• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy

[08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#1
11.04.2025, 15:42  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 17:59 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I


08.09.1972, wieczór, Westminster

Ich wspólna podróż powoli dobiegała końca. Bletchley ciągle znajdowała się na plecach nieznajomego mężczyzny, przemierzyli w ten sposób razem sporą drogę. Ich cel był jasny. Kostnica w Ministerstwie Magii, tutaj miała się znaleźć, tutaj mogła się na coś przydać, tutaj mogła poczuć się bezpiecznie, chociaż, czy na pewno? Ministerstwo na pewno miało swoje metody na to, aby pozostać twierdzą podczas takich katastrof, na pewno zostało otoczone całą gamą najróżniejszych zaklęć ochronnych, które powodowały, że nie dało się go tak łatwo zniszczyć, musiała wierzyć, że ogień nie zdoła się wedrzeć do środka.

Płomienie ogarniały wszystkie dzielnice, przez które wędrowali. Dym okrywał całe miasto, nie było chyba miejsca do którego nie dotarł, tak samo jak i ogień. Chaos, nad którym nie dało się zapanować. Nie sądziła, aby udało się go szybko uspokoić. Nic tego nie zapowiadało. Widzieli na swojej drodze ludzi, którzy korzystali z okazji i wprowadzali jeszcze większy zamęt, którym zależało na tym, aby miasto pozostawało pogrążone w płomieniach. Nie wszystkim zależało na tym, aby znowu było bezpiecznie, wręcz przeciwnie. Korzystali z zamieszania, powodowali, że robiło się jeszcze bardziej niebezpiecznie.

Nie dostrzegła podczas ich wędrówki przedstawicieli służb, zresztą wcale jej to nie dziwiło, niby jakim cudem mogli znajdować się wszędzie? Skoro najwyraźniej płonęła cała stolica musieli zostać oddelegowani w najbardziej newralgiczne miejsca, tak właściwie to niby jak mieli je oszacować? Na szczęście to nie było jej zmartwienia, była zwyczajnym urzędnikiem, niezbyt wysoko postawionym w hierarchii, nie musiała się zajmować takimi rzeczami. Bardzo dobrze, nie miała bowiem pojęcia, jak poradziłaby sobie z takim poczuciem odpowiedzialności. Ci na wyższych stołkach przecież właśnie decydowali o czyimś życiu.

Wokół było tłoczno, mugole również przecież odczuwali to, co działo się wokół nich. Ich również ogarnęła panika, oni również mogli umrzeć tej nocy. Spanikowani ludzie przepychali się między sobą, wręcz miała wrażenie, że w tym miejscu było jeszcze gorzej niż na Horyzontalnej, gdzie znajdowali się wcześniej. Zamieszanie było ogromne, krzyki docierały do nich z każdej strony, ciągle ktoś wołał o pomoc. Nie mogli nic z tym zrobić, gdyby się w to zaangażowali, to pewnie nie byłoby końca.

Nieznajomy zrealizował swoją obietnicę, nie rzucał słów na wiatr. Dostarczył ją w okolice ministerstwa, teraz będzie musiała jakoś dostać się do środka. Nadal go obejmowała, jeszcze nie odważyła się zsunąć z jego pleców, bo bała się, że mogłaby zostać zdeptana przed samym celem ich wędrówki. To by było cholernie słabe zakończenie tej wspólnej wyprawy. Wolała więc jeszcze chwilę się wstrzymać od rozdzielenia się.

- Udało się nam. - Powiedziała cicho, jej gardło nie było w najlepszym stanie, nawdychała się całkiem sporo dymu, do tego na pewno i popiół znalazł się w jej przełyku. To wszystko powodowało nieprzyjemne uczucie, które nie przestawało jej towarzyszyć. Nie wątpiła w to, że będzie jej potrzebna pomoc medyczna, zapewne tak samo jak wszystkim, którzy znajdowali się na zewnątrz.

Może nie powinna mówić w liczbie mnogiej, bo właściwie nie byłoby jej tutaj, gdyby nie on, ale wcześniej podkreślał ich współpracę, więc właśnie przez to sięgnęła po tę formę. W sumie zaczęła się nad tym zastanawiać, czy właściwie to było słuszne? Nie chciała umniejszać temu, co dla niej zrobił, on na pewno doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że bez niego jej by tu nie było. Najpewniej zostałaby zdeptana gdzieś na Horyzontalnej, a może nawet nie zdążyłaby się ruszyć sprzed tego sklepu, który wybuchł ledwie chwilę po tym gdy postanowił zareagować na jej irracjonalne zachowanie. Nie wątpiła, że mogła zostać wzięta za wariatkę, kto normalny stał, jakby nigdy nic i wpatrywał się w ogień? Ona, dla niej to było normalne, nawet podczas takiej sytuacji, jej nadmierne myślenie zapewne zaprowadzi ją kiedyś do grobu, na szczęście dzięki mężczyźnie (swoją drogą nadal nie znała nawet jego imienia), nie miało się to wydarzyć tej nocy.

Zaczęła rozglądać się wokół, musiała pomyśleć, gdzie było mniej ludzi, którędy będzie łatwiej jej wejść do gmachu Ministerstwa. Gdy przesuwała wzrokiem po okolicy dotarło do niej, że nie było chyba jednego, słusznego rozwiązania. Wszędzie było pełno ludzi, więc tak, czy siak nie ominie jej przepychanie się między nimi. Jakoś powinna sobie z tym poradzić, tym razem sama, czuła nawet pewne rozczarowanie spowodowane tym, że ich drogi się rozejdą, bo nieznajomy okazał się być naprawdę interesującym towarzyszem. Tylko i wyłącznie dzięki niemu ta droga przebiegła w ten sposób, nie sądziła, że mogłaby lepiej trafić, miała tej nocy sporo szczęścia.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
12.04.2025, 01:48  ✶  
Kłęby dymu snuły się nad płonącym miastem, czułem, jak gorąco liże moją skórę, a popiół wdziera się w każdy możliwy zakamarek ciała - do oczu i uszu, nawet do nosa i ust zasłoniętych chustką. To było jak surrealistyczny koszmar, z którego nie dało się obudzić - z każdą mijającą chwilą było tylko coraz gorzej i gorzej. O zmierzchu, gdy słońce chowało się za horyzontem, miasto zaczęło pulsować niepokojem. Z nieba zwisały chmury, które w mgnieniu oka przybrały kolor ognia, a czas przyspieszył. Nie wiedziałem, która była teraz godzina, ale zaledwie w kilkadziesiąt minut wszystko zaczęło płonąć - każda przecznica, którą pokonywaliśmy, stała w ogniu. W oddali dostrzegałem kolejne zgliszcza budynków, płomienie wciąż tańczyły na dachach, a smog unosił się ku górze, tworząc dosłowny obraz piekła na ziemi, końca świata, Armagedonu. Każdy skrawek miasta, który znałem, został ogarnięty płomieniami. Cała stolica płonęła - to nie była tylko Horyzontalna ani magiczna część Londynu - teraz było to zbyt widoczne. Wciągnąłem głęboko powietrze, starając się zignorować chaotyczny zgiełk, który otaczał nas z każdej strony, żeby nie dać się wybić z rytmu marszu. Obiecałem brunetce, że doprowadzę ją pod Ministerstwo... Obiecałem, ale teraz widziałem, że to zadanie graniczyło z niemożliwością. Ludzie wokół mnie byli jak rwąca rzeka, porwani przez strach, nie zważający na nic, poza chęcią ucieczki. Nie mogłem jej teraz zostawić - pozwolić, by zniknęła w tym morzu twarzy, w tym wirze, który zniósłby ją na dno i pochłonął. Dojście do Ministerstwa nagle stało się większym wyzwaniem niż chyba oboje zakładaliśmy...
Ja sam na pewno dałbym sobie radę, ale musiałem być odpowiedzialny nie tylko za siebie, lecz także za moją towarzyszkę. Mimo, że nie znałem jej imienia - mimo, że nie wiedziałem, kim naprawdę jest i mogła być dosłownie każdym, nawet osobą, która w przyszłości w jakiś sposób mi zaszkodzi. Nie zastanawiałem się nad tym wcześniej - aż do momentu, gdy znaleźliśmy się na placu i dotarła do mnie waga mojego zadania, a także potencjalne konsekwencje tego wyboru. Pracowała dla Ministerstwa Magii, pełniła tam jakąś funkcję, a mi było z nim nie po drodze. Jaką miałem gwarancję, że to nie obróci się przeciwko mnie? Żadną, zupełnie zerową, ale obiecałem, że ją ochronię, i nawet, jeśli teraz ta obietnica była niczym więcej jak kolejnym ciężarem, który musiałem nieść w tym piekle, to musiałem dotrzymać danego słowa. Inaczej nie pozostałoby mi już nic - tylko to odróżniało mnie od najgorszych mętów i bydlaków. Tak jak nie rzucałem słów na wiatr, tak też jej drobne ciało było ciężarem, którego nie mogłem zrzucić, nie mogłem zostawić - chociaż obecność kobiety zdawała się ważyć więcej, niż mógłbym sobie wyobrazić na początku, musiałem sobie z tym poradzić. Obiecałem jej, że doprowadzę ją pod Ministerstwo i nawet, jeśli teraz ta obietnica wydawała się prawie niemożliwa do spełnienia, musieliśmy znaleźć rozwiązanie.
Tłum wokół nas wrzał, panika i strach były namacalne. Czarodzieje i mugole, wszyscy w jednym miejscu, wszyscy w tym samym piekle. Kobieta była niska, drobna - w tych warunkach mogłaby przepaść w mgnieniu oka. Chciałem ją postawić, ale w tłumie zniknęłaby jak kropla wody w morzu. Jej drobna figura nie była w stanie przebić się przez mrowie ciał, które napotykałem na każdym kroku. Co z tego, że miałem intencję dostarczenia jej w miarę blisko celu, ale jednocześnie jak najdalej od gmachu, skoro nie mogłem jej teraz tam zostawić? Starałem się nie myśleć o tym, co może się wydarzyć, jeśli ją tu postawię i odejdę. Nie mogłem jej po prostu tak porzucić, nie po tym wszystkim, co przeszliśmy w tej piekielnej nocy. Potrzebowaliśmy się tam dostać, razem, ale jak? Tłum wokół nas zdawał się nie mieć końca...
Kiedy otworzyła usta, by powiedzieć, że nam się udało, od razu pokręciłem głową - jeszcze nie, jeszcze nam się nie udało. Byłem zbyt skupiony i zdeterminowany, by pozwolić sobie na chwilę rozprężenia w nadziei, że to już koniec. Pewnie powinienem był być bardziej optymistyczny, dla niej, nie dla siebie, ale rzeczywistość była zbyt brutalna. Nie miała pojęcia, jak ciężko jest się przebić przez ludzi, którzy w panice walczyli o przetrwanie, ale ja wiedziałem. Nawet, jeśli z jej pozycji wyglądało to tak, jakby było mi łatwo przeciskać się pomiędzy ludźmi, wynikało to wyłącznie z tego, że dobrze wytrzymywałem trasę - byłem dwa, jeżeli nie trzy razy większy od niej, znacznie silniejszy i bardziej przystosowany do trudnych warunków. Mimo to, czułem, jak moje ramiona zaczynają drżeć od ciężaru, ale szedłem dalej, bo nie mogłem się poddać. Nie mogłem jej zostawić - w tamtym momencie przy aptece staliśmy się sojusznikami, choć wcześniej byliśmy zupełnie obcymi sobie ludźmi. Zobowiązałem się do pomocy, a teraz musiałem to zrealizować.
Moje oczy przeszukiwały tłum, szukając jakiejkolwiek nadziei, jakiegoś rozwiązania. W końcu dostrzegłem grupę ludzi w charakterystycznych ciuchach, kilka osób daleko z przodu. Mimo, że dzieliła nas spora odległość, postanowiłem, że muszę spróbować dotrzeć do nich - tym bardziej, że zaczęli się rozglądać, a ich spojrzenia zdawały się błądzić w naszym kierunku. Spojrzałem w stronę luki, gdzie tłum zdawał się trochę rozrzedzać, po czym zwróciłem się do kobiety, starając się brzmieć łagodnie, jakbym rozmawiał z dzieckiem - nie chciałem zgniatać jej ulgi, może nawet ekscytacji, ale to nie był koniec naszej drogi.
- Mon amie. - Zacząłem, bo nie znałem jej imienia, a to nie była najlepsza pora na przedstawianie się sobie, starając się mówić spokojnie. Nazwanie jej „przyjaciółką” było łatwiejsze. - Mas identyfikatol, plawda? Musis sniego teras skoszystać. Tam, spszodu, są ludzie, któszy mogą nam pomós. Musis tylko zmieniś posycję, by byś widoszna, ale najpielw powies mi... - Powiedziałem, zerkając na nią przez ramię. - Czy mas siłę to zrobiś? - Spojrzałem jej w oczy, próbując wyczytać z nich, ile siły jeszcze w niej zostało. - Ja ci pomogę, ale będzies musiała tlochę szię wysiliś. - Kontynuowałem, starając się być jasny i zrozumiały. - Usiądzies mi na lamionach. Tak, jak na konceltach lokowych. Byłaś kiedyś na koncelcie lokowym? Czy tylko na jakisz smętach dla lusi s ministelstwa? Lesitalu dla bufonów, do ktolych nie pasujes, bo wolałabysz byś na jakimś fesztiwalu? A mosze jeszteś stywnialą i lubis smęty? - Zadawałem pytania celowo w taki sposób, trochę ją podpuszczając. Próbowałem być przekonujący, a jednocześnie nieprzesadnie optymistyczny - żeby uwierzyła, że jest w stanie to zrobić. - Będzies musziała mi jesce baldziej udowodniś, sze potlafisz nie byś stywnialą, wies? Albo mi to wmówiś, jeszli nią jeszteś... Ale chyba sądzę, sze jeszteś cool. - Uśmiechnąłem się, co zdecydowanie było słychać w moim głosie, próbując dodać jej otuchy, ale wiedziałem, że to będzie wymagało od niej wysiłku. - Dlatecho podeplę cię i będę cię asekurowaś, a ty musis mosno tszymaś się mojej głowy jedną ręką. Kiedy wespnies się wyszej, wysiągnies odsnakę i zacznies nią machaś, jak zapalniszką na koncelcie, dopóki oni cię nie zauwaszą, m'kay? To wymaga więsej enelgii, bo musis utszymaś lównowagę, ale jusz dzisiaj udowodniłaś, szw jesteś stabilna. Musimy to zlobić, nie mamy innego wyjsia. Das ladę? - Wiedziałem, że to, co proponuję, nie było łatwe, ale w tej chwili nie mieliśmy zbyt wielu opcji.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
12.04.2025, 12:32  ✶  

Gdy to wszystko się zaczęło miała nadzieję, że może nie wszędzie sytuacja wygląda tak dramatycznie. W końcu nie tak łatwo było podpalić całe miasto. Docierało do niej, jak bardzo się myliła. Najwyraźniej faktycznie to się stało. Przemierzyli sporą drogę i póki co nie widziała miejsca, które nie zajęłoby się ogniem. Z perspektywy w której się znajdowała obserwowała okolicę i płomienie wydawały się być dosłownie wszędzie. Budynki płonęły, wydawało się, że ogień miał strawić wszystko, tylko czy faktycznie mogli spalić całe miasto, zrównać je z ziemią? Czy to naprawdę było możliwe? Tak naprawdę to okaże się dopiero, kiedy będą mogli oszacować straty, póki co nie było sensu o tym myśleć, bo aktualnie jeszcze wszystko było możliwe.

Nie wydawało się bowiem, aby sytuacja jakkolwiek się zmieniała na korzyść mieszkańców. Nie było widać postępu, pożar nie gasł, a raczej wydawało jej się, że robił się coraz większy, że już niedługo nie będzie żadnego miejsca, które nie zostało chociażby muśnięte przez żywioł. Była to potężna siła, którą trudno było zatrzymać, wiatr robił swoje, pomagał w rozprzestrzenianiu się ognia. Czas płynął, nie było widać światełka w tunelu, tego metaforycznego, bo całe miasto przecież świeciło, tylko nie w ten sposób, którego mogli oczekiwać.

Powinna spodziewać się, że w tym miejscu będzie tyle ludzi. Każdy chciał być bezpieczny, czyż nie? Tyle, że nie pomyślała wcześniej o tym, że sama droga mimo tego, że również nie należała do najprostszych wcale nie będzie najtrudniejszą rzeczą podczas tej przeprawy. Niby znajdowali się bardzo blisko celu, a jednak wydawał się być kurewsko daleki.

Tłum ludzi ich otaczał, każdy był przejęty tylko i wyłącznie swoim losem, każdy dokądś zmierzał, każdy miał jakiś cel, nie tylko ona. Może gdyby była nieco większa nie miałaby problemu z tym, aby jakoś przebrnąć między nimi, ale była świadoma swoich mankamentów.

Podczas sytuacji jak ta osoby jej podobne bardzo często traciły życie w najbardziej głupi sposób z możliwych. Były tratowane przez tłum, zdecydowanie wolałaby uniknąć takiej nierozsądnej śmierci. Póki co udawało jej się to tylko i wyłącznie dzięki temu, że nieznajomy postanowił się ją zaopiekować. Nadal uważała to za jakiś cud, nie umiała inaczej określić tego, że los postanowił skrzyżować ich drogi ponownie akurat tego wieczoru, gdy wyjątkowo towarzystwo kogoś jak on okazało się jej być potrzebne. Jasne, to mógł być przypadek, przypadki się zdarzały, tyle, czy naprawdę? Nic nie działo się bez przyczyny, czy coś, nie wątpiła w to, mimo, że niby była człowiekiem nauki. W magicznym świecie pewne rzeczy nie były wcale takie oczywiste.

Nie chciała być jego problemem, już nim była, ale nie wypadało nadużywać bezinteresownej pomocy. Nie znosiła tego poczucia, że jest czyimś ciężarem, a w tym przypadku stała się nim, do tego wcale nie musiał jej pomagać, bo była dla niego zupełnie obca. Miała do siebie pewne wyrzuty o to, że nie była w stanie sama jakoś sobie poradzić, szczególnie, że zazwyczaj właśnie tak było. Samodzielność była dla niej priorytetem, ale okazywało się, że nawet osoby jak ona, czasem mogą potrzebować wsparcia. Oczy jej się nieco otworzyły, ale to był dopiero początek przemyśleń panny Bletchley, które miały spowodować pożary. Na pewno na tym się nie skończy.

Nie zgodził się z nią, cóż, miał rację. Docierało do niej, że najgorsze było jeszcze przed nimi, póki znajdowała się na jego plecach chyba ciągle pozostawiali pakietem. Mógłby zapewne bez najmniejszego problemu postawić ją teraz na ziemi i zniknąć w tym tłumie, bo przecież dotrzymał słowa. Doprowadził ją do Ministerstwa, najwyraźniej jednak traktował dane słowo poważnie, bo nie zamierzał jej jeszcze zostawić. Skąd brali się ludzie jak on? Nie miała pojęcia, nie wnikała, spore szczęście ją jednak dzisiaj spotkało - tego akurat była pewna.

Po raz kolejny odezwał się do niej po francusku. Cóż, najwyraźniej był to jakiś jego drugi język, czy coś. Może stamtąd pochodził? Nie miała pojęcia, tyle, że wcześniej wspominał coś o Stanach... Próbowała rozwiązać zagadkę, chociaż to chyba nie był odpowiedni moment, musiała wrócić myślami do rzeczywistości, nie powinna znowu odpływać, bo to mogło ją dzisiaj zgubić. Na szczęście dosyć szybko się złapała na tym momencie zamyślenia.

Uniosła głowę, aby spróbować dostrzec tych ludzi, którzy znajdowali się z przodu, z pozycji którą aktualnie zajmowała, jednak nie widziała, aż tak wiele. Musiała więc uwierzyć mu na słowo. Skoro mówił o tym, że byli tam ludzie, którzy mogli im pomóc to na pewno tak było. - Mam, mam go. - Zdawała sobie sprawę, że to może być bardzo istotne w tym momencie. Jako pracownik Ministerstwa nie powinna mieć większego problemu z tym, aby dostać się do jego wnętrza. Podejrzewała bowiem, że sporo osób niezwiązanych z nim mogłoby dzisiaj szukać tam bezpiecznej przestrzeni na przeczekanie tego, co się działo.

Czy miała siłę to zrobić? Nie chciała go zwieść, mogła się wykazać chociaż odrobinę. Nie zamierzała też przeceniać swoich możliwości, bo zdawała sobie sprawę, że w tym wypadku lepiej było racjonalnie podchodzić do tematu. Ręce ją nieco bolały, bo trzymała je zawinięte sztywno wokół niego, ale to nie było nic takiego. Właściwie to nie wysiliła się zbytnio podczas drogi, którą przeszli, na pewno jego to dużo więcej kosztowało, bo na plecach miał ciężar, z którym musiał się poruszać. - Spróbujmy. - Bez sensu było zastanawiać się nad tym, czy miała siłę, czy jej nie miała, czy była w stanie się wysilić. Lepiej było po prostu zacząć działać. Prudence potrafiła być zawzięta, więc nie miała zamiaru łatwo odpuścić. Nie kiedy znajdowali się tak blisko celu, a on miał najwyraźniej kolejny pomysł, w jaki mógł jej pomóc.

- Twoje ramiona znajdują się dosyć wysoko. - Wspomniała, jakby przypadkiem tego nie zauważył. Wśród tego tłumu ludzi, który się wokół nich przepychał dość trudno będzie jakoś specjalnie manewrować. Musiałaby się go złapać za szyję i jakoś podciągnąć, okropnie żałowała teraz tego, że raczej nie przykładała zbyt wielkiej wagi do swojej sprawności fizycznej, bo to zapewne mogłoby jej pomóc. - Byłam na koncercie rockowym, nie wszyscy ludzie pracujący w Ministerstwie są bufonami, mamy swoje życia poza nim. Do dzisiaj żałuję, że nie byłam na Woodstocku w sześćdziesiątym dziewiątym, ale nie dostałam urlopu. - Może nie wyglądała, jakby była szczególnie wyluzowana, bo nosiła się raczej jakby miała kija w dupie, ale to niczego nie oznaczało. Prudence nie była typową biurwą, ale nie mógł tego wiedzieć, no bo niby skąd? Od zawsze sprawiała pozory, jeszcze w szkole wydawała się być grzeczną, ułożoną dziewczynką, ta cała otoczka ułatwiała jej wiele, nikt nie podejrzewał Bletchley o to, czym zajmowała się w czasie wolnym, nikt nie domyślał się, że sięga po nielegalne praktyki magiczne.

- Dzięki, udowodnię Ci, że jestem cool. Kiedyś. Pokażę Ci parę sztuczek, może to wystarczy. Tylko nie tutaj, to nie jest odpowiednie miejsce. - Jeszcze nie wiedziała których konkretnie, bo miała ich sporo w zanadrzu, ale nie miała tego robić teraz prawda? Zresztą nie mogła się chwalić tymi najbardziej fajnymi między ludźmi, bo to było zakazane.

- Co jeśli urwę Ci głowę? - Ona również próbowała nieco rozładować atmosferę, wiedziała, przecież, że to nie było możliwe. Tak, zrozumiała plan, chyba był całkiem logiczny, więc była gotowa spróbować to zrobić.

- Wszystko jasne, możemy to zrobić. - Nie mieli lepszej opcji, zamierzała więc sprawdzić, czy faktycznie była taka stabilna jak myślał, oczywiście, że zamierzała udowodnić, że tak, nie chciała go zawieść, skoro wierzył w to, że uda jej się to zrobić, to była całkiem niezła motywacja.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
12.04.2025, 17:55  ✶  
Zatrzymałem się na chwilę, próbując ocenić sytuację. Tłum wokół nas był gęsty, jakbyśmy weszli w mrowisko. Było ciemno, ale jasność ognia sprawiała, że wszystko wydawało się surrealistycznie rozświetlone. Pożar ogarniał Londyn w sposób, który wydawał się niemożliwy do zrozumienia - każdy skrawek miasta płonął, a niebo, chociaż był środek nocy, było skąpane w dziwnym blasku. Łuna ognia odbijała się od nisko wiszących chmur, oświetlając stolicę w sposób, który przyprawiał o dreszcze. Żar sprawiał, że powietrze było gorętsze niż na pustyni, a dym wypełniał płuca bardziej niż chmura burzy piaskowej, sprawiając, że każdy oddech był wyzwaniem. W powietrzu unosił się duszący smród spalenizny, a krzyki ludzi mieszały się z trzaskiem płomieni.
Czarodzieje i mugole, wszyscy zdezorientowani, szukali drogi do bezpieczeństwa. Miałem czelność obiecać, że odprowadzę nieznajomą pod wejście do Ministerstwa, ale teraz ta obietnica wydawała się wręcz niemożliwa do spełnienia. Mimo tego, że nie znałem imienia brunetki, czułem, że muszę o nią zadbać, i to mi teraz najbardziej ciążyło - ta noc zbliżyła nas do siebie w sposób, którego nie potrafiłem wytłumaczyć. W pewnym sensie, to, co się działo, łączyło nas na poziomie, którego nie mogłem wyjaśnić. Bycie dobrym samarytaninem w takich chwilach nie powinno mieć znaczenia - liczył się tylko instynkt przetrwania, a mój był zaburzony, bo zamiast uciekać z miasta, utknąłem na placu pośród gęstego tłumu z obcą osobą na barkach - dosłownie i w przenośni. Nie znaliśmy się, a jednak czułem, że nie mogę jej zostawić na pastwę losu. Nie mogłem jej tak po prostu postawić gdziekolwiek, w tym mrowiu zniknęłaby bez śladu. Tłum wokół nas zdawał się nie mieć końca. Każdy krok miał być coraz trudniejszy, a ja musiałem się skupić, by nie stracić orientacji.
Wciąż trzymałem ją na plecach, czując jej oddech i ciepło ciała. Czułem jej ciężar i w tę dziwną presję w głowie, ale nie zamierzałem ustąpić. Musiałem zrobić wszystko, co w mojej mocy, by pomóc jej dotrzeć do bezpiecznego miejsca. Kiedy w końcu, po długiej chwili szukania, dostrzegłem grupę ludzi, moja nadzieja wzrosła. Mieli na sobie charakterystyczne ciuchy, które wskazywały, że są z Ministerstwa.
Ulżyło mi, kiedy kobieta przystała na moją improwizację.
- Zuch dziewszyna. - Posłałem jej uśmiech przez ramię. Wdech, wydech. Musiałem się skupić. Chwilę potem wzrok miałem ponownie utkwiony w grupie przed sobą. - Splóbuję się pochyliś. - Powiedziałem, decydując się na ryzykowny ruch. - Ale nie na długo, bo tłum jeszt ciasny, a nie chciałbym dosztaś w głowę od kogoś, kto szię cofnie. Powiesmy, sze będziesz mieś minutę, m'kay? - Potwierdziłem na szybko. Przez chwilę zastanawiałem się, czy to w ogóle ma sens, ale nie miałem innego wyboru, musieliśmy spróbować. Nie wiedziałem, co innego mielibyśmy robić. Próbowałem znaleźć jakieś wyjście, ale tłum był tak gęsty, że czułem się coraz bardziej jak w pułapce - mimo to, wierzyłem, że to, co planowaliśmy, może zadziałać.
W odpowiedzi na protest ze strony brunetki na sugerowanie jej bycia drętwą i późniejszą zaskakującą deklarację, mój umysł na kilka chwil powrócił do wspomnień z 1969 - zaraz potem parsknąłem śmiechem na wspomnienie Woodstocku, który w pewnym sensie wydawał się irracjonalnie odległym wspomnieniem w tej piekielnej nocnej scenerii, jak z innego życia albo podróży na grzybach.
- Wies, Woodstock to była akcja, nawet jak na fesztiwalowe standaldy. Byłem tam. Mam nawet tatuasz na dowód, ale nie pokaszę ci, gdzie... - Powiedziałem, próbując rozładować napięcie. Na dupie - dosłownie miałem tatuaż na dupie. Stereotypowa matka byłaby dumna. -Slobiony igłą, pszes co wdało szię zakaszenie, ale jak pszeszło, to i tak jest cool. - Czułem, jak uśmiech poławia się na mojej twarzy, chociaż sytuacja wokół mnie była tragiczna. - Tam było fajnie, a teras suję szię, jakbym miał naplawdę słego tlipa. - Mruknąłem już do siebie pod nosem, nie wiedząc, czy mnie usłyszała, bo to był mimowolny komentarz. - Czy to będą fesztiwalowe sztuszki? Bo nie wiem, na co mam szię sykowaś. No i... Na kiedy szię umawiamy? Musę wiedzieś, kiedy klepać telmin, bo wkrótse wyjeszczam sklaju. - Spytałem, starając się nieco rozluźnić atmosferę, nawet jeśli świat wokół nas wciąż płonął.
Roześmiałem się w odpowiedzi na jej kolejne słowa. Parsknąłem śmiechem, chociaż w tej chwili wydawało się to absurdalne.
- Musziałabyś szię balso postalaś i dokonaś niemoszliwecho, bo jak do tej poly udaje mi szię dzielnie nie tlaciś głowy pszes szadną kobietę. Niektószy pewnie nawet wybaszyliby ci to mordelstwo i poglatulowali. - Czułem, jak w moim głosie pojawia się rozbawienie, chociaż doskonale wiedziałem, co kryje się za tym żartem. Moje wcześniejsze doświadczenia z kobietami były dalekie od łatwych, a ta noc przypomniała mi o bólu, który towarzyszył mi przez długi czas - niby minął, ale chyba nie do końca...
Zaraz po tym, nie wiedzieć czemu, znów parsknąłem śmiechem. Wiedziałem, że to, co mówiłem, mogło brzmieć lekko, ale dla mnie wiązało się z naprawdę złymi doświadczeniami. Była tylko jedna kobieta, dla której straciłem głowę, a to zakończenie nie było przyjemne. Wspomnienia wracały przez cały wieczór, odkąd ruszyliśmy przez płonące miasto, przywołując obrazy, które wolałem schować głęboko w sobie.
Przechyliłem się do przodu, aby mogła wspiąć się na moje ramiona. Czułem na sobie ciężar jej ciała, ale w tym momencie nie myślałem o tym, jak ciężko będzie mi się poruszać.
- Dobla, mon amie. - Powiedziałem. - Wszpinaj szię. Pamiętaj tylko, szeby machaś identyfikatolem ministelstwa, a nie pokazywać cycki, co za duszo loka, to niesdlowo. - Dodałem z przymrużeniem oka, starając się rozładować napięcie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#5
13.04.2025, 00:37  ✶  

Dopiero teraz zaczęło się robić naprawdę tłoczno. Wcześniej również wokół nich znajdowało się wielu ludzi, ale przy Ministerstwie gromadził się jeszcze większy tłum. Powinni się tego spodziewać, jednak jakoś tak wyszło, że założyli, że najgorsze będzie przemieszczanie się. Nie do końca to się zgadzało. Jasne, chciała wierzyć w to, że najgorsze za nimi, stąd wziął się jej entuzjazm związany z dotarciem na miejsce, jednak wiedziała, że nie był słuszny. Musiała się bowiem jeszcze nagimnastykować, aby bezpiecznie trafić do wnętrza budynku.

Ponownie jednak - nie zostawił jej samej sobie, nie odwrócił się na pięcie, nie odszedł. Nadal czuł się za nią odpowiedzialny, to było miłe, ale chyba też głupie. Nie powinien, aż tak brać tego do siebie, nie powinien aż tak przejmować się jej losem. Była mu obca. Czuła dziwną więź, która połączyła ich tego wieczora, było to dla niej zupełnie nowe, bo jeszcze nigdy nie przeżyła z nikim czegoś podobnego. Razem znajdowali się w samym sercu chaosu, spletli swoje drogi, związali je tego wieczora. To było coś innego od wszystkiego, co było jej znane, jeszcze nigdy chyba nie znajdowała się tak blisko śmierci, jak teraz. Udało jej się jej uniknąć, ale wiedziała, że nie było to jej zasługą, nie udałoby się jej to, gdyby nie ten zupełnie obcy mężczyzna, który zainteresował się jej losem.

Wisiała mu sporą przysługę, wartą zdecydowanie więcej od porzeczkowego lizaka, którego mu obiecała. Zdawała sobie z tego sprawę, Prue nie była głupia, wiedziała, jak klarowała się ta sytuacja. Będzie musiała go odnaleźć i jakoś wynagrodzić mu to wszystko, co dla niej zrobił. Czy w ogóle będzie to możliwe? Nie miała pojęcia, bo przecież nawet nie znała imienia mężczyzny, nie wiedziała kim jest, właściwie to niewiele o nim wiedziała poza tym, że miał dość kontrowersyjne podejście do jedzenia, i to, że nie był stąd o czym świadczył i jego akcent i to, o czym wspominał podczas ich rozmowy.

Uśmiechnęła się, kiedy usłyszała jego słowa, doceniała to, co dla niej robił. Naprawdę starał się spowodować, że będzie się czuła pewnie. Nie sądziła, że ktokolwiek inny traktowałby ją w ten sposób, martwił się tym, jak się czuje z tym, co działo się wokół niej. Mimo tego, że się nie znali, to się o nią troszczył, a może jej się wydawało? Nie, wiedziała, że to nie były tylko pozory. Bez jakiegoś konkretnego powodu naprawdę przejmował się jej losem i tym, co czuła w tej chwili.

- Minuta brzmi nieźle, tylko uważaj na siebie, dobra? Nie chciałabym, żeby ktoś Cię uszkodził. - Nie była tutaj sama, powinien również przejmować się sobą. Nie dość, że dźwigał ją przez ten cały dystans, to teraz miał ryzykować ewentualnym uderzeniem w głowę, wszystko w imię czego? Nie była nikim istotnym, nie musiał się nią, aż tak przejmować, ale chyba chciał to robić, nie znała jego argumentów, nie wiedziała dlaczego to robił, ale ktoś musiał zadbać też o niego, dlatego wolała przypomnieć Fenwickowi o tym, aby na siebie również uważał.

Prychnęła głośno, gdy usłyszała jego kolejne słowa. No, ależ oczywiście, czego innego mogła się spodziewać? Musiał tam być. Ona nie dostała wolnego, pracowała wtedy w Mungu, gdzie na urlopy pozwalano od święta, przez co przegapiła ten festiwal, a ten tam był. - Oczywiście, że musiałeś tam być, nie znam nikogo bardziej cool od Ciebie, w ogóle nie wiem, jak niby mam się z Tobą mierzyć, kumplu. - Nie miała do niego podjazdu, i chyba zaczynało ją to trochę boleć.

- Dopóki nie zobaczę tatuażu, to nie uwierzę, sorka, możesz mnie oszukiwać. - Trochę go podpuszczała, tak, chociaż nie był to ani odpowiedni czas, ani miejsce, ale dobrze było po raz kolejny uciec myślami od tego, co działo się wokół nich. To działało, zresztą zauważyła to już wcześniej, kiedy on zajmował jej myśli rozmowami o jedzeniu.

- Wiesz, że mogło Ci coś odpaść, jeśli igła nie była sterylna? - Na pewno zdawał sobie z tego sprawę, prawda, na pierwszy rzut oka jednak wydawał się mieć wszystkie kończyny, więc może nie zakończyło się to tak źle. Zresztą nie miała pojęcia o tym, że zrobił sobie tatuaż na dupie, tak to pewnie chciałaby zweryfikować, czy jej kawałek nie odpadł przez to zakażenie.

- Bądź gotowy na wszystko, nie chcę psuć niespodzianki. - Nie sądził chyba, że da mu odpowiedź podaną na tacy, prawda? Zresztą jeszcze nie miała jej przygotowanej, wiedziała jednak, że nie chciała, aby faktycznie wziął ją za sztywniarę, dlatego musiała przygotować coś wyjątkowego. - Za tydzień? Czy to za późno, kiedy zamierzasz wyjechać? - Nie miała pojęcia co spotka ich jutro, czy pojutrze, wiedziała, że sporo się może do tego czasu wydarzyć, a tydzień wydawał się całkiem, bezpieczną opcją na ewentualne, kolejne spotkanie. Nie, żeby w ogóle wierzyła w to, że faktycznie na siebie wpadną, ale skoro chciał termin - to mu go dała.

- Najwyraźniej jeszcze nie spotkałeś kobiety, która faktycznie potrafiłaby zrobić komuś krzywdę, to Twój szczęśliwy dzień, może zmienisz podejście. Zresztą lubię wyzwania. - Nie zamierzała mu grozić, bo niby dlaczego, ale z drugiej strony wiedziała, że stać ją na wiele, na pewno gdyby się odrobinę postarała to byłaby w stanie urwać mu głowę, czy coś. Nie mógł wątpić w jej umiejętności, może nie chodziło jej o to, o czym wspominał, ale miała swoje, zupełnie inne metody, bardziej dosłowne.

Śmiał się, to chyba dobrze? Nie było sensu jakoś za bardzo przejmować się tą sytuacją w której się znaleźli, nic złego nie mogło im się przytrafić, nastawienie było przecież bardzo istotną sprawą, a oni mieli je teraz wyjątkowo dobre.

Poczuła, że zmienił pozycję, wychylił się do przodu, to był ten moment, w którym musiała się skupić i spróbować wdrapać się wyżej. Wzięła głęboki oddech, aby nieco się odprężyć i wtedy usłyszała jego słowa, tym razem to ona parsknęła śmiechem. - Cycki są całkiem dobrze schowane, nie tak łatwo byłoby mi je pokazać, ale dzięki za radę. - Była całkiem przydatna, gdyby się zapomniała, bo przecież każdy mógłby się pomylić, prawda?

W końcu zaczęła się wspinać, właściwie wspinaczka, to było chyba nieco za dużo powiedziane, przesuwała się ostrożnie, aby zmienić pozycję, znaleźć się jeszcze wyżej, nigdy nie robiła podobnych rzeczy, więc podchodziła do tego raczej ostrożnie. Jej ruchy były opanowane, bo nie chciała wbrew temu, co mówiła urwać mu głowy, wiedziała, że nie ma zbyt wiele czasu, bo mógłby na tym ucierpieć. Zaczęła od rąk, przesuwała je wyżej, a później podciągała dalszą część ciała, kawałek po kawałku, aż w końcu jej nogi znalazły się na jego ramionach, zadowolona z sukcesu, złapała dłonią jego kitkę, którą sama związała mu wcześnie, właściwie to nieco mocniej ją ścisnęła, bo zauważyła, że włosy zaczęły mu się z niej wymykać. - Jestem, kurwa. - Powiedziała wprost do jego ucha, bo znajdowała się teraz praktycznie przy nim. Zazwyczaj nie wyrażała się w ten sposób, ale była zadowolona, że udało jej się to zrobić, bo jeszcze chwilę wcześniej nie do końca wierzyła w sukces tej misji.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
13.04.2025, 17:01  ✶  
To było miejsce, które miało być bezpieczną przystanią, ale z każdym krokiem i manewrem pośród tłumu czułem, jak sytuacja staje się coraz bardziej beznadziejna. W powietrzu czuć było nie tylko dym ze spalonych budynków, ale także napięcie i strach.
- O mnie szię nie maltw. - Zapewniłem, skanując wzrokiem okolicę i szukając odpowiedniej drogi do ludzi z ministerstwa.
Zaraz za nami znowu rozległ się krzyk, a ja spojrzałem na nią przez ramię, żeby upewnić się, że nadal ze mną była - nie odleciała wzrokiem ani myślami, zdecydowanie, zamiast tego zrobiła się wręcz uszczypliwa. Nie mogłem powstrzymać się od parsknięcia, gdy usłyszałem jej oburzony komentarz o Woodstocku. Uśmiechnąłem się do siebie na myśl o tych wszystkich szalonych latach, które spędziłem na wędrowaniu po różnych zakątkach świata. Patrząc na kobietę, która wciąż trzymała się mnie kurczowo, niby teoretycznie czułem, że w tym momencie moja wesołość jest nieco irracjonalna, ale gdy skomentowała, że oczywiście tam byłem, bo „jestem taki cool”, nie mogłem się powstrzymać od śmiechu. Czułem, że jej wzrok błądzi po moich plecach, a jej myśli zapewne krążą wokół tego, jakim strasznym jestem frajerem, że muszę chwalić się takimi rzeczami w obliczu szalejącego żywiołu, żeby udowodnić, jaki to jestem hardkorowy.
- Cósz, cósz… - Zacząłem, starając się nadać swojemu głosowi ton nonszalancji. - Oszywiście, sze jesztem tak baldzo cool, sze byłem na Woodstocku i nie tylko. - Odparłem, przewracając oczami, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. Pokręciłem głową, parskając cicho śmiechem, mimo, że wokół nas szalał pożar. - Cósz, pszywileje swiąsane z bysiem nomadą. - Powiedziałem, starając się nadać mojemu głosowi lekko nonszalancki ton. - Pszes osztatnie piętnaszcie lat s gólką byłem w wielu mniej lub baldziej ciekawych miejszcach i szytuasjach. Mosze nawet wyślę ci posztówkę, jeśli nadal będzies współplasowaś. Ekwiwalent „dzielnego pasjenta”, pszes któly będzies mogła mówiś, sze jestesz cool, bo mas cool pszyjasiół zagranisą. - Rzuciłem, wzruszając ramionami, co sprawiło, że lekko się bujnęła. Spojrzałem na nią z przymrużonym okiem. Zdawałem sobie sprawę, że moje słowa mogły brzmieć nieco durnowato, ale w tej chwili nie miałem innego wyjścia - poza tym, faktycznie - to mnie bawiło bardziej, niż powinno.
Zdawałem sobie sprawę, że to raczej niemożliwe, żebyśmy utrzymali taki kontakt po tej nocy, bo w końcu nie znaliśmy się zbyt dobrze. Może poznałem jej adres, ale nie wysyłałem pocztówek do obcych. W tym momencie chciałem być dla niej oparciem, a nie zrzędzącym mrukiem, który żałuje, że postanowił jej pomóc. Wewnątrz jednak, w głębi duszy, byłem świadomy, że to owszem, miłe założenia, ale to też jednocześnie czysta mrzonka.
- Ale wies, cosz sa cosz, jesztem cool, ale nie mam takiego cool mieszkanka jak ty ani wasznej posadki. - Dodałem, myśląc o ostatnich wydarzeniach. Czy zamieniłbym moje cool życie na wygodne mieszkanko? Prawda była taka, że nie miałem odpowiedzi - od lat nie było miejsca, do którego mógłbym uciec, albo w którym byłbym w stanie spokojnie odpocząć, nie korzystając z cudzej uprzejmości. Poza tym, wbrew temu, co mi ostatnio zarzucono - przejmowałem się tym, że z mojego powodu może ucierpieć ktoś, kto jest mi bliski, więc nie chciałem bez potrzeby korzystać z wyciągniętej ręki. Nawet wtedy, gdy tak byłoby łatwiej - częstokroć wolałem odrzucić pomoc, tym bardziej w tych najbardziej kruchych i podatnych momentach, gdy czułem się, jakbym spadał w przepaść w zwolnionym tempie. Nie chciałem być cudzym ciężarem, jeszcze dodatkowo nie będąc gwarantem bezpieczeństwa, a wręcz przyciągając kłopoty.
Wiele razy byłem świadkiem rzeczy, które sprawiały, że człowiek czuł się jak na skraju życia i śmierci - zupełnie jak w tym momencie, i chociaż na ogół nie miałem zbyt wielu powodów do radości, a ta chwila wydawała się być jakimś dziwnym żartem losu, wciąż czułem się zaangażowany w podtrzymanie lekkiego tonu rozmowy.
Jest jak jest. Czasami życie potrafi być absurdalne - można albo się poddać, albo popłynąć z prądem. Zdawałem sobie z tego sprawę i być może to sprawiało, że mimo tego, że otaczał nas chaos, to ja w tym momencie czułem się dziwnie spokojny. Próbowałem przelać to na moją towarzyszkę. Trzymaliśmy się razem, więc to było naturalne, że chciałem, żeby poczuła się bezpiecznie, mimo że dookoła nas szalał ogień i wybuchała coraz większa panika. Chciałem, by wiedziała, że nie jest sama w tym szaleństwie i może liczyć na mnie - nawet, jeśli nasze drogi splatają się tylko na chwilę. W momencie, gdzie wszystko się pali, a otoczenie szaleje, ja byłem tu, by ją wspierać - w miarę swoich możliwości, bo się nie znaliśmy. W gruncie rzeczy liczyłem, że nie jestem takim znowu najgorszym tymczasowym zastępstwem dla człowieka, który oferował jej wsparcie na co dzień - ta myśl nasunęła mi się sama, prowadząc do tego kolejnego wniosku i rozbawionych, ale przekornych słów.
- Wies, mógłbym ci go pokasaś... - Zacząłem, a uśmiech nie opuszczał moich ust. - Ale twój naszeszony pewnie nie byłby zadowolony, bo mam go laszej… No, dosyś niszko w... Kontlowelsyjnym miejsu. - Powiedziałem, nieco prowokacyjnie. Nie wiem, co mnie tak bawiło, ale ta dziwna, wewnętrzna wesołość nie chciała mnie opuścić, mimo że wszystko wokół mnie było tak tragiczne. - Jimi Hendrix. - Zniżyłem głos, porozumiewawczo, jakbym dzielił się z nią jakimś sekretem. - The night I was boln, the moon tulned file led. Czelwony księszyc sama wies, gdzie... - Wyjaśniłem, nie mówiąc już o tym, że przez warunki, w jakich powstało to artystyczne dzieło, bardziej przypominało kółko albo bardzo duży znak interpunkcyjny - wielką kropkę. Nie mogłem się oprzeć refleksji, jak wiele tych „znaków” zyskałem przez lata. Każdy z nich przypominał mi o miejscach, ludziach i chwilach, które mnie ukształtowały. Niektóre były zabawne, inne trudne, ale każda z tych historii miała swoje miejsce w moim sercu. W duchu wątpiłem, czy ten żart się przyjmie, ale nie mogłem się powstrzymać - w końcu będąc dokładnie takim typem człowieka, który ma tatuaże na dupie, raczej mogłem pozwolić sobie na kontrowersyjne zachowania.
- Na szole jescze szobie nie slobiłem, bo nie znosę noszić gszywki. Chyba wyglądam w niej jak debil. - Dodałem, parskając znowu. Zamrugałem, zastanawiając się, czy w ogóle dobrze robię, dzieląc się z nią każdym kolejnym niepoważnym szczegółem. Wydawało mi się, że to wcale nie jest takie złe, skoro najwyraźniej działało - nie znałem jej dobrze, ale czułem, że w tym całym zamieszaniu stajemy się sobie bliżsi, więc pozwalałem sobie na te komentarze. Byliśmy dwojgiem obcych w stojących w obliczu zagrożenia, ale w jakiś sposób, w tej szalonej rzeczywistości, zaczynaliśmy poznawać siebie nawzajem. Nie mieliśmy zostać przyjaciółmi, ale liczyło się to, że byłem tu i teraz, oddychając, czując jej ciężar na swoich plecach i próbując znaleźć wyjście z sytuacji.
- No cósz, to lysyko, któle jesztem w sztanie podjąś. Stelylnoś to ostatnia szecz, jaką szię pszejmuję. Szycie jeszt za klótkie, szeby ciągle szię wahaś i baś. - Stwierdziłem. Przestałem liczyć, ile razy udało mi się wymknąć śmierci z rąk. Czasami czułem, że coś mną wstrząsnęło, ale nie miałem na to wpływu, więc nie zamierzałem przejmować się na zapas. Przez lata coś się we mnie zmieniło, stałem się mniej zachowawczy wobec siebie samego, mniej przejmujący się obrażeniami. Zresztą kobieta coś o tym wiedziała, z uwagi na tamtą sytuację na ulicy z kolanem - prawda? Gdyby nie ona, pewnie jakoś bym to rozłaził. Zniżyłem głos, jakby to była jakaś wielka tajemnica, i dodałem:
- Ciągiem chłodniszym i datą pszydatności do sposzycia tesz galdzę, uwieszysz? - Podzieliłem się tym w taki sposób, jakby to, co mówiłem, miało być sekretem tylko między nami. Ułatwił mi to fakt, że mój głos powoli sam z siebie zaczynał przypominać zachrypnięty pomruk. Na chwilę musiałem zamilknąć, żeby zebrać siłę, bo już słyszałem po sobie efekty wdychania dymu i gadulstwa, ale wkrótce znów się odezwałem, starając się utrzymać jej uwagę.
- Posa tym, pszypominam ci, sze jesztem najemnikiem, zawse jesztem gotowy na wszysko. - W moim głosie brzmiała nuta brawury i lekceważenia, ale nie bez powodu. Może to było głupie, ale w moim przypadku śmiech był jedyną formą buntu przeciwko bezsensownej rzeczywistości. - Wiem, sze to mosze byś zaskakująse, ale ogólnie szecz bioląs, nie jeszt to najbespieszniejsy sawód na szwiesie. - Odpowiedziałem, starając się brzmieć poważnie, mimo, że w moim tonie brzmiała nuta żartu. Życie przy mojej profesji przypominało grę w rosyjską ruletkę. „Dopóki oddycham, dopóty rozgrywka trwa, a ja dalej jestem w grze” - to motto towarzyszyło mi przez długi czas. Może to głupota, ale tak jakoś było.
W tej chwili, w obliczu szaleństwa wokół, chciałem, aby czuła się bezpieczniej, mimo że sytuacja była zgoła przeciwna. Chciałem, by wiedziała, że nie boję się konieczności pokonywania niebezpieczeństw, które napotykam na swojej drodze. Na moment zamilkłem, w myślach wracając do chwil, w których stawiałem czoła śmierci. Przestałem już liczyć, ile razy udało mi się wymknąć z rąk losu. Coś we mnie pękło, a strach przed obrażeniami zniknął. W jakimś sensie, z roku na rok, coraz bardziej zaczynałem myśleć, że to, co przeżyłem, sprawiło, że stałem się nieco obojętny na ból.
- Wies, snam spolo kobiet, któle uwaszają, sze mogłyby mi zrobiś kszywdę. - Powiedziałem, patrząc w tłum, który wciąż się przesuwał w panice. - Tak po plawsie, wiele plóbowało. Nie dalej jak kilka dni temu jedna chsiała mnie zabiś, ale nie jesztem taki łatwy do pokonania... Albo mam zdesydowanie więsej niś dziewięś szyś, nie widzę, kiedy je tlasę i kiedysz szię ssiwię. - Pokręciłem głową, kolejny raz powstrzymując rozbawienie niepasujące do naszej tragicznej sytuacji. Z dwojga złego lepiej było się śmiać, nawet desperacko, niż panikować.
Przynajmniej nie tylko ja tak to odbierałem. Kobieta miała ładny śmiech - dźwięczny, wdzięczny, całkiem czysty, jak na sytuację, w której się znaleźliśmy i duszące kłęby dymu wdzierające się do gardła.
- Zawse do uszłuch. - Odparłem z rozbawieniem, ale też pewną szarmancką nutą w tonie głosu. Potrafiłem być kulturalny.
Zaraz potem poczułem, jak zaczyna wspinać się na moje ramiona. To było dość zabawne, z jaką determinacją wdrapywała się na szyję, chwytając mnie przy tym za włosy. Dawno nie dałem ich komukolwiek tak dotykać, nawet seksualnie - zazwyczaj unikałem pozwalania komuś na to, żeby dotykać mojej fryzury, tymczasem zrobiłem już drugi wyjątek tej samej nocy przy tej samej osobie.
- No to hop! - Powiedziałem, prostując się i mocno ją przytrzymując, żeby nie gibnęła się do tyłu. Jej ciężar mocno opierał się na mojej głowie, nogi zwisały przy ramionach. Usłyszałem przekleństwo wydobywające się z ust towarzyszki i to, jak bardzo była zadowolona z tej akrobacji, rozbawiło mnie prawie do łez. Słowo, które wymsknęło się kobiecie z ust, sprawiło, że jeszcze raz parsknąłem śmiechem.
- Zajebiszcie, kulwa. - Odmruknąłem, trochę ubawiony sytuacją. Może to był spełniony instynkt przetrwania, który mówił mi, że zaraz wszystko wróci pod naszą kontrolę, może po prostu moja natura, ale w tym momencie czułem się dziwnie zadowolony. W tej pojebanej sytuacji, w której oboje znaleźliśmy się, tworzyliśmy małą, nieformalną drużynę i nawet nieźle nam to szło. - Jak stont wyjsiemy, slobię sobie ten tatuasz na szole, wies... I gszywkę... Od lasu zlobię gszywkę... - Wiedziałem, że moje słowa mogą brzmieć lekko szalenie, biorąc pod uwagę sytuację, w jakiej się znaleźliśmy, ale jakoś musiałem radzić sobie z tym stresem. - Za tysień poswolę ci nawet oceniś, czy szeszywiście wyglądam jak debil. Powiesmy... O osiemnastej? - Dodałem, odnosząc się do pytania, które wcześniej mi uciekło. Może to było głupie, ale miałem nadzieję, że to jej da trochę otuchy w tym piekielnym dymie i ogniu, który zjadał Londyn. - Gotowa?


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#7
13.04.2025, 23:05  ✶  

- Niestety, będę, bo jestem na Twoich plecach i trochę od tego zależy to, czy mi również się coś nie stanie. - Odpowiedziała całkiem lekko, jakby to było najbardziej oczywistym argumentem ze wszystkich, jakby faktycznie była taką egoistką i tylko o to jej chodziło. Nie, żeby naturalnie jej przyszło martwienie się o niego, bo przecież wiele mu zawdzięczała. Nie chciała, żeby przez to, że wziął na siebie odpowiedzialność za doprowadzenie jej w jednym kawałku do ministerstwa to jemu coś się przytrafiło. Znowu miał ryzykować, a przecież w ogóle nie powinno go być w tym miejscu, w tym tłumie, robił to tylko i wyłącznie przez nią. Nie zapominała o tym. Po tym, co razem przeżyli, po tym jak ich drogi splotły się tego wieczora dziwnym by było, jakby się o niego nie martwiła.

- Więc możesz być taki fifarafa, ale to niczego nie zmienia. - Jasne, na pewno był w stanie sobie z tym wszystkim poradzić, widać było, że posiadał doświadczenie, dzięki któremu radził sobie w kryzysowych sytuacjach, ale nie zmieniało to jej podejścia. Mógł z tym zrobić, co chciał, ba nie spodziewała się nawet, że jakoś specjalnie przejmie się jej słowami, nie wyglądał na kogoś takiego.

Nadal z nim była, a jakże, ciągle znajdowała się przyklejona do jego pleców. Było jej tam całkiem wygodnie, nie spodziewała się nawet, że tak zgrabnie uda im się przebyć tę drogę. Nie miała pojęcia, jak bardzo go to zmęczyło, wydawał się jeszcze jednak stać w miarę stabilnie, więc musiał być naprawdę bardzo silny fizycznie, zresztą dostrzegła to już przy ich pierwszym spotkaniu. Wyglądał na kogoś, kto załatwia sporo swoich spraw przy pomocy siły, zresztą jego aparycja wzbudzała respekt. Nie taki jednak łobuz straszny jak go malują, czy coś. O tym też zdążyła się już przekonać.

- Nie tylko? Czym się jeszcze możesz pochwalić, podejrzewam, że zrobię się jeszcze bardziej zazdrosna. - Nie była taka fajna, jak on, zdawała sobie z tego sprawę. W sytuacji, w której się znajdowali nawet trochę żałowała, że nie położyła wtedy lewego zwolnienia na stół i nie trafiła do tych Stanów, bo nie miała za bardzo czym się pochwalić, a przecież życie okazało się być bardzo kruche, mogła je dzisiaj stracić ze świadomością, że tak wiele ją omijało przez to, że starała się być taka poprawna.

- Że też nigdy nie pomyślałam o tym, że można rzucić wszystko i wyjechać, może wtedy byłabym chociaż odrobinę cool, a tak to faktycznie wychodzę na nudziarę. - Kiedyś jej to nie przeszkadzało, raczej nie miała szczególnie wielkich oczekiwań od życia, a może jednak powinna mieć? Gdyby tylko potrafiła być chociaż odrobinę spontaniczna, właściwie to chyba potrafiła, to co dzisiaj zrobiło było tego potwierdzeniem.

- No jasne, będę cool tylko przez to, że mam cool przyjaciela, chyba muszę na to przystać. Wiesz, że nie wystarczy jedna pocztówka? Przyjaciele piszą do siebie częściej, nikt mi nie uwierzy, jeśli dostanę tylko jedną. - Jeszcze, gdyby miała się komu nimi pochwalić... ale to nie było w tej chwili ważne, prawda? Pocztówka brzmiała jak całkiem niezła nagroda, chyba faktycznie warto było dalej tak dzielnie współpracować. Złapała się go nieco mocniej, kiedy wzruszył ramionami, bo przy okazji nieco się poruszyła, zupełnie przypadkiem, no, ale nie spadła, zareagowała dość szybko.

Ta rozmowa była naprawdę całkiem zabawna, nie spodziewała się, że w sytuacji zagrożenia życia można tak bardzo unikać głównego tematu, nie skupiać się na całej sytuacji, tylko gadać o zupełnych pierdołach, ale to pomagało przetrwać pośród tego chaosu. Skupiała się na głosie mężczyzny i tym, co miał jej do powiedzenia. Naprawdę poczuła, że pojawiła się między nimi jakaś dziwna więź, zapewne spowodowana przez to, co razem przeżyli. Nie wiedziała, jak wychodziłoby im rozmawianie w neutralnej sytuacji, ale skoro byli w stanie się dogadać podczas czegoś takiego, to pewnie również nie mieliby z tym problemu, mimo, że na pierwszy rzut oka mogli się wydawać bardzo różni, bo pochodzili z zupełnie innych światów.

- Posadka jak posadka, to nic takiego, a co mi po cool mieszkanku, skoro nie mam takich historii do opowiadania? Ty jesteś bardziej cool. - Najwyraźniej mieli się teraz przepychać o to, kto był fajniejszy. Wszystko zależało od punktu widzenia i oczekiwań. Wiedziała, że każdy miał je zupełnie różne, ona żyła raczej bardzo przewidywalnie, nie działo się u niej nic ciekawego, no może poza tymi wizytami na Nokturnie, gdzie mogła zachowywać się nieco inaczej, w mniej oficjalny sposób. Mało kto jednak miał świadomość tego, że Prudence też miała swoje tajemnice, nie mogła się tym chwalić, bo wiedziała, że przy jej ciepłej posadce w ministerstwie mogło to nie być mile widziane. Korzystała z dziedzin magii, które były zakazane przez urzędników, a sama była jednym z nich, to dosyć spory paradoks.

Bletchley również była dosyć spokojna jak na to, co działo się wokół nich. Mężczyzna skutecznie odsuwał jej myśli od dramatu, który rozgrywał się wokół nich, zupełnie przestała zwracać uwagę na otoczenie. Zaangażowała się w pełni w tę ich dosyć dziwną rozmowę, która okazała się być naprawdę interesująca.

Kolejne słowa nieco ją zaskoczyły. Jej narzeczony. Nie spodziewała się, podobnych słów. Właściwie dawno nikt nie wspominał o Liamie. Musiał zwrócić uwagę na pierścionek, który znajdował się na jej palcu, był kurewsko bystry i łączył fakty, nie miała pojęcia kim był ten człowiek, ale nie przestawał jej zaskakiwać. - Mojemu narzeczonemu już nic nie przeszkadza. - Zaczęła mówić, ale chyba powinna to ująć inaczej, cóż wypadałoby to sprostować, prawda? - bo nie żyje. - Dodała nieco ciszej, nie do końca będąc pewna, czy właściwie powinna o tym mówić, no ale powiedziała. Nie znali się zupełnie, czy wypadało, aby wspominała o takich szczegółach ze swojego życia? Pewnie i tak się więcej nie spotkają, więc może bez sensu było się na tym teraz skupiać.

Wróciła więc do tego tematu, który poruszali jeszcze przed chwilą. - Tatuaż na tyłku? Czy naprawdę możesz być jeszcze bardziej cool? - Starała się, aby ton jej głosu nadal był lekki, jakby wcale chwilę wcześniej nie wyznała mu czegoś bardzo osobistego. Tak było prościej. - Hendrix to dobry wybór, może nie do końca popieram metodę, bo mogła ci odpaść dupa, ale brzmi to całkiem nieźle. - Nie spodziewała się, że skończą dyskutując o jego zadzie, ale jak widać nigdy nie można było znać ani dnia, ani godziny.

- Na czole to trochę zobowiązujące, wtedy wszyscy Cię kojarzą, nawet jeśli tego nie chcesz, a z grzywką to tak już jest, zawsze wydaje się dobrym pomysłem, robisz ją i od razu do Ciebie dociera, jak bardzo to był głupi pomysł. Taki cykl grzywkowy, myślisz o grzywce, robisz grzywkę, płaczesz, czekasz, aż odrośnie i znowu myślisz o grzywce. - Wydawało jej się, że dużo osób przeżywało podobne rozterki. - Chociaż Ty nie wyglądasz na kogoś kto by płakał przez grzywkę, więc może Cię to nie dotyczyć, a wyglądanie jak debil? Każdemu się zdarza, można z tym żyć. - Nie wydawało się to być przecież końcem świata.

- Możesz mieć rację z tym, że nie ma sensu się bać i wahać, ale tak głupio umrzeć od tego, że igła którą ktoś Ci przyłożył do dupy była nieodkażona, sorka, mam pewne zboczenie zawodowe. - Zdecydowanie miała inną od niego opinię na ten temat. - No i wcale nie tak trudno jest wysterylizować igłę, to nie jest fizyka kwantowa, czy coś. - Pierodła, dzięki której można było ominąć wiele nieprzyjemności.

- To akurat fujka, wolę wsadzać do ust rzeczy, których jestem pewna. Wiesz, że to też może nieść ze sobą nieprzyjemności, których można uniknąć. - Nie zabrzmiało to zbyt dobrze, tak, ale Prue miała swoje standardy, jeśli chodzi o takie rzeczy była wyjątkowo skrupulatna.

- Faktycznie, zapomniałam o tym, musisz być zawsze na wszystko gotowy, to trochę zmienia postać rzeczy. Stała czujność, co? - Czy w ogóle tak dało się funkcjonować? Wiecznie spodziewać się najgorszego, to na pewno było męczące na dłuższą metę, może jednak jemu odpowiadał taki styl bycia, wiedziała, że są osoby, które uwielbiały, gdy w ich żyłach krążyła adrenalina, może był jedną z takich osób? Pewnie tak.

- Może nie, ale na pewno są jakieś jeszcze bardziej niebezpieczne, zresztą, każdy zawód niesie ze sobą jakieś ryzyko, co nie? Każdemu może przytrafić się coś, może masz ku temu więcej okazji, ale przynajmniej też wiesz na czym stoisz. - No, próbowała to jakoś sobie logicznie wytłumaczyć, chyba jej się to udawało.

Nikt nie spodziewał się, że w Londynie dojdzie dzisiaj do takiej tragedii, spotkała wszystkich, każdego to dotyczyło, niebezpieczeństwo pojawiało się też w najmniej oczekiwanych momentach i najwyraźniej każdy powinien być gotowy na to, aby jakoś sobie z nim radzić, bez względu na to, czym zajmował się w ciągu dnia.

- Kilka dni temu? Musiałeś ją mocno wkurzyć, raczej nie chce się kogoś zabijać ot tak. - Może powinno zrobić to na niej wrażenie, że ktoś chciał go zabić, ale chyba nie do końca tak było, potraktowała to dość lekko, jak na takie wyznanie. - No, nie wyglądasz na łatwego, świadomie na pewno bym do Ciebie nie podskakiwała, a mam pewne ukryte talenty. - Tamta kobieta musiała być odważna, albo głupia skoro postanowiła się z nim zmierzyć.

- Każdy się kiedyś zdziwi, więc w sumie nie masz tak źle, skoro masz ich więcej niż dziewięć, nawet dziewięć to dużo więcej od standardowego jednego, które ma większość społeczeństwa. - Ona raczej nie spodziewała się cudów, wiedziała, że nie mogła oczekiwać, że została jednym z tych szczęściarzy, którzy zyskali od losu więcej niż wszyscy, zwyczajni zjadacze chleba.

- Nie wiem, co bym bez Ciebie zrobiła... - Tak, ta rada naprawdę bardzo się jej przydała, bo przecież pierwsze, co przyszło jej na myśl to świecenie biustem. Jak mogłaby wpaść na coś innego, to wydawało się być pierwszą, logiczną opcją, na pewno osiągnęłaby oczekiwany efekt, ktoś na pewno musiałby spojrzeć na laskę z cyckami na wierzchu, może faktycznie miałaby większą siłę przebicia, niżeli machając plakietką ministerstwa, może jeszcze powinna przemyśleć swój plan.

Poczuła dłonie, które zacisnęły się na jej nogach. Znalazła się jeszcze wyżej, musiała skupić się na tym, aby się nie gibnąć, bo upadek z tej wysokości mógł nie należeć do przyjemnych, tak czuła, że gdyby spadła to naprawdę mogło ją to zaboleć, więc musiała się pilnować, szczególnie, że miała się go trzymać tylko jedną ręką. Może po tej nocy powinna nieco popracować nad swoją sprawnością fizyczną, kto wie, kiedy znowu będzie musiała wyczyniać podobne akrobacje.

Zaśmiała się cicho, gdy usłyszała słowa, które padły z jego ust. Cóż, najwyraźniej i on był zadowolony z tego drobnego sukcesu, który udało im się osiągnąć. Współpraca wychodziła im całkiem nieźle, szczególnie, jak na to, że zupełnie się nie znali. - Przemyślałabym tę grzywkę na Twoim miejscu, bo będziesz płakał. - Mniejsza o tatuaż, grzywka jednak zawsze była bardzo kontrowersyjną decyzją, zresztą nie bez powodu opowiedziała mu o tym całym grzywkowym cyklu.

- Miej świadomość tego, że będę szczera, na pewno powiem Ci, że wyglądasz, jak debil, jeśli tak będzie. - Wolała go uprzedzić, żeby nie spodziewał się cudów, na pewno nie należała do osób, które naginały prawdę. - Osiemnasta brzmi dobrze, może być. - Nie, żeby w ogóle zakładała, że może dojść do ich spotkania, ale całkiem przyjemnie było hipotetycznie zakładać, że może się to wydarzyć, jakby te wydarzenia naprawdę mogły spleść ich drogi na dłużej, jakby mogła zyskać takiego cool przyjaciela.

- A jak, oczywiście, że gotowa. - No prawie, musiała jeszcze wygrzebać plakietkę z wewnętrznej kieszeni kurtki, co mogło zająć jej krótką chwilę. Trzymała się go jedną ręką i zaczęła tę, jakże trudną operację, wreszcie jednak jej się udało wygrzebać ten mały dokument, starała się przy okazji nie ruszać Necro, który nadal sobie słodko spał wtulony w jej klatkę piersiową, że też zwierzak nie czuł dyskomfortu podczas tego co się działo.

Bletchley w końcu zaczęła wymachiwać swoją plakietką w powietrzu, licząc na to, że ktoś ją zauważy, trzymała się przy tym dość mocno mężczyzny, żeby nie kopsnąć do przodu, czy do tyłu.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
14.04.2025, 19:14  ✶  
Stałem w tłumie, czując na plecach ręce kobiety, które kurczowo trzymały się moich ramion. Ogień szalał wokół, z nieba padały płatki czarnego popiołu. Jej drobne ciało wydawało się lekkie, ale w obliczu tego chaosu każda sekunda dłużyła mi się w nieskończoność. Powinniśmy zakończyć naszą podróż do ministerstwa w inny sposób, niż utykając pośrodku placu tuż przed celem.
- Jesztem fifarafest. Za to ty jeszteś grincheuse. - Prychnąłem, skwitowawszy to tylko tym, mimo to, całkiem rozbawiony jej komentarzem, bo moje myśli na chwilę przesunęły się z ciężaru przetrwania w kierunku czegoś bardziej ludzkiego. Nawet nie zauważyłem, kiedy zaczęliśmy wpadać w te tony, dość nieodpowiednie i nieadekwatne do sytuacji, ale pomagające uporać się z mentalnym ciężarem. - Telas to zapomnij, sze coś ci więsej opowiem. - Odparłem, całkiem wdzięcznie udając gniewny ton i przewracając oczami, co mogła zauważyć, bo akurat na nią patrzyłem. - Sugelujesz, sze bes kolejnych postówek będę tlaktowany jak twój wyimaginowany pszyjasiel? - Przechyliłem głowę na bok, udając, że zastanawiam się nad czymś poważnym. - Mogę ci wysłaś wiesej nisz jedną, ale ich jakość bęsie spadaś wykładniszo. Będą szenująse, kaszda golsza od popszedniej. - Zagroziłem, wsłuchując się w to, co miała mi do powiedzenia na temat naszej wyjątkowo szybko nawiązywanej przyjaźni i swojego ciepłego gniazdka. - M'kay masz cool mieszkanko, ale sama jeszteś stywnialą. - Zgodziłem się z nią aż do przesady. - Teras jeszteś najbliszej bysia cool, a to tylko dlatecho, sze jeszteś pszy mnie. Emanuję na ciebie moją aurą. - Oczywiście, że żartowałem. Przez chwilę, nawet w tym chaosie, nasze rozmowy były lekkie, zabawne, jakbyśmy przeskoczyli do innego wymiaru - z dala od dymu i krzyków. Słowa same wypływały z moich ust, chociaż wiedziałem, że nie powinienem mówić tak dużo. Nie spodziewałem się jednak, w jak szybki sposób to znowu odbije mi się czkawką. Rozmowa zaczęła się lekko, może nawet zbyt lekko, biorąc pod uwagę sytuację. Wspomniałem o jej narzeczonym, myśląc, że to bezpieczny temat... Nie żył - strzeliłem w dziesiątkę, sam środek tarczy pełnej beznadziejnych tematów do rozmowy. Nie wiedziałem, co mówić, więc przez chwilę milczałem, przeskanowując wzrokiem tłum. Zamurowało mnie - co miałem powiedzieć? „Przykro mi” wydawało się zbyt banalne w obliczu tego, co usłyszałem. Właściwie to nie było teraz odpowiednie miejsce ani czas na składanie kondolencji, zresztą, widziałem, że to świeża rana, skoro nosiła ten pierścionek. Pewnie usłyszała dostatecznie dużo słów współczucia od ludzi, którzy ją znali - nie potrzebowała ich od kompletnego randoma o zbyt wielkiej gębie.
Spojrzałem na nią, a potem na płonące miasto wokół. Dym wdzierał się w płuca, a chaos zdawał się nie mieć końca. Zamarłem na chwilę, w mojej głowie pojawiła się pustka. Dalej milczałem - przeskanowałem wzrokiem otoczenie, szukając jakiegoś znaku, czegoś, co mogłoby mnie wyciągnąć z tej niekomfortowej sytuacji - nic takiego nie dostrzegałem, więc zatrzymałem wzrok na płomieniach tańczących w oddali. Pięknie, wyjątkowo pięknie, zajebiście. Zamknąłem na chwilę oczy, próbując zebrać myśli. W mojej przeszłości były momenty, które pewnie mogłyby konkurować z jej tragedią, ale nie zamierzałem o tym mówić.
To, co miało być lekką rozmową, nagle przekształciło się w coś znacznie poważniejszego. Wzięłem głęboki oddech, czując, jak dym wypełnia moje płuca. Nie chciałem jej zranić, ale musiałem jakoś obrócić tę rozmowę w kierunku, który nie byłby naznaczony smutkiem.
- Wow. - Mruknąłem w końcu, próbując przełamać ciężką atmosferę. Nie wiedziałem, co powiedzieć, ale przynajmniej nie było czasu na długie rozmyślania. To nie był moment na kondolencje, mimo że pierścionek na jej palcu mówił, że to świeża rana. - Chyba pszebiłaś moją dlamatyszną histolię. - Skomentowałem, siląc się na luźny ton. Czasem człowiek myśli, że ma wszystko pod kontrolą, a potem pstryk - i jesteś tutaj, próbując nie spalić się żywcem, zarówno z powodu pożaru, jak i zażenowania. No, nie powiem - dziwnie mi się zrobiło. Zacisnąłem zęby i rozejrzałem się, próbując odnaleźć w tym szaleństwie sens. - Nie moszna zwlócić honolu komuś, kto w pielwszej kolejnosi go nie miał, nie? Potszebuję to wiedzieś, zanim cokolwiek powiem, zwłasca, sze to mosze nie byś jusz takie cool. - Spytałem trochę znikąd, próbując wpleść w to trochę humoru, choć w moim głosie nie było już lekkości. Powiedziałem to z nutą ironii, bo wszystko, co się działo wokół, nie pozwalało na zbyt wiele refleksji.
Z wiadomych względów - wszedłem w tę na nowo pociągniętą rozmowę z nieco ponurym poczuciem humoru. Nadal rozmawialiśmy o tatuażu, który zdobił mój pośladek, wróciliśmy do tematu, ale nie dało się ukryć, że była na swój sposób wymuszona. Uśmiechnąłem się krzywo. Pewnie, że były głupsze, a więc i bardziej cool, akcje niż tatuaż na Woodstocku - w końcu to tylko skóra. Księżyc, który wtedy zrobiłem, był dziełem przypadku. Zrobiony na festiwalu muzycznym, w otoczeniu setek tysięcy ludzi, którzy w większości nie mieli pojęcia o sterylności. Wtedy, w tamtym szaleństwie, nikt nie myślał o takich rzeczach. Chaos panował wszędzie, a ci, którzy się tam pojawiali, byli bardziej zainteresowani dobrą zabawą niż zdrowiem. Dla mnie to była tylko kolejna głupota, jaka mi się przydarzyła w tamtych czasach. Igły, które krążyły z rąk do rąk, były tak samo brudne jak nasze umysły w tamtym czasie. Dzieciak, który go wykonał, miał więcej entuzjazmu niż umiejętności, a ja sam - podejrzewam, że on też, jak niemal każdy wtedy - byłem na haju, lecąc na fali euforii i adrenaliny, i nie myśląc o konsekwencjach. To było szaleństwo - nocne niebo rozświetlone kolorowymi światłami, muzyka płynąca z każdego kąta, ludzie tańczący w euforii, która wydawała się nie mieć końca...  W tamtej chwili to, skąd pochodzi ta igła, z jakiego materiału jest wykonana ani czy jest czysta - nie miało to dla mnie znaczenia. Byłem otoczony przez tłum, pod wpływem substancji, które sprawiały, że świat wydawał się piękniejszy, chaos, który mnie otaczał, stawał się częścią mnie, a ja - częścią tego chaosu. Nie myślałem o konsekwencjach, o zakażeniach, o tym, co może się wydarzyć za kilka dni. Właściwie to nie miałem wtedy nawet chwili, by się zastanowić - zresztą trudno byłoby o trzeźwą ocenę sytuacji, gdy w moim organizmie krążyły substancje, które sprawiały, że wszystko wydawało się jak sen, jak majak. Pamiętam tylko to, jak wszyscy wokół mnie skakali, krzyczeli, falowali, wirowali i tańczyli, a ja byłem częścią tego szaleństwa. Miałem wtedy większe stężenie dragów we krwi niż kiedykolwiek wcześniej. Czy to była głupota? Z perspektywy czasu - z pewnością, ale tamten moment, w tym całym chaosie, wydawał mi się po prostu częścią życia, które wówczas prowadziłem. Po prostu byłem. Nie próbowałem wyjaśniać tego towarzyszce. Mogła mówić, że nie jest taka znowu spokojna i grzeczna, ale mimo wszystko była paniusią z ministerstwa, która sama przyznała, że zrezygnowała z okazji, bo nie dostała urlopu. Tak poukładane kobiety nie miały jak poznać tej dzikiej energii, która unosiła się w powietrzu, kiedy wszyscy byli tak blisko siebie, ale tak daleko od jakiejkolwiek logiki.
- Losumiem, sze mas szelokie doświadszenie w zaklesie gszywki? - Zaczepiłem ją znowu, mimo tego, że przeleciało mi przez myśl, iż od tego mogliśmy z powrotem wyjść do martwych narzeczonych i obcinania włosów na skutek załamania nerwowego... Niezręcznie. Jak to w życiu bywa, ale wciąż niezręcznie.
Niektórzy z nas żyli chwilą, ignorując zagrożenia, które czyhały na każdym kroku. W świecie, gdzie codzienność była naznaczona niebezpieczeństwem znacznie gorszym od zakażenia, dbanie o sterylność narzędzi nie było luksusem. To był przywilej, na który nie mogłem sobie pozwolić, a jednak wciąż tu byłem, nieumarły po najgorszym incydencie w moim życiu, kiedy to obudziłem się na dnie piekła, dosłownie i w przenośni. Od tamtego czasu moje podejście do życia się zmieniło. Kiedyś byłem bardziej ostrożny, ale z czasem nauczyłem się, że czasami trzeba po prostu działać, a nie myśleć o konsekwencjach. Łamałem klątwy, stawałem twarzą w twarz z potworami, które nie znały litości, i byłem ranny więcej razy, niż mogłem zliczyć, więc czułem, że jeśli mam umrzeć, to umrę, i nie mogę tego zmienić. Wiem, że miałem szczęście, bo udało mi się przeżyć najgorsze wypadki, i że ta szczęśliwa passa w końcu się skończy - jeśli miałem umrzeć od zakażenia, to tak miało być.
Nie miałem nikogo, kto mógłby mi pomóc w krytycznych momentach. Od czasu do czasu, gdy wykonywałem jakieś zlecenie w większej grupie albo dla kogoś bardziej hojnego, mieliśmy medyka na podorędziu, ale większość czasu musiałem polegać na swoich umiejętnościach i intuicji. Uzdrowiciele, którzy czasami się pojawiali, nie zawsze byli dostępni. Przez większość czasu było się samemu w kryzysie - w takich chwilach polegałem na sobie, na swoim doświadczeniu, na tym, co sam wypracowałem. Wiem, że to nie był idealny sposób, ale w chwili, gdy życie wisi na włosku, nie myślisz o tym, czy narzędzia są czyste, czy maść jest jeszcze dobra, czy powinieneś to odkazić czymś konkretnym - twoje instynkty biorą górę.
Moja była żona, uzdrowicielka samouk, odeszła prawie dwanaście lat temu. Jej umiejętności były cenne, ale też bywały nieprzewidywalne. Mój mentor, który również nie uznawał oficjalnych dróg medycznych, nauczył mnie, jak radzić sobie z najgorszym, a później odszedł z tego świata, zostawiając mnie z tą wiedzą. Nie mogłem polegać na nikim innym - większość czasu byłem skazany na własne umiejętności i spostrzeżenia, które zapamiętałem, bo zdobyłem je w większości na własnych błędach, na swojej skórze.
- Wblew posolom, plawdopodobnie łatwiej byłoby mi zolientowaś szię w fisyce kwantowej, nisz w medysynie, wies. Podejszewam, sze jeszt bliszsza mojemu zaklesowi zainteleszowań. - Powiedziałem, próbując wpleść w rozmowę jakieś sensowne przemyślenia. - Specjalisuję szię w klątwołamaniu i pieszętowaniu. - Dodałem, odnosząc się do tego, czego nie mówiłem, a co niekoniecznie musiało kryć się pod określeniem najemnika. Wbrew pozorom - wszystko, co wymagało zaawansowanych obliczeń technicznych, nie chemicznych, kiedyś było dla mnie całkowicie przyjemne i przychodziło mi z dużą łatwością. Bez problemu czytałem schematy, zakładałem i łamałem zabezpieczenia, analizowałem zakres działania klątwy i jej techniczne podłoże, sposób, w jaki działała. Nie było to aż tak odległe od wyjaśniania zjawisk zachodzących w mikroświecie. Świat to świat - mikro czy makro, czy coś...
Z tym, że ten mój i mojej towarzyszki bardzo się od siebie różniły - wprost diametralnie. Jakiś czas wcześniej rozmawialiśmy o naszych upodobaniach kulinarnych, jakbyśmy spełniali je codziennie - poniekąd nie wątpiłem, że tak było w jej wypadku. Pewnie nie mogła sobie wyobrazić, jak to jest, kiedy jedzenie staje się jedynie środkiem do przetrwania, a smak i jakość schodziły na dalszy plan. Często bywało, że zdychałem z głodu, a gdy udało mi się znaleźć coś, co przypominało jedzenie, zwykle nie było to zbyt apetyczne. W takich chwilach zaczynałem myśleć, że nawet najgorsza zupa z owoców morza, która kiedyś przyprawiała mnie o mdłości, może być uratowana przez odpowiednią ilość przypraw. Parsknąłem pod nosem, gdy przypomniałem sobie, jak wiele razy musiałem zadowalać się tym, co akurat wpadło mi w ręce. W moim świecie, wszystko sprowadzało się do zasypania jedzenia absurdalnymi ilościami pikantnych przypraw - posiłki były z reguły chaotyczne, pośpieszne, a ich jakość często pozostawiała wiele do życzenia. Miały być sycące, tu i teraz, nic więcej nie było potrzebne. Aż trudno uwierzyć, jak szybko można przyzwyczaić się do pokarmu, który nie powinien w ogóle być zjadany. Zdarzyło mi się raz zjeść tak zepsutą wołowinę, że przez tydzień miałem wrażenie, że mój żołądek chce się na mnie odegrać i za każdym razem, gdy przestaje boleć, to tylko po to, żeby zaraz zacząć skręcać się ze zdwojoną siłą. Cóż, w mojej sytuacji jedzenie stało się bardziej kwestią przetrwania niż przyjemności. Zresztą, jedzenie w terenie to nie był temat, który mógłbym z nią poruszyć, więc postanowiłem pozostać przy żartach. W końcu, kto normalny by zrozumiał, że aby przeżyć, trzeba czasem zjeść coś, co wygląda jak resztki po uczcie dla szczurów? Okazjonalnie dzieląc to z oryginalnymi właścicielami...
- Wies, to wszysko to kwesztia zaszypania wsyskiego absuldalnymi iloszciami pikantnych pszypraw, ewentualnie moszna postawiś na zajebiszcie duszo soli i octu. - Powiedziałem, starając się nadać moim słowom lekki ton, żeby nie brzmiały zbyt dramatycznie. - Jakbyś posztanowiła pszetlwać te oklutne szasy w głuszy, to musis mieś świadomoś, sze wsystko da szię pszełknąś, jeszeli tylko dodas do tego wystalszająco duszo czegoś, co pali w gębie. Ty to pszetlwas, bakterie nie. - Nie żartowałem, mimo żartobliwego tonu głosu - dla mnie wszystko sprowadzało się do tego, jak bardzo mogłem zamaskować smak czegoś, co nie miało prawa być jedzeniem, bo na ogół nie stołowałem się w wykwintnych restauracjach, ani tym bardziej u rodziców na niedzielnych obiadkach. Większość czasu spędzałem w parszywych miejscach - bardzo często pośrodku niczego.
Pamiętam, jak kiedyś wykolegowano nas w naprawdę kijowym miejscu i dopiero po kilku dniach wędrówki z powrotem do cywilizacji trafiliśmy na opuszczoną chatę, prawdopodobnie przemytników, gdzie Ant wygrzebał skądś starą konserwę, która miała taką datę ważności, że prawdopodobnie mogła być przynajmniej dekadę za stara. Zjadłem ją z uczuciem ulgi i prawie całowałem go za to po butach. Tego dnia nauczyłem się, że czasami lepiej nie wiedzieć, co się je. Ostatecznie, wszystko sprowadza się do przetrwania. Zacisnąłem usta, czując, jak wspomnienia powracają. Takich przemyśleń nie da się łatwo wyrazić, więc po prostu się uśmiechnąłem, udając, że wszystko jest w porządku. Nie chciałem jej obarczać ciężarem moich doświadczeń. Dostatecznie szybko zrozumiałem, że nie miała pojęcia, jak to jest jeść coś, co nie wygląda jak jedzenie... I dobrze. Nie chciałem jej psuć iluzji, że każdy ma możliwość wyboru - jeść albo nie jeść.
- Kiedysz, jak pszyjdzie mi coś dla ciebie gotowaś, to będzies miała pewnoś, sze laki do étouffée są łowione dzisiaj, a pstrąg a la meunière dostał w łeb pięć sekund wcześniej, m'kay? - Dodałem ze słyszalnym uśmiechem, choć wewnętrznie wiedziałem, że to tylko żart - nie miałem złudzeń, że nasze drogi jeszcze się skrzyżują. - A mosze wolis splóbowaś coq au vin, albo mosze bœuf boulguignon? Salade niçoise na pszystawkę. Dubonnet jako aperitif. Do tego crème blûlée na desel. Wsystko podane na elechanckich taleszach, pszynajmniej stely lodzaje widelsów i tszy typy klyształów na napoje. Oszywiście, mam nadzieję, sze nie weśmies nosza do lyby zamiast nosza do pszystawki, bo to byłoby golse nisz wsięcie nosza do dania głównego zamiast nosza do masła. - Zaśmiałem się cicho, choć w głębi duszy czułem, jak te myśli o eleganckim jedzeniu kontrastują z moim rzeczywistym życiem. Właśnie w tym momencie przeszło mi przez głowę, jak absurdalnie brzmią różne nazwy dań, które potrafiłem wyrecytować. Bouillabaisse, ratatouille, czy nawet tarta tatin. To była popisówka, nic więcej - z dużym prawdopodobieństwem nie powinienem sobie na nią pozwalać, bo kolejny raz to nie pasowało do wrażenia, które powinienem sprawiać, ale biorąc pod uwagę samonasuwający się wniosek, że więcej się nie spotkamy, nie miałem problemu z tym, żeby mówić więcej niż zazwyczaj. Szczególnie mając na uwadze, że to prawdopodobnie ostatnie z wypowiedzi przed tym, jak od odczuwanych warunków, na co najmniej kilka dni wysiądzie, mi gardło. Równie dobrze mogłem przyszpanować byciem jeszcze bardziej cool, bo zdawałem sobie sprawę, że to, co mówiłem, było tylko żartem. Nie miałem złudzeń, że nasze drogi jeszcze się skrzyżują. Nie miało tak być. W głębi duszy wiedziałem, że nigdy nie będziemy mieli tej kolacji, a nasze drogi prawdopodobnie na stałe się rozejdą, gdy tylko przyjdzie nam stawić czoła nowym wyzwaniom tej nocy.
- W nosy o półnosy. - Odpowiedziałem w nawiązaniu do mojego zawodu. Wokół nas tłum panikował, czarodzieje i mugole biegali jak szaleni, starając się znaleźć drogę do ministerstwa magii, które zdawało się być ich jedyną nadzieją. - O, naplawdę? Jakie to niby? - Zapytałem, udając oburzenie, a przy tym starając się nie wpaść na jakiegoś czarodzieja, który właśnie próbował przeciskać się pomiędzy ludźmi. Wokół nas rozgrywał się prawdziwy chaos, wszyscy, czarodzieje i mugole, wydawali się równie zdezorientowani. - Zalas mi powies, sze najlepiej płatne posady szą w kopalniach, a górnicy to prawdziwi twardziele? - O, miałem wrażenie, że nie do końca wierzy w moje wyczyny, więc podrzuciłem jej jedną z najczęściej słyszanych opcji dialogowych. - Wiem, na szym stoję... Pfft. - Dodałem, kręcąc głową. Zacisnąłem mocniej uścisk na jej nogach, by upewnić się, że nie ześlizgnie się z moich barków. - Lusie na ogół leagują na mnie dwojako... Ta wyblała pszemos. No, plóbowała. - Wyjaśniłem pokrótce, bo nie chciałem się wydawać w zbyt głębokie wyjaśnienia na temat, czemu niespecjalnie mnie tu lubiano i raczej to nie miało się już nigdy zmienić. Z tego samego względu nie pytałem nieznajomej o jej ukryte talenty. Nie chciałem aż tak się z nią spoufalać, bo zrobiliśmy to już zbyt mocno. Tym bardziej, że nie zamierzałem zostać tu już zbyt długo. Raczej nie tydzień, o którym mówiliśmy - to były plany nie do zrealizowania, chociaż naprawdę miło się je robiło - jak to dla zabawy.
- Więc jesteśmy umówieni. - Przytaknąłem. - Mówiłaś, sze nie wyglądam na kogoś, kto by płakał. - Złapałem ją za słówko, jednocześnie łapiąc jej kolano, żeby nie bujnęła się przy tym następnym kroku, jaki musieliśmy wreszcie zrobić, ruszając z miejsca, w którym utknęliśmy. Nie mogliśmy tak stać, to nie było rozsądne - właściwie to nic z tego, co obecnie robiłem nie było najrozsądniejsze. Wyobraziłem sobie, jak moi kumple będą się śmiali, gdy powiem im, że nosiłem atrakcyjną damulkę przez płonący Londyn, nie oczekując nic w zamian i jeszcze na odchodne dostając kilka komentarzy o wykonywaniu nie najbardziej niebezpiecznego zawodu. To miało być legendarne. Nie miałem zamiaru angażować się w żadne wielkie wyprawy, a już na pewno nie w noszenie pięknej, ale i złośliwej kobiety na swoich barkach... Ale no, cóż. Niezależnie od tego, co mówiła, dzięki niej miałem świetny materiał na opowieści przy ognistej.
- Wspaniale, bo własznie tego oszechuję od plawdziwych pszyjasiół, wies, blutalna plawda jeszt najlepsa. Dzięki temu będę wiedzieś, szeby pszes tysień zaszyś szię w lesie, a nie, dajmy na to, iś na chamski, jesienny podlyw. - Dodałem z przymrużeniem oka. - Włosy sybko mi odlastają. - Wyjaśniłem, zgodnie z faktycznym stanem rzeczy, bo to było zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. - Aszkolwiech, nie wiem, co będzie, jeszli mi je wsystkie wylwiesz, więs splóbuj tego nie zlobiś, m'kay? - Znów ruszyłem naprzód, torując sobie drogę przez zgraję panikujących ludzi. Kobieta trzymała się mnie mocno, co miało swoje zalety - przynajmniej nie musiałem się martwić, że mi spadnie, ale także wady - nie chciałem stracić połowy cebulek włosowych przez ten uścisk. Zacząłem iść szybciej, tłum wciąż zacieśniał się wokół nas. Na ten moment, trudno było stwierdzić, czy to machanie plakietką cokolwiek daje.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#9
14.04.2025, 23:10  ✶  

Miała wrażenie, że tłum, który ich otaczał gęstniał, ludzie pojawiali się znikąd. Najwyraźniej wszyscy uznali to miejsce, jako jedno z najbardziej bezpiecznych w Londynie. Nie ma się co dziwić, każdy chciał się schronić przed tym, co działo się wokół nich. Mimo tego, że pożar nie wydawał się zmniejszać, czuła się całkiem bezpiecznie, co było zupełnie irracjonalne, zważając na to, że ciągle do ich płuc docierał dym, który utrudniał oddychanie, popiół nie przestawał sypać się z nieba, a czarne chmury nadal otaczały miasto. Wiedziała, że pokonali sporą drogę, aby się tutaj znaleźć, byli już niemalże u celu, miała wrażenie, że im się uda, musiało im się udać po tym wszystkim, nie mogło być inaczej. Nie miała w zwyczaju raczej myśleć jakoś szczególnie pozytywnie, ale czuła, że w tej chwili to było właściwe. Naprawdę nastawiła się na to, że ten wieczór zakończy się ich wspólnym sukcesem.

- Nieładnie tak rzucać w kogoś epitetami, których nie ma możliwości zrozumieć. - Te słowne przepychanki nie były na miejscu, jednak wydawało jej się, że dzięki tej rozmowie byli w stanie jakoś się skupić na sobie samych, jakby dzięki temu, aż tak nie uderzało w nich to, co działo się wokół. Jasne, trudno było zupełnie ignorować to ciężkie powietrze, krzyki, czy przepychający się tłum, ale chyba tak naprawdę było prościej. Nie spodziewała się, że kiedykolwiek wda się w taką dziwną dyskusję z kimś obcym, szczególnie w sytuacji zagrożenia życia, w jakiej się aktualnie znajdowali, ale to naprawdę działało. Pozwalało jej się niezbyt przejmować tym, co działo się przed ministerstwem. Odciągało myśli Prudence od najgorszego.

- No jasne, nie ma to jak karać milczeniem. - Zmarszczyła nos, kiedy zobaczyła, że przewraca oczami, miała ochotę pokazać mu język, ale to byłoby chyba nie na miejscu, wiec się powstrzymała, chociaż całkiem bawiły ją te lekkie przekomarzania.

- Dokładnie tak, pomyślą, że sobie Ciebie wymyśliłam. - To byłoby całkiem logiczne, prawda? Jedna kartka? Nie mogłaby nazwać przyjacielem kogoś, kto wysłałby jej tylko jedną kartkę, zdecydowanie potrzeba było czegoś więcej. - Musisz więc zacząć od wyjątkowo dobrej pierwszej kartki, żeby było z czego spadać. Wiesz, jak będą za bardzo żenujące nie będą mogła powiesić ich na mojej cool lodówce, w moim cool mieszkanku. - To chyba też było całkiem proste, musiała mieć swoje standardy, prawda? Nie, żeby przez jej mieszkanie przewijały się tłumy ludzi, ale przecież tego nie wiedział, czyż nie?

- Nie wiem, czy poradzę sobie z tą Twoją całą zajebistością, jakbym nie dawała rady, znowu będziesz musiał mnie uratować. - To chyba wchodziło mu w nawyk, prawda? Jasne, niby nic nie musiał, ale w tym wypadku to byłoby tylko i wyłącznie jego winą, więc tak, to on byłby odpowiedzialny za ewentualne uratowanie jej przed byciem bardzo cool. Mogłaby tego nie dźwignąć, biedna Prudence.

Nie da się ukryć, że Bletchley była dość bezpośrednia, przynajmniej w tej chwili. Jakoś za bardzo nie hamowała się z tym, co miała do powiedzenia, to pewnie nastrój tego wyjątkowego wieczoru powodował u niej tę spontaniczność. Nie powinna o tym wspominać, wiedziała o tym. Nie było to nic niezobowiązującego, ludzie reagowali na to zazwyczaj w jeden sposób, zaczynali mówić jak im przykro, że spotkało ją coś takiego. Nie umiała na to za bardzo odpowiadać, to ciągnęło się za nią już dosyć długo. Nie pozbyła się tego cholernego pierścionka, bo czuła na sobie pewną odpowiedzialność wiążącą się z tym, co się wydarzyło. Nie uratowała Liama, nie udało jej się tego zrobić. Miała zostać jego żoną, czy był to odpowiedni czas na to, aby móc ruszyć dalej? Zwlekała z tym dosyć długo, bo bała się tego, że mogą ją zacząć oceniać, mogliby stwierdzić, że za krótko cierpiała, czy w ogóle istniały jakieś standardy? Czy jeszcze kiedykolwiek będzie mogła żyć normalnie, jakby nie była tą dziewczyną, której zdaniem otaczających ją ludzi cały świat się rozsypał? Czasem miała wrażenie, że zbyt mało cierpi, że nie powinna tak szybko pogodzić się ze swoim losem. To było dość przytłaczające, ale przecież musiała ruszyć do przodu. Nie oczekiwała litości, nigdy tego nie potrzebowała. Minęło już wystarczająco czasu, aby wszystko jakoś poukładała sobie w głowie, gorzej z otaczającym ją światem, o czym przypominały jej dyskretne spojrzenia rzucane gdy tylko pojawiała się między znajomymi.

Dostrzegła oczywiście jego chwilowe zmieszanie, powinna była ugryźć się w język, ale na to było teraz już zbyt późno, miała nadzieję, że wybaczy jej tę odrobinę szczerości. Naprawdę nie chciała się teraz skupiać nad jej trudnym, życiowym doświadczeniu, poradzą sobie bez tego.

- Przepraszam, trochę mnie poniosło. - Po raz kolejny tego wieczoru, prawda? Nie miała jednak znowu problemu z tym, aby przeprosić go za to, że była nieco zbyt otwarta, miała nadzieję, że jej wybaczy, bo nie chciała, aby to cokolwiek zmieniło. Nie, kiedy jeszcze chwilę wcześniej tak lekko sobie dyskutowali, oczywiście, że musiała to spierdolić, nie byłaby sobą. Prudence zdecydowanie miała problem z rozmowami z ludźmi, to tylko to potwierdziło. - Nie sądziłam, że są jakieś zawody na najbardziej dramatyczną historię, jeśli tak, to chyba pierwszy raz coś wygrałam. - Próbowała nadać tonowi swojego głosu bardzo lekkie brzmienie, naprawdę nie bolało ją jakoś szczególnie to, że poruszyła ten temat. Rany, które z początku były dość głębokie wydawały się już zabliźnić.

- Czy ja wiem, każde braki da się jakoś uzupełnić, chyba? - Przynajmniej tak się jej wydawało. Nic nie było stałe, można było zmienić tak naprawdę wszystko, wiele zależało od doświadczenia, a tylko krowa nie zmieniała poglądów, czy jakoś tak.

- Jak to nie takie cool, przecież ustaliliśmy już, że jesteś najbardziej cool, nic Ci tego nie odbierze. - Nie chciała, żeby poczuł się przez to, co powiedziała nieswojo, nie powinien przez nią się hamować, bo całkiem przyjemnie jej się z nim wcześniej gawędziło, naprawdę nie chciała wprowadzać między nimi jakiejś wisielczej atmosfery, powinna była się ugryźć w język, zdecydowanie.

Bletchley tak naprawdę nie miała zbyt wielu możliwości, aby oderwać się od codzienności. Spełniała oczekiwania, to było pewne. Zachowywała się w sposób, w jaki powinna postępować dobrze ułożona panna z klasy średniej. Wyśmienicie się uczyła, później skończyła akademię, została lekarzem, tak jak jej ojciec. Miała ułożony plan, którego się trzymała. Tylko, czy właściwie to był jej plan? Nie chciała rozczarować najbliższych, więc próbowała jakoś znaleźć swoje miejsce na świecie. Nie było to szczególnie spontaniczne, raczej po prostu starała się myśleć o tym, jak podejmowane przez nią decyzje mogłyby wpłynąć na jej najbliższych. Być może przez to zaczęła gdzieś tracić siebie, jednak wcześniej jakoś szczególnie się nad tym nie zastanawiała. Było to bowiem całkiem komfortowe, jak wspomniał, miała swoje mieszkanko, swoją posadkę w ministerstwie. Nieco się zmieniło, gdy zaczęła zagłębiać się w te nielegalne tajniki magii, wtedy poczuła, że robi coś dla siebie samej, zresztą praktycznie nikomu o tym nie opowiadała, bo to nie było szczególnie mile widziane w czarodziejskim świecie, szkoda, że zaczęła się spełniać akurat w takich praktykach, ale z drugiej strony, czy też to nie było tym bardziej ironiczne. Ta ułożona Prudence, sprawiająca pozory naprawdę uporządkowanej i ugrzecznionej osoby, miała swoje ciemne tajemnice, w które zapewne nikt nie byłby w stanie uwierzyć, gdyby kiedyś o nich opowiedziała.

- Szerokie to może zbyt dużo powiedziane, ale nie da się ukryć, że doświadczyłam tego na własnej skórze, to znaczy na własnej grzywce. - Była przecież tylko kobietą. Której nie zdarzyło się w akcie desperacji, wkurwienia, chwilowego napadu przytłaczjących emocji sięgnąć po tę naprawdę głupią decyzję? No właśnie, chyba większość miała za sobą takie epizody, nawet ona. Oczywiście, że zawsze kończyło się to tak samo. Niemożnością spojrzenia w lustro przez pierwsze dwa tygodnie od momentu, w którym doszło do spontanicznego obcięcia włosów.

Bletchley nie miała w zwyczaju niepotrzebnie ryzykować. Oczywiście, że zdarzały się momenty, w których nie dało się przewidzieć tego, co miało się wydarzyć, jednak pewne czynności, niosły ze sobą oczywiste konsekwencje. Bez sensu byłoby je ignorować. Cóż, na szczęście już ustalili to, że ona tutaj była sztywniarą. Jasne, niesterylna igła w pośladku nie była czymś strasznym, łatwo byłoby coś z tym zrobić, mimo wszystko, ona pewnie zastanowiłaby się dwa razy nad swoim zachowaniem.

- Podstawy medycyny nie są takie trudne, a komuś jak Tobie mogą się przydać, podejrzewam, że często obrywasz. - To nie tak, że miała coś złego na myśli. Zdawała sobie sprawę, że istniały zawody, w które po prostu było wpisane większe ryzyko, ktoś jednak musiał się tym zajmować, czyż nie? Klątwołamacze mieli naprawdę trudną pracę, która po prostu wiązała się z niebezpieczeństwami. - Oczywiście tamci wyglądają gorzej, na pewno po starciu z Tobą wyglądają gorzej. - Mimo wszystko spotykała przecież osoby zajmujące się podobnymi sprawami na oddziale w Mungu, widziała wielu pokiereszowanych przez magiczne bestie, miała świadomość, że takie rany mogły być naprawdę parszywe. - Faktycznie fizyka kwantowa musi być Ci bliższa, zupełnie nie trafiłam z porównaniem, widzisz, ja się nie znam na tym praktycznie wcale, tak samo na pieczętowaniu, czy klątwołamaniu, nie można być przecież biegłym we wszystkim. - Wiedziała, że miała pewne braki, z którymi właściwie się już pogodziła, gdy była młodsza lubiła sobie udowadniać, że jest w stanie błyszczeć we wszystkim, z czasem jednak jej to przeszło. Nie było sensu się zabijać, raczej sprzyjało jej skupienie się na swoich faktycznych konikach.

Prue lubiła liczby, teoria nigdy nie była dla niej szczególnie trudna do przyswojenia, dużo gorzej jednak szło, kiedy w grę wchodziła praktyka. Tutaj pojawiał się problem, bo miała tendencje do nadmiernego analizowania sytuacji. Mogłaby wykładać wiedzę, jednak nigdy nie poradziłaby sobie z jej zastosowaniem w życiu. Była nieco popsuta jeśli o to chodzi, oczywiście starała się jakoś obejść ten problem, ale różnie jej to wychodziło, czasem lepiej, czasem gorzej.

Bletchley była przyzwyczajona do spokojnego życia. Nie było co do tego żadnych wątpliwości. Od lat trwała w pewnej rutynie, w której się odnajdywała, czasem tylko zastanawiała się nad tym, co by było gdyby. Nigdy jednak nie realizowała tych mrzonek. Brakowało jej odwagi, być może. Nie wszyscy mogli zdobywać świat, niektórzy musieli zachowywać się w ten zachowawczy sposób. Tak przecież wyglądał świat.

Może nie świadczyło to o niej szczególnie dobrze, tak naprawdę nigdy nie zaznała prawdziwego głodu, no, może poza tymi momentami, gdy się na czymś zbyt mocno fiksowała i zapominała o takich trywialnych potrzebach, jakimi było jedzenie, jednak poza tym nie miała prawda narzekać. Jej życie było całkiem lekkie, ale to przez to, że wybrała sobie taką drogę, całkiem wygodną. Miała jednak inne braki, o czym przecież wspominała, nie była taka cool, brakowało w jej życiu spontaniczności, coś za coś.

- Pikantne przyprawy jeszcze jestem w stanie zrozumieć, ale sól? Sól? Duża ilość soli przydaje się tylko do usypywania kręgów, czy pentagramów. - Zdecydowanie nie mogłaby spożyć czegoś co byłoby zbyt słone. Już chyba wolałaby nie jeść. Na szczęście podsunął kilka możliwości i chociaż jedna mogła być przez nią zaakceptowana. Nie, żeby musiała się stosować do tych rad, bo takie problemy raczej jej nie dotyczyły, mimo wszystko dobrze wiedzieć, że zawsze było jakieś rozwiązanie.

- Dwa w jednym, w sumie całkiem niezła metoda, widać, że się znasz na rzeczy. - Najwyraźniej miał doświadczenie we wszystkim, w czym ona nie miała, to było całkiem zabawne, że znaleźli się razem tego wieczora podczas tego chaosu, który pochłaniał miasto. Wbrew pozorom naprawdę zaczęło ją to skłaniać do przemyśleń, pewnie gdy się to skończy bardzo dokładnie przeanalizuje tę konwersację i wyniesie z niej odpowiednie wnioski.

- Może kiedyś coś mnie skłoni do tego, żeby znaleźć się w głuszy, nigdy nie można mówić nigdy, czyż nie? Wtedy wrócę do tej rady, na pewno. - Nie było to wcale takie oczywiste, ale z drugiej strony, kto wiedział, gdzie ją kiedyś nogi poniosą? Może dopadnie ją jakiś kryzys wieku średniego i postanowi kiedyś coś zmienić w swoim życiu.

- Nie chcę Cię rozczarować, ale wystarczy mi jeden kieliszek, talerz i widelec, obejdzie się nawet bez noża. Widzisz, nie ma noża, nie ma problemu z nieodpowiednim nożem - To nie tak, że nie potrafiłaby przestrzegać zasad etykiety, była z nimi zaznajomiona, jednak nie należała do osób, które lubiły, aż tak bardzo udziwniać najprostsze czynności.

- Ale będę mieć to na uwadze i faktycznie, jeśli już będziesz dla mnie gotował postaram się sprawdzić, czy wszystko jest takie idealne, jak mówisz, będziesz musiał się mieć na baczności. Sam to na siebie sprowadziłeś. Nie ma zmiłuj. - Zwróciła uwagę na to, że wbrew temu, co mogło się wydawać, mężczyzna był wyjątkowo obyty, nie przestawało jej to zaskakiwać. Nie miała pojęcia kim był, ale wiedziała, że na pewno nie należał do tych zwyczajnych oprychów z Nokturnu, których miała już niewątpliwą przyjemność spotkać na swojej drodze.

- Jeszcze jedno, jak coś wolę kuchnię włoską od francuskiej, nie pogardzę też rybą z frytkami, baby lubią frytki, nie wiem, czy o tym wiesz... pewnie wiesz, wyglądasz, jakbyś wiedział, chociaż za tiramisu mogłabym dać się pokroić. - Wrócili chyba do punktu wyjścia, bo dzisiaj już rozmawiali na temat jedzenia, najwyraźniej miał on ich nie opuścić. Cóż, robiła się głodna, a wiedziała, że zbyt szybko niczego nie zje. Mogła jednak zjeść dzisiaj ten obiad.

- Kiedyś to sprawdzę. - Na pewno musiał spać, prawda? W nocy, o północy, może nie każdej, ale na pewno zdarzały się takie momenty, kiedy pozwalał sobie na odpoczynek, postanowiła więc zagrozić mu, że kiedyś go dopadnie, oczywiście to wszystko to były żarty, tak samo jak ten posiłek, który miałby jej ugotować. Wiedziała, że nic z tego nie będzie miało miejsca, bo przecież już niedługo ich drogi się rozejdą, tyle będzie z tej przyjaźni, którą zdążyli dzisiaj nawiązać. Mimo wszystko całkiem przyjemnie było jej z myślą, że nie była w tym sama, że miała kogoś takiego u swojego boku, dzięki czemu przeżycie tej tragedii wydawało się być dużo prostsze.

- Łowcy są chyba na podobnym poziomie, często trafiali do nas z odgryzionymi kończynami, amnezjatorzy, którzy dostawali za to, że chcieli czyścić pamięć innym, jest sporo możliwości, oczywiście klątwołamacze plasują się wysoko w hierarchii, nie mogę Ci tego odebrać. - Nie zamierzała być już taka wredna, przecież widziała, że był dumny z tego, czym się zajmował. Zdawała sobie sprawę z tego, że niektórzy potrzebowali adrenaliny, ale też ich umiejętności idealnie się w tym sprawdzały. Nie każdy przecież mógłby zostać kimś takim, to wymagało sporej wiedzy, a nie tylko i wyłącznie silnej psychiki. Nie wątpiła bowiem, że tym też powinni się wyróżniać, tak naprawdę składał się w to całkiem spory pakiet umiejętności.

- Nie rozmawialiśmy o najlepiej płatnych posadach, tutaj wbrew pozorom są to pewnie bardzo nudne zawody, jacyś wysoko postawieni urzędnicy, typu kanclerz skarbu państwa, który sobie siedzi na stołku i wydaje polecenia. - Nie wydawało jej się to szczególnie fascynującym zajęciem, już chyba wolała swoje krojenie trupów w kostnicy.

Poczuła, że jego dłonie nieco silniej zacisnęły się na jej nogach, dostrzegła, że było to spowodowane tym, że ktoś się właśnie koło nich przepychał. Na szczęście mężczyzna miał wszystko pod kontrolą mimo tego, że prowadzili tę pogawędkę. Stała czujność chyba naprawdę działała.

- Dwojako, to ciekawe, jeśli nie przemoc, to co innego? - Była zaintrygowana tym, czy wpasowuje się w którąś z jego standardowych grup, oczywiście, że nie wspomniała o tym w głos, tylko postanowiła zadać odpowiednie pytanie, aby sama mogła się jakoś uplasować wśród tych jego standardowych grup odbioru. Miała wrażenie, że może nieco od tego odbiegać, ale musiała to zweryfikować.

- Tak, jesteśmy umówieni, nie ma już odwrotu. - Oczywiście, że to spotkanie na pewno dojdzie do skutku. Za tydzień, o osiemnastej spotkają się po to, aby mogła zobaczyć jego grzywkę. Nie mogło być inaczej.

- Tak, mówiłam, ale uświadomiłam sobie, że nawet najwięksi twardziele czasem płaczą, grzywka jest tym, co może spowodować Twoje łzy. - Oczywiście, że musiał ją złapać za słówko. Był najwyraźniej okropnie bystry i przywiązywał wagę do szczegółów, co również jej nie umknęło, naprawdę trafił jej się bardzo interesujący towarzysz.

- Oczywiście, najgorsza i najbardziej brutalna prawda jest lepsza od kłamstwa, cieszę się, że się zgadzamy, dzięki temu nie będę miała oporów. - Nie, żeby bez tego komentarza jakieś miała, ale teraz czuła, że posiada przyzwolenie na to, aby faktycznie móc dzielić się z nim swoimi przemyśleniami. - W lesie mógłbyś wystraszyć wszystkie bezbronne stworzonka, to chyba nie jest najlepszy pomysł... - Oczywiście, że musiała dodać coś od siebie, bo czemu by nie. - Podejrzewam zresztą, że nawet bardzo słaba grzywka nie mogłaby Ci przeszkodzić w jesiennym podrywie, musiałbyś tylko dopisać do tego jakąś wiesz fascynującą historię, na pewno któraś by na to poleciała. - Mógłby stracić część włosów podczas walki z jakimś pojebanym demonem, czy coś, na pewno da radę dołożyć pod to coś ambitnego, szkoda by było nie skorzystać z okazji.

- Jeśli Ci je wszystkie wyrwę, to nie będziesz miał kłopotu z grzywką, nie widzisz, że próbuję ułatwić Ci życie? - Przecież to było takie jasne... Na potwierdzenie swoich słów delikatnie pociągnęła go za kitkę, jakby faktycznie była skłonna zrobić mu krzywdę, mimo, że przecież naprawdę starała się być bardzo delikatna w swoich gestach, tyle, że sam ją podpuścił.

Ponownie ruszyli przed siebie, Bletchley wypatrywała wzrokiem ludzi ubranych w te specyficzne stroje, którzy najwyraźniej mieli wyłapywać z tłumu pracowników ministerstwa i pomagać się im dostać do środka. Póki co znajdowali się dość daleko, więc zapewne jeszcze nie dostrzegali jej plakietki, którą machała w powietrzu, może faktycznie prostszym rozwiązaniem, które mogłoby zwrócić na nią ich uwagę było pokazanie cycków, tego pewnie by nikt nie przegapił, cóż, wolała się jednak mimo wszystko trzymać tej pierwszej metody, którą wybrali.

Wiedziała, że prędzej, czy później uda im się osiągnąć cel, czuła, że osiągną sukces, naprawdę miała wrażenie, że razem mogą wszystko, po tym, co dzisiaj przeżyli. Zdawała sobie również, że sama pewnie nie dałaby rady znaleźć się tak blisko, to było niemożliwe. Gdyby nie ten obcy mężczyzna pewnie utknęłaby na Horyzontalnej, no, jeśli miała myśleć pozytywnie, inna opcją było też to, że mogłaby leżeć gdzieś martwa. Ten wieczór okazał się być jednak dla niej całkiem szczęśliwy, jak na to co działo się wokół nich. Właściwie to póki co była w jednym kawałku, może miała nieco podrażnione gardło i dym w płucach, ale jak na to jaki chaos panował w Londynie to było naprawdę niewiele. Spodziewała się bowiem tego, że straty okażą się ogromne, wielu ludzi straci życie, czy to przez ogień, czy przez stratowanie przez tłum. Możliwości było naprawdę bardzo wiele.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
17.04.2025, 17:23  ✶  
Noc, która powinna być ciemna i cicha, była teraz była przerażająco jasna - przesycona światłem płomieni, które zdawały się rozrywać niebo. W powietrzu unosił się zapach dymu, a odgłosy ognia trawiącego miasto i krzyków wypełniały noc. A ja, zamiast uciekać za miasto, niosłem tę nieznajomą kobietę, której imienia nie zarejestrowałem, jeśli kiedykolwiek mi się przedstawiła, czując, jak gorąco otacza mnie ze wszystkich stron, i mimo to idąc dalej przez tłum. Światło ognia oświetlało twarze ludzi, których mijałem, ich oczy były pełne paniki. Niektórzy zawodzili, a niektórzy cicho płakali. Otoczenie wokół nas było gorączkowe, zarówno mugole, jak i czarodzieje nie wiedzieli, co robić, ich twarze zniekształcały strach i zagubienie. W powietrzu unosił się duszący popiół, a my wciąż brnęliśmy przez tłum, który z każdą chwilą stawał się coraz gęstszy. Zmęczenie dawało mi się we znaki, ale nie mogłem jej teraz zostawić. Trzymając na barana tę nieznajomą, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że znaliśmy się od zawsze, mimo że było to nasze drugie spotkanie.
- Musis szię pszyswyszaiś, jeszli masz byś moją pszyjasiółką, wieś? Akceptowaś mnie takiego, jakim jestem... Szyli upieldliwego. - Cicho parsknąłem. - Lepiej, szebyś tego nie podłapywała, bo nie ma w tym nis, co mogłoby ci się pszydać. Mam naleciałoszci, uszywam slangu, mieszanki co najmniej tszech jęsyków i z sześciu dialechtów. Jak zasznę ci wyjaśniaś kaszde moje słowo, to do lana nie tlafis do ministelstwa... Chces tego? Nie sządzę. - Zacmokałem teatralnie. Zaraz jednak przypomniałem sobie, że muszę wyjaśnić jej, co tak naprawdę oznacza to, co mówię. Zatrzymałem się na chwilę, by spojrzeć na nią przez ramię, a w moim głosie dało się wyczuć nutę lekkiego rozbawienia. - Naswałem cię zszędą, maludą, naszekaszką - coś pomięsy. To nie jest sniewaga, to fakt. Powinaś wiedzieś, sze cię nie puscę, nawet, jakbym dostał od kogosz w łeb. - Teraz otwarcie skarciłem ją za tamte słowa - sama tego chciała. - Nęsny blak wialy w pszyjasiół, zasztanów szię następnym lasem. - Pokręciłem głową. Nie chciałem, żeby wiedziała, że czuję, iż to nasze dzisiejsze spotkanie jest jedynie chwilowe i że nasze drogi się rozejdą, a my nigdy więcej nie będziemy mieli okazji się spotkać. Mimo to rozmawialiśmy, jakbyśmy byli starymi znajomymi, a nie dwójką nieznajomych w obliczu chaosu. Obróciłem głowę przez ramię, żeby spojrzeć na jej twarz, zaskakująco spokojną w tej chaosie. Oczywiście, musiałem coś powiedzieć, żeby rozładować napięcie.
- Nie uwieszą ci, wies? - Uśmiechnąłem się do niej, choć wiedziałam, że nie widzi mojego wyrazu twarzy i w tej sytuacji nie powinno być nic zabawnego. - Ten wysoki, ciemny, cool facet, któly sziesi sagranisą? No, niemoszliwe. - Pokręciłem głową. - Dziś lepiej tesz o mnie nie opowiadaj, ani póśniej... Lusie w Ministelstwie mają baldziej przysiemne splawy na głowie nisz twoje pszyjaśnie s tajemniszymi osobami. Podejszewam, sze w najlepsym lasie będą szię śmiaś. A w najgolsym? Zamkną cię w biusze i kaszą ci wypełniać formulasze, szebyś nie pszynosiła im wsztydu swoimi wyoblaszeniami. - Wiedziałem, że to niemal koniec i już się więcej nie spotkamy, ale w tej chwili musieliśmy grać rolę, by rozluźnić atmosferę. - Wies, so? Jeszli myślis, sze dostanies ode mnie jakiesz ładne posztówki s palmami i sachodami szłońca, to się glubo mylis. Będę ci wyszyłać najgolsze moszliwe widokówki... Takie, sze nie będzies wiesiała, co s nimi zlobiś. Te, któle chowa szię w pudełku po butach pod łószkiem, a nie wiesa na lodówce. - W moim głosie dało się wyczuć pełne przekonanie tego, co mówię - to nie była groźba, to była informacja przed zapisaniem się do subskrypcji naprawdę żenujących pocztówek otrzymywanych w najbardziej nieprzewidywalnych momentach. Rozmowa szła nam świetnie...
Gdy usłyszałem jej odpowiedź odnośnie pierścionka zaręczynowego, czas na chwilę stanął w miejscu. Narzeczony nie żyje - te słowa przeszyły powietrze, jak rzucony sztylet. Nie wiedziałem, co powiedzieć, bo przecież nie to było moim zamiarem. Przepraszała mnie za to, co powiedziała, za to, że wyjawiła mi, iż jej narzeczony nie żyje. Nie chciałem wywołać smutku w tych szaleńczych okolicznościach, ani tym bardziej wzbudzić w kobiecie konieczności czucia się tak, jakby musiała mnie za coś przepraszać - nie teraz, nie tutaj, nie nigdy. Zamiast tego, starałem się rozproszyć myśli, przeszukując wzrokiem tłum. Przez chwilę wahałem się, czy w ogóle odpowiedzieć. Czułem, jak napięcie w powietrzu rośnie, a ogień w Londynie zdaje się być jedynie tłem do tego, co się dzieje między nami. Obróciłem głowę przez ramię, zerkając na nią, próbując rozczytać jej myśli. Usłyszałem jej słowa, te nieszczęsne przeprosiny, że powiedziała mi o swoim narzeczonym - nie byłem w stanie udawać, że nie. Zaskoczyła mnie tym, bo jeszcze chwilę wcześniej żartowaliśmy, starając się odwrócić uwagę od tego, co działo się wokół nas - rozmawialiśmy swobodnie, jakbyśmy znali się od lat. Nie miałem pojęcia, co odpowiedzieć. Nie znaliśmy się, a jednak w tym momencie dzieliliśmy coś więcej niż tylko przestrzeń, którą musieliśmy przejść - nasze losy splatały się w niespodziewany sposób.
- Nie musis. Kaszdy snas ma szwoje piekło, nawet jeszli nie zawse widaś to na pielwszym planie. - Nie chciałem, żeby czuła się niezręcznie, więc spróbowałem rozładować napięcie... I tak, w odpowiedzi na jej przeprosiny, wypaliłem z debilnym tekstem. Cokolwiek, by rozładować atmosferę. - Wies, ja kiedysz byłem szonaty. Na ogół, kiedy mówię o tym lusiom, leagują dziwnie, a ona jak najbalsiej szyje. - Uśmiechnąłem się krzywo, czego nie mogła zauważyć, ale byłem pewien, że mogła odczytać mój wyraz twarzy - światło ognia odbijało się w moich oczach, i chociaż powietrze było przesycone dymem i paniką, w moich tęczówkach na pewno pojawiła się gorycz, nie strach.
W moim umyśle pojawiły się wspomnienia, jak z posklejanej kliszy filmowej - chwile z Alice, kiedy próbowaliśmy się dogadać, kiedy ja starałem się być tym, kim ona chciała, a ona starała się być tym, kim myślała, że powinna. Nie chciałem, aby to, co mówiłem, brzmiało zbyt poważnie. Prawda była taka, że w tej chwili liczyła się tylko nasza droga do ministerstwa, a wszystkie inne sprawy były odległe i nieistotne. Moje słowa miały w sobie odrobinę goryczy, ale starałem się, by brzmiały lekko. Nie spotkamy się więcej. Nie będziemy przyjaciółmi. To, co działo się teraz, było ulotne jak dym, więc mogliśmy wymienić kilka doświadczeń - czemu by nie.
- Po plosztu potszebowała pszestszeni, a ja… Cósz, jesztem tlochę za duszy, zajmuję spolo miejszca. - Powiedziałem oszczędnie, starając się wcisnąć w to odrobinę humoru. Czułem, jak żart wisi w powietrzu, jakby był nienaturalny w obliczu tego, co przed chwilą usłyszałem. Zrobiłem przerwę, zastanawiając się, czy moje słowa nie brzmiały zbyt egoistycznie. W tym momencie, kiedy całe miasto płonęło, ja śmieszkuję o tym, że nie potrafiłem dać miejsca kobiecie, która była ze mną. Czułem, że to może być niewłaściwe, ale w mojej głowie wciąż pojawiały się obrazy z przeszłości - jak próbowałem zmniejszyć się dla kogoś, kto nigdy nie potrafił dostrzec, że nie muszę maleć, by być względnie akceptowalny. - No, m'kay. Wobes tego, jeszli mnie to nie zdeklasuje w byciu cool... Mosze miała lasję, bo kompletnie pszytłaszam ludzi. Jak nie ja, to pszynajmniej moje ego i zajebiste wyszusie sytuacji. Jestesz tego szywym dowodem. - Dodałem, próbując rozładować atmosferę. Mieszkanie w mniejszych pomieszczeniach, w których czułem się za duży, to była nasza codzienność. Czasem mówiłem, że zajmuję sporo miejsca, a ona tylko się śmiała, ale przecież wiedziała, że to nie chodziło tylko o fizyczne ograniczenia - przez długi, bardzo długi czas udawaliśmy, że wszystko jest w porządku. Podtrzymywaliśmy trupa przy życiu, co było o tyle ironiczne, że moja była znała się w jakimś stopniu na medycynie, ale najwidoczniej to nie wystarczyło, żeby zatrzymać duszę przy tym umierającym ciele - nasze małżeństwo było na długo martwe, zanim zupełnie się rozpadło...
- Znam podstawy medysyny, ale lepiej, szebym nie mówił ci, jakiej i w jakim zakresie, bo obawiam się, sze to bęsie dla ciebie golsza abominasja od sela w plosku, wies... - Rzuciłem lekkim głosem, odchrzakując, kiedy trochę zapiekło mnie w gardle - wiedziałem, że z minuty na minutę brzmię coraz bardziej chrapliwie i sycząco, ale nie mogłem nic z tym zrobić, o ile całkowicie nie przestanę mówić, czego nie chciałem robić. Nasza rozmowa pomagała panować nad sytuacją - przynajmniej w jakimś sensie.
Wśród tego zgiełku poruszaliśmy naprawdę osobliwe tematy, więc nie zdziwiłem się, kiedy usłyszałem jej słowa o soli i o tym, jak przydaje się tylko do usypywania kręgów i pentagramów. Zgodziłem się z nią całkowicie, bo sól była czymś znacznie więcej niż tylko przyprawą, ale czułem potrzebę, by dodać trochę więcej.
- Nie tylcho do klęgów i pentaglamów. - Cmoknąłem specjalistycznie. - Sól to tesz doszkonały ślodek do lytuałów osyscająsych. Posa tym, wies, moszna nią zablokowaś dszwi, okna i komindk, by szadne gówno szię nie pszedostało. A szalna sól… - Pokrótce wytłumaczyłem, nie chcąc zanudzać jej zbędnymi detalami. - To naszęsie do szusania i odszyniania klątw... Blablabla. - Wiedziałem, że w tej chwili powtarzam rzeczy oczywiste, ale musiałem odwrócić nasze myśli od płomieni i strachu, i tej niedawnej rozmowy. - Jak jus ją nosis do tych wszystkich szeszy, to tylko mówię, sze jeszt tesz szwietna do przedłuszania szywotnosi jedzenia. Wies, w tludnych szasach, takich jak te, kaszdy kawałek jedzenia szię liszy. Wiem, sze pszesolone jesenie, to nie jeszt najsmaszniejsza szecz, ale w obliszu głodu… - Zaraz potem parsknąłem cichym śmiechem na wspomnienie brytyjskiej kuchni. - Ach, tak, Blytyjszysy i ich lyba z flytkami... - Pobłażliwie prychnąłem, uśmiechając się lekko do samego siebie. - W posządku, mosze byś lyba s flytkami. Zdesydowanie plęsej nisz dania włoskie, bo sczesze mówiąs, nigdy nie gotowałem makalonu. - Przyznałem się, kręcąc głową.
Spojrzałem na gęsty tłum, który krążył wokół nas. Przerwałem na chwilę, zwracając uwagę na jakieś zamieszanie w oddali. - A tak na malginesie, lakowe étouffée i pstrąg a la meunièle to kuchnia kreolska luizjańska, a nie francuska. - Nie musiałem tego dodawać, ale jakoś tak wyszło, że postanowiłem dać jej znać, jaka jest właściwa kategoria. - Jesztem s Luizjany, nie s Flancji. To oglomna lósznisa, jako pszyjaciółka powinnasz to wiesieś. - Dodałem, starając się, by moje słowa brzmiały lekko, mimo że w głębi duszy czułem, że nasze spotkania są skazane na niepowodzenie.
Zerknąłem przez ramię, kiedy mówiła o konkurencji dla najbardziej niebezpiecznych zawodów, i nie mogłem powstrzymać się od wywrócenia oczami. Potem znowu spojrzałem przed siebie, próbując przeanalizować otaczający nas tłum. Znowu obróciłem się w jej stronę, dodając z przekąsem:
- Amnesjatoszy, tak? - Zmrużyłem oczy, pokręciłem głową i kontynuowałem. - Posa tym zdefiniuj mi klasysznego „łowcę”. - Parsknąłem lekko na myśl o tym, jak łatwo można wpaść w pułapkę stereotypów, nie dając jej czasu na teoretyzowanie, chociaż to z pewnością byłoby całkiem ciekawe - usłyszeć, co ktoś z zewnątrz myśli na ten temat, gdzie stawia granice, która była płynna, nomen omen, trochę zbyt płynna, jak na moje standardy, a także na opinię kolegów po fachu. Mi osobiście wydawało się bardzo jasne, że te dwie grupy średnio za sobą przepadają, więc porównywanie ich ze sobą jest niesmaczne, nawet mając tyle punktów wspólnych - nie bez przyczyny dosyć mocno odcinaliśmy się od siebie poprzez używanie osobnej terminologii. - Jesteszmy fajniejsi... Osobiszcie dokładnie tak szamo potlafię upieldoliś łeb wiwelnie, soly za wylaszenie, co wiekszoś tych dupków, ale umiem zadbaś o to, szeby nis nie upieldoliło mi pszy tym lęki. - Samochwalstwo? Być może, ale no - nie przepadałem za ludźmi, którzy korzystali z tych samych bestiariuszy, często nawet bardziej ubogich, bo pozbawionych informacji o istotach powiązanych z klątwami, wymagających egzorcyzmów czy pieczętowania, jak na przykład wendigo czy dżiny, za to nosili się tak, jakby byli lepsi, bo rzucają się od razu do walki. Niestety wielokrotnie miałem okazję z nimi współpracować, na tyle blisko, że moja opinia na ich temat była bardzo mocno nakreślona, cholernie ugruntowana i wolałem nazywać się „najemnikiem”, mimo tego, że po fakcie, gdy bieda zaglądała w oczy, zajmowałem się wszystkim - nawet tymi wspomnianymi wiwernami. Nie zawsze były klątwy do łamania i pieczęci do zakładania, czasami trzeba było obniżyć standardy i pójść utłuc bagnowyja. Preferowałem jak najdalszą terminologię od stawiania się w jednym rzędzie z łowcami - szczególnie z tymi „profesjonalnymi”, z rodzin łowieckich, z dziada pradziada. Oni wszyscy byli najgorsi.
- Byś mosze. - Odpowiedziałem krótko, żeby nie wypowiadać się o tym, że mimo wszystko - z przemytu można było utrzymać się na wyższym poziomie, niż jakikolwiek urzędnik, no, chyba że skorumpowany, wtedy ryzykował niemal tak bardzo jak te terenowe zawody.
Przełknąłem ślinę, czując, jak pot spływa mi po plecach, ale nie przerywałem. Przekręciłem głowę przez ramię, patrząc w oddal za kobietą i starając się dostrzec, co dzieje się za nami w tym piekle, które otaczało Londyn. Płomienie ogarniały budynki wokół nas, a dym wdzierał się do moich płuc. Czułem, że musimy się spieszyć. Zacisnąłem zęby, starając się przepchnąć przez gęsty tłum, który zdawał się nie mieć końca.
- Pieniąse. - No, przecież oczywiste, że nie będę mówić eleganckiej, ładnej kobiecie o tym, co po prawdzie miałem na myśli - ruchanie. Wystarczyło, że kilka dni temu powiedziałem to komuś innemu, ale wtedy, w tamtej sytuacji, rozmawiałem z kimś bardziej na moim poziomie - z babochłopem Ambroise'a. Mogłem posłużyć się ulicznym językiem, otwarcie mówiąc o tym, że przyciągam różne dziwne typiary, typy właściwie też, przez co momentami naprawdę miałem wrażenie, jakby połowa miasta chciała mnie zaciupać, a druga przelecieć... I może wtedy zaciupać, to też było możliwe. Z uwagi na moją towarzyszkę, jednak wybrałem łagodniejszą wersję - jeśli nie przemoc i seks, to pieniądze. Triada rządząca światem. - Chsą mnie wykoszystaś do intelesów. - Odpowiedziałem, bez zająknięcia, bo to też było w jakimś stopniu prawdziwe. Zatrzymałem się na chwilę, by zaczerpnąć oddechu. Z każdym krokiem czułem, jak moje siły topnieją, a gorące powietrze wypełnione dymem drażniło moje płuca.
Zaraz po tych słowach, w tłumie za nami rozległ się krzyk. Ktoś potknął się o leżący fragment gruzów, a jego upadek spowodował panikę. Ludzie zaczęli się rozpychać, szukając dróg w inne strony - przynajmniej na kilka chwil, bo zaraz znów ta luka samoistnie się wypełniła. Na placu trudno było znaleźć kawałek luźnego miejsca, było tu zdecydowanie zbyt wielu ludzi - gdybym mógł być w tym lesie, zamiast tutaj, to najpewniej zaryzykowałbym nawet atak dzikiej wiewiórki na widok mojej nieudanej grzywki.
- No, totalnie bym je wystlasył, bo nie umiem poluszaś szię po lesie... - Zatrzymałem się na chwilę, by złapać oddech, a w moim głosie wybrzmiała nuta ironii. Żarty były moim sposobem na przetrwanie, na odwrócenie uwagi od tego, co działo się wokół nas, i wyglądało na to, że działają lepiej niż założyłem. - Zawse lesą. - Skwitowałem, przytaknąwszy bez owijania w bawełnę, i tak zdając sobie sprawę z tego, że to raczej oczywiste. Nigdy nie miałem zbyt wiele problemów ze znalezieniem kogoś, kto był mną w jakimś zakresie zainteresowany, choćbym nawet był zakurzony albo utytłany w błocie i we krwi - kobiety lubiły bawić się w pielęgniarki. Tyle tylko, że ja niespecjalnie tego chciałem.
- Sugelujes, sze jestem niewdzięszny? - Przerwałem na chwilę, czując jak zmęczenie zaczyna dawać mi się we znaki. Gdzieś w oddali słychać było krzyki, dźwięki rozbijających się szyb i łamiących się gałęzi.
Powietrze wokół nas było gęste od dymu i popiołu, a ja nie mogłem przestać myśleć, że to wszystko to tylko chwilowy epizod. Cała ta rozmowa, ta chemia między nami - to wszystko wydawało się kłamstwem, ale potrzebowałem tego, by rozluźnić atmosferę. Próbowałem się uśmiechnąć i brzmieć na rozluźnionego, ale dźwiganie jej ciała stawało się coraz bardziej męczące. Mimo to, musiałem się trzymać. Złapałem ją mocniej, gdy tłum nagle się wzmocnił, a ludzie zaczęli popychać się nawzajem, w panice szukając wyjścia - najpewniej przez to, że ktoś z przodu zaczął niezrozumiale coś wykrzykiwać, odstawiając epizod psychotyczny, zanim ktoś z ministralnej grupy ruszył w jego stronę. Tłum cofnął się na nas, ktoś praktycznie wpadł mi pod nogi. Potknąłem się na nierównej nawierzchni, z trudem utrzymując równowagę, ale zaraz mocniej stanąłem na ziemi, odpychając tego człowieka.
- Nie wiem, szy to działa... Mosze jednak pokasz te cycki? - Mówiąc to, czułem, jak ciężar tej sytuacji spoczywa na moich ramionach. Chociaż w sercu wiedziałem, że to wszystko jest iluzją, że nie spotkamy się ponownie, a nasze „przyjaźń” to tylko gra na czas, nie mogłem tego powiedzieć - tak samo, jak tego, że musimy znaleźć sposób, żeby zwrócić uwagę tych ludzi z ministerstwa, zanim zginiemy w tym tłumie. Rozluźnienie atmosfery było nam potrzebne, więc kontynuowałem, z lekkim uśmiechem. - A tak szelio, moszesz machaś mosniej? Albo, no, wyszej? - Spytałem, bo nie widziałem, jak to robiła, i czy to było w ogóle możliwe.
Tłum wokół nas był jak rwąca rzeka, pełen paniki i strachu, ale musieliśmy znaleźć sposób, aby dotrzeć do celu. Gdy tylko dostrzegłem, że kilka osób z ministerstwa zaczyna nas zauważać, poczułem, że nasze wysiłki zaczynają przynosić rezultaty. Grupa nie była liczna, ale wyglądała na zbiorowisko ludzi będących w stanie poradzić sobie z wyłapaniem pracownika ze spanikowanego tłumu. Na chwilę naprawdę mi ulżyło, a potem jeden z mężczyzn, uderzony przez współpracowniczkę w ramię, obrócił się w naszą stronę, patrząc wprost na kobietę na moich ramionach i... Na mnie...? Ja pierdolę, wszędzie rozpoznałbym tę gębę, ale czy ta gęba była w stanie rozpoznać mnie? Z tej odległości i z zasłoniętą twarzą, z udami mojej towarzyszki zasłaniającymi mi szyję, w gęstym tłumie? Nie wiedziałem, ale nie mogłem nic na to poradzić, że krew na momencie zawrzała mi w żyłach. Usiłowałem nie rozejrzeć się w panice, tylko iść dalej miarowym krokiem, do momentu, w którym tłum zrobił się jeszcze gęstszy, a przed nami wyrósł całkiem wysoki człowiek - mojego wzrostu, może nawet wyższy. Wykorzystałem okazję - schowałem się za nim, stając w miejscu.
- Szłuchaj, mon amie... - Zaczerpnąłem jeden, głęboki oddech i obróciłem głowę przez ramię, spoglądając w górę, żeby złapać spojrzenie kobiety, starałem się wyglądać i brzmieć zupełnie normalnie. - Musę cię telas postawiś, potszebuję, szebyś pszepchała szię do nich sama... To tylko se dwa metly, oni tesz po ciebie idą, das ladę, m'kay? - Robiłem wszystko, co w mojej mocy, by nie zabrzmieć, jakbym był zestresowany, ale w rzeczywistości wszystko we mnie krzyczało, żebym przestał wyjaśniać kobiecie, co się dzieje i jak ma postąpić, nie cackał się z nią, jak z dzieckiem, tylko opuścił ją na ziemię i jak najszybciej się wycofał. Miałem wrażenie, że nasze spojrzenia się spotkały, może nie na dłużej niż kilka sekund, ale nie wiedziałem, ile wystarczy, żeby mnie rozpoznał. To mogła być kwestia jednego rzutu oka - wszystko było prawdopodobne, gdy czuło się jak zwierzę zapędzone w potrzask. - Pszyklo mi, pszeplasam. Nie mogę ci dłuszej pomagaś... - Zabrzmiałem bardziej nerwowo, niż planowałem, ale jednocześnie już nie czekałem na reakcję - od razu pochyliłem się do przodu, nie tylko umożliwiając jej zsunięcie się z moich pleców, co zdejmując ją sobie przez głowę. Mocno zacisnąłem ręce, przeniesione z jej kolan na talię, po czym zrobiłem sobie trochę miejsca z przodu, po chamsku pchając kogoś kolanem w plecy i - ignorując wściekłe spojrzenie - wciskając zdjętą kobietę przed siebie w taki sposób, że przez chwilę opierała się na moim ciele. - Nie wychoś jusz dzisiaj z ministelstwa, m'kay? Poladzisz sobie. - Mruknąłem do niej, celowo pochylając się do jej ucha, żeby nie musieć unosić głosu ponad głośnym tłumem. Czułem, że w tej chwili nasze losy się rozdzielają, ale miałem nadzieję, że moja obietnica nie była składana na marne i kobieta zamierzała skorzystać z możliwości schronienia się w gmachu ministerstwa, zamiast w którymś momencie tej nocy postanowić stamtąd wyjść i znowu rzucić się na zatłoczone ulice. Nie - nie wyglądała na aż tak nierozsądną i nawet, jeśli się nie znaliśmy, to miałem wrażenie, że pod tym kątem właściwie ją oceniałem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (13716), Prudence Fenwick (11356)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa