Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
W końcu udało im się jakoś opuścić łóżko. Nie było to wcale takim prostym wyzwaniem, bo wydawało się przyciągać ich dzisiaj wyjątkowo mocno. Nie chodziło wcale o siłę grawitacji, wręcz przeciwnie. Wreszcie doszli do porozumienia, zaczęli ze sobą rozmawiać, bardzo szczerze, z czym zazwyczaj mieli problem. Nigdy nie przychodziło im łatwo ubieranie myśli w słowa, tym razem było inaczej. Nie mieli problemu z tym, aby wspominać o swoich oczekiwaniach, wyjaśniać swoje podejścia. To było całkiem świeżym oddechem dla tej dwójki. Yaxleyówna naprawdę wierzyła w to, że w końcu będzie przepięknie, że wreszcie doszli do momentu, w którym wszystko miało być proste. Zgadzali się ze sobą w wielu spostrzeżeniach, więc to było raczej oczywiste, że mogło być tylko lepiej.
Wyszli z mieszkania może nieco spóźnieni, jednak przecież nigdzie się im nie spieszyło, co również zdążyli już ustalić, właściwie to co do tego porozumieli się bez słów, po prostu zajęli się sobą w ten jedyny właściwy sposób, mieli wiele do nadrobienia, nie mogli się sobą nacieszyć. Nie ma się co dziwić, musieli się przecież ograniczać przez półtora roku, wreszcie wszystko działało jak wcześniej, a może nawet lepiej. Nie zdołali porozmawiać o wszystkim, ale na to zapewne też przyjdzie czas, bo nie mogli pozostawić tych tematów pod dywanem, nie tym razem. Musieli się go pozbyć ze swojego życia.
Mieli po raz kolejny wybrać się na randkę, w zasadzie wcześniej nie robili tego zbyt często. Nie wychodzili między ludzi, aby celebrować to, co ich łączyło. To się zmieniło, bo to miała być ich kolejna oficjalna randka w przeciągu kilku dni. Najwyraźniej bardzo chcieli się nacieszyć tym, co dostali od losu. Nie było sensu im się dziwić, bo przecież to nie było wcale takie oczywiste nawet jeszcze wczoraj. Sporo ich kosztowało dojście do tego miejsca, mimo wszystko uważała, że było warto. W końcu znowu mogli być dla siebie kimś. Okropnie jej tego brakowało, zapomniała, jak to jest mieć go u swojego boku, wtedy wszystkie problemy wydawały się nie istnieć.
Stała więc tuż przed drzwiami, gotowa na ten niezobowiązujący wypad, właściwie to może i nawet trochę zobowiązujący? Nie ubrała się może jakoś zbyt szczególnie do okazji, miała na tyłku swoje skórzane spodnie (te, które Roise tak bardzo kochał) i jedną z jego koszul. Mogli na spokojnie udać się na spacer, a właściwie to do kina, czy tam na film, jak zwał tak zwał. Nie mieli żadnych planów na dalszą część dnia, więc mogli zająć się sobą. Geraldine zabrała ze swojej sypialni te nieszczęsne lusterka, bo chciała przekazać jedno z nich swojemu chłopakowi, tylko, że bardzo skutecznie odsuwali ku temu okazję, może podczas tego spaceru, kina i późnego obiadu uda jej się to zrobić. W miejscu publicznym powinni potrafić panować nad swoimi rządzami, prawda? Tak, jasne, jakby ich nie znała... Cóż, pozostawało wierzyć, że będą w miarę ogarnięci tego dnia. Nie mogła mieć wobec nich zbyt wielkich oczekiwań, bo byli siebie tak bardzo stęsknieni, że byłoby to nielogiczne, wiedziała, jak się czuje, miała świadomość, że Greengrass musiał odczuwać podobne emocje, byli przecież do siebie bardzo podobni pod tym względem. O ile nie tacy sami. To, co ich łączyło było silniejsze od wszystkiego innego, ba doszli już do tego, że to nie było to tylko miłość i chyba już nie bała się tego słowa, chociaż brzmiało bardzo poważnie. Padło między nimi jednak tyle zapewnień, że nie czuła, aby to nie było na miejscu.