• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 11 Dalej »
[08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine

[08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
29.03.2025, 04:01  ✶  
- Tak jakoś - powtórzył wymownie, mrużąc oczy w lustrze - rozumiem - w istocie rozumiał, tak?
Był inteligentnym człowiekiem. Nawet jeśli w ostatnim czasie czuł się jak coraz większy półmózg. Podejmował impulsywne, irracjonalne decyzje, mimo że niegdyś pozbył się tych skłonności. Gdy powróciły, nie od razu się na tym złapał. Teraz dostrzegał, ile tak właściwie ich to kosztowało. Ich oboje. Tak. Byli w tym razem. Zawsze mieli być.
Nie było sensu walczyć z tym, co było dla nich najbardziej naturalne, prawda? Szczególnie, że kolejne słowa, jakie padły z ust Geraldine również brzmiały cholernie dobrze. Właściwie. Satysfakcjonująco. Nie mogły być bardziej na miejscu. On też nie.
- Zawsze, na zawsze, do całkiem spokojnej śmierci w bardzo sędziwym i słusznym wieku - odmruknął, posyłając dziewczynie czuły uśmiech, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że część jej słów była odrobinę bardziej zaczepna i przekoloryzowana niż łechcąca jego ego.
Mimo wszystko trochę sobie z nim pogrywała, nawet jeśli w rzeczywistości był pewien prawdziwości jej słów. W innym wypadku nie pasowaliby do siebie tak bardzo. Wyjątkowo. Tak jak oni oboje.
- Być może? Możliwe, że tak? Równie prawdopodobnie nie? - Nieznacznie wydął wargi, wzruszając ramionami; skoro bawili się w te niskie zagrywki, oczywiście, że nie zamierzał przepuścić okazji, żeby odpłacić się jednym z tych całkiem standardowych niedopowiedzeń.
Tym bardziej, że w gruncie rzeczy oboje znali odpowiedź na długo przed tym jak Geraldine sformułowała te całkowicie zbędne pytania. Czyż nie?
Wiedział, że miała korzystać z wachlarza zagrywek, choć nigdy nie była manipulantką. Po prostu wiedziała, czego chce i korzystała ze znanych sobie metod, żeby to osiągnąć. Upierała się przy swoim do tego stopnia, że nie było możliwości, aby nie osiągnęła celu. Nawet... ...a może szczególnie?... ...w starciu z nim.
Nawet w tak skomplikowanej sytuacji jak ta, która wydarzyła się między nimi. To, że ten stan trwał praktycznie półtora roku było na swój sposób całkiem niechlubnie znaczącym osiągnięciem. Zwłaszcza zwracając uwagę na to, że wystarczyło raptem osiem dni i nocy, żeby zburzyć barykady i wywrócić narrację do góry nogami.
Wystarczyło, że Yaxleyówna była świadoma tego, w jaki sposób wyglądała rzeczywistość. Że byli ze sobą szczerzy. Że zagrali kilkoma kolejnymi kartami, które chowali przez ten cały czas. Wyciągnęli niezamierzone asy z rękawa, wyłożyli wszystkie karty na stół, obnażyli się. On się odsłonił.
Tylko po to, żeby na domniemany koniec rozgrywki, w rzekomym impasie dowiedzieć się, że jego dziewczyna miała w ręku coś jeszcze. A przecież znał ją. Niby zdawał sobie sprawę z tego, że potrafiła go zaskakiwać. A jednak wciąż dał się zaskoczyć. Potrafiła wywrzeć na niego nieoczekiwany wpływ. Namieszać mu w głowie.
Zresztą nie dalej jak kilka godzin wstecz osiągnęła w ten sposób dokładnie to, czego chciała. Zupełną kapitulację. Oboje tego chcieli, rzecz jasna, dokładnie tego samego.
Tyle tylko, że bez wątpienia nie było to do końca wspólne osiągnięcie. Raczej pewnego rodzaju nieczyste zagranie. Nawet, jeśli całkiem satysfakcjonujące. Wielokrotne przyciąganie, mimo sprzecznych komunikatów. Do momentu, w którym nagłe ostateczne odepchnięcie zdawało się być tak nieprawdopodobne, że gdy niemalże stało się faktem...
...no tak. Zapiekło, zabolało, wytrąciło z równowagi. Przyniosło skutek. Nawet się o to nie wściekał. Nie był w stanie. Czuł się zbyt dobrze. Za błogo, zbyt lekko i szczęśliwie, żeby drążyć w tym jak szybko dał się zapędzić w kozi róg.
Nie miał zatem nic przeciwko wręczeniu jej jeszcze innej, całkiem świeżej karty. Tym razem zupełnie świadomie i z własnej nieprzymuszonej woli. Wiedział, że w jakimkolwiek celu to zostanie wykorzystane, żadne z nich nie będzie nieszczęśliwe z tego powodu.
Tyle tylko, że to nie oznaczało, że nie mógł sam trochę się przy tym zabawić. Zamieszać, otwarcie mówiąc o tym, że to robi. Wręcza jej tę możliwość. Wiedział, co to w niej wywoła. Ewidentnie miał rację.
- Sam się wmieszał - przypomniał uprzejmie, unosząc brwi i posyłając jej w lustrze jeden z tych bardziej zaczepnych uśmiechów.
Jak na kogoś, kto technicznie rzecz ujmując nie mógł rozbierać wzrokiem dziewczyny, robił to całkiem jawnie i nad wyraz umiejętnie. Całkiem powolnie. Bez pośpiechu wbijając w nią spojrzenie, świdrując nim jej sylwetkę, miękkie kształty, wyrzeźbione linie ciała.
No, może w pewnym sensie naprawdę niewiele brakowało, żeby zawiesił się na ten widok. A to byłoby już nieco żenujące, nieprawdaż? Wtedy niechybnie ryzykowałby, że zacznie się ślinić. Dokładnie tak jak niemal to robił w pamiętnych czasach przyjaźni. Ale też nie dało się ukryć, że później wcale nie przestała tak na niego działać. Tyle tylko, że nie musiał tego ukrywać. Nie potrzebował słać ukradkowych spojrzeń w kierunku dziewczyny, skoro była jego. On był jej. Należeli do siebie. Mieli się na wyciągnięcie ręki, co wcale nie zmieniało faktu, że za każdym razem czuł się dokładnie tak samo.
Niby nie mieli już po kilkanaście lat. Mimo to, czasami miał wrażenie, że zachowuje się przy niej jak dzieciak. Mało kto Nikt inny był w stanie wywołać u niego takiej reakcji. Wyciągać z niego cóż impulsywne, niezbyt dojrzałe, może wręcz szczeniackie zachowania. Szczere i niepohamowane. Co z tego, że wedle powszechnie przyjętych standardów nie przystawały ludziom ich pokroju?
- To robisz - odmruknął tak upominająco jak tylko potrafił, co zważywszy na karierę akademicką w Akademii Munga brzmiało naprawdę przyzwoicie strofująco; przynajmniej w jego własnych uszach to była wyjątkowo przyzwoista sugestia, że jeśli tak dalej pójdzie, będzie zmuszony udzielić jej nagany.
Wpisać te wszystkie zagrywki do akt asystenckich. Sporządzić odpowiednie protokoły. Pójść z tym do kadr. Zgłosić już nie tylko molestowanie seksualne, lecz także znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem. A jeszcze nie zdążyli w pełni odhaczyć zaliczenia dnia próbnego. Wobec tak rażących zachowań, zdecydowanie nie mieli dotrwać do wyjazdu.
Poza tym, czy naprawdę sądziła, że usłyszy jakąkolwiek inną odpowiedź? Nie. Prawdopodobnie nie. Miał wręcz niemal niezmąconą pewność, że wcale tego po nim nie oczekiwała. Szczególnie, że już kilkukrotnie na przestrzeni paru godzin przerzucali się tymi bardzo rozwiniętymi odpowiedziami.
Gdyby udzielił jej teraz jakiejś innej, mogłaby być w zbyt dużym szoku. Nie zamierzał podejmować tego ryzyka. Jeszcze odbiłoby się to na zdrowiu jego dziewczyny. A przecież mieli już plany na to popołudnie. Na wieczór zresztą też. Na całą noc i kilka godzin poranku przed jego pracą. Jego grafik robił się niespodziewanie napięty.
Mhm. Grafik.
- Między nami - dopowiedział cichszym, bardziej miękkim tonem na samej granicy pomruku, zupełnie nic sobie nie robiąc z odpowiedzi, jaką dostał - to był najseksowniejszy wyjec, jakiego nie dostałem - musiał to powiedzieć, dając Rinie do zrozumienia, że jak najbardziej słyszał to, co wydostało się spomiędzy jej warg.
Tych, które obecnie sunęły po jego szyi, wywołując u niego gęsią skórkę i kolejne dreszcze przebiegające przez ciało. Teoretycznie nie było go wtedy w pomieszczeniu, ale prawdopodobnie zdawała sobie sprawę z tego, że to musiało dotrzeć do uszu Greengrassa. Jak także połowy dzielnicy, prawdę mówiąc. Natomiast druga połowa pewnie dowiedziała się o sprawie zaledwie z kilkuminutowym opóźnieniem.
Abstrahując od tego, że nigdy nie zdarzyło im się wysyłać do siebie wyjców. Nawet w tych najbardziej zaognionych momentach raczej nie kierowali swojej uwagi w stronę krzyczenia na siebie poprzez listy. Właściwie to na palcach jednej ręki mógłby policzyć momenty, w których był tak zdesperowany, że podniósł głos. Prędzej zrzucał doniczki z parapetu? No cóż.
Nie o to mu teraz chodziło, gdy w tak gładki sposób poinformował dziewczynę, że w pewnym sensie to było całkiem pociągające. Nieoczekiwane, raczej nie spodziewał się, że aż tak bardzo podkurwi ją tamta informacja. A może powinien? Znów go zaskoczyła. Tym razem przyjął to z większą satysfakcją niż powinien.
Przypominając sobie o tym i o tych wszystkich innych drobnych, ale całkiem pikantnych szczegółach i jeszcze bardziej wymownym dotyku, jakim go obdarzała w tej chwili, powoli dochodził do wniosku, że całkiem niesłusznie tak bardzo lobbował za wyjściem z domu. Zdecydowanie mieli jeszcze dużo czasu, żeby wybierać się na wspólne przechadzki, spacery, kolacje. Wszystko to mogło poczekać, podczas gdy niektóre pragnienia na nowo dopraszały się o zaspokojenie.
Nie, nadal nie nasycił się tym, co odzyskiwali. Nie miał tego zrobić w najbliższym czasie. Był tego pewien. Tak samo jak miał świadomość, że w tej chwili nieopisanym sadyzmem byłoby wyjście z sypialni, jak gdyby nigdy nic. Tyle tylko, że role nagle się obróciły i Geraldine zaczęła być zwolenniczką robienia czegoś na zewnątrz.
No, poczuł się zawiedziony. Nawet nie próbował ukrywać, że ta nagła, bardzo przekorna i wyrachowana zmiana zdania nie spotkała się z jego aprobatą. Tyle tylko, że nie byli ludźmi słowa, więc gdy te zawodziły, zawsze mieli jeszcze inne zagrywki, prawda?
Wydawało mu się, że skorzystanie z elementu zaskoczenia okaże się kluczem do sukcesu. Tyle tylko, że on także dał się przy tym zaskoczyć. Zupełnie nie spodziewał się kontrreakcji. A ponownie: powinien.
Przez kilka sekund wyjątkowo mocno próbował nie dać poznać po sobie tego, że zaczął tracić równowagę. Sposób, w jaki Geraldine pchnęła go do tyłu, nieoczekiwanie (a może przewidywalnie?) reagując na próbę przerzucenia jej przez ramię świadczył o tym, jakiej wprawy nabrała przez ostatnie półtora roku. Wcześniej byli zdecydowanie dużo bliżej podobnego poziomu, nawet jeśli zawsze była od niego bardziej zwinna i giętka.
On stawiał głównie na dużo prostszą masywność i siłę mięśni umożliwiającą mu solidne przypierdolenie komuś lub czemuś na swojej drodze. Raczej nie należał do osób, które płynnie tańczyły wokół przeciwników. Nie przepadał za szermierką. Potrafił poruszać się całkiem cicho, ale bycie demonem prędkości i zwrotności nie było czymś, wobec czego przypisywałby zbyt dużą uwagę. A może powinien?
W końcu teraz praktycznie go miała. Co prawda w dalszym ciągu próbował zachować równowagę, ale nie szło mu to zbyt kolorowo. W ostatniej chwili spróbował odbić się od brzegu łóżka i stanąć stabilnie na nogach. Jeśli mu się to udało, kolejny raz spróbował złapać dziewczynę. Tym razem w pasie. Jeżeli nie utrzymał równowagi, ostatnim odruchem także była próba pochwycenia Geraldine i pociągnięcia jej za sobą. Mieli paść na ten materiał razem. Nie było innej możliwości.

AF (III) - zachowanie równowagi
Rzut Z 1d100 - 19
Akcja nieudana


AF (III) - pochwycenie
Rzut Z 1d100 - 84
Sukces!


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
29.03.2025, 19:35  ✶  

- To najważniejsze. - Oczywiste, czyż nie? Musiał ją rozumieć, zresztą rozumieli się przecież bez słów. Nie musieli nic mówić, i tak wiedzieli dokładnie, o co im chodzi. Tak już mieli, prawda? Takie rozmowy były im zupełnie zbędne, a i tak je prowadzili, pełne niedopowiedzeń, bo mogli bez mniejszego problemu uzupełniać w myślach ich treść. Od zawsze to między nimi było. Ich więź była dużo silniejsza od wszystkich innych, które udało jej się stworzyć z kimkolwiek innym. Nikt nie rozumiał tak jak on tego, co siedziało jej w duszy.

- To brzmi jak całkiem niezły plan. - Zdecydowanie lepiej od tego wcześniejszego, dodanie sędziwego wieku do ich stałej formułki wyjątkowo ją cieszyło. Brzmiało to wyjątkowo optymistycznie, jak na nich. Wcześniej opuszczali ten fragment, więc to była naprawdę miła odmiana.

- Jasne, wszystko jasne. - Pokręciła jeszcze z niedowierzaniem głową, oczywiście nie mogła od niego oczekiwać prostej odpowiedzi. Musiała się domyślić tego, jak było naprawdę, ale wcale nie przychodziło to Yaxleyównie z trudnością. Wiedziała, że wszystko co robił było bardzo przemyślane, nic nie działo się bez przyczyny, na pewno spodziewał się w jaki sposób postanowi korzystać z podsuniętych pod nos możliwości. Znali się przecież, wiedzieli w jaki sposób reagują, to nie było niczym nowym.

Nie zdarzało jej się za bardzo manipulować rzeczywistością, to raczej nie było w jej stylu. Po prostu sięgała po to na co miała ochotę, czasem może faktycznie nieco oszukiwała, wiedząc w jaki sposób wywołać odpowiednie zachowania, ale nie przesadzała z tym. Raczej również należała do tych prostych osób, które niezbyt przesadnie kombinowały.

Tak, była uparta, równie uparta, co Roise. Uwielbiała stawiać na swoim, szczególnie, gdy jej na czymś zależało. Nie poddawała się, nie znosiła odmowy, wręcz przeciwnie, kiedy spotykała na swojej drodze przeszkody robiła wszystko, aby się ich pozbyć. Tym razem również osiągnęła cel, który wydawał się być niemożliwy, bo przecież ścierała się z Roisem, który wyjątkowo zaciekle potrafił bronić swojego zdania. Próbowała przez kilka dni pokazać mu to, jak to widzi, nie poddawała się i najwyraźniej tym razem doprowadziła do zwycięstwa, chociaż czy właściwie i on i ona nie byli zadowoleni z takiego obrotu spraw? Nie czuła, aby jej chłopak był szczególnie niezadowolony z tego, że akurat w tym przypadku wyszło na jej.

Trochę ich to kosztowało, nie da się ukryć, że rzucali w siebie naprawdę nieprzyjemnymi oskarżeniami, ale na dobre im to wyszło, dzięki tej szczerości w końcu znaleźli się w tym właściwym miejscu, znowu razem, znowu w tej jedynej formie, którą przyjmowała. Mieli mieć wspólną przyszłość, tylko to się teraz liczyło, a nie sposób w jaki do tego dotarli.

- Oczywiście, niczego innego się po nim nie spodziewałam.  - Romulus lubił wtrącać się w nieswoje sprawy, miała wrażenie, że był naczelną plotkarą w ich towarzystwie i lubił nieco od siebie dokładać tylko po to, aby zachęcić ich do działania, kiedy sami nie do końca byli na to gotowi. Znał w końcu ludzkie umysły, wiedział, jak działały - potrafił manipulować rzeczywistością, aby on, czy inni doszli do właściwych wniosków. Tyle, że tym razem chyba nie do końca osiągnął właściwy cel, przecież Ambroise jeszcze kilka dni temu myślał, że zamierzała spędzić resztę życia z Erikiem, co było naprawdę niesamowitym założeniem. Zwłaszcza, że mówiła mu przecież, że jedyną osobą, która mogłaby założyć jej kamyk na palec był on sam.

Nigdy jakoś szczególnie nie przejmowali się tym, co wypada. Na pewno nie w swoim towarzystwie. Dość szybko pozbyli się w swojej obecności masek, nigdy nie grali. Zawsze stawiali na szczerość, to było zdrowe. Wiedziała bowiem, że przy nikim innym nie mogłaby się zachowywać w ten sposób, nie mogłaby się, aż tak tworzyć. Raczej tego nie robiła, bo nie znosiła się odsłaniać, jeśli chodziło o Ambroisa - przyszło jej to całkiem naturalnie, już na samym początku ich znajomości. Wyczuwała bowiem, że są do siebie podobni, że mają podobne podejście do otoczenia. Nie myliła się.

- Myślę, że Romulus odebrał to inaczej. - Tylko Ambroise mógłby uznać jej wyjca za seksownego, tak, co do tego nie miała żadnych wątpliwości. Nigdy jednak nie wysyłała do niego podobnej korespondencji, mogła drzeć się na wszystkich innych, podnosić głos, dawać upust swoich emocji w ten sposób, ale nigdy nie na niego. Przy nim w inny sposób demonstrowała swoje niezadowolenie, bardzo dobrze zdawał sobie z tego sprawę.

Jakże łatwo przyszła mu zmiana zdania. Nie, żeby się tego nie spodziewała. Wystarczyło tylko zjawić się u jego boku, dotknąć wargami szyi mężczyzny, owinąć go ramionami, tak - to też nie było niczym nowym. Tak już reagowali na swoją obecność, to też się nie zmieniało. Cóż, spodziewała się, że nie będzie chciał opuścić sypialni, gdy znajdzie się tuz obok niego, chciała sprawdzić jego silną wolę, jak widać, nie była tak silna, jak się jej wydawało. Nie miałaby nic przeciwko temu, żeby faktycznie zostali teraz w mieszkaniu, ale to byłoby zbyt proste. Czasem warto było poczekać na to, co miało się wydarzyć.

Nie była łatwym przeciwnikiem, Ambroise na pewno zdawał sobie z tego sprawę, potrafiła utrzymać się na ziemi, bo przez ostatni czas poświeciła naprawdę sporo czasu na różne aktywności, które spowodowały, że była aktualnie w momencie swojej prawdziwej świetności, jeśli chodzi o sprawność fizyczną. Nie założyła jednak, że popchnie go tak mocno, cóż - nie zawsze miała wyczucie, jak widać. Nawet podczas zabawy.

Roise jednak zareagował dość szybko i pociągnął ją ze sobą, nie zamierzała już próbować mu się opierać, bo przecież chciała się znaleźć z nim w tym łóżku, więc to nie miało żadnego sensu. Nawet nie próbowała się ruszać, dała mu się pociągnąć ze sobą do łóżka.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
29.03.2025, 22:52  ✶  
Z perspektywy czasu, naprawdę osobliwe było to, że przez tak długi czas udawało im się unikać bezpośredniego kontaktu. Jasne, zaliczyli wcześniej bardzo podobny epizod. Okres zimnej wojny po zupełnie niepotrzebnej kłótni o odtrąconą dłoń. Tyle tylko, że w sześćdziesiątym piątym, gdy to miało miejsce, nie byli jeszcze tak blisko.
Wtedy nie wiedzieli, co to znaczy zasypiać i budzić się przy swoim boku. Spędzać razem niezliczone dni i godziny. Przeżywać kolejne lata. Być świadkami swoich dobrych i złych momentów, nieustannie stojąc po swojej wzajemnej stronie. Nie byli tak blisko. Dopiero mieli być. Los szykował to dla nich od dawna.
A potem to wszystko nagle się skończyło. Zapanowała pustka. Tak zimna i wszechobecna, że usilnie zaczęli próbować wypełniać ją niewłaściwymi zachowaniami. Pogrążyli się. Naprawdę pogrążyli się przez ten czas, robiąc coś zupełnie wbrew sobie. Utracili te naturalne porozumienie. Na zatrważająco długo.
Powróciło z końcem sierpnia. Wtedy w jaskini, później w kolejnych osobliwych momentach na przestrzeni ostatnich dni. Było wtedy, kiedy nie powinno go być. Nie było go, gdy byłoby im łatwiej móc z niego korzystać. Wszystko przez to, jak bardzo byli zagubieni i zamotani.
Dopiero teraz, tego poranka wszystko zdawało się być zupełnie właściwe. Nie musieli zbyt wiele mówić. Wystarczyły te krótkie, trochę zaczepne odpowiedzi. Tak dla nich typowe. No cóż. Każdy miał swoje klasyczne zachowania, prawda? U nich były one całkiem satysfakcjonujące. U innych? Cóż.
- Ma swoje rzekome metody - nieznacznie wzruszył ramionami, posyłając kwaśno-wymowny uśmiech w kierunku Geraldine; miała rację. - Natomiast nie sądzę, żeby odebrał to... ...cóż... ...wcale. Znasz Pottera. Spłynęło to po nim - jeśli na tym świecie był ktoś jeszcze bardziej przekonany o swojej słuszności i zajebistości od Ambroisa, zdecydowanie był to Romulus.
Gdy zaś chodziło o to, co sugerował Roisowi...
...to nie było takie proste jak mogłoby się zdawać. Nie mogło być. Nie w sytuacji, w której spędzili ze sobą aż tyle lat, ale nigdy nie posunęli się dalej niż do tej niewidzialnej granicy. Do niepisanego kiedyś z pewnością, ale jeszcze nie teraz oraz wszelkich parafraz tego stwierdzenia.
Poniekąd wpadli przy tym w tę samą pułapkę, przez którą dusili się jako swoi najlepsi przyjaciele. Tyle tylko, że w tym wypadku podjęli rozmowę, po której nie powracali do tematu nawet wtedy, gdy dobrze byłoby, aby to zrobili. Nie zweryfikowali powtórnie aktualności dawnych stwierdzeń. Trzymali się znanego statusu oraz tego, że było im doskonale w takich stosunkach, jakie ich łączą. Przecież w gruncie rzeczy formalizacja związku nic by nie zmieniła, prawda?
Było im ze sobą dobrze, byli szczęśliwi. Nikt nie próbował tego kwestionować. Praktycznie nie wchodzono im w paradę. Nie komentowano tego, że powinni wreszcie stać się oficjalnym małżeństwem. Szczególnie, że zachowywali się tak, jakby od dawien dawna nim byli.
To było specyficzne myślenie. No, bo skoro nic by to nie zmieniło w ich stosunkach, może jedynie odrobinę ułatwiłoby kwestie urzędowe i całą resztę to czemu tego nie zrobili? Nie podjęli pozornie oczywistych kroków, jednocześnie dążąc do bycia ze sobą przez blisko dekadę i deklarując kolejne. Do usranej śmierci.
Prawdę mówiąc, było to na swój sposób niezamierzenie zachowawczym posunięciem. Takim, które nijak do nich nie pasowało, ale jednocześnie nie wzięło się zupełnie znikąd. Przynajmniej z perspektywy Ambroisa.
Na swój pokrętny sposób nie chciał ponownie czuć się tak, jakby próbował osaczać Geraldine. Sugerować jej robienie czegoś, czego w ogóle nie brała pod uwagę. Nie chciał ponownie sparzyć się o słowa, że z pewnością pyta ją o to z przymusu. Że tak naprawdę tego nie chce. Że robi to z łaski, z litości, po to, żeby ją ugłaskać.
No właśnie. To wcale nie było takie proste. Szczególnie w momencie, w którym tak naprawdę nie miało już znaczenia to, co mu kiedyś zasugerowała. Nie przyjęła od niego tego kamyka. Wykluczyła tę możliwość, gdy pytał ją o to, czy chciała, by to zrobili. Co prawda później po paru latach dążył do tego, żeby ponownić tę propozycję. W innych, dużo bardziej właściwych okolicznościach.
Tyle tylko, że nawet z całą wewnętrzną pewnością tego, że ich związek układa się bardzo stabilnie i ma trwać do końca życia. Jednocześnie gdzieś tam podskórnie być może obawiał się, że mu odmówi. Powie, że to niepotrzebne, bezcelowe, wyłącznie problematyczne, nic więcej. Nie potrzebowali formalizacji, żeby żyć razem przez tyle lat. Może nie potrzebowali jej zatem wcale?
Mimo tego, że chciał. Naprawdę chciał jej się wtedy oświadczyć. Później pójść jeszcze dalej. Zgodnie z naturalną koleją rzeczy. Przez większość czasu wyobrażał sobie, że raczej usłyszy od niej te upragnione słowa. Tyle tylko, że ostatecznie do niczego nie doszło. Rozstali się.
Bardzo szybko zaczęły docierać do niego słowa, których się nie spodziewał. Narracja, która bolała go bardziej niż jakakolwiek inna. Szczególnie, że przecież pisał jej, że nadal ją kocha. Jednakże ona wybrała twierdzenie, że nigdy tego nie robił. Bawił się nią, później się nią znudził. Odszedł, bo był znużony, zmęczony, potrzebował więcej luzu i rozrywki. Powrotu do dawnego hulaszczego trybu życia i starych nawyków.
W momencie, w którym jego przekonania spotkały się z tymi słowami, wszystko inne zaczęło stawać się równie niestabilne. Zaczął wątpić. Pojawił się sceptycyzm. Podważanie wszystkiego, co dotyczyło ich dwojga. A później usłyszał o Eriku...
...i nawet, jeśli naprawdę nie chciał w to wierzyć. Jakie miał podstawy, żeby myśleć, że może być inaczej? Romulus brzmiał naprawdę przekonująco, gdy mówił, że pomiędzy tą dwójką aż iskrzyło. Chowali się razem pod stołami. Spędzali czas sam na sam. Chodzili wspólnie na praktycznie wszystkie wydarzenia towarzyskie. Na sabaty, nawet te przeznaczone dla par, nie dla swoich przyjaciół. Te, na których on nie pojawiał się z Riną, gdy wyłącznie podtrzymywali wrażenie koleżeństwa. Tymczasem przychodziła na nie z Longbottomem.
Tak, oczywiście. W pewnym stopniu wiedział, czym są dyktowane plotki, które powtarzał mu Potter. Nie chodziło o dręczenie go tymi informacjami. Jego przyjaciel nie był nieczułym sadystą. Miał swoje założenia, swój cel, który chciał osiągnąć. W młodości obaj wielokrotnie podpuszczali się w ten sposób do podjęcia działań, wobec których mieli wewnętrzne opory. Czasami z pozytywnymi, czasami z negatywnymi skutkami.
Kopali się wzajemnie w dupę. Tym razem zapewne też miało to wyglądać w ten sposób. Tyle tylko, że Greengrass od zawsze miał swoje granice. Wyznaczył je widząc więcej niż niektórzy ludzie. Wpierw w młodości, bywając w domach kolegów. Później świadcząc wizyty prywatne. Jedną z takich niepisanych zasad było to, że nigdy, przenigdy nie próbował niczego z zajętymi pannami.
Nie podbijał do mężatek ani zaręczonych. Nawet nie do świeżych wdów. Nie usiłował korzystać z sytuacji. Odbijać komuś kogoś, kto najwidoczniej bardzo szybko stał się dla tej osoby całym światem. W końcu inaczej nie doszłoby do tak szybkich zaręczyn, prawda? Do tego te wszystkie plotki słyszane od ludzi w towarzystwie, szeptane w pracy, przekazywane bokiem. Niby nie mając trafić do jego uszu, ale wciąż to robiąc.
Chciał walczyć. Tyle tylko, że nie mógł. Odsunął się nie bez powodu. Najwidoczniej jego plan zadziałał. Geraldine znalazła kogoś innego. Kogoś bardziej stabilnego. Kto ją uszczęśliwiał, otaczał wszystkim, na co zasłużyła. Więc jakim skurwysynem by się okazał, gdyby nagle zmienił zdanie? Więc tego nie zrobił.
Czy żałował? Nie. W tym momencie byli szczęśliwi, więc nie chciał wracać do tego, co naprawdę ciążyło mu przez te wszystkie miesiące. Szczególnie, że miał świadomość, że jednocześnie zarzekając się o swoim nie korzystaniu z sytuacji z zajętymi kobietami, dwukrotnie zrobił to w wypadku Yaxleyówny. Wtedy pod koniec maja, gdy teoretycznie już wiedział o jej rzekomych zaręczynach. Oraz na samym początku września, gdy znaleźli się w Piaskownicy, szukając utraconego ciepła w swoich ramionach.
W jej wypadku wiele założeń szło w łeb. Nigdy nie potrafił być wobec Geraldine tak chłodny, zdystansowany i wyrachowany jak wobec innych ludzi. Analizować swoje kolejne posunięcia. Prowadzić wielomiesięczne kampanie. Trwać przy swoim aż do poziomu absurdu, kiedy to ona musiałaby skapitulować.
Częściej niż rzadziej rozmawiali o założeniach. Szli na kompromisy. Oboje potrafili odpuszczać. Tyle tylko, że nie mógł do końca ukryć przed sobą, że dla niej naprawdę mógł iść w tym na znacznie większe ugody. W innym wypadku nie odpuściłby tak łatwo. I popełniłby błąd. Drugi największy błąd swojego życia.
Całe szczęście otrzeźwiał na czas. Dzięki temu mogli się tu znaleźć przy sobie. Kolejny raz bardzo blisko. Bez skrępowania, bez potrzeby myślenia na temat jutra. Wyłącznie we dwoje. Szykując się na swoją pierwszą oficjalną randkę. Choć może wcale nie? Chyba mogli to trochę odsunąć w czasie.
Szczególnie, gdy całkiem płynnym ruchem znaleźli się ponownie w łóżku. Może nie do końca w taki sposób, w jaki Ambroise planował to zrobić, ale fakt faktem: ponownie udało mu się złapać Geraldine, pociągając ją za sobą w pościel i całkiem szybko zaciskając wokół niej swoje ramiona. Przesuwając dłonie tak, by bezceremonialnie ująć ją za piersi, dodatkowo narzucając nogę na jej nogi. Niby leżał pod spodem. W teorii to ona go przygniatała. W praktyce? Miał ją w potrzasku, przyciskając usta do jej szyi i pociągając ją zębami za płatek ucha zanim szepnął:
- Na pewno? - Na pewno chciała wyjść z domu? - Półtorej godziny - mogli je spożytkować zupełnie inaczej.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
30.03.2025, 01:03  ✶  

To nie był pierwszy raz, kiedy zmienili podejście do siebie o sto osiemdziesiąt stopni. Pamiętała ten moment, gdy wyciągnęła do niego rękę, a on ją odtrącił. Chciała dać mu swoje wsparcie, a ten nie miał zamiaru go przyjąć. Uderzyło to w jej dumę, była na niego zła, nie potrafiła zrozumieć takiego podejścia, ale jednak to było coś zupełnie innego, niż to, co przydarzyło im się później. Wtedy gdy już wiedzieli co to znaczy należeć do siebie. Wtedy jeszcze nie mieli tej świadomości, więc to nie było takie bolesne, chociaż i tak czuła, że coś tracą przez to, że traktowali się w ten sposób. Od zawsze wiedziała, że nie tędy droga, że powinni współpracować. Nie miała pojęcia skąd jej się to brało, ale najwyraźniej już wtedy miała podświadomie to wrażenie, że są dla siebie kimś więcej. Później było tylko gorzej, te prawie dwa lata temu strata była naprawdę okrutna. Szczególnie, gdy już wiedziała co to znaczy być z nim. Trwali przy sobie przez wiele lat. Nie mogła uwierzyć w to, że postanowił opuścić ją bez słowa. Przyjęła swoją własną narrację, aby jakoś to przetrawić, mimo tego krótkiego listu, który ją zostawił, bo tak było prościej. Wmawiać sobie, że chciał czegoś innego, że ona go ograniczała, że nie dawała mu szczęścia. Przynajmniej znalazła jakiś powód, przez który to zrobił. Prawda różniła się od jej wersji, ale co z tego? Dzięki temu jakoś udało jej się przetrwać ten okropny okres w jej życiu. Nie zamierzała teraz do tego wracać, czy tego roztrząsać, grunt, że wreszcie znaleźli tę dobrą drogę i nic nie miało im przeszkodzić w tym, aby znowu mogli iść razem przez życie.

- Cóż, na pewno masz rację. - Nie dodała jak zawsze. Zresztą znał Pottera dużo lepiej od niej, na pewno mógł być pewien tego, co mówi. Nie oznaczało to jednak, że nie poczuła dzikiej satysfakcji, kiedy wysłała do niego tego wyjca. Miała nadzieję, że chociaż przez moment zastanowi się nad tym, czy faktycznie warto jest się wtrącać w nieswoje sprawy, w ten, okropnie pokrętny sposób.

Miała świadomość, że znalazła się już w pewnej grupie wiekowej, w której wypadałoby uregulować pewne sprawy. Tyle, że jednak nigdy nie chciała, aby to było gestem związanym z jakąkolwiek formą litości, czy spełnienia jej nieistniejących oczekiwań. Pamiętała ich rozmowy na ten temat. Za pierwszym razem miało to być tylko zwodzeniem ich rodzin, czyż nie? Tak ustalili, nie do końca jej się podobało takie podejście, za drugim razem Ambroise zdecydował się na taką rozmowę po tym, jak wrócił do domu po swojej nieobecności. Nie tego chciała. Zależało jej na tym, aby to wydarzyło się zupełnie naturalnie, nie było poparte tym, co wydarzyło się akurat w ich życiu. Nigdy nie chciała go zmuszać do tego, aby podjął takie, a nie inne kroki. Nie miała pojęcia o tym, że wtedy zamierzał to zmienić, w siedemdziesiątym pierwszym. Ostatnio wyjaśnili sobie, że mieli podobna wizję przyszłości, że byli skłonni sięgnąć po więcej, myśleli o tym, aby założyć rodzinę, chociaż nigdy nie podjęli takiej dyskusji. Mimo wszystko byli gotowi to zrobić, ze sobą. To świadczyło o tym, że traktowali się naprawdę poważnie, zresztą, czy czas, który spędzili razem również o tym nie świadczył? To było oczywiste. Nie potrafiłaby sobie wyobrazić podobnej przyszłości u boku kogokolwiek innego, to zawsze miał być Ambroise - nikt inny.

Zresztą było im całkiem dobrze być przy sobie właśnie w ten sposób. To nie niosło ze sobą żadnych większych konsekwencji, z czasem ich rodziny przywykły do tego, że nawet to robili po swojemu, chociaż przecież nie wypadało. W przypadku takich dwóch, silnych charakterów... to nie było niczym nadzwyczajnym. Od zawsze wyznaczali własne ścieżki. Nikt nie wątpił w to, że byli ze sobą szczęśliwi, trwali przy sobie przez lata. Tyle, że właśnie, nadszedł ten moment, w którym zobowiązania, wspólne nazwisko, małżeństwo mogło zmienić to, co im się przydarzyło. Nie myślała o tym, jakby wyglądało ich życie, gdyby faktycznie postanowili uregulować to wszystko w inny sposób, nie zrobili tego, więc mogli się rozejść bez praktycznie żadnych konsekwencji - przynajmniej tych oficjalnych, bo przecież każde z nich wtedy to okropnie przeżywało, każde zaliczyło swoją tragedię.

Nigdy nie chciała go nikim zastąpić. Wiedziała, że to nie będzie możliwe, nie zamierzała sobie nawet wmawiać, że jest inaczej. Szukała chwilowego zapomnienia, ale miała świadomość, że nikt nie będzie jej w stanie dać tego, co dawał jej Ambroise. Nikt nie mógł stworzyć z nią domu, bezpiecznej przystani, z dala od całego zła, które działo się na świecie. Być może pokazywała się ze swoim przyjacielem na tych wszystkich sabatach, ale robiła to tylko dlatego, aby spełnić oczekiwania rodziny. Musiała się tam pojawiać, brylować na salonach, chociaż to zupełnie nie było w jej stylu, a zdecydowanie wolała robić to u boku kogoś, za kim przepadała. Może nie w do końca taki sposób, w jaki inni to odbierali, ale nigdy nie zaprzeczała, że lubi Erika, był w końcu jej przyjacielem. Od dawna lubiano plotkować na ich temat, więc miała święty spokój jeśli chodzi o ewentualne swatanie jej z kimś innym. To był całkiem wygodny układ.

Nie zakładała jednak, że ktoś, kto ją zna, może wziąć to na poważnie. Na pewno nie spodziewała się, że Ambroise może tak do tego podejść. Miał w końcu świadomość tego, że przyjaźniła się z Longbottomem. Jak widać nawet on potrafił nieco zaplątać się w tym, co było prawdą, gdy w grę wchodziły plotki, a przecież wiedział, że ona uwielbiała je podsycać. Wiele razy robili to razem. Nawet już podczas ich pierwszego, wspólnego spotkania na zimowym balu. Przecież wtedy też oszukali wszystkich tam obecnych, powinien o tym pamiętać.

Nie było jednak sensu teraz skupiać się na tym wszystkim, nie kiedy dotarło do nich to, że mogli być szczęśliwi tylko i wyłącznie ze sobą, i w końcu pozwolili sobie do tego wrócić. To wszystko, co wydarzyło się pomiędzy tym było nieważne, nie zamierzała o tym myśleć, mimo, że wiedziała, że jak ona szukał pocieszenia w innych ramionach. Zresztą poniosło ich wtedy w maju, potraktowali siebie tak, jak traktowali wszystkich innych, którzy nie mieli dla nich najmniejszego znaczenia. Pozwolili rządzy przejąć nad sobą władzę, doprowadzili do tego nic nieznaczącego, niechlubnego zbliżenia, a później rozeszli się każde w swoją stronę. To świadczyło samo za siebie. Bez siebie byli w zupełnej rozsypce i postępowali niewłaściwie.

Całkiem łatwo przyszło im ponowne znalezienie się w łóżku, czuła, że to stanie się ich rutyną, w końcu wypadałoby się sobą odpowiednio nacieszyć, czyż nie? Stracili trochę czasu, więc trzeba było go nadrobić.

Mimo, że to ona była odpowiedzialna za to, że znowu tam wylądowali, to Roise najwyraźniej wykorzystał okazję, przez co znalazła się w potrzasku, mimo, że to ona znajdowała się nad nim. Wcale jej to nie przeszkadzało.

- Półtorej godziny to bardzo dużo czasu. - Starała się uspokoić swój oddech, co wcale nie było łatwe, gdy poczuła jego zęby na swoim uchu. Nie mogła jednak teraz tak po prostu odpuścić. To nie powinno się wydarzyć. - Chyba, że rozbijemy to półtorej godziny na trochę mniej... - Chyba powoli zaczynała odpuszczać, przecież byli panami swojego czasu, prawda?

- Jak bardzo jesteś w stanie przyspieszyć to, co masz załatwić? - Nie zapominała o tym, że miał swoja sprawę, o którą nie wypytywała. Tak właściwie to przecież ona była już zupełnie naga, mogli się dość szybko pozbyć jego ubrania, pozwolić sobie na chwilę zapomnienia, a i tak udałoby się im wyjść, czyż nie?

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
30.03.2025, 03:37  ✶  
Nie musiała dodawać tych słów. Sam mógł to zrobić.
- Zawsze mam rację - douściślił z błyskiem w oku, ukazując zęby w znacznie szerszym uśmiechu.
Jeśli ona nie zamierzała tego powiedzieć, on zdecydowanie mógł się posunąć tak... ...no, nie całkiem daleko. Bardzo blisko prawdy. Wyłącznie nieznacznie wykrzywiając rzeczywistość, tak? W końcu nawet, gdy nie miał racji to wciąż w jakimś stopniu musiał ją mieć.
Tak działa logika. W każdym wodospadzie kłamstw i wymysłów kryje się kropelka prawdy. Co oznacza, że nie jest to już wyłącznie czysty stek bzdur. Jest to niezbyt skondensowany roztwór składający się w jakimś stopniu ze szczerości.
Dajmy na to: w tym konkretnym przypadku, nieszczere było wyłącznie połączenie tych trzech słów w jeden ciąg. Gdyby nie dodał zawsze, mieliby całkowicie prawdziwe zdanie. Teraz bez wątpienia miał rację. Jeśli pozbyłby się słowa racja, poniekąd także by nie skłamał, bo zawsze coś miał. Koszulę z guzikami, której nie mógł dopiąć do końca albo coraz głębszą ochotę, aby zacząć rozpinać guziki zamiast je zapinać. Zawsze racja brzmiało natomiast jak niezbyt światła i nie do końca udana dewiza rodowa. Mogłaby pasować do przynajmniej kilkunastu znanych mu osób. Z dwoma przyjaciółmi na czele. Do niego?
No, nie dało się ukryć, że też.
Tyle tylko, że pod jednym względem jej nie miał. Sądził, że intencje, jakie nim kierowały, gdy rozmawiali o swojej oficjalnej przyszłości były wyjątkowo jasne. Nie były. Zdecydowanie nie. W końcu wcale nie robił tego z litości czy na odczepnego. Naprawdę chciał budować wspólne życie. Może kamyk nie był im do tego potrzebny, więc przez dłuższy czas sądził, że wcale go nie chciała. Ale jednocześnie nie miałby oporów, aby jej go wręczyć. Gdyby tylko wiedział.
W jego oczach nigdy nie chodziło o tak złożone pobudki. Nie posuwał się do podobnych interpretacji, bo nie o nich myślał, gdy usiłowali wyjaśnić sobie te kwestie. Oczywiście, za pierwszym razem rzeczywiście jednomyślnie stwierdzili, że nie są jeszcze gotowi na to, żeby odstawić tę całą szopkę z wielkimi przyjęciami pod publiczkę.
Niby w teorii oboje potrafili robić wokół siebie szum. Tyle tylko, że pod kątem własnego związku zupełnie tego nie potrzebowali. To była ich prywatna sprawa. Ich świętość. A należało być zupełnie szczerym mówiąc, że zarówno przyjęcia zaręczynowe, jak i śluby albo poprawiny i poprawiny poprawin nie były dla Młodych. Nie w ich świecie.
Pośród elity rzadko kiedy tak naprawdę chodziło o celebrację dnia ludzi, którzy wchodzili wspólnie na nową oficjalną ścieżkę. Nie. To były liczne przedstawienia. Naprawdę dużo stresu po to, aby nie splamić dobrego imienia jednego czy drugiego rodu tym, że ktoś poczułby się niewłaściwe usadzony albo wykluczony.
Gdyby nie ten fakt, pewnie znacznie wcześniej doszliby do wniosku, że chcieli to zrobić. W końcu niczego innego tak nie pragnął jak być z Geraldine do końca życia. Najlepiej jeszcze dłużej. Na ich zasadach, na ich warunkach. Nie chciał sprzedawać tego, co zaczęli ze sobą budować. Wyciągać ich życia pod publiczną ocenę, nawet jeśli niespecjalnie przejmował się cudzą opinią.
Po prostu nie odpowiadało mu brukanie ich związku, ich świętości czymś, co nie do końca miało być ich. Dla wszystkich dookoła, ale nie dla nich. Nie chciał musieć określać, co do minuty tego, kiedy postąpi w konkretny sposób.
Że wypadało, by zaręczyny miały miejsce nie później niż pół roku po debiucie towarzyskim. W ich wypadku w listopadzie. Że ślub w rodach pokroju tych, z których pochodzili miał być z pompą, ale nie późny. Raczej końcówka stycznia, może połowa lutego. Nie daj Merlinie, marzec. Marzec był zarezerwowany dla sabatu.
Później powinni stosunkowo szybko postarać się o potomstwo. Nie za szybko, żeby nie wywołać skandalu, którego nie dałoby się uciszyć tekstem o wyjątkowo dorodnym wcześniaku. Ale też nie nazbyt późno, żeby nie wywołać plotek na temat problemów z poczęciem z jednej czy z drugiej strony. Później rok, może półtora. Wypadałoby powiększyć stadko. Może ze dwa czy trzy razy. W przypadku zamożnych ludzi, raczej im większy tłumek, tym lepiej na to spoglądano.
Na biedotę w tej samej sytuacji patrzonoby krzywo, wytykając jej mnożenie się jak puszki pigmejskie. Natomiast pośród bogatych było to oznaką statusu. Ot, ironia? Świat był pełen takich kontrastów.
Tak czy inaczej, za pierwszym razem mieli pełną zgodność odnośnie swoich oczekiwań. Kiedyś, nie teraz. Temat ucichł na wiele lat. Może zbyt wiele? Ostatecznie wcale nie było im spieszno do zmiany oficjalnego statusu. Nieoficjalnie byli ze sobą na dobre i na złe. Tyle tylko, że nie łączyło ich wspólne nazwisko, ale przecież tego nie potrzebowali. Nie, gdy jego dziewczyna była znana w swoim środowisku, on w swoim. Nie czuł presji ani parcia, żeby do czegokolwiek ją zmuszać.
A dokładnie tak poczuł się wtedy, kiedy wreszcie poruszył temat. W momencie, w którym zamiast ponownie przedyskutować możliwości, dostał od niej coś w rodzaju kosza. Może nie do końca odmowę, bo nie miał wtedy pierścionka, ale nawet, gdyby go wtedy trzymał w ręku, zapewne nic by to nie zmieniło. Odrzuciła jego pytanie. Nie pytał przez kilka kolejnych lat.
Temat znowu ucichł. Już nigdy nie wypłynął na wierzch. Nie było okazji, żeby spróbować ponownie. Tym razem ze wszech miar właściwie. Miał wszystko dopięte, przygotowane, niemal perfekcyjnie ułożone. Tyle tylko, że nie miał. Nie, gdy tak łatwo się rozsypało. Rozwiało się niczym pył na wietrze. Przepadło.
Sądził, że już na zawsze. A jednak znaleźli się tutaj w tej sypialni. W miejscu, które kiedyś było ich wspólnym domem. Stojąc ciało przy ciele. Czuł oddech Yaxleyówny na swojej szyi. Dreszcze przebiegające wzdłuż kręgosłupa. Narastające, choć całkiem przyjemne ciepło związane z narastającym mrowieniem w podbrzuszu. Przyspieszone bicie serca. Wzrastające tętno.
Jeszcze moment wcześniej mówił o wyjściu z domu, ale w tym momencie nie był już do tego aż tak bardzo przekonany. Nie, gdy składała pocałunki na jego ciele a jej odsłonięte piersi przyciskały się do jego pleców. Znacznie lepiej wyglądałyby w zupełnie innym układzie. W pozycji, której jeszcze nie mieli okazji wykorzystać tego dnia. A przecież byli wyjątkowo kreatywni.
Mogli być jeszcze bardziej, gdyby tylko sobie na to teraz pozwolili. Byli kowalami własnego losu. Przynajmniej pod tym jednym względem. Takim, który w zupełności im teraz wystarczał. Nie potrzebowali niczego więcej jak tylko sięgnąć po to, co należało do nich. Ich dwojga. Nikogo więcej. Bo byli swoi. Wreszcie ponownie do tego doszli.
Choć czy tak naprawdę kiedykolwiek o tym zapomnieli? On nie zapomniał. Nieważne, że w pewnym momencie usiłował odnaleźć zatracenie w czymkolwiek innym. W cudzych objęciach. Na pewnym etapie w czymś znacznie gorszym. W tym, do czego nie chciał wracać, choć musiał to kiedyś zrobić. Zapewne już niedługo. Później we wcale nie lepszych zagrywkach. Tych, o których całe szczęście nie potrzebowali rozmawiać.
Oboje nie byli święci. Pogubili się. Zboczyli z kursu. Stracili cel i siebie nawzajem. A jednak gdzieś tam w głębi duszy zawsze miał pewność, że nie chciał szukać tego z kimkolwiek innym. To zawsze była ona. Miała być ona. Nikt inny. Jeśli nie mógł tego mieć, nie zamierzał iść tą ścieżką.
Była przeznaczona tylko dla nich dwojga. Wspólnie. Razem. Dokładnie tak jak teraz to robili. Upadając we dwoje na łóżko. W miękką pościel. Znacznie chłodniejszą niż jeszcze chwilę temu. Ale przecież w żaden sposób im to nie przeszkadzało, prawda? W pokoju było ciepło, robiło się wręcz gorąco. Oddechy stawały się szybsze, słowa bardziej przypominały pomruki. Gdy spletli się w czymś na kształt zadziwiająco intymnego uścisku (a przynajmniej jak na to, że trzymał dziewczynę w potrzasku), trudno mu już było ukrywać, że zupełnie stracił ochotę opuszczać sypialnię.
- Mhm. Półtorej godziny nie brzmi szczególnie tragicznie - mądre słowa mądrego człowieka, który już to kiedyś powiedział, prawda?
Zdążyły paść w ich rozmowie. Tyle tylko, że nie z jego ust. Mimo to nie miał oporów, aby sięgnąć po nie w tej chwili, przeciągając wargi od płatka ucha jego dziewczyny po zagłębienie na szyi Geraldine, gdzie złożył pocałunek. Długi i wilgotny. Idealny.
Podobało mu się to ponowne rozważanie wszystkich możliwości. Nawet jeśli to nie znaczyło, że zamierzał tak od razu przyznać, że może nie potrzebowali aż półtorej godziny na zajęcie się wszystkimi sprawami na zewnątrz. Może godzina... ...no, czterdzieści pięć minut miało im zupełnie wystarczyć? Z pewnością. Tyle tylko, że nie chciał wyjść na desperata. Musiał sprawiać wrażenie zdecydowanego, prawda? W końcu poniekąd sama tego od niego wymagała.
- To zależy, co jesteś mi w stanie zaoferować w zamian - odmruknął w dalszym ciągu wprost do ucha dziewczyny, jednocześnie kątem oka dostrzegając to, co upadło razem z nimi na materac łóżka. - Lusterko? - Zmarszczył brwi, mrużąc przy tym powieki i starając się przypomnieć sobie, gdzie już je widział.
Nieważne. Naprawdę nieważne. Nie na tym powinni się teraz skupiać.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#16
30.03.2025, 23:57  ✶  

Pokręciła jedynie głową. Oczywiście, że mogła się spodziewać podobnego komentarza. Zawsze to robił. - Tak, zawsze, oczywiście. - Nie zamierzała się teraz z nim sprzeczać, czy udowadniać mu, że wcale tak nie było. Roise potrafił być naprawdę uparty, jak nikt inny kogo znała. No, może ona mogłaby mu dorównać swoją zawziętością, nie był to jednak odpowiedni moment, na to, aby teraz o ty dyskutować. Przyjęła tę odpowiedź, bo czemu by nie. Nie dyskutowali w końcu o niczym szczególnie poważnym.

Całkiem lekko przyszło więc jej zgodzenie się z nim. Tym razem nie miała powodu, aby szukać dziury w całym. Niby wspominał o tym, że to był ten moment, w którym mogła nieco naginać zasady, urabiać go, ale nie było to potrzebne w tej sytuacji.

W zasadzie co do większości spraw mieli podobne podejście, zgadzali się często, jednak zdarzały się momenty, że miała wrażenie, że nie są w stanie zrozumieć drugiej strony.

Nie spodziewała się tego, że tak bardzo weźmie do siebie to jej drugie odrzucenie. To pierwsze - niewątpliwie powinno mieć miejsce, byli ze sobą wtedy dość krótko i nie powinni w ten sposób spełniać oczekiwań innych osób. Jasne, od zawsze wiedziała, że jest jej osobą, że to z nim zamierza spędzić całe życie, tylko co z tego? Mieli czas, aby nacieszyć się swoją obecnością, nikt nie miał im nic do zarzucenia, nie chciała, aby takie decyzje popsuły to co udało im się stworzyć. Przy drugim razie... mógł odebrać to różnie, nie sądziła jednak, że, aż tak to się na nim odbije. Miała swoje pobudki, aby wtedy wyrazić taką, a nie inną opinię. Trafił na moment, w którym mogła wątpić w słuszność jego zamiarów. Przecież zniknął na pięć dni, a po tym stwierdził, że mogliby w końcu sięgnąć po coś więcej, po te oficjalne tytuły, jak mogłaby nie wątpić w słuszność jego pobudek? Nie chciała, żeby czuł się zobowiązany zakładać jej kamyk na palec, nigdy nie zależało jej na tym, aby robił coś wbrew sobie, wręcz przeciwnie.

Tylko, czy tak właściwie nie za każdym razem byłaby w stanie znaleźć jakiś powód, aby odmówić? Pewnie nie, tyle, że faktycznie znalezienie właściwego momentu, mogło być nieco skomplikowane, gdy było się z kimś pokroju Yaxleyówny, która zawsze szukała dziury w całym.

Tak naprawdę przecież dokładnie tego chciała. Zamierzała z nim spędzić całe życie, w końcu musiał nadejść moment, w którym stanie się to oficjalne, tyle, że nigdy nie doszło do faktycznych oświadczyn, zawsze tylko sobie dyskutowali o tej całej teorii. Pewnie, gdyby tak się stało nie mogłaby mu odmówić, nigdy, nawet gdyby pojawiły się u niej jakieś wątpliwości. Wiedziała przecież, że chce z nim spędzić resztę życia, co do tego nie miała żadnych rozterek. Mieli być razem, zawsze, na zawsze, do usranej śmierci i to się nie zmieniło.

Zresztą też nie do końca potrafiła sobie wyobrazić siebie podczas takich oficjalnych wydarzeń, co było całkiem zabawne, bo przecież często była gościem na podobnych imprezach. Niby lubiła wodzić ludzi za nos, grać pod publiczkę, ale kiedy chodziło o nich - nie chciała tego robić. Wiedziała, jak to wyglądało u ludzi ich pokroju. Tyle, że ona i Roise od zawsze wychodzili poza te ramy, jakie nakładała na siebie elita, chciałaby, żeby i to odbyło się na ich warunkach. Najlepiej bez zbędnych osób, tak naprawdę mogłaby pójść z nim nawet w tej chwili do kowenu, aby stało się to oficjalne. Wystarczyło, aby po prostu o to spytał. Później martwiłaby się ewentualnym skandalem, zresztą, czy właściwie by do niego doprowadzili? Przecież od lat żyli praktycznie jak małżeństwo i wszyscy o tym wiedzieli (no, nie wliczając tej prawie dwuletniej przerwy).

Gdy zabrakło ich u swojego boku podejmowali nie do końca racjonalne decyzje. Zdawała sobie z tego sprawę, wiedziała, że byli ponad to, jednak jakoś musieli sobie radzić ze stratą, czyż nie? Nie było to może szczególnie rozsądnym zachowaniem, ale co innego mieli zrobić? Na szczęście szczerość i prawda pozwoliły im wrócić do tego, co było dla nich właściwe. W końcu znajdowali się w jej sypialni, w ten jedyny, słuszny sposób.

Zachowywała się tak, jakby mieli to po raz pierwszy, jakby ta bliskość była dla nich zupełnie nowa, ale ta dwuletnia przerwa spowodowała, że naprawdę chciała się nacieszyć tym, co znowu było między nimi. Musiał jej to wybaczyć, być może nie powinna go wodzić na pokuszenie, ale jakoś tak nie mogła się specjalnie opanować. Korzystała z każdej nadarzającej się okazji. Zresztą zawsze działali w ten sposób, to też było typowe dla nich, nie umieli trzymać rąk, czy tam ust przy sobie.

W końcu zupełnie przypadkiem, nieplanowanie, znaleźli się znowu w łóżku. Nie mieli do niego przecież tak bardzo daleko...

- Przecież nie brzmi, nie powiedziałam jednak, że niecała godzina nie brzmi jeszcze lepiej. - Oczywiście, że musiał wyciągnąć jej własne słowa przeciwko niej... Tak już miał, czyż nie?

Ponownie przyjemne ciepło zaczynało rozchodzić się po jej ciele, gdy znajdowali się tak blisko siebie, nie do końca potrafiła to kontrolować. Nie miała problemu z tym, aby negować ich plany... właściwie to była w stanie zebrać się bardzo szybko, doprowadzić do względnego porządku, to Ambroise miał coś do załatwienia, ale chyba też przestał się spieszyć. To mówiło samo za siebie, mieli jeszcze chwilę, może nawet więcej niż chwilę, skoro znowu znaleźli się w tym łóżku.

- Wszystko zależy od tego, czego oczekujesz. - Przecież nie mogła mu powiedzieć, że jest w stanie zaoferować mu dosłownie wszystko. Prawda? To by chyba źle o niej świadczyło, chociaż może nie powinna się tym w tej chwili zupełnie przejmować.

- Tak, lusterko, ale nie teraz, później... - Nie zamierzała w tej chwili przejmować się tym lusterkiem. Znalazło się ono w jej ręce nie bez powodu, teraz jednak wolała się zająć czymś innym. Znajdowała się teraz nad Ambroisem, ona naga, on ubrany i chyba nie do końca jej się to podobało. Nie zamierzała ustalać tego, co mieli robić. Nie było takiej potrzeby. Zamiast tego postanowiła zacząć rozpinać guziki jego koszuli, które jeszcze przed chwilą bardzo skrupulatnie zapinał. Doskonale powinien zdawać sobie sprawę ku czemu zmierza.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#17
31.03.2025, 02:32  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.03.2025, 02:32 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Zawsze i nigdy. Dwa słowa, których zdecydowanie nie nadużywali, ale gdy już pojawiały się w ich rozmowach, miały naprawdę wymowne znaczenie. W tym momencie miały świadczyć o jego poczuciu własnej wartości, które w przeciągu ostatnich dni mocno dostało po mordzie. Tylko po to, żeby w następnym momencie znów wznieść się na wyżyny. I ponownie opaść.
Być może wcale nie zamierzał o tym mówić, ale te wszystkie kłótnie naprawdę na niego wpływały. Równie mocno, co następujące po nich próby pogodzenia się w bardzo satysfakcjonujący sposób. Tyle tylko, że nie mając przy tym stabilnej wizji wspólnej przyszłości, ciosy w ego były znacznie mocniejsze niż kiedykolwiek. A naprawianie pęknięć nie działało tak dobrze jak powinno.
Szczególnie, gdy słyszał wobec siebie zarzuty, z którymi nie chciał, ale wewnętrznie musiał się zgodzić. Tak. Zachował się dokładnie w ten sposób, w jaki nigdy nie powinien postąpić. Zdawał sobie z tego sprawę. Wiedział to. Były momenty, gdy sam także naprawdę mocno cierpiał z tego powodu. Ostatnie półtora roku było cholernie ciężkie.
To nie był ich czas. A przecież powinien nim być. Wedle pierwotnych planów i wszystkich wizji, jakie miał przed nadejściem wiosny siedemdziesiątego pierwszego, powinni być w zupełnie innym miejscu. Na etapie życia, do którego nie było im dane dotrzeć. W pewnym sensie sądził, że po części już nigdy nie miało być. Czasy zbyt mocno się zmieniły, plany też musiały. Oczekiwania od rzeczywistości również.
Nawet, jeśli na powrót znaleźli się na właściwej ścieżce. Na łóżku w swoich ramionach, spoglądając na siebie w najbardziej słuszny ze sposobów. Bez irytacji, bez goryczy, iskier lecących z oczu, gromnych spojrzeń, lodowatego zimna czy wręcz przeciwnie - palącego żaru wzajemnej niechęci. Tej, która nigdy nie była dla nich naturalna.
Mogli i zamierzali wrócić do tego, czego oboje zawsze pragnęli. Ustalili to. Doszli do porozumienia. Nie obyło się bez potknięć, ale ostatecznie stanęli na nogach. Tyle tylko, że świat dookoła nich uległ zmianie. I to nie na lepsze. To nie były już z pozoru łatwiejsze początki lat siedemdziesiątych.
Nie mogli zupełnie powrócić do przeszłości. Nie dało się wznowić ich wspólnego życia od momentu, w którym wszystko poszło w złym kierunku. Nie byli w stanie przewinąć taśmy, wycinając zepsuty kawałek i scalając ją na nowo. Zbyt wiele się zmieniło. Musieli na nowo sięgnąć po to, co stracili na półtora roku. Po siebie nawzajem.
Jeszcze nie do końca wiedział, w jaki sposób. Zdawał sobie wyłącznie sprawę z tego, że dalsze pozostawianie wszystkiego kolejom losu nie wchodzi w grę. Nie chciał, żeby spędzili kolejne lata dokładnie w taki sam sposób, w jaki robili to przez niemalże dekadę. Szczególnie, że oboje byli pewni wspólnej przyszłości.
Nie uważał tego za zbyt optymistyczne. Za przejaw ignorancji. Za myślenie życzeniowe. Nie patrzył na to także w kategorii dawania sobie nawzajem drugiej szansy, bo to sugerowałoby, że gdzieś po drodze mogli ponownie stanąć na krawędzi.
Nie zamierzał ponownie do tego dopuścić. Nie. Tym razem miało być właściwie. Tak słusznie jak powinno być od samego początku. Żadne z nich nigdzie się już nie wybierało. Abstrahując od tego, że obecnie nawet w dosłownym sensie było to coraz mniej prawdopodobne. Chyba wcale nie powinni opuszczać dziś domu.
- Touché - odmruknął, nie czując żadnej potrzeby tracenia kolejnych minut z ich mitycznej półtorej godziny.
Jakiż był dzisiaj ugodowy, prawda? Musiał przestać. Zdecydowanie.
- Wszystkiego - odpowiedział cicho, nie siląc się na to, by być wyjątkowo pomocnym; tym bardziej, że w gruncie rzeczy dokładnie tak to wyglądało - i niczego szczególnego - w końcu stawiali na całkowitą nagą prawdę a ona rysowała się właśnie w ten sposób - jako  prosty człowiek - mhm, bardzo i jako tenże prosty człowiek wcale a wcale nie wodził teraz Geraldine za nos - jestem w stanie rozważyć każdą ofertę - w końcu na tym polegało zawieranie najkorzystniejszych układów, prawda?
Tak właściwie, sam nie do końca zdecydował, co tak naprawdę chciał ugrać. W istocie nie był zbyt wybredny. Liczyło się znalezienie tuż obok Geraldine, najlepiej zupełnie bez ubrań. To, co mieli robić dalej było... ...negocjowalne. Tym bardziej, że ani przez chwilę nie wątpił w kreatywność Yaxleyówny, więc po co miałby ją ograniczać jakimikolwiek oczekiwaniami.
Każdy kolejny fragment złożonej, ale bez ustanku urywanej wypowiedzi wiązał się z dokładnie tym samym ruchem warg: powolnym przesunięciem nimi w górę i w dół, zakończonym pocałunkiem w zagłębieniu szyi dziewczyny. W tym miękkim, ciepłym i delikatnym miejscu u podstawy szczęki. Jego usta bezbłędnie odnajdywały to miejsce, doskonale wpasowując się w nie z pieszczotą.
Przynajmniej do momentu, kiedy Geraldine zaczęła wyślizgiwać się z jego potrzasku. Całkiem zgrabnie, bardzo zwinnie przejmując kontrolę nad częścią sytuacji, bo choć w dalszym ciągu trzymał obie ręce i jedno udo na jej ciele, nie miał już całkowitej przewagi. Nie to, żeby wyjątkowo mocno mu to przeszkadzało.
Wręcz przeciwnie. Tyle tylko, że w dalszym ciągu nie byłby sobą, gdyby nie skomentował tego w żaden sposób. Szczególnie w kontekście tego, o czym rozmawiali jeszcze przed kilkoma chwilami. Tak właściwie to niemalże przed sekundą byli na etapie negocjacji biznesowych. Jeszcze ich nie skończyli a ona już wyciągała ręce po towar. Tak się nie godziło.
- E, e, e - zaprotestował w niezbyt przekonujący sposób, nawet jak na jego ucho, mimo to zmuszając się do tego, żeby przesunąć jedną rękę z biustu Geraldine i pochwycić dziewczynę za nadgarstek lewej dłoni. - Nie dobiliśmy targu - upomniał ją wymownie, mrużąc oczy, przy czym nieznacznie pokręcił głową. - Ryzykowne posunięcie - skwitował kolejnym mruknięciem. - Towar macany należy do macanta, wiesz o tym, prawda? - Stwierdził znacząco zezując w stronę tych kilku guzików, które już zdążyła rozpiąć.
Technicznie rzecz biorąc. Z perspektywy zasad panujących na rynku i tak dalej, i tak dalej. Rina już zdążyła zgodzić się na jego warunki. Nieważne, że ich nie poznała. Najwidoczniej wcale nie potrzebowała tego robić. Co prawda mógł przez to wymyślić tak naprawdę cokolwiek. Ale jeśli właśnie tego chciała (w co nie wątpił ani przez sekundę, bo i on zdecydowanie pragnął tego samego) to kimże był, żeby powstrzymywać niecierpliwą kontrahentkę?
Właśnie zyskał swoją własną nieuczciwą przewagę. Kartę przetargową. Jak zwał, tak zwał. On wręczył jej jedną świadomie. Ona zrewanżowała mu się tym właśnie w tej chwili. Co dalej?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#18
31.03.2025, 13:58  ✶  

Nie było sensu skupiać się teraz na tym, co spieprzyli. Była w tym wina i jego i jej. Zdawali sobie z tego sprawę, wiedzieli, jak wyglądała sytuacja. On zadecydował, ona mogła spróbować się do niego odezwać. Nic nie mogli z tym już zrobić, nie było więc po co do tego wracać. Najważniejsze, że w końcu postanowili wybrnąć z tej sytuacji, dotarło do nich to, że byli sobie pisani i nie było dla nich lepszej drogi niż tak, którą mogli przejść razem.

Nie mogli uciekać przed tamtymi problemami, czasy bowiem nadal były niepewne. Wojna, która niby ich nie dotyczyła, w dużej mierze miała spory wpływ na podjęte decyzje nadal trwała. Nic się nie zmieniło, chociaż może, przecież konflikt się zaostrzył, więc poszło to w jeszcze gorszą stronę. Musieli na nowo jakoś odnaleźć siebie w tej całej sytuacji, umiejscowić ich razem w tej rzeczywistości. Najważniejsze, że nie zamierzali już przed tym uciekać, że zdawali sobie sprawę, że jeśli kiedykolwiek faktycznie chcą być szczęśliwi, to stanie się to tylko wtedy, gdy będą znajdować się przy sobie. Uświadomienie sobie tego trochę trwało, jednak w końcu byli w stanie się w tym zgodzić. To było wiele, zwłaszcza po tym tygodniu, który mijał. Padło między nimi sporo nie do końca przyjemnych słów, ale niczego to nie zmieniało. Mieli spędzić ze sobą resztę życia, to było najbardziej istotne w tym wszystkim, a nie to, co doprowadziło ich do tego, aby sobie to uświadomili. Nie warto skupiać się na tym, że po drodze się krzywdzili, bo to było już za nimi. Najwyraźniej potrzebowali dostać kilka mocnych ciosów od siebie nawzajem, żeby jakoś się w tym odnaleźć. Nie liczyły się w końcu metody, a cel, a ten osiągnęli, czyż nie?

- Każdą ofertę, kto by się spodziewał, że będziesz taki łaskawy... - Oczywiście, że znowu racali do tego, że był bardzo prostym człowiekiem, który nie potrzebował do szczęścia zbyt wiele, powinna się domyślić tego, że nie ułatwi jej wszystkiego, chociaż poniakąd sam określił to, czego teraz potrzebuje, kiedy próbował znaleźć się z nią w łóżku. Może niekoniecznie wszystko przebiegło po myśli Ambroisa, ale i tak tam dotarli, razem. Teraz leżeli w uścisku, tylko nie podobało się jej wyłącznie to, że ona była roznegliżowana, a on zdążył się już ubrać, zdecydowanie to nie powinno tak wyglądać.

Zresztą gesty Ambroisa mówiły same za siebie, czuła ciepło jego ust na swojej szyi, ta sygestia jej wystarczała. Zdecydowanie nie potrzebowali półtorej godziny, na pewno zmieszczą się w tym rozejściu i ponowanym spotkaniu w mniej, chyba decyzja już zapadła.

Skoro zamierzał pogrywać z nią w ten sposób, odsunęła swoje ręce od jego klatki piersiowej, gdy tylko się odezwał. Nie mogła wychodzić na tą mniej opanowaną, prawda? Zwłaszcza, że próbowali negocjować. Niech ma za swoje.

- Wydaje mi się, że ten towar już dawno należał do mnie, ale jeśli tak to przedstawiasz, to chyba jednak powinnam się nad tym zastanowić. - Tyle, że z tego, co próbował jej zasugerować, to już było zbyt późno na odwrót? Najwyraźniej Yaxleyówna nie była specjalistką w negocjacjach, cóż - zawsze dostawała to, czego chciała, więc nie ma się jej co dziwić. Nie zamierzała jednak dawać mu satysfakcji z tego małego zwycięstwa. Może kosztowało ją to nieco samozaparcia, ale jakoś sobie z tym poradzi, w końcu potrafiła nad sobą panować, prawda? Tak, jasne.

- Jak szybko powinnam podjąć decyzję? - Skoro zaczął grać w tę grę, to nie miała zamiaru odpuścić, nie teraz. Podparła się na łokciach i wpatrywała się w jego twarz. Nie zamierzała póki co pękać, chociaż była przed chwiloma sekundami naprawdę bliska zdarcia z niego tej koszuli. Teraz, musiałby ją poprosić o to, żeby kontynuowała. Sam o tym zadecydował tym swoim komentarzem.

Czas płynął, więc z ich półtorej godziny robiło się coraz mniej, ale nieszczególnie się tym w tej chwili przejmowała, najwyżej się spóźnią, czy coś, bo przecież i tak mieli się spotkać ze sobą, więc chyba nie robiło im to zbyt wielkiej różnicy.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#19
31.03.2025, 15:07  ✶  
Oczywiście, że był łaskawy. W końcu sam to stwierdził. Bez oporów zapewnił ją, że przez jakiś czas w istocie zamierzał podchodzić do wszystkiego bardziej ugodowo. Teraz to prezentował, tak? Udowadniał prawdziwość tamtej deklaracji. Cokolwiek zamierzała mu zaoferować, mógł rozważyć tę ofertę. Tyle tylko, że wpierw musiał ją usłyszeć a Geraldine jakoś nie paliła się, aby zacząć rzucać propozycjami. Co prawda niespecjalnie go to dziwiło, ale...
- Masz u mnie chody - jakże łaskawie przypomniał bez chwili zawahania, przyciskając usta do szyi dziewczyny i oddychając głęboko.
Czyż nie o tym rozmawiali tak naprawdę przez większość czasu, jaką spędzili w sypialni od momentu, gdy zaczął szykować się do wyjścia? O tej ugodowości, o jedynym w rodzaju pakiecie łask i korzyści wynikających z ich nowego statusu. O tym, że chciał, więc mógł? Po co zatem komplikowała im sprawę?
Nie dało się ukryć, że miała rację. Towar macany należał do macanta. Polizane zostało zaklepane niemalże dekadę wstecz. Tak właściwie to na długo przedtem, gdy to sobie przyznali. Nie musieli wznawiać akurat tych części negocjacji.
Tyle tylko, że nie zamierzał aż tak bardzo jej tego ułatwiać. Zdecydowanie nie musieli mieścić się we wskazanym czasie. To, że przyjęli akurat te nieszczęsne półtorej godziny w samym środku dnia nie oznaczało, że nie mogli odrobinę zmienić swoich planów. W końcu to oni podejmowali decyzje o tym, w jaki sposób będzie przebiegać ich wczesne popołudnie.
Nikt im nie bronił ponownie zweryfikować planów. Nie mieli żadnych rezerwacji. Nie musieli nigdzie się spieszyć. Mogli swobodnie przesunąć wszystko o kilka godzin. Nawet jeśli oznaczałoby to zrezygnowanie z części założeń, Londyn obfitował w miejsca, do których mogli pójść.
Nie musieli ograniczać się do jednego kina i określonych tam godzin seansów. Wystarczyło poszukać innego, jeśli w tym pierwszym akurat wszystkie by przegapili. Co przecież było raczej mało prawdopodobne, skoro wybierali się tam w samym środku dnia. Tak czy inaczej, mogli znaleźć alternatywę.
Z restauracją sprawa miała się jeszcze lepiej. Tak naprawdę nigdy nie ustalili, gdzie właściwie się udadzą. Co prawda wstępnie założył, co i jak, ale wszystko było do zmiany. O ile, oczywiście, mieli dojść do porozumienia.
- Zwroty nie wchodzą w grę - odmruknął tym samym tonem, co wcześniej, bardzo lekko kręcąc przy tym głową. - Zrzeczenie prawa własności też nie - ale to chyba też było wyjątkowo jasne, prawda?
Ta możliwość przepadła bardzo dawno temu, praktycznie w pierwszej chwili, w której spojrzał na nią inaczej niż wyłącznie na ładną twarz w tłumie innych twarzy. Inaczej niż na kogoś, kto przyciąga wzrok, wzbudza zainteresowanie, ale wyłącznie na kilka chwil. Na jeden pocałunek, upojny wieczór i nic więcej. To nigdy nie mogli być oni.
Od samego początku było zupełnie inaczej. Znacznie bardziej złożenie i skomplikowanie. Nie bez przeszkód, potknięć czy chwil zwątpienia, ale to wszystko wyłącznie podkreślało znaczenie tego, co ze sobą budowali. W innym wypadku pewnie nie mieliby najmniejszego problemu z tym, by bardzo szybko przekroczyć granicę między towarzyskim flirtem a kilkoma upojnymi chwilami zwieńczonymi skinięciem głową i niczym więcej.
Być może nawet tamtego pierwszego wieczoru, bo nie dało się ukryć, że już wtedy w grę zaczęła wchodzić ta całkiem gęsta atmosfera. Od spojrzenia do spojrzenia, od słowa do słowa. Tak jak i wtedy podczas balu. Wiele razy później. Wcale nie musieli próbować nawiązywać głębszej relacji. Podążać drogą przyjaźni, dusząc w sobie wszystko inne. Mogli wykorzystać niezliczone okazje.
Dokładnie tak jak działo się to przedtem w przypadku niezliczonych przelotnych interakcji damsko-męskich, o których mnogości plotkowano w ich przypadku. Nie musieli iść na około. W końcu wbrew temu, co powiedział, towar macany nie zawsze należał do macanta. Szczególnie, gdy sam nie chciał tego robić. Kiedyś wręcz wydawało mu się, że nigdy tak nie będzie.
A jednak wystarczyło, by znalazła się ta właściwa osoba. Ktoś będący w stanie zaakceptować całe dobro inwentarza. Wszystkie małe pęknięcia i niedoskonałości, pozorne skazy, które w odpowiednich rękach stawały się czymś praktycznie niedostrzegalnym.
I nawet, jeśli w tym momencie odrobinę ciągnął ją za nos, nie zamierzając tak łatwo przyznać, że jego jedynym oczekiwaniem było ponownie złączyć się ze sobą w najbliższy możliwy sposób. To w istocie, miała rację. Tyle tylko, że nie mogło być aż tak łatwo, żeby jej ją przyznał. Nawet, kiedy odsunęła się od niego i oparła się nad nim, łaskocząc go włosami, ale pozostając wprost nieprzyzwoicie daleko.
- Godzina dwadzieścia trzy - odpowiedział gładko, szacując czas na podstawie tylko sobie znanych założeń.
Rzecz jasna, mógł się mylić. Mogli mieć mniej więcej od godziny dwadzieścia pięć do godziny piętnaście. Tyle tylko, że to nie robiło im praktycznie żadnej różnicy. Nie na ten moment. Nie wcale. Nie, gdy decyzja została już podjęta. Potrzebował wyłącznie jednego prostego zdania. Zaledwie kilku słów. Przeciągłego spojrzenia, dłoni ponownie znajdującej się na guzikach koszuli. Nic więcej.
A jednak nie zamierzał o tym wspominać. Zamiast tego wbił wzrok w błękitne tęczówki Geraldine, nieznacznie unosząc brwi i milknąc. Tak, negocjacje można było prowadzić również w ten sposób. Nie mrugając, tylko patrząc. Powstrzymując uśmiech wpełzający na wargi i drżenie kącików ust. Czekając, kto pierwszy postanowi się złamać.
Półtorej godziny. Mieli półtorej godziny. No, teraz trochę mniej. Mogli wykorzystać ten cały czas na leżenie i patrzenie na siebie nawzajem. Na zwodzenie się, ciągnięcie za nos, te wszystkie jakże sugestywne wypowiedzi. Tyle tylko, że nie tego chcieli, prawda? Musiała się określić.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#20
31.03.2025, 23:39  ✶  

To nie tak, że nie doceniała tej jego łaskawości, wręcz przeciwnie, tyle, że chyba faktycznie nie lubiła wykorzystywać takich chodów zupełnie bez przyczyny. Nie wydawało jej się, aby w tej chwili było to konieczne, wręcz przeciwnie, wszystko samo zmierzało we właściwym kierunku. Kto by się tego spodziewał? Zdecydowanie byli siebie spragnieni, nie dało się tego nie zauważyć, wszystkie gesty o tym świadczyły.

- To nie oznacza, że zamierzam je od razu wykorzystywać mój drogi. - To by było zbyt proste, czyż nie, zupełnie nie w jej stylu, wolała ominąć te ułatwienia i rozegrać to bez nich. Uwielbiała komplikować swoją sytuację, jakoś już tak miała.

Po co komplikowała sprawę? Bo mogła. Tak, nie był to typowy sposób działania dla większości osób, ale Yalxeyówna zawsze podążała swoją własną ścieżką, tak też się stało i tym razem.

To, że ich plany miały się zmienić nie ulegało najmniejszym wątpliwościom. Już to robili. Roise zamiast zmierzać ku wyjściu z sypialni znajdował się w jej łóżku, zbliżał swoje usta do jej szyi... cóż, nie musieli się przecież niczym przejmować. Sami wyznaczyli sobie te ramy czasu, zupełnie niepotrzebnie. Mimo wszystko dobrze byłoby się trzymać założonych postanowień.

- To trochę jak pakt z diabłem, nie sądzisz? - Skoro zwroty nie wchodziły w grę... Nie, żeby jej to nie odpowiadało, przecież już dawno zdawała sobie z tego sprawę. Zostali sobie przeznaczeni, dotarło to do niej bardzo dawno temu. Nie miała innego wyjścia, jak wziąć go dla siebie całego, nie, żeby jej coś w tym towarze szczególnie przeszkadzało. Byli na siebie skazani, to nie podlegało najmniejszym wątpliwością.

Od samego początku zachowywali się tak, jakby czekało na nich coś więcej. Nawet podczas tego pierwszego oficjalnego balu, na którym na siebie trafili. Mogli wtedy bardzo szybko przekroczyć wszystkie granice, bo przecież tak już mieli, tyle, że zatrzymali się na jednym pocałunku. Jednym, tylko i wyłącznie jednym, do tego uargumentowanym grą pod publikę.

To jednak nigdy nie miało się skończyć w ten sposób. Zaliczyli swoje wzloty i upadki, różne formy tego co ich łączyło, aż w końcu skończyli w tym, co było dla nich najbardziej właściwe. Nigdy nie mieli być tylko i wyłącznie przyjaciółmi, chociaż przez miesiące tego właśnie się trzymali. Tyle, że już wtedy nie była w stanie spojrzeć na kogoś innego, krążyła tylko i wyłącznie wokół Ambroisa z nadzieją, że będzie chciał tego samego. Stało się nieuniknione - wyznali sobie swoje uczucia i od wtedy żyli w tej swojej magicznej bańce. To był naprawdę przyjemny czas.

Wiedziała, że tym razem nie mogą tego powtórzyć, musieli podejść do sprawy nieco inaczej, przez to co działo się wokół nich. Nie mogli spoglądać na świat przez różowe okulary, to bowiem nie przyniosło im niczego dobrego. Nie, żeby nie chciała tego powtórzyć, ale wiedziała, że nie mogą sobie na to pozwolić. Nie tym razem, nie mogli popełniać tych samych błędów, zwłaszcza, że ponownie postanowili zacząć tworzyć swoją wspólną przyszłość. Była pewna, że czekało ich wiele rozmów, było sporo spraw, które powinni przedyskutować, ale jeszcze nie teraz.

Teraz mogli skupić się na rzeczach ważniejszych, jak chociażby na upływającym czasie, który swoją drogą sami sobie wyznaczyli. To chyba było nie do końca rozsądne... cóż, jakoś sobie poradzą z tymi niedogodnościami - co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości.

- Jebać to. - Mruknęła właściwie do siebie pod nosem, bo chyba podjęła już decyzję. Okazała to dosyć dosłownie, ale cóż, nigdy nie była osobą, która sięgała po jakieś piękne metafory. Może skłoniło ją odrobinę do tego to odliczanie czasu przez Roisa, ale tylko trochę, odrobinę...

Czuła na sobie jego spojrzenie, wpatrywał się w nią dłuższą chwilę, to było już jednak zupełnie niepotrzebne, bo podjęła decyzję kilka sekund wcześniej. Postanowiła, że szczęśliwy czasu nie liczą, czy coś. Nie zamierzała jednak tego komentować, bo bez sensu było doprowadzać teraz między nimi do kolejnej dyskusji, czyny nie słowa - to od zawsze przecież była ich domena.

Chyba jasno się określiła samymi słowami, które padły z jej ust... Jeśli nie, to cóż. W końcu zbliżyła swoją twarz do niego, zawiesiła głowę kilka centymetrów przed jego. Wpatrywała się przez krótką chwilę w wargi mężczyzny, a później po raz kolejny tego dnia go pocałowała. Zamierzała korzystać z nadarzających się okazji, zbyt długo nie mogła robić tego na co miała ochotę. Może przegrała te drobne starcie, ale co z tego? Nie miało to większego znaczenia, kiedy mieli po raz kolejny zmierzać ku temu aby osiągnąć satysfakcję.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (27698), Geraldine Greengrass-Yaxley (17132)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa