbytkiem wolnego. Czasem, po którym miał problem odnaleźć się w swoich standardowych zajęciach, choć zdecydowanie nie powinno tak być. Był jednak cholernie rozproszony. Obecność Geraldine bez wątpienia wyłącznie dodatkowo nie pozwalała mu skupić się na myśleniu.
W końcu wzruszył ramionami, postanawiając nie ukrywać dłużej tego, że...
- Tak właściwie to nie wiem. To są bardzo stare papiery - tak, angażował ją w coś, co nawet nie było szczególnie pilne i w tym momencie zdecydowanie się do tego przyznawał; jednocześnie lewitując do niej drugą kupkę dokumentów, tym razem już znacznie zgrabniej stawiając ją tuż obok dziewczyny, która zdążyła usiąść na podłodze.
- Sekunda - uniósł dłoń, szukając wzrokiem wspomnianej pieczątki i nie jednego a dwóch piór, żeby zabrać je z biurka.
W końcu nie zamierzał siedzieć przy nim jak pan i władca gabinetu, pozwalając dziewczynie samej rozkładać się na podłodze. Bez chwili zastanowienia przysiadł tuż na przeciwko niej, wychylając się, żeby podać jej oba przedmioty. Odruchowo niemal nastawiając się przy tym do pocałunku, ale w ostatniej chwili cofając głowę. Mieli się od siebie dystansować, czyż nie?
Zaczynali dziś.
Stłumił westchnienie.
- Tak właściwie... ...w sumie... ...to zależy, czy czujesz się na siłach. Mogłabyś przy okazji co nieco przepisać. Kilka osób z pewnością odczułoby ulgę - stwierdził po chwili, znowu uśmiechając się pod nosem.
Tak, medyczne pismo robiło swoje, ale nie wszyscy jego współpracownicy potrafili radzić sobie z hieroglifami tego typu. Bez wątpienia nie zaszkodziłoby co nieco poprawić.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#25
22.02.2025, 00:20  ✶  

Wcale nie tak trudno było jej przeskoczyć między tym melancholijnym nastrojem, a tym dużo przyjemniejszym, bardziej lekkim, w którym znajdowała się teraz. Jeszcze przed chwilą nie do końca radziła sobie z otaczającą ją rzeczywistością, to co działo się w jej życiu dość mocno ją przytłaczało, a teraz jakby nigdy nic znajdowała się w zupełnie innym miejscu. Roisa potrafił odsunąć od niej te wszystkie nieprzyjemne myśli. Wystarczyła jedna, drobna porpozycja, na którą przystała. To na niej się skupiła, a nie na tych problemach, które zaczynały się nawarstwiać. Łatwo było odwrócić jej uwagę, no, on potrafił to robić bardzo łatwo, nie każdy miał ku temu odpowiednie predyspozycje. Wiedział jak zająć jej myśli.

Nie zamierzała póki co stąd odejść, chociaż jeszcze chwilę wcześniej myślała o tym, że chyba wypadałoby przestać mu przeszkadzać w pracy, poświęcił jej ostatni tydzień, to był jego pierwszy dzień po urlopie, kiedy się tutaj znalazł, a i tak go nawiedziła w Mungu. Nie do końca chyba potrafiła przywyknąć do braku jego obecności, co było dosyć dziwne, zważając na to, że ostatnie półtora roku spędzili osobno, jakoś udawało jej się trzymać od niego z daleka. Wiadomo, sprawa związana z demonem robiła swoje, mieszała jej w głowie, powodowała, że już praktycznie niczego nie kontrolowała.

Ten wieczór nieco rozjaśnił sytuację między nimi, chociaż, czy aby na pewno? Wyjątkowo nie mieli problemu z tym, aby sięgnąć po szczerość, co ostatnio nie było wcale dla nich takie proste, bo wybierali półprawdy, półsłówka, takie które wydawały się być najbardziej bezpieczne. W tym przypadku wolała wyrzucić z siebie wszystko, uświadomić Roisa, jak to wygląda z jej strony, przekazać mu, że coś się w niej zmieniło, gdy opuścili jaskinię i, że w dużej mierze dotyczyło to właśnie jego osoby. Powinien o tym wiedzieć, powinien sobie zdawać z tego sprawę, bo czuła, że to był dopiero początek tych dziwnych sytuacji. Na pewno spróbuje jakoś walczyć z tym lękiem, ale początki mogłby być trudne, właściwie były trudne, co mogła zauważyć już dzisiaj, podczas pierwszego wieczoru, który spędzali osobno.

Nie musiała jednak jeszcze wracać do swojego mieszkania, Ambroise chyba chciał ją tutaj zatrzymać jeszcze na chwilę, nie miała nic przeciwko temu, wręcz przeciwnie, bardzo podobał jej się ten pomysł, chociaż wyczuwała, że znajdzie jej naprawdę nudne zadanie, nie spodziewała się cudów, to był przecież Mung.

Póki co nie sięgnęła po te papiery, które znalazły się tuż obok niej. Nie oszukujmy się, wolała się dowiedzieć, z czym ma doczynienia. Yaxleyówna nie była specjalistką od dokumentów, spędziła w ministerstwie ledwie kilka miesięcy i pamiętała, że bardzo ją nudziło wypisywanie ich. Była stworzona do czegoś więcej, mimo wszystko zamierzała mu pomóc, skoro już się do tego zaoferowała to nie było odwrotu. Dotrzymywała słowa, nawet jeśli nie do końca jej się podobała sytuacja, w której się znalazła. Z drugiej strony z Roisem nawet przybijanie pieczątek mogło zakończyć się całkiem ciekawie, tylko przez wzgląd na jego obecność więc postanowiła tutaj pozostać.

- Czy jeśli są to bardzo stare papiery to faktycznie trzeba je ruszać, nie można po prostu uznać, że są tak stare i już nie powinny istnieć? - Spojrzała na niego z uśmiechem malującym się na ustach, przecież tak byłoby dużo prościej, mógłby udać, że gdzieś mu się zawieruszyły, albo ktoś je zabrał. Na pewno wszyscy uwierzyliby temu poważnemu uzdrowicielowi. Zawsze ją bawiła ta jego oficjalna rola, bo różniła się od tego, co widziała w domu. W jej oczach Roise nigdy nie miał kija w dupie, wręcz przeciwnie, gdy znajdowali się w swoim towarzystwie miał do siebie sporo dystansu. Czasem zastanawiała się właściwie jak to możliwe, że potrafi być tak skrajnie różnymi osobami w zależności od sytuacji, w których się znajdował.

Usiadł tuż obok niej, bardzo dobrze, nie zamierzała utknąć z tym sama, zdecydowanie potrzebowała jego pomocy do tego, aby się w tym odnaleźć. Niby to ona powinna pomagać mu... ale tak, najpierw przydałyby się wskazówki, w jaki sposób miałaby to robić. Nie chciała nic mu popsuć, chociaż wątpiła w to, że zaangażowałby ją w coś, co nie mogło zostać popsute.

Wręczył jej i pieczątkę i pióro, przyglądała im się przez moment, nie zauważyła nawet tego jego pierwszego odruchu, może to i lepiej, bo pewnie poczułaby się nieswojo, gdyby dostrzegła, że po chwili zastanowienia wolał się od niej zdystansować, tak to przynajmniej nie było problemu, nie musiała się zastanawiać nad tym, że powoli wdrażał w życie plan związany z tym, że w końcu powinni przestać do siebie lgnąć.

Przeniosła na niego swoje spojrzenie, kiedy ponownie się odezwał. - Czy naprawdę sądzisz, że jestem w stanie odczytać Twoje hieroglify? - Mogłaby spróbować to zrobić, jasne, ale te osoby mogłyby się przekręcić czytając to, co by im napisała. Nie dość, że zupełnie nie rozumiała tego medycznego bełkotu, to nie miewała problemy z przeczytaniem tego, co właściwie miał na myśli Ambroise. Nie była cudotwórcą.

- Chyba wolę zajmować się przybijaniem pieczątek. - To zdecydowanie wydawało się być łatwiejsze, takie na poziomie przedszkolaka, tego raczej nie mogłaby spieprzyć.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#26
22.02.2025, 04:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2025, 04:53 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Pytanie, jakie zadała mu Geraldine było równie trafne, co nie do końca uzasadnione. Niestety nie tak działała szpitalna biurokracja. Nie dało się aż tak łatwo zagubić dokumentów. Nawet tych, które nie były pilne. Niestety trafiając do niego na tyle niedawno, że wszyscy zainteresowani nadal o nich pamiętali.
- Niestety nie w tym przypadku - pokręcił głową, spoglądając na dwie kupki dokumentów na podłodze, z których jedna w dalszym ciągu była naprawdę ładnie ułożona, natomiast druga przechyliła się niczym papierowa wersja Krzywej Wieży, gotowa zaraz całkowicie się rozlecieć.
O tak, zdecydowanie chciałby przyjąć narrację podsuwaną mu w tej chwili przez Geraldine, jednakże nie wchodziło to w grę. W tym wypadku bycie szanowanym, godnym zaufania uzdrowicielem nie było darem, lecz przekleństwem. W innym wypadku te wszystkie papierzyska trafiłyby w ręce kogoś innego. Dotyczyły bowiem, tak jak już zdążył napomknąć, całkowicie nudnych i nużących biurokratycznych spraw. Nie zawierały żadnych ciekawych informacji. Nie były związane z historiami chorób czy z jakimikolwiek ciekawostkami dotyczącymi interesujących przypadków medycznych. Nie. Polegały w dużej mierze na rzuceniu na nie okiem, wypełnieniu rubryk, przybiciu pieczątki we właściwym miejscu i złożeniu zamaszystego podpisu.
Otrzymał je w spadku po nie jednym a dwóch odchodzących uzdrowicielach. Warto dodać, że tuż przed samym urlopem, gdy przy okazji mierzył się również z dużo gorszymi problemami niż to, co zrobić z nie do końca chcianymi godzinami, jakie miał przeznaczyć na zajmowanie się tym pierdolnikiem.
Mimo to zdążył już zająć się pierwszą połową tematu. Teraz wystarczyło wszystko podstemplować pieczątką i podpisać. Gdzieniegdzie może przepisać trochę czyściej, ale niestety nie wyglądało na to, aby udało mu się wrobić Rinę jeszcze w to. Tu niestety nie zadziałał na nią jego urok osobisty. A niewątpliwie szkoda, bo mimo wszystko, on nie wątpił, że dałaby radę.
Potrafiła go rozczytać. To, że często zgrywała osobę, która musiała nieźle się natrudzić, nagłowić i namęczyć, aby rozszyfrować to, co jej napisał nie oznaczało, że w rzeczywistości nie umiała tego zrobić. Po prostu nie chciała przyznać się do tego faktu. Takie było jego osobiste doświadczenie w tej kwestii.
Kiedy bowiem naprawdę chciała zrozumieć karteczkę, jaką jej zostawił, robiła to zaledwie w przeciągu kilku sekund. Ułamek minuty. Mrugnięcie okiem. W przeszłości parokrotnie sam ją na tym przyłapał. Mogła twierdzić, co chciała. Jego zdaniem to była pewna forma odwetu za podejście, które on miewał w związku z jej walijskim akcentem.
Tak, doskonale ją wtedy rozumiał. Może nie każde jedne słowo. Być może nie zawsze był w stanie wszystkie powtórzyć, zachowując właściwy szyk zdania i tak dalej. Czasami odruchowo, raczej automatycznie uzupełniał luki w miejscach, w których za bardzo piała. No, bo faflunieniem nie dało się tego nazwać, choćby nawet chciał. A jednak nieodmiennie potrafiłby być tłumaczem z wkurwionego na ludzki.
Po tylu wspólnych latach trudno byłoby, aby nim nie był. Choć teraz doszło do tego coś jeszcze innego. Ta bardzo ostrożna, nie do końca przekonująca myśl przypominająca mu o tym, że tak właściwie to rozumieli się jeszcze przed tym, gdy zaczęli spędzać ze sobą niemal każdą wolną chwilę jako przyjaciele. Przed tym, zanim się pożarli (a nawet wtedy doskonale ją rozumiał). Tak właściwie to sam nie był w stanie powiedzieć, od kiedy mu to przychodziło.
Tak po prostu było. To nie miało się zmienić. Nie sądził, aby kiedykolwiek było w stanie. Kolejna rzecz, z którą zwyczajnie należało żyć. Tym razem będąca raczej pomocą niż przeszkodą, co nie zmieniało faktu, że dobrze wiedział, że w tym momencie nie chciała mu tego przepisywać. On uważał ją za cudotwórcę w tym zakresie.
Nie nie potrafiła, nie chciała. To była na tyle znaczna różnica, że słysząc tę odzywkę, Ambroise (poważny uzdrowiciel, tak? renomowany) bezmyślnie otworzył usta...
...pokazując Geraldine język. Nie czubek języka. Cały, bezczelnie wyciągnięty ku niej jęzor, jednocześnie unosząc wzrok w kierunku sufitu i kręcąc głową.
- Popisałabyś tyle i w takim tempie - rzucił bez zająknięcia, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że nie, nie popisałaby; nie bez powodu przecież kiedyś zrezygnowała z pracy przy biurku, mimo to kontynuował. - Wtedy mogłabyś się doktoryzować - tak, całkowicie celowo użył tego określenia, o czym świadczył błysk w jego oku - na temat tego, co jest pismem a co hieroglifami. Tymczasem może faktycznie masz rację. Przybijaj - tak, tu też nie bez powodu zakończył wypowiedź w taki a nie inny sposób.
W końcu lubiła bić, nie? Więc jak najbardziej mogła przybijać pieczątkę do dokumentów, podczas gdy on miał zajmować się całą resztą. W tym momencie wyglądając jeszcze na całkiem rozpogodzonego możliwością robienia tego razem. Siedząc wspólnie na podłodze gabinetu w samym środku naprawdę cichej londyńskiej nocy i sięgając ku pierwszej stercie papierów.
Bardzo szybko rezygnując przy tym z siedzenia po turecku, tylko wyciągając nogi w rozkroku z wolną przestrzenią na kartki układane pomiędzy nimi. Pochylając się w kierunku podłogi i skrobiąc piórem po dokumentach. Jednym, drugim, trzecim...
...może nie był to idealny wieczór, ale stał się jakiś lepszy. Wciąż skrajnie nudny, jednak na swój sposób znacznie spokojniejszy niż na samym początku czy w momencie, w którym Geraldine niespodziewanie wpadła do jego gabinetu, wywołując u niego niemalże miniaturowy zawał serca. Teraz było jakoś lepiej.
Na tyle dobrze, że ponownie przestał zwracać uwagę na to, jak bardzo się obecnie zapominali. Znów łamał swoje postanowienia. Kolejny raz odkładał nieuniknione. Ponownie znalazł wymówkę ku temu, aby nie musieć być tą osobą, która nakazałaby im obojgu powrót do szarej rzeczywistości. Tej, w której nie mogliby już spędzać razem czasu. Nawet w ten sposób.
Nawet w obliczu widm nękających już nie tylko samą Knieję. Mieli wspólnie zajmować się tą kwestią. Nie dało się tego podważyć, nie można było tego ukryć, jednak wszystko wyglądało tak, jakby jednocześnie już nigdy nie mogli przy tym powrócić do dawnych lat. Do czasów poszukiwania odpowiedzi na inną, nieco mniej makabryczną, ale wciąż nękającą ich kwestię.
Wtedy zajmowali się tym tylko we dwoje. Tylko ich to dotyczyło. Spędzali razem czas, coraz bardziej się do siebie zbliżając. Niemalże tak jak teraz w tej chwili. W przypadku nowego problemu mieli wokół siebie innych ludzi. Osoby, z którymi należało, by współpracowali. To nie mogło wyglądać już w ten sposób...
...a jemu obecnie ciężko było całkowicie bez żalu stwierdzić, że tak miało być lepiej. Nie miało. W głębi duszy tęsknił za takimi chwilami. Może nie za problemami, których zazwyczaj dotyczyły, ale za tą wspólną ciszą i spokojem. Za powolnym, ciepłym spojrzeniem, jakie posłał w kierunku Yaxleyówny, nie przejmując się tym, co właśnie robi, tylko zwyczajnie na nią patrząc. Miękko, dosyć czule, uśmiechając się pod nosem.
- Potrzebujesz czegoś? Poza możliwością ucieczki, jasna sprawa - spytał pierwszy raz od dłuższej chwili, przecierając powieki wierzchem dłoni i przeciągając się na podłodze. - Herbaty, kawy, soku, ziołowego naparu? - Opcje były naprawdę przeróżne. - W bufecie mają też na pewno całkiem niezłe kanapki. Mogę ci coś załatwić - zasugerował.
Ot, przywileje nocnej zmiany. Mimo zamknięcia ostatniego piętra przed interesantami, personel nadal miał tam dostęp. Tak samo jak do dachu, który choć pewnie wilgotny i pokryty deszczem, też pozostawał dostępny.
- A może chcesz zapalić? - No, właśnie.
To chyba było najistotniejsze pytanie. Tym bardziej, że o tej porze swobodnie mogli się tam przewietrzyć bez zwracania na siebie aż takiej uwagi.
- Dam ci coś na wierzch i przyczepię ci plakietkę - zaoferował, uśmiechając się pod nosem. - Może wtedy poczujesz, że umiesz czytać hieroglify - tak, to była żelazna logika, niezmiernie.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#27
22.02.2025, 15:00  ✶  

Yaxleyówna nie miała pojęcia, jak działała szpitalna biurokracja, spodziewała się, że jej pomysł raczej nie będzie miał racji bytu, ale warto było spróbować, a nuż się uda. Nie, nie zakładała powodzenia tej idei, ale nie byłaby sobą gdyby nie rzuciła w głos rozwiązania, które wydawało jej się być najprostszym. Powinna się spodziewać, że Roise nie będzie fanem tego rozwiązania. Zdawała sobie sprawę, że bardzo profesjonalnie podchodził do swojej pracy, więc nie było dla niej zaskoczeniem to, że stwierdził iż ten pomysł nie przejdzie.

- Szkoda, ale przynajmniej próbowałam. - Nie mogła sobie zarzucić tego, że nie spróbowała ogarnąć tego problemu w inny sposób, jednak Roise był przekonany o tym, że musieli przejść przez to wszystko. On znał się na rzeczy, oczywiście, że nie zamierzała w tej sytuacji negować jego zdania. To on był tutaj specjalistą od spraw związanych z papierami lekarskimi. Najwyraźniej czekała ich wspaniała zabawa, widząc te dwie dosyć spore kupki papierzysk spodziewała się, że trochę czasu zajmie im ogarnięcie tego. Cóż, w domu pewnie i tak nie zmrużyłaby oka. Nie do końca potrafiła spać, kiedy nie było go obok niej, więc to było chyba lepszym zajęciem, niż rozmyślanie o tych wszystkich męczących ją problemach do samego rana.

Dużo prościej było udawać, że nie potrafi rozczytać jego pisma, szczególnie w sytuacji jak ta. Przez lata nauczyła się to robić, ale nieszczególnie się tym chwaliła, każdy powinien mieć jakieś swoje, ukryte umiejętności, którymi mógł się pochwalić niczym czarodziej wyciągający królika z kapelusza. To była jedna z tych tajemnych mocy, czytanie lekarskiego pisma, na pewno kiedyś jej się przyda do czegoś ważnego.

Oczywiście, że nie uwierzył w jej wymówkę, o czym świadczyła jego reakcja. Zademonstrował jej swój język, w całej okazałości. Na szczęście siedziała na tyle daleko, że nie miała szansy go za niego złapać.

- Niestety, to się nigdy nie wydarzy. Przecież wiesz. - Nie bez powodu uciekła z ministerstwa po ledwie kilku tygodniach. Geraldine nie nadawała się zupełnie do siedzenia za biurkiem, wypełniana papierów. To były dla niej zbyt nudne zajęcia, prędzej, czy później by ocipiała, gdyby miała zajmować się tym na co dzień. Na szczytów był jednorazowy moment, właściwie to chyba pierwszy raz poprosił ją o pomoc w czymś takim, nie należało to do ich typowych czynności. Udało się jej uciec od przepisywania, więc złapała mocniej w dłoń pieczątkę i zaczęła nią napierdalać.

- Przybijanie zdecydowanie bardziej do mnie pasuje. - Nie było ku temu żadnych wątpliwości. Może nie do końca pasowało to do jej typowych zajęć, ale z pieczątką powinna sobie poradzić bez mniejszego problemu, no pewnie znając ją, skończy się na tym, że kilka z nich postawi nie w tę stronę, czy coś.

Była skupiona na swoim zdaniu. Przesuwała przed siebie kolejne kartki i je pieczętowała, cóż chciała to zrobić jak najszybciej, może licząc na to, że później znajdzie jej jakieś ciekawsze zadanie. Jakoś nie zakładała bowiem, że jak skończy jej się ta sterta dokumentów, to będzie musiała stąd wyjść. Nie miała pojęcia dlaczego, właściwie przecież lepiej by było jakby już stąd wyszła, a póki co ponownie spędzali ze sobą czas, w miejscu, w którym nie powinno jej przecież być. To nie sugerowało niczego dobrego, zdecydowanie zaczęli akceptować to, że siebie potrzebowali, chociaż czy aby na pewno? Dlaczego Roise postanowił poprosić ją o to, żeby mu pomogła, może trochę przejmował się tym jej lękiem, o którym mu wspomniała. Nie chciała, aby w jakikolwiek sposób czuł się zobowiązany do tego, aby dotrzymywać jej towarzystwa, nie chciała litości.

- Wiesz, że jakbym potrzebowała możliwości ucieczki to już by mnie tutaj nie było, prawda? - Na pewno zdawał sobie z tego sprawę, że jeśli Geraldine bardzo chciała się skądś wydostać, to zawsze znajdowała wyjście. Tym razem jednak chciała tu zostać, spędzić z nim jeszcze trochę czasu, z własnej, nieprzymuszonej woli, nawet w Mungu. Ciężko jej było tak po prostu stąd odejść, kiedy pojawiła się możliwość, aby spędziła z nim jeszcze kilka godzin. Obawiała się, że to może się szybko nie powtórzyć, a zdecydowanie nie była gotowa aby stracić to, co ostatnio sobie dawali. Lubiła gdy znajdował się tuż obok niej, doceniała jego obecność, nawet kiedy było to tylko i wyłącznie siedzenie razem nad jakimiś dokumentami.

- Nie macie tutaj whisky, co? - Nie wiedzieć czemu, stwierdziła, że alkohol na pewno nieco ułatwił by jej zadanie, zdawała sobie jednak sprawę, że taka poważna persona jak Roise nie powinna sięgać po trunki w pracy, a ona chyba powoli odchodziła od picia w samotności, przestawało jej to sprawiać przyjemność.

- Zapalić chętnie. - Tak, tego nigdy nie odmawiała, szczególnie, że minęło już trochę czasu od kiedy spaliła tego szluga przed wejściem do Munga. Nałóg prosił się o nakarmienie.

- Czekaj, chcesz mnie przebrać w takie wdzianko? Zostałabym Twoją oficjalną asystentką, nieźle. - Nikt na pewno by nie zauważył, że tutaj nie pracuje, to mogło być nie najgorsze rozwiązanie na przemykanie po szpitalu niezauważonym.

- Nie sądzę, że fartuszek wystarczy do tego, żeby nauczyć mnie czytać hieroglify, ale możemy spróbować. - Noc w zasadzie była jeszcze młoda, mogli zrobić coś głupiego, jak to mieli w zwyczaju. Jeszcze nigdy nie przebierała się za asystentkę uzdrowiciela, zawsze musiał być ten pierwszy raz.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#28
22.02.2025, 15:59  ✶  
Bez wątpienia doceniał inwencję twórczą jego dziewczyny i kreatywne sugestie wypływające z jej ust. Niestety w tym wypadku nie wchodziły w grę. Choćby nawet chciał, nie mógł stracić tych wszystkich dokumentów. Ewidentnie mógł za to podzielić się swoją dolą i wmanipulować Geraldine w robotę, której (jak sama zresztą wspomniała, co zdecydowanie wiedział i pamiętał jeszcze przed usłyszeniem tych słów) nie była w stanie znieść na dłuższą metę.
Czy jej się dziwił? No niekoniecznie. Mało kto był takim zawodowym służbistą jak on w Mungu. Prawdopodobnie miał konkurencję wyłącznie w postaci dwóch innych osób, z których jedna przeniosła się do Ministerstwa a druga pracowała oddział wyżej. Na swoim oddziale był Naczelnym Służbistą™. W kontraście do prywatnej persony.
- Przybijanie, bicie, o dobijaniu nie wspomnę - cały czas się do niej uśmiechał, szczególnie, że siedział na tyle daleko, aby nie mogła tak po prostu dowieść na nim słuszności jego słów.
No, chyba że czymś w niego rzucając, ale wtedy zdecydowanie mógłby spróbować uniknąć uderzenia. Poza tym raczej była świadoma, że wolał nie stracić ani pióra, ani pieczątki. Mimo wszystko robili coś błahego, niezbyt pilnego, ale w pewnym sensie dla niego istotnego. Naprawdę poważnie podchodził do swojej pracy.
Szczególnie, że on nie mógł tak po prostu zebrać się i z niej uciec. Stety czy niestety, to nie wchodziło w grę. Mimo wszystko lubił swoje zajęcie. Czuł się w nim zadziwiająco dobrze, nie musząc specjalnie się wysilać, aby wejść w swoją zawodową rolę. Tak, zupełnie kontrastującą z życiem codziennym, zwłaszcza w czterech ścianach domu. Kiedyś tego wspólnego. Brakowało mu tego, cholernie mu tego brakowało, tym bardziej, że to nie miało już wrócić.
- Drzwi są zamknięte - poinformował bez mrugnięcia okiem; zupełnie tak, jakby to rzeczywiście mogło ją powstrzymać przed czymkolwiek.
Gdyby chciała, niechybnie by stąd wyszła. Tyle tylko, że żadne z nich nie paliło się do przywrócenia dystansu. Choć przez półtora roku byli w stanie poruszać się innymi ścieżkami. Co bardziej interesujące, wielokrotnie zapewne będącymi blisko skrzyżowania się ze sobą. Parokrotnie wymuszenie się krzyżującymi. Od tygodnia było inaczej.
Dzisiejszy wieczór miał być inny, tymczasem ponownie okazał się zarazem prosty i skomplikowany. I nie, to nie była litość z jego strony. To było coś innego. Coś, czego nie mógł a może raczej nie chciał nazwać. Wtedy należałoby zrobić kolejny krok, na który nie czuł się gotowy. To wszystko było cholernie skomplikowane.
- Pewnie się zdziwisz - zaczął, utrzymując spojrzenie na Geraldine i nie poruszając przy tym nawet ani jednym zbędnym mięśniem twarzy; zdecydowanie chciał zachować szansę na właściwe przekazanie jej odpowiedzi - ale mamy - tak, bez wątpienia spodziewał się, że to mogło być całkiem zaskakujące, choć czy aby na pewno?
Gdyby głębiej się nad tym zastanowić, raczej nie. Wciskanie pracownikom Munga sakiewek wyładowanych galeonami było surowo zabronione. Ambroise zresztą nigdy nie posunąłby się do czegoś takiego. Gdy chodziło o oficjalne sprawy zawodowe, zdecydowanie nie był i nigdy nie miał zamiaru być łapówkarzem. A jednak szpitale rządziły się swoimi prawami. Bywały rzeczy, których po prostu nie zaliczało się do prób przekupstwa.
Często gęsto na koniec pobytu pacjenci lub ich rodziny przynosili różnorakie podarki. Wyrazy uznania i tak dalej. Z bardzo szybko zdobytego doświadczenia wiedział, że odmowa przyjęcia takich przedmiotów nigdy nie spotykała się z pozytywnym odbiorem. Godziła bowiem w godność człowieka, który je przynosił. Lepiej było zatem przyjąć oferowany prezent.
Oczywiście wszystko z zachowaniem logiki i zdrowego rozsądku. Czasami nie dało się nie stwierdzić, że to jest już przesada. Czy to ze względu na wartość materialną, czy na to, że wyrazy uznania w oczach ludzi przyjmowały naprawdę różne formy. Jedne nieprzemyślane, inne niebezpieczne, jeszcze inne niesmaczne. W kwestiach zawodowych zawsze potrafił stawiać sztywne granice i trzymać się ich bez względu na sytuację.
Może bywał chłodny, analityczny, nie należał do tych ciepłych i pocieszających osób. Nie szastał wyrazami empatii. Nie słał pokrzepiających uśmiechów na prawo i na lewo, ale bez wątpienia był ze wszech miar profesjonalny. Bardzo konkretny, surowy, ale bez dwóch zdań sprawiedliwy. W tym wypadku rzeczywiście był bardzo prostym człowiekiem. Przewidywalnym, mającym bardzo jasno określone poglądy i zachowania, profesjonalnym.
Oznaczało to mniej więcej tyle, że tak jak znalazł sposób, aby zaangażować Rinę w zajęcie mogące być dla nich całkiem gładką wymówką (echem, z pewnością, wcale nie widzieli w tym drugiego dnia) do spędzenia razem kilku kolejnych godzin. Tak jednocześnie nie poprosiłby jej o robienie czegokolwiek niezgodnego z procedurami. O angażowanie się w czynności dotyczące wrażliwych danych (choć w ich czasach i świecie do tego podejścia podchodziło się raczej luźno; tak samo jak przecież do kwestii bezpieczeństwa pracy i tak dalej - czarodzieje niespecjalnie o to dbali). Ani zdecydowanie nie stwierdziłby, że to, że jakiś czas wcześniej pacjent przyniósł im wszystkim po butelce naprawdę dobrego koniaku oznaczało, że mógł jej go teraz zaproponować w ramach procentów zamiast whisky.
Całkiem słusznie nie mogła tego od niego oczekiwać, co nie znaczyło, że nie zamierzał być z nią szczery. Gdzieś tam w zamkniętej na zamek szafce niemal każdy kitrał jakieś zapomniane prezenty przypadające mu w jego doli. Taka specyfika zawodu. Nie trzeba było być alkoholikiem, aby mieć sporo alkoholu w domu. Jeszcze więcej kawy i słodyczy. Tych nawet przez wspólne lata ani trochę im nie brakowało.
- Mogę zaproponować ci za to gorącą czekoladę - musiał to powiedzieć aż za dobrze zdając sobie sprawę, że tego typu napój był prawdopodobnie największym możliwym kontrastem dla dorosłych alkoholi.
Właśnie dlatego tak bardzo go to bawiło. A że i tak zamierzali przejść przez zamkniętą kafeterię...
- Dam ci fartuszek i pustą plakietkę - kiwnął głową w odpowiedzi, nie mogąc do niej nie mrugnąć, przy czym zdecydowanie błysnęły mu oczy. - To prawie jak oficjalny angaż - no, dosyć dużo powiedziane, ale w gruncie rzeczy nie było to żadne łamanie przepisów ani ich naginanie.
Nie zamierzali podrabiać identyfikatora. Po prostu pożyczał dziewczynie wierzchnie okrycie, do którego całkowicie przypadkiem została już dawno temu przypięta plakietka. Zresztą pusta, pozbawiona jakichkolwiek danych. Wychodzili od razu na klatkę schodową, nigdzie po drodze nie klucząc. Mieli wyjść zapalić, co także było całkiem standardowe. Później może chwycić kanapkę i kawę z kafeterii. Przy zadaniach typu tego, jakie teraz wykonywali, przewietrzenie się było istotne, czyż nie?
- Poza tym moglibyśmy być przez to całkiem kwita - dodał, nie wyjaśniając, o co mu teraz chodziło, jednak jego porozumiewawczy, może trochę prowokacyjny uśmieszek mówił sam za siebie.
Był kolejnym z tych zachowań. Ponownie niewerbalnych. Gestów świadczących przeciwnie do słów, przy których z pozoru tak bardzo się upierał. Z jednej strony w dalszym ciągu zapierał się przed tym rękami i nogami, z drugiej kolejny raz nie potrafił nie rzucić sugestii świadczącej o tym, że to nie mogło być ich ostatnie spotkanie w ten sposób. Bez dystansu, bez przesadnej oficjalności. Jakżeby mógł inaczej wcielić sugestię w życie?
- Daj mi sekundę. Skoczę dać znać - stwierdził, nie zamierzając przecież wychodzić bez informacji, nawet jeśli chodziło wyłącznie o góra dziesięć minut w samym środku nocy i to na dach będący oficjalną palarnią personelu szpitala, wciąż znajdującą się na terenie instytucji.
To mówiąc, rzeczywiście podniósł się z podłogi. Kolejny raz powstrzymując się przed aż nazbyt naturalnym odruchem. Nabierając powietrza w płuca i kiwając głową z lekkim uśmiechem. Moment później opuścił gabinet, zamierzając załatwić sprawę tak szybko, aby jak najszybciej wrócić do Geraldine.
- Gotowa? - Padło zaledwie trzy minuty później. - Już praktycznie nie pada, jest tylko wilgotno, ale ponoć da się wystać - dopowiedział, patrząc na dziewczynę, gdy zamknął za sobą drzwi, wchodząc do pomieszczenia.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#29
22.02.2025, 18:07  ✶  

Nie miała pojęcia, jak to właściwie możliwe, że niektórzy nie mieli problemu z tym, aby faktycznie skrupulatnie wypełniać te oficjalne papiery. Miała świadomość, że była to część pracy, w sporej ilości miejsc papierologia była dość istotna. Na szczęście jej to nie dotyczyło, naprawdę nie potrafiła sobie siebie wyobrazić podczas takich nudnych czynności. Jasne, ten jeden raz mogła to zrobić, krzywda jej się nie działa, ale na dłuższą metę? Umarłaby ze znużenia. Nie przywykła do siedzenia w miejscu, od lat jej praca wiązała się głównie z łażeniem po lasach, tak naprawdę pewnie nie umiałaby się na długo skupić na powtarzalnych czynnościach.

- Nie da się ukryć, że to moja specjalność. - Mrugnęła do niego nawet porozumiewawczo zadowolona z tego, że Roise zdawał sobie sprawę z tego, jak to u niej wyglądało.

Miała zadziwiająco lekki humor jak na rozmowę, którą przed chwilą odbyli, jakby wcale mu się nie zwierzyła ze swoich największych traum. Nie miała pojęcia, jak w ogóle było to możliwe, ale całkiem zgrabnie przeszli zmianę między tymi nastrojami. Cóż, to była tylko i wyłącznie jego zasługa, to on znalazł rozwiązanie.

Nie była w nastroju, żeby w czymś w niego rzucać, nie, wbrew pozorom zupełnie poważnie podeszła do tego zajęcia, które dla niej znalazł. Wiedziała, że jego praca jest dla niego ważna, nie lekceważyła wcale tego przybijania pieczątek, chociaż mogła to zrobić.

- Acha? Naprawdę sądzisz, że zamknięte drzwi mogłyby mnie powstrzymać przed wyjściem? - Och, sweet, summer child. Raczej wątpiła w to, żeby rzeczywiście w to wierzył. Zamknięte drzwi nie były dla niej żadną przeszkodą, na pewno miał tego świadomość. Mogłaby je wyważyć bardzo szybko, albo wyjść oknem, na pewno znalazłaby całkiem szybkie rozwiązanie, ale nie chciała tego robić.

Dobrze jej się tutaj siedziało, nawet jeśli był to Mung, w sumie w jego gabinecie nie odczuwała, aż tak bardzo tej szpitalnej aury, a przynajmniej starała się ją ignorować.

- Rzeczywiście, to zadziwiające. - Nie pomyślała o tym, że rodziny pacjentów mogły próbować w ten sposób przekupywać uzdrowicieli, dopiero po chwili to do niej dotarło. - Czy masz barek u siebie pod biurkiem? - Nie zamierzała tego sprawdzać, ale skoro mogła zapytać, to postanowiła to zrobić. Ambroise od lat pracował w Mungu, na pewno miał cały wianuszek pacjentów, którzy byli mu wdzięczni za odpowiednią opiekę, podejrzewała, że mogli mu się chcieć odwdzięczyć za opiekę podarunkami, a jak wiadomo alkohol był idealnym prezentem na każdą okazję. To wcale nie było takie głupie.

- Wiesz jak działa czekolada? Będę mieć bardzo dużo energii, jeśli mnie nią uraczysz, szybko się mnie stąd wtedy nie pozbędziesz. - Nie miała nic przeciwko temu, ale wolała go uprzedzić o tym, że tak się stanie. Cukier działał na nią chyba jeszcze bardziej intensywnie od kawy, więc to mógł nie być najlepszy pomysł, z drugiej strony nie zamierzała póki co spać, więc właściwie było jej bez różnicy, czego się teraz napije.

- Oficjalnego angażu bym nie przyjęła, chociaż właściwie, jakbym miała być tylko i wyłącznie Twoją asystentką, to mogłabym się skusić. - Wszystko zależało od okoliczności. Nie, żeby widziała siebie w takiej roli, na pewno nie na dłużej, ale od czasu do czasu? Śmiesznie byłoby poudawać kogoś innego.

- Kwita, to nie jesteśmy? Coś mi umyka? - Nie miała pojęcia, co jeszcze i za co była mu winna, ale skoro sam o tym wspomniał, to wolała się upewnić o co właściwie mu chodzi.

Kiedy Ambroise wyszedł z pomieszczenia ułożyła te papiery, którymi się zajmowali całkiem równo, żeby nic się nie pomieszało, po czym wstała i oparła się o jego biurko. Wypatrywała się w okno i czekała, aż do niej wróci.

- Zawsze jestem gotowa. - Rzuciła, kiedy wrócił do pomieszczenia, na jej twarzy malował się uśmiech, w sumie miała nawet dobry humor, jak na to, co ją tutaj sprowadziło. - Gdzie jest mój fartuszek? - Skoro sam stwierdził, że to będzie najlepsza opcja, to zamierzała się na to zgodzić. Rzadko kiedy wybierała takie kolory, właściwie to nie pamiętała, kiedy miała na sobie coś jasnego, będzie musiała wyglądać w tym całkiem zabawnie. - Nie boję się deszczu. - Nie przeszkadzałoby jej gdyby padało, tak właściwie to nawet lubiła deszcz, szczególnie, że jeszcze nie było, aż tak zimno, żeby był nieprzyjemny.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#30
22.02.2025, 20:17  ✶  
- Zamknięte drzwi może nie, ale gdybyś spróbowała wyjść razem z nimi - zaczął z tym samym błyskiem w oku, zerkając na nią równie bezczelnie, co porozumiewawczo - mamy sposoby, by pacyfikować pacjentów zanim odeślemy ich do Lecznicy Dusz - nie musiał tego sugerować, prawda?
Zrobił to dla podtrzymania absurdu prowadzonej rozmowy, ale wydawało mu się, że Rina raczej zdawała sobie z tego sprawę. Może nigdy tak o tym nie rozmawiali, jednak dla wielu osób obawiających się szpitala, takie wyobrażenie było raczej normą.
Oczywiście, w żadnym wypadku nie chciał jej stresować. Wręcz przeciwnie: niezmiernie podobała mu się lekkość prowadzonej przez nich rozmowy. To była naprawdę przyjemna odmiana od codzienności i tego, w jaki sposób ostatnio odnosili się do siebie przez większość czasu. Teraz było inaczej, niemal prawie tak jak kiedyś.
Choć dawniej raczej nie zwykła odwiedzać go w jego gabinecie w środku nocy. To było inne. To bez wątpienia była dla nich nie do końca chciana nowość. Co gorsza nie wydawało się, by którekolwiek z nich wiedziało, jak długo miałaby trwać i jak intensywnie się objawiać. Nie chciał bagatelizować lęków Yaxleyówny. Zamierzał być tu (i nie tylko tu; już to kiedyś powiedział) dla niej. Tyle tylko, że nie mógł tego robić przez cały czas, nawet jeśli w tej chwili starał się ignorować tę myśl.
Obecnie było miło. Wspólna praca szła im zadziwiająco lekko, zwłaszcza jak na to, że wykonywali raczej monotonne, nużące i powtarzalne czynności. Coś, co nigdy nie miało być fascynujące i co najchętniej wziąłby ze sobą do domu, żeby rzeczywiście móc wypić do tego szklaneczkę czy dwie szklaneczki whisky, czego nie mógł zrobić w szpitalu. Nawet mając tu co nieco, czego jeszcze nie zdążył spakować i zabrać ze sobą do Doliny Godryka, gdzie spędzał więcej czasu niż na Horyzontalnej.
- No, może nie przesadzajmy. Pół barku i nie pod biurkiem a w zamykanej szafce, więc - chciał powiedzieć, że nawet jeśli pragnęłaby to zrobić, raczej nie miałaby szans dokonać skoku i włamać się po butelkę, ale...
...no, właśnie. To była jego Rina. Oczywiście, że przynajmniej spróbowałaby to zrobić. Najpewniej by jej się powiodło. Szczególnie, jeśli wcześniej wypiłaby tę gorącą czekoladę, przed którą tak bardzo go ostrzegała, że aż nie mógł nie parsknąć, prawie przewracając oczami.
- Zapamiętam to sobie na przyszłość, zero czekolady - poruszył brwiami, uśmiechając się wcale nie tak ukradkowo. - Wrócę do ciebie, jeśli kiedyś postanowię poszerzyć zakres prywatnej praktyki - obiecał a może zagroził, jednocześnie ignorując wszelkie dodatkowe znaczenia tych słów, jak i to, że znowu mówili o czymś, co nie miało mieć miejsca.
Naprawdę zatrważająco łatwo było mu mówić o sprawach dotyczących nieistniejącej wspólnej przyszłości. Rzucać sugestiami, luźnymi tekstami, teoretyzować. W rzeczywistości pewnie nigdy nie miał otworzyć własnej praktyki innej niż ta świadczona po domach. Nie miał opuścić Munga, na awans też powoli przestawał liczyć, bo wypruwał sobie żyły a ten moment nie nadchodził.
A jednak przede wszystkim nie miał wrócić do dziewczyny. W ten czy w żaden sposób. Nie miał trzymać się blisko niej, nawet jeśli obecnie ich dystans ponownie nie istniał. Prowadzili lekką, może trochę zaczepną rozmowę. Cieszyli się swoim towarzystwem i ciszą dookoła nich. Deszczem i nocą za oknem. Było dobrze, ale na jak długo? Blady świt miał przynieść odpowiedź.
- Dobrze wiesz, co mam na myśli - mruknął, znacząco zniżając głos i nadając mu już przesadnie charakterystyczną nutę brzmienia.
Nie wierzył w to, że mogła być po tym tak bardzo niewinna i nieświadoma rzuconej sugestii.
Tej, z którą ją zostawił, opuszczając pomieszczenie, żeby załatwić dosłownie dwie sprawy zanim zdążą wyjść na dach, aby zapalić. Wtedy już oboje w raczej nierzucający się w oczy sposób, bo w odpowiednich ubraniach.
Uniformy typowe dla uzdrowicieli z Munga na szczęście nie leżały po stronie szpitala. Choć może należałoby wysłowić się w trochę inny sposób. Zarząd rzeczywiście ustalał kroje czy kolory uzdrowicielskich strojów, odpowiadał za to, aby wszyscy nosili się w jednakowy sposób, by ich ubiór nie pozostawiał żadnych wątpliwości, z kim miało się do czynienia.
A jednak bardzo średnia sytuacja finansowa instytucji, braki kadrowe, ciągłe zmiany personelu, mnogość naprawdę bardzo wielu różnych osób przewijających się przez oddziały jako ich pracownicy... ...to wszystko raczej nie sprzyjało temu, aby szpital w jakikolwiek sposób brał na siebie zaopatrywanie pracowników w to, co mieli nosić w ramach pracy.
Ambroise bardzo mgliście pamiętał, że zaczynając karierę w Mungu rzeczywiście otrzymał jakieś fatałaszki, jednak nawet nie miał okazji stawić się na przymiarce. Po prostu wciśnięto mu coś, co zdaniem jakiejś mądrej głowy miało na niego pasować, po czym nazwano to dniem. Przydział został odhaczony. Należało w ogóle wspominać o tym, że Greengrass nigdy nawet nie próbował w nim paradować?
Od samego początku przeczuwając, co się świeci i jak to będzie wyglądać (to w końcu nie było jego pierwsze rodeo jako wysoki, raczej ponadprzeciętnie zbudowany człowiek pokaźnej postury) przezornie już wcześniej upewnił się, co do wymagań przyszłego pracodawcy i zaopatrzył się we właściwe ubrania. Nosił je od lat, całe szczęście mogąc pozwolić sobie na to, aby faktycznie dobrze na nim leżały.
Przymykając oko na to, że były w bardzo jasnym odcieniu zieleni, w niektórym oświetleniu wpadającym wręcz w żółć. Na odpowiednio jakościowym, dobrym i grubym materiale nie był to jeszcze zupełnie najgorszy rodzaj zieleni. Przynajmniej przez większość czasu, ale właśnie to oświetlenie czasami zmieniało cały odbiór. Żółty był naprawdę nietwarzowy kolorem, z którym Ambroise niestety nie mógł nic zrobić. Musiał z tym jakoś żyć.
Teraz kolejny raz mimowolnie czując narastające rozbawienie, gdy pomyślał o Geraldine w tym kolorze. Oboje na co dzień raczej nie mieli skłonności do korzystania z tak jasnej palety barw. Zobaczenie dziewczyny w czymś takim z pewnością miało być równie satysfakcjonujące, co jego obecne wyobrażenie na ten temat. Nie czekał zatem zbyt długo. Skoro sama dopominała się o swój fartuszek, zamierzał nie tylko tak po prostu jej go wręczyć.
Bez dalszego zawahania ruszył z miejsca, zmierzając w kierunku szafy stojącej w rogu pomieszczenia i sięgając na półkę. Teoretycznie po drodze mógł zaopatrzyć się w kitel stażysty, skoro Geraldine miała robić za jego asystentkę, ale wszyscy obecni stażyści byli znacznie niżsi i drobniejsi od jego dziewczyny. Za krótkie rękawy raziłyby bardziej niż użyczenie jej swojej własności.
Nie potrzebował się odzywać, prawda? Wystarczyło zrobić te trzy, może cztery kroki w jej stronę, przystając tuż za jej plecami. Przyglądając się odbiciom w oknie, spojrzał na Yaxleyównę w szybie, gładkim ruchem otulając jej ramiona kitlem. Resztę musiała zrobić sama. To nie wystarczyło, by go założyła, ale to nie miało znaczenia. Nie po to stanął tak blisko, nie po to sięgnął ku niej, nie po to narzucił na nią okrycie. Nie. Gdyby o to chodziło, po prostu by jej je podał.
- To dobrze - mruknął powoli z nieświadomie znacznie mocniej bijącym sercem, cały czas trzymając dłonie na przedramionach dziewczyny i bezwiednie nachylając się ustami w kierunku jej szyi. - Chyba nie jesteś z cukru - równie niespieszny pocałunek spoczął na linii szczęki Geraldine wraz z niemal niewyczuwalnym, bardzo subtelnym muśnięciem języka; smakowaniem w ramach standardów bezpieczeństwa, tak? - Nie jesteś - to wystarczyło, by wreszcie odsunął się o kilka centymetrów, rzucając jej spojrzenie w szybie pokrytej kroplami deszczu.
Lubił ten widok. Lubił ich razem. Kiedyś to przestało mieć sens?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (17957), Geraldine Greengrass-Yaxley (14692)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa