• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 11 Dalej »
[08.09.1972] wonderful life | Geraldine & Ambroise

[08.09.1972] wonderful life | Geraldine & Ambroise
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#1
16.04.2025, 23:56  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2025, 22:51 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

08.09.1972 popołudnie, Aleja Horyzontalna

W końcu udało im się jakoś opuścić łóżko. Nie było to wcale takim prostym wyzwaniem, bo wydawało się przyciągać ich dzisiaj wyjątkowo mocno. Nie chodziło wcale o siłę grawitacji, wręcz przeciwnie. Wreszcie doszli do porozumienia, zaczęli ze sobą rozmawiać, bardzo szczerze, z czym zazwyczaj mieli problem. Nigdy nie przychodziło im łatwo ubieranie myśli w słowa, tym razem było inaczej. Nie mieli problemu z tym, aby wspominać o swoich oczekiwaniach, wyjaśniać swoje podejścia. To było całkiem świeżym oddechem dla tej dwójki. Yaxleyówna naprawdę wierzyła w to, że w końcu będzie przepięknie, że wreszcie doszli do momentu, w którym wszystko miało być proste. Zgadzali się ze sobą w wielu spostrzeżeniach, więc to było raczej oczywiste, że mogło być tylko lepiej.

Wyszli z mieszkania może nieco spóźnieni, jednak przecież nigdzie się im nie spieszyło, co również zdążyli już ustalić, właściwie to co do tego porozumieli się bez słów, po prostu zajęli się sobą w ten jedyny właściwy sposób, mieli wiele do nadrobienia, nie mogli się sobą nacieszyć. Nie ma się co dziwić, musieli się przecież ograniczać przez półtora roku, wreszcie wszystko działało jak wcześniej, a może nawet lepiej. Nie zdołali porozmawiać o wszystkim, ale na to zapewne też przyjdzie czas,  bo nie mogli pozostawić tych tematów pod dywanem, nie tym razem. Musieli się go pozbyć ze swojego życia.

Mieli po raz kolejny wybrać się na randkę, w zasadzie wcześniej nie robili tego zbyt często. Nie wychodzili między ludzi, aby celebrować to, co ich łączyło. To się zmieniło, bo to miała być ich kolejna oficjalna randka w przeciągu kilku dni. Najwyraźniej bardzo chcieli się nacieszyć tym, co dostali od losu. Nie było sensu im się dziwić, bo przecież to nie było wcale takie oczywiste nawet jeszcze wczoraj. Sporo ich kosztowało dojście do tego miejsca, mimo wszystko uważała, że było warto. W końcu znowu mogli być dla siebie kimś. Okropnie jej tego brakowało, zapomniała, jak to jest mieć go u swojego boku, wtedy wszystkie problemy wydawały się nie istnieć.

Stała więc tuż przed drzwiami, gotowa na ten niezobowiązujący wypad, właściwie to może i nawet trochę zobowiązujący? Nie ubrała się może jakoś zbyt szczególnie do okazji, miała na tyłku swoje skórzane spodnie (te, które Roise tak bardzo kochał) i jedną z jego koszul. Mogli na spokojnie udać się na spacer, a właściwie to do kina, czy tam na film, jak zwał tak zwał. Nie mieli żadnych planów na dalszą część dnia, więc mogli zająć się sobą. Geraldine zabrała ze swojej sypialni te nieszczęsne lusterka, bo chciała przekazać jedno z nich swojemu chłopakowi, tylko, że bardzo skutecznie odsuwali ku temu okazję, może podczas tego spaceru, kina i późnego obiadu uda jej się to zrobić. W miejscu publicznym powinni potrafić panować nad swoimi rządzami, prawda? Tak, jasne, jakby ich nie znała... Cóż, pozostawało wierzyć, że będą w miarę ogarnięci tego dnia. Nie mogła mieć wobec nich zbyt wielkich oczekiwań, bo byli siebie tak bardzo stęsknieni, że byłoby to nielogiczne, wiedziała, jak się czuje, miała świadomość, że Greengrass musiał odczuwać podobne emocje, byli przecież do siebie bardzo podobni pod tym względem. O ile nie tacy sami. To, co ich łączyło było silniejsze od wszystkiego innego, ba doszli już do tego, że to nie było to tylko miłość i chyba już nie bała się tego słowa, chociaż brzmiało bardzo poważnie. Padło między nimi jednak tyle zapewnień, że nie czuła, aby to nie było na miejscu.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#2
21.04.2025, 01:22  ✶  
Nie pamiętał, kiedy ostatnio wstanie z łóżka stanowiło dla niego aż takie wyzwanie. Przez minione półtora roku raczej nie spędzał w nim zbyt dużo czasu. Zapewne nietrudno byłoby to nawet stwierdzić na widok obu jego sypialni. To nie były ciepłe, przytulne miejsca zachęcające do leżenia między poduszkami. Nie były niewygodne. Co to, to nie. Po prostu spełniamy bardzo podstawową i konkretną funkcję, nic ponad to.
Borykając się z coraz głębszą, postępującą bezsennością, miewał problem z tym, aby w ogóle spędzić kilka godzin w pościeli. Niczego bowiem nie nienawidził tak bardzo jak przewracania się z boku na bok i narastającej frustracji wynikającej z widoku cieni przesuwających się po suficie aż do momentu, gdy za oknem robiło się jasno. Wolał po prostu nie położyć się, aniżeli bezsensownie tracić czas, który mógł przeznaczać na robienie czegoś innego.
Nie lenił się nawet znajdując się w łóżku z kimkolwiek innym... Tak, bo przecież nie mógł przy tym ukryć, że w żadnym wypadku nie zrezygnował z tej części życia. Wręcz wyjątkowo szybko wrócił do starych nawyków, nieważne jak toksycznych. Częściowo z przekory, częściowo z frustracji, po części z autodestrukcyjnych zapędów albo cholera wie, czego jeszcze. Istotne było to, że nawet wtedy nie miał tendencji do spędzania tam wielu godzin.
Nie prowadził długich rozmów w pościeli. Nie zawijał się z kimś w kołdrę. Nie wymieniał czułych gestów. Zabierał się niemal od razu po fakcie i wychodził. Znikał. Rozpływał się w eterze. Czasami jeszcze w dzień, czasami w środku nocy, rzadko kiedy nad ranem. Nigdy, ale to nigdy nie zostawał na całą noc. Wspólne śniadania też nie były w jego stylu.
To było tylko ich. Jego i Geraldine. Ta część codzienności. Te wszystkie drobne czynności. Z pozoru niewiele znaczące pierdoły. Małe czułości. Normalne gesty. Mniejsze i większe. Nie miał tego z nikim innym. Nie chciał tego mieć. Rezerwował to wyłącznie dla ich dwojga. Dla jego prawdziwej, jedynej miłości, przy której potrafił ściągać maski, zachowywać się inaczej. Tego dnia zupełnie się otworzyć.
Nie dało się ukryć, że przez to, co robili znacząco opóźnili realizację swoich planów. Nie wyszli po półtorej godziny, tak jak to sobie z początku mówili. Wręcz przeciwnie: niemal podjęli decyzję o porzuceniu dawnych planów i zaszyciu się w sypialni. Miał głęboką pewność, że mogliby spędzić w ten sposób resztę dnia i wcale nie czułby się tak, jakby tracili czas.
Nie, oni go odzyskiwali. Nadrabiali stracone dni i byli w tym zadziwiająco jednomyślni. Bardzo zgodni w wielu z pozoru podstępnych kwestiach. Poruszyli naprawdę sporo tematów, które nie padły między nimi nigdy wcześniej. Tym razem zrobili to niemal od razu po dojściu do tego, że chcą być razem w ten jeden słuszny sposób. Życie osobno nigdy nie było im pisane.
Męczyli się, gdy próbowali trzymać się od siebie na dystans. Zachowywali się głupio, impulsywnie, coraz bardziej porywczo. Podejmowali zbyteczne ryzyko, bo nie było nikogo, kto byłby w stanie nie tyle powiedzieć im stop, co po prostu byłby w pobliżu. Czekałby w domu. Miałby na nich ten podświadomy wpływ. Bez siebie nawzajem byli...
...trudno było mu to przyznać, nawet przed samym sobą, ale poniekąd gorsi. Nie widział tego wyłącznie teraz. Dostrzegł to już dawno temu. Tyle tylko, że tak naprawdę dopiero tego lata zaczęło to do niego docierać. Zauważył to, co pomijał. Zwrócił uwagę na ignorowane fakty. Na detale sugerujące mu jednoznaczne wnioski. Zwieńczeniem był miniony tydzień.
A teraz chyba nareszcie zakończyli ten parszywy etap. Byli po prostu szczęśliwi, mogąc wyjść z domu. Może trochę później, ale tak jak planowali. Mieli tylko trochę mniej czasu, więc musiał się bardziej spinać, ale przecież to nie był jego pierwszy maraton. Może nigdy wcześniej nie chodzili w ten sposób na oficjalne randki. To była dla nich pewna nowość, szczególnie w takiej częstotliwości, jednak już wcześniej zdarzało mu się potrzebować zagęszczać ruchy.
Szczególnie, że musiał się przebrać, zabrać kilka rzeczy z domu i po drodze zaliczyć jeszcze jedno miejsce. Kwiaty. Oczywiście, że kupił Geraldine kwiaty. Słoneczniki. Ostatnie w tym sezonie. Bardzo późne, ale bez wątpienia całkiem dobrze prezentujące się w jego garści, gdy wrócił na klatkę schodową na miejsce spotkania.
Ostatnie stopnie pokonując w kilku susach nie do końca przystojących poważnemu człowiekowi. Z szerokim uśmiechem, który też wyrażał więcej niż oficjalną (randkową czy tam zalotową) powagę, zatrzymując się przed Yaxleyówną i bez słowa wyciągając bukiet w jej stronę. Tak, robił z tego pewne przedstawienie. Tak, czuł się z tym wyjątkowo dobrze. Był kurewsko zakochany.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#3
21.04.2025, 20:55  ✶  

Ten tydzień nie należał do łatwych, wręcz przeciwnie - pełen był wzlotów i upadków. Miała wrażenie, że trwało to wszystko zdecydowanie dłużej niż ledwie kilka dni. Potrzebowali tego czasu, aby wszystko sobie wyjaśnić, by dojść do jedynego właściwego rozwiązania. Była uparta, wiedziała, że najlepsze, co mogli zrobić to ponownie skrzyżować ze sobą swoje drogi, w ten odpowiedni dla nich sposób. Nie bez powodu doprowadzała między nimi do konfrontacji, nie bez powodu przekraczała granice, których nigdy by nie przekroczyła. Wiedziała, że musieli zachować się w ten sposób, aby wszystko sobie wyjaśnić. Czuła, że nie jest to jednostronne, nigdy nie było. On znajdował się w tym samym położeniu co ona, albo nawet jeszcze gorszym bo poza tym, że próbował walczyć z jej podejściem, to walczył również ze sobą, starał się nie pozwalać sobie sięgnąć po to, czego chciał. Na szczęście to było już za nimi. Bardzo dobrze, bo wiedziała, że gdy traktowali się w ten sposób, ignorowali swoje istnienie to raczej zmierzali ku autodestrukcji. Nie służyło im życie osobno, co też mieli szansę już zauważyć. Te półtora roku było paskudne i dla niej i dla niego.

Dotarli jednak do momentu, w którym się zgodzili, co do tego, że nie mogli postępować w ten sposób. Kręcić się wokół siebie, odpychać się, a później znowu znajdować się obok. Wreszcie wrócili do tego, co było dla nich najlepsze. Wnioski przyszły same po tym, co ostatnio przeżyli. Ten dzień miał rozpocząć kolejny, lepszy etap ich życia. Nie musieli już się martwić tym, czy następny wspólny poranek będzie wspólnym ostatnim.

Nadrabiali stracony czas, sporo tego było, zwłaszcza, że bardzo, ale to bardzo mieli ochotę nacieszyć się sobą, przecież od lat do siebie należeli, nie mogło być inaczej, nie kiedy mieli świadomość, że spotkali na swojej drodze te pisane sobie osoby. Tego uczucia nie dało się powtórzyć z kimś innym, to było wyjątkowe, nic nie mogło równać się ich więzi. Teraz, gdy mieli jedno podejście wszystko wydawało się prostsze.

Nie musieli się martwić czasem, który sobie narzucili, nigdzie się nie spieszyli, właściwie to wcale nie było potrzeby, aby opuszczali łóżko, jednak jakoś udało im się to zrobić. Jedna i druga opcja wydawała się jej właściwa, bez względu na to, gdzie mieli się znajdować, czy co robić, to najważniejsze było to, że mieli być razem. Nic więcej nie było istotne. Czekało ich jeszcze sporo rozmów, mieli do przegadnia wiele spraw, jeśli chcieli zacząć inaczej, ale na to też nadejdzie pora. Ten pierwszy dzień mogli spędzić na spokojnie, ciesząc się tą zmianą sytuacji.

Oczywiście, że Roise pojawił się o czasie, nie mogła się spodziewać, że będzie inaczej. Dotrzymywał słowa, zawsze, tym razem było tak samo. Na jej twarzy pojawił się ogromny uśmiech, kiedy go zobaczyła, jakby wcale nie minęła chwila od momentu, w którym opuścił jej mieszkanie. Był to moment, w którym po prostu doceniała każdą chwilę, którą razem spędzali, jeszcze bowiem tego poranka nie miała przecież pewności, że tak będzie już zawsze.

- Zdążyłeś pomyśleć o wszystkim. - Powiedziała uśmiechając się od ucha do ucha, gdy dostrzegła kwiaty w jego dłoni. Oczywiście, że mogła się tego spodziewać, zawsze tak miał, zawsze myślał o każdym, najdrobniejszym szczególe, bez względu na to, jak bardzo musiał się spieszyć. Nie miała pojęcia, jakim cudem załatwił wszystko w tak krótkim czasie, nie zamierzała jednak o to dopytywać, po prostu sięgnęła po bukiet, który wyciągnął w jej kierunku. Słoneczniki, pewnie jedne z ostatnich w tym sezonie, bo miała nadejść jesień.

- Gotowy? - Dopytała jeszcze nim wsunęła swoje ramię pod jego. Mogli wyjść z kamienicy, pójść się przejść, zahaczyć o kino, dalej zobaczą, to był wyjątkowy dzień i mogli go odpowiednio wykorzystać, bo przecież nie mieli żadnych konkretnych planów na ten wieczór. Ograniczała ich tylko własna wyobraźnia, chociaż w przypadku tej dwójki to też raczej nie było ograniczeniem, na pewno znajdą sobie jakieś zajęcie i wykorzystają wolne popołudnie i wieczór.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#4
24.04.2025, 22:30  ✶  
Wbrew dosyć szorstkiemu początkowi, jeszcze na długo przed nastaniem świtu, to był naprawdę dobry dzień. Jeden z tych wyjątkowo długich, bo zaczętych jeszcze przed północą dnia zeszłego, obfitujących w różnorodne uczucia i stany emocjonalne, jednak dobrych. Naprawdę dobrych. Z perspektywy czasu, Ambroise nie mógł powiedzieć o nim ani jednego złego słowa.
Nie dlatego, że nie stało się nic, czego mógł lub wręcz mogli uniknąć. O nie. Teoretycznie popełnili całkiem sporo błędów. Szczególnie i przede wszystkim tych komunikacyjnych, co nie było im zupełnie obce, nawet jeśli od dawien dawna potrafili dogadać się ze sobą jak z nikim innym.
Tym razem w grę wchodziły jednak inne czynniki niż tylko chęć osiągnięcia kompromisu. A przynajmniej tak mu się wydawało, dopóki nie okazało się, że w gruncie rzeczy sprawy mają się nieco inaczej.
Potrafili rozmawiać spokojnie. Umieli nie ciskać w siebie wyrzutami, nie strzelać piorunami z oczu, nie uciekać się do odpychających zagrywek. W dalszym ciągu byli w stanie instynktownie dawać sobie wszystko, czego potrzebowali. Nie tylko pod kątem fizyczności, której zdecydowanie nie brakowało im w ostatnich dniach.
A więc tak. To był dobry, naprawdę dobry dzień. Zapowiadał się jeszcze lepszy wieczór. Nie mógł zatem powiedzieć o tym wszystkim ani jednego złego słowa, skoro sprowadziło ich to do tego tu i teraz, nawet jeśli z przejściami.
Poza tym obiecał nie być aż takim czarnowidzem, czyż nie? W tym momencie stając z kwiatami przed Riną, zdecydowanie nim nie był. Uśmiechał się, kąciki ust zdecydowanie zadrżały mu na ten jej komentarz, nawet jeśli skwitował to tylko wzruszając ramionami.
Wyjątkowo nie próbował robić z siebie kogoś przewspaniałego za coś, co było dla niego bardzo oczywiste. Musiała na nowo zaprzyjaźnić się z tymi wszystkimi gestami, bo wcale nie zamierzał zmieniać tej części dawnych nawyków. Lubił przynosić jej kwiaty, traktować ją rzeczywiście jak młodą pannę na wydaniu, nawet jeśli później za drzwiami zachowywali się znacznie bardziej swobodnie. Momentami wręcz dziko.
Oczywiście, że zamierzał się postarać. Nie wydawało mu się to czymś szczególnym, skoro tego dnia padło między nimi naprawdę dużo deklaracji. To był ich czas. Ich późne popołudnie. Właściwie to już prawie wieczór, choć do zmroku pozostało jeszcze ładne kilka godzin.
Mieli sporo czasu na to, żeby wcielić w życie swoje odroczone plany. Nawet, jeśli nie wszystkie to przynajmniej ich znaczną część. Nie musieli jakoś specjalnie kłopotać się koniecznością wczesnego powrotu do domu. Byli dorośli, właśnie zrobili całkiem poważny krok. Ponownie podjęli decyzję, która padła między nimi przed laty.
Mimo, że rano miał się pojawić na dyżurze w Mungu, naprawdę nie zamierzał odmawiać sobie możliwości celebracji ich pierwszych chwil. Tego, co zaczęli ze sobą odbudowywać. Starej, a jednak nowej rzeczywistości.
Mieli jeszcze całkiem sporo tematów do poruszenia. Zdecydowanie musieli nawiązać do wielu nierozwiązanych kwestii zamiecionych pod dywan. Potrzebowali ustalić dziesiątki, jeśli nie setki rzeczy. W tym także tych, których on sam wolałby nie ruszać, nie mówić o nich. A jednak obiecał, że to zrobi. Tym razem nie zamierzał złamać danego słowa.
Z tym, że mogli to zrobić w przeciągu kilku dni. Najlepiej po zajęciu się odwykiem Astarotha, skoro przeżyli już swoje osobiste katharsis. Jeśli nie w ogóle tygodni, skoro już nigdzie im się nie spieszyło.
Oficjalnie do siebie wrócili. Byli razem. To nie miało ulec zmianie. Oboje byli ugruntowani w przekonaniu, że to było najlepsze, co mogli zrobić. Osobno wcale nie żyło im się łatwiej. Wręcz przeciwnie. Nie potrzebowali wiele, aby udowodnić sobie, że samotnie stawali się bardziej pogubionymi ludźmi.
Zresztą nie było w tym nic dziwnego, nieprawdaż? Przeżyli wspólnie znaczną część swojego dorosłego życia. Byli swoimi jedynymi stałymi partnerami. Największą miłością. Tymi bratnimi duszami, jakkolwiek abstrakcyjnie by to kiedyś brzmiało. Tu raczej mieli całkowitą pewność, więc trwanie osobno byłoby prawdopodobnie jeszcze większym błędem niż to półtoraroczne rozstanie. Nie popełnili go.
Mieli więc naprawdę dużo czasu na to, aby powoli dopracowywać schematy, układając sobie życie. Zresztą, przeprowadzili już nie jedną całkiem długą i poważną rozmowę jak na ten dzień... ...a dwie?... ...dwie z kawałkiem? Co za dużo, to niezdrowo, prawda?
Mogli odpocząć, zrelaksować się, wyluzować. Mieli do tego pełne prawo. Dostatecznie się natrudzili i naprzejmowali przez ten cały parszywy okres. A wciąż mieli jeszcze multum spraw, które nie dotyczyły ich bezpośrednio, lecz wciąż wymagały uwagi. Je jednak także postanowili zostawić na jutro.
Teraz wychodzili z domu. Na randkę. To było równie zabawne, co naprawdę przyjemne uczucie. Nie wątpił, że oboje mieli starać się, by wyciągnąć z tego wieczoru jak najwięcej. Był zatem na tyle wyrozumiały, że tylko dyskretnie przewrócił oczami na widok obcisłych spodni Geraldine. Ustnie w ogóle ich nie skomentował.
- Jak najbardziej - stwierdził, wyciągając ku niej ramię, pod które zgrabnie go ujęła i dopiero wtedy obdarzając ją kolejnymi słowami. - Choć to chyba ja powinienem zadać to pytanie - nieznacznie drgnęły mu kąciki ust, bo od kiedy tak właściwie przejmowali się rolami?
No właśnie. Mimo to nie darował sobie tego komentarza, posyłając dziewczynie wymowne spojrzenie i otwierając usta, by tradycji stało się zadość. Wcześniej jednak znacząco odchrząknął.
- Gotowa? Możemy iść? - Spytał gładko, zupełnie tak, jakby po prostu musiał to zrobić.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#5
25.04.2025, 20:59  ✶  

Nie spodziewała się, że z dnia na dzień taka sielanka może pojawić się w jej życiu. Cóż, nigdy nie można zakładać niemożliwego, prawda? Ten ostatni tydzień przyniósł sporo zmian, które były bardzo pozytywne. Niby tydzień, a miała wrażenie, że minęło co najmniej pół roku. Zresztą ten tydzień też wbrew pozorom był dużo bardziej spokojny od ostatniego pół roku. Zajęła się sobą zamiast skupiać się na wszystkich problemach, które działy się gdzieś obok, to było całkiem interesującym rozwiązaniem. Wiedziała, że będzie musiała wrócić do tych wszystkich spraw, które odwlekała, jednak miała świeższą głowę, bo jej życie w końcu zaczęło się układać. Wszystko wracało na właściwy tor, to było całkiem rześkim uczuciem.

Cieszyło ją to, że dostali kolejną szansę od losu, właściwie czuła już, że jest to ostatnia szansa, bo dotarło do nich, że nie było innej właściwej drogi dla ich dwójki. Trochę to trwało, jednak z nich upartością nie można się było spodziewać, że będzie łatwo, jednak wreszcie udało im się sięgnąć po to, co im się należało. Nie było sensu skupiać się na tym, co było, co ich ominęło, bo mieli przed sobą wiele lat, wspólnego życia, które zamierzali wykorzystać w najbardziej właściwy sposób.

Oczywiście, że spodziewała się tego, że Roise może nie zareagować najbardziej pozytywnie na jej dobór garderoby. Może nic nie powiedział, jednak nie umknęło jej to spojrzenie, odruchowo się uśmiechnęła, bo wiedziała, gdzie aktualnie wędrowały jego myśli. Dzień był w końcu jeszcze młody, na pewno mieli szansę jeszcze w odpowiedni sposób nacieszyć się swoją obecnością, zresztą nie spodziewała, aby szybko się sobą nasycili, nie po tak długiej rozłące, jaka ich spotkała, zresztą nawet gdy byli ze sobą mieli z tym problem, wiecznie zachowywali się jak para wygłodniałych nastolatków. Ciągle powtarzał, że jej skórzane spodnie są dość problematyczne. Może i były, jednak jakoś miała do nich sentyment, i nie potrafiła pozbyć się ich ze swojej szafy, zapewne nigdy się to nie zmieni.

Uśmiech nie schodził jej z twarzy, kiedy się w niego wpatrywała. Wszystko wydawało się być w końcu we właściwym miejscu, pełne kolorów, nie miała pojęcia, że jej tego, aż tak bardzo brakowało. Dopiero teraz czuła, że w pełni jest sobą, zawsze przy nim towarzyszyły jej podobne emocje, szczególnie wtedy, kiedy przyjmowali tę najbardziej odpowiednią wersję ich relacji. Dobrze było mieć świadomość, że to już nigdy nie miało się zmienić. Dotarło to do nich nareszcie, dzięki temu towarzyszył jej ogromny spokój, mimo tego, że wcale nie pozbyła się wszystkich problemów ze swojego życia. Wiedziała jednak, że łatwiej jej będzie sobie z tym poradzić z Roisem u swojego boku. Zawsze był jej nieocenionym wsparciem, we wszystkim co robiła, czym się zajmowała.

- Wiesz, że ja zawsze jestem gotowa. - To nie ona musiała wyjść z domu, aby załatwić coś po drodze, dlatego więc to pytanie padło z jej ust. Chciała się upewnić, że załatwił wszystkie swoje, pilne sprawy. Yaxleyówna nie musiała wyłaniać się z mieszkania, wystarczyło, że na szybko się ogarnęła i była gotowa do tego, aby wybrać się z nim na te randkę. Kolejną w tym tygodniu, to naprawdę była miła odmiana, zważając na to, co działo się w ostatnie półtora roku, na szczęście mieli to już za sobą. Teraz miało być tylko i wyłącznie lepiej.

- Tak właściwie, póki pamiętam. - Zatrzymała się na moment i wyciągnęła swoją rękę spod jego. Zamierzała mu to dać wcześniej, jednak całkiem skutecznie ją rozproszył swoją obecnością, więc zabrała ze sobą lusterko, które zamierzała mu przekazać jeszcze w mieszkaniu, przed pierwszą próbą wyjścia Ambroisa. Nie doszła ona do skutku, ale to nie było w tej chwili najważniejsze.

Po krótkim, aczkolwiek bardzo intensywnym gmeraniu w wsiąkiewce Geraldine udało się wyciągnąć z niej przedmiot, który chciała mu przekazać. - Nareszcie. - Powiedziała z ulgą, dopiero jednak po chwili przesunęła lusterko w stronę mężczyzny.

- Chciałam Ci je dać, już wcześniej, ale jakoś nie mogłam wbić się w odpowiedni moment. - Podjęła nawet próbę, ale nie wyszło, cóż na szczęście teraz stali na klatce schodowej, więc raczej nic nie miało ich rozproszyć. - To lusterko dwukierunkowe, chciałabym żebyś miał jedno z nich. - Dodała jeszcze, chociaż nie sądziła, że potrzebował wyjaśnienia, na pewno wiedział, czym był ten przedmiot. - Wiesz, będziemy mogli się szybko porozumiewać. - Miała świadomość, że nie mogli przebywa ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę, a lusterko na pewno mogło działać szybciej od sowy, czy innego ptaka, szczególnie gdy znajdowali się w Londynie.

Na pewno będzie spokojniejsza mając świadomość, że będą mogli być w ciągłym kontakcie, szczególnie, że nie mogli znajdować się zawsze tuż obok siebie. Wiele razy zdarzało się jej o niego martwić, tak będzie mogła skorzystać z lusterka, żeby się ze sobą kontaktowali, wydawało jej się, że to jest całkiem rozsądne rozwiązanie.

- Nie będę Cię atakować co chwilę, ale wolałabym mieć pewność, że zawsze mogę sprawdzić, czy wszystko u Ciebie w porządku. - Broń Morgano - nie chciała go osaczać, no, chociaż może trochę... W przypadku tego, czym się zajmowali mogło się ono okazać przydatne w różnych innych sytuacjach, do których mogło dojść.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#6
30.04.2025, 00:12  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.05.2025, 23:51 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Brakowało mu tego. Jej. Ich. Ich mu brakowało. Bardziej niż kiedykolwiek byłby w stanie wyrazić to słowami. Toteż tak, nie mógł się nie uśmiechnąć, gdy dała mu tę odpowiedź. Instynktownie wykrzywił kąciki ust, unosząc brwi i wzruszając ramionami. Nie musiał kwitować tego słownie. Oczywiście, że zawsze była na wszystko gotowa. Nie mógł jej tego odmówić. To było mu znane. Całkiem mocno to lubił.
Oboje praktycznie od zawsze szykowali się na różnorakie scenariusze. Ich styl życia poniekąd tego od nich wymagał: bycia w stanie zebrać się w kilka minut i opuszczenia domu czy mieszkania w trybie natychmiastowym. Czy to w oficjalnym, czy też mniej jawnym celu.
On też tak miał. Co prawda nie zawsze lubił działać w ten sposób, postępować zupełnie na rympał, nie mieć chwili na zastanowienie, reagować całkowicie bez namysłu. Preferował załatwiać sprawy z dużym zapasem czasu, przykładać do nich uwagę, może niekoniecznie je planować, ale...
...kiedy byli ze sobą po raz pierwszy to też wyglądało trochę inaczej. Wtedy rzeczywiście starał się dawać Geraldine znać z wyprzedzeniem, co i kiedy będzie robić. Zostawiać krótkie notki albo mówić jej to przy porannej rozmowie. Współpracować, być częścią ich relacji, niezupełnie indywidualną jednostką, choć może niekoniecznie był przy tym jedną z tych osób, które zawsze wszystko sprowadzają do my. Aż tak mu wtedy nie odpierdoliło, ale mimo wszystko praktycznie przez cały czas brał ją pod uwagę.
Będąc sam i działając na własną rękę, na własną odpowiedzialność (a często też na własną szkodę) przestał działać w ten sposób. Obecnie zdawał sobie sprawę z tego, że potrzebował znów do tego wrócić. Brać pod uwagę nie tylko siebie. Mówić i informować.
Przyzwyczajenie się do nowego starego stanu rzeczy nie miało być łatwe, ale ani przez chwilę nie wątpił, że chce to zrobić. Więc, gdy w ręku Yaxleyówny pojawił się ten konkretny przedmiot a w ustach jego dziewczyny zagościły te konkretne słowa...
...no cóż. Odruchowo zmrużył oczy, przyglądając się lusterku wyciągniętemu w jego stronę. Było małe, niewielkie, wyglądało wyjątkowo niewinnie. A jednak było całkiem potężnym narzędziem. Nawet, jeśli z pewnością sięgało tylko w granicach Londynu czy innego podobnego okręgu. Bez wątpienia mogło im się przydać. Kiwnął głową. Po prostu.
W tym momencie fakt, że dokładnie to samo lusterko leżało na łóżku obok nich, gdy ponownie znaleźli się w pościeli, miał już znacznie więcej sensu. Nie, nie był wtedy zupełnie zdekoncentrowany. Od samego początku je tam zauważył, ale nie poświęcił mu zbyt wiele myśli. W tamtym momencie po prostu zupełnie się nad tym nie zastanawiał.
Był zbyt zajęty zupełnie innymi sprawami. Jasne. Zdecydowanie nie założył, że jego dziewczyna przyglądała się sobie w łóżku, poprawiając fryzurę albo nakładając błyszczyk, który i tak zaraz starłby jej z ust pocałunkami... ...czy coś w tym stylu. Raczej po prostu zrobił wewnętrzne hm i tyle.
Jego myśli były zdecydowanie nazbyt rozproszone, skoncentrowane wokół ich dwojga i tego, do czego zmierzali. Warto dodać, że kolejny raz tego jednego dnia, jednak zarazem wcale nie sprawiało to, że te kolejne chwile traciły na smaku.
Za każdym razem był dokładnie tak samo skoncentrowany wokół tej jednej chwili. Ich wspólnego dążenia do nasycenia się sobą nawzajem. Wszystko inne nie miało znaczenia.
Nie to, by teraz czuł się całkowicie skupiony. Będąc zupełnie szczerym, przy Geraldine nigdy nie potrafił być skoncentrowany do tego stopnia, aby nie poświęcać jej choć części myśli.
Zawsze przyciągała jego uwagę. Nawet, gdy się nie znali. Nawet wtedy, gdy jeszcze wyłącznie się przyjaźnili. Nawet w czasie, gdy powinni dążyć do tego, by być wobec siebie całkowicie obojętni. Żeby odciąć się od siebie nawzajem, stawiając nowe nienaruszalne granice. Nawet, gdy każde rzucane spojrzenie wiązało się z ryzykiem napotkania jej wściekłych, zmrużonych oczu.
Zawsze kierował ku niej wzrok. Za każdym razem łapał się na patrzeniu wprost na nią. Nie musiała robić nic specjalnego. Wystarczyło po prostu to, że znajdowała się tuż obok niego. Ba! W zasięgu jego wzroku. Nic więcej. To było wystarczające.
Kochał ją. Kurewsko ją kochał. Nie zamierzał oponować. Szczególnie, że to był naprawdę dobry dzień. Jeden z tych, których tak bardzo brakowało mu przez te wszystkie ostatnie miesiące. Nie, nie tylko przez miesiące. Przez lata. Półtora roku, które spędzili z dala od siebie.
Zbyt długo trzymali się na dystans. Nie licząc przypadkowych interakcji podczas wydarzeń towarzyskich, kiedy mogli nie zbliżać się zbyt mocno, spotykali się tylko wtedy, gdy wymagała tego sytuacja. Zbyt wiele czasu zajęło im osiągnięcie tego porozumienia. I wcale nie chciał tego teraz pieprzyć. Zdecydowanie nie pragnął tego robić.
Nie zamierzał tego podważać. Przydatności wzięcia tego lusterka od dziewczyny. Nie planował odtrącać wyciągniętej ręki. Składanej oferty, choć to chyba nawet nie była oferta. Ciężko byłoby nazwać to w ten sposób. To była... ...dosyć dyskretna, całkiem gładko sformułowana propozycja tego, by zacząć zmieniać przyzwyczajenia? Zgodnie z tym, co deklarowali sobie w sypialni? Coś, co (jak sama powiedziała) mogło sprzyjać szybszej komunikacji i pewności, że wszystko jest w porządku?
Nie musiała mu tego wyjaśniać. Nie potrzebował znać jej wszystkich pobudek. Tego, co kierowało nią, gdy najwyraźniej postanowiła odzyskać to lusterko od Florence albo Bulstrode sama jej je oddała. Obie wersje były równie prawdopodobne. Zwłaszcza po ich ostatniej, pierwszej wspólnej wizycie u Flo od dwóch lat. Po tym, co im tam powiedziała. Po tym, w jaki sposób na nich patrzyła.
Nie było to jednak aż tak istotne, w jaki sposób ten przedmiot znalazł się na powrót w posiadaniu Yaxleyówny. Najwyraźniej po prostu znów do niej trafił. A teraz zostawał ponownie przekazywany z tym dosyć jasnym zastrzeżeniem, co do celu, w jakim wyciągnęła go ku Roisowi. Nie będę Cię atakować co chwilę. No dobrze, w porządku, niech tak będzie.
Najważniejsze było to, że powinien je przyjąć, więc kiwnął głową, wyciągając rękę i chowając lusterko do kieszeni płaszcza. Nie zamierzał protestować. Nie, gdy ustalili, że powinny ich obowiązywać nowe zasady. Nie, kiedy doszli do wniosku, że należy zmienić coś w tym, co wcześniej działało tylko na papierze. Wręcz przeciwnie: nawet uniósł przy tym kącik ust, posyłając dziewczynie uśmiech.
- Dzięki - nie zamierzał wdawać się w żadne głębsze dyskusje. - Możesz spodziewać się tego samego z drugiej strony - dodał tylko, żeby mieli zupełną jasność. - Nie będę cię tym zbyt często nachodzić. Może tylko czasami - tym bardziej, że chyba oboje zdawali sobie sprawę z tego, że ich wspólne spędzanie czasu poza pracą było czymś, czego nie zamierzali sobie odmawiać.
Zawsze dosyć naturalnie ku sobie lgnęli. Teraz też zapewne mieli to robić na co dzień. Nie wyobrażał sobie bowiem sytuacji, w których mieliby spędzać ze sobą wyłącznie weekendy bądź pojedyncze wieczory. A więc te lusterka miały mieć raczej ograniczoną konieczność wykorzystania. Choć były czymś nowym, czymś szczególnym. Nie tak bardzo niewskazanym.
- Możemy iść? - Spytał gwoli potwierdzenia, a gdy tylko otrzymał odpowiedź, nie czekał już dalej z opuszczeniem budynku.
Mieli plany, czyż nie?

Koniec sesji


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (2655), Geraldine Greengrass-Yaxley (2039)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa