• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 11 Dalej »
[08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine

[08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#21
01.04.2025, 01:42  ✶  
Czy to było zaskakujące? Nie, nie powiedziałby. Yaxleyówna zaskakiwała go ostatnio naprawdę często, ale nie tym razem. Wiedział, że może nie jest najbardziej cierpliwa, ale upartości nie mógł jej odmówić. Nie zamierzała podążać utartymi ścieżkami, korzystać ze swoich przewag, gdy dostrzegała, że dawał jej możliwość zachowania ich na dogodny moment. Taki, podczas którego sam nie byłby tak bardzo skłonny jej ulec. Przynajmniej nie aż tak jak teraz.
Cóż mógł na to powiedzieć? Pewnie dużo, ale nie powiedział zupełnie nic. Nie zamierzał nadużywać słów. Nie, gdy nadal prowadzili te swoje pokrętne negocjacje a jego zwyczajową techniką było milczenie. Nie wchodził w zbyt wiele dyskusji. Nawet tak ciekawych jak ta teraz.
Przynajmniej do czasu, gdy nie usłyszał czegoś, na co prawie się zakrztusił. No, tym razem ponownie dał się zaskoczyć.
- Pakt z diabłem? Naprawdę? - Zamrugał trzykrotnie, przenosząc wzrok na Geraldine i kręcąc głową z przesadnym zaskoczeniem, może nawet z czymś na kształt oburzenia.
Wiedział, że miesiącami uważała go za najgorsze zło. Za parszywca i gnidę. Za niedojrzałego bawidamka, Casanovę, niedojrzałego panińczyka. Za człowieka tak bardzo pozbawionego kręgosłupa moralnego, że był w stanie zaledwie w przeciągu jednego ranka wyrzucić na śmietnik prawie dekadę starannie odgrywanej miłości. Stwierdzić, że znudził się tym wszystkim, co mieli. Potrzebując zmiany, więc zamiast rozmawiać o tym, w jaki sposób mogli ubarwić swoje życie, po prostu opuszczając tonący statek fałszywie nazywany związkiem na całe życie.
Ale żeby od razu porównywała to, co bez wątpienia istniało między nimi do paktu z diabłem? Jasne, on nie był lepszy. Nawet jeszcze kilka dni wcześniej mówił o tym jako o klątwie. O przekleństwie, które zawisło nad nimi, kładąc się cieniem nad ich życiem. Nie tylko tym wspólnym, bo nawet wtedy, kiedy się rozeszli, nie potrafił nie wracać do Geraldine.
Miesiącami robił to w snach, przewracając się z boku na bok i nie mogąc wygrać z bezsennością, jaka pojawiła się po każdym gwałtownym przebudzeniu. Zasypiał z trudem, przesypiał kilkadziesiąt minut, podczas których powracał do różnych wersji przeszłości i przyszłości. Czasami do teraźniejszości, która w snach wydawała się inna.
Czasem lepsza, częstokroć znacznie gorsza. Nie panował nad obrazami podawanymi mu przez wyobraźnię, która nocami nie miewała litości. Czasami dręczyła go tym, czego nie było a co mogłoby być, gdyby nie spierdolił ich wspólnego życia. Wizjami szczęścia, które odeszło. Wyobrażeniami o rzeczach, przez które wcale nie chciał budzić się w ten sposób, w który to robił. Sam, zupełnie samotnie w znajomym, ale jakby obcym miejscu.
Częściej niż rzadziej były to jednak zupełne przeciwieństwa tych przeszywająco szczęśliwych obrazów. Koszmary, w których zawodził raz za razem. Naprawdę paskudne sceny rodem z najgorszych horrorów. W tym wypadku jego umysł także nie znał litości. Raz po raz odnajdywał nowe kreatywne sposoby, by go dręczyć.
Później gwałtownie wybudzał się z tych majaków i nie zasypiał już do samego rana. Zazwyczaj nawet nie próbował spać. Wstawał, zajmował się innymi rzeczami. Wszystkim i niczym. W efekcie głębiej pogarszając swoją sytuację, bowiem nocą zdecydowanie najłatwiej było mieszać się w pokątne sprawy.
Robił to wszystko. Próbował odnaleźć nowy sens, namiastkę celu. A potem ponownie do niej wracał. Znów w tych samych snach. Później także na jawie, nawet jeśli z początku robił to wyłącznie w myślach. Przyszedł także ten moment, kiedy to nie wystarczyło. Ulegli pokusie bliskości, znaleźli się przy sobie. W swoich ramionach. Byli żarliwi i gwałtowni, nie myśleli o niczym innym.
Później przyszedł wstręt. Podstępne, głębokie wrażenie postąpienia niewłaściwie. Wręcz obrzydliwie, bowiem dla tych kilku minut zbrukali coś, co trwało wiele lat. Od tamtej pory skupił się na wypieraniu tego wrażenia, a jednak poniekąd prawdopodobnie przyczyniło się ono do tej późniejszej decyzji.
Nie musiał reagować. Kilka tygodni później, kiedy został zaczepiony przez starego znajomego, wcale nie musiał ingerować w sprawę. Mógł się wycofać. Zbyć zaniepokojonego mężczyznę. Pokrótce wyjaśnić mu, dlaczego angażowanie go w sytuację wcale nie miało pomóc. Tyle tylko, że tego nie zrobił.
Wbrew tamtej decyzji. W całkowitym kontraście do tego, że nie wymienili wtedy ani jednego słowa. W przeciwieństwie do wniosku, że po czymś takim prawdopodobnie powinni jeszcze bardziej unikać kontaktu. Nie był nieczuły. Nie był niezainteresowany. Nie zamierzał uciekać od wszystkich trudnych, skomplikowanych sytuacji. Od rozmów, które mogły mu się nie spodobać.
Szczególnie, gdy go potrzebowała. No, może inaczej: niekoniecznie jego, bo przecież w tamtym momencie nawet nie chciała, żeby to był on, ale los, klątwa, diabelskie siły zadecydowały inaczej. Napatoczył się, więc został na rozmowę.
Wchodząc do baru, nigdy nie powiedziałby, że zostanie nie tylko w tym celu. Nie jednokrotnie. Nie przelotnie. Nie w ramach jednorazowego wsparcia w imię miłości, która powinna dawno zacząć odchodzić w zapomnienie. Szczególnie wedle informacji o jej zaręczynach.
Na stałe. Trwale. Na dobre i na złe. Może zwłaszcza na to drugie, skoro już sugerowała mu to podpisywanie cyrografu? Związki z mrocznymi siłami i tak dalej. Co bardziej zabawne, nie mógł zupełnie powiedzieć, że nie miała przy tym racji. Wręcz przeciwnie, tym bardziej, że obecnie zdążyli już co nieco sobie douzupełnić. Wyjaśnili sobie niektóre kwestie, pobieżnie liżąc i ten temat.
Dlatego teraz parsknął zamiast zaprzeczyć. W tej chwili, mimo że udawał urażonego, w jego oczach błyszczał figlarny błysk.
- Nie musisz posuwać się do aż tak wysublimowanych komplementów, żeby zaliczyć, moja droga - gdyby mógł, pewnie oparłby się przy tym na łokciu, patrząc z góry na dziewczynę, żeby podkreślić dramatyczny wydźwięk swojej reakcji.
Tyle tylko, że nie mógł tego zrobić, bo w żadnym wypadku nie zamierzał wypuszczać Geraldine z objęć. Zamiast tego kolejny raz zacmokał. O dziwo, wcale nie z dezaprobatą.
- Schlebiasz mi - kiwnął głową, wydymając przy tym wargi, choć powstrzymując uśmiech chcący wypełznąć mu na twarz.
Niecodziennie otrzymywało się awans w strukturach mroku, do których społeczeństwo momentalnie przypisywało ludzi interesujących się praktykami nekromantycznymi czy nieco ciemniejszą stroną magii. Tymczasem w ustach Riny z domniemanego sługi ciemności awansował na kogoś mogącego podpisywać diaboliczne umowy. Diabelskie cyrografy. Jakże uroczo.
Tego dnia miał akurat na tyle doskonały humor, że bezsprzecznie wyłącznie go to bawiło. Nie mniej, nie więcej. Czuł się rozbawiony tym doborem słów. Tą sugestią. Porównaniem, jakiego użyła, bowiem mogła skorzystać z dziesiątek innych. To natomiast było na swój sposób personalizowane. Poza tym idealnie dopasowywało się do pojęcia przekleństwa, jakiego twierdził, że mogli doznać.
Tutaj akurat chciał to dodatkowo sprawdzić. Mimo wszystko, nigdy nie ufał wyłącznie jednej opinii. Nawet eksperckiej. No, chyba że własnej. Ale to była kwestia, którą dopisał do listy zajmiemy się tym później. Do tematów, które musieli poruszyć przy zmianach, jakie na nich czekały.
Chciał mieć pewność. Tym razem ostateczną. Nie zamierzał pozwolić sobie na więcej wątpliwości i złych decyzji wynikających z tego, w co zaczynał przez nie wierzyć. Podjęli ostateczną decyzję.
Najwyraźniej w tej chwili także tę pomniejszą. Dotyczącą ich półtorej godziny. Wykorzystania czasu, jaki mieli. A nie było go wcale tak mało. Szczególnie, że wargi Geraldine nieodmiennie smakowały jak zatracenie. Zawieszenie w czasie i przestrzeni. Powrót do tych wszystkich błogich chwil, gdy upływ czasu był niczym innym jak abstrakcją. Nieistotny. Nieważny.
- Jeśliś łaskawa zaczekać z formalnościami... ...cyrograf mam w mieszkaniu - wymamrotał w usta Geraldine, nie mając zamiaru bez potrzeby rozłączać ich warg, bo wiedział, co usłyszy.
Wedle wszelkich standardów, umowa ustna, którą zdecydowanie zawierali w tej oto chwili była dokładnie tak samo wiążąca jak ta napisana na pergaminie. Jeśli nie bardziej, co w ich przypadku nie było wcale tak nieoczywiste. Nie musieli nic więcej ustalać, czyż nie?
Gesty. Gesty zdecydowanie wystarczały, by mieli zupełną jasność, do czego doszli w swoich niezbyt długich, ale zdecydowanie coraz bardziej żarliwych negocjacjach. O całej reszcie mieli pomówić później. Nawet niekoniecznie tego wieczoru. Mieli czas, naprawdę dużo czasu. I tak nie miała mu się wymknąć przed zapłatą.
Bowiem, jeżeli coś było równie pewne, co ich dążenia. To było tym to, że Ambroise nie zamierzał odpuszczać sięgnięcia po całą resztę wynegocjowanych benefitów. Wpierw musiał jedynie nakreślić sobie swoje założenia. A w tym momencie niespecjalnie chciał cokolwiek zakładać.
Raczej wręcz przeciwnie. Oboje byli już raczej zgodni, że w tej chwili liczyło się ściąganie. Rozpinanie guzików przy jednoczesnym gnieceniu materiału (nieistotne; i tak miał się przebrać), rozprawianie się z kolejnymi warstwami. Sięganie do sprzączki paska, który ponownie zaczął stanowić całkowicie zbędne akcesorium.
Rzecz jasna, nie zamierzał odbierać Yaxleyównie satysfakcji z zajmowania się tymi wszystkimi krokami. W końcu to było jej prawo. Jeśli trzymaliby się tej trochę przedmiotowej nomenklatury: nabyte w toku negocjacji. Kimże byłby, żeby odbierać ukochanej przyjemność z rozpakowywania towaru.
Szczególnie tak niezłego. Poczucie własnej wartości zdecydowanie było z nimi w pokoju, rzecz jasna. Nie mogłoby go nie być. Nie pod wpływem spojrzeń posyłanych mu przez dziewczynę. Sposobu, w jaki mrużyła oczy, wpatrując się w jego wargi zanim zaczęła go całować. Wszystkich kolejnych bezsprzecznych dowodów na to, że pragnęła go tak mocno jak on pragnął jej.
A jednak nie zamierzał się spieszyć. W tym momencie poprzestał na przyciągnięciu jej do siebie ramieniem i pocałunkach składanych na miękkich, ciepłych wargach. Cała reszta była jeszcze w jej rękach. Przynajmniej chwilowo, bo w takich momentach dosyć trudno było mu zachowywać cierpliwość.
Nie przy niej. Przy niej zawsze ciężko mu było trzymać ręce przy sobie, nawet jeśli miesiącami zarzekał się, że jest inaczej. Odejście od konieczności udawania było niczym powiew świeżego powietrza. Zarówno wtedy w sześćdziesiątym szóstym, jak i teraz w siedemdziesiątym drugim. Trzeciego razu nie miało być.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#22
01.04.2025, 21:15  ✶  

Tak, to było całkiem w jej stylu. Nie lubiła korzystać z ułatwień, kiedy niekoniecznie ich potrzebowała. W tej chwili? Wiedziała, że na pewno obejdzie się bez tej karty, którą sam wręczył jej w dłoń. To nie było takie trudne do dedukcji. W końcu widziała jego spojrzenie, wpatrywał się w nią w tym lustrze dłuższą chwilę, a nawet nie musiał rozbierać jej wzrokiem, bo tak się składało, że stała przed nim zupełnie naga, w przeciwieństwie do niego, który już był praktycznie gotowy do wyjścia. Sama sobie ułatwiła tę sytuację, miała świadomość, jaki to może mieć wpływ na jego dalsze zachowanie. W końcu Roise był tylko i wyłącznie facetem, a wiadomo, że byli oni całkiem prości w obsłudze. W tym wypadku nie zamierzała nawet sugerować mu, że jest inaczej.

- No tak trochę? Jeśli nie można się z niego wykręcić w żaden sposób, to brzmi trochę jak pakt z diabłem. - Nie, żeby chciała to zrobić, ale Roise przecież o tym wiedział, po prostu się z nim teraz droczyła, to też nie było niczym nowym, prawda? Tak już mieli.

Walczyła dość mocno o to, aby zaczęli znowu trwać przy sobie. Na pewno miał tego świadomość, sporo ją to kosztowało i cieszyła się, że w końcu się ugiął. Może nie powinna tego porównywać do paktu z diabłem, ale czy na pewno? Wiedział, że tak już miała, rzadko kiedy panowała nad tym, co mówiła, a to porównanie nasuwało się samo, czyż nie? Nie, żeby uważała go za kogoś nieodpowiedniego. Może zdarzył jej się taki moment, w ich wspólnej przeszłości, ale wiedział, czym było to spowodowane. Była zła i wkurwiona, że podjął decyzję bez żadnej zapowiedzi. Wszystko między nimi wydawało się być w porządku, a ten odszedł, z dnia na dzień - zostawiając tylko ten lakoniczny list. Wtedy naprawdę czuła się okropnie, jej cały świat się zawalił. Tyle, że ostatnio dotarło do niej, że nie była jedyna, on również cierpiał. Tak naprawdę przecież chcieli tego samego, od zawsze, na zawsze. Tylko przez moment nieco się pogubili, cóż - mieli do tego prawo, czyż nie. Najlepszym zdarzało się błądzić, grunt, że w końcu znaleźli znowu drogę do siebie. Nic innego się nie liczyło.

Wiedziała, że bez niego nic nie miało sensu, dosyć szybko to do niej dotarło. Nie umiała odnaleźć się w świecie, nie w ten odpowiedni sposób. Przez ostatnie półtora roku błądziła, szukała jakiejś innej drogi, czegokolwiek, czego mogłaby się chwycić, ale niestety kończyło się to raczej wręcz przeciwnie niż do tego, jakby chciała. Zatapiała się w coraz większym bagnie, z którego trudno było jej się wydostać. Niby ciągle mówiła, że jakoś sobie poradzi... tyle, że sama miała świadomość tego, że nie było z nią dobrze. Była rozjebana, zupełnie nie panowała nad tym, co działo się wokół niej.

Na szczęście to było już za nimi, w końcu mogli znowu jakoś odnaleźć się w rzeczywistości, wspólnie, naprawdę tego potrzebowała i zdecydowanie nie uważała tego za cyrograf z diabłem, wręcz przeciwnie, ale oczywiście, że nie miała zamiaru się wycofać z tych słów, które rzuciła, nie byłaby sobą, gdyby to zrobiła.

- Wiem, bo przecież niczego nie muszę, prawda? - Wracali do swoich stałych zagrywek, więc nie mogła pominąć i tej, to było dla nich takie typowe...

- Ale cieszę się, że doceniasz komplement. - O to jej przecież chodziło. Lubiła zaskakiwać go w ten sposób. Może nie zawsze trafiała w samo sedno, ale tym razem chyba nie mogła lepiej trafić. Widziała, że Ambroise nie był szczególnie zirytowany o to porównanie, a raczej zrozumiał jej przekaz.

- Nie wiem, nie wiem... Nie lubię czekać. - Przecież bardzo dobrze wiedział o tym, że jest w gorącej wodzie kąpana, prawda? Chociaż w tym wypadku, chyba to zaczekanie było tego warte. Szczególnie, że mieli spędzić ten czas w najbardziej odpowiedni sposób z możliwych. Nie tak trudno było ją do tego przekonać, na pewno widział, że już się uginała. Ona też była bardzo prostym człowiekiem.

Wydawało jej się, że zdołali dojść do porozumienia. Umowa została zawarta, teraz mogli tylko sprawdzić, czy faktycznie towar nie był zupełnie wadliwy, zresztą, nawet jeśli by był to i tak niczego nie zmieniało - bo przecież już należał do niej. Musiała go przyjąć ze wszystkimi ewentualnymi wadami, prawda? Nie, żeby w ogóle zakładała, żeby jakieś miał... ale co jeśli?

Dość szybko zrezygnowała z bycia asertywną, to również nie było niczym nowym. Od zawsze tak na niego reagowała, szczególnie kiedy już mogła sięgać po to, przed czym powstrzymywała się przez tak długi czas. Nie sądziła, że szybko się sobą nasycą, zdecydowanie zbyt długo trzymali się od siebie z daleka.

Pocałunek, który złożyła na jego ustach świadczył o tym, że zadecydowała o tym, że półtorej godziny zdecydowanie mogło zostać skrócone do mniejszej ilości czasu. Zresztą nikt nie zamierzał ich z tego rozliczać.

Mogli się w końcu sobą nacieszyć, szkoda byłoby z tego zrezygnować przez jakieś zupełnie niepotrzebne założenia, prawda?

Oderwała w końcu swoje usta od jego, po czym bez słowa, bardzo powoli wróciła do tego, co zaczęła przed chwilą. Nigdzie się jednak nie spieszyła, chociaż nie było to dla niej typowym zachowaniem. Rozpinała każdy, kolejny guzik jego koszuli, zupełnie przypadkowo muskając przy tym jego nagą skórę opuszkami palców. Była ciekawa, czy faktycznie Ambroise będzie taki cierpliwy... No nie wydawało jej się to, ale musiała przecież to sprawdzić.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#23
02.04.2025, 02:14  ✶  
Pakt z diabłem, tak? Gdy ujmowała to w ten sposób, nie mógł zaprzeczyć, że w pewnym sensie skojarzenia nasuwały się same. Rzeczywiście. Gdyby podeszli do tego bez znajomości całego kontekstu sytuacyjnego, pewnie byłby skłonny przyznać, że usiłował wrobić ją w coś tak trochę brzmiącego jak układ z siłami ciemności.
Poniekąd nawet bardziej niż trochę. To, o czym mówili zdecydowanie brzmiało jak zaprzedanie duszy (i ciała, ciała bez wątpienia również; a miała co zaprzedawać, oj, miała) mrocznym mocom.
Diabłom. Ich sługom. Jak zwał, tak zwał. To były tylko szczegóły. Liczył się sam fakt: wiódł ją na pokuszenie.
Tyle tylko, że zaledwie kilkanaście godzin wcześniej dał jej całkowitą możliwość wycofania się z tej ścieżki. Z podróży w jedną stronę do pewnego zatracenia. Wybrania innej drogi, pożegnania, rozstania.
Co z tego, że tylko z pozoru, bo nawet w tamtym momencie oboje aż za dobrze wiedzieli, co było dla nich najbardziej słuszną decyzją? Tęsknili za tym, co mieli przez lata. Nigdy nie był szczęśliwszy, spokojniejszy. Nigdy nie czuł się stabilniej niż w tamtym czasie. Nie podejmował bardziej racjonalnych, wyważonych decyzji.
Ostatnie półtora roku było równią pochyłą. Świadomość, że nie tylko dla niego, bo dla niej także, bolała. Piekła, paliła. Nasuwała do głowy wnioski, z którymi wcale nie chciał się zgodzić. Więc naprawdę próbował z tym walczyć.
Teoretycznie mogła mu się wymknąć, zanim złapał ją w ramiona, zarzucając nogę na jej udo i przyciskając wargi do gładkiej szyi. Wtedy nie zostałaby wmanewrowana w coś, z czego nie mogła się już wykręcić. Nie byłoby ich tutaj w tej sypialni. Nie mówiliby o wspólnej przyszłości.
Nie byliby szczęśliwi.
Bo przecież o to w tym wszystkim tak naprawdę chodziło. O to, że mogli mówić o podpisywaniu cyrografów, jednak w rzeczywistości nigdy nie musieli tego robić. Decyzja została podjęta bez ich udziału. Z czegokolwiek były stworzone ich dusze (o ile w ogóle jeszcze je mieli; czasami wątpił w swoją) pochodziły dokładnie z tego samego miejsca. Z tej samej chwili. Byli uwikłani. Stworzeni dla siebie nawzajem.
Po to, żeby czuć tę trudną do opisania bliskość. Odnajdywać przy sobie ulgę i spokój. Stać ramię w ramię, stanowiąc jeden front przeciwko wszystkiemu, co z osobna tak bardzo ich miażdżyło. Co ich przytłaczało, ale razem nie było już tak trudne do udźwignięcia.
Lub wręcz przeciwnie. Po to, żeby się torturować. Stać po przeciwnych stronach zupełnie niepotrzebnej barykady. Narzucać sobie sztuczne granice. Wiedzieć, gdzie uderzyć, by bolało i wykorzystywać tę wiedzę. Być świadomym. Tak cholernie świadomym tego, że to nigdy nie było właściwe.
Bo powinni być przy sobie.
Być może byli w stanie żyć w nieświadomości przez całkiem sporo czasu. Wiele lat. Choć czy tak naprawdę? Zawsze mu czegoś brakowało. Nie wiedział tylko, czego dokładnie.
Nie mógł być przy tym bardziej błędny w spekulacjach, jakie snuł, bo nigdy nawet nie próbował brać w nich pod uwagę tego, że zechce być po prostu normalny. Wracać do domu do ukochanej kobiety, stworzyć z nią rodzinę, żyć pełnią naprawdę stabilnego życia.
Choć tu ponownie należałoby zrobić stop, aby zadać sobie pytanie o definicję tej upragnionej normalności. W ich świecie nie była ona już taka jasna. Pośród setek reguł panujących wśród magicznej elity trudno byłoby doszukiwać się takich, których nie złamali na jakimś etapie swojego życia. Również, szczególnie wspólnego.
Choćby to, że na powrót byli teraz szczęśliwi. Samodzielnie podejmując decyzje dotyczące ich przyszłości. Nie pytali o zgodę, nawet jeśli z pewnością ją mieli. Nie poszukiwali aprobaty. Nie potrzebowali skinienia jednej czy drugiej głowy po to, żeby mówić sobie o tych wszystkich rzeczach. By ze sobą być.
To nie było normalne. Mieli wyjątkowe (tak jak oni, prawda?) szczęście, bo mogli pozwolić sobie na te wszystkie odstępstwa od normy. Bo ich rodziny z jakiegoś powodu tolerowały ich zadziwiająco (zatrważająco?) zbieżne style bycia aż do momentu, gdy sięgnęli ku sobie w tłumie. Później także prowadząc wspólne życie, które było zarazem normalne i nienormalne. W zależności od tego, kogo by o to spytali.
A nie pytali nikogo.
Nie potrzebował tego robić, żeby zdawać sobie sprawę z tego, że wedle wszelkich zwyczajów, w wieku dwudziestu siedmiu lat powinien być już dawno żonaty. Nawet dwa lata wcześniej, gdy na siebie wpadli, powinien mieć żonę. Jedną z panien w typie panienki Delacour. Z dobrego, możnego rodu. Nic kontrowersyjnego. Wielokrotne mu takie sugerowano.
Jego rodzina z pewnością nie wydałaby go za kogoś takiego jak Geraldine. Wiedział to, bowiem Evelyn ani nikt inny nigdy nie uczynił z nich  towarzystwa na żadnym z licznych wydarzeń, podczas których wciskano mu pieczę nad przeróżnymi pannami. Młodszymi czy starszymi. Mniej lub bardziej osobliwymi i niedopasowanymi. Naprawdę wieloma.
Tak jak w wypadku Traversów bądź Nordgersimów czy Flintów. Yaxleyowie byli rodem, z którym Greengrassowie nie chcieli nawiązywać porozumień. Nie mieli wspólnych interesów. Byli wobec siebie neutralni, może nawet trochę chłodni. Pełni rezerwy. Z pozoru za bardzo odlegli. Na pewnych płaszczyznach stojący po przeciwnej stronie barykady. Mający zupełnie inne podejście do świata.
Szanse na to, że ktokolwiek by ich sobie wcisnął praktycznie równały się zeru. Przynajmniej, gdy chodziło o jego ojca bądź macochę. Oczywiście, będąc prywatnym uzdrowicielem, wielokrotnie słyszał znacznie bardziej osobliwe oferty matrymonialne. Tyle tylko, że ojciec nigdy by mu tego nie zrobił.
W drugą stronę? Nie było to już takie oczywiste, ale Gerard pewnie sam z siebie nigdy nie wyszedłby z podobną inicjatywą. Musiałby zostać do niej pchnięty. Najlepiej całkowicie wmanipulowany. Co samo w sobie było już odrobinę prawdopodobne (szanse wzrastały mniej więcej do dziesięciu procent?).
W przeszłości w pewnym stopniu dowiedli słuszności podejrzeń, co do tego, że ze strony Jennifer Yaxley w grę wychodziły jakieś tam próby swat. Co prawda znacznie bardziej dyskretne i wysublimowane od tych, z jakimi zazwyczaj się spotykał, ale i ona dostrzegała tę możliwość, próbując swoich sił w wydaniu córki.
Tyle tylko, że nigdy nie stałoby się to wbrew ich woli. Oficjalna oferta nie zostałaby wystosowana. Układ między rodzinami nie miałby podstaw, bo nie miał większego sensu. Nie, gdy wokoło obu znajdowały się znacznie bardziej zbliżone ideologicznie rody.
Mimo to, z jego ust wciąż padły te konkretne słowa.
- Albo typowy aranż - czuł się zobowiązany do tego, żeby jej o tym przypomnieć, nawet jeśli w gruncie rzeczy podpisywanie cyrografu z diabłem mogło być korzystniejsze od składania wymuszonej sygnatury na pergaminie poświadczającym zawieranie niechcianego małżeństwa.
Nie, nie. Nie małżeństwa a mariażu, skoro już raczyli się wyszukanymi porównaniami. Takimi, które przystawały ludziom na ich poziomie i poważnym dyskusjom na miarę...
...no cóż. Raczej nie do końca tego, co chcieli nimi osiągnąć.
Nie ukrywał, że pod tym kątem zdecydowanie wolałby przeprowadzić jak najszybsze negocjacje. Takie, które nie wymagały posługiwania się zbyt rozwiniętymi wypowiedziami. Tyle tylko, że z własnej inicjatywy nie zamierzał tego teraz robić. Bawiło go to przerzucanie się odpowiedziami.
Oboje potrafili dosyć zdecydowanie trwać przy swoich założeniach. Nawet jeśli Rina bez wątpienia miała u niego chody pod wieloma innymi względami, Ambroise w tym jednym był wyjątkowo zaparty. Nie zamierzał odpuszczać sobie satysfakcji z pertraktacji, w których miał przewagę. Takich, które z góry były skazane na powodzenie, więc mógł śmiało wynegocjować sobie kilka ekstrasów.
Na teraz czy na później. To nie miało aż takiego znaczenia. Nie, skoro po powrocie do domu mieli znów znaleźć się blisko siebie.
- Jesteś niereformowalna, wiesz? I okropna z ciebie kontrahentka. Nawet się nie starasz - odparł bez chwili zawahania, nieznacznie kręcąc głową, bowiem choć zdawał sobie sprawę z tego, że zazwyczaj nic nie musiała to tym razem nie mógł jej odpuścić.
Poniekąd sam sobie przeczył, bo przed chwilą przyznał, że mu schlebiała. Tyle tylko, że w tej chwili reguły gry były bardzo elastyczne. Nie czuł się źle, trochę zmieniając zdanie. W końcu prowadzili negocjacje, tak?
Przynajmniej jeszcze przed kilkudziesięcioma sekundami. Zanim Geraldine postanowiła nieopatrznie posunąć się tak daleko, że trudno byłoby nie dostrzec w tym pewnych nadużyć. Co najmniej kilku, jeśli nie kilkunastu. Wszystkich bez wyjątku sprowadzających się do stwierdzenia, że towar został zmacany. A więc i umowę należało uznać za zawartą. W końcu nigdy nie rozmawiali o darmowych testach.
Widziały gały, co brały. To też lubili sobie kiedyś przypominać. Mogli zatem śmiało pominąć etap dopatrywania się nieścisłości w umowie, sprawdzania kruczków, weryfikacji tego, co wchodzi w dobro inwentarza i tak dalej, i tak dalej. Samą umowę (czy tam cyrograf) mogli przesunąć na później.
- Nie lubisz też formalności a to o nich teraz mówimy - przypomniał bez mrugnięcia okiem, zwracając uwagę na to, co chyba przypadkiem pominęła w swoim ciągu logicznym.
To zaś jeszcze bardziej wskazywało na to, co pokazywała całą sobą. Była równie rozkojarzona, co on. Nie potrzebowali dłużej czekać.
- To chyba niejako zmienia postać rzeczy, nieprawdaż? - Sam nie wiedział, kiedy dokładnie postanowił ponownie uderzyć w te przesadnie kulturalne tony.
Nawet jeśli jednocześnie starał się wypowiadać je ze wszech miar uwodzicielsko, całkiem gładkim głosem nakłaniając ją do późniejszego zajęcia się kwestiami formalnymi ich targu. Nie dało się ukryć, że łączenie tych dwóch światów (biznesu i niezaprzeczalnej przyjemności) to nie było łatwe zadanie. Nawet dla kogoś zaprawionego w pertraktacjach.
A może właśnie zwłaszcza dla kogoś takiego? Ostatnimi czasy nie posuwali się do czegoś takiego. Dosyć szybko, intensywnie, chaotycznie sięgali po to, czego pragnęli. Zazwyczaj w ułamku sekundy pozbawiali się nawzajem ubrań, poszukując zatracenia na jak najbardziej impulsywne sposoby.
Jeśli zaś ich gesty pozostawały w sferze czułości, bo przecież tego także nie zwykli sobie szczędzić, nie prowadzili przy tym rozmów o tym, czego od siebie oczekują. To także dawali sobie bez zbędnych słów. Wystarczyło zaledwie kilka spojrzeń, jeden czy dwa gesty.
Dokładnie tak wyglądał początek ich pierwszego wspólnego popołudnia po tylu miesiącach rozłąki. Nie spędzali go na wzajemnych zaczepkach. Nawet tych tak satysfakcjonujących. Obdarzali się pieszczotami, ciepłem i delikatnością. Nie prowadzili pertraktacji.
Nic dziwnego. Nie wydawało mu się bowiem, by którekolwiek z nich nie czuło się do końca tak jak zawsze. Prawdopodobnie oboje mimowolnie przyjęli to za odskocznię od rzeczywistości. Jedną chwilę ucieczki od realiów życia osobno. Za to pożegnanie, o którym już mówili.
A przy czymś takim niewłaściwe byłoby używanie zbyt wielu nazbyt pokrętnych, zaczepnych słów. Tracenie czasu na gierki, prawda? No właśnie.
Miał wrażenie, że minęły wieki odkąd znajdowali się razem w podobnej sytuacji. Gdy przerzucali się tymi zdecydowanie lepszymi podtekstami. Kiedy dłonie dziewczyny tak swobodnie, że aż zupełnie niewłaściwie spoczywały z dala od guzików jego koszuli. Gdy sunięcie wargami i otulanie ciepłym oddechem jej długiej, miękkiej szyi nie przynosiło natychmiastowych efektów.
Powoli doprowadzała go tym do szaleństwa. Była uparta, naprawdę uparta. Doskonale wiedziała, co przy tym robi. Zdawała sobie sprawę z tej nieuczciwej przewagi, jaką miała.
Nawet wtedy, kiedy wreszcie złączyła ich wargi. Czy wtedy, kiedy powróciła do przerwanego rozpinania mu koszuli. Czy wtedy, kiedy zamiast znowu go pocałować, po prostu zaczęła obdarzać go kolejnymi spojrzeniami.
Nie miał złudzeń. Wiedziała, co robi. Brała go pod włos. Testowała jego silną wolę. Dostrzegał to na tyle wyraźnie, że sam też usiłował odbijać jej zachowania. Pozwolił sobie zatrzymać dłonie na plecach Yaxleyówny i patrzeć. Po prostu patrzeć. Nic więcej. Przez ostatnie miesiące wyrobił sobie zadziwiającą cierpliwość.
A przynajmniej tak zamierzał to teraz przedstawiać, usiłując unormować oddech. Starając się nie nabierać powietrza w sposób, instynktownie to robił: gwałtownie, ale coraz bardziej płytko. Uspokoić łomotanie serca.
Skupić się na czymś innym aniżeli czubkach palców jego dziewczyny drażniących mu skórę. Ignorować ciężar jej ciała spoczywający mu na piersi i sposób, w jaki wierciła nogami, wywołując falę napięcia w jego podbrzuszu. Nie poddawać się narastającemu gorącu, postępującej wrażliwości zakończeń nerwowych, dreszczom na ciele wywołującym gęsią skórkę.
Myślom pragnącym skupić się tylko i wyłącznie wokół jednego. Usiłował przekierować je na coś jeszcze. Nie tylko na to, co powinno wydarzyć się znacznie szybciej niż miało. Pozory. Zachowywał pozory opanowania.
Ależ oczywiście, że nigdzie nam się nie spieszy. Półtorej godziny, tak? Godzina dwadzieścia. Jeśli pragniesz spędzić ją na zabawie z guziczkami, kimże jestem, żeby ci to uniemożliwiać? Chcesz podziwiać sprzączkę od paska? Interesuje cię skóra, z której został zrobiony? Masz ochotę przez stanowczo zbyt długą chwilę ponapawać się fakturą materiału spodni zamiast tym, co w nich? Oczywiście. W żadnym razie nie musisz się spieszyć. W końcu mamy godzinę dziesięć. Godzinę pięć. Godzinę. Pięćdziesiąt minut, czterdzieści. Schodzimy niżej?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#24
02.04.2025, 11:13  ✶  

Wiódł i uwiódł, czyż nie? Już dawno temu, zresztą nie była jakoś specjalnie oporna. Jemu akurat nigdy nie potrafiła się oprzeć. Przyciągała ich do siebie ta dziwna siła wyższa, z którą w końcu się pogodzili, którą zaakceptowali. Byli na siebie skazani, chociaż nie - to nie brzmiało specjalnie pozytywnie, oni byli sobie przeznaczeni, tak wyglądało to dużo lepiej. Nie było w tym żadnej klątwy, żadnych sił nieczystych, po prostu ich dusze kiedyś musiały zostać rozdzielone, ale miały naprawdę wiele szczęścia, bo dosyć szybko trafiły na siebie ponownie. Nie dało się z tym walczyć, tak już mieli. Razem tworzyli idealną całość, dopełnienie, którego potrzebowali, aby być szczęśliwi.

Tak naprawdę nie sądziła, że w ogóle istniała opcja, aby się z tego wycofać. To, co ich łączyło było zbyt silne, nie byli w stanie się sobie oprzeć, ignorować się na dłuższą metę. Istniał jeden, jedyny właściwy wybór, po niego właśnie sięgnęli. Mieli znowu tworzyć swój świat razem, właściwie to Ambroise już był jej całym światem, w końcu wrócił na swoje miejsce, znowu czuła, że wszystko zaczyna nabierać sensu, jak wtedy kiedy faktycznie byli ze sobą. Dobrze, że to do niej dotarło, że wiedziała, że nie może być inaczej. Zresztą gdyby tak nie było to nie walczyłaby o nich tak zaciekle.

Jasne było to, że musieli wprowadzić nieco zmian. Nie byli tymi samymi ludźmi, co półtora roku temu, świat też się zmienił, ale czuła, że będą w stanie sobie z tym poradzić. Razem mogli wszystko, czyż nie? Pewnie będzie ich to kosztowało sporo cierpliwości, bo miewali bardzo różne opinie w niektórych tematach, ale nie sądziła, że to będzie przeszkodą. Nie tym razem, nie kiedy w końcu byli ze sobą zupełnie szczerzy i coraz bardziej rozumieli obawy drugiej strony. To, co im się przydarzyło nigdy nie miało się już powtórzyć, tak wydawała się być bardzo pewna tego, że nie dopuści do powtórki. Zbyt wiele czasu stracili na te niepotrzebne niedopowidzenia. Teraz, w końcu wiedziała, że zawsze chcieli tego samego, tylko przez skutek różnych wydarzeń postanowili sięgnąć po to korzystając z nieco innej drogi.

Roise wytłumaczył jej to swoje pokrętne myślenie, nadal nie mogła uwierzyć w to, że dla jej dobra postanowił odejść, ale naprawdę próbowała zrozumieć jego podejście. Dobrze, że to było już za nimi, że w końcu mogli wrócić do tego, co było właściwe.

- Aranż, dobre sobie. - Zdecydowanie nie widziała tego w ten sposób. Nikt ich do niczego nie zmuszał, prawda? Nie były zamieszane w ich wybory żadne trzecie osoby, a aranżowane mariaże zazwyczaj przebywały bez wtrącania się najbardziej zainteresowanych stron. To ich nie dotyczyło, podpisanie paktu z diabłem było jej własnym, osobistym wyborem. Nigdy nie pozwoliłaby na to, aby ktokolwiek decydował o tym, co powinna robić. Wiedziała, że w ich środowisku to jest raczej typowe, ale ona zawsze była nieco inna, zresztą Roise też. Trafili na siebie w odpowiednim momencie, tak naprawdę mogliby już dawno zostać wrobieni w jakieś śmieszne małżeństwa, które miałyby zapewnić im rodzinom wpływy, ale ich najbliżsi doskonale wiedzieli o tym, że to nie miało najmniejszego sensu. Byli specyficzni, kurewsko uparci, lubili stawiać na swoim. Na szczęście ich rodziny brały to pod uwagę. Nikt nigdy nie zarzucił im tego, że żyli przez tyle lat na kocią łapę, właściwie to tworzyli dom, tyle, że nie zrobili tego w ten najbardziej oficjalny sposób, to nie było im do niczego potrzebne, bo przecież się kochali, czy obrączki nasunięte na palec by coś zmieniły? No nie, nie wydawało jej się.

Wzruszyła jedynie ramionami słysząc jego kolejne słowa. Tak, była niereformowalna, ale co z tego? - Taką mnie przecież kochasz. - Nie zamierzała zaprzeczać, że źle ją podsumował, wręcz przeciwnie. Miała świadomość tego, jakim była człowiekiem, zdawała sobie sprawę ze swoich wad, nie była najprostsza w obsłudze, ale cóż, nigdy nie miał z tym problemu. Wręcz przeciwnie, wyjątkowo radził sobie z oswajaniem jej, właściwie to nauczył ją życia z drugim człowiekiem, co jeszcze kilka lat temu wydawało jej się być raczej czymś niemożliwym. Nie miała najmniejszego problemu z tym, aby jakoś dostosować się do tego, co razem tworzyli. Przestała patrzeć tylko na czubek swojego nosa, może nadal zdarzały jej się pewne nie do końca przemyślane zachowania, ale przy nim stała się dużo lepszym człowiekiem.

- Tak to prawda, skoro tak doskonale wiesz co lubię, a czego nie lubię, to co teraz? - Znał ją, bardzo dobrze wiedział, czego chciała. Mógł się spodziewać, że miała w głębokim poważaniu ich ewentualne umowy, zresztą nie miała pojęcia dlaczego w ogóle wdali się w tą dyskusję, która trwała dość długo, mogli ten czas przeznaczyć na coś zupełnie innego, dużo przyjemniejszego. Dawno nie rozmawiali ze sobą w ten sposób, nie prowokowali się, bo nie mieli raczej ku temu okazji. Cały ten tydzień był raczej wypełniony niepewnością, wyczekiwaniem końca, teraz się to zmieniło, już ich to nie dotyczyło. Kiedyś na pewno będą musieli bardziej skupić się na formalnościach, skoro postanowili ze sobą być, ale czy to była na pewno ta chwila?

- Może trochę, ale czy aż tak bardzo? - Nie wydawało jej się, żeby musieli się pilnować, skupiać na jakichkolwiek ustaleniach, bo przecież wiedzieli, czego chcą, czego pragną, co im służyło. Z tej drogi nie było już odwrotu, należeli do siebie, co też udało im się ustalić. Niczego więcej nie potrzebowała, zdecydowanie nie musiał przynosić jej tego cyrografu.

Oczywiście, że brała go pod włos, przecież nie musieli nigdzie się spieszyć. Może również miała problem z gorącem, które zaczęło wypełniać jej ciało, może i miała ochotę, jak najszybciej sięgnąć po niego w całej okazałości, ale musiała nieco nad sobą panować. Chciała zobaczyć, czy jest w stanie wzbudzić w nim odpowiednie odruchy, czy nadal będzie udawał, że go to nie rusza. Była ciekawa, które z nich tym razem pęknie pierwsze. Spodziewała się, że pewnie ona, ale nie byłaby sobą gdyby dokładnie tego nie sprawdziła.

Nigdzie się nie spieszyli, miała wrażenie, że bez słowa uznali, że to półtorej godziny już ich nie obowiązuje, podjęli tę decyzję wtedy, kiedy znaleźli się ponownie w tym łóżku.

Dotarła w końcu do ostatniego guzika jego koszuli, nie musiała tego robić tak powoli, ale jednak chciała tym razem zrobić to w ten sposób. Nie ściągnęła jej jednak jeszcze z jego ciała, zamiast tego zbliżyła się do jego szyi, na której złożyła delikatny pocałunek, schodziła coraz niżej, nadal zupełnie się nie spiesząc, wyznaczając ścieżkę pocałunków od mostku, przez klatkę piersiową, brzuch, aż w końcu doszła do podburzusza, gdzie zaczepiła zębami o pasek od spodni. Zdecydowanie im teraz przeszkadzały, uniosła głowę nieco do góry i spojrzała na Roisa swoimi błyszczącymi oczami, była ciekawa, czy w końcu coś z tym zrobi, czy nadal będzie czekał na odpowiedni moment, chociaż, czy był bardziej odpowiedni moment od tego? Nie wydawało jej się.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#25
02.04.2025, 19:54  ✶  
Zwiódł ją na pokuszenie, tak? On i tylko on. Okropny, paskudny człowiek. No, naprawdę. Sama Geraldine była zupełnie niewinna. Nieskalana zdrożnymi myślami oraz nieczystymi intencjami. Wcale nie usiłowała wpływać na jego decyzje poprzez zachowywanie się niestosownie. Była dobrą panną. A dobra panna nie była świadoma tego, co czyniła z nim poprzez to roznegliżowanie. Ciepłem nagiego ciała obejmującego go od tyłu, pocałunkami na szyi.
Zresztą. To, że do niego podeszła to też z pewnością była jego sprawka. Jego i jego odbicia w lustrze. Zaczarował ją, zahipnotyzował. No, z pewnością coś zrobił. Wszystko, żeby podpisać z nią ten cyrograf. Wmanipulować ją w układ, z którego nie mogła się już wycofać.
To wcale nie wyglądało zupełnie inaczej. Wyjątkowo zgodnie to stwierdzili. Ostatnio zgadzali się ze sobą niemal przez cały czas. Przy czym w żadnym wypadku nie dało się powiedzieć o wspólnym sukcesie w uwikłaniu się nawzajem w to napięcie, jakie ponownie zawisło w powietrzu. To też była jego wina?
Wszystko, do czego byli tak skorzy powrócić. Tym razem już na stałe. Zawsze, na zawsze, bez usranej śmierci. Mimo upływu czasu i pomimo tego, co stało się między nimi przez ostatnie półtora roku. Pomimo wszelkich trudności. Wbrew próbom odnalezienia się w rzeczywistości bez siebie nawzajem.
Oczywiście, zgodnie z nowymi niepisanymi zasadami, w tym momencie bez chwili zastanowienia brał na siebie całą odpowiedzialność za to, że powtórnie znaleźli się w tej sytuacji. W końcu to on ostatecznie pociągnął Geraldine na materac, padając z nią w wymiętą pościel i próbując rozproszyć dziewczynę dotykiem warg. Czysto teoretycznie dało się stwierdzić, że Yaxleyówna nie zrobiła nic, co przyczyniło się do ich obecnego położenia.
Po prostu do niego podeszła, chcąc wręczyć mu... ...coś. Nie wiedział, co dokładnie. Prawdę mówiąc nijak go to teraz nie obchodziło. Tym bardziej, że nie widział obok nich nic poza lusterkiem. Tym, na które bardzo przelotnie zwrócił uwagę, bowiem raczej nie było wspomnianym przedmiotem. Gdziekolwiek miała to, co chciała mu dać, aktualnie to już było bez znaczenia.
Nigdy nie miało. Prócz niej nie potrzebował nic więcej, aby czuć się szczęśliwy. Cała reszta nie była istotna. Nie, gdy wracali do tego, co było dla nich najwłaściwsze.
- Aranż - powtórzył cicho dokładnie tym samym tonem, co wcześniej.
Nie czuł potrzeby dodawania tego, co nawet bez słów wybrzmiało dostatecznie dobrze: pakt z diabłem nie brzmiał wobec tego już tak nieatrakcyjnie, prawda? Gdy ujmowało się to właśnie w ten sposób, jakakolwiek decyzja będąca własnym wyborem była znacznie, znacznie atrakcyjniejsza. Tym bardziej, że teoretycznie była to świadoma i nieprzymuszona decyzja. Własna wola. Mhm.
Znał tę potrzebę, ten nieustanny magnetyzm, który przyciągał ich do siebie. Nie zawsze był skłonny nazwać to brakiem przymusu. Niekiedy to było przekleństwo, klątwa. Innym razem ciężar, zamotanie, zagubienie, współuzależnienie. Ostatnio ta niewidzialna nić, którą dusili się nawzajem. Ale w tym momencie było inaczej. Teraz naprawdę chciał patrzeć na to jak na coś dobrego. Na to, co przyczyniło się do wspólnej decyzji o daniu sobie nadziei na lepszą przyszłość.
Sami o tym decydowali. Nikt ich nie przymuszał. Nawet jeśli w ich świecie takie rzeczy działy się praktycznie na porządku dziennym, ich przypadek należał raczej do tych niestandardowych. Byli wyjątkiem zapewne mogącym potwierdzić regułę. Na tym mogli zakończyć temat, nie tracąc więcej czasu. Tyle tylko, że reakcja dziewczyny nasuwała jedno naprawdę istotne pytanie.
- Sugerujesz - a jednak musiał to powiedzieć; ton głosu Geraldine poniekąd sprowokował go do pociągnięcia tematu - że gdyby to był aranż - tego tylko czysto hipotetycznego scenariusza, bo nie mającego już szansy się wydarzyć - nie cyrograf - chyba całkiem polubił to słowo; bez wątpienia pasowało do jego aktualnej pokręconej persony - to cokolwiek by to - tu także urwał na chwilę, przygryzając wnętrza policzków zanim wypowiedział ostatnie słowo - zmieniało? - Zakończył, unosząc brew i zawieszając spojrzenie na oczach dziewczyny.
Dużych, niebieskich oczach o figlarnym wyrazie. Nie chciał wierzyć w to, że tak bezczelnie dawała mu do zrozumienia, że gdyby ktoś jednak postanowił zeswatać ich ze sobą to pogardziłaby tym mariażem. Jasne, oczywiście, sam byłby na to wkurwiony. Zapewne w pierwszej chwili pochopnie zacząłby się temu sprzeciwiać, ale później?
Nie sądził, by nie spostrzegłby, że nie doszło do tego w wyniku całkowitego przypadku. Tak jak teraz czuł żar pożądania, który narastał w nim z każdą chwilą, z każdą sekundą, gdy była tak blisko. Tak nie wierzył, że kiedykolwiek potrafiliby powstrzymać się przed oddawaniem się tym chwilom. Aranż czy nie aranż.
- Dobre sobie. Wciąż byłabyś moja. Zaprzeczysz? - wymamrotał, jednocześnie zupełnie celowo przyciskając usta do jej skóry w taki sposób, by te słowa wybrzmiały jeszcze ciszej.
Niemalże na granicy słyszalności, przypominając raczej głęboki pomruk aniżeli faktyczne pytanie. Nie potrzebował odpowiedzi. Wręcz przeciwnie. Pragnął rozproszyć Geraldine na tyle, żeby mu jej nie dała. Ogarnąć ciało dziewczyny ciepłem oddechu, wywołać dreszcze tym bardzo powolnym przesuwaniem warg po skórze, drażniąc ją zarostem. Odzywając się tylko po to, żeby te wypowiedziane słowa wywołały dreszcz na jej skórze.
- A jeśli to byłoby z kimkolwiek innym - tym razem odezwał się wyraźniej, posuwając się do tego, żeby przesunąć palce po plecach Yaxleyówny na jej pośladek i ścisnąć go zaczepnie, po czym znów cofnąć dłoń - to bym cię ukradł - stwierdził gładko, wzruszając ramionami, jakby nie było innego rozwiązania.
Zawsze mieli być swoi, tak? Nie mogło być inaczej. Nawet jeśli w pewnej chwili usiłował odpuścić myślenie o czymkolwiek, co mogłoby ponownie między nimi zaistnieć, bo w jego oczach miała już kogoś innego. Narzeczonego. Przyszłego męża. Czy na dłuższą metę cokolwiek by to zmieniło? Mógł mówić, że tak, ale czy wtedy zaciągnąłby ją do łóżka?
Trafili tam razem po kilku godzinach spędzonych na ich plaży przy Piaskownicy. Wylądowali pod prysznicem, uwalniając się od ubrań. Wymieniając pocałunki. Dając sobie znacznie więcej niż powinni to robić zdystansowani sojusznicy. A potem kochali się jak szaleńcy. Mimo, że nie wyciągał dłoni po zajęte panny. Mimo, że wtedy sądził, że jest zajęta. Nie umiał trzymać przy niej rąk przy sobie. Po prostu nie umiał.
Czuł jak jego ciało reaguje na każdy jej ruch. Był bliski utraty panowania nad sobą. Naprawdę bliski. Myśli o tym, co zrobi, gdy jego dziewczyna w końcu zdejmie z niego tą koszulę krążyły mu po głowie. Tyle tylko, że każda upływająca chwila przeciągała się w nieskończoność a on nadal był ubrany. Czuł, że powoli traci zdolność do logicznego myślenia. Pragnienie, które w nim narastało było tak cholernie intensywne. A ona tak uparcie metodyczna.
- Jaką taką? Łajzę, szelmę, niecnotę, która nie zna się na interesach? - Mógł wymieniać w nieskończoność, ale po co?
W końcu oboje znali odpowiedź na to pytanie. Nieważne, jaką, bo po prostu ją kochał. Całą. Nawet, jeśli chodziło o ten cały upór, niereformowalność czy dziesiątki innych określeń, jakich mógłby użyć w tym momencie, żeby nazwać jej aktualne prowokacyjne zachowanie. Ale nie za to, że się nie starała, bo w tym zarzucie nie mógłby być dalszy od prawdy.
Teoretycznie w dalszym ciągu rozmawiali, ale jego myśli były coraz bardziej chaotyczne, skupione niemal wyłącznie na niej. Na tym, w jaki sposób mogli spożytkować ten wspólny czas. Pierwszy właściwy dzień od naprawdę dawna. Ich wspólny nowy początek. Coś, co powinni uhonorować, zapamiętać już na zawsze. Stworzyć nowe wspomnienia, lepsze chwile. Coś wartego wspominania.
To dlatego chciał, żeby wyszli z mieszkania. Stąd zamierzali udać się na drugą randkę w tym tygodniu. Lepszą od tej poprzedniej, bo od samego początku do końca układającą się tak jak tego chcieli. Nikt nie miał przeszkodzić im w powrocie do domu ani w zwieńczeniu wieczoru w taki sposób, w jaki by to sobie życzyli. Tyle tylko, że najpierw musieli opuścić sypialnię a to...
...z minuty na minutę stawało się zupełnie nieatrakcyjne. Niepotrzebne, wręcz zbędne. Niewskazane, bezcelowe, wybijające ich z rytmu, w który zaczęli wpadać. Ponownie zachowywali się tak jak kiedyś. Wtedy, gdy było dobrze, gdy byli zwyczajnie szczęśliwi, nie przejmując się niczym więcej.
Nie, nie sądził, że kiedykolwiek nauczą się trzymać ręce z dala od tej drugiej osoby. Że uda im się powstrzymywać przed rzucaniem sobie przeciągłych spojrzeń i wodzeniem palcami po ciele. Że będą w stanie powstrzymać się przed tym nieustannym lgnieniem ku sobie, jakby mieli po kilkanaście lat i po raz pierwszy poznawali smak zatracenia w drugiej osobie.
Przez wszystkie te lata, które spędzili razem, nigdy nie stali się spokojniejsi. Ta chwila w pościeli była jeszcze jednym dowodem. Pożądanie, które odczuwał za pierwszym razem, gdy się tu znaleźli wciąż tliło się w nim z tą samą intensywnością, co wtedy. Geraldine wywoływała w nim tę samą żądzę. To samo pragnienie, aby znów znaleźć się w jej objęciach, pomiędzy wilgotnymi udami, łącząc ich wargi w pocałunkach i ciała ze sobą nawzajem.
Czas, który mieli, zdawał się mieć niewielkie, coraz bardziej nieistotne znaczenie. Półtorej godziny, które zostały im do dyspozycji było niczym więcej jak blaknącym przypomnieniem o czymś, co mogli, ale czego już chyba nie zamierzali zrobić. Podjęli decyzję, aby zostać w domu. Tu, gdzie było im najlepiej. Obok siebie nawzajem. Nie potrzebowali nic więcej.
A już szczególnie nie skupiania się na tym, czego oboje nie lubili.
- Ty mi powiedz. To ty nadal gadasz - to nie mogło być łatwe, prawda?
Tym bardziej, gdy dalej dyskutowała, nagle robiąc się tą upartą kontrahentką. Jakieś pięć, może dziesięć minut za późno.
- Mhm. Mam dać ci ten cyrograf do podpisania? - Tak, to była groźba.
Raczej nie do spełnienia, bo ciężko byłoby im teraz przerwać to, co robili, ale to jej czy aż tak bardzo wręcz prosiło się o podobną reakcję. Tyle tylko, że dosyć mocno pospieszną, poniekąd niezbyt groźnie brzmiącą, raczej lichą.
Zawahał się, gdy jej wargi przesunęły się z jego ust, zostawiając za sobą ślad gorąca. Półtorej godziny, które mieli do dyspozycji, wydawało się niczym w obliczu tego, co ich łączyło. A jednak zdecydowanie mogli wykorzystać je w znacznie lepszy sposób niż na rozmowę, którą teraz prowadzili.
Coraz wyraźniej nie potrafił skupić się na słowach, które wypowiadała, ponieważ cała jego uwaga była pochłonięta jej obecnością. Żar pożądania rozlewał się w nim. Czuł go w każdym zakamarku swojego ciała. W każdej komórce, domagając się ujścia. Podsycania, rozpalenia do granic możliwości, po którym nie pozostałoby już nic, tylko ta gwałtowna, wszechobecna potrzeba ugaszenia pragnienia.
Tak jak to było między nimi od zawsze. Wiedział, że to uczucie nie zniknie, że będą lgnąć do siebie w ten sposób jeszcze przez długi czas. Mając to niegdyś na wyciągnięcie ręki, czasami kwestionował, czy kiedykolwiek będą w stanie być spokojni i opanowani. Mijały kolejne wspólne tygodnie, miesiące. Wreszcie mogli zacząć liczyć upływ czasu w latach. Powoli, ale zdawałoby się, że nieuchronnie zmierzając do pierwszej dekady razem.
Z początku zastanawiał się, czy kiedykolwiek nauczą się trzymać ręce przy sobie. Teraz wiedział, że nie. Nie, skoro minęło już tyle czasu od momentu, w którym przekroczyli granice przyjaźni i nadal przez cały czas stawiali na ten sam dotyk. Nie zawsze gwałtowny. Niekoniecznie bezustannie pożądliwy. Czasami chodziło o dużo spokojniejsze gesty. Splecenie palców, przeczesanie włosów, drobny pocałunek złożony na czubku głowy. Strzepnięcie paproszków z ramienia, wyjęcie listka wplątanego w rozwianą fryzurę...
...przelotne klepnięcie w pośladek w drodze pomiędzy kuchnią a salonem. Zęby na szyi, paznokcie wbite w plecy, pociągnięcie za kucyk, palce zaciśnięte na wygiętej talii, przygryziona warga, gardłowy pomruk, ręce zablokowane nad głową, rozsunięte kolana.
Zamknął oczy, próbując przywrócić sobie resztki kontroli. Biorąc głęboki, ale nie nazbyt słyszalny oddech. Powoli wypuszczając powietrze nosem.
Tak cholernie ciężko było to zrobić. Zachować opanowanie, gdy sunęła palcami po jego skórze. Całkowicie perfidnie raz za razem zsuwając opuszki z materiału koszuli, której pozbywaniu się przeznaczała tyle uwagi. Każdy guzik, który rozpinała sprawiał, że jego serce biło szybciej a oddech stawał się bardziej spłycony.
Kiedy znów otworzył oczy, jej twarz była tak blisko, że mógł dostrzec każdy szczegół: delikatne rzęsy, które opadały na policzki i kontrastujący z nimi błysk w jej oczach, który mógłby go spalić. Poddawał się tej chwili, ale jednocześnie walczył z sobą. Wiedział, że celowo go prowokowała, czekała na jego reakcję, na to aż złamie się i straci kontrolę. A on był tego tak bliski.
Nie mógł oderwać wzroku od jej warg, które sunęły po jego skórze, zostawiając za sobą niewidoczną aczkolwiek niezwykle wyraźną ścieżkę gorąca. To, co trwało między nimi było tak intensywne, że niemal ciężko mu było uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Że nie jest to jeden z tych snów, które torturowały go od miesięcy. Tyle tylko, że nawet we wnętrzu własnej głowy chyba nie byłby tak perfidnie niespieszny jak niespieszna była jego dziewczyna. Raczej nie byłby w stanie wyśnić sobie czegoś takiego. Męczyła go na jawie. Zdecydowanie.
- Liczysz na proszę? - Nie, nie sądził, by była aż tak wyrachowana i zarazem nierozsądna, żeby liczyć na coś, co nie miało paść.
Jego głos był chrapliwy. Zdradzał jak blisko granicy był w tym momencie. A jednak wiedział, że to, co robiła nie było niczym innym jak tylko wysnuwaniem żądania dopełnienia tej części ich umowy. Wiedział, że Geraldine liczy na to, iż on w końcu się złamie. Że zrobi coś gwałtownego, co przerwie ten błogi, aczkolwiek męczący stan oczekiwania. Jego spojrzenie stało się intensywne, wargi jeszcze bardziej zaciśnięte a oddech przyspieszony. Nie, nie zamierzał tego mówić.
Kiedy dziewczyna doszła do jego paska, zębami ciągnąc go w dół, musiał zacisnąć dłonie w pięści, aby nie stracić panowania nad sobą. Geraldine nieodmiennie sprawiała, że wszystkie jego postanowienia znikały w mgnieniu oka. Miała w sobie coś takiego, co nie pozwalało mu jej nie ulec. Nie nazwałby tego słabym punktem, bo nie uważał tego za swoją słabość.
To było coś innego. Być może wynik tej samej siły, która ich ku sobie rzuciła. Może tego, że spędzili ze sobą wiele lat. Byli blisko na różne sposoby. Znali się na wylot, nawet jeśli musieli trochę naprostować tę wiedzę. Uaktualnić informacje, porozmawiać o szczegółach. Na nowo nakreślić swoje oczekiwania. W gruncie rzeczy te jego były bardzo proste.
Nawet jeśli cholernie mocno starał się być równie uparty, co ona, wiedział, że był blisko granicy. Blisko momentu, w którym wszystkie postanowienia przestaną mieć znaczenie. A jednak nie uległ. Był uparty. Jeszcze przez chwilę. W końcu nie zademonstrowała mu, co więcej ma do zaoferowania.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#26
03.04.2025, 09:29  ✶  

Oczywiście, winny mógł być przecież tylko jeden, nie zamierzała brać tego na siebie, jakże by mogła. To nie tak, że prowokowała go na swój własny sposób, prawda? Wcale, a wcale. Nie korzystała z okazji, nie pojawiła się tuż za nim zupełnie naga, nie oplotła go ramionami, nie zbliżyła się do niego ponownie. Ona się przecież zupełnie nie zachowywała prowokująco. Gdzieżby.

Prosił się o to swoim spojrzeniem, zresztą nawet nie spoglądał na nią bezpośrednio, a przez lustro, to wystarczyło, aby Yaxleyówna podniosła się z łóżka i do niego podeszła, nic więcej nie potrzebowała od tych subtelnych znaków, nawoływał ją do siebie, a ona po prostu zareagowała na tę niemą prośbę. Spełniła jego zachciankę, bo przecież tak już miała, reagowała na każdy gest. Oczywiście, nigdy nie patrzyła na siebie, nie robiła tego na co miała ochotę, spełniała zachcianki innych, taka była dobroduszna. Porządna dziewczyna, drugiej takiej ze świecą szukać. To nie tak, że zamierzała w ten sposób dostać to, czego chciała, na czym w tej chwili jej najbardziej zależało, prawda?

Nie tak, że wiedziała, że prędzej, czy później jej ulegnie, nie będzie potrafił się oprzeć ciepłu jej ciała, tej bliskości. Oczywiście, że robiła to zupełnie nieświadomie... Tylko czy aby na pewno? Może faktycznie warto się było zastanowić nad tym, kto tu kogo wiódł na pokuszenie.

Pokręciła jedynie głową. Nigdy nie dałaby się wrobić w żaden aranż. Na pewno on zdawał sobie z tego sprawę, była w końcu niezależną, samodzielną kobietą, o której życiu mogła decydować tylko ona sama. Na szczęście jej rodzina bardzo dobrze zdawała sobie z tego sprawę, gdyby postawili ją w takiej sytuacji... to cóż, na pewno nigdy więcej by jej nie zobaczyli. Zniknęłaby na dobre, aby nikt więcej nie powtarzał takich wspaniałych pomysłów. Może przez chwilę byłoby jej smutno przez to, że zostawiła swoje życie, ale prędzej, czy później odnalazłaby się w nowym miejscu. Poradziłaby sobie na pewno. Wszystko byleby nie być zmuszona do życia z kimś, z kim nie chciała żyć.

Nie musieli się tym jednak przejmować, prawda? Dosyć szybko uświadomili swoje rodziny o tym, że w ich przypadku niepotrzebny jest aranż, że chcą być ze sobą bez tych nieptorzebnych komplikacji. Może nie było to coś, czego mogli się spodziewać, bo przecież Yaxleyowie nigdy nie byli szczególnie blisko z Greengrassami, a jednak nie łamali swoją relacją żadnych konwenansów. Pochodzili z odpowiednich rodzin, nie było więc żadnego problemu, który mógłby im uprzykrzyć tworzenie wspólnej przyszłości. No, może nie doszli do tego, aby faktycznie, oficjalnie połączyć swoje rodziny małżeństwem, ale to pewnie dopiero przed nimi. Zwłaszcza po tych niemalże dwóch latach przerwy. Nie zamierzała dopuszczać do tego, aby znowu przytrafiło im się coś podobnego. Może faktycznie łatwiej będzie wziąć ślub, bo wtedy żadne z nich już nie będzie mogło podejmować irracjonalnych decyzji. Zresztą tego chcieli, rozmawiali o tym, że te dwa lata temu mieli podobną wizję swojej przyszłości, w której znajdowali się razem, już nie tylko we dwójkę, ale potrafili wyobrazić sobie siebie z pąklem, a to też świadczyło samo za siebie.

- Sugeruję, że... - Odetchnęła głęboko. Chciała wprowadzić nieco dramatyzmu do tej rozmowy, bo czemu by nie. - aranż jest czymś na co bym się nigdy nie zgodziła. - Od tego było warto zacząć prawda? - aczkolwiek od wszystkiego są wyjątki... - Cóż, nie sądziła, że gdyby najpierw ktoś ich zmusił do małżeństwa, to by zmieniało cokolwiek w tej więzi, która ich łączyła. Byli dla siebie stworzeni, nie dało się tego nie zauważyć, rozumieli się jak nikt inny, zauważała od samego początku tę nie do końca znajomą nić, która ich łączyła, to zawsze było coś więcej. - Myślę, że dosyć szybko zauważyłabym, jaki jesteś wspaniały i wyjątkowy. - Szczególnie, kiedy jego usta zbliżały się w ten sposób do jej skóry.

- Zawsze byłabym Twoja, bez względu na to, w jaki sposób byśmy się poznali. W końcu jesteśmy sobie przeznaczeni. - Była bardzo pewna tej opinii, bo jakże mogłaby nie być. To, co zdarzyło im się nazywać klątwą w tej chwili raczej widziała jako błogosławieństwo. Połączenie dusz, którego można było im pozazdrościć, ale nie tylko dusz, ich ciała również do siebie lgnęły. Cóż, nie dało się tego nie zauważyć. Nie byłaby w stanie pomyśleć o tym, że mogłaby mieć coś takiego z kimś zupełnie innym, to było ich.

- Wiesz, że wteyd musielibyśmy stąd uciec, prawda? - Gdzieś bardzo, bardzo daleko, bo byłby to prawdziwy skandal, co najwyraźniej nie przeszkadzałoby ani jej, ani jemu. Byli gotowi poświęcić naprawdę wiele, aby mieć swoje szczęśliwe zakończenie. Musieli skończyć razem, bez względu na plany swoich rodzin. Nikt nie miał szansy z tym walczyć, nie kiedy to uczucie było takie silne.

- Mhm... - Zgodziła się z tymi wszystkimi jakże uroczymi określeniami, jakimi ją w tej chwili nazywał. - a to tylko część z moich zalet. - Oczywiście, że nie przejęła się tym, że skorzystał akurat z takich epitetów. Bardzo dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że Ambroise widział w niej dużo więcej niż wszyscy inni. Znał ją doskonale, wiedział, co ma mu do zaoferowania. Nie dało się ukryć, że nie były to same pozytywne cechy, chciał ją taką jaka była, to wydawało się najistotniejsze. Nie musiała przed nim grać, udawać kogoś innego. Kochał ją taką bez względu na wszystko.

- Czyli nie chcesz ze mną rozmawiać? - Zatrzepotała całkiem uroczo rzęsami, próbowała udawać rozczarowaną jego słowami, ale średnio jej to wychodziło. Bardzo dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że w tej chwili byli raczej dalcy od tego, żeby tracić czas na niepotrzebne pogawędki. Jej ciało reagowało na jego obecność, bardzo by chciała ponownie, bez zbędnych ceregieli zacząć dążyć do obopólnego spełnienia, tylko nie mogła tak łatwo na to przystać, przecież demonstrowali w tej chwili swoją upartość. Jako, że i on i ona lubili pokazywać to, kto ma nad sobą większą kontrolę, przynajmniej w takich sytuacjach, nie było więc takie oczywiste pozwolenie sobie na sięgnięcie po to, na czym jej w tej chwili najbardziej zależało. Dawno nie grali w ten sposób, nie mieli na to czasu. Właściwie teraz niby też ustalili już, że czas im się kończy, ale nieszczególnie się tym przjemowała.

- Nie tym razem. - Obejdzie się bez cyrografu, przynajmniej w tej chwili. No bo jakże niby miałaby go wypuścić z łóżka, kiedy znajdowali się tak blisko siebie. Kiedy ich ciała zaczynały płonąć, nie zniosłaby takiego rozczarowania.

Nie spodziewała się, że to uczucie będzie im towarzyszyło zawsze. Wiadomo, początki związku takie bywały, szczególnie, gdy musieli się trzymać z dala od siebie nakładając na tę znajomość ramy przyjaźni. Tyle, że w ich przypadku przez lata nic się nie zmieniło, nadal działali na siebie w ten sam sposób, nadal nie potrafili trzymać rąk przy sobie, nadal lgnęli do siebie, to chyba nigdy miało się nie zmienić.

- Nie mam w zwyczaju liczyć na coś, co się nigdy nie wydarzy. - Nie była, aż taka nierozsądna. Zresztą Roise nigdy nie musiał jej o to prosić, to też się nie zmieniło. Nie, kiedy sama pragnęła tej bliskości, jak niczego innego. To byłoby nie na miejscu oczekiwać od niego tego, że poprosi ją o to, aby wreszcie przekroczyła granicę.

Wiedziała, że jest bliski temu, aby zareagować, aby sięgnąć po to co należy do niego. Wpatrywała się w niego dłużą chwilę, gdy w końcu dotarła do jego paska od spodni, cóż, myślała, że pęknie, ale miał w sobie wyjątkowo dużo samokontroli. Nie skomentowała tego, chociaż miała ochotę to zrobić. Zamiast tego jednak wreszcie uniosła się nieco, a jej palce tym razem znalazły się na tej nieszczęsnej sprzączce. Mogłaby to zrobić szybciej, miała w końcu wprawę w pozbywaniu się podobnych części garderoby, jednak w tej chwili każdy jej gest był nieco przedłużony w czasie. Oczekiwanie powodowało, że satysfakcja była większa. Dawno nie mieli możliwości robić tego w podobny sposób.

Nie to, żeby nie chciała osiągnąć spełnienia najlepiej od razu, ale nie tę drogę wybrała w tej chwili. Musiała trzymać się swojego, jakże sprytnego planu.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#27
03.04.2025, 22:07  ✶  
Nie to, żeby jej odpowiedź jakkolwiek go zdziwiła. Prawdę mówiąc, zaskoczyłaby go dopiero wtedy, gdyby stwierdziła coś zupełnie przeciwnego. Wtedy tak, zdecydowanie poczułby się zbity z tropu. Jednakże w tym wypadku? Nawet nie dopuszczał myśli, że mogłaby odpowiedzieć inaczej.
A jednak sam nie uważał tego za aż tak proste. Zarówno jego, jak i jej rodzina doskonale wiedziała, że jakiekolwiek próby przymuszania ich do czegokolwiek po prostu musiały spalić na panewce. Dlatego ten hipotetyczny scenariusz nie miał się wydarzyć. Teoretycznie nic takiego nigdy im nie groziło. Tyle tylko, że w praktyce należało brać pod uwagę także to, o czym teraz nie mówili.
Tacy ludzie jak oni mieli bardzo określoną definicję odpowiedzialności za bliskich. Gdyby doszło co do czego, jeśli zostaliby postawieni pod ścianą. Nie przez krewnych a przez okoliczności. Raczej wydawało mu się jasne, jaka byłaby decyzja. Nie lubił o tym myśleć ani tym bardziej nie mówił, ale z poczucia obowiązku pewnie sam by to zrobił.
Było tak przed laty, zanim jeszcze w ogóle przekonał się o tym, co to znaczy tak naprawdę do kogoś należeć. Później nie zrezygnowałby z ich szczęścia, nawet na rzecz bliskich, ale były dwa takie okresy, kiedy byłby skłonny zaakceptować ten angaż. Przed sześćdziesiątym piątym i od połowy siedemdziesiątego pierwszego do początku września, gdy sądził, że i tak nie dane mu jest szczęśliwe życie małżeńskie.
Ożeniłby się, żeby ratować sytuację. Po to, by utrzymać pozycję rodu. W celu zapewnienia stabilności, bezpieczeństwa Roselyn i całej reszcie. Po to, żeby jego siostra nie musiała tego robić. Wiedział, że by to zrobił, nawet jeśli byłby z tego powodu cholernie nieszczęśliwy. A potem?
Chyba nie chciał aż tak bardzo teoretyzować, bo wiedział jedno: była tylko jedna osoba, przy której mógł czuć się szczęśliwy. Gdyby to nie była ona, stanąłby pod ścianą. A następnie kilkukrotnie uderzyłby w nią głową, bo aż za dobrze zdawał sobie sprawę z tego, co uczyniłby, gdyby musiał wybierać.
Abstrahując od tego, mimo wszystko, słysząc słowa o wyjątkach, poczuł się na swój sposób...
...rozbawiony?
Jasne, ich podejście do zaaranżowanych związków było niekwestionowalne. Tyle tylko, że jednocześnie usiłował nie zwrócić Geraldine uwagi na jeden znaczący fakt: był czas, gdy planował oświadczyny. Nie w taki sposób, w jaki robił to wcześniej. Nie. Na przełomie siedemdziesiątego i siedemdziesiątego pierwszego podszedł do tematu w zupełnie inny sposób niż zakładał to wcześniej.
Tym razem nie pytał Geraldine o to, czy byłaby skłonna rozważyć coś takiego w bliżej nieokreślonej przyszłości. Ani czy potrzebowała od niego tego kamyka. Czy to cokolwiek by między nimi zmieniło. I tak dalej, i tak dalej.
Ta formuła była błędna. Sam nie miał pojęcia, czemu skorzystał z niej w taki sposób, w jaki to zrobił, ale w tamtym okresie podświadomie wyczuwał, że nie powinien tego ponawiać. Nie miał całkowitej pewności, jednak liczył na to, że jeśli zrobi to bardziej klasycznie, dostanie twierdzącą odpowiedź.
To zaś oznaczało podjęcie wielu dodatkowych kroków. Nie tylko znalezienie właściwego pierścionka czy odpowiednich okoliczności. Nie. Tym razem posunął się do odhaczenia praktycznie wszystkich koniecznych formalności. W tym do bezpośredniej rozmowy z własnym ojcem, od którego potrzebował zgody (no, zgodnie z konwenansami, nie realnie; realnie wiedział, że ojciec po prostu chciał, by był szczęśliwy) a także umówienia spotkania z potencjalnym teściem.
Do tego drugiego nigdy nie doszło. Nie pojawił się na sobotnim obiedzie, na który miał stawić się zaledwie kilka dni po orędziu Voldemorta. Wybuchł wtedy zbyt duży chaos, więc przełożyli tamtą rozmowę. Później jednak wymienili kilka listów. Miał pełną aprobatę, żeby sformalizować to, co i tak wydawało się nienaruszalne. Tak cholernie trwałe, tak bardzo niezmienne, że gdy pękło, rozbiło się na miliardy drobnych kawałeczków. Nie było gotowe na ten cios.
Nie dopełnił ustaleń, nie podjął ostatecznego kroku. A jednak w pewnym pokrętnym sensie był częścią aranżu między dwoma głowami rodów. Takiego, który wyszedł z jego własnej inicjatywy, ale nie dało się nie zauważyć pewnych podobieństw do tego, o czym teraz mówili. Nie spytał Geraldine pierwszej, co sądziłaby o czymś takim.
Zrobił to wiele lat wcześniej. Wtedy nie spotkał się z aprobatą z jej strony. Wręcz wydawało mu się, że uznała to za coś, czym nigdy nie miało być. Nie za wyraz szacunku i partnerstwa a za próbę przerzucenia na nią części odpowiedzialności. Więc tym razem podszedł do tego inaczej.
Musiał stłumić w sobie chęć wymownego uniesienia brwi. Tak mocno, że zamiast tego bezwiednie wygiął wargi, zasysając je, żeby nie chrząknąć. Nie chciał zrobić miny. Bez wątpienia mu to nie wyszło. Tym bardziej, gdy jeszcze dodatkowo usłyszał to kolejne zapewnienie z jej strony.
- Mhm - tak, to zdecydowanie było najbardziej sarkastyczne mhm, jakie był w stanie z siebie wydobyć w tej chwili.
W momencie, w którym sama jej obecność cholernie mocno go rozpraszała.
Mhm. Bez wątpienia by to dostrzegła. Praktycznie od samego początku. Nie potrzebowałaby zbyt wiele czasu, żeby dojść do tego, że nie należało z tym walczyć. Że całkiem słusznie zostali ze sobą splątani. Że mogli być ze sobą naprawdę szczęśliwi. Stworzyć coś więcej niż wymuszone małżeństwo. Być dla siebie lepsi, być sobie bliżsi, zostać przyjaciółmi, kochankami, partnerami. Swoimi ludźmi. Tak jak byli nimi w tej chwili. Wystarczyłoby, by nie sprzeciwiali się kolejom losu, tylko ten jeden raz pozwolili sobie popłynąć z prądem.
Mhm. Od razu dostrzegłaby w nim wyjątkowość. To, że byli sobie pisani i tak dalej. Wcale nie uznałaby tego napięcia, tej duszności, jaką zawsze mieli za coś złego. Nie wkurwiałaby się dwa razy bardziej. On też z pewnością nie byłby znacznie bardziej wściekły, że trafiło akurat na kogoś tak irytującego. Wcale tego już nie przeżyli, prawda? Poczucia bycia przymuszonym do nawiązywania relacji.
Mhm. Jasne.
Nie dało się ukryć, że Geraldine zawsze działała na niego inaczej niż inni ludzie. Od samego początku powietrze pomiędzy nimi było inne. Cięższe, bardziej duszące, naelektryzowane, pełne podświadomie odczuwanego napięcia.
Skłamałby, gdyby powiedział, że nigdy nie zdarzyło mu się cofnąć myślami do tamtego początkowego momentu. Szczególnie wtedy, kiedy po raz pierwszy doszli do tego, że łączy ich coś na kształt bardzo wczesnej historii. Nielicznych, ale bez dwóch zdań intensywnych interakcji. Poniekąd wpłynięcia nimi na swoje dorosłe życie. Tym razem wspólne.
To było tak absurdalne, że nie mógł o tym nie pomyśleć. Co prawda nie pamiętał tego jakoś szczególnie dobrze. To był zaledwie wycinek barwnych wydarzeń z tamtego okresu. A jednak nie był w stanie zaprzeczyć temu, że już wtedy czuł się inaczej w jej obecności.
Dziwnie, bardzo dziwnie. Zupełnie tak, jakby dawała mu wtedy coś na kształt lustra, w które wcale nie chciał spoglądać. Wkurwiała go tym. Reagowała zbyt podobnie. Była w stanie bez chwili zastanowienia palnąć coś, co trafiało w sedno. To było drażniące.
Szczególnie, że była tylko pyskatą gówniarą. Dzieciakiem. Nie kimś, o kim mógłby pomyśleć w kontekście zatkania jej niewyparzonej gęby pocałunkami. Pociągnięcia dziewczyny zębami za bez potrzeby rozchylane wargi. Przyparcia jej do ściany i sprawienia, że wreszcie przestałaby słać mu te prowokacyjne spojrzenia. Nie dało się tego robić, gdy oczy zachodziły mgłą, prawda? Nie można było temu zaprzeczyć.
To byłoby gwałtowne. Z pewnością nie dałoby się powiedzieć, że byliby dla siebie wyjątkowo czuli czy delikatni, ale też nie o to by im chodziło. Napięcie musiało zostać rozładowane. Tak czy siak, trwało wyjątkowo długo. Gromadziło się i wreszcie musiało znaleźć ujście. Nie wydawało mu się, żeby którekolwiek z nich nie miało tej świadomości. Prędzej czy później wylądowaliby w łóżku.
W niechlubnym sześćdziesiątym piątym niemal za każdym razem go do tego prowokowała. Pękłby wreszcie. Tak jak robił to w tej chwili. Gdyby nie uparte stanie przy swoim tudzież chęć odpłacania się pięknym za nadobne w postaci dokładnie tych samych chmurnych spojrzeń, pękłby wyjątkowo szybko. Prawdę mówiąc, był blisko granicy, gdy postanowili wywrócić narrację do góry nogami i zostać swoimi najlepszymi przyjaciółmi.
Tak czy inaczej, w Hogwarcie by tego nie zrobił. Oboje by tego nie zrobili. Zaprzyjaźnienie się także nie wchodziło w grę, bo nigdy nie mieli być wobec siebie tak bardzo neutralni, aby móc ciągnąć to na dłuższą metę. Poza tym w tamtym czasie nie byli raczej zbyt ugodowi. Dopiero późniejsze doświadczenia wpłynęły na to, że jakoś udało im się ciągnąć tę przyjacielską farsę. Przez zatrważająco długo.
W tamtym okresie dzieliła ich znacznie większa przepaść. W czasach szkolnych istniały granice, które rozmyły się w dorosłym życiu. Upływ czasu bez wątpienia wpłynął na odbiór atmosfery między nimi. Zadziwiające jak bardzo mogła zmienić się interpretacja tego wrażenia.
Z upływem czasu całkiem samoistnie przejść od wzbudzania irytacji do ciekawości. Do zaintrygowania, podświadomej chęci poznania. Fascynacji, która pchnęła ich na chwilę na ścieżkę, jaką podążyli podczas zimowego balu. Z niezbyt zrozumiałego powodu nie kontynuując wtedy tej interakcji, tylko ucinając ją w momencie, gdy reszta wieczoru powinna przebiegać wedle schematu znanego im obojgu. Tak się nie stało. Być może całkiem słusznie.
Później atmosfera ponownie się zmieniła. Tym razem posunęli się do nawiązania czegoś na kształt instynktownego zaufania. Zawierzenia sobie nawzajem w wyjątkowo drażliwej kwestii. Tego, co tak łatwo mogliby spróbować przerzucić na tę drugą osobę, chcąc potencjalnie ocalić własną skórę.
Mogła zostawić go samego z tamtym człowiekiem. On mógł wykręcić się tym, że przez doznany wstrząs mózgu zdecydowanie nie był w stanie zrobić tego, co zrobił. Był praktycznie nieprzytomny, pozbawiony świadomości, nie odpowiadał za rozwój sytuacji. Nie był poczytalny, więc cała odpowiedzialność za rannego spoczywała na Yaxleyównie. A jednak tak się nie stało. Podeszli do tego razem. Stanęli na jednym froncie. A potem nieoczekiwanie skierowali się przeciwko sobie.
Napięcie nie powróciło, bo nigdy nie zniknęło. Jedynie ponownie zaczęli interpretować je w kontekście obopólnej irytacji. Drażnienia się nawzajem do tego stopnia, że lepiej było trzymać się na dystans. Inaczej? No, chyba też było to dosyć jasne.
- Wiem - odmruknął, tym razem nie mogąc powstrzymać dosyć charakterystycznego uśmieszku, jaki towarzyszył także jego późniejszym słowom; ta deklaracja, choć wyjątkowo przyjemna dla uszu, rozbawiła go zdecydowanie bardziej niżeli powinna: wiedział, że była jego. - Przeszło mi przez myśl, że mu współczuję, wiesz? - Nie musiał mówić, komu, prawda?
Nieszczęśnik, straceniec, zdecydowanie pomyślał o tym, że żałował tego człowieka. Niezbyt długo, bo i bez przesady. Nie zamierzał roztrząsać kolei losów kogoś, kogo z dużym prawdopodobieństwem nawet nie znał, prawda? Prawda?
Mhm.
- Wiem. I co z tego? - Odparł gładko, nie wahając się ani przez chwilę, dokładnie tak samo jak nie myśląc o tym, co mogłyby zasugerować wypowiedziane przez niego słowa.
To były wyłącznie spekulacje, czyż nie? Teoretyzowanie na temat czegoś, co nie miało miejsca w przeszłości i nigdy nie musiało się stać. Przez lata nikt nie ingerował w ich związek. No, przynajmniej nie w znacznym stopniu, bowiem od czasu do czasu pojawiały się pewne ostrożne sugestie. Ale nie pytania.
Poza początkami, pytania nie padały. Nikt nie próbował wnikać w to, co planują w najbliższych latach. Wszyscy prawdopodobnie byli na to zbyt świadomi. Wiedzieli, że niczego by tym nie osiągnęli. Jedynie wzbudziliby w nich irytację, może nawet chęć okazania przekory wobec tych powszechnych oczekiwań.
Całe szczęście mogli żyć na własnych zasadach. Żyli swoim życiem. Ich rodziny to rozumiały. Nie mogły być lepsze pod tym względem.
A jednak w tym momencie z jego ust padło to jedno stwierdzenie. Wiem. I co z tego? Wypowiedział je lekko, miękko, zupełnie tak, jakby nic nie znaczyło. A znaczyło naprawdę wiele, czyż nie? Tyle tylko, że nie sądził, że musiał to głębiej poruszać. Wydawało mu się, że to, co mógłby powiedzieć było już dostatecznie jasne. Zwłaszcza po tym wszystkim, co doprowadziło ich do tego momentu teraz. Do siebie nawzajem. Ponownie w swoje ramiona.
Oczywiście, że by to zrobił. Porzuciłby dla niej wszystko, co znał. Bez chwili zawahania. Nie chciał interpretować tej jasności w kontekście właściwego i niewłaściwego zachowania. Wystarczyło, że był pewien tego jak wyglądałaby jego decyzja. Co stałoby się jego priorytetem. Do czego by się posunął, byleby tylko podążyć za tym, co było ich na długo przed tym zanim zdali sobie z tego sprawę.
Byli sobie pisani.
Nie wystarczyłyby mu ukradkowe spotkania. Słanie sobie skrytych spojrzeń. Niewielkie gesty, dyskretnie przekazywane wiadomości, krótkie chwile w swoich ramionach. Nigdy nie zgodziłby się na coś takiego. Na trzymanie się w cieniu. Bycie tym nieoficjalnym kimś. Zostanie kochankami, nieoficjalnie swoimi ludźmi, podczas gdy jedno z nich lub oboje mieliby kogoś innego, z kim pokazywaliby się publicznie.
Nie odpowiadało mu to już wtedy, gdy się przyjaźnili. Fakt, że podczas wydarzeń w dalszym ciągu wciskano mu kogoś innego, gdy chciał, żeby to była ona. I tylko ona. Nikt inny. Więc tak. Nie powinna wątpić, że jeśli rzeczywiście przyszłoby co do czego to przebieg wydarzeń byłby dla niego zupełnie jasny. Poszedłby za nią wszędzie.
Nawet jeśli zdawał sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nim spoczywa. W końcu nie mierzył się z nią od dzisiaj. Mimo to, byłby w stanie żyć ze świadomością tego, że dokonał wyboru i wybrał ją. Ona też była jego rodziną. Kurewsko ją kochał, tak? Nie miał cienia wątpliwości, że dokładnie to samo czułby w każdej innej sytuacji, w której by się znaleźli. Poniósłby konsekwencje.
Tak właściwie wziął je na siebie wiele lat temu. Wraz z tą całą odpowiedzialnością za bycie nieoficjalnym opiekunem rodziny. Potrafił być odpowiedzialny nie tylko za siebie. Być protektorem? Nie nazwałby się głową rodu. Nie chciał nią być. A jednak nie zmieniało to faktu, że wziął na siebie znaczną część zadań ojca. Wydawało mu się, że całkiem świadomie. Nie czuł się w nie wmanewrowany, wmanipulowany. Nikt go w nic nie wrobił. Zaistniały okoliczności, które tego wymagały, więc podjął się tych zadań bez słowa sprzeciwu. Po to, żeby wszystko w dalszym ciągu układało się jak najlepiej. Dla dobra rodziny. Dla bliskich, nie dla siebie.
Równie celowo działał z cienia. Z tylnego rzędu. Zza kotary, nie okazując tego wszem i wobec. Możliwe, że nieopatrznie, bo w ostatnim czasie czuł się tym coraz bardziej przytłoczony. Coraz częściej wydawało mu się, że nie jest brany pod uwagę w momentach, w których pojawiały się pozytywne skutki jego własnych działań.
Kiedy trzeba było rozdzielić plony, nadal sugerowano mu zawierzyć, że podział będzie sprawiedliwy i samemu zostać za tą samą kurtyną. Tak, nagroda zawsze nadchodziła. Tyle tylko, że czasami miał wrażenie, że otrzymuje tylko skrawki, resztki, popłuczyny.
Był wdzięczny. Oczywiście, że był. Tyle tylko, że odkąd wrócił do domu półtora roku temu, biorąc na siebie jeszcze więcej, bo był na miejscu, jakoś nie do końca mógł odnaleźć się w tych z pozoru starych układach. To, co kiedyś było dla niego zupełnie normalne teraz nagle zaczęło go dusić. Irytować, nawet jeśli tego nie okazywał. Drażnić, czasami przytłaczać bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
To dlatego przeniósł się z głównego domu do byłego budynku gospodarczego. Z tego względu nie zajął dawnych pokojów. Miał wrażenie, że mimo upływu czasu był tam traktowany jak gość, nie domownik. Szczególnie przez najbliższą mu osobę, która momentami jak gdyby zupełnie zapominała o tym, że Roise z powrotem mieszka w Dolinie. A on przebywał tam naprawdę często. Bo musiał. Miał obowiązki wobec rodziny.
Mimo to, nie chodząc i nie chwaląc się tym, co znalazło się pod jego pieczą. Nie mówiąc o tematach i problemach spoczywających na jego barkach, bowiem jakiekolwiek podobne wypowiedzi były całkowicie zbędne. Nie tylko niepotrzebne, lecz także mogłyby przynieść więcej szkody niż pożytku.
W innym życiu. Będąc w innym miejscu. Mając w sobie znacznie więcej tego egoizmu, który paradoksalnie i tak mu zarzucano, gdzieś tam w głębi duszy chciał wierzyć, że nie zawahałby się ani przez chwilę. Zrobiłby to dla nich. Dla siebie. Dla własnego nieograniczonego niczym szczęścia.
Paradoksalnie poniekąd postępując bardzo podobnie do kogoś, kogo nie szanował za podjęte decyzje. Tyle tylko, że mimo wszystkich podobieństw, pragnął wierzyć, że te sytuacje nie byłyby podobne. Nie zwaliliby sobie na głowę aż takiego gniewu rodów. W pewnym momencie pewnie mogliby wrócić do domu.
Tyle tylko, że nie miał już tak dużej pewności jak kiedyś, że wtedy chciałby to zrobić. Mieszkając w Whitby, rzadziej odwiedzał Dolinę. Bywał w domu w weekendy, wpadał na obiady albo w interesach. Po to, żeby wspierać rodzinny biznes, ale niezbyt często w ramach zwykłego widzimisię. Najczęściej wybierał powrót bezpośrednio do swojego nowego domu.
Nie sądził, aby którekolwiek z nich tak naprawdę kwestionowało przebieg tego hipotetycznego scenariusza.
- Pamiętaj, że mam doświadczenie w planowaniu takich ucieczek - przypomniał (choć czy w ogóle kiedykolwiek jej o tym powiedział?) z błyskiem w oku, spoglądając na dziewczynę i unosząc kąciki ust.
W tym momencie nie zamierzał rozwijać tego tematu, bowiem zdecydowanie nie potrzebowali tego robić. Nie musieli marnować czasu na kolejne zbędne dyskusje dotyczące czegoś, o czym wcale nie potrzebowali rozmawiać.
Nawet jeśli na swój sposób było to całkiem nęcące. Ta świadomość, że mogliby to tak po prostu zrobić. Byliby w stanie zignorować zupełnie wszystko inne. Złamać wszystkie reguły i konwenanse, byleby tylko osiągnąć dokładnie to, czego oboje chcieli. Żeby znaleźć się przy sobie nawzajem niezależnie od okoliczności.
Nie był typem człowieka, który przejmowałby się opinią otoczenia. Tak naprawdę nigdy nie przeszło mu przez myśl, że mógłby przesadnie ukrywać swój związek z Riną. Pozbywając się łatki przyjaciół, szybko nadrobili cały czas, jaki minął od tamtych pierwszych podrygów rozwijającego się uczucia. Zanim poszli niewłaściwą ścieżką.
Już raz to zrobili. W kilka tygodni mieli za sobą oficjalne obiady z rodzinami, pierwszy wspólny debiut towarzyski. Zamieszkali ze sobą praktycznie bez zbędnych rozmów. Zaczęli prowadzić wspólne życie, jakby robili to od zawsze.
Nie wątpił, że teraz też mieli bardzo szybko z powrotem wkroczyć na te tory. Spodziewał się, że raczej prędzej niż później zdecydują się na dokładnie to samo. Szczególnie na ten konkretny krok, którego nie doczekali za poprzednim razem. Nie sądził, by tym razem mieli z tym zwlekać.
A nawet, jeśli tak, to czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Teraz po tylu latach wspólnego życia? Nie, nie miało. Nie wobec tego, co ze sobą przeżyli. Wszystkiego, co ich łączyło. Paradoksalnie nawet tego, co w pewnych momentach oddzielało ich od siebie. Nawet tych wszystkich rzeczy, w których się ze sobą nie zgadzali, doprowadzając się do białej gorączki. Nawet biorąc pod uwagę tę stronę, nie było sensu udawać, że Geraldine nie była jego priorytetem. Zawsze miała być. Więc zamierzał dać jej czas i przestrzeń. Tym razem naprawdę zamierzając udowodnić, że nie planował już nigdzie się stąd ruszać.
Nie potrzebował wiele, żeby na nowo wmieszać się w jej życie, gdy go potrzebowała. Kilka minut rozmowy. Parę wypowiedzianych słów. Nikły dowód tego, że sytuacja była trudna, niebezpieczna i skomplikowana. Śmiertelna, prawda? Od samego początku oboje mieli tę świadomość. Mimo wszystko, poszli tam razem. Wyszli stamtąd wspólnie. Tak miało pozostać.
Nie wyobrażał sobie, by mogło być inaczej. Nie, gdy znów poczuł się tak właściwie. Nie musząc myśleć o limicie czasu, jaki sobie dawali. O tym, że za kilka dni ich szczęście znowu przejdzie do przeszłości. Nawet nie o tej godzinie dwadzieścia, która zupełnie straciła znaczenie. Mogli być powolni i leniwi, prowadzić te swoje negocjacje i dyskusje. Mediacje. Tyle tylko, że czy naprawdę musieli?
- Są duże - stwierdził bez oporów, mrużąc przy tym oczy i biorąc aż ostentacyjnie głęboki wdech. - Twoje zalety. Masz duże zalety. Dużo zalet. Mhm - być może trochę z nią sobie teraz pogrywał, świadomie formułując te słowa w ten konkretny sposób.
Musiała mu to wybaczyć. Tak samo jak ten kolejny komentarz okraszony kląśnięciem językiem o podniebienie.
- Twoje zalety mówią same za siebie - więc po co rozmawiać, tak?
Mogli przejść na znacznie prostszy język. Dać gestom... ...zaletom... ...mówić samym za siebie. Tym bardziej, że stanowczo zbyt długo z tym zwlekali.
Nie mógł udawać, że to, co robiła zupełnie mu nie odpowiadało. W pewnym sensie czerpał z tego równie mocną satysfakcję, co ona. Tyle tylko, że naprawdę usiłował tego po sobie nie pokazywać. No i powoli go to rozpeaszało.
- Ach, tak - odmruknął, jakby nagle olśniło go w kwestii, która była przecież zupełnie oczywista: niczego takiego od niego nie oczekiwała.
Prosta sprawa.
Jasna jak słońce, które świeciło jeszcze tego poranka, teraz całkowicie przysłonięte chmurami. Gdyby nie zapalone lampy rzucające miękką, ciepłą poświatę, w sypialni pewnie panowałaby ciemność, nie subtelny półmrok. Ten, który tylko podkręcał atmosferę między nimi.
Mógłby sycić oczy tym widokiem. Tak po prostu zatrzymać spojrzenie na dekolcie jego dziewczyny, mimo nagości, wciąż umiejętnie rozbierając ją wzrokiem. To była naprawdę niezwykła umiejętność, czyż nie? Wbić wzrok w jej rozbujane piersi, nie robiąc przy tym nic więcej i wciąż mając pewność, że to w zupełności miało wystarczyć, by wzbudzić w niej reakcję. Żeby wywołać rumieniec na skórze, gorącą falę odwzajemnionego pożądania.
Wiedział jak to wygląda w przypadku ich obojga. Zdawał sobie sprawę z prawdziwości tego, co mu odpowiedziała. Tak samo jak tego, że to działało w obie strony. Niektóre słowa nie mogły paść z ust żadnego z nich, prawda? Nie pasowały do nich, tak?
A więc...
- Proszę, Geraldine - wymamrotał, wkładając w to absurdalne ilości zupełnego braku powagi, by zabrzmieć dokładnie w ten sposób, którego od niego nie oczekiwała: wyjątkowo chrapliwie, błagalnie, niemalże zdesperowanie. Zupełnie tak, jakby rzeczywiście potrzebował, by tu i teraz przestała znęcać się nad nim. Być tak cholernie powolna i metodyczna. Jakby w istocie zniżył się tak bardzo, aby zaskamleć jej jak szczeniak. Celowo (a jakże) korzystając przy tym z własnej wariacji na temat bardzo znajomego akcentu. W jego ustach karykaturalnie śpiewnego, przypominającego marcującego kota, bo czemu by nie? Do tego też mógł się posunąć. Granice nie istniały.
- Och, kiciu, koteczku, ty moja kocico, proszę, przestań się łasić i daj się wziąć na kolana. Weź mnie tu i teraz, prooooszę - próbował, naprawdę próbował brzmieć w tak perfidnie uległy sposób.
Posuwając się nisko, bo wbijając w nią przy tym wzrok i robiąc duże oczy. Pociągając zębami własną wargę, jednocześnie unosząc biodra, żeby podkreślić to, co było jasne.
- Stanął mi, kochanie, wiesz, że już mi stoi. Nie możesz tego zignorować. Jest cały twój, tylko zlituj się i go uwolnij, prooooszę. Geraldine, no weź pomyśl, ile jeszcze może wytrzymać zdrowy, jurny człowiek - tak, naprawdę był w stanie przełknąć ślinę i zignorować ciary żenady, które próbowały przebiec mu po kręgosłupie, byleby tylko zupełnie zbić ją teraz z tropu.
Nawet kosztem chwilowego zawahania, bo wtedy przynajmniej mógłby liczyć na to, że gdy dziewczyna wróci do przerwanej czynności, nie będzie już miała siły, by dalej sobie z nim pogrywać. Nie tak jak on zaczął pogrywać sobie z nią, kolejny raz poruszając biodrami, by dźgnąć ją swoim towarem w dłoń trzymaną na tej cholernej sprzączce.
Próbował zachować powagę, naprawdę próbował. Przynajmniej do tego momentu, bo to było zbyt wiele nawet jak na niego. Zwłaszcza teraz, kiedy byli tak blisko tego, żeby znowu znaleźć się w swoich ramionach. Po co tak bardzo im to utrudniała?
- Nie zmuszaj mnie do tego, żebym sam to zrobił - dodał już znacznie bardziej zdecydowanie, bez mrugnięcia okiem pozbywając się ostatniego śladu tej poprzedniej narracji.
Tego błagalnego tonu. Tego szczenięcego spojrzenia. Zupełnie je wymazał. Tak, jakby nigdy nie istniały. Zrobił to w mgnieniu oka, znów obdarzając ją jednym z tych spojrzeń. Tak szybko jak ona powinna pozbyć się jego spodni. Tyle tylko, że w dalszym ciągu jakoś tego nie robiła. Sama prosiła się o to, żeby jej zagroził. Kimże byłby, żeby tego nie uczynić? Mieli naprawdę duże łóżko do dyspozycji. Mogli przetoczyć się po nim co najmniej dwa razy w jedną stronę. Jeśli właśnie tego chciała, mógł przejąć inicjatywę. Odebrać jej całą zabawę, bo zdecydowanie przesadzała.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#28
04.04.2025, 09:41  ✶  

Yaxleyówna była jeszcze dość młoda, gdy poznała Ambroisa, może nie w ich kręgach, bo tam nie mieli raczej problemu z tym, aby wydawać za mąż ledwie dwudziestoletnie dziewczęta, ale jej rodzina nie naciskała na to nigdy, aż tak bardzo. Nie, kiedy z ogromnym zaangażowaniem rozwijała swoje skrzydła w ich rodzinnej działalności. Ominęło ją więc praktycznie to całe aranżowanie spotkań. Jasne, jej matka miała te swoje momenty, przebłyski, jak zwał tak zwał, kiedy sugerowała, że powinna sobie złapać jakiegoś odpowiedniego kawalera, tyle, że do Geraldine dość szybko dotarło, że był tylko jeden, który ją interesował. Temat dość szybko się wyjaśnił, bo mimo początkowych petrurbacji dotarli do tego, co właściwie ich łączyło. Nie było więc problemu z poszukiwaniem jej kandydata na siłę, gdy zupełnie przypadkiem odpowiedni sam się nawinął i był nią zainteresowany.

Matka była spokojniejsza, bo nie musiała się martwić już tym, co od zawsze powtarzała Geraldine - żadnego małżeństwa, narzeczeństwa i całej reszty. Dosyć szybko zaczęli tworzyć z Ambroisem dom, jej rodzice o tym wiedzieli i nie naciskali jakoś szczególnie na to, aby zrobili to oficjalnie. Nie wtrącali się szczególnie, tym bardziej, że wiedzieli, że kiedyś ten moment nadejdzie. To wydawało się być raczej oczywiste w ich przypadku, a przynajmniej wszystko na to wskazywało.

Nigdy jakoś specjalnie nie wnikali w to, co się wydarzyło w siedemdziesiątym pierwszym. Yaxleyówna nie miała w zwyczaju mówić o tym, co działo się w jej życiu, szczególnie kiedy coś sprawiało jej dyskomfort, kiedy czuła, że ona nawaliła. Po prostu się skończyło, to była jej odpowiedź na wszystko. Nieco więcej powiedziała Astarothowi, tutaj nie miała problemu z tym, aby wylewać swoje gorzkie żale, mimo różnicy wieku rodzeństwo było ze sobą bardzo blisko, było dla siebie oparciem w tych najbardziej chujowych sytuacjach, może nie polegało to na głaskaniu po głowie, a raczej uderzeniu w ten sposób, aby jedno lub drugie z nich doprowadziło się do porządku. Nie świadczyło to jednak, że się o siebie nie martwili - wręcz przeciwnie. Robili to jednak w dosyć specyficzny sposób, jak przystało na szorstkie geny, które odziedziczyli po swojej rodzinie.

Zdawała sobie sprawę, że miała sporo szczęścia, że w ciągu tych dwóch lat jej matka nie wpadła na pomysł, aby znaleźć jej jakiegoś kandydata, z którym mogłaby połączyć swoje życie. Zresztą na pewno wiedziała, że Geraldine by na to nie przystała, nawet jeśli miałaby bać pod uwagę dobre imię ich rodziny. Zamierzała sama decydować o tym, z kim spędzi swoją przyszłość. Nie dostała Roisa - nie chciała mieć nikogo innego. Oczywiście nie ominęły jej plotki, bo pojawiała się na przyjęciach, ten obowiązek spełniała, zazwyczaj jednak bywała po prostu przy boku swojego przyjaciela, bo tak było prościej. Przynajmniej dobrze się razem bawili, a i nie musieli usilnie odganiać od siebie kolejnych chętnych kandydatów. To było całkiem dobrym rozwiązaniem w ich przypadku, podejrzewała bowiem, że Longbottom również ma swoje powody, przez które nadal pozostawał singlem. Dobrze było mieć kogoś takiego w swoim otoczeniu, to było naprawdę wygodne.

Nie myślała nigdy o tym, że będzie pragnęła stworzyć z kimś coś stałego. Miała jednak te momenty, w przypadku Roisa. Widziała ich razem, widziała ich wspólną przyszłość, niemalże od samego początku była pewna, że będą ze sobą zawsze. Ich więź była silniejsza niż wszystko inne. Zbudowali swoją relację na czymś więcej niż tylko pożądaniu, miłości, łączyło ich dużo więcej, byli swoimi najlepszymi przyjaciółmi, sojusznikami, razem byli wszystkim. Naprawdę wierzyła w to, że nigdy się to nie zmieni, może zaliczyli ten moment, w którym się rozeszli, jednak znowu wszystko było na właściwym miejscu. Wiedziała, że już nic tego nie zmieni, nie kiedy poznała prawdę, gdy wiedziała, że zrobił to dla jej dobra, bezpieczeństwa, jak zwał tak zwał. Udało jej się w końcu udowodnić mu, że bez niego nigdy nie będzie szczęśliwa, że wtedy gdy nie było go obok dopiero zaczynała tracić grunt pod nogami i błądzić. Dobrze, że to było już za nimi, a teraz znowu znajdowali się w jej sypialni, w której mogli dyskutować o hipotetycznych sytuacjach, które nigdy miały nie mieć miejsca. To było też całkiem zabawne.

- To bardzo słuszne. Należy mu współczuć, należy współczuć każdemu, kto mógłby pomyśleć, że byłabym się w stanie nim zainteresować. - Nie da się ukryć, że Yaxleyówna od lat była w stanie kochać tylko jedną osobę, tą która właśnie znajdowała się pod nią. To nigdy nie miało się zmienić, było jedyną stałą w jej życiu.

Nie miałaby najmniejszego problemu z tym, aby zachować się w ten sposób. Uciec stąd z miłością swojego życia, nie wydawało jej się to też szczególnie kontrowersyjnym rozwiązaniem, przecież wszyscy wiedzieli, że zawsze dostaje to, czego chce, nigdy nie robiła czegokolwiek pod publiczkę. To nie było do niej podobne. Cóż, można było ją uznać za rozpieszczoną córeczkę tatusia, ale czy na pewno? Ona wolała to widzieć raczej jako fakt, że była kurewsko niezależna, nie tańczyła tak, jak jej kazali. Nigdy. Nie miała problemu z tym, aby powiedzieć swoim najbliższym całą prawdę, wyznać wszystkie swoje myśli. Wiedzieli, czego mogą się po niej spodziewać, a mogli się spodziewać niespodziewanego. Nikogo więc pewnie nie zdziwiłaby jej ewentualna ucieczka, ba - mogłaby nawet stwierdzić, że gdyby pojawiła się w domu kilka lat później to przyjęliby ją z otwartymi ramionami. Yaxleyowie nie należeli do tych okrutnych, a ona przecież była jedyną córeczką tatusia, to łączyło się z dodatkowymi profitami. Miał do niej ogrom cierpliwości, nikt inny właściwie nie traktował jej, aż tak lekko i nie był skory przystawać na jej wszystkie głupie pomysły.

- Myślę, że to doświadczenie nie jest nam już do niczego potrzebne. - Nie musieli przecież uciekać, wręcz przeciwnie. Wystarczyło oznajmić, że do siebie wrócili, a ponownie wszystko wróci do normy. Będą mogli pojawiać się razem na tych wszystkich spędach towarzyskich, pewnie nie ominą plotek, ale co z tego? Od samego początku lubiano o nich dyskutować. Pamiętała te wszystkie spojrzenia (niezbyt dyskretne), gdy zaliczyli swój pierwszy, wspólny debiut towarzyski. Przynajmniej zadbają o to, aby te stare plotkary nie umarły z nudy. Najważniejsze dla niej było to, że w końcu znowu byli razem, że powoli wracali do tego, co kiedyś udało im się stworzyć, w końcu pojawiła się nadzieja na odzyskanie sensu życia, czyż nie?

Przewróciła teatralnie oczami, ależ oczywiście, że musiał pomyśleć o tych zaletach. Czego innego mogła się spodziewać. - Mam dużo i duże zalety, to jasne jak słońce. - Czy powinna teraz w końcu się od niego oderwać, przewrócić na bok i nie dać mu wpatrywać się w te zalety? Może to było rozwiązaniem, chociaż nie, nie ku temu zmierzali. Bardzo dobrze wiedziała, że są bliscy temu, aby wreszcie sobie ulec. Ta rozmowa prowadziła ich tylko do jednego, nieuniknionego.

- Dobrze, zamknę się więc. - Bo chyba tego chciał, prawda, zresztą sama uważała, że powiedzieli już sobie wszystko, co było do powiedzenia. Na początku ją to nawet bawiło ją to w jaki sposób prowadzili tę konwersację, teraz jednak wypadałoby w końcu ją skończyć. Zwłaszcza, że przyjemne dreszcze zaczęły powoli przechodzić po jej ciele, wiedziała, że zbliżają się do momentu, w którym powinni raczej przejść do tego, co wychodziło im najlepiej - czyli do gestów.

Niestety, Roise postanowił sobie urządzić teatrzyk. Yaxleyówna wpatrywała się w niego swoimi błękitnymi oczami nieco rozbawiona. Teraz on postanowił z nią pogrywać. Wspaniale, dostała za swoje.

Zdecydowanie wolałaby uniknąć tego popisu, nie do końca wiedziała, w jaki sposób powinna zareagować, stać ją było tylko i wyłącznie na przewrócenie oczami. Wiedziała do czego zmierza, zdawała sobie sprawę, że ją teraz przedrzeźniał. Nie do końca jej się to podobało.

- Nigdy Cię do niczego nie zmuszam. - Wiedziała przecież, że zmuszanie nie miało żadnego sensu, najmniejszego. Cóż, skoro już wyrzucił z siebie tę jakże niesamowite słowa, pokazał, że ma już dość w całkiem obrazowy sposób nie zamierzała dłużej zwlekać, bo mogło się to skończyć zupełnie nieoczekiwanie.

Zamiast tego, wreszcie rozpięła mu ten pasek od spodni i zaczęła mu je zsuwać. - Nie odzywaj się więcej. - Rzuciła jeszcze cicho, bo wiedziała, że jeśli dalej będzie chciał odgrywać to swoje przedstawienie, to za kilka sekund wyjdzie z siebie i stanie obok. Nie była już szczególnie delikatna i ostrożna, wróciła do typowego dla siebie pośpiechu, bo czemu by nie.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#29
04.04.2025, 13:42  ✶  
Być może w ich kręgach to wyglądało zupełnie inaczej i wedle standardów elity oboje dosyć późno zaczęli interesować się sobą nawzajem, jednak nie dało się ukryć, że mieli przy tym całkiem sporo szczęścia. Byli jeszcze względnie młodzi, być może przez to raczej niedoświadczeni pod kątem łączenia życia z drugą osobą, ale przy sobie nawzajem dosyć szybko nauczyli się jak to robić.
W zależności od perspektywy, jednocześnie zarazem wcześnie i późno przekonał się, że być może nie jest takim znowu najgorszym materiałem na partnera. Nie miotało nim tak bardzo jak mógłby przewidywać. Nie czuł się wepchnięty do złotej klatki. Usidlony czy ograniczony.
Być może od czasu do czasu zdarzało mu się zażartować z tego, że Geraldine próbowała go sobie upolować jak zwierzę. A jednak nie czuł się z tym źle. Tamten chłodny późnozimowy poranek zmienił wszystko. W tym jego odbiór już nie zaangażowania emocjonalnego a prościej - miłości.
Nigdy wcześniej nie był zakochany. Nigdy później też nie miał być. Nie kwestionował tej myśli. Nie sądził, aby to była zbyt mocna deklaracja. Nie patrzył na świat przez aż tak różowe okulary. Po prostu wiedział, że niektóre rzeczy nie dzieją się dwukrotnie. Miał swoje doświadczenia. Te, które prowokowały wszelkie plotki. Rozmawiali o tym, prawda?
Nie szczędził sobie kontaktów damsko-męskich, ale nie. To nigdy nie był wynik zauroczenia. Nie zamierzał nazywać tego miłostkami. To nie miało żadnego związku z niczym więcej jak z chwilowymi popędami. Tymczasowym pożądaniem, które znajdowało ujście w cudzych ramionach, po czym wygasało tak szybko jak się pojawiło. Nie miał z tym problemu.
Przynajmniej do momentu, kiedy uświadomił sobie, że nie sprawia mu to już tamtej dawnej satysfakcji. Kiedy powtórnie znalazł się w sytuacji, w której nie miał żadnego innego wyboru jak tylko powrócić do bycia czyimś towarzystwem. Nie towarzyszem. Przed laty nie rozumiał tej różnicy. W siedemdziesiątym pierwszym zrozumiał ją aż za dobrze.
Nie chciał być czyimś kimkolwiek. Bycie dla kogoś nikim szczególnym, jedynie przelotnym zapomnieniem nie było tym, czego pragnął. Już nie. Brakowało mu tego wrażenia, jakie towarzyszyło mu bez ustanku przez wiele lat. Nie było to tylko stałością, przynależnością, chodziło o coś więcej. O naprawdę głębokie uczucie. Miał szczęście doznać go raz i wiedział, że nie powtórzy tego ponownie.
Nie chciał być czyimś obcym, nowym, ekscytującym. Nie chciał powtarzać miesiąca miodowego, gdy ten jego najsłuszniejszy sam z siebie tak naprawdę nigdy się nie skończył. Został przerwany. Ucięty. Brutalnie zakończony. Co gorsza przez niego samego. Jego własną ręką. Tak, musiał to uczynić. Nie, nie poczuł się właściwie, gdy znów stanął sam w obliczu coraz bardziej ponurej rzeczywistości.
Miał świadomość, że jego życie znowu stało się puste. Wkradła się w nie narastająca obojętność. Nie chciał tego dla siebie. W żadnym wypadku nie pragnął tego dla Geraldine. Wiedział, że ją okłamał. Oszukał. Że w tym kontekście zabrał jej najlepsze lata życia i zamiast przypieczętować je w jedyny słuszny sposób, doprowadził do złamania najważniejszego dla siebie słowa.
Znów stali się dla siebie obcy. Podczas nielicznych spotkań celowo się od siebie dystansowali. Wszystko, żeby ostatecznie uciąć nić, która ich ze sobą łączyła. Nie dało się zapomnieć o tym, co było, ale można było spróbować wmówić sobie, że to nostalgia malowała te wspomnienia jako piękniejsze, prawda?
Że w rzeczywistości nigdy nie byliby szczęśliwi jako oficjalna para. Że dopiero wtedy oboje poczuliby ten przymus, złotą klatkę, uwiązanie. Niemożność podejmowania tych wszystkich decyzji, o których decydowali wspólnie tylko dlatego, że mogli to robić. Nie musieli. Bo nic nie musieli. Nawet patrzeć na siebie po tym, co się stało.
Łatwiej było udawać, że są sobie coraz bardziej obcy. Nie w ten sposób, w jaki zdarzało im się to niegdyś robić. Nie po to, żeby od czasu do czasu wpleść w ich zachowanie odrobinę wrażenia niewłaściwości. Starannie podsycanej atmosfery ukradkowości. Odrobinę kontrowersji. Balansowania na granicy nieprzyzwoitości.
Nie. Nie po to. Od czasu do czasu było to całkiem ekscytujące. Wcielić się w tę rolę tylko po to, żeby podsycić płomień w trochę inny sposób niż zazwyczaj. Uwieść się na nowo. Inaczej niż na co dzień, choć nigdy nie brakowało im okazji do tego, żeby zbliżyć się do siebie. Nagle to przestała być prywatna gierka, którą mogli zakończyć w dowolnym momencie.
Nie mieli znaleźć się blisko siebie, podawać przez chwilę, po czym wrócić do domu. Traktowali się zupełnie inaczej. Utrzymywali dystans, brak kontaktu fizycznego, brak niepotrzebnej rozmowy.
Poza tym jednym nieprzemyślanym, niechlubnym momentem, ale wtedy zachowali się zupełnie tak, jakby byli dla siebie obcy. Niby nie pierwszy raz odciągnęli się na bok, wcześniej szukając okazji, by zasugerować sobie konieczność znalezienia się jeszcze bliżej siebie. Nie po raz pierwszy wymknęli się z tłumu, żeby spełnić swoje niestosowne pragnienia. To zdecydowanie nie był pierwszy wieczór, kiedy pozwalali sobie na kontrowersyjne zachowania. Postąpili impulsywnie i nawet jeśli w gruncie rzeczy to nie było nic, co nie pasowałoby do ich wcześniejszych ekscesów, to było w tym coś parszywego.
Ryzykowali zostanie przyłapanymi. Wywołanie niewielkiego skandalu związanego z tym, że oddawali się sobie w taki sposób podczas, gdy nie powinni tego robić. To samo w sobie zazwyczaj było naprawdę ekscytujące. Tyle tylko, że nie wtedy. W innych okolicznościach? Tak. Ale nie następnego dnia rano po tamtym przyjęciu. Było inaczej niż w momentach, do których mógł cofnąć się pamięcią (ale nie chciał).
Nie mieli przed tym oporów nawet tamtego pamiętnego dnia w Snowdonii. Ani wiele razy później. Wyciągali ku sobie ręce, posyłali sobie porozumiewawcze spojrzenia, opuszczali towarzystwo. Czasami po to, żeby udać się do domu, raz na jakiś czas po to, żeby jeszcze wrócić pomiędzy ludzi. Uspokoić oddech, wygładzić ubrania, przeczesać włosy palcami. Nie dać po sobie poznać jak blisko byli jeszcze przed chwilą.
Z tej perspektywy to, że tak długo trzymali się w narzuconych sobie ramach przyjaźni było wręcz trudne do zrozumienia. Doskonale pamiętał tamten żar. Wrażenie, jakby każdy jej dotyk wywoływał w nim ogień będący w stanie spalić go od środka.
Dokładnie ten sam, który płonął w nim teraz, nie mogąc znaleźć ujścia, bo nadal z nim dyskutowała. W dalszym ciągu nie zamykały jej się usta. Jemu też nie, ale to było chyba całkiem zrozumiałe? Musiał odpowiadać, nawet jeśli najchętniej uciąłby tę rozmowę tu i teraz, łącząc ich wargi w pocałunku. Odbierając dech dziewczynie. Jego dziewczynie.
Nie wiedział, czy zrozumiała myśl, którą jej przekazał. Nigdy zbyt szczególnie nie wspominał o tym, co sądził o niej w tamtym okresie. Co myślał o tym jak się zachowywała, bo w końcu sam też wiedział, że nie był wtedy święty. A jednak to była wyjątkowa ironia losu, czyż nie? Nie pił teraz do przypadkowego aranżu. Do jakiegoś nieszczęśnika z hipotetycznej historii, jaką snuli. Pił do siebie. Siebie w tym momencie. Siebie przed laty. Siebie z przyszłości. To było w tym najbardziej przekorne.
- Czy ja wiem, czy tak od razu współczuć? Trochę na to kiedyś liczyłem i patrz, chyba mnie nawet lubisz - odpowiedział, posyłając jej jeden z tych niepoprawnych uśmiechów świadczących tylko o jednym: nie skończył wypowiedzi, jeszcze nie. - Czy to towar? Chodzi o towar, tak? - O tę możliwość wynegocjowania sobie kolejnych chwil spędzonych w pościeli, podczas których raczej nie byliby zbyt skorzy do rozmawiania, więc teoretycznie nawet nie musiała go do tego jakoś specjalnie lubić.
Poirytowany, gniewny seks też był całkiem rozkoszny. Nie dało się ukryć. Tyle tylko, że zazwyczaj prowadził do zgody. Do kompromisu. I chyba do tego, że znowu musiała go wtedy lubić. Raczej nie robiła tego ze współczucia czy litości. Do kwestii litowania się nad sobą w ogóle nie powinni już wracać. Nie po tym minionym tygodniu, gdy zarzucili to sobie zbyt wiele razy.
Więc jak to było? Był tym nieszczęśnikiem, któremu należy współczuć czy jednak nie? On sam czuł się całkiem szczęśliwy.
- Oj nie wiem. No, nie wiem - odmruknął zaczepnie, ponownie przesuwając palce po skórze Geraldine; sam nie wiedział, kiedy przestał to robić, ale zdecydowanie nie powinien był przestawać. - Nie uważasz, że to byłoby ekscytujące? Zniknąć tak na jakiś czas? Na kilka tygodni. Podejmować impulsywne decyzje? Nie myśleć, co będzie, gdy wrócimy, bo może wcale nie wrócimy? - Uderzył językiem o podniebienie, zataczając opuszką palca kółko wokół jej brodawki i chłonąc spojrzeniem ten widok.
Uśmiechnął się. Powoli, leniwie, nawet jeśli przez ten cały czas czuł rozlewającą się w nim falę gorąca. Uderzenia ciepła, wewnętrzne drżenie ciała. Chęć znalezienia się z nią blisko, jeszcze bliżej. Tak bardzo jak tylko się dało. Nie wystarczało mu leżenie w ten sposób. Szczególnie, gdy oplatała go ręką a jej włosy raz po raz muskały mu skórę. Czuł się coraz bardziej rozkojarzony. Przepełniony wrażeniem, że nie potrzebuje już nic więcej, żadnych negocjacji, żadnych prób dobicia targu. Mógł jej dać wszystko, czego chciała.
I tak, roztaczał przed nią wizje, których nie mogli spełnić, bo zbyt wiele ich tu trzymało. Ale kto zabraniał im o tym myśleć? Marzyć o takim momencie? Tylko o sobie nawzajem gdziekolwiek indziej. Przy niej naprawdę potrafił poczuć się jak nieodpowiedzialny szczeniak. Teraz mu to pasowało. Zawsze tak było. Lubił to, co przy sobie mieli. To, co do siebie czuli. Brak skrępowania i masek. Otwarcie wypowiadane myśli.
- Jak słońce - powtórzył lekko, cicho, unosząc brew i zawieszając spojrzenie na jej opalonej skórze.
Tak, słońce miało tu swój udział. Bez wątpienia. Nie dało się tego nie zauważyć.
- Mhm - kolejne nieprzekonane, raczej słyszalnie sarkastyczne mhm, które jego zdaniem w ogóle nie potrzebowało już żadnego innego rozwinięcia.
Nigdy go do niczego nie zmuszała. Tak. Jasne. Oczywiście. Nigdy nie wbijała w niego intensywnego, palącego spojrzenia tych swoich niebieskich oczu. Nigdy nie mrużyła powiek, nie trzepotała przy tym rzęsami, jeżeli żadna nie wpadła jej przy tym przypadkiem do oka. Nigdy nie przesuwała czubkiem języka po malinowych wargach. Nigdy ich nie przygryzała. Tylko czasami wydobywając spomiędzy nich ciche, wcale nie celowo tylko trochę stłumione westchnienie. Politowane, oczywiście, ale jednocześnie pełne zrozumienia dla tego, że nie mogła próbować w cokolwiek go wmanewrować.
Nigdy, przenigdy nie pozwalała jasnym włosów luźno opadać na opaloną skórę. Jedynie lekko zakrywać piersi, drażniąc pofalowanymi, półprzezroczystymi kosmykami sutki i jego oczy. Nie zdarzało się, że celowo wyginała się trochę zbyt mocno. Przekładała ciężar na jedną nogę w taki sposób, że miał ochotę obrysować palcem miękką linię jej biodra. Nie unosiła brwi, nie wyginała kącików ust. Nie marszczyła nosa, gdy zaczynała przekazywać mu swoje sugestie. Rzecz jasna, to nigdy nie były próby zmuszenia go do tego, żeby uległ.
A on nigdy, przenigdy nie ulegał wbrew własnej początkowej woli. Po prostu całkowicie przypadkiem dochodził do wniosku, że może jednak należy zmienić zdanie. Być może oboje skorzystają na tej drobnej zmianie podejścia. Tak jak teraz, gdy sam z siebie postanowił posłuchać i się zamknąć.
- Jak sobie panienka życzy - wymamrotał, bo przecież to nie było tak, że po prostu musiał mieć ostatnie słowo w tej rozmowie.
Nawet jeśli kazała mu się przymknąć. Nawet jeśli zdecydowanie powróciła do rozpraszania go w jeden z tych najwłaściwszych sposobów. Takich, które same w sobie były dostatecznie intensywne, żeby skutecznie wybić mu z głowy gadanie. Nie, nie potrzebowali rozmawiać.
Wystarczyło zresztą, aby oboje całkowicie porzucili tę rozmowę, nie usiłując już dodawać nic od siebie w temacie... ...tak naprawdę czegokolwiek. Jedynym, czego w tym momencie potrzebował było mocniejsze uniesienie bioder z materaca, żeby ułatwić Geraldine ściągnięcie z niego całkowicie zbędnych spodni. Zupełnie niepotrzebnie je zakładał. W końcu mógł przewidzieć jak to się skończy.
Nie pierwszy i z pewnością nie ostatni raz. Tak właściwie to naprawdę nie potrzebowali stąd wychodzić do rana...


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#30
04.04.2025, 22:35  ✶  

Yaxleyówna raczej nigdy nie zakładała, że będzie miała ochotę związać się z kimś najdłużej. Jasne - miała świadomość, że na pewnym etapie życia rodzice mogą chcieć od niej tego, aby znalazła sobie kogoś na stałe, może niekoniecznie aranżowaliby jej małżeństwo, ale na pewno nie mieliby tego gdzieś. Pochodziła z rodziny, która należała do tych dość istotnych w pewnych kręgach. Szkoda by było, aby możliwości się marnowały. Nie było jednak jej marzeniem zakładanie rodziny, czy szukanie szczęścia, u czyjegoś boku. Wydawało jej się, że wolność jej je zapewni. Zresztą to był zawsze jej priorytet. Nie sądziła, że odnajdzie się w świecie, w którym ktoś będzie ją ograniczał, gdzie będzie czyjąś partnerką, narzeczoną, czy żoną, nie widziała się w tej roli. Jak widać jednak wszystko mogło się zmienić, gdy w końcu trafiła na odpowiednią osobę, kiedy sama poczuła, że może stać ją na coś więcej. Chciała spróbować swoich sił. Okazało się, że to wcale nie było takie straszne, wręcz przeciwnie, całkiem nieźle wychodziło jej bycie z kimś. Co zabawne, Ambroise tak naprawdę był jej pierwszym, stałym partnerem, bo wcześniej raczej sięgała tylko i wyłącznie po chwilowe doznania, bo tak było lepiej, bo nie czuła tego przyspieszonego bicia serca, czy legendarnych motyli w brzuchu. W jego przypadku to się zmieniło, otworzyły jej się oczy. Okazało się, że nawet ona może chcieć czegoś więcej, może pragnąć życia u czyjegoś boku. Co wcale nie było dla niej takie oczywiste.

To, co ich połączyło było wyjątkowe - nie mogła tego nie zauważyć, ta więź była silniejsza niż wszystkie inne, jakie tworzyła przez całe swoje życie. Wiedziała, że spotkało ją coś niesamowitego. Los splótł ich drogi, znalazł właściwie osoby, które dawały im szczęście, to było niepodważalne. Zawsze tak miało być, bo przecież zostali sobie przeznaczeni, co zresztą ostatnio potwierdziła również Florence. Wydawała się być bardzo pewna swojego zdania. Nie, żeby Geraldine potrzebowała potwierdzenia, bo sama czuła, że łączy ich coś niesamowitego, jednak musieli pozbyć się tej hipotezy, która towarzyszyła im od lat, dotyczącej ewentualnej klątwy przez którą czuli do siebie tak silne uczucie. Teraz nie powinni mieć najmniejszych wątpliwości co do tego, że przekleństwo nie miało z tym nic wspólnego.

Świat bez Roisa był pusty. Tak, kiedy ich drogi się rozeszły czuła, że straciła sens istnienia, w zasadzie to nie spodziewała się nawet tego, że kiedyś tak bardzo uzależni swoje szczęście od drugiej osoby, ale jakoś tak wyszło. Byli razem przez wiele lat, jej cały świat właściwie kręcił się wokół jego osoby, był jej rodziną, przyjacielem, partnerem. Nic dziwnego więc, że kiedy go zabrakło poczuła pustkę, która nie chciała dać się wypełnić, jakby ktoś wyrwał jej kawałek serca. Próbowała szukać ukojenia, zatracać się, poczuć cokolwiek, tyle, że nic nie miało sensu. Nie umiała zastąpić jego obecności niczym innym. Pogodziła się z tym, że już zawsze będzie nieco popsuta. Wiedziała bowiem, że wyłącznie on może jej dać to, czego naprawdę potrzebowała, zwłaszcza, kiedy już faktycznie wiedziała, co to znaczy być z nim.

Byli dla siebie stworzeni, rozumieli się jak nikt inny, może czasem się ścierali, ale to nigdy nie trwało szczególnie długo, nauczyli się szukać kompromisów, układać jakoś to swoje dosyć pogmatwane życie, wątpiła w to, że ktokolwiek byłby w stanie temu podołać, jej podołać, bo przecież nie była łatwym człowiekiem.

Cóż, jakoś tak się stało, że musieli się stracić, dostrzec, co zostało im odebrane, żeby móc dojść do tego, że szczęście mogli osiągnąć tylko razem. Udawało im się przez dość długi czas trzymać od siebie na dystans, no - nie wliczając tej jednej nocy, kiedy nie wymienili ze sobą żadnych słów, a pozwolili się ponieść chwili, pozwolili przejąć pożądaniu władzę nad ich ciałami, kiedy zatracili się w sobie w ten sposób, w który nigdy tego nie robili. Jakby nic dla siebie nie znaczyli, jakby byli dla siebie nikim. Nigdy do tego nie wrócili, nie wyciągali tej sytuacji, wiedziała, że Roise również wolał o tym zapomnieć, bo to nie byli oni, nie zachowywali się w stosunku do siebie w ten sposób. To nie było ich.

Zdarzały im się przez te lata spędzone razem chwilowe uniesienia, spowodowane nastrojem panującym w powietrzu, czy po prostu idealnym momentem, który się nadarzał, tyle, że zawsze wtedy wracali razem do tego co mieli. W ich przypadku takie sytuacje raczej były nieuniknione, bo nie potrafili trzymać rąk przy sobie, nie umieli walczyć do końca z tym wszechogarniającym ich uczuciem, tak już mieli. To nigdy nie wygasło, wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że te uczucia stawały się coraz silniejsze wraz z upływającym czasem.

- Na to liczyłeś? Mam chyba nieco inne wrażenie. - Nie wydawało jej się, aby wtedy w przeszłości spodziewał się tego, jak skończy. Nie, zdecydowanie nie. Ich pierwsze interakcje, te o których dowiedzieli się dosyć późno, bo już po tym, kiedy zaczęli być oficjalną parą należały do tych mniej przyjemnych. Zapamiętała go jako zadzierającego nos dupka, zresztą spodziewała się tego, że on miał o niej podobne zdanie. Los jednak potrafił być przekorny, potrafił udowadniać, że należy się spodziewać niespodziewanego, czy coś, bo przecież po kilku latach zaczęli tworzyć naprawdę nie najgorszy związek. - Oczywiście, że chodzi o towar, o co innego mogłoby mi chodzić? - Czyż nie? Szczególnie w tej chwili, wydawało jej się nawet, że już nie musiała niczego negocjować, bo właśnie dobijali targu.

- To na pewno byłoby ekscytujące, tak właściwie, czy teraz też nie podejmujemy impulsywnych decyzji? - W końcu zawsze robili to, na co mieli ochotę. Jasne, zupełnie inaczej wyglądałoby to wtedy, gdyby zniknęli stąd, znaleźli się gdzieś daleko i mogli w pełni odciąć się od codzienności. Nie wątpiła w to, że to mogło być naprawdę wspaniałym doświadczeniem, tyle, że w tej chwili zbyt wiele trzymało ją na miejscu. Kiedyś pewnie nawet nie założyłaby, że jej życie stanie się takie skomplikowane. Miała swoje obowiązki, sprawy, którymi musiała się interesować. Może kiedyś, może kiedyś uda jej się to choć nieco uporządkować, wtedy będą mogli pomyśleć o takiej wspólnej ucieczce chociaż na kilka tygodni? To nie było wcale takim głupim rozwiązaniem, tyle, że też nie byłaby to do końca ucieczka, bo przecież nie mieliby przed czym uciekać.

W końcu poczuła ponownie opuszki jego palców na swojej skórze, spowodowało to, że na jej twarzy pojawił się uśmiech. Naprawdę lubiła kiedy jej dotykał. Najwyraźniej znowu zaczęli zmierzać we właściwym kierunku, wystarczyło skończyć tę, może dość ciekawą, hipotetyczną rozmowę, jednak nie była ona im teraz do niczego potrzebna. Nie, kiedy ich ciała zaczynało wypełniać to palące ciepło, kiedy znajdowali się tak blisko siebie, gdy chcieli w końcu sięgnąć po to, na co zasługiwali. Dopełnienie, które było im potrzebne, aby w pełni nacieszyć się sobą. Nie, żeby nie zrobili tego dzisiaj już kilka razy, ale ciągle było jej mało, zwłaszcza, że doszli do tego, że nigdzie się nie wybierali.

Oczywiście, że nie mógł tak po prostu zamilknąć, to nie leżało w jego naturze, gdy kolejne słowa padały z jego ust, postanowiła je zamknąć w jedyny właściwy sposób - pocałunkiem. To powinno mu przeszkodzić w dalszym kontynuowaniu tej dyskusji. Jako, że już prawie udało jej się pozbyć tych zupełnie niepotrzebnych ubrań z jej chłopaka mogła w końcu to zrobić. Jeszcze chwila, a będą mogli znowu scalić się w jedno ciało. Tak, przeszkadzała im tylko i wyłącznie ta ostatnia część materiału, której powinna się pozbyć. Ponownie - oderwała usta od jego, przygryzła przy tym dolną wargę i wreszcie sięgnęła po jego bieliznę, która nie powinna znajdować się na swoim miejscu. Nie obchodziła jej ta koszula, którą może i mu rozpięła, ale nadal nie zdołała jej ściągnąć. Gdy w końcu uwolniła mężczyznę z resztek ubrań mogła zrobić to, do czego zmierzała od samego początku. Nie zwlekała tym razem, wręcz przeciwnie, dość szybko znalazła się nad nim, aby ugasić to pożądanie, które zaczęło palić ją od środka. Zdawała sobie sprawę, że to uczucie nie jest jednostronne, nie dało się tego nie zauważyć.

Zaczęła się poruszać, z początku całkiem powoli, aby mogli nabrać wspólny rytm, nachyliła się przy tym, aby zacząć zatracać się w tych spragnionych siebie pocałunkach, dłonie miała oparte na jego klatce piersiowej, mogła czuć pod opuszkami ciepło jego ciała. To było naprawdę przyjemnie. Zupełnie zapomniała o tym upływie czasu, który sami sobie narzucili, zresztą przestało ich to już teraz chyba obowiązywać.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (27698), Geraldine Greengrass-Yaxley (17132)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa