• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[08.09.1972] W świetle porannego słońca || Ambroise & Geraldine

[08.09.1972] W świetle porannego słońca || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#1
03.03.2025, 17:54  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2025, 22:50 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

08.09.1972, wczesnym rankiem w Battersea Park
Znów to zrobili. Zamietli wszelkie problemy, jakie wyciągnęli na wierzch, tym razem wpychając je nie pod dywan a pod szpitalne linoleum. Zostawiając je za sobą w gabinecie, który opuścili razem z samego rana. Siedząc przez resztę nocy nad papierami i nie próbując zbyt dużo rozmawiać. Odzyskując część utraconej stabilności, ale nie poprzez wyjaśnienie tego wszystkiego, co nawarstwiło się między nimi. O nie.
W końcu to byłoby zbyt proste, nieprawdaż? A oni mieli ostatnio wręcz wyjątkową tendencję do komplikowania sobie życia. Najszczególniej pod pozorem unikania konfrontacji. Nic więc dziwnego, że tym razem też tak zrobili. Pozbyli się problemu poprzez pozwolenie nerwom wygasnąć wraz z nastaniem świtu.
Z pozoru tworząc dzięki temu zupełnie nową kupkę. Może w niewypowiedzianej na głos nadziei, że jeśli zmienią miejsce składowania swoich brudów to te nie wybiją tak szybko ponownie? Nie, chyba nie. Nie tym razem. Teraz oboje zdawali sobie sprawę z tego, że to byłoby bardzo próżne, jeszcze bardziej życzeniowe myślenie.
Może milczeli na temat tego, co się stało, jednak wiedzieli, że przekraczając te wszystkie granice musieli zacząć wyznaczać sobie nowe. Nie poprzez zamykanie ust, nawet jeśli oboje nie byli zbyt skorzy do rozmów tego typu. Prędzej niżeli później musieli ponownie poruszyć temat tego, kim dla siebie obecnie byli. Kim mieli lub nie mieli być. Jak tak właściwie wyglądała i jak miała wyglądać ich relacja. Inaczej szambo wybiłoby ponownie.
Tym bardziej, że z każdą kolejną kłótnią coraz mniej dokładnie uprzątywali ten cały syf. Z dnia na dzień robili to wyłącznie bardziej i bardziej po łebkach, pozwalając na to, by latały między nimi kłęby kurzu, by małe drobiny wypowiedzianych słów osiadały na ich skórze. Aby oblepiały ich te wszystkie myśli o przyszłości bądź też jej braku, stopniowo od nowa się nawarstwiając. Po to, żeby znów posypać się niczym lawina.
Kolejnego takiego razu mogliby już nie przetrwać. To było bardziej niż pewne, szczególnie że ostatnie wspólnie spędzane godziny już były na swój sposób inne niż kiedykolwiek wcześniej. Cichsze. Z pozoru spokojne, ale Ambroise nie musiał być ekspertem w analizie relacji międzyludzkich, żeby wiedzieć, co to dla nich oznaczało. Byli zmęczeni. Nie wściekli. Nie wkurwieni. Chyba już nawet nie poirytowani. Byli wyczerpani, coraz bardziej wypruci z sił. To było znacznie gorsze od złości. Nie napędzało go do niczego dobrego. Wręcz przeciwnie: sprawiało, że milczał bardziej niż kiedykolwiek.
Milczał niemal przez ten cały czas do końca dyżuru. Odzywał się, gdy potrzebował coś powiedzieć. Był responsywny, jednak sam z siebie nie mówił zbyt wiele. Milczał, gdy szpital zaczął zapełniać się pacjentami. Milczał, gdy wrócił do gabinetu po zdaniu raportu dziennej zmianie. Milczał, gdy szykowali się do wyjścia ze szpitala i gdy opuszczali Munga. Kiedy zmierzali ramię w ramię przez park w kierunku Alei Horyzontalnej. Gdy bez jakichkolwiek słów skierowali swoje kroki w kierunku mieszkania Geraldine, nie potrzebując praktycznie żadnych ustaleń.
Kiedyś chcieli żyć w ten sposób, prawda? Nawet jeśli nie w Londynie a nad morzem, Ambroise wciąż zdawał sobie sprawę z tego, w jaki sposób to wyglądało. Nie potrzebował pytać, którego psa przypiąć na smycz. Który był dziś jego odpowiedzialnością. Po prostu to zrobił, wychodząc na bardzo znajomą klatkę klatkę schodową i czekając aż Geraldine zamknie za nimi drzwi na klucz.
W okolicach Horyzontalnej czy Pokątnej nie było zbyt wiele zieleni. Nie bez powodu sam Mung, w którym pracował, znajdował się przecież w niemagicznej części miasta. A park tuż obok tamtego miejsca był wręcz idealnym wyborem na poranny spacer. Cichy i spokojny, nadal osnuty wczesnojesienną mgłą rozlaną nad alejkami. Skąpany w półprzezroczystej mlecznej bieli. Otulony zielenią drzew i krzewów powoli przybierających zupełnie nowe barwy.
Było jasno. Całkiem słonecznie. Po nocnej burzy na bezchmurnym niebie nie pozostała ani jedna chmurka. Było chłodno, rześko, ale nie nieprzyjemnie. Pogoda naprawdę im dopisywała.
- Warto byłoby pomyśleć o jakimś cieplejszym szaliku, wiesz? - To były chyba pierwsze tak całkowicie błahe słowa, jakie padły z jego ust od kilku godzin. - Zaczyna się sezon chorobowy a tobie nie potrzeba przeziębienia czy grypy do tego pakietu - stwierdził, czując uderzenie chłodnego podmuchu wiatru.
Usiłując nie wzdrygnąć się na to całkiem przejmująco zimne wrażenie na karku. Szczególnie, że w trakcie wypowiadania tych jakże uzdrowicielsko-upominających słów zdążył już pozbawić się własnego szalika (tego zagarniętego z Munga), bez zbędnych ceregieli zarzucając go na szyję i ramiona dziewczyny. Wcale nie brał odpowiedzialności, nie?
To było na swój sposób ironicznie zabawne. W drugą stronę zaś na tyle wymowne, że chyba faktycznie nie potrzebowało komentarza.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#2
03.03.2025, 23:19  ✶  

Rozmowa nie do końca im służyła. Przynajmniej ostatnio. Ponownie więc wybrali milczenie, może nie do końca całkowite, ale nie wchodzili w te zupełnie niepotrzebne dyskusje. Tak było prościej - dzięki temu nie doprowadzali do kolejnych niesnasek. Mieli doświadczenie w ignorowani swoich wspólnych problemów, w udawaniu, że nie istnieją, chociaż przecież zdawali też sobie sprawę, że prędzej, czy później to znowu w nich uderzy, zapewne jeszcze mocniej niż poprzednio. Też zdążyli to przerobić. Wygodniej jednak było póki co, znowu sięgnąć po te znane metody.

Miała wrażenie, że ich kłótnie robią się coraz bardziej absurdalne, że wylewali z siebie żal i gorycz, nie do końca w odpowiedni sposób. Ciskali w siebie najróżniejszymi, nie do końca potrzebnymi epitetami, a gdy do nich docierało, co robią, podukali ogon i przepraszali. To było nieszczególnie rozsądne zachowanie, zresztą mieli świadomość, że im na sobie zależy, nie podważały tego te słowa, które z siebie wypluwali, chociaż nie należały do najbardziej przyjemnych. Gesty, gesty które przychodziły im naturalnie były w stanie pozbyć się tego okropnego uczucia, które pojawiało się po każdej kłótni, ciężaru, z którym się zmagali. Nie, żeby miała aktualnie jakiekolwiek usprawiedliwienie dla ich głupoty, ale jednak, trochę, naprawdę próbowała sobie to jakoś pokrętnie tłumaczyć.

Znajdowali się przecież na skraju, każde z nich, sporo ostatnio przeżyli, nie mieli żadnej kontroli nad swoim życiem, jakoś musieli sobie radzić z tym, co działo się wokół nich.

Została z nim w Mungu, nie chciała stamtąd odchodzić, zwłaszcza, że on też wspomniał jej o tym, że tego nie chciał, więc byli w tym jednomyślni. Czekała  z Roisem do końca dyżuru, kontynuowali ogarnianie dokumentów, jakoś przetrwali noc, aby o świecie udać się razem do jej mieszkania. Zgodnie, bez zbędnych pytań, przyszło im to całkiem naturalnie. To też nie było niczym nowym, kiedyś był to ich wspólny dom, właściwie jeśli chodzi o Ambroisa to jej dom znajdował się, tam gdzie był i on, tak po prostu. Czy to w Whitby, w jej mieszkaniu w kamienicy, czy tym jego przy Pokątnej.

Weszli do mieszkania tylko na chwilę, nie zdążyła nawet poinformować Atarotha, że wróciła, że znowu wychodzi, spodziewała się, że pewne spał, wszak ostatnio to było chyba jego ulubionym zajęciem, co również nie do końca się jej podobało. Obiecała mu, a w sumie to chyba bardziej sobie, że się nim zajmie, i to ten moment również powoli się zbliżał, póki co nie miała jeszcze planu, sprawa była dość świeża, musiała ją przemyśleć. Zabrali psy, po czym wyszli na zewnątrz.

Była nieco zmęczona, jednak wcale nie przeszkadzało jej to zbytnio w tym, aby cieszyć się tym pięknym, spokojnym porankiem, który nadszedł po szalejącej w nocy burzy.

Nogi zaprowadziły ich do niemagicznej części Londynu, tu było zdecydowanie dużo bardziej malowniczo, szczególnie w taki jesienny, błogi ranek. W powietrzu już było czuć zmieniającą się aurę, jednak póki co, nie było, aż tak chłodno, był to jeden z tych całkiem przyjemnych dni.

- Teraz już wiem. - Nigdy nie przywiązywała wagi do takich błachostek, była zdania, że złego diabli nie wezmą, zresztą nieszczególnie bała się przeziębienia.

- Dziękuję za radę, dostosuję się do niej, chociaż jeszcze jest całkiem przyjemnie. - Niby taka pogoda potrafiła być bardzo zdradliwa, ale kto by się tym przejmował, na pewno nie ona. Jak widać Roise oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie zwrócił jej na to uwagi, to znaczy martwił się, a jakże by inaczej, o jej ewentualne problemy zdrowotne, w końcu to pewnie on by ją z nich leczył, chociaż czy na pewno, to chyba aktualnie nie było, aż takie oczywiste.

Przewróciła oczami, gdy zobaczyła, co robi. Najwyraźniej to nie mogły być tylko słowa, bo oczywiście, że narzucił swój szalik na jej ramiona, teraz to jego szyja była odsłonięta. - Jak mniemam, Ciebie to nie dotyczy? - Dodała z zadziornym uśmiechem, właściwie, to chyba lepiej by było, gdyby ona się przeziębiła, a nie on, bo mogłaby skorzystać z profesjonalnych usług medycznych, Roisowi pozostawała jej niekomepetencja.

Znowu był w stosunku do niej opiekuńczy i stawiał jej zdrowie nad swoim, chociaż przecież wspominał o tym, że wcale, ale to wcale nie mógł być za nią odpowiedzialny. Tak, jasne. Mimo wszystko zawsze doceniała te drobne gesty, dobrze było wiedzieć, że ktoś się o nią troszczy.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#3
04.03.2025, 00:01  ✶  
Oczywiście, że musiał wtrącić swoje trzy knuty w to, jaką zaczęli mieć porę. Inaczej nie byłby sobą. Jasne, że przejmował się jej zdrowiem. W tym wypadku był wręcz niereformowalnie matkujący wszystkim, których później mógłby mieć przyjemność leczyć. Przez lata też swojej dziewczynie. To był instynkt. Odruch. Tak samo jak ciche parsknięcie na jej odpowiedź.
- Ta, jasne. Znam cię - odmruknął z uniesionymi brwiami, przypatrując jej się z pobłażliwością. - Bujać to my, nie nas, panienko Yaxley, bujać to my - uderzając językiem o podniebienie, wyłącznie stwierdził fakt, prawda?
Nie musiał posuwać się do zalecania dziewczynie, aby nie próbowała mydlić mu oczu. Zbyt długo trwali u swojego boku, żeby zamierzał dawać wiarę w zapewnienia tego typu. Oczywiście, że nie miała go słuchać. Nieważne, co mu teraz mówiła, patrząc na to, że mieli dopiero początek dnia, najpewniej od połowy miała wrócić do wcześniejszych nawyków.
Nie do końca wiedział, kiedy dokładnie. W jakich okolicznościach. Wychodząc na kolejny spacer mogła jeszcze pamiętać o jego uwagach, wcielając je w życie w zależności od tego, czy by na nią wtedy patrzył, czy też nie. Czy towarzyszyłby jej w kolejnej przechadzce, czy wróciłby już do siebie.
Nie robili planów na ten dzień. Nawet nie próbowali rozmawiać o tym, co będzie dalej. Czy jakiekolwiek później tego dnia w ogóle wchodziło u nich w grę po tym, co się stało. Nie wyjaśnili sobie tak naprawdę niczego. Zepchnęli spory w kąt. Odłożyli temat i od tamtej pory ponownie zachowywali się w ten nietypowo zachowawczy sposób.
Zupełnie tak, jakby to nie miało pierdolnąć ich rykoszetem. Prędzej aniżeli później. Być może nawet jeszcze dzisiaj. Nie mogli tego wiedzieć, bo ponownie - nie rozmawiali o tym. Nie podejmowali dialogu. Zamiast tego ignorowali fakt, że mimo tej z pozoru względnie dobrej atmosfery panującej między nimi, pod spodem nadal kryły się te same dramaty.
Kolejny raz z zewnątrz mogli wyglądać po prostu na jedną z tych całkiem uroczych par. Szczególnie wtedy, gdy oplótł szalikiem szyję dziewczyny, posyłając jej pobłażliwe spojrzenie na ten komentarz. Spodziewał się go. Miał już gotową odpowiedź.
- Jestem uzdrowicielem - stwierdził bez namysłu, kwitując to wzruszeniem ramion.
Tak. W tym wypadku także wychodził wobec siebie z założenia, że złego diabli nie brali. Poza tym miał naturalnie dużo bardziej zwiększoną odporność niż większość ludzi. Co prawda wiedział, że Yaxleyówny także nie łapało zbyt wiele chorób. Na ogół ją to jakoś omijało. W czym w pewnym sensie kiedyś widział minimalny procent własnej pokrętnej zasługi, bo na pewno przynosił do domu naprawdę wiele zarazków i bakterii. To zaś bez wątpienia działało na wzmocnienie ich obojga.
Choróbska się ich nie imały, ale to nie zmieniało faktu, że jako uzdrowiciel czuł się w obowiązku zminimalizować ryzyko zachorowania u kurwa nadal nie jego i nie nie jego, bo do niczego nie doszli dziewczyny. Całkiem dogodnie mógł zasłaniać się swoim profilem i doświadczeniem zawodowym, ale w istocie po prostu nie chciał, żeby do tego wszystkiego Geraldine doszła jeszcze gorączka, picie naprawdę paskudnych eliksirów i co najmniej trzy dni męczarni.
I tak. Mógł o tym nie mówić. Mógł nie wiedzieć, co ona o tym myślała, ale byłby wtedy nie u siebie. Byłby tam, gdzie go potrzebowano. W domu, byłby w domu. Oczywiście parskając przy tym pod nosem, unosząc wzrok w kierunku sufitu, kręcąc głową, mamrocząc coś i burcząc o tym, że mogła go po prostu słuchać i uniknęliby teraz tego całego procesu, ale...
...troszczył się, miał się o nią troszczyć. Nie tylko z poczucia obowiązku. Przede wszystkim z tego, co było między nimi od lat i co wcale nie zniknęło wraz ze wszystkim, co sobie ostatnio robili. Mieli rację, ona ją miała mówiąc, że cokolwiek by zrobili to nie miało tak łatwo odejść. Tyle tylko, że nawet jeśli oboje chcieliby, aby w związku z tą świadomością szła też zmiana na lepsze, wcale nie wyglądało na to, aby to miało mieć miejsce.
Mieli naprawdę piękny i słoneczny, choć wietrzny poranek. Ciszę po burzy mającej miejsce w nocy. Niemal tak intensywnej jak ta pamiętna. Wiele lat wcześniej w Mungu. Ta, od której poniekąd wszystko się zaczęło.
- Masz go jeszcze? - Spytał nagle, pozornie zupełnie znikąd, poprawiając oplot szalika na szyi Geraldine. - Szal. Byłby dobry na jesień - to było głupie, ale jednocześnie mimowolnie chciał wiedzieć, co stało się z tym wszystkim, co po nich zostało.
Piaskownica się nie zmieniła. Nadal mieli tam swoje stare rzeczy, ale Horyzontalna? Szafa Geraldine? Te wszystkie drobiazgi, małe pierdolety, które kiedyś miały znaczenie? Pamiętał konsolkę zniszczoną podczas tej niezbyt udanej interakcji z Astarothem. Nie raz i nie dwa przez te wspólnie spędzane dni zauważył, że jego dziewczyna nosiła już nie jego koszule, ale poniekąd w dalszym ciągu nie miał okazji dowiedzieć się, ile tak naprawdę fizycznych dowodów pozostało po ich dawnym wspólnym życiu.
Chciał to wiedzieć, nawet jeśli miało go to zranić czy zapiec. Był na to gotowy. Szal był pretekstem. Komukolwiek innemu pewnie trudno byłoby tak pokrętnie połączyć kropki, ale nie Geraldine. Geraldine mogła to wiedzieć. Być może wiedziała. Mimo to utrzymał wzrok na jej twarzy, jednocześnie pochylając się, żeby odpiąć psa w miejscu, w którym mogli puścić zwierzęta na chwilę luzem. Rzucić patyk. Raz czy dwa. Zająć czymś wzrok i ręce. Ot, dalej sprawiać pozory spokoju.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#4
04.03.2025, 01:34  ✶  

Nie byłby sobą, gdyby nie zwrócił jej na to uwagi. Miała tego świadomość, przychodziło mu to całkiem naturalnie przez te wszystkie lata. Zboczenie zawodowe, czy coś. Każdy miał jakieś swoje, czyż nie?

- i jak zawsze wykorzystujesz to przeciwko mnie. Powinnam się tego spodziewać. - Nie, żeby to był jakiś problem, no na pewno nie w tej sytuacji. Znali się, aż za dobrze, nikt nie wiedział o niej tyle, co Roise.

Nie, żeby naprawdę wierzyła w to, że taki krótki spacer, w wcale nie najgorszą pogodę zakończy się dla niej przeziębieniem. W końcu spędzała godziny na zewnątrz, często w dużo gorszych warunkach atmosferycznych, była całkiem nieźle zahartowana. Oczywiście teraz nie zamierzała się z nim spierać, w końcu to on miał doświadczenie, to Ambroise był uzdrowicielem, więc grzecznie przyjęła ten jego szalik, chociaż wcale nie wydawało jej się, że go potrzebowała. Czasem nie było sensu pokazywać, że ma się odmienne zdanie, to był właśnie jeden z tych momentów.

- Nieeee, teraz to mnie zaskoczyłeś, naprawdę jesteś uzdrowicielem? - Rzuciła uśmiechając się przy tym od ucha do ucha. Jakże mogłaby o tym zapomnieć.

- Was nie dotyczą takie proste czynniki jak nieodpowiednia pogoda? - Nie słyszała, żeby medycy mieli jakieś specjalne umiejętności, ale może kto wie? Faktycznie tak było. Nieodpowiednie warunki nie były im straszne. Jasne, zdawała sobie sprawę, że podczas pracy mieli przyjemność spotykać się z najróżniejszymi zarazkami, co wiązało się z nabywaniem silniejszej odporności, ale bez przesady, nie byli przecież tacy zupełnie niezłomni.

Rozumiała skąd się brała jego troska, zresztą sama też wolała sobie nie dorzucać aktualnie kolejnych problemów, chociaż nie sądziła, że faktycznie mogłaby się przeziębić. To było całkiem urocze, że się nią przejmował, w sumie aktualnie jeszcze znajdowała się obok, więc jakby dosyć szybko ją to złapało, to jeszcze musiałby ją doprowadzić do porządku, więc lepiej było zapobiegać.

- A jak myślisz? - Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. Zastanawiała się, czy naprawdę sądził, że jest jedną z tych dziewczyn, które palą i niszczą wszystko po swoich byłych. Wbrew pozorom Yaxley była dość sentymentalna, mógł już zauważyć, że przy bucie nosiła ten sztylet, który dostała od niego na urodziny. Tak samo było z całą resztą rzeczy, które u niej zostawił, albo kiedykolwiek jej podarował. W końcu czas, który razem przeżyli był najlepszym w jej życiu, nie chciała wyrzucać wszystkiego, co się jej z nim kojarzyło.

- Mam go jeszcze, tak samo jak wszystko inne co od Ciebie dostałam. - Może nie powinna tego mówić, ale z drugiej strony dlaczego miałaby się tym z nim nie podzielić. Ostatnio byli ze sobą wyjątkowo szczerzy, postanowiła więc nadal podążać tą ścieżką, nawet jeśli chodziło o takie pierdoły.

- Twoich rzeczy też nie wyrzuciłam, nie potrafiłam tego zrobić. - Książki i cała masa innych rzeczy, które zostały w jej mieszkaniu przy Horyzontalnej. To wszystko zostało na swoim miejscu, bo nie pokusiła się nawet o to, aby zmieniać ich położenie. Może czasem łapała się na tym, że spoglądała na niektóre z nich z melancholią, czy sentymentem, ale nie wywoływało to w niej tylko i wyłącznie nieprzyjemnych uczuć.

Był to idealny moment, na to, aby wypuścić psy. Miała nadzieję, że pokażą się dzisiaj z dobrej strony, trochę pracowała z nimi nad posłuszeństwem, nie wypadałoby przecież, aby psy łowczej jej nie słuchały. Roisowi trafiła się Pierdoła, a ona prowadziła na smyczy Cukra. Zwierzęta nie sprawiały jakichś wielkich problemów, widać było, że słuchają swojej pani.

Nachyliła się więc również, aby odpiąć Cukra, przewiesiła sobie smycz na szyi, mogli iść dalej.

- Nie musimy z nimi zbyt długo chodzić, ta noc była dość długa, wydaje mi się, że potrzebujemy odpoczynku. - Nie mieli żadnych konkretnych planów jeśli chodzi o ten dzień, ale wydawało jej się, że dobrze by im zrobił sen, chociaż odrobina snu. Roise na pewno lepiej od niej radził sobie z takimi nocami, bo przecież od lat pracował na zmiany, z nią było trochę gorzej, mimo, że od lat walczyła z bezsennością. Nie miałaby nic przeciwko temu, aby przytulić sie do poduszki a może i do niego chociaż na krótką chwilę.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#5
04.03.2025, 03:03  ✶  
Parsknął. Kolejny raz skwitował to parsknięciem, przenosząc niezbyt poważne spojrzenie na Geraldine i taksując ją nim od góry do dołu. Zupełnie tak, jakby starał się ocenić czy już nie dostała gorączki. Miała trochę zbyt błyszczące oczy, może trochę szkliste? Choć to mogła być kwestia nieprzespanej nocy i postępującego zmęczenia, bo choć rześki wiatr odrobinę ich budził, oboje bez wątpienia byli dosyć wyczerpani po nocnych wydarzeniach.
To nie sam dyżur go tak wykończył. Chodziło o przeżyte emocje i wszystko, co wydarzyło się raptem w przeciągu kilkudziesięciu minut. Zaledwie kilka godzin temu. Nadal jeszcze nie miał szansy tego przetrawić. Chwilowo w dalszym ciągu usiłował spychać te myśli w niebyt.
- Spodziewaj się niespodziewanego - tę dewizę ich relacji na pewno pamiętała - ale czasami spodziewaj się też spodziewanego - wzruszył ramionami, bo to było takie proste, prawda?
On był tak cholernie prostym człowiekiem. Eche.

W tym momencie nijak nie próbował jej niczym zaskoczyć. Był po prostu swoją naturalną wersją. Przynajmniej w stosunku do niej. Przynajmniej właśnie w tej chwili. Tak, miał wtedy swoje bardzo specyficzne podejście. I owszem, niespecjalnie mu to wadziło. Jej może trochę bardziej, choć w tym momencie całkiem przezornie i grzecznie nie próbowała z nim dyskutować. Aprobująco kiwnął głową.
Jednocześnie nie mogąc jednak nie zareagować na tę prześmiewcze pytanie, jakie wydostało się spomiędzy jej wygiętych warg. Nie potrafił zignorować tego zaczepnego tonu. Tego już na pewno nie związanego z gorączką błysku w błękitnych oczach dziewczyny. Odchrzaknął, ruchem ręki dając jej do zrozumienia, że powinna się ku niemu nachylić. W razie potrzeby przyciągając ją bliżej przy pomocy szalika.
Tylko po to, żeby móc maksymalnie zniżyć ton głosu, niemal konspiracyjnie szepcząc.
- Zdradzę ci sekret. Nikt tego nie weryfikuje. Po prostu wbijasz tam i zaczynasz na oślep leczyć ludzi a na koniec miesiąca idziesz po zagubiony czek - ot tak to wyglądało, nie? - Lepiej jest tylko z mieszanką studencką. Nie wiem czy powinienem ci to mówić, ale możesz kupować mieszankę studencką nawet jak nie jesteś studentem. Nikt tego nie kontroluje. To jest całkowicie poza systemem - wyznał bez cienia zażenowania, co musiało być naturalne dla osoby dzielącej się tak głębokimi teoriami spiskowymi.
Z czekoladą profesorską nie miał pojęcia, bo niespecjalnie lubił słodycze. Nie kupował je za swoich czasów stażowych a teraz było już za późno, bo właściwy tytuł już został nadany (nawet jeśli wyjątkowo mocno nie trawił nazywania go psorem).
- My jesteśmy już całkowitym paradoksem - odrzekł bez chwili namysłu, prostując się i posyłając całkiem szeroki uśmiech w kierunku Riny - będąc częścią systemu, jednocześnie też jesteśmy poza systemem. Jak bakalie. Ludzkie prawa chorowania nas nie dotyczą - naprawdę chciałby, żeby tak było, choć w istocie nie miewał zbyt dużych problemów tego typu ze zdrowiem.
W przeciągu kilku ostatnich lat, praktycznie przez minioną dekadę był tak naprawdę chory może ze trzy, ewentualnie cztery razy. Nie więcej. Za to kontuzje innego typu wymagające zasłaniania się przewlekłą chorobą? Tak, tych było znacznie więcej. Oboje coś o tym wiedzieli, czyż nie?
Wiedzieli bardzo wiele. Tylko nie to, co w tym momencie było najważniejsze.
- Zwróciłem uwagę na ubrania - odpowiedział wyjątkowo szczerze, zachowując przy tym bardzo neutralny wyraz twarzy.
To chyba samo w sobie stanowiło dostateczną odpowiedź. Nawet jeśli jednocześnie wcale nią nie było. No, nie do końca nią było, bo nie mówił o tym, o czym myślał. Tylko o tym, co dostrzegł. A widział wiele. Za każdym razem łamało mu to serce. Kawałek po kawałku. Malutkie szczeliny, drobne pęknięcia, przez które paradoksalnie od czasu do czasu przebijało się też światło.
To nie były wyłącznie złe myśli. Wbrew słowom rzucanym podczas ich kłótni, wcale nie przez cały czas myślał o wszystkim w ten całkowicie negatywny sposób. Były momenty, gdy robił coś przeciwnego. Światełka. Może nie w tunelu, dużo bardziej subtelne. Jak lampki choinkowe migoczące z oddali w cudzym oknie. Takie dostrzegalne z głębi lasu przez oszronioną szybę.
- Mhm - w pierwszej chwili wydawało się, że tylko to będzie w stanie opuścić jego usta, przebijając się przez nawracającą twardą gulę w gardle, która znów zaczęła się tam pojawiać.
Jak miał zareagować na te słowa? W jaki sposób powinien się zachować? W teorii do woli dysponując tą wiedzą. Czymś, czego mimo wszystko nie spodziewał się usłyszeć od Geraldine w tak prosty i szczery sposób.
- Jesteśmy wyjątkowi - stwierdził w końcu po dłuższej chwili milczenia, manipulując palcami przy psiej smyczy.
To nie do końca był komplement. Raczej ponure, nieco gorzkie stwierdzenie.
Nie wiedział, co powinien zrobić z tą myślą i wiedzą. Jednocześnie przynosiło mu to pewien rodzaj ciepła. Coś na kształt wewnętrznej ulgi, ale zarazem było też...
...przykre. To, że oboje żyli w ten sposób. Nic dziwnego, że byli zmęczeni, skoro od tak dawna tkwili w tym zawieszeniu pomiędzy dwoma światami. Przeszłością a przyszłością. W pokrętnej teraźniejszości, w której nic nie było do końca takie, jakim się wydawało. Szczególnie ich sytuacja.
- Mogę pociągnąć jeszcze na tyle długo, żeby wskoczyć do sklepu po rzeczy do śniadania, jeśli zechcesz zaczekać z psami - stwierdził z pozoru całkiem luźnym tonem, niemalże perfekcyjnie maskując (przynajmniej we własnych oczach) rozwinięcie tego, co wydało mu się bardzo konkretną sugestią.
Nie sądził, aby się wyjątkowo mocno mylił. Słowa Geraldine brzmiały zupełnie tak, jakby faktycznie mieli możliwość odpoczynku razem, nie osobno. W innym wypadku nie sformułowałaby tego zdania w ten sposób, prawda? Użyłaby innego określenia. Wyraźnie rozgraniczyłaby to wszystko. Stwierdziłaby coś innego. W tym momencie nie chciał przesadnie spekulować, jak by to brzmiało, ale to wydawało mu się niemal jasne?
Tak. Już pewien czas wcześniej zaczął łapać się na tym, że dostrzegał ten specyficzny stan, w jaki zaczęli ponownie wpadać. Nie podobało mu się jego własne aktualne podejście. Zachowawczość niemalże na miarę tej sprzed wielu lat, kiedy jego tok rozumowania biegł w naprawdę osobliwych kierunkach.
Zamiast jasno powiedzieć sobie wtedy, czego oczekiwali i o co im chodziło, stosowali wybiegi i zagrywki. Badali grunt. Byli wprost przesadnie zachowawczy, nie chcąc stracić tego, co mieli, ale jednocześnie zaczynając się w tym dusić. Coraz bardziej pękając, ale mimo wszystko trwając przy tych dziwnych powtarzalnych zachowaniach.
A teraz przecież byli ze sobą szczerzy. Bardziej niż wcześniej. Odkrywali przed sobą więcej kart niż kiedykolwiek. Nie wiedząc, na czym aktualnie stoją, ale nie musząc się przy tym chyba uciekać do czegoś takiego? Do przesadnych analiz i zwracania uwagi na każde słyszane bądź też wypowiadane słowo.
A jednak? Dodałaby tam oboje, gdyby myślała o nich osobno? Każde w swoim mieszkaniu, każde u siebie we własnym łóżku? Albo wręcz wprost tak by to określiła? Oddzieliłaby ich od siebie grubą kreską albo powiedziałaby wyłącznie za siebie? Nie byłby na nią o to zły czy poirytowany.
W końcu ich obecne stosunki powinny być raczej coraz chłodniejsze. Nie bez powodu pokłócili się zeszłej nocy na dachu Munga. Nie bez przyczyny zaczęli się od siebie odsuwać. To musiało nastąpić. W pewnym momencie po prostu musiało nadejść. To, że na moment odroczyli nieuniknione...
...znów mieli przejść przez tę piekielną rozmowę, prawda? Zbliżanie się do siebie na tyle, żeby zasnąć w swoich ramionach, obejmując się w łóżku i pozwalając sobie na błogi sen nie było mądre. Nie było posunięciem, do którego powinni się uciekać, ale czy aby na pewno?
Nie wiedział. Nic już nie wiedział.
Zamilkł, nawet nie próbując wyjaśniać swojego toku rozumowania. Nie mówiąc o tym, że nie wiedział jak ona, ale on w tej chwili raczej nie miał ochoty na śniadanie w Dziurawym Kotle czy gdzieś indziej na mieście. Zwykł jeść je dopiero po wstaniu po drzemce. Nie spodziewał się, aby miała zbyt wiele w kuchni, jeśli mieliby wrócić do niej. Jeżeli do niego, on nie miał tam niemal zupełnie nic, toteż małe zakupy mogłyby być konieczne. Bowiem później raczej też nie miał mieć ochoty zbyt szybko wychodzić na zewnątrz.
Mógł im zrobić śniadanie, gdy wstaną. Nieważne, w którym miejscu. Psy miały poczuć się dobrze wszędzie. Oni? On? To było dosyć jasne, że wolałby to zrobić gdziekolwiek, byleby razem? Nie potrzebował teraz wielkich rozmów na ten temat, tylko odpoczynku. Po prostu odpoczynku. Aż odpoczynku.
Przy Geraldine zawsze sypiał lepiej, nie chciał, żeby ich pierwsza osobna noc przypadająca na dzień wypadła akurat dziś. Nie było mu to w smak, ale nie zamierzał naciskać. To był nowy niepewny grunt. Coś, przy czym w dalszym ciągu czuł się zawieszony pomiędzy poczuciem odpowiedzialności a własnymi pragnieniami. Czas? Chyba potrzebowali czasu.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#6
04.03.2025, 12:26  ✶  

Ten tydzień w zasadzie był dosyć intensywny, pełen różnych emocji. Męczyło ją to wszystko, była wyczerpana całą tą sytuacją, ale nadal nie widziała problemu w tym, aby znaleźć się z nim w tym parku. Może kiedyś wszystko się ułoży i jakoś się w tym odnajdą, z czasem pewnie powinno być łatwiej, prościej zaakceptować to, co się między nimi działo.

- Czyli po prostu powinnam się spodziewać wszystkiego, całkiem to proste. - Nigdy nie mogła wiedzieć, co się wydarzy, nie, żeby ją to specjalnie zaskakiwało. Tutaj nic, nigdy nie było pewne. To, co się działo było dość skomplikowane, poplątane, ale najwyraźniej w ogóle jej nie przeszkadzało, bo przecież inaczej by jej tutaj nie było.

Aktualnie faktycznie wszystko wydawało się być zupełnie naturalne. Roise zachowywał się w typowy dla siebie sposób, dbał o jej zdrowie, jak przystało na uzdrowiciela.

Skoro zasugerował jej nachylenie się, to cóż, ledwie chwilę później znalazła się bliżej niego. Najwyraźniej chciał jej zdradzić jakąś tajemnicę, wypadałoby, aby faktycznie nikt ich nie mógł podsłuchać. To nie tak, że aktualnie praktycznie nie było to możliwe, bo przecież nikogo poza nimi nie było w okolicy, no w odległości kilkunastu metrów, a może nawet kilkudziesięciu.

- Musisz ich chyba jednak leczyć na tyle dobrze, aby w końcu ktoś nie postanowił tego zweryfikować, gdybyś zostawiał po sobie trupy... to pewnie nie byłoby takie proste. - Na co komu szkoła, lata nauki, jeśli można się było tam zakręcić i wejść z ulicy, tak jasne... Swoją drogą zawsze trochę podziwiała uzdrowicieli, że chciało im się tyle czasy poświęcać na dokształcanie się, ona chyba umarłaby przy tym z nudy.

- Naprawdę mogłabym ją kupować? Kurde, tyle lat żyłam w nieświadomości. - Tak, ciągnęła temat, bo ta rozmowa przybrała bardzo lekki ton i zdecydowanie właśnie tego potrzebowała. To nie tak, że mieli całę masę spraw, które powinni przegadać, gdzie tam, po co było robić to, co i tak nie mogło przed nimi uciec.

- Lepsi od zwyczajnych zjadaczy chleba, rozumiem. - Pokręciła jedynie głową. Cóż, to było wcale nie najgorsze podejście, zresztą Ambroise akurat nigdy nie miał problemu z poczuciem własnej wartości. Lubił zadzierać nosa i czuł się lepszy od innych, ale przecież ta pewność siebie nigdy jej nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie - lubiła to w nim.

Nie, żeby uważała, że z jej zdrowiem coś było nie tak, bo przecież sama naprawdę rzadko chorowała, zdecydowanie częściej przytrafiały jej się po prostu urazy związane z pracą którą wykonywała. Polowania nie były szczególnie bezpiecznym zajęciem, szczególnie przy jej porywczości, często reagowała automatycznie bez rozmyślania nad ewentualnymi konsekwencjami.

- Tak, ubrania też sobie zostawiłam. - Oczywiście, że mu to nie umknęło, jakże by mogło. Roise zwracał uwagę na szczegóły, nie było więc w tym niczego dziwnego. Cóż, nie dało się ukryć, że Geraldine całkiem praktycznie podchodziła do sprawy. Wszystko mogło się jej przydać, a do tego o nim przypominało. Skoro nie mogła mieć go u swojego boku, to pozostawały jej chociaż te rzeczy, które u niej zostawił.

- Wyjątkowo popaprani. - Nie, żeby miała coś złego na myśli, ale bardzo dobrze zdawali sobie sprawę na czym polegała ta ich wyjątkowość. Ostatnio niosło to ze sobą sporo złego, ale kiedyś uważała to za ich zaletę. Jak widać wszystko zależne było od punktu widzenia, oraz momentu życia, w którym się właśnie znajdowali. Nie mogło być zbyt kolorowo, czyż nie? Czas najwyższy się z tym pogodzić.

Czy tego chcieli, czy nie byli ze sobą mocno splątani, więc musieli to po prostu zaakceptować, bo nie było sensu z tym walczyć, nie sądziła, aby udało się wygrać z tym, co ich łączyło. Tylko i wyłącznie od nich samych zależało to, co z tym zrobią. Aktualnie, cóż, nie robili niczego konkretnego. Miotali się, nadal znajdowali się koło siebie, chociaż to też nie do końca im służyło, nie gdy nie byli gotowi podjąć żadnej, konkretnej decyzji. Pewnie kiedyś do tego dojrzeją, czy coś, ten moment będzie musiał nadejść.

- Mogę z nimi zaczekać, naprawdę będzie Ci się chciało jeszcze robić śniadanie? - Ciągle zapominała o tym, jak dobrze było mieć go u swojego boku. Nie musiała się wtedy zupełnie przejmować tym, co będzie jadła. Roise dbał o jej dietę, pilnował, żeby w miarę zdrowo się odżywiała. Niestety Geraldine nigdy nie opanowała nawet kilku podstawowych dań, które umiałaby sobie ugotować. Kiedy Ambroisa nie było przy niej jedzenie dostarczała jej Triss.

Zakładała, że spędzą razem ten poranek, skoro już postanowili wspólnie opuścić Munga, później udać się na spacer. Nie mieli żadnych pilnych spraw do załatwienia, więc to wydawało się być odpowiednie. Nie chciała jeszcze się od niego odsuwać, niby wczoraj w nocy powinna wyjść ze szpitala i zacząć go unikać, ale do tego nie doprowadzili. Nadal trwali przy sobie, dawali sobie kolejne godziny. Nie, żeby to było szczególnie rozsądne, ale póki co nie zamierzała wracać do tej rozmowy, nie chciała, żeby znowu się pokłócili, bo była pewna, że to się wydarzy. Ostatnio przytrafiało im się to coraz częściej.

- Możemy pójść do mnie, wprawdziwe nie będziemy tam sami, ale podejrzewam, że Astaroth i tak będzie spał. - Powinna mu była odciąć dostęp od eliksirów nasennych, nie zdążyła jednak jeszcze zlokowalizować jego dostawcy. Brat jednak nie powinien im przeszkadzać, zapewne nawet nie zauważy, że wróciła do domu i to nie sama. Nie przywykła jeszcze do dzielenia mieszkania z kimś z rodziny, to było dla niej ciągle nowością, bo od lat albo mieszkała sama, albo z Roisem. Aktualnie jednak musiała się opiekować swoim młodszym bratem, wampirem. Nigdy nie zakładałaby, że w ogóle coś takiego może się im przytrafić, jak widać los często śmiał jej się w twarz.

Tak właściwie to było jej zupełnie obojętne, czy pójdą do niej, czy do niego. Musieli tak, czy siak jednak zahaczyć o jej mieszkanie, nie chciała zrzucać mu na głowę jeszcze swoich psów, więc dużo bardziej naturalne wydawało jej się, że po prostu zostaną w jej mieszkaniu.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#7
04.03.2025, 13:53  ✶  
Tego, co miało opuścić jego usta w następnej sekundzie zdecydowanie też mogła się spodziewać. Wobec tego rzeczywiście mając rację. Tym razem nie potrafił nie przyznać jej Geraldine, więc lekko kiwnął głową. Niewymuszenie, swobodnie, bez chwili zawahania. Uderzając językiem o podniebienie i wreszcie rzucając te klasyczne słowa.
- Jestem prostym człowiekiem - ponoć kłamstwo powtarzane tysiące razy w pewnym momencie zaczynało stawać się prawdą a on przecież nie kłamał?
W gruncie rzeczy w dalszym ciągu miał się za niezbyt skomplikowaną osobę. W tym dobrym sensie, rzecz jasna. To, że ich obecna sytuacja była zagmatwana i chaotyczna nie zmieniało faktu, że Greengrassowi w dalszym ciągu wydawało się, że kto jak kto, ale Yaxleyówna aż za dobrze i dokładnie znała manual postępowania z nim i z jego zachowaniami. Potrafiła uderzyć w odpowiednie tony. Umiała dostrzegać szczegóły. Znała się na tym wszystkim, nawet jeśli wszystko obecnie świadczyło o czymś zupełnie innym. W gruncie rzeczy nie zmienił się aż tak bardzo.
Nadal ją kochał. W dalszym ciągu była dla niego najważniejsza. Momentami bez chwili namysłu był w stanie przyznać przed sobą (przed nikim innym nie; to nie była słabość, ale mogła odbić się tragicznie), że była dla niego ważniejsza niż on sam dla siebie. A to stanowiło już coś naprawdę poważnego. Niemal niemożliwą do zrozumienia deklarację. Próbę nie bycia egoistą.
Coś, do czego nie posunął się w stosunku do nikogo innego. I nie miał się posunąć. To było jedno takie uczucie na całe życie. Na wiele żyć. Bo jednak mimo wszystko nie wydawało mu się, by każdy doznawał czegoś takiego. Byli wyjątkowi. Ze wszech miar. Nawet w tym, co teraz robili, zachowując się zupełnie tak, jakby poprzednia noc nie miała miejsca.
Nawet nie jak para. Nie jak swoi byli, niedoszli. Teraz chyba przyjęli narrację przyjaźni. Tej zupełnie nie platonicznej, ale przyjaźni. Tak też patrzył w tej chwili na Geraldine, uśmiechając się pod nosem i stojąc blisko, naprawdę blisko niej. Szepcząc konspiracyjnie zaledwie kilka centymetrów od jej twarzy.
- Wszystko jest możliwe, kiedy twój najlepszy przyjaciel to koroner a ty jesteś medycznym nadczłowiekiem - wymamrotał, starając się stłumić ten nagły atak wesołości. - Możemy zaszaleć i spróbować ją kupić, jeśli mi nie wierzysz - dopowiedział.
Skupiając wzrok na wargach dziewczyny. Zatrzymując go na nich na kilka sekund, po czym odwracając wzrok gdzieś ponad jej ramię.
Mógłby ją teraz pocałować. Kiedyś nie wahałby się nawet przez chwilę. To był jeden z tych błogich momentów, kiedy po prostu przyciągnąłby dziewczynę, smakując jej wargi i korzystając z atmosfery pięknego parkowego poranka.
Nie zrobił tego. Odsunął się z lekkim uśmiechem błądzącym w kącikach ust. Trochę bardziej zamyślonym, ale wciąż dosyć pogodnym. Jednocześnie poprawiając szalik Geraldine. Już nie jego. Zamierzał jej go zostawić. Tak jak całą resztę.
- To dobrze. Pasują do ciebie - odpowiedział poważniej, tym razem z namysłem kiwając głową.
Znowu zawieszając spojrzenie na Yaxleyównie, ale patrząc jakby zupełnie przez nią. On nic nie miał. Nie pomyślał o tym, by zabrać ze sobą cokolwiek, gdy odchodził. Wziął tylko te konieczne rzeczy. Torbę medyczną, dokumenty. Nic osobistego. Nie był w stanie zmusić się do tego, żeby się spakować. To byłoby zbyt ciężkie. Za mocno uświadomiłoby go o tym, co planował zrobić. W tamtym momencie bał się, że mógłby nie odejść. A przecież potrzebował to zrobić. Nie widział możliwości, aby postąpić inaczej.
Teraz to wszystko stało się dużo bardziej skomplikowane.
- Najbardziej - przytaknął kiwnięciem głowy, kolejny raz nieznacznie się uśmiechając, lecz tym razem bardziej z wewnętrznie odczuwanej konieczności, by to zrobić.
Z mentalnego przymusu. Nie z radością. Ich wyjątkowość ostatnio nie była już czymś tak wygodnym jak niegdyś. W tym momencie sprawiała im kłopoty i nie sądził, aby było z tego jakieś proste wyjście. Nawet mimo tego, że obecnie oboje zachowywali się z pozoru tak jak kiedyś. Wtedy, kiedy byli pozytywnie wyjątkowo popaprani.
Podświadomie wiedział, że ten stan nie utrzyma się zbyt długo.
- Może nawet przed drzemką, ale po prysznicu, jeśli jesteś głodna? Albo po tym i po tym? - Spojrzał pytająco na dziewczynę, kwitując to wzruszeniem ramion. - Wiesz jak to jest - być może przez wiele miesięcy nie mieli okazji do tego, żeby spędzać ze sobą poranki, ale niektóre rzeczy nie zmieniały się aż tak mocno.
Szczególnie, że w przeciągu ostatniego tygodnia praktycznie wrócili do czegoś na kształt wspólnego życia. Nie do końca takiego jak kiedyś. To było jak oderwanie się od rzeczywistości. Nie zajmowali się swoimi normalnymi czynnościami. Nie chodził do pracy. Zeszła noc była jego pierwszym dyżurem od wielu dni, ale w tym czasie też odruchowo przyjmował na siebie pewne kwestie. Robienie śniadań i pozostałych posiłków było istotną częścią jego obowiązków domowych.
Lubił to. Nie musiał szukać żadnych konkretnych dowodów ani wymówek dla tego, że po prostu lubił stać przy garach. Kręcić się po kuchni, przygotowywać jedzenie. Nie potrzebował zasłaniać się koniecznością, bo w teorii skrzaty domowe mogły robić wszystko za nich. Mogli też jeść na mieście czy kupować jedzenie na wynos, ale całkiem świadomie wybierał samodzielne gotowanie.
Tyle tylko, że kiedy rzeczywiście miał dla kogo to robić. I to nie byle kogo. Gotował tak naprawdę wyłącznie dla Geraldine. W innym wypadku niespecjalnie odsłaniał się ze swoimi niemęskimi i nie przystojącymi czystokrwistej elicie zajęciami. Nawet wtedy, gdy jeszcze spotykali się we czworo z Amandą i Corneliusem, przygotowywanie posiłków było ściśle powiązane z tym, do czego posuwał się niemal tylko w stosunku do dziewczyny.
Praktycznie przestał gotować, gdy wrócił do starych nawyków. Zadowalał się jedzeniem od skrzatów, czymś z miasta, często gęsto wręcz zapominając o posiłkach. Tak już miał. To nie było dla niego nietypowe. Szczególnie wtedy, kiedy wpadał w wir zajęć. Robił to, gdy się przyjaźnili i kiedy Rina mimowolnie pilnowała jego posiłków, bo w fiksacji na punkcie klątwy mógł zupełnie nic nie zjeść. Robił to także teraz na co dzień. Szpitalna kafeteria miała niezłe kanapki, więc od czasu do czasu zachodził tam, gdy przypominał sobie o konieczności zjedzenia czegokolwiek podczas łączonego dyżuru. W innym wypadku?
- Z przyjemnością to zrobię - dodał po może trochę zbyt długiej przerwie, nie ukrywając tego, że trochę odpłynął myślami. - Masz jakieś konkretne życzenia? - Tym razem ogarnął ją badawczym spojrzeniem, jednocześnie wyrazem twarzy dając do zrozumienia, że mogła życzyć sobie całkowicie wszystkiego.
Zrobiłby to. Tym razem nie oponowałby nawet przed najbardziej absurdalnymi życzeniami, mimo że wiedział, że dla Geraldine śniadaniem potrafiła być kawa z papierosem. Skoro jednak mówili już o tych wspólnych planach, oczekiwał od niej raczej jasnej odpowiedzi. Bez myślenia o tym, co było wygodne, nie czasochłonne i tak dalej. Chciał usłyszeć od niej...
- ...najbardziej zdrożne, głębokie, nieskrępowane życzenie kulinarne, na jakie cię stać. Nie powstrzymuj się. Masz jedną jedyną szansę - drgnęły mu kąciki ust, ale oczy pozostały nieruchome, utkwione w spoglądaniu wprost w twarz dziewczyny.
Również bezczelnym i otwartym. Kryjącym w sobie trochę zbyt wiele mimowolnego podtekstu, nawet jeśli nie robił tego celowo. W rzeczywistości po prostu chciał usłyszeć od niej coś więcej niż cokolwiek. W imię dawnych czasów, prawda? Wtedy, kiedy czuli się przy sobie naprawdę swobodnie. Do czego teraz nie mogli już całkowicie wrócić, bo...
...no właśnie. Astaroth.
Ambroise nie próbował wyobrażać sobie tego jak wyglądała obecnie sytuacja mieszkaniowa Geraldine. Odkąd dowiedział się, że wzięła do siebie młodszego brata, przyjmując go na swoje pokoje, raczej starał się zbyt mocno w to wszystko nie wnikać. Tym bardziej, że przecież niemal od razu wyszedł z założenia, że po całej sprawie z nieistniejącym bratem bliźniakiem dziewczyny ponownie przyjdzie im zatracić kontakt i wrócić każde do swoich spraw.
A jednak myśl o tym, że aktualnie ktoś inny kręcił się po jego mieszkaniu odrobinę go kłuła. Tym bardziej, że sam w międzyczasie zdążył wrócić na stare śmieci do Doliny Godryka, gdzie nie zagrzał zbyt długo miejsca w swojej dawnej części domu. Niemal od razu przystąpił do przekształcenia i aranżacji jednego z budynków gospodarczych pod swoje nowe indywidualne lokum.
Nie był w stanie mieszkać z kimkolwiek, kto nie był jego dziewczyną. Kosztowało go to zbyt wiele nerwów, bo jego tryb życia był na tyle specyficzny, że trudno było mu zgrać się z kimkolwiek innym w tym zakresie. Nie chciał musieć chodzić na palcach, reagować na pytające spojrzenia, gdy wracał do domu o bardzo dziwnych porach, przemykać się bokiem, kiedy wyglądał jak po bliskim spotkaniu z ceglaną ścianą na niewłaściwym peronie stacji King's Cross.
Geraldine pewnie miała trochę łatwiej pod tym kątem. Astaroth wiedział jak wygląda jej życie. Sam był jego częścią. Zwłaszcza kiedyś, zanim został wampirem. Teraz? Teraz to wszystko wyglądało znacznie bardziej skomplikowanie. A tego wieczoru pokomplikowało się jeszcze bardziej. Sama o tym powiedziała.
- Astaroth też to wie, wiesz? Podskórnie. To silny chłopak. Wie to, że tylko on jest odpowiedzialny za siebie - odezwał się z pozoru zupełnie znikąd, bo nie o tym teoretycznie teraz mówili.
A jednak? Spoważniał jeszcze bardziej, przenosząc spojrzenie z powrotem na Geraldine i jednocześnie rzucając psu jakiś przyniesiony patyk.
- Nie przejdziemy za niego całej drogi - nie powiedział tego poprzedniego wieczoru, mówił to teraz - ale możemy go trochę podeprzeć - czy potrzebował dodawać coś więcej?
Bo chyba właśnie dostatecznie wyraźnie, choć spokojnie sformułował swój stosunek do całej sytuacji. Nie w związku z usłyszanym wyrzutem. W związku z tym, co rzeczywiście sądził, uważał i zamierzał. Kiedyś to była też jego rodzina. Astaroth nie powinien być ofiarą rozpadu związku dwojga wyjątkowych ludzi, prawda? Już wcześniej był cholernie specyficznym dzieciakiem. Teraz był pogubiony i potrzebował tego wsparcia. Nawet jeśli za sobą nie przepadali.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#8
04.03.2025, 15:30  ✶  

Znali się, może nie była jasnowidzem, ale dokładnie wiedziała, co za chwile padnie. Zdarzało się tak przecież często, i tak, już ona wiedziała, jakim prostym człowiekiem był Ambroise. Mogłaby zacząć teraz dyskusję na ten temat, ale oczywiście, że tego nie zrobiła, bo na dłuższą metę nie miała ona najmniejszego sensu. Od zawsze powtarzał, że był prostym człowiekiem, tyle, że w jej oczach było zupełnie przeciwnie.

- Tak, najprostszym z wszystkich prostych ludzi. - Nawet mu to potwierdziła, bo po co miała wdawać się w polemikę. Wydawało jej się, że ostatnio zrobił się jeszcze bardziej skomplikowany, z racji na to, że sam nie do końca wiedział, czy powinien kierować się tym, czego chce, czy tym, co powinien. Przez to nie umiała go rozgryźć, nie tak, jak potrafiła to robić kiedyś. Nie wszystkie decyzje, które podejmował były dla niej oczywiste, nie wszystkie słowa, które padały z jego ust była w stanie przewidzieć. Ostatnio też padało ich zdecydowanie więcej niż kiedykolwiek, taki już mieli klimat.

Miała świadomość, że Roise pozwalał jej na wiele, w stosunku do innych osób nigdy nie był, aż tak wyrozumiały, zwłaszcza, gdyby zachowywali się, aż tak bezczelnie, jak ona w swoich najgorszych porywach. To wynikało z tej dziwnej więzi, która ich połączyła, miał wobec niej naprawdę ogromne pokłady cierpliwości, które doceniała, nikt inny nie byłby w stanie z nią chyba wytrzymać na dłuższą metę, bo potrafiła być okropnie problematyczna.

- Oczywiście, jak mogłam pominąć wkład Corio, teraz obrazek jest kompletny. - Faktycznie to, że ich przyjaciel był koronerem mogło ułatwiać sprawę, ale każdy miał sowją granicę w tuszowaniu ewentualnych wypadków... chociaż może, może nie, ten plan był chyba całkiem sprytny.

- To nie tak, że Ci nie wierzę, chociaż może odrobinę. - Podpuszczała go, bo czasem nie potrafiła inaczej, szczególnie, kiedy towarzyszył im taki całkiem przyjemny nastrój, jakby poprzednia noc się nie wydarzyła, jakby nie wypowiedzieli w swoją stronę tych wszystkich słów. Poczuła jego spojrzenie na swojej twarzy, dosyć szybko jednak odwrócił wzrok i się od niej odsunął, nie zdążyła skorzystać z nadarzającej się okazji. Zresztą, chyba teraz wybrali wersję, w której byli swoimi dobrymi znajomymi, może przyjaciółmi? Przerabiali już naprawdę wiele scenariuszy i nie zawsze była pewna jaką rolę akurat przyjmowali. Można się było w tym zgubić.

- Wiesz, że nawet nigdy się nad tym nie zastanawiałam, po prostu sięgam po to, co wpada mi w ręce. - Yaxleyówna w przeciwieństwie do sporej części grona jej znajomych nieszczególnie przywiązywała wagę do tego jak się prezentowała, to nie było dla niej zbyt istotne. Jej ubrania miały być po prostu wygodne i to tym się kierowała przy ich kupnie. Bywały momenty, gdy się stroiła, wiadomo, nie wszędzie mogła pojawić się w swoich ukochanych skórzanych spodniach i butach, jednak to one były jej głównym wyborem, tak samo jak szerokie koszule, które nie ograniczały jej ruchów.

- Ale dziękuję. - Chyba wypadało podziękować? Czy to w ogóle był komplement, chyba był, bo wcale nie musiał tego mówić.

- Nie wiem, czy to akurat powód do dumy, chociaż może trochę. - Tak właściwie to nie miała pojęcia, co powinna o tym wszystkim myśleć. Dostali potwierdzenie, że to, co ich połączyło było na swój sposób wyjątkowe, nie mogli temu zaprzeczać, miała wrażenie czasem, że ich więź sięgała zdecydowanie głębiej, niż im się wydawało. Miała świadomość, że nikt nigdy nie będzie w stanie zająć jego miejsca, zawsze będzie tą jedną osobą, która znajdowała się na samym szczycie hierarchii. To było silniejsze niż więzy krwi, a akurat Geraldine była naprawdę mocno zżyta ze swoją rodziną (przynajmniej tą częścią od strony ojca).

Jasne, ta więź ostatnio przystwarzała im nieco kłopotów, komplikacji, jak zwał tak zwał, bo nie mogli po prostu się rozejść i udawać, że nic dla siebie nie znaczą, ale wcześniej naprawdę powodowała, że czuła się wyjątkowo.

- Może później, po tym i po tym, to zdecydowanie najlepszy pomysł. Wiesz jak to u mnie bywa z jedzeniem. - Rzadko kiedy sięgała po śniadania, najczęściej faktycznie robiły za nie kawa i papieros, gdzieś w ciągu dnia chwytała coś w locie i tak mijał jej ten czas. Nie miała czasu, aby przejmować się takimi błachostkami, jakimi było jedzenie, jasne - jak jej się przypomniało to jadła, jej siła też nie brała się znikąd, wiedziała, że musi dostarczać swojemu organizmowi odpowiednią ilość pożywienia.

- Rzadko kiedy tak naprawdę jestem głodna. - Po prostu nie zwracała uwagi na to uczucie, które czasem się pojawiało, zresztą bardzo łatwo było z nim walczyć paląc kolejnego papierosa.

Z Ambroisem zawsze było inaczej, mieli swoje nawyki, które im towarzyszyły podczas tego codziennego życia, gdy odszedł - cóż, wcale tego nie pielęgnowała, nie uważała, aby to było jej do czegokolwiek potrzebne.

- Tak naprawdę to nie miałam żadnych. - Yaxleyówna była w stanie zjeść cokolwiek. Podczas swojego krótkiego, aczkolwiek dość intensywnego życia nigdy jakoś specjalnie nie wybrzydzała, no, może odrobinkę bo Geraldine bardzo, ale to bardzo lubiła mięso, rzadko kiedy jadła warzywa, w ogóle nie uznawała posiłku za słuszny, kiedy były  w nim same warzywa.

- Zdajesz sobie sprawę, że to będzie raczej bardzo mało wyrafinowane życzenie, prawda? - Na pewno to wiedział, na pewno miał tego świadomość. Niby mogła skorzystać z okazji i wymyślić coś niesamowitego, ale pod tym względem to Yaxleyówna była bardzo prostym człowiekiem. Najprostszym z możliwych. - Bekon, bardzo dużo bekonu. - Tylko tyle, niczego więcej nie potrzebowała do szczęścia, jeśli chodzi o śniadanie. Na pewno ten dzień będzie wspaniały, jeśli to będzie jej pierwszym, dzisiejszym posiłkiem. Tak właściwie to rozpoczął się może nieco parszywie, ale powoli zupełnie zapominała o tym, co się wydarzyło w nocy. Skupiła się na tym, że teraz było całkiem znośnie i przyjemnie. Mieli plany na dalszą część dnia, czasem potrafili się jeszcze dogadać.

Mogła oczywiście wspomnieć, że najchętnie to zjadłaby jego, w całej okazałości na śniadanie, obiad, czy tam kolację, ale w tej chwili nie wydawało jej się to właściwie, bo zachowywali się aktualnie raczej właśnie, jak para przyjaciół, pojawił się między nimi ten dystans, jakby pilnowali się, aby nie przekroczyć granicy, której zresztą oficjalnie nie postawili.

Dla Yaxleyówny mieszkanie z kimś również było czymś nowym. Właściwie sama wyszła z tą inicjatywą, bo poczuła się trochę odpowiedzialna za to, co stało się z jej bratem. Zaproponowała rodzicom, że będzie miała na niego oko. Nie, żeby nie zdarzało jej się żałować tej decyzji. Astaroth miał oczy i niewyparzoną gębę i wtrącał się w jej sprawy, komentował to, co robiła. Nie, żeby była szczególnie dyksretna w swoich poczynaniach, jednak mieszkał u niej, to on powinien się dostosować, a nie jeszcze ją rugać za nie do końca odpowiedzialne decyzje, które zdarzało się jej podejmować. Póki co, nie było chyba najgorzej, bo jeszcze go nie wyrzuciła z domu, jakoś udawało im się egzystować w jednym mieszkaniu, no szczególnie, że ostatnio nie pojawiała się tam zbyt często.

- Nie chcę go zostawić samego, muszę mu pomóc. - Tak, zdawała sobie sprawę, że nie dało się być za niego w pełni odpowiedzialnym, mimo wszystko czuła pewien ciężar za to w jakiej sytuacji się znajdował na swoich ramionach. Chciała po prostu pomóc mu odnaleźć się w tym świecie, nie miała pojęcia ile to będzie trwało, ale zależało jej na tym, żeby brat wiedział, że zawsze może na nią liczyć, tak po prostu. Wiedziała, że aktualnie nie jest z nim najlepiej i była gotowa mu pomóc, bo kto jeśli nie ona?

- Szczególnie, że jego droga będzie bardzo długa. - W końcu był nieśmiertelny, miał przed sobą do przeżycia zdecydowanie więcej lat niż oni. Właśnie, znowu pomyślała o nich, nie o sobie samej. Nie chciała, żeby Ambroise też poczuł na sobie część tego ciężaru, bo to powinien być tylko jej problem, ale na to chyba też było już za późno, zwłaszcza, że zdążyła mu wyrzygać wczoraj, a może jeszcze dzisiaj, że był z niego chujowy uzdrowiciel.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#9
04.03.2025, 17:48  ✶  
- Doskonale, że się zgadzamy - odpowiedział tak gładko, jakby rzeczywiście wierzył w tę jej nagłą uległość.
Oczywiście, że doskonale zdawał sobie sprawę ze zdania, jakie miała o nim Rina. Tu też mieli nieco inne podejście do tej kwestii. Całe szczęście na tyle luźne, aby móc o tym teraz żartować. Całkiem miło było to robić, spacerując parkowymi alejkami, nawet jeśli gdzieś z tyłu głowy wiedział, że ten stan nie jest ich nową rzeczywistością. Nie miał utrzymać się między nimi już zawsze, na zawsze.
- Nie wiem jak do tego doszło - odparł, robiąc przy tym jak najbardziej zażenowaną minę; zupełnie tak, jakby rzeczywiście powinna się tego wstydzić. - Najwidoczniej miałaś z nami stanowczo zbyt mało kontaktu w szkole. W innym wypadku w żadnym razie byś o nim nie zapomniała - cmoknął, jednocześnie kiwając głową. - Ale też miałabyś o nim zdecydowanie inną opinię. Tylko udaje niewiniątko. We trzech byliśmy najgorsi - nawet nie próbował tego ukrywać, czując się wręcz dumnym z tego faktu.
Dawali do pieca. Zdecydowanie. To były naprawdę złote czasy.
- Nie podpuszczaj mnie - odmruknął znacząco, unosząc przy tym brwi i robiąc poważną minę. - Bo jeśli mi jej nie sprzedadzą to będę musiał ją dla ciebie ukraść, żeby nie wyjść na kłamcę. A ostatni raz kradłem coś ze sklepu... ...nie wiem... ...z piętnaście lat temu? O to też musiałabyś spytać resztę, bo nie pamiętam - jasne, mógł próbować kręcić bajerę, robiąc z siebie księcia rzezimieszków, tyle tylko, że byłoby jej raczej trudno dać temu wiarę.
Tu raczej w istocie zachowywał się tak jak wyglądał. Trudno byłoby nie zwracać na siebie uwagi, nawet jeśli nie wyglądało się podejrzanie.
- Nie do końca mogę się z tym zgodzić, ale niech ci będzie - w końcu byli dziś wyjątkowo kompromisowi. - Ładnemu we wszystkim ładnie - dodał na podziękowania, przy okazji posyłając dziewczynie kolejne trochę zbyt długie spojrzenie.
Znowu zachowywali się w ten sposób. Chaotyczny i przez to niezmiernie trudny do określenia. Jednocześnie podchodząc do kontaktu fizycznego jak para przyjaciół. Zachowując niewielki, ale odczuwalny dystans. Nie trzymając się zupełnie z dala od siebie. Idąc całkiem blisko, jednak nie do końca tak blisko jak mógłby tego chcieć. Nie w ten sposób, w który spacerowali po Maida Vale dosłownie kilka dni temu. Wtedy nie mając oporów przed tym, aby nazwać spacer randką. Obecnie nie określając go w zupełnie żaden sposób.
Wychodząc z psami do parku, co rzecz jasna mogło stanowić wymówkę dla tego, że trzymali się na pewną odległość od siebie. Tyle tylko, że mimo stosunkowo wczesnej pory, minęły ją już dwie czy trzy jawne pary. Idące znacznie bliżej siebie, trzymające się pod ramię czy co najmniej za rękę, splatając palce mimo trzymania zwierząt na smyczy. Oni tego nie robili.
Było między nimi całkiem lekko i swobodnie. Przynajmniej tak to musiało wyglądać z zewnątrz. Na pierwszy rzut oka mogli sprawiać wrażenie całkiem szczęśliwych. Być może dopiero ostrożnie przekraczających granice między przyjaźnią a czymś bardziej intymnym. Jego zachowanie zdecydowanie mogło nasuwać takie skojarzenia. Z daleka pewnie wyglądał na kogoś, kto w całkiem uroczy (tfu) sposób oddawał dziewczynie swój szalik, trochę zbyt długo wlepiając wzrok w jej wargi czy patrząc na nią w ten konkretny, odrobinę tęskny sposób. Przez ludzi z zewnątrz mogli zostać zaszufladkowani w ten sposób. Jako ludzie z pogranicza przyjaźni i miłości.
Tyle tylko, że to było zdecydowanie bardziej skomplikowane. Nigdy nie byli dla siebie całkowicie jednym albo zupełnie drugim. Trudno byłoby w jakikolwiek sposób rozgraniczyć te dwie płaszczyzny. Szczególnie, że bardzo szybko przyjęli w życiu tej drugiej osoby rolę najlepszych przyjaciół. Nie potrzebowali zbyt wiele czasu, żeby zacząć określać się w ten sposób.
Cornelius mógł być jego najlepszym przyjacielem od ponad dwóch dekad. Praktycznie bratem. To samo tyczyło się Aloysiusa, nawet jeśli ich relacje były wystawiane na dużo większe próby. Też był mu bratem. Mógł uważać Thomasa za swojego przyjaciela, choć obecnie miał wrażenie, że Figg zaczął znacząco się od niego oddalać. Wydarzenia z jaskini zapewne miały położyć się cieniem na tym, co mieli. Miał też Norę, którą również nazywał przyjaciółką. Praktycznie siostrą.
A jednak w tym wszystkim, pośród tych relacji nie potrzebował niemal żadnego czasu, żeby bez wahania oddać Geraldine to najważniejsze miejsce w hierarchii. Wynieść ją na postument. To się nie zmieniło. To nie miało się zmienić. Tyle tylko, że jednocześnie nigdy nie było tak proste jak w przypadku jego innych przyjacielskich czy rodzinnych relacji.
Nie mogło być. Nie przy tym, co jednocześnie pojawiło się między nimi już na samym początku. Ten rodzaj atmosfery, napięcia sprawiającego, że nigdy nie potrafił traktować jej zupełnie neutralnie. Przechylali się to w jedną, to w drugą stronę. Balansowali na krawędzi. Z platoniczną przyjaciółką nie pragnęło się robić tych wszystkich rzeczy, które zdecydowanie zbyt często przychodziły mu na myśl. Kogoś traktowanego w kategorii rodziny nie chciało się odkrywać w ten sposób.
No, nie, jeśli nigdy nie miało się niezdrowych skłonności wykazywanych przez część czystokrwistej elity. Jego nigdy nie pociągało takie podejście do zachowania czystości krwi. Nigdy nie miało.
Nie mógł traktować Geraldine w ten sposób, w który traktował swoje inne przyjaciółki. Nie. Przyjaciółek nie chciało się całować do utraty tchu. Przyjaciółek nie pragnęło się rozbierać w ten porywczy, chaotyczny sposób, nie dbając o późniejszy stan ubrań. Z przyjaciółkami nie chciało się testować wytrzymałości mebli. Ciągnąć ich pod prysznic czy do wanny. No, chyba że korzystało się z bardzo spaczonej wersji określenia przyjaciółka, czego on też nigdy nie robił.
Kochanki nazywał kochankami. Przyjaciółki - przyjaciółkami. Geraldine? Swoją Jedyną. Tą osobą, która nigdy nie miała zostać zapomniana czy zastąpiona. Wyłączną dziewczyną, z którą mógłby pójść dalej. Związać z nią swoje życie już nie tylko w ten sposób, w jaki byli ze sobą zamotani od samego początku. Z tego, czego się dowiedzieli w ostatnich dniach: nawet wtedy, kiedy nie zdawali sobie z tego sprawy.
Była jedyną kobietą, przed którą w przeszłości mógł chcieć z własnej nieprzymuszonej woli paść na kolano. Nasunąć jej kamyk na palec. Dać swoje nazwisko. Dom i rodzinę. Wszystko, czego by sobie zażyczyła. Tylko nie to jedno. Nie tę gwarancję, którą naprawdę chciał jej dać, ale nie mógł. To było coś, czego nie potrafił zmienić. Coś, co ostatecznie ich zniszczyło.
Byli tutaj. Spacerowali razem po parku, zachowując się jak przyjaciele, ale wiedząc, że nie mogli nimi tak po prostu być. Próbowali. Dusili się w tym. Usiłowali zachowywać się niewinnie, jednak w momencie rozwiania wątpliwości co do wzajemnych oczekiwań, ich pierwszą myślą i reakcją było pospieszne opuszczenie tamtego przyjęcia. Tak, doskonale pamiętał tamten dzień. Czerwoną sukienkę na podłodze, długie godziny nadrabiania zaległości. Jakżeby mógł tego nie pamiętać?
Próbowali być też swoimi sojusznikami. Ile tak właściwie to trwało? Wpierw łączyli to z chłodem i niemalże wrogością, ale już wtedy był cholernie bliski powtórnego przekroczenia granic. Szczególnie, gdy tak bardzo ciskała w niego gromami, mimowolnie zmniejszając dystans. Dwukrotnie w Dolinie Godryka myśląc o powtórzeniu pochopnie podejmowanych decyzji z niezbyt chlubnej przeszłości. O wcieleniu w życie myśli i wyobrażeń. To był sojusz. Bez wątpienia. Tylko jaki...
...dokładnie taki jak ten trwający całe kilka godzin po opuszczeniu Snowdonii? Pomiędzy prysznicami i kotłowaniem się w pościeli? Podczas nocy na kanapie, którą i tak skończyli obejmując się na podłodze, następnego dnia wracając do zachowywania się jak na uwikłanych ludzi przystało?
Będąc swoimi pozornymi wrogami też nie traktowali tego tak jednoznacznie. Nigdy tego nie robili. Najbliżej neutralności było im w czasach szkolnych, z których przez kilka lat nie zdawali sobie sprawy, ale już wtedy wkurwiała go bardziej niż powinna. Gdyby nie różnica wieku, raczej trudno byłoby mieć wątpliwości, że prędzej niż później napięcie doprowadziłoby ich na skraj. Do przekroczenia granic.
To nie było łatwe. Nigdy nie miało być. Nie musieli się tego domyślać. Wiedzieli to z niezmąconą pewnością. Jedynym rozwiązaniem było ponownie się od siebie oddalić. Całkowicie przestać to sobie nawzajem robić. Spędzać razem czas. Nawet chodząc na tak pozornie niewinne spacery, podczas których w rzeczywistości prawie znów to. Zrobił. Niemal ją pocałował. Co gorsza dostrzegając to spojrzenie mówiące, że mógł to zrobić. Nachylić się jeszcze bardziej, zagarniając ciepłe wargi Geraldine w pocałunku będącym zupełnym zaprzeczeniem tego, co prawie zrobili poprzedniej nocy.
Byli na pograniczu rozstania. Jedną nogą już niemal za progiem. Wciąż trzymając się za ręce, ale prawie puszczając splot palców. Mówiąc sobie te wszystkie paskudne rzeczy. Przyjmując narrację początku końca. Nie zrobili tego. Znowu byli w tym samym zawieszeniu. Kolejny raz nie potrafił podjąć ostatecznej decyzji. Miał tego dosyć. Nie mogli tak żyć. Nikt nie mógł. Ale co mieli zrobić? Jak postąpić, skoro nie mogli znaleźć wspólnego mianownika? Gruntu czy rozwiązania?
Miotali się więc, mówiąc o wspólnym śniadaniu, ale jednocześnie nie określając się w żaden inny sposób. W istocie byli wyjątkowi. On także nie był w stanie nazwać tego obecnie powodem do dumy. Nawet nie próbował.
Uśmiechając się za to pod nosem na te wszystkie jakże pasujące do niej słowa.
- Nie oczekuję wyrafinowanych życzeń. Zależy mi na tych najgłębszych - stwierdził, wcześniej wyłącznie posyłając jej wymownie pobłażliwe spojrzenia; tak, znał ją i jej nawyki żywieniowe, bekon zresztą wcale go nie zaskoczył, choć wzbudził u niego prychnięcie. - Jasne. Bardzo dużo bekonu. Odnotowano. Da się zrobić - rzeczywiście nie było to zbyt wysublimowane życzenie.
A on nie dodał na nie nic więcej. Nie rzucił żadnym jakże ambitnym tekstem. Nie dodał nic od siebie. Po prostu przyjął zamówienie, co nie było dla niego całkiem normalne. Nie bez znaczącego komentarza.
Tego, który chyba nie byłby obecnie na miejscu, więc się przed nim powstrzymał. W końcu odnosili się do siebie w ten neutralnie przyjacielski sposób. Jak ludzie mający wspólne sprawy, ale nie będący dla siebie jedną z nich. Znowu zachowywali się inaczej.
- Rozumiem - kiwnął głową.
Tym razem nie powiedział tego, co było ich wspólnymi tradycyjnymi słowami. Sztampową odpowiedzią na wszystko, co niewygodne. Nie stwierdził, że przecież nic nie musiała. To nie był ten moment. Szczerze wątpił, aby taki miał nadejść w najbliższej przyszłości. Zamiast tego wbił spojrzenie w smycz dyndającą się na szyi dziewczyny. Mając wrażenie, że mentalnie też ją sobie teraz nakładała.
Brała odpowiedzialność na swoje barki. Próbowała ugryźć więcej niż mogła przełknąć jedna osoba. Nawet tak silna jak ona, bo przecież nigdy nie wątpił w jej zacięcie i moc wykrzywiania rzeczywistości na swoją korzyść. Momentami miał wręcz wrażenie, że sama nie dostrzegała w sobie tej całej wartości, którą on widział gołym okiem. Ale nawet przy tym obawiał się, że to mogło nie wystarczyć.
Kilka ostatnich sytuacji już nakazało mu obawiać się o to, że na dłuższą metę mogło ją to złamać. To było tak dużo. Naprawdę dużo do udźwignięcia przez kogokolwiek. Miała rację mówiąc, że Astaroth miał przed sobą naprawdę długą drogę. Myliła się wyłącznie w jednej kwestii, więc może lepiej, że tego z nim teraz nie poruszyła. Nigdy nie chodziło o wyrzucenie mu bycia chujowym uzdrowicielem. Przełknął to. Nie wziął tamtych słów do siebie. Sam powiedział wtedy dużo za dużo. Zbyt pochopnie. Nie do końca w zgodzie z własnym podejściem.
Decyzja o wzięciu na siebie części tego ciężaru nie miała związku z tym, co mu zarzuciła. Była za to dyktowana zupełnie inną logiką. Pokrętną, chaotyczną, może zamotaną, ale szczerą, prawda?
Nie brał na siebie odpowiedzialności za Geraldine, bo tylko ona ją za siebie miała, tak? Nie brał na siebie odpowiedzialności za nikogo.
- Nie zostanie sam - stwierdził, nawet nie próbując sprawiać wrażenia, że musiał myśleć nad swoimi słowami. - Potrzebuję spojrzeć, co tak właściwie przyjmuje. Dopiero wtedy mogę się ustosunkować do tego, co i jak szybko można z tym zrobić - powiedział, nie dodając oczywistego, bo chyba nie musiał.
Tak, uzależnienie od eliksirów nasennych poniekąd było w jego dziedzinie medycyny. Bez wątpienia było truciem się substancjami przyjmowanymi w nadmiarze. Nie, niespecjalnie znał się na działaniu takich rzeczy na nieludzi. To była zupełna nowość, nawet dla niego. I nie, nie znał psychologicznych procesów uzależnień. Tu nawet nie wiedział, od czego należy zacząć, ale nie zmieniało to faktu, że zamierzał zasięgnąć języka.
- To dobry dzieciak, ale poza tym nie sądzę, żeby Londyn mu obecnie służył. Myślę, że warto przemyśleć, czy go gdzieś nie zabrać? - Tak, zdecydowanie bardzo gładko przeszedł do rozważania różnych możliwości, mrużąc oczy i marszcząc czubek nosa w zastanowieniu. - Właściwie to może byłaby opcja zabrać go na chwilę w góry? Nie do Snowdonii. Do Exmoor. Spędziłem tam trochę czasu. To dobre miejsce - wbił pytające spojrzenie w Geraldine, jednocześnie nawet nie mrugając.
Nie zamierzał wdawać się w szczegóły tego, skąd uważał Exmoor za dobre miejsce do takich spraw. Przynajmniej nie, jeśli istniał cień szansy, że nie usłyszy tego pytania.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#10
04.03.2025, 23:37  ✶  

- Jak zawsze, czyż nie? - Nie, to zdecydowanie nie miało miejsca, a na pewno nie ostatnio. Rzadko kiedy się ze sobą zgadzali, wręcz przeciwnie wydawało jej się, że mieli zupełnie inne zdanie na każdy możliwy temat, ale teraz nie chciała wprowadzać znowu tego wrażenia. Całkiem przyjemnie było prowadzić zupełnie niezobowiązującą rozmowę w zupełnie innym tonie.

- Cóż, kiedy wy byliście na ostatnim roku, ja byłam wkurzającą gówniarą, więc może to i lepiej, że nie mieliśmy zbyt dużo kontaktu w szkole, bo nie sądzę, że byśmy się teraz przyjaźnili. - Yaxleyówna na szczęście była od nich odrobinę młodsza, chociaż i tak zdarzało się jej być wrzodem na dupie chociażby Roisa do czego doszli po czasie. - Myślę, że najgorsi ewentualnie w swoim roczniku, każdy miał takie trio, albo nawet gorzej. - W jej przypadku była to ich drużyna quidditcha, z którą trzymała się również po treningach, czy meczach. Miała wrażenie, że Minevra miała wyjątkowo dobry humor, kiedy oklaskiwała ich rocznik podczas uroczystości z okazji zakończenia ich edukacji w Hogwarcie.

- Chciałabym to zobaczyć, bardzo, bardzo chciałabym to zobaczyć. - Zatrzepotała nawet rzęsami, żeby przekonać go co do słuszności tego pomysłu, wcale, ale to wcale go teraz nie podpuszczała, nie śmiałaby przecież tego robić. Tak naprawdę nie umiała sobie nawet tego zwizualizować, więc chętnie zobaczyłaby kradnącego Ambroisa, to mogło być ciekawym doświadczeniem.

- Widzę, że nie nudziliście się, kiedy byliście młodzi. - Młodość rządziła się swoimi prawami, czy coś. Wtedy było zupełnie lekko i beztrosko, ale chyba nie chciałaby wrócić do czasów, kiedy była nastolatką. Nie, kiedy już wiedziała, jaką ścieżką chce podążać, mogła robić wszystko na co tylko miała ochotę. Dorosłość może nie była, aż tak kolorowa jak jej się wydawało, ale zawsze mogło być gorzej.

- Jacy my dzisiaj jesteśmy zgodni, nie mogę w to uwierzyć. - To nie zdarzało się im zbyt często, nie mieli tendencji do odpuszczania, raczej usilnie próbowali przepychać swoje racje i nakłaniać do zmiany zdania. Ten dzień był zdecydowanie inny, wyjątkowy.

Kiedyś pewnie jej policzki oblałyby się rumieńcem, gdyby usłyszała taki komplement z jego ust, przez lata jednak nauczyła się panować nad tymi naturalnymi odruchami. Roise często rzucał w jej stronę miłymi słowami, zawsze doceniał jej urodę, chociaż Yaxleyównie nie wydawała się być jakoś szczególnie zachwycająca. Od zawsze powodował, że czuła się dobrze u jego boku, jakby była jedyną dziewczyną na świecie, która się dla niego liczyła. Docierało do niej, że to było prawdą, bo miała świadomość, jak to wyglądało z jej strony. Ta więź powodowała, że tak naprawdę nie liczył się nikt więcej, nigdy. Roise dosyć szybko wkradł się do jej życia i właściwie nim zawładnął. Czuła, że dopełniał ją idealnie, gdy znajdowali się obok siebie wszystko w końcu nabierało sensu. Ich relacja przekraczała wszystkie możliwe, to zawsze było coś więcej niż tylko przyjaźń, czy miłość. Nie spodziewała się, żeby każdy mógł chociaż raz przeżyć takie uczucie. Miała to szczęście, że akurat jej się to przytrafiło, że kiedyś ich drogi się skrzyżowały, dzięki temu mogła zaznać tego niesamowitego uczucia, które ich połączyło.

Zdawała sobie sprawę z tego, że to, co teraz robili nie było zupełnie naturalne. Byli dla siebie mili, uprzejmi, rozmawiali ze sobą całkiem lekko, jednak utrzymywali dystans fizyczny. Faktycznie mogli wyglądać jak para przyjaciół, ale to nie mogło się udać. Nigdy nie miało racji bytu, pamiętała, jak wtedy trudno jej było nad sobą panować, kiedy Ambroise znajdował się obok, jak wiele ją to kosztowało, w końcu przekroczyła granicę i zmienili formę ich relacji na tę najbardziej właściwą. Tę do której chciałaby wrócić, chociaż wiedziała, że to raczej nie będzie już możliwe, bo przecież sobie to wszystko wyjaśnili. Nawet kilka razy, a i tak znajdowali się tutaj, teraz w tym parku, stojąc tuż obok siebie. Planując dalszą część dnia, jakby nie wiedzieli, że to mogły być ich ostatnie chwile razem.

- Te życzenia nie będą szczególnie głębokie. - Wolała go jeszcze uprzedzić, chociaż nie było szansy, że mogłaby go w tym zaskoczyć. Jeśli chodzi o jedzenie była naprawdę bardzo, ale to bardzo przewidywalnym człowiekiem. - Wspaniale, czyli ten dzień będzie można dodać do udanych. - Skoro miała jeszcze dostać posiłek, który sprawi jej przyjemność, to właściwie niczego więcej nie brakowało jej do szczęścia, no może poza Ambroisem w jej łóżku, ale to chyba też było do odhaczenia zważając na to, że ustalili, że potrzebują trochę odpoczynku, nie zamierzała odsyłać go na kanapę, to nigdy nie powinno mieć miejsca. Była gotowa ponownie wpuścić go do swojej sypialni i tak mieli tylko odpoczywać, o czym zresztą świadczyły wszystkie gesty (a raczej ich brak), jakie ku sobie kierowali. Nie było jej łatwo nie postępować w naturalny sposób, ale ponownie nie chciała przekraczać granicy. Rozsądek podpowiadał Geraldine, że postępowali w odpowiedni sposób, chociaż przecież już kiedyś to przerabiali i nie miało to żadnego sensu.

- Nie było to szczególnie zaskakujące, co? - W końcu ją znał, wiedział jak wyglądały jej upodobania żywieniowe, nie była w stanie go tym zaskoczyć, pod tym względem należała do naprawdę prostych ludzi. Wystarczyło mięso, aby poprawić jej humor, nie, żeby aktualnie był jakiś najgorszy, ale zawsze mogło być lepiej.

Kiwnęła jedynie głową, gdy usłyszała jego odpowiedź. Wydawało jej się, że faktycznie może zrozumieć jej punkt widzenia, bo przecież Ambroise też miał rodzeństwo, podejrzewała, że zachowałby się w podobny sposób w stosunku do swojej młodszej siostry. Byli starsi, powinni im pomagać, kiedy wymagała tego potrzeba. Czuła się w pewien sposób odpowiedzialna za Astarotha, zwłaszcza, że w styczniu umarł w jej ramionach, przemienił się przy niej, to nie było szczególnie przyjemnym doświadczeniem, bo przecież myślała, że odszedł już na zawsze. Nie, żeby to, co się z nim stało było dużo lepszą drogą, miała świadomość, że dla kogoś takiego jak oni stanie się wampirem musiało być ogromnym wstrząsem. W końcu dołączył do grona bestii na które polowali. Jasne, zawsze istniało ryzyko, niby zdawali sobie z tego sprawę, ale chyba jednak nie byli gotowi na to, że wydarzy się coś takiego.

Nie miała problemu, aby wziąć na swoje barki ogarnięcie brata. Wiedziała, że samemu może być mu ciężko radzić sobie z tą nową rzeczywistością, właściwie wydawało jej się to całkiem logiczne, że to ona miała się tym zająć. W końcu kto, jeśli nie rodzina? Od tego przecież była, musiała się nim zainteresować, musiała jakoś ułatwić mu życie na świecie pod tą postacią. Obiecała rodzicom, że się tym zajmie, że doprowadzi go do ładu i składu, nie mogła przecież wymagać tego od nich. Zresztą to wszystko to była jej wina, nie pomogła mu na czas, powinna za to teraz odpokutować.

- Możemy się tym zająć już dzisiaj, może po tym, jak już doprowadzimy się do względnego porządku. - Nie, żeby w ogóle chciała go w to angażować, ale wyjątkowo nie miała problemu z tym, aby zgodzić się na to, żeby spojrzał na eliksiry, które przyjmował Astaroth. Roise miał w tym zdecydowanie większe doświadczenie od niej, do tego przez te kilka ostatnich tygodni chyba nauczyła się prosić o pomoc, chociaż w sumie tutaj nawet nie musiała prosić. Jak zawsze sam wykazał zainteresowanie sprawą, to chyba znowu czyniło ich sojusznikami? Nie miała pojęcia, na pewno nie byli sobie obojętni. Gdyby mu na niej nie zależało nie proponowałby jej tego, o tym również wiedziała.

- Nie wiem, czy to odpowiedni moment na to, aby znowu opuścić Londyn, dopiero tu wróciłam. - Wypadałoby wykazać zainteresowanie tym wszystkim, co działo się pod jej nieobecność. Oczywiście, jeśli Roise uzna to za konieczne, to na pewno to zrobi. Zabierze brata z dala od tego miejsca, jeśli będzie miało mu to służyć.

- Masz z tym miejscem jakieś doświadczenie? - Zapytała jeszcze wpatrując się w mężczyznę. Nigdy jej o nim nie wspominał, albo nie zwróciła na to uwagi? Może wysyłał tam swoich problematycznych pacjentów, na pewno takich miewał. Jej brat nie był pierwszą osobą, która uzależniła się od eliksirów.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (13889), Geraldine Greengrass-Yaxley (10083)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa