Znów się nie rozumieli a on w tym wszystkim nie chciał wychodzić na gorszego człowieka niż w rzeczywistości. Wystarczyło, że był tym kim był. Nie potrzebował być bardziej bezuczuciowy. Nie w oczach kogoś, kogo naprawdę kochał.
- Nie o to - zaczął, marszcząc czoło i mrużąc oczy, spoglądając na Yaxleyównę trochę bezmyślnie, niemalże nie będąc w stanie ukryć zaskoczenia.
Tak, powtórzyła po nim to słowo. Nie zdążył jej go rozwinąć zanim odezwała się ponownie, bo chyba nieświadomie spiął się na dźwięk jej głosu. Na to, w jaki sposób rozpacz wybrzmiała w tonie głosu jedynej osoby, u której tak bardzo nie chciał tego kiedykolwiek słyszeć. Zachowywał się przy tym zupełnie nie tak. Nie w sposób, w który pragnął postępować.
- Nie o to mi chodziło - tym razem dokończył to przeklęte zdanie, wbijając spojrzenie w dziewczynę, jednak już nie tylko poprzez przekrzywienie głowy w jej kierunku.
Tym razem cały się obrócił. Jednym zadziwiająco gładkim ruchem, niemalże ślizgiem na podeszwach butów, o który na tak wilgotnym, obficie zlanym deszczem poszyciu dachu wcale nie było trudno.
Warunki pogodowe od rana nie były korzystne. Przez chwilę wydawało się, że pogoda zaczęła się poprawiać, jednak teraz coraz bardziej się rozpadywało. Zimne podmuchy powietrza były już znacznie bardziej jesienne niż letnie. Ten wieczór, ta noc przypominały jedną z tych późnopaździernikowych. Nie kojarzyły się z początkiem września, tylko z późną, niemalże martwą jesienną aurą.
Pasowały do tego, co się działo, czyż nie? Niemalże idealnie oddawały atmosferę, jaka wkradła się pomiędzy nimi. W nim też coś teraz umierało. Kolejny raz. Nie pierwszy, nie wiedział czy na pewno ostatni. Życie lubiło kopać leżących a on poniekąd właśnie to robił. Poddawał się zamiast walczyć. Dokładnie tak jak zarzucała mu Geraldine.
Wystawiał się tym na kolejne ciosy. Wychodził z pozycji wręcz perfekcyjnej ofiary. Już się o tym przekonał.
Stali tak blisko siebie, praktycznie na wyciągnięcie ręki, jednak tym razem żadne z nich nie spróbowało przełamać dystansu. Byli tak blisko i jednocześnie tak daleko. Kiedy pozwolili sobie to zrobić?
Wcale nie przestał lgnąć do niej nie tylko ciałem, ale także każdym fragmentem duszy. W tym momencie tak bardzo zbolałej i spękanej. Strudzonej nieustanną walką. Wiecznymi próbami postępowania we właściwy sposób. Właściwy dla kogo? Dla niego? Dla niej? Gdyby rzeczywiście tak było to czy staliby tu teraz w ten sposób?
Chciał, naprawdę chciał móc powiedzieć coś zupełnie innego. Ponownie wpuścić Geraldine do swojego życia, zwłaszcza że tak naprawdę nigdy do końca nie wypuścił jej ze swojego uścisku. Mimo uczucia przejmującej pustki, jaka wypełniała (o ironio) teraz jego coraz bardziej wyziębione ramiona, czy kiedykolwiek był moment, gdy całkowicie przestał uwzględniać ją w swoim życiu? W tym, co robił, o czym myślał i jak postępował?
Nawet w tym całym pochopnym zachowaniu. We wszystkich starych schematach przyjmowanych I wykorzystywanych na nowo. W autodestrukcji, w którą podświadomie ponownie zaczął się zapędzać. Tym razem głębiej, bo nie było już niczego, co trzymałoby go przy powierzchni. Żadnej nawet drobnej iskierki światła. Płomyczka w ciemności.
Wpierw w jego życiu rozpętała się burza. Pioruny uderzały coraz bliżej i bliżej aż w końcu wszystko ogarnął pożar. Później wszystko ucichło. Pozostały wyłącznie zgliszcza. Ogień strawił wszystko, deszcz wygasił płomienie. Pozostała wyłącznie ruina, pustynia. Wyjałowiona ziemia, bowiem po tym pożarze nie istniały szanse na odrodzenie. Tu z popiołów nie miało nie miało narodzić się nic prócz uczucia przejmującej pustki.
Deszcz, który w tym momencie zaczął na nowo spadać z nieba też nie był oczyszczający. Nie przynosił wrażenia świeżości i rześkości. Nie dawał nic prócz wrażenia chłodu. Lodowaty wiatr sprawiał, że drobne krople zacinały prosto w plecy Ambroisa, który mimowolnie przesunął się pół kroku do przodu.
Dało to tyle, co nic. Nie był w stanie całkowicie przysłonić dziewczyny przed wiatrem i wilgocią w powietrzu. Nie mógł zamknąć jej w ramionach. Nie posunął się tak daleko, nawet jeśli wszystko w nim wciąż ku niej lgnęło. To nie miało zniknąć. Nieważne, jak bardzo by się starali, co by robili czy mówili.
Ale co im tak właściwie pozostało? W tej czy w innej chwili? Nie mogąc iść w jedną ani w drugą stronę? Miotając się w tych wszystkich uczuciach? Teraz też w słowach, w których nigdy nie byli przecież zbyt dobrzy, ale w tej chwili miał wrażenie, że znowu zaczęli się rozmijać.
Nie o to mu bowiem chodziło, gdy mówił o granicach. Nie zadał Rinie pytania o to, kiedy przyjdzie im się tak naprawdę rozstać, bo to w jego oczach było wyjątkowo jasne. Robili to właśnie teraz w tym momencie. Nie chciał tego, ale sam podświadomie przymusił ją do podjęcia decyzji za nich oboje. To...
...te jej wcześniejsze słowa. Zgodzenie się z nim, pozwolenie mu wziąć na siebie winę. To chyba koniec powinny być dla niego dostatecznym znakiem, że to był najwyższy czas, aby na powrót się odsunąć. Tym razem jednak nie do kolejnej wspólnej sprawy, nie do okoliczności ustalonego spotkania, nie do bycia sojusznikami czy widywania się wyłącznie w większej grupie. Nie. Teraz już na stałe, bowiem tak jak to wcześniej stwierdził: mieli tak wielu zaufanych ludzi, że nie musieli widzieć się już nigdy więcej.
- W tym momencie mam w dupie runy, Rina, mam w dupie widma. Nie pytam o to, kiedy czy jak, bo to powinno być już dzisiaj. Jeśli nie chcemy się znowu zamotać, po prostu zróbmy to dziś. Tej nocy. Nigdy więcej - mówił naprawdę dużo, zwłaszcza jak na siebie, tej nocy z jego ust padło wiele zdecydowanych słów.
I jedno kluczowe pytanie. Jedna jedyna kwestia, której nie powinien wypowiadać.
Nie zrozumiała go wcześniej. Być może to była wskazówka. To był znak. Ostrzeżenie. Przestroga przed tym, by nie próbował ponownie wykrzywiać rzeczywistości, błądzić i zmieniać zdania. Może w tych wszystkich gorzkich i przejmująco trudnych kwestiach, jakie padały z ich ust, ten jeden raz dostał szansę na to, aby nie popełnić błędu.
O ironio. Próbując zawalczyć. Ten jeden jedyny raz łamiąc się na widok jej łez skrzących na wilgotnych policzkach czerwonych od wiatru. Ściekających po znajomych drżących wargach. Błyszczących w przejmująco niebieskich oczach. Nie pytał o moment rozstania. Pytał o granicę między nimi. Pomiędzy tym, co była a czego nie była w stanie zaakceptować. Nie tylko mu wybaczyć. Przyjąć do wiadomości, potrafić z tym żyć, zaakceptować to bez zastanawiania się, co miało im przynieść.
Tyle tylko, że niepotrzebnie to robił. Przecież już ich nie było. To pytanie nie miało sensu. Ta odpowiedź nie padła i nie miała paść a on w tej jednej chwili stracił wszelką chęć, aby próbować wyjaśniać dziewczynie, co tak naprawdę miał przez to na myśli. Oboje dostrzegali tylko to, co chcieli widzieć. Zgodnie z jego własnym parszywym życzeniem przyjęła tamtą narrację. Nie walczył, więc nie miał walczyć.
To było żałosne myślenie niepodobne do czegokolwiek, czego by od siebie chciał. Nigdy nie posądzałby się o tak krzywdząco pasywne zachowania. Zwłaszcza w stosunku do czegoś, do kogoś na kim tak cholernie mocno mu zależało. Kurewsko.
Zawsze wyciągał ręce po to, czego chciał. Nigdy nie miał problemu z tym, aby podążać za impulsami. Za odruchami. Tym, co wydawało mu się najlepsze dla niego, niekoniecznie dla kogoś. Ale tym razem wyjątkowo nie starał się myśleć o sobie. Już od wielu miesięcy działał wbrew wszystkiemu, czego tak naprawdę pragnął. O ironio, również wbrew temu, czego chciała dziewczyna.
W imię wyższych wartości, lepszego dobra a może wręcz przeciwnie - z powodu wewnętrznych lęków, czarnowidztwa, urojonych scenariuszy? To też tak łatwo się ze sobą mieszało. W tym też gubił się już od dawna. Praktycznie od początku magicznej wojny. Od tamtych przerażających chwil w Dolinie Godryka.
Ale co miał zrobić? Stał, spoglądając wprost na dziewczynę. Kręcąc głową, choć nawet tego nie dostrzegał. Moknąc, choć nawet tego nie czuł. Nie o to pytał, ale czy naprawdę chciał znaleźć odpowiedź?
- Pytałem o nas, Rina - zebrał się w sobie, w końcu znów otworzył usta, żeby powiedzieć jej to, co powinna usłyszeć; nie chciał zostawiać wątpliwości, nie chciał, żeby uważała go za takiego człowieka.
Takiego jakiego?
Pizdę i tchórza? Kogoś, kto tak po prostu przyjmuje płaszczenie się przed nim, proszenie go o coś, podczas gdy to on sam był tu największym problemem? Kiedy to on popełniał błąd za błędem, prawdopodobnie robiąc to nawet w tej chwili.
- Pytam, gdzie leży granica tego - co możesz znieść w związku z tym, co może się wydarzyć. Co najprawdopodobniej się wydarzy. Co stanie się codziennością. Co nigdy nie zniknie. Co już zawsze będzie w naszym życiu. O to pytam - ale tego już nie dodał.
Nie byli u siebie. Nie byli w swoim bezpiecznym miejscu. Nie mogli rozmawiać tu tak jak powinni to robić, nawet jeśli dach był całkowicie pusty a deszcz lejący się z nieba zagłuszał ich ciche słowa.
Nie chciał słyszeć ogólników. Tego, że było to wszystko, że ze wszystkim mieli sobie poradzić, bo to byłaby bujda. Tanie kłamstwo. Każdy miał swoje granice. On tego wieczoru miał wrażenie, że przekroczył jej wszystkie. Że być może w tym momencie rozwijał tę myśl, jednak zrobił to za późno. Najbardziej druzgocące słowa już padły. Od tego zazwyczaj nie było ucieczki.
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down