• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[10/09/72] I don't make mistakes. I make... „Spicy decisions” | Benjy, Prue

[10/09/72] I don't make mistakes. I make... „Spicy decisions” | Benjy, Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
26.04.2025, 02:43  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 17:59 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I


poranek - południe | 10/09/1972 | Exmoor
Przed laty, kiedy byłem jeszcze młodym chłopaczkiem, znałem te piwniczne korytarze, jak własną kieszeń. Kiedyś, jako młokos, spędzałem tu godziny, bawiąc się w chowanego, wyobrażając sobie, że to labirynt pełen sekretów i zagadek. To tutaj też nauczyłem się chodzić po omacku, wyczuwając pod stopami najdrobniejsze nierówności, co przydawało mi się od tamtej pory. Obecnie, chociaż od tamtej zabawy minęło wiele lat, ich układ wciąż wydawał się ten sam - no, bo taki był - kręty, ciemny, pełen zakamarków i zakrętów, które potrafiły wyprowadzić z równowagi kogoś, kto był tu pierwszy, drugi, trzeci, a może nawet dziesiąty raz. Ja natomiast, prowadząc Prudence, czułem się jak ktoś, kto zna te „tunele” jak własną kieszeń - w tym więcej niż półmroku czułem się zupełnie spokojny, pewny siebie. Byłem tu już tyle razy, że nie musiałem się zastanawiać, czy powinienem wykonać skręt w lewo czy w prawo - po prostu szedłem naprzód, bardzo instynktownie wybierając drogę. To miejsce miało swoje sekrety, które znałem na wylot, i choć nie było tu światła, czułem się zupełnie zrelaksowany. Wiedziałem, dokąd zmierzamy, chociaż w ciemnościach trudno było dokładnie zobaczyć to, co przed nami - za nami także panowały te same piwniczne warunki. Stawiałem zdecydowane, chociaż niespieszne kroki - badałem grunt przed sobą, w razie, gdybyśmy mieli trafić na coś na deskach podłogowych, ale podłoże było względnie równe - jak to w piwnicach - drewno na ziemi trochę się wypaczyło, można było się przez to potknąć, lecz poza tym szło się naprawdę nieźle.
W jednej ręce niosłem butelkę whisky, z której raz po raz pociągałem, czując zimno płynu i ciepło palącego alkoholu, które rozchodziło się po gardle. Drugą trzymałem Prudence, gdzieś po drodze splatając nasze palce, bo tak było najprościej - ignorowałem poczucie, jakbyśmy byli nastolatkami wymykającymi się z domu na schadzkę, chociaż ta myśl niewątpliwie trochę mnie bawiła, zresztą już bez tego, miałem naprawdę dobry nastrój. Poza tym zastanawiałem się, czemu kobiety zawsze mają takie zimne dłonie - może to ich natura, chociaż będąc w większości z piekła powinny być raczej rozgrzane, może po prostu odczuwają wszystko inaczej - nie wiedziałem, nie pytałem, ogólnie nie mówiłem zbyt dużo. Przechodziliśmy przez wąskie, skręcone odnogi korytarzy, do których światło ledwo docierało, ale znałem je tak dobrze, że potrafiłem przewidzieć każdy zakręt.
Po wcale nie tak krótkiej chwili marszu, w końcu zatrzymaliśmy się przed małym pomieszczeniem, które bardziej wyglądało jak zwykły, niezbyt duży schowek na narzędzia, doniczki z terakoty, kilka pudełek... Bez słowa, czubkiem buta trąciłem w ceglany mur, a potem, z delikatnym stuknięciem, otworzyłem prześwit na schody prowadzące w górę - do bardziej jasnego pomieszczenia.
- Et voilà. - Skwitowałem, robiąc krok na bok - przejście było wąskie, więc gestem dłoni, kulturalnie i szarmancko, puściłem Prudence przodem, bo ona była zdecydowanie bardziej zwinna, a ja musiałem się mocno skurczyć, by się przecisnąć. Z trudem, ale w końcu, po kilku niecierpliwych próbach - no, kiedyś byłem może nie niższy, ale szczuplejszy, bardziej patykowaty - znalazłem się po drugiej stronie, udało mi się przejść i zamknąć za sobą dziurę w ścianie. Wspiąłem się po schodach na górę do pomieszczenia gospodarczego z dużą bramą. Oświetlenie było tam znacznie lepsze, choć wciąż nie do końca jasne, bo na zewnątrz nadal panowała szarówka.
Rozejrzałem się chwilę, czekając, by moje oczy przywykły do dziennych warunków, i dosyć szybko zlokalizowałem znajomy kształt pod plandeką - to było te samo stare, zakurzone cacko, które od dawna tam stało. Przeniosłem wzrok na Prudence, uśmiechając się lekko, jakbym coś knuł, choć nie powiedziałem ani słowa. W tym momencie, w dziennym świetle, mogliśmy się wreszcie zobaczyć wyraźnie. Przeciągnąłem się, rozprostowując ramiona i puszczając jej rękę, którą odruchowo znów chwyciłem na schodach. Miałem na sobie ciemnobrązowe, prawie czarne spodnie wojskowe, skórzane buty do kostek i czarną koszulkę - nic więcej, żadnej kurtki, żadnej bluzy, ani swetra. Włosy miałem puszczone luzem, trochę zmierzwione, falujące od wilgoci z piwnicy - grzywki nie stwierdzono, tatuażu na czole też nie, za to te na reszcie ciała prezentowały się w pełnej krasie - dokładnie tak, jak wtedy, kiedy pierwszy raz wpadliśmy na siebie w Londynie.
W dalszym ciągu patrząc na kobietę, uniósłem jedną brew, jakbym chciał zapytać, czy wszystko jest w porządku, albo zasugerować coś jeszcze, ale w tym momencie nie zamierzałem nic mówić - wszystko było w moim spojrzeniu, jakby skrywał się za tym jakiś większy plan. Istotnie - miałem go. Wydawało mi się, że nietrudno było się domyślić, jak brzmi. Zabawne, że mimo wszystko, w tym wszystkim, co się wydarzyło i co sobie powiedzieliśmy, czułem się swobodnie. Może to jej urok, może półtorej butelki whisky...

!Strach przed imieniem


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
26.04.2025, 02:44  ✶  
Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
26.04.2025, 10:01  ✶  

Poranek okazał się być dla Bletchley całkiem zaskakujący. Nie miała pojęcia, czy kiedykolwiek upijała się o tak wczesnej porze, w takim towarzystwie, pewnie nie, ona nie robiła takich rzeczy. Nie było jednak sensu się nad tym zastanawiać, zbyt wiele razy odmawiała sobie różnych przeczy przez to, co mogli sobie pomyśleć o niej inni. Zresztą tutaj chyba nie było nikogo, kto by miał zamiar ją oceniać, nawet jeśli ktoś by spróbował... cóż, poradziłaby sobie z nim.

Nie wiedziała, gdzie jest jej brat, Cornelius, Ambroise i cała reszta, póki co zdawała sobie sprawę tylko z tego, że akurat ona była w piwnicy, zgubiła się w niej przypadkiem, a później odnalazła, w sumie to ktoś ją odnalazł przez co przeżyła dzisiejszego ranka swoiste oczyszczenie.

Gdyby ktoś kiedyś powiedział jej, że będzie z nim w stanie wysiedzieć w jednym pomieszczeniu więcej niż kilka minut, przy tym rozmawiać i całkiem nieźle się bawić, to by go wyśmiała, bez chwili zawahania. Cały ten poranek więc był sporym chichotem losu. Nie było jednak sensu tego podważać. Okazało się bowiem, że kiedy nie strzelają w siebie piorunami z oczu, gdy nie rzucają wyszukanymi epitetami, to nawet nieźle wychodziło im dyskutowanie o rzeczach ważnych i tych mniej ważnych. Nie spodziewała się tego, ale czy wszystko w życiu musiało być przewidywalne? Powoli docierało do niej, że nie, wcale nie było takiej potrzeby. Jak widać nawet po trzydziestce można się było nauczyć czegoś nowego.

Benjy jej nie okłamał, nie, żeby w ogóle brała to pod uwagę, ale poruszał się po tych piwnicznych korytarzach bardzo sprawnie, najwyraźniej faktycznie znał każdy kąt w tym miejscu. Miała szczęście, że na niego trafiła. To też było zupełnie nowe, kiedyś nigdy w życiu nie pomyślałaby o jego obecności właśnie w ten sposób, wszystko się zmieniało.

Może upijanie się z samego rana nie należało do szczególnie rozsądnych pomysłów, ale tak właściwie to po tych bardzo intensywnych dwóch dniach i nocach chyba było całkiem słusznym rozwiązaniem. Dzięki temu te wszystkie wezbrane w niej emocje powoli mogły wydostać się na zewnątrz, zajmowała głowę czymś zupełnie innym od tragedii, która wydarzyła się w Londynie. Wracała do normalności, chociaż to, co robiła było bardzo dalekie od tej zwyczajowej dla niej powszedniości.

Dzierżyła całkiem zgrabnie swoją butelkę, właściwie to pilnowała, aby przypadkiem jej nie upuścić, kiedy przemierzali te korytarze, nie znała zupełnie rozkładu pomieszczeń i może poruszanie się jej ułatwiało to, że Benjy ją prowadził, trzymał za rękę, właściwie dość szybko po prostu splótł ich palce, co jeszcze bardziej pomagało (nie musiała się przejmować, że zgubi go w ciemności), to mimo wszystko nie oznaczało, że nie mogła uderzyć w coś zupełnie przypadkiem, potknąć się i wywalić się na twarz upuszczając przy tym tę butelkę z drogocenną zawartością.

Po dość długim marszu dotarli chyba do punktu docelowego, nie mogła mieć pewności, czy faktycznie tak było, chociaż dość szybko mężczyzna utwierdził ją, że tak było. Nie miała zielonego pojęcia dokąd zmierzają, co mieli robić, ale to nie było ważne. Nie przejmowała się niczym, humor jej dopisywał, nie potrzebowała w tej chwili niczego więcej. Do tego w głowie całkiem przyjemnie jej szumiało, co powodowało, że była jeszcze bardziej przystępna niż normalnie. Ten poranek zapowiadał się na całkiem miły, nie spodziewała się nawet, że tak może się rozpocząć wizyta w tej letniskowej chacie Corneliusa.

Ruszyła przodem, pokonywała je powoli, schodek za schodkiem, aby przypadkiem nie potknąć się o własne stopy, szkoda by było, żeby praktycznie u celu wędrówki zaliczyła glebę, kiedy udało jej się uniknąć tego wcześniej.

Zamrugała kilka razy, kiedy znaleźli się w pomieszczeniu. Było tutaj zdecydowanie jaśniej, nie otaczała ich już ciemność, do której przywykli w piwnicy. Krótką chwilę trwało przyzwyczajenie się do tych nowych warunków. Otaksowała wzrokiem miejsce w którym się znaleźli, chociaż przecież to krótkie rozeznanie i tak nic jej nie mówiło. To miejsce było dla niej zupełnie obce.

Benjy wypuścił jej dłoń, którą złapał ponownie kiedy szli po schodach, już nie potrzebowała jego pomocy, co było całkiem naturalne, przeniosła w końcu na niego swoje spojrzenie i uśmiechnęła się dość nieśmiało. Światło spowodowało, że w końcu mogli zobaczyć swoje twarze, była ciekawa, czy to nie utrudni im komunikacji, bo mrok okazał się być w tym sprzymierzeńcem. Właściwie chyba nie było powodu ku temu, aby przejmować się tym, że z niego wyszli, bo mieli plan, no on miał jakiś plan, a ona miała zamiar mu w nim towarzyszyć, czekało na nich te kilka butelek alkoholu do opróżnienia.

- No, cześć. - Rzuciła jeszcze przyglądając mu się uważnie. Próbowała sobie porównywać w głowie to, jak go zapamiętała, a jak teraz wyglądał. Nie dało się nie zauważyć zmiany, przecież była tak duża, że nie rozpoznała go podczas ich dwóch przypadkowych spotkań.

Sama Prue wyglądała zwyczajnie, właściwie od lat nosiła się w podobny sposób, no może dzisiaj była mniej oficjalna niż zazwyczaj, bo koszula, którą na siebie założyła była zdecydowanie luźniejsza od tych, które na co dzień nosiła w ministerstwie, jako, że została poinformowana o tym, że wybierają się do letniego domku letniskowego ubrała też zwyczajne jeansy, a nie te eleganckie spodnie, oczywiście nie mogło zabraknąć lakierowanych półbutów na jej stopach. Na jej twarzy na pewno można było dostrzec zmęczenie spowodowane nieprzespanymi nocami.

- Co teraz? - Nie wątpiła, że nie mieli tutaj zostać, wiedziała, że Benjy wie co robi, chociaż trochę obawiała się jego pomysłów, kto wie, co działo się teraz w jego głowie. Tak, czy siak, czego by nie zaplanował, to miała mu towarzyszyć. Nie zamierzała odpuścić, nie tym razem, była nową, lepszą wersją siebie. - Jak mniemam, masz jakiś plan. - Musiał go mieć, widziała to po wyrazie jego twarzy. Musiała tylko poczekać, aż zaczną go realizować.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
26.04.2025, 13:58  ✶  
Szedłem za Prudence po schodach, obserwując ją uważnie, nie ukrywałem przed sobą tego, że moje spojrzenie momentami błądziło po jej sylwetce. Trzymanie ją za rękę było całkiem naturalne - jakbyśmy tym samym jeszcze przez chwilę podtrzymywali dynamikę z piwnicy, ale w końcu dotarliśmy na miejsce, więc wypadało z tego zrezygnować. Wreszcie stanęliśmy razem w dużym, stosunkowo jasnym pomieszczeniu, które wydawało się zupełnie inne od tego, co mieliśmy za sobą. Spore okna, szerokie, z wyraźnym podziałem na mniejsze kwadraty, normalnie wpuszczałyby do środka mnóstwo dziennego światła, które rozświetlałoby przestrzeń, uczyniając ją bardziej przyjazną niż ta, w której się wcześniej znajdowaliśmy, ale tego dnia było szaro i pochmurno, więc to miejsce było jaśniejsze, lecz niezupełnie atrakcyjne. Stłumiona jasność mglistego poranka odsłaniała mnóstwo szczegółów - światło wpadało przez szyby, padając na półki pełne różnorodnych przedmiotów, które były poustawiane chaotycznie, ale z pewnym zamysłem - jakby ktoś próbował zgromadzić tu wszystko, co tylko możliwe. Leżało tam wiele różności - od starych książek, po różnej wielkości naczynia, narzędzia, kawałki metalu, butelki, dziwaczne ozdoby i jeszcze wiele innych rzeczy, które trudno było od razu zidentyfikować. Duża, dwuskrzydłowa brama z ciemnego drewna, otwierana na boki, zdawała się jeszcze bardziej podkreślać ogrom tego miejsca, zupełnie odwracała uwagę od mniejszych drzwi.
Prudence stanęła tuż obok mnie, jej sylwetka wyraźnie odcinała się od jasnego tła, a ja z trudem powstrzymywałem się od spojrzenia na nią dłużej, niż wypada. Po pierwszej minucie, gdy oboje przyzwyczajaśmy się do oświetlenia, jej spojrzenie spotkało się z moim. Przyglądałem się kobiecie przez chwilę, starając się odczytać coś z jej twarzy - nic z niej nie wyczytałem, za to wiedziałem, że nie powinna się tak na mnie patrzeć, bo to sprawiało, że czułem się trochę nieswojo. Patrzyła na mnie tymi wielkimi, lekko przymrużonymi oczami, które zdawały się ukrywać więcej, niż można było z nich wyczytać - miałem wrażenie, że próbowały odczytać moje zamiary od a do z, albo może tylko wyrażały jej wątpliwości... Nie było to takie istotne, bo to ja byłem pierwszym, który odwrócił wzrok.
Teraz już doskonale widziałem w niej tamtą dziewczynę, którą znałem jeszcze z czasów szkolnych. Jej brązowe oczy, chociaż lekko zmęczone i przez to bardziej matowe, miały w sobie coś znajomego - gdy już upewniłem się, że to naprawdę była ona, nie było już żadnych wątpliwości. Kropki zaczęły się łączyć, a ja zacząłem dostrzegać w niej tamtą Bletchley z Hogwartu, tylko starszą, bardziej doświadczoną, ale wciąż tą samą, z tym samym spojrzeniem, które pamiętałem. Nie zmieniła się - ta opinia, którą wewnętrznie wydałem tydzień temu na ulicy, również nie uległa zmianie. Zmęczenie nadawało jej pewnego rodzaju uroku, sprawiało, że była bardziej autentyczna, bardziej ludzka i... Ładna. Kobieta przed mną była ładna, naprawdę ładna, gdy patrzyła na mnie tymi wielkimi, lekko przymrużonymi oczami, które pamiętałem tak dobrze. Mimo że była zmęczona, z cieniami pod oczami, to w jakiś sposób dodawało jej to uroku, podkreślało jej aurę.
Wiedziałem, że sam mogę wyglądać nieco nieprzyjemnie, nawet na pierwszy rzut oka nieprzyjaźnie, mimo naszych wcześniejszych rozmów i tej dziwnej, trochę surrealistycznej rozmowy, która teraz wydawała się bardziej majakiem, niż rzeczywistym wspomnieniem. W świetle dnia wszystko wyglądało inaczej, wszystko było bardziej klarowne, bardziej namacalne, a ja - większy, bardziej dominujący, bardziej... Ciemny i spod ciemnej gwiazdy. Nie chciałem wyglądać groźnie, więc zanim się dobrze zastanowiłem, wróciłem wzrokiem do Prue i zrobiłem wyraźnego zeza, uśmiechnąwszy się milej, próbując złagodzić powagę sytuacji, bo wiedziałem, że moja mina jest zazwyczaj średnio przyjacielska - zazwyczaj odruchowo układałem wargi w prześmiewczy, pogardliwy uśmieszek, jakbym jednocześnie szukał zaczepki i dawał do zrozumienia, że nie ma sensu mnie zaczepiać, bo wygram tę konfrontację. Tak - mogłem wyglądać onieśmielająco, nawet po tych kilku rozmowach i tych dziwacznych słowach, które padły między nami, ale teraz powinienem wymazać część tego wrażenia. Zamrugałem, czując łezki w kącikach oczu - nie spoważniałem, ale wróciłem do normalnego wyglądu.
- Siemanko. - Odpowiedziałem na tę nieoczekiwaną wymianę uprzejmości, głos miałem miękki, pełen spokoju. - No, ale nie musis byś tak doszłownie, jak stale wino... - Powiedziałem, patrząc na nią z lekkim rozbawieniem w oczach - zanim zdążyłem się powstrzymać, mimowolnie schyliłem się, by delikatnie ściągnąć kawałek pajęczyny z jej włosów, czując ich miękkość, dyskretnie zaciskając palce w pięść. Wyprostowałem się, ale się nie odsunąłem. Nie ostrzegłem jej wcześniej, bo czułem, że to naturalny gest, jakbyśmy już się znali na tyle dobrze, żeby nie musieć się tłumaczyć. Uśmiechnąłem się szerzej, kiedy powoli otworzyłem dłoń, ukazując jej małego pająka, którego dyskretnie zgarnąłem z jej włosów podczas tej drobnej czynności. Pająk, z brązowym, lekko połyskującym ciałem i długimi, cienkimi odnóżami, siedział zesztywniały - zamarł na mojej dłoni, czekając na to, co się wydarzy. - Wypuś go na zewnąsz, powinnaś szepnąś mu jakiś sekret, coś, co mógłby zanieś do el más allá. - Powiedziałem cicho, porozumiewawczo, wyciągając ku niej stworzonko i patrząc na nią z uniesionymi kącikami ust. - To twój posłanies, wies, taki mały łąsznik mięsy tym światem i tamtym. - Moje słowa wybrzmiały lekko, z nutą żartu, a uśmiech na mojej twarzy był szczery - miałem nadzieję, że utrzymując ten ton, zachowamy porozumienie i ta interakcja to nie będzie coś, co w świetle dnia traci swoją magię.
- Teras? Teras wychosimy s domu. S tym dlobnym haszykiem, sze nas cel jeszt kawał dlogi stąd, więc lepiej bęsie, jeszli nie pójsiemy na piechotę... Zabielam cię na pszejaszkę, bo to dosyś daleko s buta. - Powiedziałem, a moje spojrzenie mimowolnie padło na jej lakierowane buty - o ile sprawiały wrażenie, bo wyglądały na nowe i eleganckie, to w tej chwili wydawały się odrobinę nie na miejscu. Uśmiechnąłem się pod nosem, kręcąc głową z lekkim rozbawieniem. - Pokaszę ci coś, czego nie zapomnis. - Wyszczerzyłem się szerzej, czując się trochę chłopięco, jakbym właśnie robił coś zakazanego, coś, co wywołało we mnie małe podniecenie.
- Chyba bęsie lepiej, jeszli pielw posukam ci jakiejś kultki. - Dodałem, patrząc na jej ramiona, które zdawały się lekko drgać od chłodu albo od zmęczenia, a jeszcze nie wyszliśmy na zewnątrz, gdzie wiatr miał być gorszy, zwłaszcza podczas jazdy. - Na pewno tu gdzieś jeszt, choś pewnie bęsie tlochę pszykuszona, ale myszlę, sze nie przeszkasałoby ci to za balso, plawda? -  Mówiąc to, próbowałem być jak najbardziej uprzejmy i trochę rozluźniony, bo wiedziałem, że powinienem zachowywać się tak, by mieć pewność, iż na pewno będzie się czuła komfortowo w takiej sytuacji. Mówiłem to spokojnie, z odrobiną ciepła, bo wiedziałem, że to, co proponuję, może być dla niej pomocne, a może i trochę śmieszne, ale chciałem, żeby wiedziała, że jestem gotów zadbać o jej komfort w tym, co mieliśmy w planach, choćby w najmniejszym detalu. W tym momencie czułem, jakby cały świat się trochę rozjaśnił, a ja miałem okazję pokazać, że to, co zamierzam, jest szczere i proste, i nie ma w tym żadnych drobnych kruczków i haczyków - tak, jak moje słowa i gesty. Osiągnęliśmy rozejm, nie byliśmy już tamtymi smarkaczami - nie musiała żałować, że zaufała mi pod wpływem alkoholu. Czekałem na jej reakcję, zastanawiając się, czy zgodzi się na to wszystko, co miałem w głowie, czy też będzie miała własne zdanie na ten temat, ale na razie cieszyła mnie myśl, że mogę jej pokazać, jak bardzo zależy mi na tym, żeby nie zawieść oczekiwań i wszystko się udało.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#5
26.04.2025, 18:35  ✶  

Prudence nie przyglądała się jakoś szczególnie pomieszczeniu, to chyba nie ono ją w tym wszystkim najbardziej interesowało. Otaksowała je szybko wzrokiem, by spróbować odgadnąć gdzie się znajdują, a później, po kilku sekundach wróciła spojrzeniem do swojego towarzysza. Ich ostatnie spotkania przebiegały dość intensywnie, sporo się podczas nich działo, tak naprawdę nie miała możliwości wcześniej uważnie się mu przyjrzeć. Niby powiedzieli sobie dużo, wyjaśnili niesnaski z przeszłości, ale potrzebowała jeszcze zastąpić wspomnienia tamtego chłopaka tą teraźniejszą formą. Chciała wiedzieć go w tej wersji, kiedy o nim myślała, a nie w tamtej odległej, która przecież tak naprawdę już nie istniała. Może nie powinna się tak w niego wgapiać, ale była pijana, on również, na pewno tego nie zauważył, to byłoby zbyt proste. Jakże można byłoby zwrócić uwagę na te dwa ślepia bezczelnie lustrujące go wzrokiem. Zresztą ich spojrzenia się skrzyżowały, przez chwilę spoglądali na siebie w milczeniu, aż on uciekł wzrokiem. Chyba wygrała pierwszą bitwę na spojrzenia... To wcale nie było takie trudne, Bletchley miała świadomość tego, że była w tej dziedzinie mistrzem. Tyle, że tym razem nigdzie nie odpłynęła, znajdowała się przed nim i ciałem i umysłem, więc to wcale nie było takie proste wyzwanie, jak mogło się wydawać.

Nie przerażała jej jego aparycja, nie dało się nie zaprzeczyć, że mógł wzbudzać strach, ale miała wrażenie, że to miało swój powód. Zapewne mało kto go zaczepiał go na ulicy, a z tego, co udało jej się domyślić, to musiał prowadzić negocjacje z różnymi osobami, z takim wyglądem nie powinien się bać tego, że ktoś postanowi go wykiwać. Zmienił się przez te lata nieobecności, tak bardzo się zmienił, że nie rozpoznała go przy dwóch ostatnich spotkaniach, ale te ciemnobrązowe oczy miały ciągle ten sam blask. To one doprowadziły ją do rozwiązania tej zagadki.

Poczuła, że policzki zaczynają ją piec, kiedy się do niej odezwał, nerwowo zacisnęła palce na brzegu swojej koszuli, nie do końca wiedząc jak powinna zareagować na ten kolejny komplement, szczególnie, że znajdowali się tak blisko siebie, niebezpiecznie blisko. Na pewno dostrzegł zmianę kolorytu jej twarzy, trudno było tego nie zauważyć, mrok już nie ukrywał jej wszystkich reakcji. Teraz dużo łatwiej było z niej czytać. Nie wiedziała, czy to dobrze, bo pewnie wolałaby nie okazywać tego, że coś się zmieniło, że patrzyła na niego zdecydowanie inaczej.

Tym razem to ona uciekła spojrzeniem, wolała uniknąć jego wzroku, tym bardziej, że się nad nią nachylił, a jego dłoń znalazła się na jej włosach. Na moment przestała oddychać, właściwie to po prostu wstrzymała oddech, nie do końca wiedząc, co robi.

Bardzo szybko się to wyjaśniło. Pająk. Nawet jej to nie zdziwiło, piwnica musiała być ich pełna, wybierały takie miejsca na swoje domy. Ten malec musiał zupełnie przypadkowo zaplątać się w jej włosy, łączyło się to z nie do końca przemyślaną wyprowadzką z piwnicy.

Wreszcie uniosła głowę do góry, musiała to robić, aby móc spojrzeć na jego twarz, był od niej dużo wyższy, a może to ona po prostu była zbyt niska. Jedno z dwóch.

Wyciągnęła wolną dłoń przed siebie, a właściwie to też przed niego, otworzyła ją, by mógł przekazać jej tego pasażera na gapę, który postanowił zabrać się z nimi na spacer.

- Świetny pomysł, na pewno go zrealizuję. - Przejęła od niego stworzonko. Przez chwilę wpatrywała się w nie zafascynowana. Szkoda by było, żeby przypadkiem stracił życie. Na pewno doceni to, że dali mu szansę na to, aby mógł kontynuować swoją historię gdzieś indziej, na dworze też powinno mu się spodobać, może nawet bardziej niż w tej piwnicy.

- Mam nadzieję, ze mnie nie wystawi, bo jak już pozna moje tajemnice i to zrobi, będę musiała go znaleźć i zamordować. - Z pająkiem na pewno by sobie poradziła, mimo wszystko wolała jednak myśleć, że faktycznie to miało sens. Perspektywa pająka jako łącznika między światami była całkiem unikatowa. Benjy okazywał się mieć naprawdę wiele, ciekawych pomysłów. Jak mogła go wcześniej nie doceniać? Nie miała pojęcia, grunt, że w końcu do niej dotarło, że był naprawdę interesującym kompanem do spędzania wolnego czasu. Nie szło się z nim nudzić.

- Zabierasz mnie na przejażdżkę. - Powtórzyła za nim, bo jasne, powinno to być dla niej bardzo oczywiste, prawda? Tyle, że nie umiała jeszcze czytać w myślach, więc nie do końca tak się stało. Próbowała zrozumieć, czym mieliby jeździć, ale póki co jakoś brakowało jej pomysłów, więc zamierzała poczekać, aż odpowiedź sama się odnajdzie. Na pewno za parę chwil się tego dowie.

- Oke, brzmi spoko, całkiem cool. - Bez względu na to w jaki właściwie sposób mieliby pokonywać drogę. Powinna spodziewać się tego, że zapewni jej rozrywkę pełną wrażeń, rzuciła mu wyzwanie, a on chyba je lubił. Przyjmował każde z nich i chciał udowodnić, że jest w stanie sobie z nimi poradzić.

Dostrzegła to spojrzenie padające na jej buty, sama również przeniosła na nie wzrok. - Coś nie tak? - Mogła o to zapytać, bo przecież byli przyjaciółmi, a przyjaciele mówili sobie, kiedy coś nie miało sensu, lub było nieadekwatne do otoczenia. Jasne, wiedziała, że mogła wybrać lepiej, kiedy się tu dzisiaj pojawiła, ale chyba nie do końca przemyślała swoją decyzję. - Czy jestem skreślona już na starcie? - To by dopiero było słabe.

- To brzmi jak obietnica, zobaczymy tylko z jakiego powodu tego nie zapomnę. - Mogło w końcu być różnie, właściwie powód wcale nie był istotny, bo przecież prosiła aby ją zaskoczył, nie miała na myśli nic konkretnego, mógł wybrać dowolnie i chyba już to zrobił.

- Faktycznie, może się przydać. - Miło, że o tym pomyślał. Właściwie nie zakładała, że jej krótkie oprowadzanie po tej rezydencji zakończy się nieoczekiwanym spacerem, a nawet przejażdżką więc nie do końca się do tego przygotowała. Wydawał się zwracać uwagę na to, żeby czuła się dość mocno zaopiekowana, raczej nigdy nikt się nią aż tak bardzo nie przejmował, więc zauważyła ten gest, jaki wykonywał w jej kierunku. Niby nic wielkiego, bo było to zaoferowanie kurtki, ale jednak, nie musiał tego robić, nie musiał się martwić o to, czy będzie jej zimno.

- Nie, kurz mi nie przeszkadza, to miłe, wiesz? - Nie miała pojęcia po co mu o tym wspomniała, ale chyba chciała docenić tą uprzejmość, tak po prostu. Nie umykała jej, wręcz przeciwnie.

- W takim wypadku, ja odstawię tego małego uciekiniera na zewnątrz, skoro ma już zostać moim posłańcem między światami, to czas najwyższy, żeby odpowiednio zaangażował się w swoje zadanie. - Zrobiła krok do tyłu i zaczęła rozglądać się za drzwiami, chociaż właściwie wystarczyło i okno. Znajdowało się bliżej, więc to właśnie w jego kierunku się poruszyła. Szła przed siebie powoli, przyglądając się otoczeniu. Otworzyła okno na oścież, po czym położyła dłoń na parapecie, aby pająk mógł z niej zejść. Zrobił to dość szybko, zapewne obawiał się tego, że może się rozmyślić i jednak postanowi go zabić. Kiedy odstawiła zwierzę na zewnątrz, zamknęła okno i odwróciła się znowu do wnętrza pomieszczenia. Próbowała zlokalizować mężczyznę wzrokiem. W końcu zdecydowałam się też zadać to pytanie, które nurtowało ją od dłuższej chwili. - Skoro to ma być przejażdżka, to tak się zastanawiam, czym będziemy jeździć? - Czas najwyższy się tego dowiedzieć. W lewej ręce ciągle trzymała butelkę ze szkocką, którą przyniosła tutaj z piwnicy, co jakiś czas popijała z niej niewielki łyk, aby nie daj Morgano przypadkiem nie zacząć trzeźwieć, bo całkiem dobrze działał na nią ten drobny rausz.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
26.04.2025, 23:05  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.04.2025, 23:09 przez Benjy Fenwick.)  
To była przestrzeń, którą kiedyś, lata temu mieliśmy na wyłączność, miejsce, gdzie można było schować się przed światem i układać plany. Obecnie meble i większe przedmioty zostały przykryte narzutami, a na wieszakach i półkach poupychane były różne drobiazgi. Ursula prawie tu nie zaglądała, co było dla nas dobre - mieliśmy swoje rzeczy, nasze skarby i odpadki, które przez lata stworzyły niepowtarzalną zbieraninę wszystkiego i niczego, śmieci dla niektórych, cenne zdobycze dla innych - ale teraz poskutkowało tym, że wszystko pokryło się kurzem, najwyraźniej nikt tu nie zaglądał za często, co nie było dziwne - żaden z nas nie był już nastolatkiem, mieliśmy swoje życia i własne przestrzenie - no, przynajmniej w teorii.
Przyglądałem się Prudence uważnie, wpatrując się w jej twarz, aż do momentu, gdy zdałem sobie sprawę, że mimo dużej przestrzeni pomieszczenia, zatrzymaliśmy się tak blisko siebie, iż moje oczy dostrzegały naprawdę dużo. Nie było to zamierzone, po prostu tak wyszło - stałem tak blisko, że dostrzegałem każdy szczegół jej twarzy. Jej rysy, linie policzkowe, cienie pod oczami, drobne zmarszczki wokół nich - wszystko to nabrało ostrości w tym słabym, chłodnym świetle mglistego poranka. Przypatrywałem się jej, nieświadomy, jak blisko się znajdujemy, aż nagle nasze spojrzenia się skrzyżowały. Odwróciłem wzrok, mimochodem przesuwając nim w dół - w kierunku jej ust, a potem za plecy kobiety, żeby nie zawiesić się na jej wargach. Nie mogłem nic poradzić na to, że przypomniałem sobie ich smak, ich miękkość, i od razu poczułem, jak w głowie pojawia się myśl, którą spróbowałem stłumić - o tym, że może między nami coś zaczęło się zmieniać, niekoniecznie w tym zupełnie niewinnie przyjaznym kierunku, chociaż wiedziałem, że w rzeczywistości to niemożliwe, i z pewnością nie powinniśmy z tego robić żadnej wielkiej sprawy. Nawet pod lekkim wpływem, bo już co nieco wypiłem, to była raczej kwestia chłodnej kalkulacji, nie emocji - w momencie, w którym dotarło do nas, że się znamy i kim tak naprawdę jesteśmy, moje szanse z jakichś 30% spadły poniżej 0%, teraz były na solidnym minusie, a ja nie chciałem próbować tego zmienić.
Zorientowałem się, że zbyt długo na nią patrzyłem, więc odwróciłem wzrok, chociaż w głębi w dalszym ciągu czułem, jak napięcie między nami się zagęszcza. Stałem tuż obok niej, tuż na wyciągnięcie ręki, więc mogłem dostrzec, że jej twarz wyrażała coś więcej niż tylko chłodne skupienie - nie umknęło mojej uwadze, że wydawała się lekko speszona, chociaż próbowała to ukryć. Zauważyłem, że jej policzki lekko się zarumieniły, lecz nie wyciągnąłem z tego zbyt wielu mylnych wniosków. To nie był żaden sygnał, nie miałem zamiaru doszukiwać się w tym żadnych niepotrzebnych podtekstów - tak, nawet jeśli nie dało się ukryć, że dwa dni temu się ze sobą całowaliśmy. Nawet nie zamierzałem udawać, że nie doszło do tej sytuacji, tym bardziej, iż niczego nie żałowałem. Dyskretnie rzuciłem wzrokiem na jej usta, przypominając sobie ich truskawkowy smak, i na włosy, w których właśnie dostrzegłem pajęczynę. Oczywiście, zaraz odwróciłem wzrok, bo wiedziałem, że to nie jest miejsce na takie myśli, nawet widząc jej rumiane policzki proszące się o muśnięcie palcami przy okazji zabierania pająka z jej głowy. Szybko uznałem te zarumienienie za efekt chłodnego powietrza i wilgoci, nic więcej - nie chciałem wywoływać zbędnych domysłów, bo tak było najlepiej. To musiało być kwestia temperatury, bo przecież przez dłuższy czas byliśmy w chłodnej piwnicy, a teraz weszliśmy do tego nieco cieplejszego pomieszczenia. Nie zamierzałem nad tym się rozwodzić, chociaż w głębi duszy czułem, że to napięcie ma podłoże czegoś innego, bardziej osobistego. A jednak wiedziałem też, że Prudence nigdy nie była tym typem dziewczyny, którą można by łatwo do siebie przekonać albo, tym bardziej, wywołać w niej jakiekolwiek zainteresowanie. Już sobie nawet ustaliliśmy, pod wpływem tamtej dziwnej szczerości i przypływu gadulstwa, że przez wiele lat szkolnych usiłowałem to bezskutecznie zrobić, a ona rzekomo nawet tego nie zauważyła. Nadal uważałem, że nagina fakty i nie powiedziała mi całej prawdy, bo przecież zawsze była inteligentna i spostrzegawcza - taka nagła ślepota w żadnym razie do niej nie pasowała, no, ale...
Czułem, jak moje serce bije szybciej, choć próbowałem zachować spokój. To wrażenie, że między nami unosi się coś więcej, było tylko złudzeniem, które szybko miało się rozwiać. Prudence nie była mną - jako mną, nie nieznajomym - zainteresowana, a ja doskonale to wiedziałem. Poza tym, nawet gdyby nie było tego powiązania, to nie miałem w zwyczaju podbijać dziewczyn, które były poza moją aktualną ligą. Takie osoby zazwyczaj oczekowały czegoś więcej, a to nie był ten rodzaj relacji, na jaki mógłbym sobie pozwolić, szczególnie, że niedługo wyjeżdżałem. To wykluczało jakiekolwiek dalsze podboje, tym bardziej, że nie chciałem komplikować spraw, bo dodatkowo - do tych poprzednich kwestii - to była siostra bliźniaczka Eliasa, mojego przyjaciela, a ja sam nie miałem zamiaru wywoływać konfliktu, który mógłby się skończyć poważniejszymi konsekwencjami. Elias by się o tym dowiedział i chyba pierwszy raz w życiu naprawdę by się na mnie odpalił - w swoim zakładzie szklarskim mógł mieć nawet gilotynę...
W międzyczasie, by rozproszyć swoją uwagę, sięgnąłem do jej włosów i delikatnie wyciągnąłem pająka, który się tam zadomowił, opowiadając jej zapożyczoną historię z latynoamerykańskich wierzeń - nie, to nie była moja teoria, tylko coś, co połapałem podczas wielu zleceń w krajach Ameryki Łacińskiej. Prudence bez wahania wyciągnęła rękę, żeby go wziąć, więc bez słowa przekazałem jej go, lekko trącając go w odwłok, żeby przeszedł na jej dłoń.
- Pająki to doszkonali powielnisy. - Rzuciłem, patrząc na jej dłoń z pająkiem. - Szą niemal tak doble, jak sczuly, chociasz jeszli miałbym wybielaś, s kim najbaldziej bym szię  zaziomkował, to chyba byłby to kluk. Mądly, szplytny, zawse wie, gdzie jeszt coś waltosiowego... - Zakończyłem swoją wypowiedź, odwracając się na chwilę, by spojrzeć na plandekę, którą zaraz miałem ściągnąć, a potem na buty Prue, kręcąc głową na jej pytania.
Nie mogłem się powstrzymać od lekkiego uśmiechu, bo wiedziałem, że to, co nosi, jest stylowe, ale zupełnie niepraktyczne. Nie dziwiło mnie to, bo sama była wyrafinowana, elegancka i pod każdym względem wielkomiejska - raczej trzymała się znajomych chodników Londynu i korytarzy ministerstwa, a potem jednej czy dwóch kawiarni, jakiegoś spożywczaka, własnego mieszkania i domu rodziców... Raczej niewiele więcej - miałem prawie niezmąconą pewność, że nie za bardzo chodziła po wiejskich terenach, pewnie niespecjalnie ciągnęło ją do lasów, czy w góry. Możliwe, że źle ją oceniałem, ale przeczucie mówiło mi, żeby wziąć motocykl, zamiast wędrować, bo inaczej szybko musielibyśmy zawrócić. Zwłaszcza, że raczej nie mogliśmy przemknąć się do jej pokoju, by mogła założyć inne buty. Spojrzałem na nie z rozbawieniem.
- No, skolo mamy byś sczeszy, to musę pszyznaś jedno - te buciki szą balszo ładne,  abszolutnie, ale supełnie nieplaktyszne do jakiejkolwiek wyplawy. - Oczywiście, nie mogłem powstrzymać się od zezowania na swoje ciężkie, wojskowe buty, które na pewno nie wyglądały tak elegancko, ale były niezawodne. Odwróciłem się na chwilę, próbując zlokalizować tablicę z kluczykami, żeby je stamtąd wziąć, i zacząłem dzielić się z Prudence planem naszego wypadu poza teren letniego domu. Nie powiedziałem jej wszystkiego, bo wiedziałem, że niektóre rzeczy lepiej trzymać w ukryciu, żeby ich nie zepsuć. Zaraz przeszliśmy do precyzowania tego, co zamierzałem jej powiedzieć na starcie - szło nam to całkiem gładko. Mimo to, gdy usłyszałem jej odpowiedź, odwróciłem wzrok i wzruszyłem ramionami, trochę zażenowany.
- No, to nic takiego. - Powiedziałem cicho, próbując ukryć, że tym razem to ja sam się czerwienię - całe szczęście miałem mocną, meksykańską opaleniznę, to mnie trochę ratowało. Po tych słowach zamilkłem na chwilę, odwracając się i ruszając w kierunku pudeł pod ścianą, aby znaleźć jakąś kurtkę, która ochroniłaby ją przed chłodem. Kątem oka obserwowałem, jak Prudence kieruje się w stronę okna, jej sylwetka przesuwała się powoli, i nie mogłem się powstrzymać od komentarza.
- Pamiętaj o najwaszniejszym i o tym, sze to działa jak szyszenie ulosinowe, nigdy go nikomu nie wyjawiaj, pszekasujesz mu je tlwale. - Powiedziałem z lekkim uśmiechem, próbując brzmieć poważnie, chociaż w moim głosie czuć było nutę humoru. Wróciłem do przetrząsania pudła z rzeczami, wreszcie wyciągnąwszy stamtąd skórzaną kurtkę - przykurzoną, a jakże, ale poza tym naprawdę dobrą, jeszcze z tych naprawdę drogich, najlepszej jakości. Uniosłem ją w górę, wskazując na nią kobiecie, żeby dać jej znać, że akcja została zakończona powodzeniem.
- Haley-Davidson, losznik pięśdziesiąty. - Wypowiedziałem to z dumą, posyłając jej szeroki, bajerancki uśmiech, błyszcząc zębami i obracając kluczyki na palcu niczym prawdziwy wyjadacz. Kiwnąłem głową w kierunku dużego kształtu, który był schowany pod plandeką, po czym znów się odezwałem, tym razem wskazując na niego, z entuzjazmem w głosie. - Na dodatek lata. Najlepszy plesent, jaki kiedykolwiek doształem. - Pochwaliłem się, a poniekąd też ciotkę. Wiedziałem, że jeszcze muszę znaleźć kanistry z paliwem, żeby nie okazało się, że zostaniemy z pustym bakiem, ale to zostawiłem na później. W głowie miałem już plan, gdzie szukać, ale na razie nie spieszyło mi się. Teraz skupiałem się na Prudence, na jej twarzy i sylwetce, na każdym szczególe, który mogłem dostrzec na tle okna, do którego podeszła. Posłałem jej jeszcze raz szeroki uśmiech, licząc, że to doda kobiecie trochę tego samego zapału, który ja miałem, a potem ruszyłem w stronę motocykla, gotowy do dalszych działań.
- No i plosę... - Powiedziałem z satysfakcją, patrząc na to stare, ale jakże stylowe cacko - chwilowo wciąż przykryte, jednak już niedługo. - Jeszt i mój skalb... - Bez dalszego, zbędnego słowa podszedłem do plandeki i jednym szybkim, pewnym ruchem - jakby to był trik magiczny na mugolskim pokazie sztuczek - ściągnąłem ją z motocykla, odsłaniając to maleństwo.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#7
27.04.2025, 00:17  ✶  

Spodziewała się, że to musiało być miejsce, w którym spędzali sporo czasu. Pamiętała o tym, że Eliasowi zdarzało się, gdzieś znikać ze swoimi przyjaciółmi, nigdy jednak szczególnie go o to nie wypytywała, nie miała w zwyczaju wtrącać się w jego sprawy i nadmiernie się nimi interesować. Niby byli bliźniakami, ale jednak sporo ich od siebie różniło, on jako ten starszy dostał chyba od losu cały pakiet kompetencji społecznych, otaczał się tym sporym gronem znajomych, potrafił nawiązywać te długoletnie relacje, co jej trafiło się w zamian? Zestaw dziwaka, widmowidzenie, choroba Milforda i inne takie. No, nie była zwycięzcą na tej loterii, ale chyba się z tym pogodziła, już dawno temu. Nie miała innego wyjścia, zresztą nie zazdrościła bratu, wręcz przeciwnie, cieszyła się jego szczęściem, bo dobrze było wiedzieć, że chociaż jedno z nich nie jest takie wyobcowane.

Zazwyczaj starała się trzymać z daleka od przyjaciół brata, bo tak było wygodniej. Jasne, w szkolnych czasach zdarzało im się ze sobą ścinać, ku jej niezadowoleniu, bo wbrew pozorom wcale nie sprawiało jej przyjemności bycie niszczycielem dobrej zabawy. Chcąc nie chcąc musiała jednak reagować na ich przeróżne zagrywki, a mieli ich sporo, bardzo kreatywnych, nie pozwalali na to, aby ktokolwiek w szkole mógłby się nudzić. Niestety nie mogła przechodzić wobec wszystkiego obojętnie, czasem zdarzało się jej przymykać oko, ale nie mogła tego robić ciągle. Kiedy opuścili szkolne mury trochę się zmieniło, wylądowała z kilkoma z nich w Akademii Munga, gdzie musiała zacząć tolerować trochę bardziej ich obecność, nauczyła się z nimi nawet rozmawiać i wymieniać wiedzą. W sumie zaczęła zauważać to, że wcale nie byli, aż takimi dupkami, za jakich ich uważała, potrzebowała jednak trochę czasu, aby się do nich przekonać.

Powinna wiedzieć, że i Benjy musiał mieć w sobie coś, co powodowało, że jej brat trzymał się z nim blisko. Zaczęła to zauważać po tych ich kilku interakcjach, jak na nią dość szybko wyparła z pamięci to, jak wyglądała kiedyś ich relacja, całkiem podobała się jej ta zmiana. Dzięki temu na pewno będzie im łatwiej egzystować w tym miejscu, bo przecież mieli tutaj spędzić trochę czasu.

Pojawiło się nawet dziwne uczucie, którego wolała nie nazywać. Nie miała pojęcia, czym zostało spowodowane, ale nie mogła udawać, że go nie ma. Szczególnie, kiedy znajdowali się tak blisko siebie. Nie należała do osób, które chętnie oszukiwały same siebie i udawały, że nie widzą najbardziej prostych sygnałów. Nieco ją to niepokoiło, bo to nie powinno się wydarzyć, póki co jednak starała się sobie jakoś to tłumaczyć. Na pewno sporo miało z tym wspólnego to, co się między nimi ostatnio wydarzyło, jej spontaniczna decyzja o tym, aby przyciągnąć go do siebie, złączyć ich usta w pożegnalnym pocałunku, a później oddalić się w świetle płonącego Londynu, bo przecież nie mogło to nieść ze sobą żadnych konsekwencji. Surprise, surprise, dosyć szybko okazało się, że jednak mogło. Trochę to komplikowało sprawę, chociaż, czy na pewno, może i ona nie mogła pozbyć się z pamięci smaku jego ust, ale wiedziała, że nie było szansy na to, aby mogło się to powtórzyć. Nie, kiedy już wiedzieli kim są, i co ich łączy. Na pewno by tego nie chciał, zresztą wspominał o przyjaźni, właściwie to od samego początku, musiała się tego trzymać. Tak było prościej.

Wydawało jej się, że potrafiła trzymać swoje emocje na wodzy, dystansować się, raczej starała się to roić, kiedy jednak znajdował się tak blisko niej, naprawdę sporo kosztowało ją to, aby nie zrobić, czy nie powiedzieć, czegoś głupiego, musiała jednak skupić się na tym, co faktycznie było ważne, i tak pozwalała sobie na dużo więcej, niż normalnie, co było sporym sukcesem. Wszystko było jego winą, a może bardziej zasługą? Pewnie nawet nie zdawał sobie z tego sprawy i może lepiej, aby właśnie tak pozostało.

Nie do końca odpowiednie było to, że znajdowała się tak blisko niego, z drugiej jednak strony, przyjaciele chyba zachowywali się w ten sposób, prawda? Mogli się przytulać, czy dotykać, tak, jasne, nie powinny chyba jednak towarzyszyć temu te wszystkie emocje, które zaczęły się w niej budzić. Mogło ją to zgubić, niestety zdawała sobie z tego sprawę. Zresztą dawno nikt nie wzbudził u niej czegoś podobnego, raczej dystansowała się od wszystkich wokół, a w tym przypadku jakoś zupełnie nie umiała tego zrobić.

Pająk, tak, dobrze było mieć coś, co odsunie od niej te wszystkie myśli, na szczęście trafił się ten zagubiony kolega, którym mogła się odpowiednio zająć. - Mamy podobny gust, co do zwierząt. Mam szczura, i kruka, polecam ich towarzystwo. - Nie spodziewała się tego, że mogą mieć podobne przemyślenia, akurat na temat tych gatunków, ale najwyraźniej nie przestawał jej zaskakiwać, pewnie szybko się to nie zmieni, bo przecież wcale nie wiedziała o nim zbyt wiele, powoli uzupełniała te wszystkie informacje.

- Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że nie spodziewałam się żadnej wyprawy, mam nadzieję, że to wystarczy. - Tak, widziała, że jego obuwie było zdecydowanie bardziej przystosowane do eksploracji okolicy, ale nie do końca w tej chwili miała co z tym zrobić. Nie miała pojęcia, że ten poranek potoczy się w taki sposób. Gdyby tak było to na pewno odpowiednio przygotowałaby się do wyjścia poza rezydencję. Przywiązywała wagę do takich szczegółów, nie należała do tych nieodpowiedzialnych osób, które łaziły po górach w trampkach, o nie, Prudence lubiła mieć wszystko dopięte na ostatni guzik, tym razem jednak wyszło nieco inaczej, ale tak to chyba było, jeśli działało się pod wpływem chwili, no chwili i wypitego alkoholu.

- To dobrze, już się bałam, że przez swoją niedyspozycję zostanę wykluczona z zabawy. - A skoro już się na nią zgodziła, to zdecydowanie nie chciała tego robić, wręcz przeciwnie towarzyszyła jej dziwna ekscytacja związana z tym, co będą zaraz robić. Może chodziło o niewiadomą? Nie miała pojęcia, co dla niej szykował, a że był do tego mocno nieprzewidywalny, to nawet nie próbowała tego odgadnąć.

- Będę pamiętać, nie spieprzę tego. - W końcu szkoda by było, skoro okazja natrafiła się sama. Życzenie? Czy miała w ogóle jeszcze jakieś życzenia? Raczej takie nieszczególnie ambitne, ostatnio raczej brakowało jej marzeń wykraczających poza spokojne i ułożone życie, chociaż, w sumie, zmrużyła oczy i pomyślała o jednej rzeczy, może było to trochę głupie, ale warto było sprawdzić, czy ten pająk miał faktycznie taką mistyczną moc.

Kiedy odwróciła się od okna dostrzegła, że wymachiwał w powietrzu skórzaną kurtką, najwyraźniej bardzo dobrze wiedział, gdzie i co można było tutaj znaleźć. Ktoś nie miał w zwyczaju przestawiać nieswoich rzeczy, wszystko czekało na niego tak, jakby mieli pewność, że wróci, może rzeczywiście tak było? Nie znała go na tyle, aby stwierdzić, czy te założenia miały sens, na pewno inni, którzy bywali w tym miejscu wiedzieli, jakiego zachowania można się po nim spodziewać. Nie wydawało jej się jednak, że gdyby wątpili w to, że znowu się tutaj pojawi, to wszystko byłoby nietknięte.

- Możesz mówić tak dalej, a i tak nic z tego nie zrozumiem. - Prudence nie znała się jakoś konkretnie na mugolskich wynalazkach, jasne, miała jakieś tam pojęcie, ale nie oszukujmy się motoryzacja nie leżała zdecydowanie w zakresie jej zainteresowań.

- Lata... - Powtórzyła za nim, no oczywiście, że musiało to latać. Nie mogło mieć żadnych wspanialszych pozytywów, prawda? Wypuściła dosyć głośno powietrze, bo to nieco ją zestresowało, naprawdę nie czuła się najlepiej w powietrzu i wolałaby uniknąć wzbijania się w przestworza. Miała nadzieję, że skoro mu o tym wcześniej wspomniała, to będzie miał to na uwadze, na pewno będzie miał, prawda?

Zmrużyła oczy i obserwowała go uważnie. Czekała, aż wreszcie zaprezentuje jej ten swój najlepszy prezent urodzinowy, jaki dostał w ciągu całego swojego życia. Właściwie to postanowiła się do niego zbliżyć ponownie, aby mieć lepszy widok na ten skarb, o którym wspominał. Trochę bała się tego, co miała zobaczyć, ale tylko trochę, nie sądziła, że to mogłoby być, aż tak przerażające.

Przystanęła sobie kilka kroków za nim, aby móc obserwować to przedstawienie z bliska, oczekiwała, aż w końcu odsłoni to, co skrywało się pod plandeką, nie spieszył się jednak, potrafił zbudować napięcie, chociaż zdecydowanie wolałaby, aby szybciej jej to zademonstrował. Gdy ściągnął jednym, wprawnym ruchem materiał otworzyła szeroko oczy. Jasne, wyglądało to imponująco, znajdował się przed nimi motor, całkiem ładny, tylko nie do końca była przekonana, czy faktycznie powinni z niego korzystać. Zatrzymała spojrzenie na swoim towarzyszu, w sumie to aktualnie chyba na jego plecach, na pewno czuł ciężar, jaki ze sobą niosło. - Nie oceniaj mnie, to może być głupie pytanie, bo przecież jesteśmy przyjaciółmi... - Tak, wolała zrobić sobie pod nie podkładkę. - Jesteś pewien, że potrafisz to prowadzić? - Mówił jej o tym, że nie powinno się wątpić w umiejętności swoich przyjaciół wtedy, kiedy przemierzali Londyn, ale nie mogła nie zadać tego pytania w tej chwili, nie miała przecież pojęcia, czy potrafił to robić, więc wolała zapytać wprost.

- Po prostu nigdy, wiesz, ja nigdy nie... - Nawet nie wiedziała, jak to ująć słowa. Oczywiste było to, że ona sama nigdy nie prowadziła mugolskiego pojazdu, w sumie czy na pewno był całkowicie mugolski, skoro dało się nim latać? Chyba nie, a do tego nawet podczas swojego, nudnego życia nie była pasażerem podczas takiej przejażdżki, to świadczyło samo o sobie, a może też i o niej. Faktycznie okazywała się być przy nim coraz większą nudziarą. - Ładny jest. - Dodała jeszcze, żeby nie było, że nic się jej w tym pojeździe nie podoba, pomysł w sumie też jeszcze nie był przez nią skreślony, tylko wolała wiedzieć, jak wygląda sytuacja i doświadczenie Fenwicka, jeśli o to chodzi. Powoli wyciągała swojego kija z dupy, ale nie była jeszcze aż tak nieostrożna, aby wsiąść na to jego cudo bez żadnych pytań.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
27.04.2025, 03:36  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.04.2025, 03:40 przez Benjy Fenwick.)  
Stanąłem z Prudence w miejscu, do którego nie spodziewałem się wrócić po tym wszystkim, co się wydarzyło. Tak właściwie, opuszczając z Aly Wyspy, w trybie natychmiastowym, spaliliśmy za sobą wszystkie mosty - nie powinny istnieć. Przypomniałem sobie, jak opuszczaliśmy Wielką Brytanię w pośpiechu, nie myśląc o powrocie, o tym, że jeszcze kiedyś tutaj wrócimy... Poprawka - jeszcze kiedyś wrócę. Nie spodziewałem się tego, nie chciałem się tego spodziewać. Nie wyobrażałem sobie nawet, że się tu ponownie zjawię, bo zbyt wiele się zmieniło, zbyt wiele zostało zniszczone, ale nie zapomniane - jednak teraz, stojąc tu z Prue, czułem się jakbym odnalazł fragment siebie, którego próbowałem ukryć... I nie wiedziałem, czy mi to odpowiada. Za „piętnaście lat od” wtedy wyobrażałem sobie siebie gdziekolwiek, ale nie w tej części świata - na pewno nie tutaj. Byłem wtedy głupi, nie chciałbym się nazwać naiwnym, ale wydawało mi się, że ułożę sobie życie z Adelais w Stanach - zwłaszcza że mieliśmy mieć dziecko. Byłem zdenerwowany tym faktem, zaskoczony, ale jednocześnie patrzyłem w przyszłość z entuzjazmem...
Z perspektywy czasu, to była dziwna, bardzo dziwna myśl, gdy miało się świadomość, że w jakimś alternatywnym świecie, innej linii czasowej czy coś, pewnie mógłbym się teraz kłócić z czternastoletnią wersją mieszanki mnie i Alice - połączeniem wybuchowym, to na pewno, zakałą magicznego świata. To było abstrakcyjne, zwłaszcza że przez te czternaście... Prawie piętnaście lat wcale nie zacząłem czuć się dojrzale, a nawet wręcz przeciwnie - sama ta nasza obecność, moja i Prue, z butelkami mocnego alkoholu po kieszeniach i w rękach świadczyła o czymś zupełnie przeciwnym. Wszystkie próby odpowiedzialnego zachowania zostawiłem za sobą w kuble na śmieci prawie dwanaście lat temu w Chicago. Wydawało mi się, że mogę być kimś, kto weźmie na siebie odpowiedzialność, będzie dorosły... Tyle tylko, że po trzech latach wszystko się zawaliło, a od tamtej chwili, gdy dowiedziałem się, jak łatwo można się sparzyć na drugiej osobie, minęło już jedenaście lat.
Od tamtej pory bywałem raczej w przelotnych relacjach, bardziej przypadkowych i impulsywnych, niż planowanych. Nie chciałem się angażować, bo nie chciałem znów przeżywać rozczarowania. Byłem ostrożny, a może raczej zniechęcony - parokrotnie się sparzyłem, więc szybko nauczyłem się trzymać na dystans. Nie lubiłem tego, ale uznałem, że to dla mnie najwygodniejsze, bo tak czy siak, szybko sobie uświadomiłem, że mam tendencję do ładowania się w toksyczne układy damsko-męskie -  przekonałem się, że nie potrafię utrzymać dłuższych relacji, więc od tamtej pory trzymałem się od tego z daleka. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal... Łapałem się więc na tych krótkich, jednorazowych romansach, głównie z kobietami ze swojego środowiska, bo łatwo było mi się z nimi dogadać, od razu przejść do rzeczy, nie pierdolić się w tańcu, no, może czasami trochę się popierdolić, później pokłócić się o sprawy zawodowe albo inne pierdoły, by mieć pretekst do zerwania relacji, bo oboje wiedzieliśmy, że nic z tego nie będzie. Często to były durne, naprawdę głupie powody, czasami ostentacyjnie z dupy wzięte. Tak czy siak - to były całkiem wygodne układy na zasadzie reguły wzajemności z osobami mającymi dokładnie te same podejście do stałych związków - jeśli nie negatywne, to w ogóle żadne.
Od czasu do czasu zdarzało mi się korzystać z wdzięczności jakiejś ładnej kobiety z trochę innego środowiska, ale z pomaganiem Prudence od początku było inaczej. Już przy pierwszym spotkaniu przyciągnęła mój wzrok i wzbudziła we mnie coś, czego nie potrafiłem nazwać. Teraz już wiedziałem, że to był ten fakt, że kiedyś, w innym życiu, się znaliśmy. Dopóki nie zostaliśmy szkolnymi wrogami, w dużej części z mojej winy, podkochiwałem się w niej - ba, totalnie na nią leciałem. Podobała mi się, i to, że była siostrą bliźniaczką Eliasa, nie miało wtedy takiego wielkiego znaczenia. Wówczas wszystko wydawało się inne, prostsze, choć może w praktyce nie mniej skomplikowane. Zdarzało mi się o tym myśleć - zastanawiać się, czy gdyby cokolwiek potoczyło się inaczej, może gdybym nie był takim kawałem kutasa, który sam sabotował swoje szanse, to nie miałbym problemu, żeby przekonać Bletchleya, że mam szczere, nie zjebane zamiary. Tylko tyle, iż teraz to też miało się zmienić - powoli wypierałem wszystkie „co by było, gdyby” - tamta rozmowa w piwnicy dała mi jasny wgląd w naszą przeszłość. Mogłem czuć do niej miętę, ale ona wtedy mnie nie chciała, nie zechciałaby mnie, bo nie byłem w jej oczach nikim właściwym - ta rozmowa w piwnicy dała mi w końcu jasne spojrzenie nie tylko na stopień spierdolenia relacji, lecz także na perspektywę Pru odnośnie takich, jak ja. Może ta dyskusja nie była do przesady odkrywcza, bo już wiedziałem, jakie miała wtedy do mnie podejście, ale przynajmniej to sobie nazwaliśmy. Nawiązaliśmy kompromis, określiliśmy się przyjaciółmi, i tyle. Ta gadka bez cienia wątpliwości rozluźniła atmosferę, chociaż nadal czułem, jak coś między nami wisi w powietrzu...
I mimo to, kiedy zawiesiłem wzrok na jej oczach, a nasze spojrzenia się spotkały, i gdy ona zmrużyła swoje duże, brązowe oczy, patrząc na mnie z dołu spod rzęs, poczułem coś, czego dawno nie czułem... To nieokreślone coś - na kształt czegoś więcej, niż tylko nostalgii i tego wrażenia, jakby wspomnienia młodości, tamtych dni, wciąż jeszcze miały moc... No, ale zyskałem także świadomość, że od pewnego czasu byłem już lekko podpity i wcale nie trzeźwiałem - dalej pociągałem z butelki. Wypiłem już flaszkę i trzy czwarte, a w głowie kotłowały się te zdrożne, zdrożne myśli, żeby ją pocałować, bo stała tak blisko, że była jak na wyciągnięcie ręki. Wystarczyłoby się pochylić, ale nie po to, by ściągnąć pajęczynę z jej włosów, a po to, żeby znowu zagarnąć jej wargi, poczuć smak jej ust. Tym razem bez nuty dymu, sprawdzić, czy nadal smakują jak truskawki... Cyka blyat!
Gdyby nie różnice społeczne, i gdyby chciała spędzić ze mną czas inaczej niż jako koleżanka, nawet gdyby chciała się ze mną całować i nie tylko, to i tak nie miałoby to sensu, bo nie zamierzałem tu zostać. Miałem bardzo twarde postanowienie, że kilka dni wyjeżdżam z kraju i nic tego nie zmieni. Nie chciałem wykorzystywać sytuacji, tym bardziej nie z siostrą Eliasa. Nie wdałbym się w przelotny romans, bo mimo wszystko, to by ją skrzywdziło - nawet jeśli zgoda i chęć byłyby obopólne, to nie byłoby w moim stylu. Nie, nie było, o czym myśleć. To nie byłoby fair, ani dla niej, ani dla mnie, nawet jeśli tamten pocałunek to dalej nie był dla mnie błąd - raczej jedna, niepowtarzalna chwila.
Ściągnąłem pająka z włosów kobiety, opowiadając przy tym jakąś historię o latynoamerykańskich wierzeniach, by zagłuszyć ciszę, i oddając jej stworzonko do wypuszczenia -  ignorując świadomość, że wewnątrz chciałem znowu poczuć smak jej ust, tym razem bez nuty dymu z pożaru, sprawdzić, czy nadal smakują jak truskawki... Jednak zamiast poddać się impulsowi, uniosłem głowę, ściągając myśli na ziemię, a potem odwróciłem wzrok, by nie dać się ponieść tym zdrożnym myślom. Niby nie próbowałem jej bajerować, ale nie mogłem nic poradzić na to, że mój głos był taki, jaki był -  głęboki, trochę zachrypnięty, poprzedzony płytkim oddechem. Gdy odpływałem z Wysp, wszystko wydawało się końcem, zamknięciem pewnego rozdziału. Myślałem, że ułożyłem sobie życie, wszystko jest na dobrej drodze, a przyszłość jest jasna. Teraz, stojąc z nią, miałem wrażenie, jakby czas się cofnął, jakbyśmy wrócili do tamtych lat, choć minęło już tyle, że trudno było to ogarnąć. Musiałem się doprowadzić do porządku.
- Pszywiosłaś je ze szobą? Bo jeszli tak, to chętnie je posnam. - Spytałem, żeby pociągnąć temat, przy czym od razu znowu zamyśliłem się na chwilę, zdając sobie sprawę, że mamy mało czasu na tę naszą przyjaźń, ale może uda się zrobić jeszcze parę rzeczy, przeprowadzić rozmowy, odbyć kilka wyjazdów, żeby nie czuć się tu uwięzionym. Sam bardzo lubiłem być w ruchu, w ciągłej akcji, a teren wokół miał sporo bardzo widokowych miejsc - niczym z pocztówki, i to wcale nie z tych żenujących, o których rozmawialiśmy dwa dni temu. To był park narodowy - tereny tutaj były naprawdę piękne. Żal byłoby siedzieć przez cały czas w domu. Szczególnie, gdy miało się do dyspozycji takie cacko, jak to, które miałem zamiar wyciągnąć. To był mój najlepszy prezent, od kiedy go dostałem i porzuciłem, zdecydowanie za nim tęskniłem.
Zamilkłem na chwilę, unosząc lekko kącik ust i obdarzając ją spojrzeniem. Najpierw było to spojrzenie trochę powątpiewające, ale potem uświadomiłem sobie, że Prudence, mimo że nie jest zapewne typem wprawionego piechura, to jest raczej zachowawcza - zawsze taka była, to raczej nie mogło się zmienić. Może nie wyglądała na kogoś, kto lubi wędrować pieszo, ale pewnie nawet kupiłaby jakieś profesjonalne, sportowe ciuszki na wyprawę, gdyby wiedziała, że jedzie w takie a nie inne miejsce, i założyłaby je na wieść, iż wybieramy się poza teren tej posesji - a więc nie musiała mi się usprawiedliwiać.
- Jeszli ta wyplawa bęsie ci paszowaś, a powinna, to o kolejnej upszesę cię s wypszeseniem. - Powiedziałem, z lekkim uśmiechem, chociaż w głębi czułem, że czasu na naszą przyjaźń jest coraz mniej. Może w tydzień uda się zrobić ze dwa wypady, może trzy - raczej nie więcej, więc rezygnacja z powodu lakierków byłaby głupią decyzją. Mieliśmy to jakoś obejść. - Wies, zabielam cię w ciekawe miejse na twoją inisjatywę, więs po plostu dosztosowałbym wypad do tych błyscząsych bucików, nie zosztawiłbym mojego głównego powodu do wyjsia. - Pokręciłem głową pobłażliwie i rzuciłem z lekkim, zadziornym uśmiechem.
Kiedy Prue uznała moje zachowanie za miłe, poczułem się trochę zakłopotany - teraz to ona mnie zażenowała, może nawet zawstydziła... no, na pewno pod opalenizną zrobiłem się trochę czerwony, dziękując Merlinowi za to, że ogorzała skóra dobrze skrywa takie rzeczy. Nie byłem przyzwyczajony do tego, żeby ktoś doceniał moje gesty, a dbanie o jej komfort wydawało mi się naturalne. Zwykle nie zwracałem na to uwagi, ale teraz, kiedy ktoś mówił o tym na głos, nawet przelotnie, zrobiło mi się trochę głupio. W końcu oboje mieliśmy się dobrze bawić - inaczej to nie miałoby sensu.
Lekko się wycofałem, bez dalszych słów ruszyłem szukać tej skórzanej kurtki, która powinna była tu gdzieś leżeć wśród moich rzeczy w kartonach, poustawianych tak, jakby na mnie czekały. Wiedziałem, że to musiała być ciotka, która zawsze liczyła na to, że się opamiętam z Alice, zawiodła ją ta ścieżka, którą wybrałem - związek, rozczarowanie, zmarnowany potencjał, rozwód... Szokujący ślub, który od razu pogorszył relację, a potem rozmowa po powrocie - wszystko to ciążyło mi na sercu, nigdy nie miało przestać, nawet jeśli moje stosunki z Ursulą wróciły, mniej więcej, do normy. Szukając kurtki, kątem oka spoglądałem na Prudence, która wypuszczała pająka przez okno. Uśmiechnąłem się pod nosem na jej zachowanie - na to, że posłuchała wskazówki, nie obawiając się pająka, nie próbując go zabić, ani nie gardząc podpowiedzią, co mogła zrobić.
- To motocykl, balso cool, klasyka... - Odparłem, całkiem dobrze stwierdzając oczywistość - prawie nie dało się zauważyć pobłażliwości w moim głosie - utrzymując lekką, zaczepną i zadziorną atmosferę, chociaż wiedziałem, że coś wisi między nami w powietrzu, albo to tylko mi się wydawało...
- Dziś nie bęsiemy szię bawiś w latanie. - Uspokoiłem ją krótko i zdecydowanie, decydując się na tylko lekkie nagięcie faktów, żeby nie czuła się jak tchórzliwy frajer. - Musę mu zlobiś pszegląd i tak dalej, to byłoby za dusze lysyko. - Rzeczywiście, nie kłamałem, bo gdybym zamierzał tu zostać, pewnie bym to zrobił - prędzej niż później, tyle tylko, że to było niepotrzebne, bo nie mogłem go zabrać ze sobą. Niestety, nad czym ubolewałem. Mimo wszystko czułem dumę, bo to było moje cacko - najlepszy prezent, jaki kiedykolwiek dostałem, i za nim tęskniłem. Wspomniałem Prudence o tym fakcie, dlatego, gdy postanowiła zadać mi to pytanie, parsknąłem bez zastanowienia, choć dosyć cicho.
Zrobiłem zmieszaną minę, udając, że się zastanawiam, i powiedziałem z nieskrywanym sarkazmem:
- Nie, totalnie nie potlafię. Liszyłem na to, sze ty poplowasisz, a ja cię tylko popcham i jakoś to pójsie... - W końcu przewróciłem oczami, jeszcze zanim obróciłem się do niej przodem i podałem jej znalezioną, przykurzoną skórzaną kurtkę. Skóra pachniała kurzem, wodą kolońską i jakimiś drogimi perfumami - mieszanką, którą znałem z przeszłości, choć dziś już nie miało to nic wspólnego ze mną. Obecnie byłem innym człowiekiem, nawet pod tym względem, chociaż pewne zachowania nadal były we mnie silne. Słysząc jej kolejne stwierdzenie, od razu rzuciłem wymowne:
- To bęsie twój pielwsy las? - Zamilkłem, celowo tak pytając, chcąc zobaczyć jej reakcję. - Wiem, sze jeszt duszy, ale mimo wszystko, splóbuj usiąś. - W dalszym ciągu tak to ujmowałem, czerpiąc z tego niezłą satysfakcję, bo kto by nie czerpał... aż wreszcie trochę spoważniałem, patrząc na kobietę i kiwając głową na maszynę - ileż można sobie robić jaja. - Zaras go wyplowasimy, ale najpielw po plostu splóbuj, czy to dla ciebie w posządku, czy nie, ja cię ustabilisuję. - Stwierdziłem, tym razem już bez podchwytliwego tonu. - Za kimś bęsie inaszej, ale mimo wszystko, bęsiesz tlochę nad ziemią.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#9
27.04.2025, 11:21  ✶  

Pewnie, gdyby Prudence miała świadomość co właściwie skłoniło go do wyjazdu z kraju, to by się zdziwiła, póki co jednak o to nie wypytywała, nie wtrącała się w szczegóły jego życia, czy decyzje kiedyś podjęte przez mężczyznę. Na pewno miał ku temu swoje powody. Nie, żeby to jej nie interesowało, zdawała sobie sprawę, że musiało to być coś większego, bo inaczej nie zostawiłby wszystkiego za sobą, nie zakopałby dawnego siebie, nie doszłoby pewnie do aż tak drastycznego odcięcia. Mogła się spodziewać, że chodziło o coś konkretnego, o to, że musiał się wykazać odpowiedzialnością i honorem, zaczęła bowiem dostrzegać to, że miał swoje zasady, był całkiem w porządku, nie tak jak jej się kiedyś wydawało. Póki co mogłaby nawet powiedzieć, że miał całkiem nie najgorzej poukładane w głowie, mimo tego, że przybierał tą swoją maskę śmieszka, obojętnego na wszystko. Może to były dość odważne wnioski, jak na te kilka rozmów które odbyli, ale czuła, że się nie myli. Bletchley była przecież dobry obserwatorem, umiała łączyć kropki, no prawie zawsze, bywały przypadki, że nieco to trwało, gdy nie widziała szerszego obrazu, a tylko jego część, bo coś jej to utrudniało.

Tak naprawdę to nie była sobie w stanie wyobrazić tego, jak wyglądało te ostatnie kilkanaście lat jego życia, jak szybko musiał się dostosować do nowej rzeczywistości, w której sobie radził. Odcięty od przyjaciół, rodziny, wszystkiego co znane. Ona zapewne nigdy nie zdecydowała się na podobny krok, nie była taka odważna, zresztą nigdy nie musiała podejmować takich decyzji, była konformistą, który nigdy nie próbował zmieniać za bardzo swojego życia. Najbardziej niespodziewaną dla niej samej zmianą w przypadku jej ułożonego świata było przebranżowienie się, bo niemalże od samego początku swojej dorosłej drogi wiedziała, że będzie lekarzem, co nie do końca wyszło tak jak chciała, więc zaczęła zajmować się trupami. Tyle. Nie była osobą, u której zbyt wiele się działo, nie prowadziła pasjonującego życia, naprawdę należała do grona nudnych osób, które nie do końca miały ambicje, aby to zmienić. Egzystowała, nie żyła, ale czy było w tym coś złego? Nie wszyscy musieli chcieć czegoś więcej, nie wszyscy byli jacyś.

Ten dzień nieco różnił się od tych typowych dla niej. Ostatnio właściwie dość często łapała się na tym, że decyzje, które podejmowała nie były do końca dla niej standardowe. Widać wystarczyło po prostu spotkać odpowiednią osobę i była w stanie nieco naruszyć te swoje niezachwiane zasady. Może właśnie przez to nie dopuszczała do siebie zbyt wielu osób, bo wiedziała, że może się to skończyć różnie. Ludzie pojawiali się i odchodzili, przyzwyczajała się do ich obecności, dostosowywała się powoli, a później musiała wracać do tego co było. Znowu zamykać się w sobie, w swoim przytulnym mieszkanku i godzić się z tym, że jednak nie stać jej na nic więcej. Wygodniej więc byłoby po prostu tego nie robić, tyle, że dochodził do tego fakt, że miała szansę ostatnio nieco otworzyć oczy i dostrzec to, że egzystowała, a nie żyła, i tak naprawdę nie wiedziała, czy do końca jej się to podoba. Może czas najwyższy coś zmienić, właściwie to przecież już wprowadziła drobne poprawki. Nie była taka ostrożna, ani zapobiegawcza, pozwalała sobie na te drobne ustępstwa.

Atmosfera między nimi robiła się gęsta, kiedy tak się w siebie wpatrywali. Nie umykało jej to, teraz po porannej rozmowie miała świadomość, że kiedyś faktycznie był w stanie spojrzeć na nią inaczej. Nie brała tego nigdy pod uwagę, naprawdę miała klapki na oczach, nie wydawało jej się to możliwe, żeby ktoś jak on, zainteresował się kimś takim jak ona w ten sposób. To było nienaturalne, bo przecież w swoich oczach, niczym się nie wyróżniała, a Benjy wydawał się jednak chcieć od życia czegoś więcej. Zresztą, czy nie o tym też świadczyły podjęte przez niego w przeszłości decyzje, na pewno szybko się nudził, na pewno potrzebował większych bodźców. Ona była nudna, zapobiegawcza, przewidywalna, nie mogłaby mu dać niczego interesującego.

Tak, czy siak miał wyjechać, więc właściwie nie niosłoby to ze sobą żadnych konsekwencji. Zniknąłby z jej otoczenia, równie szybko, co się pojawił. Może to mogło być zaletą? Nie zdążyłaby się przywiązać, a tego chyba bała się najbardziej, bo ludzie odchodzili, pojawiali się i znikali na dobre, wiedziała, jak to zazwyczaj wyglądało. Tutaj od samego początku miała świadomość tego, jak wygląda sytuacja, co ułatwiało sprawę. Nie mogła jednak pozwolić sobie na takie myśli, wiedziała, że to byłoby niewłaściwe, bo przecież mieli się tylko i wyłącznie przyjaźnić, wyjaśnili sobie dość sporo, potrafili ze sobą rozmawiać, więc to był i tak jak dla nich milowy krok. Powinno jej to wystarczyć. Musiała ignorować te inne reakcje, które się pojawiły, spowodowane tą zmianą, patrzyła na niego zupełnie inaczej niż kiedyś. Dorosła, nie rzucała ot tak tymi swoimi roszczeniowymi opiniami, wiedziała, że świat nie jest czarno-biały, nic nie było tak proste, jak mogło się wydawać na początku.

Pająk, który znalazł się na jej głowie skutecznie odsunął jej myśli od tego, jak blisko się siebie znajdowali, jak łatwo byłoby po raz kolejny przekroczyć granicę ich przyjaźni. Nawet na krótką chwilę. - Tak, przywiozłam. Moi przyjaciele są przyjaciółmi moich przyjaciół, czy coś. Mogę Ci je przedstawić. - Skoro mieli tutaj spędzić jeszcze trochę czasu, to nie widziała wobec tego żadnych przeciwwskazań, nie, żeby miała w zwyczaju pokazywać wszystkim swoje zwierzaki, zresztą Necro nie był raczej niczyim ulubieńcem, bo był szczurem, a nie wszyscy je tolerowali - nie wiedzieli, co tracą.

- Na pewno będzie mi pasować. - Wydawała się być o tym przekonana, chociaż nie wiedziała, co ją czeka. Zakładała jednak, że na pewno będzie to ciekawsze od tego, co robiła zazwyczaj, czyli zaszywania się w swoim pokoju i czytania po raz milionowy tej samej książki, bo coś mogło jej umknąć (nie mogło). - To brzmi, jak plan, wtedy będę mogła się przygotować. - Tak, zdecydowanie wolałaby wiedzieć, o takich rzeczach z uprzedzeniem. Zawsze starała się dostosowywać do sytuacji, które na nią czekały. Może nie robiła tego na co dzień, jednak nie zmieniało to faktu, że gdyby wcześniej o tym wiedziała, to na pewno odpowiednio by się do wszystkiego przygotowała. Tak już miała.

- Dobrze wiedzieć, że nie zostawiłbyś mnie na poczet lepszej zabawy. - Wiedziała, że różnie to bywa, czasami perspektywa chęci zobaczenia czegoś ciekawszego, mogła się wiązać z zostawieniem balastu za sobą. To było dla niej zrozumiałe, jej znajomi często wybierali interakcje z fajniejszymi osobami, zostawiając ją samą sobie. Była do tego przyzwyczajona, to było dla niej całkiem naturalne.

Oczywiście nie zamierzała go zawstydzić swoimi słowami, raczej po prostu zauważyć, że to co dla niej robił, było całkiem miłym gestem, a że nie była najlepsza w tych interakcjach międzyludzkich nie zakładała nawet, że mógłby to odebrać jako coś co nie powinno mieć miejsca. Najwyraźniej mieli tendencje do tego, aby wprowadzać co chwilę ten dziwny, żenujący nastrój. Poznawali się dopiero tak naprawdę, pewnie będą musieli spędzić ze sobą nieco więcej czasu, aby przywyknąć do tych zachowań, cóż, szkoda, że nie mieli go zbyt wiele, więc pewnie nawet nie zdążą się z tym oswoić.

- Nie wątpię, że jest bardzo cool, mam wrażenie, że wszystko co robisz jest cool. - Nie umykało jej to wcale. Może wynikało to z tego, że dosyć mocno się różnili, że to wszystko co jej pokazywał i oferował było inne od tego, co ona robiła na co dzień. Wzbudzało w niej to więc entuzjazm związany z poznawaniem zupełnie nowych rzeczy.

- Ani dziś, ani jutro, latanie mnie przerasta. - Wolała to podkreślić. Jasne, mogła spróbować przekraczać swoje granice, pozbywać się lęków, ale to chyba byłoby dla niej zbyt dużo. Na samą myśl o tym, że mogłaby się znaleźć w powietrzu robiło jej się słabo. Bletchley znała swoje ograniczenia i zdecydowanie wolałaby nie dostać przy nim jakiegoś ataku paniki.

- Podoba mi się to, że jesteś całkiem odpowiedzialny. - Nie zamierzał ryzykować, aż tak, co było sporym plusem. Nie musiała się martwić, że w czasie ich przejażdżki coś głupiego przyjdzie mu do głowy. Pewnie gdyby byli młodsi nie zastanawiałby się nad tym. Chociaż właściwie, czy na pewno odpowiedzialne było wsiadanie na motocykl po tym alkoholu, który wypili, no nie, ale mogli być nieodpowiedzialni jeszcze bardziej.

- Dobra, udaj, że tego nie słyszałeś, oke? Musiałam. - Powinna spodziewać się takiej reakcji, ale nie byłaby sobą, gdyby nie zadała tego głupiego pytania. Mogła zakładać, że w zakresie jego zainteresowań leżało również prowadzenie takich pojazdów, zakładała, że to wiążę się z adrenaliną.

Przejęła od niego kurtkę, którą wyciągnął w jej stronę. Bez chwili zawahania założyła ją na siebie. Była duża, dużo za duża, ale przynajmniej miała pewność, że nie będzie jej chłodno gdy znajdą się na zewnątrz. Wyglądała na niej trochę jak sukienka, ale mogła się tego spodziewać. Gabarytami też się znacząco różnili. - No, prawie dobra. - Rzuciła okręcając się przy tym, aby zademonstrować mu, jak idealnie na niej leżała. Miała całkiem dobry humor, może nawet bardziej niż dobry. Nie zakładała, że ten dzień będzie taki lekki i przyjemny.

Gdy usłyszała jego kolejne pytanie spojrzała mu w oczy, zaczepiał ją znowu. Tym razem jednak nie poczuła się w żaden sposób nieswojo, wiedziała, że tak już ma. - Tak, to będzie mój pierwszy raz, więc nie spierdol tego. - Oczywiście, że zrzuciła na niego odpowiedzialność za wrażenia, które miały się pojawić, gdy w końcu wyruszą w drogę. - Wiesz, wiele od tego zależy, więc musisz się przyłożyć. Poradzisz sobie z taką odpowiedzialnością? - Jakby już tego nie robił próbując zapewnić jej komfort w tym wszystkim.

- Oke, sprawdźmy to. - Przez chwilę jeszcze stała w miejscu zastanawiając się nad tym, jak powinna to ugryźć. Słusznie zauważył, że motor był duży, ona była mała, więc pewnie chwilę zajmie jej się wspięcie na niego. Nie takie jednak rzeczy robiła w swoim życiu, to nie powinno być nic trudnego. Przynajmniej się nie ruszał, nie było to dosiadanie konia, czy hipogryfa.

Odstawiła butelkę, którą trzymała w dłoni na ziemie, nim to zrobiła jednak upiła spory haust alkoholu dla odwagi, bo chyba jej teraz potrzebowała. Ruszyła później powoli przez siebie, tak właściwie to zbliżyła się do tego motocykla, aby okiełznać bestię. Po raz kolejny zatrzymała się, tym razem przed pojazdem i wpatrywała się przez niego dłuższą chwilę. Zaczęła kalkulować, tak, jak wysoko powinna podnieść nogę, w sumie analiza chyba była teraz zupełnie niepotrzebna, po prostu spróbowała całkiem niezgrabnie się na niego wspiąć, nie ułatwiał tego fakt, że była już lekko wcięta, a więc jej koordynacja była dużo gorsza, niż normalnie, ale dzielnie walczyła!



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
27.04.2025, 15:28  ✶  
To miejsce, które kiedyś było dla mnie drugim - a czasami nawet skłaniałem się ku twierdzeniu, że pierwszym i jedynym niemal - domem, teraz wydawało mi się trochę odległe, jakby wyciągnięte z innej epoki. Gdy patrzyłem na te ściany, na te stare meble, przykryte płachtami, czułem, jak coś we mnie się miesza - nostalgia, żal, a może i odrobina ulgi, że w końcu tu jestem, choć nie do końca z własnej woli. Nie spodziewałem się, że jeszcze kiedyś tu wrócę, a tym bardziej nie, że znajdę się tu z kimś, kto nigdy mi tu nie towarzyszył - z osobą zupełnie niepasującą do moich wspomnień dotyczących tego miejsca. Nigdy bym nie powiedział, że to ja i Bletchley będziemy mieli okazję się spotkać w takim momencie. To było jednocześnie dziwne i trochę, jak powrót do przeszłości, do czasów, kiedy wszystko wydawało się prostsze, chociaż tak naprawdę było pełne własnych problemów.
W jej bliskiej obecności, wspomnienia wracały do mnie jak fale - te dobre i te złe. W tamtym czasie, gdy jeszcze byliśmy młodsi, wszystko wydawało się możliwe. No, prawie wszystko - już to ustaliliśmy. Wszystko, za wyjątkiem relacji romantycznej między nami - to od samego początku było wykluczone, nie miało podstaw, ani szans - a próbując coś z tym zrobić, mimowolnie sabotowałem szanse, byśmy się chociaż przyjaźnili.
Ale teraz, gdy byliśmy dorośli? Nazwaliśmy się przyjaciółmi, nawet jeśli to było dosyć szybkie i nie miało za wiele sensu, to nic nam nie broniło, by to zrobić. Problem w tym, że wewnętrznie może nie do końca się z tym zgadzałem. Staliśmy naprawdę blisko siebie - tak blisko, że mogłem patrzeć na jej leciutko wygięte wargi, na rzęsy rzucające cień na policzki, na ciepłe, brązowe oczy, które w tym świetle wydawały się jeszcze bardziej głębokie, nieprzeniknione, odrobinę błyszczące. Uśmiechnąłem się pod nosem, zaraz poważniejąc, bo patrząc jej w oczy, znowu poczułem ten dziwny, niepokojący pociąg. Zawsze tak było - od kiedy ją poznałem, gdy widziałem ją tam, na szkolnym korytarzu, z tym lekko odległym, zamyślonym wyrazem, który rysował się na jej twarzy. Nawet wtedy, gdy nie była nie do końca pewna siebie - nie to, co teraz, czy pod koniec szkoły - coś w niej widziałem, jakiś ukryty potencjał, zadziorność, coś, co tkwiło gdzieś tam głęboko w niej. Miałem wrażenie, że nasza interakcja na koniec nocy przed ministerstwem doskonale to udowadniała - wyciągnęła ten impuls, spontaniczność, odrobinę zaczepnej inicjatywy z kogoś, kto wcześniej raczej nigdy by czegoś takiego nie zrobił. No, na pewno nie w stosunku do mnie - zresztą darowałem sobie pytanie, czy powtórzyłaby to, gdyby wiedziała, z kim ma do czynienia. Nie pytałem o to, nie chciałem - odpowiedź pewnie średnio by mi się spodobała, zwłaszcza że ja sam w dalszym ciągu uważałem, że to nie był błąd, raczej jednorazowa, naprawdę przyjemna chwila, która miała swoje miejsce w tamtym chaosie - oderwała nas od ciężaru sytuacji. Z tym, że jednocześnie wszystko się skomplikowało, gdy wyszło, iż na sto procent nie było to nasze ostatnie spotkanie. To teraz też nie miało nim być. Mieliśmy spędzić ze sobą znacznie więcej czasu. Niby już wiedząc, że się znamy, a więc to powinno nam ułatwić sprawę, ale...To wszystko w dalszym ciągu mieszało mi się w głowie, a alkohol robił swoje. Mimo że nie powiedziałem tego na głos, poczułem, jak moje myśli zaczynają dryfować w te niepoprawne rejony.
- Naplawdę nie powinnaś mieś o mnie tak niskiego mniemania, dopielo co szię posnaliśmy. - Rzuciłem, wywracając oczami. Przez dłuższą chwilę, wpatrując się prosto w jej oczy, nie mrugając, próbowałem utrzymać rozluźniony wyraz twarzy i podtrzymać lekki, nonszalancki ton rozmowy. - Wies, jako ten cool człowiek, wiem, że jeszt wiele okasji, by szię dobsze bawiś, a ja mam niewielu bliskich pszyjaciół, więs wolę ich nie pogubiś. - Przyglądałem się jej przez chwilę, a potem odwróciłem wzrok, bo nie chciałem, żeby moje spojrzenie stało się jeszcze bardziej niebezpiecznie wymowne. W głębi duszy wiedziałem, że to wszystko jest nie na miejscu -  powinniśmy się trzymać od siebie z daleka, gdy chodziło o coś, co nie byłoby tym kolegowaniem się.
- Odpowiesialny to moje dlugie imię. Moszesz mi zaufaś, nie bęsie latania. - Powiedziałem z pełnym przekonaniem, choć sama ta myśl wywołała we mnie wewnętrzne parsknięcie - tym bardziej, że już zdążyłem poinformować Prue, iż w tym wydaniu nie miałem żadnego drugiego imienia. Poniekąd więc idealnie to pasowało... Nie byłem odpowiedzialny. Nigdy, przenigdy, za żadne skarby - nie czułem, bym potrzebował być.
Przełknąłem ślinę i spojrzałem na nią, próbując zachować choć odrobinę neutralności. W tym stanie wszystko wydawało się jeszcze bardziej intensywne. Byłem wstawiony, coraz trudniej mi było utrzymać niektóre odruchy na wodzy, chociaż może jeszcze nie do końca, bo na swój sposób czułem, że trzymam się całkiem nieźle. Uniosłem kciuk w górę, gdy się odbróciła, bo wyglądała w tym wszystkim naprawdę uroczo - kurtka całkiem zabawnie pasowała do reszty zestawu ubrań, jakie Prudence miała na sobie.
- Coś ty, jeszt idealnie sklojona. - Przyglądałem się jej, gdy prezentowała się w tej za dużej kurtce, i mimo że bawiła mnie ta scena, w głębi duszy czułem coś więcej. Nie mówiłem nic więcej, ale w głowie pojawiła mi się myśl, że to na swój sposób tak samo niewinnie urocze, jak i cholernie pociągające, że ktoś, kto mi się podoba, nosi moje ciuchy, nawet jeśli pod wpływem konieczności.
Uśmiechnąłem się pod nosem, z lekkim prowokacyjnym grymasem, nie mogąc sobie darować, by nie rzucić tym podtekstem - sama się o to prosiła.
- Daj mi tylko chwilę, splawsę, czy świese zapłonowe lobią dobly klimat. - Drgała mi brew, gdy to mówiłem - niby z pełną powagą, starając się zachować dystans do naszej wymiany zdań, ale jednocześnie czując się z tym dziwnie, trochę nie na miejscu, chociaż jednocześnie również bardzo na nim. - Oszywiście, sze sobie polasę s taką odpowiesialnosią. - Mówiłem poważnie, próbując zachować powagę, choć już w moim tonie już od samego początku pojawiało się coś w rodzaju stłumionego śmiechu. Przemknęła mi przez głowę myśl, że gdyby ktoś mnie rzeczywiście zapytał, czy czuję, że jestem odpowiedzialny, to pewnie bym się zaśmiał. - Mosze jescze tego nie wies, ale jesztem balso odpowiesialnym chłopakiem. Odpowiesialnym za wiele szeszy, na pszykład za fuckupy i inne takie, afely, buldy i moldobisia, któle potlafię wywołaś od lęki... - Dodałem, patrząc jej prosto w oczy, nie mrugając ani trochę, nawet jeden raz, przez cały czas, gdy to mówiłem. - Spytaj Colneliusa o moje pielwsze spotkanie z pszeuloszą panną Yaxley. - Podrzuciłem śmiało, bo to był wprost świeżutki, idealny dowód na to, żeby potwierdzić poprawność tej deklaracji. Tak - zawsze byłem zajebiście odpowiedzialny. Prychnięcie śmiechem wyrwało mi się samowolnie, nie potrafiłem tego powstrzymać.
Po tych słowach wskazałem głową na motocykl, próbując odwrócić jej uwagę od tego, co właśnie powiedziałem i przekierować ją na naszą wycieczkę. Nie chciałem zbyt długo z nią teraz rozmawiać, by znów nie zacząć flirtować, robić tych wszystkich nie do końca poprawnych nawiązań - już wcześniej samo tak wychodziło, teraz pewnie też nie trzeba było wiele, by do tego wrócić.
- Dobla, no to do szeszy, pszestań gadaś i splóbuj się do niego pszymieszyś. - Powiedziałem, wskazując palcem na maszynę. Widząc jej zmagania, przez chwilę obserwowałem je z rozbawieniem, unosząc brwi i tłumiąc śmiech, ale gdy motor zaczął się chybotać, nie mogłem się dłużej nie wtrącać - bez chwili zawahania, od razu stanąłem po jednej stronie, wyciągając ramię na drugą i praktycznie prawie obejmując Prue, żeby nie spadła. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to wyglądało, jakbym uczył córkę jeździć na rowerze - nawet w tym układzie, różnica wzrostu między nami była aż nadto widoczna. No, tyle tylko, że ten mój - nie do końca możliwy do powstrzymania, bo pojawiał się samoistnie - specyficzny uśmiech pod nosem zdradzał, iż ta bliskość działała na mnie inaczej, nie była aż taka platonicznie, przyjacielsko niewinna, dyktowana serdecznością.
Zaraz jednak spojrzałem na nią, zmazując uśmiech z twarzy - czując, jak moje ciało reaguje na jej obecność, na ten alkohol, na tę chwilę. W tym momencie poczułem, jak blisko rzeczywiście jesteśmy - tak blisko, że powróciło wrażenie, jakby wokół znowu unosiło się coś więcej, niż wypadało podczas towarzyskich interakcji. To znowu była ta dziwna, niebezpieczna atmosfera.
Patrzyłem na Prudence, czując, jak moje serce zaczyna bić szybciej, a w ustach zbiera mi się ślina, ciężka do przełknięcia bez wydania z siebie głośnego dźwięku, a jego nie chciałem wydawać, więc wstrzymałem oddech - alkohol chyba działał na mnie jeszcze mocniej, niż bym chciał. Było coś w tym momencie, co sprawiało, że mimo wszystko, czułem do niej coś więcej niż tylko chęć pomocy, interakcji w celu nawiązania znajomości czy przyjaźni - to był ten niepokojący, nieodparty pociąg, który pojawiał się już trzeci raz, gdy byliśmy tak blisko, mimo że zdawałem sobie sprawę z tego, że teraz to wszystko było zabarwione alkoholem i wspomnieniami sprzed lat, które nagle wróciły. Stojąc tak, czując na sobie jej spojrzenie, nie mogłem się powstrzymać od myśli, że wszystko to jest cholernie niebezpieczne, ale jednocześnie tak... kuszące. I chociaż w głębi serca wiedziałem, że to nie jest dobry pomysł, to nie potrafiłem odwrócić wzroku ani się od niej odsunąć - zwłaszcza, że miałem realny cel, a nie pretekst, żeby znajdować się w tym miejscu, w tej pozycji.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (17498), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (16677)


Strony (3): 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa