Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Droga w górę wiodła przez wrzosowiska, coraz bardziej zdziczałe o tej porze roku. Jeszcze nie zupełnie fioletowe, ale już nie letnie. Jesień wkradała się powoli, ale stanowczo - liście jeszcze nie spadały, lecz ich kolor mówił jedno - lato minęło, i chociaż nie było bardzo chłodno, czułem już zapowiedź nadchodzących ciemnych i szarych miesięcy, wraz z nutą dymu unoszącą w powietrzu, dolatującą z kominów oddalonych domostw na wrzosowiskach. Wiatr uderzał w twarz, dudnił w uszach, postawiał w ustach smak kurzu i soli, niósł ze sobą lekki zapach morza.
Nie zabierałem Prue nad morze, niezupełnie, ale pozwalałem, by morze od czasu do czasu przypomniało o sobie. W oddali, w świetle, które łamało się na szarej linii horyzontu gdzieś po prawej. W lusterku mignęły jej włosy, lekko rozwiane - uśmiechnąłem się sam do siebie i dodałem gazu na krótkim, stromym wzniesieniu. Prowadziłem pewnie, nieco szybciej niż wypadałoby po wypiciu kilku głębszych... A może wręcz przeciwnie - dokładnie tak, jak się to powinno robić, żeby się przed kimś popisać...
Zatrzymałem się tuż przy punkcie, który znałem od dziecka - nie było tabliczki, nie było niczego oprócz głazu z wyrytym inicjałem jakiegoś człowieka i starego pnia, który kiedyś służył za ławkę, ale teraz wyglądało na to, że już dawno spróchniał. Silnik zamruczał jeszcze przez chwilę, potem zamilkł. Otoczyła nas cisza, przywana tylko szumem liści i oddechem. Poczułem jej ruch za plecami - delikatne przesunięcie ciężaru, napięcie mięśni. Odwróciłem głowę przez ramię - tak, by spojrzenie Prudence spotkało moje - nadal bez słów, ale z czymś, co trudno było zignorować. Uśmiechnąłem się do niej - nieznacznie, ale przyjemnie. Nie rozmawialiśmy przez całą dwudziestominutową drogę, bo nie było ku temu warunków, więc, gdy się odezwałem, mój głos zabrzmiał na trochę zachrypnięty - zdecydowanie zaschło mi w gardle, ale od czego mieliśmy tyle alkoholu...
- Teras, niestety, musimy tlochę podejś... - Powiedziałem, zniżając głos, by zabrzmieć bardziej obiecująco. - Ale bęsie walto. - Działałem bez pośpiechu - zaczekałem, aż Prudence się zsunie albo zeskoczy, dopiero kiedy stanęła już obok, sam zszedłem z motocykla. Kurz osiadł mi na ramionach, spodniach i butach, dosłownie, więc otrzepałem się leniwie, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby, na koniec potrząsnąwszy głową. Wsunąłem dłonie do kieszeni spodni i rozejrzałem się na boki, potem w stronę południa. Spojrzałem w kierunku południowego zbocza, gdzie między dwoma wzgórzami rozciągała się niepozorna ścieżka. Prowadziła... Tam, gdzie trzeba.
Nie miałem pojęcia, czy Prudence wiedziała o mnie i Corneliusie. O tym, że właściwie razem się wychowaliśmy. Nie był moim bratem, ale nikt nie był mi bliższy, nie wtedy, nie w tamtych latach. Nie byliśmy rodziną, ale byliśmy blisko. Z Ursulą również, co chyba już odnotowała, chociaż za tym kryła się głębsza i bardziej ponura historia - jedna z takich, którą można było opowiadać właśnie pochmurną, melancholijną jesienią, słysząc skrzek odlatujących gęsi i zawodzenie zimnego, przejmującego wiatru. Nie dziś.
Wizyty w okolicy to były inne dni, czasem całe tygodnie lata. Wtedy, kiedy matka znowu leżała, coraz bardziej nieobecna, coraz ciszej oddychająca - była znów chora albo może wtedy to zawsze była ciąża, nie pamiętałem, wiele rzeczy przechodziła chyba tak samo ciężko, ale dla dzieciaka wszystko zlewało się w jedno. Ojciec znikał w rozjazdach, całe szczęście. Wtedy ciotka Corneliusa, zresztą jedyna osoba z dorosłych, która nie zapominała o istnieniu dzieci, nawet, gdy nie trzeba było ich zrugać, by się wyżyć, postanawiała nas zabrać do Appledore. Nie byliśmy braćmi - on był jej, ja byłem... Tym drugim, ale... Praktycznie się razem wychowaliśmy - kiedy Ursula wracała do Appledore, mając sposobność zabrać mnie z domu, ciągnęła nas obu ze sobą jak koty w torbie, nie pytając o zdanie, a my... No cóż, dostosowaliśmy się. Ta ścieżka, ten punkt, te wrzosowiska, ten kurz - wszystko znałem z tamtych lat. Z mokrych skarpet, potłuczonych kolan, zgubionych kieszonkowych latarek i rozmów, które urywały się tylko wtedy, gdy zaczynał się prawdziwie rzęsisty deszcz - sztorm, nie burza.
- Appledole. Jesteśmy balso blisko losinnego miasta Colneliusa, no, nie lisząs Londynu. - Rzuciłem mimochodem, zerkając w bok, gdzie ścieżka ginęła za wzniesieniem. W pewnym stopniu wychowaliśmy się tam, ja i Cornelius, wśród zakurzonych mebli i zapachu naftaliny, ucząc się, jak czytać znaki, których nikt nam nie tłumaczył. - Co śmiesniejse, gdybyśmy chcieli tam dojechaś motocyklem, to tlasą zajęłoby nam to więsej nisz na piechotę. To jedno s nielisznych miejsc tutaj, gdzie pieszo jeszt zdesydowanie szybsiej... O ile nie mas nic pszeciwko temu, szeby się pszy tym posządnie zmoczyś. - Nie wiedziałem, czy wiedziała, co miałem na myśli. Czy ktoś jej kiedyś opowiedział, że tak właściwie, to nasza dwójka zawsze była sobie najbliższa, nawet jeśli w czasach szkolnych na to wcale nie wyglądało, bo trzymaliśmy się już w kupie. Nie tłumaczyłem jej, czemu to wspomniałem - nie byłem pewien, czy chciałem, żeby wiedziała. Już padło między nami dosyć dużo - wtedy w tej piwnicy. Nie powiedziałem, że z Corneliusem robiliśmy to latami - brnęliśmy przez krzaki, tą ścieżką przez pola i błoto, potem w górę, aż do tego punktu, zanim jeszcze umieliśmy dobrze czytać znaki, których i tak tu było niewiele, zanim ktokolwiek z nas wiedział, jak bardzo czas potrafi wszystko zmienić. Czasem tylko po to, żeby usiąść i milczeć. W tamtych dniach nie liczyło się nic poza drogą, dobrą zabawą, dziecięcym poczuciem wolności. Teraz - już się liczyło.
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)