• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue

[10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
30.04.2025, 20:19  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 18:00 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I


wczesne przedpołudnie | 10/09/1972 | wybrzeże North Devon
Jechaliśmy przez znajome zakamarki - zakręty, które znałem na pamięć, wąskie fragmenty połaci terenu pełne kamieni i spękań - na oko nie wyglądały stabilnie, ale wiedziałem, gdzie można przycisnąć, a gdzie lepiej puścić gaz. Wjechaliśmy w znajomą dolinkę, a potem w górę, szutrową drogą, która od zawsze wydawała się bardziej ścieżką niż czymś, po czym rozsądnie byłoby jechać na dwóch kółkach. Mgła opadła chwilę wcześniej, ale powietrze wciąż było ciężkie, wilgotne, osiadające na karku, a słońce nie zdecydowało, czy chciało się dziś w ogóle pokazać. Świat wyglądał, jakby dopiero miał się obudzić, ale jeszcze się namyślał, czy warto. Pochmurno było już od samego świtu, światło rozlewało się płasko, bez ostrości - to mi nie przeszkadzało. Właściwie... Chyba nawet pasowało. Ta atmosfera miała w sobie coś znanego. Połowa września - ten moment, kiedy wszystko powoli zaczyna umierać, ale jeszcze nikt tego nie przyznaje.
Droga w górę wiodła przez wrzosowiska, coraz bardziej zdziczałe o tej porze roku. Jeszcze nie zupełnie fioletowe, ale już nie letnie. Jesień wkradała się powoli, ale stanowczo - liście jeszcze nie spadały, lecz ich kolor mówił jedno - lato minęło, i chociaż nie było bardzo chłodno, czułem już zapowiedź nadchodzących ciemnych i szarych miesięcy, wraz z nutą dymu unoszącą w powietrzu, dolatującą z kominów oddalonych domostw na wrzosowiskach. Wiatr uderzał w twarz, dudnił w uszach, postawiał w ustach smak kurzu i soli, niósł ze sobą lekki zapach morza.
Nie zabierałem Prue nad morze, niezupełnie, ale pozwalałem, by morze od czasu do czasu przypomniało o sobie. W oddali, w świetle, które łamało się na szarej linii horyzontu gdzieś po prawej. W lusterku mignęły jej włosy, lekko rozwiane - uśmiechnąłem się sam do siebie i dodałem gazu na krótkim, stromym wzniesieniu. Prowadziłem pewnie, nieco szybciej niż wypadałoby po wypiciu kilku głębszych... A może wręcz przeciwnie - dokładnie tak, jak się to powinno robić, żeby się przed kimś popisać...
Zatrzymałem się tuż przy punkcie, który znałem od dziecka - nie było tabliczki, nie było niczego oprócz głazu z wyrytym inicjałem jakiegoś człowieka i starego pnia, który kiedyś służył za ławkę, ale teraz wyglądało na to, że już dawno spróchniał. Silnik zamruczał jeszcze przez chwilę, potem zamilkł. Otoczyła nas cisza, przywana tylko szumem liści i oddechem. Poczułem jej ruch za plecami - delikatne przesunięcie ciężaru, napięcie mięśni. Odwróciłem głowę przez ramię - tak, by spojrzenie Prudence spotkało moje - nadal bez słów, ale z czymś, co trudno było zignorować. Uśmiechnąłem się do niej - nieznacznie, ale przyjemnie. Nie rozmawialiśmy przez całą dwudziestominutową drogę, bo nie było ku temu warunków, więc, gdy się odezwałem, mój głos zabrzmiał na trochę zachrypnięty - zdecydowanie zaschło mi w gardle, ale od czego mieliśmy tyle alkoholu...
- Teras, niestety, musimy tlochę podejś... -  Powiedziałem, zniżając głos, by zabrzmieć bardziej obiecująco. - Ale bęsie walto. - Działałem bez pośpiechu - zaczekałem, aż Prudence się zsunie albo zeskoczy, dopiero kiedy stanęła już obok, sam zszedłem z motocykla. Kurz osiadł mi na ramionach, spodniach i butach, dosłownie, więc otrzepałem się leniwie, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby, na koniec potrząsnąwszy głową. Wsunąłem dłonie do kieszeni spodni i rozejrzałem się na boki, potem w stronę południa. Spojrzałem w kierunku południowego zbocza, gdzie między dwoma wzgórzami rozciągała się niepozorna ścieżka. Prowadziła... Tam, gdzie trzeba.
Nie miałem pojęcia, czy Prudence wiedziała o mnie i Corneliusie. O tym, że właściwie razem się wychowaliśmy. Nie był moim bratem, ale nikt nie był mi bliższy, nie wtedy, nie w tamtych latach. Nie byliśmy rodziną, ale byliśmy blisko. Z Ursulą również, co chyba już odnotowała, chociaż za tym kryła się głębsza i bardziej ponura historia - jedna z takich, którą można było opowiadać właśnie pochmurną, melancholijną jesienią, słysząc skrzek odlatujących gęsi i zawodzenie zimnego, przejmującego wiatru. Nie dziś.
Wizyty w okolicy to były inne dni, czasem całe tygodnie lata. Wtedy, kiedy matka znowu leżała, coraz bardziej nieobecna, coraz ciszej oddychająca - była znów chora albo może wtedy to zawsze była ciąża, nie pamiętałem, wiele rzeczy przechodziła chyba tak samo ciężko, ale dla dzieciaka wszystko zlewało się w jedno. Ojciec znikał w rozjazdach, całe szczęście. Wtedy ciotka Corneliusa, zresztą jedyna osoba z dorosłych, która nie zapominała o istnieniu dzieci, nawet, gdy nie trzeba było ich zrugać, by się wyżyć, postanawiała nas zabrać do Appledore. Nie byliśmy braćmi - on był jej, ja byłem... Tym drugim, ale... Praktycznie się razem wychowaliśmy - kiedy Ursula wracała do Appledore, mając sposobność zabrać mnie z domu, ciągnęła nas obu ze sobą jak koty w torbie, nie pytając o zdanie, a my... No cóż, dostosowaliśmy się. Ta ścieżka, ten punkt, te wrzosowiska, ten kurz - wszystko znałem z tamtych lat. Z mokrych skarpet, potłuczonych kolan, zgubionych kieszonkowych latarek i rozmów, które urywały się tylko wtedy, gdy zaczynał się prawdziwie rzęsisty deszcz - sztorm, nie burza.
- Appledole. Jesteśmy balso blisko losinnego miasta Colneliusa, no, nie lisząs Londynu. - Rzuciłem mimochodem, zerkając w bok, gdzie ścieżka ginęła za wzniesieniem. W pewnym stopniu wychowaliśmy się tam, ja i Cornelius, wśród zakurzonych mebli i zapachu naftaliny, ucząc się, jak czytać znaki, których nikt nam nie tłumaczył. - Co śmiesniejse, gdybyśmy chcieli tam dojechaś motocyklem, to tlasą zajęłoby nam to więsej nisz na piechotę. To jedno s nielisznych miejsc tutaj, gdzie pieszo jeszt zdesydowanie szybsiej... O ile nie mas nic pszeciwko temu, szeby się pszy tym posządnie zmoczyś. - Nie wiedziałem, czy wiedziała, co miałem na myśli. Czy ktoś jej kiedyś opowiedział, że tak właściwie, to nasza dwójka zawsze była sobie najbliższa, nawet jeśli w czasach szkolnych na to wcale nie wyglądało, bo trzymaliśmy się już w kupie. Nie tłumaczyłem jej, czemu to wspomniałem - nie byłem pewien, czy chciałem, żeby wiedziała. Już padło między nami dosyć dużo - wtedy w tej piwnicy. Nie powiedziałem, że z Corneliusem robiliśmy to latami - brnęliśmy przez krzaki, tą ścieżką przez pola i błoto, potem w górę, aż do tego punktu, zanim jeszcze umieliśmy dobrze czytać znaki, których i tak tu było niewiele, zanim ktokolwiek z nas wiedział, jak bardzo czas potrafi wszystko zmienić. Czasem tylko po to, żeby usiąść i milczeć. W tamtych dniach nie liczyło się nic poza drogą, dobrą zabawą, dziecięcym poczuciem wolności. Teraz - już się liczyło.

!Strach przed imieniem


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
30.04.2025, 20:19  ✶  
Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
30.04.2025, 21:33  ✶  

Dla Prudence wszystko było zupełnie nowe. Pozwoliła się mu zabrać w nieznane, bez żadnego wahania, chciała to zrobić, chciała, aby pokazał jej część swojego świata. Nie wątpiła w to, że doskonale znał okolicę, tak samo jak wszystkie zakamarki w tej rezydencji, w której się znaleźli. Był u siebie, i najwyraźniej nie miał najmniejszego problemu z tym, aby wpuścić ją do tego swojego małego świata, który się tutaj znajdował. Nie pytała, nie wiedziała, czy to byłoby na miejscu, jak doszło do tego, że zbliżył się tak bardzo z Corneliusem, czuła, że wiąże się z tym jakaś głębsza historia. Już zarejestrowała to, że raczej nie miał zbyt szczęśliwego domu, nie mówił o nim w ten sposób, może to miejsce więc było jego namiastką? Nie miała pewności, ale czuła, że taka przyjaźń nie brała się znikąd, coś musiało spowodować to, że byli ze sobą blisko. Nie znalazł by się tutaj bez powodu, Cornelius nie wpuściłby go do swojego domu ze świadomością, że może zainteresować swoją osobą ludzi, którym może nie spodobać się to, co kiedyś zrobił, to w jaki sposób potraktował tradycję. Mimo wszystko to zrobił, co świadczyło o tym, że sporo dla niego znaczył. Prue potrafiła łączyć fakty, wyciągać wnioski, to nie sprawiało jej zbyt wielkiego problemu, przynajmniej kiedy posiadała jakieś informacje, dzisiaj rano sporo jej się zaczęło wyjaśniać. Zupełnie zmieniła sobie swoje wyimaginowane wyobrażenie na temat jego osoby. Czuła, że nie do końca odpowiednio go oceniła, była dla niego zbyt ostra w tych szkolnych czasach, ale na szczęście to już było za nimi. Bardzo wiele się zmieniło tego poranka.

Nieco bała się tej podróży, jednak nie zamierzała się wycofać, nie chciała pokazać, że wcale nie jest taka odważna. Wypity alkohol dodawał jej odwagi, bez zbędnego rozmyślania wdrapała się więc za nim na motocykl, nie omieszkając wtulić się po prostu w jego plecy, by poczuć się bezpieczniej. Korzystała z kolejnej okazji do tego, aby znaleźć się bardzo blisko mężczyzny. Mogła się w niego wtulać do woli i nie musiała się przejmować tym, że poczuje się przez nią osaczony. Idealnie się składało, chociaż miała już chyba na to nieme przyzwolenie, zważając na to, co się między nimi przed chwilą wydarzyło. Nie musiała się pilnować, bo przekroczyli granicę, nie musieli już trzymać rąk przy sobie, bo dotarło do nich, że pragną się w tym zatracić razem. To miał być bardzo zaskakujący tydzień, była tego pewna, szczególnie, że czuła, że ich interakcja nie skończy się na tym porannym spotkaniu, czy wycieczce, nie sądziła, aby potrafili trzymać się z dala od siebie w najbliższym czasie. Zwłaszcza, że mieli pewne niedokończone sprawy, które wypadało doprowadzić do końca.

Podziwiała okolicę, którą mijali. Może nie bywała na łonie natury zbyt często, jednak potrafiła docenić jej piękno. Jesień była ulubionym czasem w roku Purdence, pełnym kolorowych barw, które zachwycały oczy. Nie mogła się napatrzeć na ten fiolet wrzosów, które ich otaczały. Korzystała z tego momentu, starała się zapamiętać jak najwięcej z tej krótkiej chwili, którą mieli razem spędzić. Zupełnie przestała przejmować się sposobem w jaki się przemieszczali, no, co jakiś czas przypominały jej o tym momenty, w których podłoże nie było do końca równe, przez co podskakiwali nieco do góry, wtedy jedynie mocniej się niego przytualała, nie chcąc przypadkiem spaść na ziemię.

Co jakiś czas na linii horyzontu pojawiało się morze, wydawało jej się jednak, że znajduje się zbyt daleko, aby to właśnie ono było celem ich podróży. Nie wypytywała o to dokąd ją zabiera, jakiego miejsca by nie wybrał na pewno jej się spodoba. W końcu mieli spędzić nieco czasem razem, z dala od wszystkich osób znajdujących się w rezydencji, będzie miała szansę jeszcze bardziej go poznać, nie wiedzieć czemu ją to cieszyło. Nie powinna czuć tych wszystkich emocji, ale one nie zniknęły, gdy znaleźli się poza domem. Nadal czuła, że coś wisi w powietrzu, uderzyło w nią to dość mocno i nie odpuszczało.

Nie czuła chłodu, chociaż wiatr muskał jej twarz, plątał przy tym włosy, powodował, że jej policzki zrobiły się nieco zaróżowione, ale to było przyjemne uczucie, czuła, że żyje, co ostatnio raczej nie zdarzało się jej zbyt często, widać wystarczyło po prostu towarzystwo odpowiedniego człowieka i wszystko mogło się zmienić.

Zatrzymali się wreszcie. Nie do końca wiedziała ile czasu minęło, podróż okazała się być dużo bardziej przyjemna, niż zakładała. Dotarło do niej, że jest to moment, w którym powinna zejść z motocykla. Powoli, ostrożnie więc się z niego zsunęła, musiała to zrobić w ten sposób, bo nie chciała się potknąć i wywalić. Jakoś jednak jej się to udało zrobić w miarę bezboleśnie. Otaksowała wzrokiem okolicę, nie, żeby miało jej to pomóc domyślić się gdzie byli - zupełnie nie znała tych terenów, zrobiła to tylko po to, aby zobaczyć, gdzie się znajdują i jak wygląda krajobraz.

- Nie jestem, aż taka miastowa, jak Ci się wydaje, lubię spacery. - Może nie wyglądała na kogoś takiego, ale nie widziała nic złego w tym, że mieli teraz używać własnych nóg jako środka transportu. Dzięki temu też będzie mogła napawać się bardziej tymi widokami, niosło to ze sobą same pozytywy, bo mogli też znowu zacząć rozmawiać. Nie, żeby milczenie jej przeszkadzało, okazało się, że i ono jest całkiem przyjemne w jego towarzystwie.

- Jesteście ze sobą blisko. - Stwierdziła, zupełnie neutralnie, jakby to wcale nie było takie oczywiste, a przecież szło się tego domyślić. Nie sądziła jednak, że był to moment, w którym powinna grzebać w ich wspólnej przeszłości. Nie chciała wychodzić na wścibską.

- Jeśli mówisz o tym, że będzie warto, to myślę, że takie niedogodności nie będą mi przeszkadzały. - Jakoś sobie z nimi poradzi, nie mogło być, aż tak źle. No, nie do końca wiedziała, jak to będzie wyglądało, ale nie tak łatwo było ją wystraszyć.

Była ciekawa miejsca, które chciał jej pokazać, czuła, że jest z nim związane wiele wspomnień, wydawał się bowiem bardzo dobrze kojarzyć tę okolicę. Była gotowa do tego, aby pokazał jej nieco swojego świata. Wsunęła ręcę do kieszeni kurtki, którą jej pożyczył. Włosy fruwały jej na wietrze, ale zupełnie jej to nie przeszkadzało, mogli wyruszyć w drogę. - To co, idziemy? - Rzuciła jeszcze cicho, przystając tuż obok niego.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
30.04.2025, 23:24  ✶  
Nie sądziłem, że się tu jeszcze kiedykolwiek znajdę, a już na pewno nie z nią. Nie tak wyobrażałem sobie ten poranek, kiedy otwierałem oczy - nie sądziłem, że Prudence kiedykolwiek będzie siedzieć za mną na motocyklu, w mojej kurtce, z ramionami owiniętymi wokół mnie tak mocno, jakbyśmy jechali znacznie dalej niż tylko przez wrzosowiska. Czułem jej ciepło na plecach, włosy, co jakiś czas muskające materiał koszulki, oddech przedzierający się przez bawełniany splot i pobudzający skórę. Tego rodzaju bliskość… To nie było dla nas typowe - nie musiała się mnie tak trzymać, wiedziałem o tym, wiedziałem też, że to nie było tylko dla utrzymania równowagi. To był ten rodzaj bliskości, którego wcześniej między nami nie było... I pewnie w żadnych zwyczajnych okolicznościach by się nie pojawił, ale po pożarach Londynu, po tym, co się stało dwa dni temu - coś się przesunęło. Granica się rozmyła, i kiedy dziś rano znów ją przekroczyliśmy, już bez tych niepewnych spojrzeń i przypadkowych dotknięć, dając sobie na to więcej czasu, wszystko się jakoś... Wyjaśniło - albo przynajmniej przestało wymagać wyjaśnień. Nie byliśmy przyjaciółmi zbyt długo, może z pół godziny, może godzinę - potem to już była inna historia. Nawet jeśli to wszystko miało datę ważności, było tylko chwilowe, trochę nie do końca właściwe - nie przejmowaliśmy się tym, nie dziś.
Droga była stroma, a grunt podsypany luźnym kamieniem, ale znałem tę trasę - nie zmieniła się przez piętnaście lat, bo nie miała, czemu, po co, jak - wiedziałem, na co mogę sobie pozwolić. Niebo było ciężkie - szarość rozlewała się równomiernie, nie groziła deszczem, ale też nie dawała światła. Dzień nie mógł się zdecydować, czy naprawdę chce się zacząć. W końcu dotarliśmy na miejsce. Zatrzymałem motor, ustawiłem go stabilnie na podłożu i kopnąłem podpórkę, zanim jeszcze usłyszałem jej komentarz.
- Domyślam szię, sze moszes lubiś spasely. - Powiedziałem, zerkając w górę stoku. - Ale to bęsie tlochę balsiej stlome podejsie nisz w palku w miesie. - Nie czekałem na odpowiedź. Słowa wypowiedziałem odruchowo, z tym lekkim rozbawieniem, które pojawiało się, kiedy ona próbowała mnie zaczepiać w ten swój nieoczywisty sposób, dyskredytując moje całkiem uprzejme komentarze i to, że wolałem ją uprzedzić o wyzwaniu, jakie na nas czekało.
Odwróciłem się i spojrzałem na zbocze. Nic się tu właściwie nie zmieniło - nie było tu zbyt wiele nowych elementów - może parę więcej głazów zostało obrośniętych mchem, może wrzosy były bardziej zdziczałe, może tylko ja byłem starszy... Ale droga nadal była ta sama, co wtedy, przed laty, pojawiło się może raptem kilka nowych kolein, jakieś kamienie zostały przesunięte przez czas i buty innych. Przed nami, za nami, praktycznie wokół nas rozpościerały się wrzosowiska - zgaszony fiolet, szarozieleń i rdzawy odcień podmokłych traw zaczynających szykować się do tego, żeby przyschnąć wraz z nadejściem jesieni. Kiwnąłem głową - mechanicznie i bez refleksji - raczej do samego siebie, niż do niej. Z jednej strony wszystko wyglądało tak samo, z drugiej - wiedziałem, że ten czas minął. Piętnaście lat... Prawie połowa życia...
Spojrzałem przed siebie - wysoko, w miejsce, gdzie ścieżka znikała między wzgórzami. Była wąska, nieoznaczona, ale pamiętałem ją z dzieciństwa, dochodząc do wniosku, że kiedyś była szersza, albo po prostu wtedy miałem krótsze nogi i mniej rozbudowane bary...
Zerknąłem jeszcze raz w stronę Prue, gdy się odezwała, potem znów na ścieżkę. Kiwnąłem głową, bez większego namysłu, nieświadomie. Tak jak czasem człowiek kiwa, żeby potwierdzić, że coś rzeczywiście miało miejsce i jeszcze istnieje.
Nie zastanawiałem się nad tym, co Prudence dokładnie chciała powiedzieć przez tamten komentarz. Jej komentarz potraktowałem jak każde inne, zwykłe spostrzeżenie. W szkole nie zdawała się szczególnie zainteresowana naszą paczką, trzymała się raczej z boku, zresztą nic dziwnego. Wtedy wydawało się, że kumpluję się ze wszystkimi równo, mogła nie zauważyć mojego powiązania z Corio, zwłaszcza że usiłowałem się od niego odróżniać, bo w dzieciństwie, z wiadomych względów, wyglądaliśmy zbyt podobnie. W szkole trzymałem się ze wszystkimi po równo, przynajmniej z początku, a potem... Przez chwilę to Ambroise był najbliżej - tak to wyglądało z boku - do czasu, aż zaczęliśmy się kłócić o Alice, chociaż ten temat nigdy nie wypłynął poza nasze wspólne dormitorium, a w oczach otoczenia mogło to wyglądać, jak nagła tendencja do cięcia się o wszystko - o nic, o zasady, których żaden z nas nie miał. Romulus też miał swoje do dodania - jak zwykle w takich sytuacjach, jak zwykle... W ogóle. Romulus zawsze mówił swoje. Z Corneliusem było podobnie. Tyle że to było bardziej osobiste, mocniejsze - kłótnie, które potrafiły wżerać się pod skórę. Zanim zniknąłem z Alice, prawie wszystko się posypało - niemal każda moja relacja. Oni nie rozumieli moich decyzji, ja chyba też ich nie rozumiałem, ale to było piętnaście lat temu.
- Tak, mosna tak powiedzieś. - Odparłem - spojrzałem na nią przelotnie, bez szczególnej emocji. - Znamy szię, odkąd mieliśmy po tszy lata, plaktysznie szię lasem wychowywaliśmy. - Nie dodałem nic więcej, nie było potrzeby - i tak powiedziałem więcej, niż planowałem. Nie wiedziałem, ile właściwie o mnie wie, ale nigdy nie była mną szczególnie zainteresowana. W naszych dawnych relacjach nie było miejsca na coś głębszego. Zakładałem więc, że wie niewiele. Nasze relacje w przeszłości nie sprzyjały temu, by chciała mnie poznawać. Może słyszała coś od brata, może nic. W drugą stronę wyglądało to inaczej. Znałem ją lepiej, niż ona myślała - przyjaźń z jej bratem zrobiła swoje. Przez chwilę, dawno temu, naprawdę mi się podobała, ale z czasem jej sposób bycia, ta niedostępność podszyta wywyższającym się spojrzeniem - to wszystko zaczęło mnie drażnić. Chciałem ją poznać, zanim zaczęła mnie irytować tym byciem... Niedotykalną, niedostępną.
Teraz jednak była tu, w mojej kurtce obok mnie. Patrzyłem, jak wiatr rozwiewa jej brązowe włosy. Wydawała się mniejsza niż pamiętałem. Drobniejsza. A może to tylko ta za duża kurtka robiła takie wrażenie. Teraz, patrząc na nią kątem oka, widziałem tylko wiatr w jej włosach, moją kurtkę, która sięgała jej mocno poniżej kolan, i drobną sylwetkę... I znowu zaczęło robić mi się goręcej - coraz bardziej zdradliwie gorąco... A potem spojrzałem na jej lakierki. Parsknąłem cicho, niemal tak samo, jak wtedy w garażu. Nie musiałem nic mówić. Podłoże było nierówne, kamienie zdradliwe, a ona miała te buciki, które nadawały się bardziej na bruk niż na wrzosowiska. Poza tym... Po tym, co się wydarzyło w domu Ursuli, trudno było mówić o nas jak o znajomych, nie byliśmy też przyjaciółmi - nie szukaliśmy definicji, było jak było. Tymczasowe, może nie do końca właściwe - ale czy to miało teraz znaczenie? Nie tutaj, nie wśród wrzosów, nie na tej drodze.
Pochyliłem się, odpiąłem sakwę z motocykla i przerzuciłem ją sobie przez lewe ramię, bez pośpiechu. Wtedy, gdy stanęła bliżej, wyciągnąłem prawe ramię w jej stronę - zupełnie naturalnie, nie myśląc. Trudno było nazwać nas neutralnymi, a więc... To, co między nami było teraz - jakkolwiek to nazwać - przypominało randkę. Tylko z tą różnicą, że nikt się do niej nie przygotowywał. Mieliśmy tydzień, może mniej, normalnie nie bawiłbym się w coś takiego, w te wszystkie uprzejmości, ale ta myśl była całkiem miła. Uśmiechnąłem się lekko i potrząsnąłem głową, twierdząco.
- Tak. Moszemy iś.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#5
01.05.2025, 00:13  ✶  

To miał być spokojny tydzień, spędzony w domku na wsi. Cóż, plan się zmienił, już kiedy się tutaj pojawiła. Okazało się, że to wcale nie był domek, a jebana rezydencja, a do tego spotkała tu kogoś, kogo nigdy miała nie spotkać. Plan bardzo szybko diabli wzięli, ale nie miała innego wyjścia, jak po prostu dostosować się do tej nowej sytuacji. Nie wydawało jej się, aby szło jej to szczególnie topornie, wbrew pozorom nie miała większych problemów z dopasowywaniem się do tego, co los dla niej szykował, była całkiem elastyczna, jak na kogoś kto myślał zbyt wiele.

Może nie powinna się do niego tak zbliżać, wtulać w ciało mężczyzny, kiedy pokonywali tę drogę, ale chciała to zrobić. Wydawało jej się, że nic nie stało na przeszkodzie, zwłaszcza po tym, co się między nimi wydarzyło. Czuła, że może sobie na to pozwolić, a więc reagowała instynktownie. Miała chęć się w niego wtulić, to to robiła, nieszczególnie przejmowała się tym, co mógł sobie o tym pomyśleć. Zresztą wcale nie wydawało jej się, że zamierzałby ją odrzucić, już się tego nie bała. Doszło między nimi do jakiegoś dziwnego porozumienia, które nie potrzebowało słów. Kiedyś nie pomyślałaby nawet, że może chcieć znaleźć się tak blisko, a w tej chwili traktowała to jako coś wyjątkowego, może chwilowego, ale była to całkiem miła odmiana od tego, do czego przywykła. Czuła się jakby miała kilkanaście lat i dopiero uczyła się tego na co faktycznie może sobie pozwolić.

- Nie wiem dlaczego próbujesz mnie zniechęcić. - Przynajmniej wydawało jej się, że właśnie to robi. Oczywiście, że mógł próbować ją ostrzec, nastawić kobietę na to, co ich czekało, ale nie chciała się negatywnie nastawiać. Raczej wydawało jej się, że ta wędrówka może być całkiem przyjemna, był miłą odmianą od tkwienia między kamienicami, od Londynu, w którym wszyscy ciągle się gdzieś spieszyli, zatłoczonych ulic. Bez względu na to, jak miała wyglądać trasa, którą mieli pokonać, to było odmianą, czymś nowym i nastawiła się na to, że jej się to spodoba.

Nie miała pojęcia, jak często tutaj bywał, ale słowa, które wypowiadał świadczyły o tym, że doskonale znał okolicę, wiedział na co się piszą, nie wydawało jej się, żeby chciał wprowadzić ją na minę. Mówił o tym, co miało na nich czekać dalej. Była gotowa przyjąć to wyzwanie, może nie należała do osób, które jakoś szczególnie wyróżniały się swoją sprawnością fizyczną, ale nie było z nią jakoś bardzo źle. Powinna sobie poradzić z tą przeprawą, gdyby nie... cóż, to będzie musiał zostawić ją pod jakimś drzewem i sam udać się dalej. Nie, żeby była w stanie zbyt długo przetrwać w głuszy, ale wiadomo, jeśli sytuacja by tego wymagała, to pewnie znalazłaby na to jakiś sposób.

Nie wykazywała szczególnego zainteresowania ich kliką w przeszłości. Jasne, co nieco o nich wiedziała z racji na to, że byli blisko z jej bratem, jednak to było jedyne, co ją w tym wszystkim interesowało. Nie miała pojęcia dlaczego wzięli go wtedy pod swoje czystokrwiste skrzydła skoro nie był tacy jak oni, raczej podchodziła do tego sceptycznie, bo nie potrafiła zrozumieć tej relacji, jednak z czasem dotarło do niej, że była jednak ona prawdziwa. Przecież nie przetrwałaby tylu lat, dawno temu zakończyli swoją edukację, a nadal się razem trzymali, to świadczyło samo o sobie. Zbyt szybko wydawała osądy, ale to też już do niej dotarło. Myliła się wtedy, w wielu sprawach, grunt, że to zrozumiała, chociaż może trochę zbyt późno, ale chyba lepiej późno niż wcale.

- Nie wiedziałam. - Powiedziała jeszcze cicho, bo faktycznie nie miała zielonego pojęcia o tym, że to Corio był mu najbliższy. Nie słyszała o tym, że znali się tak długo, to było dla niej coś nowego. Musiała ich łączyć naprawdę trwała przyjaźń, skoro ich znajomość sięgała tak odległego czasu, ale to by wyjaśniało dlaczego Benjy znał tak dobrze ten dom i okolicę, faktycznie musieli być ze sobą blisko i spędzać tutaj razem wiele czasu.

Nie umknęło jej to parsknięcie i spojrzenie skierowane na jej urocze buty. Pokręciła jedynie głową, póki co bez słowa. Wiedziała, co jej sugeruje, na dłuższą metę nie mogła pozostawić tego bez komentarza. - Poradzę sobie. - Powiedziała bardzo pewnym tonem głosu, jakby nie tylko jemu chciała coś przekazać. Jasne, już na pierwszy rzut oka droga nie wydawała się najprostsza do pokonania, może nie była do tego najlepiej przygotowana, ale zamierzała wyjść z tego z twarzą. Na pewno nie zamierzała narzekać na niewygodne półbuty, wręcz przeciwnie, choćby nie wiadomo jak nie dawały jej się we znaki musiała twierdzić, że jest zupełnie inaczej. Szczególnie, że już drugi raz zwrócił na to uwagę.

Nie wiedziała do końca co tutaj robią, dlaczego znaleźli się w tym miejscu, ale zdecydowanie chcieli spędzić ten czas razem, to było coś nowego, bo kiedyś unikali się, gdy tylko mogli. Te kilka spotkań w teraźniejszości zdecydowanie to zmieniły, naprawdę chciała tutaj być, z nim, tak po prostu. Zobaczyć to, co miał jej do pokazania, i wiedziała, że coś się zmieniło, że nie byli już ani wrogami, ani przyjaciółmi, tylko czymś zupełnie innym, czego nie umiała aktualnie nazwać, ale podobała jej się ta ewolucja ich znajomości. Nie mogła udawać, że nie kłębiły się w niej te wszystkie uczucia, których wolała aktualnie nie nazywać, zamiast tego po prostu dawała się wyprowadzić gdzieś. W miejsce, gdzie mogli poznać się nieco bliżej, uniknąć ewentualnych spojrzeń, wykraść trochę czasu rzeczywistości, która w końcu miała ich dosięgnąć, bo to było nieuniknione.

Bez chwili zawahania wsunęła mu lewą rękę pod ramię, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. Nie do końca przewidziała to, że rozmowa o wspólnej wycieczce zakończy się czymś na kształt randki, ale niezbadane były wyroki przeznaczenia, losu, jak zwał tak zwał.

- Opowiesz mi coś więcej o tym miejscu? Na pewno masz w zanadrzu jakieś historie z przeszłości, wygląda na to, że znasz okolicę, pewnie często tutaj bywałeś. - Próbowała zagaić rozmowę, całkiem neutralnie, aby nie skupiać się wyłącznie na tym, co się między nimi wydarzyło. Zresztą nie zamierzała ukrywać, że chciała się o nim dowiedzieć czegoś więcej, to był ich nowy początek, sporo się między nimi zmieniło, a więc dobrze by było uzupełnić wiedzę o pewne informacje. Była ciekawa tego, dlaczego postanowił ją zabrać akurat tutaj, ale póki co o to jeszcze nie postanowiła pytać.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
01.05.2025, 02:30  ✶  
Kiedyś każde takie zbliżenie wywołałoby natychmiastowy konflikt, a teraz? Nie byłem pewien, w którym momencie to się zaczęło, ale trwało, zagęszczając się coraz mocniej. Może wtedy, gdy spojrzała na mnie tym wyczekującym wzrokiem, który mówił: „Zamknij jadaczkę i chodź tu bliżej, teraz”, a może wcześniej - kiedy, jeszcze w Londynie, wymieniliśmy kilka zdań, które nie miały prawa brzmieć tak dobrze. Nie umiałem tego dokładnie wskazać, ale czułem, że coś się między nami zmieniło - na samym początku to były niby tylko drobiazgi, ale nie umknęły mojej uwadze - na tyle, że ewoluowały, rozwinęły się, wybuchły. Nie udawałem przed sobą, że to bez znaczenia - czułem do niej pociąg, intensywny, cichy, trochę niewygodny, bo niespodziewany.
Parsknąłem, pozostawiając słowa Prue bez komentarza - nie, nie próbowałem jej zniechęcić, ale kiedy rzuciła to zdanie, z tą lekko podniesioną brwią i spojrzeniem, które znałem raczej z dawnych konfrontacji niż wspólnych spacerów, bo tych nie odbywaliśmy nigdy przedtem, zrozumiałem, że mogła to tak odebrać. Tylko nie zamierzałem jej się tłumaczyć.
Na słowa o Corneliusie, też odpowiedziałem tylko wzruszeniem ramion - nie zdziwiło mnie to. W przeszłości trzymała się od nas z daleka. Jasne, znała nas - z opowieści brata, z plotek, z przypadkowych i celowych spotkań na szkolnych korytarzach, ale nigdy nie była częścią tej układanki, i może dlatego widziała nas inaczej. Przez lata miała obraz, który nie do końca pasował do rzeczywistości, ale to była już zamierzchła przeszłość, bo dziś nie byliśmy dawni. Nie byliśmy dawnym „ja” i dawną „ona”.
Parsknąłem cicho, znów patrząc na jej lakierki - wciąż mnie śmieszyły, a już zwłaszcza w tym krajobrazie, ale nie okazywałem tego tak jak wcześniej - przed laty. Teraz raczej... Z sympatią, może nawet z czymś więcej - to nie była już ta sama Prudence, którą znałem z dawnych lat, ale zdecydowanie to nie tylko ona się zmieniła - ja też przestałem patrzeć przez stare okulary. Przestałem ją kategoryzować, podciągać pod definicje, które i tak nigdy do końca nie pasowały do tego, co popsuło się między nami, zanim dobrze się zaczęło. Wtedy byliśmy inni... Teraz? Ta wędrówka była czymś więcej niż tylko pieszą eskapadą po wrzosowiskach. Ona też coś czuła. Może nie nazywała tego głośno - ja też nie, ale widziałem to w tym, jak unikała mojego wzroku tylko na moment, by zaraz nim do mnie powrócić, jak prostowała się przy moim boku, jak niemal naśmiewała się półgłosem z moich uwag o jej butach i uparcie twierdziła, że „sobie poradzi” - oczywiście, że miała sobie poradzić. Po naszej rozmowie w Londynie, tej o martwym narzeczonym, nie wątpiłem, że zawsze sobie radziła... Tylko teraz nie musiała musiała udowadniać tego za wszelką cenę - nie musiała niczego udowadniać. Nie mnie - nie zamierzałem jej tu zostawić, przybyliśmy tu razem. Złapałem na moment jej spojrzenie, i może powinienem odwrócić wzrok, udawać, że to nic, ale nie chciałem już ukrywać tego, co wywiązało się między nami.
Kiedy bez słowa podała mi ramię, wsunęła dłoń w zgięcie mojego łokcia, poczułem coś, co trudno było opisać - to było nowe wrażenie, uczucie, którego nigdy nie znałem, a jednocześnie znałem je na pamięć. Coś się zmieniło - zdecydowanie. To nie była już tylko ulotna, chwilowa bliskość zbudowana na niedawnym pocałunku, tym przed gmachem ministerstwa, nie tylko na tym, że nasze ciała częściowo się poznały, kiedy zaczęliśmy chylić się ku sobie, chociaż nam przerwano... Nie - my sami sobie przerwaliśmy, zbyt pochopnym i gwałtownym sięganiem do siebie, trudno byłoby zrzucić to na coś innego. Czułem pociąg do niej, prawdziwy, fizyczny, ale też coś więcej. To nie była tylko kwestia jej dłoni, która spoczęła na moim przedramieniu - to było coś w spojrzeniach i w tej finalnej, niewypowiedzianej zgodzie między nami, że to, co było kiedyś, nie ma już znaczenia.
Czułem, jak jej dłoń zaciska się nieco mocniej na moim ramieniu, kiedy ruszyliśmy. To nie był tylko fizyczny gest - była w nim intencja, bliskość, pewność... Albo próba zbudowania tej pewności. Wczoraj by mnie to zaskoczyło, dwa dni temu bym nie uwierzył. A dziś... Dziś nie mogłem sobie wyobrazić, żeby robiła to z kimś innym, wystarczyło zaledwie kilka chwil, bym przetrawił tę myśl, żebym się do niej przyzwyczaił - byliśmy tu we dwoje, bo oboje tego chcieliśmy, pragnęliśmy zostać sami. To było coś w spojrzeniach, w ciszy, która nie uwierała - obecność Prudence była ciepła, namacalna. Czułem ją każdym kawałkiem skóry, każdą myślą, która odbijała się w tej dziwnej, nieoczywistej ciszy między nami. Łatwo było się do tego przekonać,  pewnie jeszcze łatwiej było się przyzwyczaić, ale chwilowo o tym nie myślałem - nie chciałem myśleć o tym, co będzie później, kiedy to wszystko będzie już daleko za nami, bo cokolwiek miało się wydarzyć, niektóre rzeczy były nieuniknione. Oczekiwania lubią rozczarowania, a ja nie chciałem, byśmy się rozczarowali. Nie teraz, nie razem, nie z nią. Naprawdę zdążyłem ją polubić... Ba, nawet bardziej niż polubić - otwarcie na nią leciałem. Nie byliśmy już przyjaciółmi, to nigdy nie było nam pisane.
- Nie jesztem stąd, ale fakt, bywałem tu często. - Odpowiedziałem, spokojnie. - Nie wiem, ile lasy. Za duszo, szeby liczyś... Czasem s Colneliusem, czasem sam, jak tszeba było pszewietszyś głowę. - Nie powiedziałem, że właśnie tu pierwszy raz zrozumiałem, jak działa gniew - ten prawdziwy, który wypala człowieka, ale daje mu też coś w zamian. Nie powiedziałem, że po jednej z tych wypraw wróciłem z podbitym okiem i brudnymi rękami, ale czystszy w środku niż po tygodniu w domu. Nie powiedziałem, że to było miejsce, gdzie pierwszy raz uderzyłem Corneliusa w twarz, i gdzie pierwszy raz mnie przytulił, mimo krwi na wargach, pozwalając mi się wypłakać, chociaż z perspektywy czasu, to musiało wyglądać bardziej, jak zwierzęce zawodzenie. Nie mówiłem, że tu pierwszy raz pomyślałem, iż ucieczka może być wyjściem, nie tchórzostwem, ani że stąd wszystko wydawało się mniejsze, mniej ważne. Nie chciałem przytłaczać jej przeszłością, która i tak już była ciężka.
- Spęsaliśmy tu spolo czasu, kiedy jescze byliśmy dziesiakami. Był taki moment, chyba mięsy tszesim a czwaltym lokiem, kiedy Colio, ja, Loise i palę innych dziesiaków, zdesydowaliśmy, sze zbudujemy tu coś w losaju klyjówki. Mieliszmy mapę, linę, tszy koce, pięś desek i absolutne pszekonanie, sze polasimy sobie w telenie, jak trapeszy. W połowie wieszolu plawie wpadliśmy na dzika i tyle s tego było, nie szaltuję, jak tylko usłyseliśmy chlumknięcie i tszask gałęsi, w kilka sekund jusz pluliśmy w pszeciwną stlonę, jak uszniaki. Cała nasa banda, w tym Avely, któlego szekomo tludno było czymkolwiek wystlaszyś. Póśniej, oszywiście, wsyscy pszysięgali, sze to była świadoma taktyszna ewakuacja, ale plawda była taka, że Gleenglass zgubił buta w bagnie, Lestlange losciął sobie dłoń o jakiś zaldzewiały gwóść, a ja zabłąsiłem, zupełnie sam... Była noc, ślodek nosy i mgła, tak gęszta, sze nie widziałem własznych butów. Posedłem za odgłosem wody, myszlałem, sze to pobliski stlumień, ale to było mosze. Klify, tak dokładnie, szą tu dosyś stlome. - Nie wspomniałem, że kiedy stanąłem nagle na krawędzi, dosłownie jeden krok od przepaści, przestraszyłem się po raz pierwszy w życiu - tak naprawdę, ale jednocześnie to było... Wcale nie takie straszne, nie z perspektywy tego, co stało się później - już nie w Applemore, a dzień później. - Oszywiście, skulwysyn poszedł za mną i śmielsiałem jakimś jebiąsym zielskiem pszes dwa dni, bo schowałem szię w pielwszych lepszych kszakach. Wlóciliśmy do domu pszemoczeni i umasani błotem, glubo po północy, ale wtedy - Melin mi świadkiem - czuliśmy szię jak bohatelowie wlasająsy s wojny. Oczywisie wsystko szię lozpadło po jednym desczu i tyle było s budowli. - Zaśmiałem się cicho, pokręciłem głową, zaskoczony tym, jak łatwo przyszło mi dzielić się tymi historiami - zwykle nie mówiłem o przeszłości.
Mówiłem dalej, pozwalając sobie na drobne historie, jedną po drugiej. O tym, jak któregoś razu zgubiliśmy się grupowo w nocy i znaleźliśmy stary domek myśliwski, gdzie ktoś kiedyś zostawił skrzynię pełną zupełnie nielegalnych trunków poskręcanych eliksirami, i o tym, jak przez kilka dni udawaliśmy, że jesteśmy tropicielami albo łamaczami klątw, chodząc z patykami udającymi różdżki, a potem już z prawdziwymi różdżkami, gdy skumaliśmy, że nikt tego nie kontroluje, i jak kilka razy ktoś prawie kogoś oślepił, bo próbował rzucić zaklęcie, którego nie znał. Celowo pomijałem te wszystkie historie, które mogłyby wywołać pytania, na które nie chciałem odpowiadać - to miał być miły spacer, uzupełniony o pociąganie z butelki.
- A póśniej, jak byliśmy stalsi, pszychosiliśmy tu tlochę… Szeby uciec. Wies, pszed tym całym czystoklwistym buldelem, pszed oszekiwaniami. Miejsce bes lam i tytułów, tutaj nikt nie patszył na nas pszes plysmat nazwisk, bo byliśmy sami. Mógłbym ci pokasaś polanę, gdzie kiedyś szucałem szię s lesztą do potoku, bo szię załoszyliśmy, kto dłuszej wytszyma w lodowatej wosie. Ambloise oczywiście wyglał - ma w sobie coś s piepszonej wydly... - Wskazałem głowo w prawo, gdzie ścieżka prowadziła lekko pod górę i zaraz w dół. - Jak nogi?


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#7
01.05.2025, 03:30  ✶  

To, że coś się zmieniło było chyba jedną z najbardziej oczywistych rzeczy, która do niej docierała raczej powoli. Nie miała w zwyczaju zachowywać się w podobny sposób, w tym jednym, wyjątkowym przypadku postanowiła to zrobić. Nie miała pojęcia, co właściwie może im to przynieść, bo było to dla niej zupełnie nowe. Nie miała szansy wyciągnąć swoich poprzednich doświadczeń, lat analiz i wszystkich innych obliczeń. Musiała poradzić sobie bez tego, a nie było to wcale takie proste, nie dla kogoś jak ona, który sugerował się przede wszystkim danymi, najlepiej tymi, które udałoby jej się zgromadzić samej. Musiała więc jako sobie z tym wszystkim poradzić, odnaleźć się w tej obcej sytuacji.

Miało to jakieś głębsze znaczenie, nie sądziła, że pojawiło się znikąd, nie czułaby się w ten sposób, gdyby to miało być niczym, to była kolejna rzecz którą musiała po prostu przyjąć, zaakceptować, jakoś ją przetrawić i sobie z nią poradzić. Nie było innego wyjścia z zaistniałej sytuacji. Zwłaszcza po tym, co już mieli za sobą. Sporo się między nimi wydarzyło, sytuacje, których nigdy w życiu by nie założyła, a i tak do nich doszło. Może faktycznie prościej byłoby gdyby była jasnowidzem, niestety jej umiejętności wiązały się tylko i wyłącznie z zaglądaniem do przeszłości, szkoda, może to mogłoby jej chociaż odrobinę pomóc.

Zareagowała odruchowo, sięgnęła po pierwszy, lepszy argument obronny, którym wywołała tylko i wyłącznie parsknięcie, żadnego komentarza, mogła się tego spodziewać, po raz kolejny, ale znowu to się nie wydarzyło. Nie był łatwym przeciwnikiem wydawał się mieć wszystko poukładane na swój sposób i nie do końca mogła się w tym odnaleźć, przynajmniej jak na razie - raczej ciągle ją zaskakiwał, co było na swój sposób całkiem interesujące, ale wiązało się z utratą kontroli, po raz kolejny, bo nie mogła niczego przewidzieć, połączyć faktów.

Nie wnikała jakoś głębiej w temat Corneliusa, ich znajomości, oraz tego co było później. Niby była nieco z tym zaznajomiona, ale chyba właśnie pokazywała, że jednak jej wiedza była bardzo znikoma. Nigdy nie wypytywała brata o jego przyjaciół, ich relacja opierała się na czymś zupełnie innym niżeli na rozmowach o jego znajomych, których swoją drogą kiedyś bardzo nie lubiła. Nie było więc żadnego sensu na tym, aby się na nich skupiać, mieli inne rzeczy, które mogli robić razem, tego się trzymała. Mimo, że raczej byli od siebie bardzo różni, to potrafili znaleźć tych kilka części wspólnych dzięki którym nadal łączyła ich dość bliska relacja, chociaż może nie była jakoś szczególnie wylewna. Nigdy jednak się od siebie nie odcięli, spotykali się na tych obiadkach co najmniej raz w miesiącu, gdy mogli sobie opowiedzieć, co u nich słychać. Może to nie była szczególnie bliska więź, jak na rodzeństwo, ale wiedziała, że co by się nie stało to może na niego liczyć, a on mógł na nią, to było chyba wystarczające i wcale nie aż tak oczywiste w czasach jak te.

Nie miała najmniejszego oporu przed tym, aby wsunąć swoją rękę pod jego ramie, wydało jej się to być całkiem naturalnym gestem po tym, co ich spotkało, po tym, jakie wrażenia sobie przed chwilą zapewnili. Ta bliskość była im wskazana, mimo, że nie powinni przekraczać pewnych granic, a przynajmniej tak się jej wydawało nieco wcześniej. Zmieniła sposób myślenia, zmieniła swoje podejście i nie kosztowało ją to zbyt wiele. Po prostu czuła, że to musiało się wydarzyć, domagały się tego ich ciała i nie za bardzo mogli coś z tym zrobić. Niby mogli opierać się sobie w nieskończoność, ale to nie była drogą, którą chciała podążać, nie kiedy w końcu zaczęła czuć coś więcej niż obojętność, musiała to sprawdzić, skorzystać z okazji, pozwolić się nieco zatopić w tym, co się między nimi działo.

- Czy to jest trochę Twój dom? - Zapytała, może niepotrzebnie, bo wspominał jej o tym, że raczej żadnego miejsca nie uznawał za takie, jednak musiał mieć jakąś namiastkę, chociaż częściowo czuć się w nim dobrze. Skoro spędzał tu tyle czasu, było to dla niej pierwszym, co się nasunęło. Postanowiła więc o to zapytać, może nie powinna tego robić, mimo wszystko, czuła jednak, że zaczyna pojawiać się między nimi jakaś nic porozumienia, a to łączyło się z tym, że chciała go chociaż odrobinę poznać, dowiedzieć się o nim czegoś konkretnego. Nie chciała wchodzić w jego życie ze swoimi buciorami, ale nie mogła przegrać walki z chociaż częściową chęcią uzyskania informacji. Nie musiał się przed nią otwierać, nie musiał jej tego tłumaczyć, nie widziałaby nic złego w tym, gdyby się przed nią zamknął, ale wydawało jej się, że wybrała odpowiedni moment, że miała szansę jednak dowiedzieć się czegoś więcej.

Nie zamierzała bowiem sprowadzać tego, co ich połączyło przed chwilą tylko do przyziemnego pożądania, czuła, że jest to coś więcej, a jeśli było to coś więcej to wypadałoby aby dowiedziała się czegokolwiek o nim. O jego przeszłości, marzeniach - tych niespełnionych jak i spełnionych. Właśnie dlatego postanowiła zadawać pytania podczas tego spaceru, który niby nie znaczył nic, ale jednak wydawało jej się trochę inaczej. Właściwie to miała mętlik w głowie i nie do końca wiedziała, pod jaką sytuację powinna wpisać to, co się aktualnie między nimi działo, czy w ogóle powinna to systematyzować, chyba nie, bo było to coś więcej.

Słuchała uważnie tego, co miał jej do powiedzenia, mimo, że mówił głównie o przeszłości, ale przecież o to go zapytała. - Więc nie udało Wam się zbudować tutaj kryjówki? Szkoda, to miejsce wydaje się do tego idealne. - Dzik jednak mógł faktycznie okazać się być sporym przeciwwskazaniem do tego, aby zostać tutaj na dłużej, chociaż, czy na pewno, Benjy nie wydawał się jej osobą, którą mogłoby wystraszyć takie zwierzę, chociaż gdy był dzieckiem... tak mógł sprawiać wtedy zupełnie inne wrażenie.

Bletchley była dobrym słuchaczem, raczej nie wchodziła w słowo, uważnie rejestrowała wszystko, co mówił, kiwała przy tym głową ze zrozumieniem, dając znać o tym, że dociera do niej to, co mówił. Spacer zapowiadał się całkiem przyjemnie, przemierzali okolicę raczej powoli, bez niepotrzebnych niesnasek, tych już chyba nie miało być między nimi. Dogadywali się bowiem całkiem nieźle od momentu, w którym wyjaśnili sobie to, co w przeszłości ich ze sobą poróżniało.

- Na pewno musiałeś mu się wydawać najbardziej interesujący z całego towarzystwa, inaczej by za Tobą nie poszedł, musiał mieć całkiem niezłe wyczucie. - Dodała jeszcze, bo w sumie to może i coś w tym było. Nie miała pojęcia, jak musiał się czuć zagubiony tutaj w nocy, zupełnie sam, ale jednak na pewno nie stało się to bez przyczyny, to było wyzwanie, które zostało rzucone temu, który musiał sobie z nim poradzić, a Benjy wydawał sobie radzić ze wszystkim, nawet z dzikiem.

Kiedy słuchała tych jego opowieści, wydawało jej się, że mieli tutaj całkiem niezłe dzieciństwo. Azyl, który chronił ich przed całym światem. Nikt nie wtrącał się w to, co tutaj robili, nikt im nie przeszkadzał, mogli w pełni cieszyć się tym światem, który ich otaczał, co w przypadku ludzi ich pokroju chyba nie było zbyt często spotykane. Nie musieli spełniać tutaj niczyich oczekiwań, mogli być po prostu sobą - dobrze było mieć taki azyl z daleka od tego, co było oczywiste. Być może dzięki temu lepiej zaczęła rozumieć tę więź, która łączyła go z przyjaciółmi, szczególnie, że sięgała takich zamierzchłych czasów.

- Ta świadomość musiała być naprawdę chujowa, spełnianie nie swoich oczekiwań. - Nie do końca potrafiła sobie to wyobrazić, chociaż się starała, jednak to nigdy jej nie dotyczyło. Nie miała do końca pojęcia, jak to jest być czystokrwistym, dziedzicem, który miał przejąć kiedyś wszystkie obowiązki głowy rodziny. To musiało być przytłaczające. -  W sumie trochę wygrałeś, że jako jedyny się od tego odciąłeś. - Z tego, co wiedziała reszta jego przyjaciół jednak nadal tkwiła w tych konwenansach, nadal starali się jakoś zajmować się sprawami swoich rodzin, tylko on od tego uciekł. Może zrobił to dość drastycznie, ale zakończyło się to sukcesem.

- Lodowata woda brzmi źle, po co właściwie to robiliście? - Nie była chyba w stanie zrozumieć chłopięcych pobudek, a na samą myśl po plecach przeszedł jej zimny dreszcz, wolałaby nie musieć się sprawdzać w podobnych warunkach i liczyła na to, że to o czym wspomniał Benjy to jednak nie była lodowata woda.

- Mam, dwie, nogi. - Odpowiedziała niemalże odruchowo. Może nie do końca o to mu chodziło, dlatego po chwilowym zastanowieniu postanowiła dodać. - Nic im nie jest, idą, przynajmniej jeszcze. - Oczywiście, że mogła mieć lepsze obuwie do przemierzania tej trasy, ale w swoich najdziwniejszych snach nie zakładała, że znajdzie się w takim miejscu, właśnie z nim.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
01.05.2025, 15:38  ✶  
Zawsze miałem długie nogi i skłonność do pośpiechu, szybkiego marszu, a teraz - w tym dziwnym zawieszeniu między tym, co się wydarzyło, a tym, co mogło się jeszcze wydarzyć - jakoś naturalnie przestawiłem się na jej rytm, czekałem, nie byłem niecierpliwy. Było to dziwnie łatwe. Zachowywaliśmy się tak, jakbyśmy znali się od lat w ten sposób, bez uprzedniego konfliktu, a nie dopiero uczyli się nawzajem, na nowo, w zupełnie innej konfiguracji. Nie tylko fizycznie, chociaż nie zamierzałem udawać, że nie miałem ochoty znów ją pocałować, wciągnąć pod siebie albo posadzić na sobie, wsunąć dłonie pod koszulę, odkryć wszystko od nowa, wolniej, dokładniej, mocniej. W zasadzie to chyba w tej chwili półświadomie nawet odrobinę się do niej przysunąłem, ale bez przesady - to nie był jeszcze ten moment. Chociaż w głowie przewinęła mi się scena z garażu - ta chwila, w której mogliśmy przekroczyć granicę... Ale nie, nie spieszyło mi się donikąd - przynajmniej nie w tej chwili, napięcie trochę przygasło, może właśnie dlatego ten spacer wydawał się taki inny. Coś w stylu: „Mamy tydzień, spróbujmy być... ludźmi?” Rozmawialiśmy, bardzo cywilizowanie, nie rzuciliśmy się na siebie, gdy tylko zostaliśmy sami, to było inne, nieoczekiwane... Ale miłe.
Kiedy zapytała, czy to „trochę mój dom”, wydałem z siebie coś w rodzaju krótkiego śmiechu - może bardziej parsknięcia niż faktycznego śmiechu, i przesunąłem wolną dłonią po karku, zaraz prawie instynktownie sięgając po butelkę. To pytanie wytrąciło mnie z rytmu bardziej, niżbym chciał się przyznać. Czy to był mój dom? Parsknąłem cicho pod nosem, nieco bezgłośnie, bardziej do siebie niż do niej. Niby nie chciałem go tak nazywać, ale przecież... Coś mnie tu trzymało. Nie potrafiłem tego ująć w słowa - nie, to nie było „domem” w klasycznym sensie. Nie pachniało obiadem matki ani nie czuło się tu bezwarunkowej obecności drugiego człowieka, poza tą naszą - we dwóch, ale też nigdy tego nie potrzebowałem. Nie lubiłem nazywać żadnego miejsca domem - to słowo miało zbyt wiele konsekwencji, oznaczało zbyt wiele zobowiązań, a ja nigdy nie byłem dobry w zobowiązaniach. Zresztą – co to miało znaczyć, dom? Miejsce, do którego się wraca, gdzie ktoś czeka? Przestrzeń, w której człowiek może zostawić wszystko i po prostu być sobą? Może. A może to tylko kolejne złudzenie, które trwa, dopóki wszyscy czują się zobowiązani, by brać udział w zabawie. Zamiast odpowiedzieć od razu, rozejrzałem się, powoli, jakbym próbował się upewnić, że nadal rozpoznaję to miejsce tak samo, jak wtedy.
- Ulsula miała zawse słaboś do zagubionych dzieci swoich znajomych, a zwłascza do tych, któszy mieli niesczęsie byś jej niedoszłą losiną albo pszyjasiółmi jej blatanka... - Próbowałem, żeby to zabrzmiało lekko, żartobliwie, z dystansem, ale mimo wszystko - w tej opinii było coś gorzkiego - zbyt znajomego, osobistego. Znów miałem chęć uciec spojrzeniem w bok, ale tego nie zrobiłem. - Nie, to nie był dom... Plowasiła taki swój mały pszytułek. - Stwierdziłem. Cóż, bo przecież to pytanie nie miało jednej odpowiedzi. Ursula była jaka była - konkretna, zasadnicza, wyniosła i zdystansowana, ale miała te swoje dziwaczne zapędy do pomagania wszelkim znajomym swojego bratanka… Dzięki niej to miejsce było czymś więcej, ale nie domem, bardziej azylem. - Moszesz mieś blisko czteldzieści lat i dwa metly, a dla niej nadal bęsiesz tamtym dzieciakiem. Twojego blata tesz nazywa „swoim chłopcem”, pewnie jusz go ustawia, szeby jej wymieniał szyby. - Zaśmiałem się krótko, niemal bezdźwięcznie.
Rozmowa płynęła sama z siebie, nie dotycząc niczego szczególnego, tylko od czasu do czasu zahaczając o nieoczekiwanie głębokie tematy. Szliśmy pod górę, czułem ją przy swoim boku - ramię pod ramieniem, emanującą ciepłem. Czasem lekko się o mnie ocierała, czasem ja mimowolnie bardziej się do niej przybliżałem. W mojej głowie przetaczała się ta myśl, której nie potrafiłem się pozbyć od chwili, gdy jej usta zatrzymały się zbyt blisko moich, a potem wszystko potoczyło się samo i prawie przekroczyliśmy tę ostatnią granicę, tak wyraźną, a jednak rozmytą. Wiedziałem, że to nie potrwa -  nie miało prawa, ale mogło zaistnieć. Nie tylko w łóżku, nie tylko na motorze, na jakiejś polance, w ukryciu, ale też tak, jak teraz - idąc razem, rozmawiając. Może dlatego, że dałem sobie ten tydzień - tydzień zanim wyjadę z kraju, zostawię wszystko za sobą, zamknę sprawy, i ten tydzień mógłbym… Spędzić z nią, jeśli tego chciała, ale do tego chyba potrzebowaliśmy... Trochę się ze sobą oswoić, co było dziwne, ale też wyjątkowo naturalne.
Alkohol, który rozchodził się powoli po moim organizmie, działał zbyt słabo, by mówić o upiciu, ale wystarczająco, żeby słowa płynęły trochę łatwiej, z mniejszym filtrem. Nawet się uśmiechnąłem... Ten uśmiech nie był wesoły - bardziej ironiczny niż szczery. Wygrałem? Kto, kurwa, wygrywa w takich układach? To nie była przemyślana decyzja, tylko pożar i ucieczka z płonącego pokoju. Pomyślałem tylko, żeby złapać najbliższe drzwi - nie sprawdzałem, co za nimi.
- Jasne. Wielki zwycięsca. - Wymusiłem coś, co mogłoby uchodzić za śmiech. To nie była szachowa decyzja, raczej rzut kostką albo monetą - miałem dziewiętnaście lat i więcej temperamentu, niż rozsądku. Zachowywałem się impulsywnie, w pewnym momencie, mimo potrzeby pozostawania w sekrecie, zacząłem obnosić się ze wszystkim zbyt głośno, podejmować decyzje zbyt szybko, jak dzieciak, który wbiega do wody w ubraniu, nie myśląc o tym, że będzie później chodził cały dzień w przemoczonych skarpetach. Świat wtedy nie był ani prosty, ani trudny - po prostu był. Później już wszystko miało wagę, trochę za dużą do udźwignięcia bez przygotowania, a ja nosiłem ją na barkach trochę krzywo, trochę po omacku, bo znalazłem się w tej sytuacji, sam ją wywołałem, nie miałem nic innego, co mógłbym zrobić - sam zwaliłem na siebie tą odpowiedzialność, wszystkie zobowiązania. Wzruszyłem ramionami, z tym nieco pijanym gestem człowieka, który wie, że nie cofnie czasu, ale nie wie, czy w ogóle chciałby. Tylko czasami przechodziło mi przez myśl, że bezcelowo szarpałem się wtedy z losem, buntownik bez powodu. Mógłbym to zrobić inaczej, pewnie. Ale wtedy nie było „inaczej”, było tylko „teraz” i „muszę”, „potem” to był luksus, na który nie miałem wtedy głowy. Może dlatego tak to wyszło. Chciałem wszystko albo nic... I dostałem dokładnie to. Pokręciłem głową, a potem wymusiłem uśmiech, który wcale nie sięgał oczu.
- Chyba zaleszy, jak liczyś punkty. Mogłem to zrobiś inasej. Nie musziałem odcinaś szię siekielą, a potem jescze paliś lestek mostu, ale... Byłem młody, głupi i zbuntowany, mosze to bszmi szokująso, ale powiem ci w seklesie, sze to nie jest najlepszy zestaw do podejmowania decyzji szysiowych. - Odwróciłem wzrok, patrząc na ścieżkę przed nami - wspinaczka robiła się coraz bardziej stroma, ale była warta trudu. Ten punkt widokowy, do którego zmierzaliśmy, był jednym z niewielu miejsc, gdzie można było naprawdę poczuć przestrzeń. Nie lubiłem dusznych pokoi, zamkniętych przestrzeni, ludzi zbyt blisko, ale tam, na górze, było inaczej - było powietrze, był horyzont, była cisza, tylko szum wiatru. Zupełnie celowo nie powiedziałem, że byłem też zakochany. Czułem lekki szum w głowie - alkohol działał powoli, ale skutecznie, rozgrzewał od środka, rozluźniał język, lecz nie wypuszczał demonów, jeszcze nie, na razie tylko wymuszał grymasy, które udawały uśmiechy, i komentarze, które nie zawsze trzeba było mówić głośno. Odpowiadałem jej, bo chciała wiedzieć, ale nie wszystko - już nie mieliśmy komfortu siedzenia w ciemnościach. Byłem lekko pijany, nie na tyle, żeby zacząć mówić zbyt szczerze, ale na tyle, by czuć, że odpuściłem sobie pewne zahamowania. Nie siliłem się już na pozory.
- Było chujowo. - Przyznałem. - Ale jeszteś pszeciesz pszebszydłą klaszistką. -  Dodałem nagle, tonem znacznie lżejszym, z ledwie słyszalną ironią, która maskowała to, co naprawdę chciałem powiedzieć. - Powinnaś wiedzieś, sze wsystko zaleszy od tego, komu słuszysz swoim uloseniem. - Dla mnie to było jasne - rodzisz się w tym gronie, dealujesz z tymi zasadami. Niektórzy wyłamywali się schematom, ale mało kto miał ten luksus - ja przez znaczną część młodości nie wiedziałem, że mogę inaczej. Wszyscy wokół robili dokładnie to samo. Nikt ci nie mówi, że masz wybór. Po prostu idziesz tą drogą, aż się potkniesz i wyjebiesz, albo nie... Tak czy siak - potem się budzisz i masz trzydzieści parę lat, i wszystko już się wydarzyło, twoje życie jest nakreślone - zostaje ci tylko robić dobrą minę... Albo jej odwrotność, zupełne przeciwieństwo - być ostrym, brutalnym i zgorzkniałym. - Jeszli mielibyśmy lobiś szkalę… - Ciągnąłem dalej, jakby nigdy nic. - No, tak po łebkach, zlóbmy sobie jakąś skalę. Na samym dole... Longbottom. Potter, pszeciwległy biegun do mojej losiny, większoś Slugholnów, galść Bulstrode’ów. Dalej mosze Selwyn. Losiel. Nott. Po nich... Shafiq, Clouch, Palkinson. Neutlalni, sztywnie ugszecznieni, dyplomatyszni. Gleenglass, Ulqualt, konselwa, ale da się s nimi gadaś. Plewett, Lowle. Ci są specyfiszni, ale to jesce niesupełnie gnidy, tszymają szię swojego podwólka. Yaxley, Tlavels. Chociasz to jusz balsiej topól nisz alystoklasja. Potem, gdzieś pomięsy, mosna by wrzucić Malfoyów albo Avelych. Oni zawse dobrze czuli się w loli straszników stalego posządku. Macmillan to sekcialskie pojeby. Mulcibelowie tesz są sztywni, ale to nadal nie topka. - Uśmiechnąłem się pod nosem. - Lestlange, Black, Rookwood - to jedno słowo zabrzmiało twardo, mimo lekkiego tonu rozmowy, bo powinno - to jusz clème de la clème. Jakbyś dobsze szię zamachnęła cegłą na zglaję śmielcioszelców, to mogłabyś mocno osłabiś flekwensję na tszech zlotach losinnych. - Wzruszyłem ramionami, jakby to miało coś zamknąć, ale wcale nie zamykało. Nie wymieniałem wszystkich, bo nie o to chodziło - to były tylko przykłady, dowody na to, że spełnianie nie swoich oczekiwań nie musiało zawsze znaczyć tego samego. Przez chwilę po prostu szliśmy dalej, po tej ścieżce, czułem, że zerkam na nią kątem oka zdecydowanie za często - czasem na dłoń pod moim ramieniem, czasem na profil, który rysował się tak wyraźnie w bladym, zamglonym świetle bardzo wczesnego popołudnia. Nigdy wcześniej nie miałem na to czasu... Nie, nie - to nie była kwestia czasu, ani jego braku. Nie robiłem takich rzeczy. Zwykle wszystko było szybkie, ostre, zamglone alkoholem lub adrenaliną, zazwyczaj nawet nie pamiętałem imion. Nie randkowałem, nie prowadziłem kobiet na spacery pod górę, pod ramię, żeby pokazać im widok.
Zerknąłem na nią kątem oka, gdy zapytała o tę lodowatą wodę. Znowu ten jej wyraz twarzy, jakby naprawdę próbowała zrozumieć, co nami kierowało - wyglądała, jakby właśnie rozpracowywała mnie od środka, kawałek po kawałku. Szliśmy wolno, ale nie powoli - wyczuwałem jej rytm, dostosowywałem się do niego niemal automatycznie. Lewa, prawa, krok po kroku.
- Po co? A kto to wie. Splawsenie szię? Plóba męstwa? Albo po prostu głupota... Wtedy wydawało szię, sze jak nie wskoszysz, to jeszteś cipą. - Znowu się uśmiechnąłem - tym razem bardziej szczerze, chociaż z lekkim politowaniem. Westchnąłem teatralnie. - Bo było nas pięsiu, czasem więsej, i szaden nie chciał wyjś na cipę? - Odpowiedziałem, jakby to było najoczywistsze na świecie. Każdy kamień był świadkiem jakiegoś durnego zakładu, idiotycznego zaklęcia albo tajemnej przysięgi, której i tak nikt nie dotrzymał.
Myśląc o tym, zerknąłem w bok i w dół - na jej lakierki, które chyba z każdym krokiem coraz bardziej przeklinały tę trasę, i przez chwilę miałem ochotę się roześmiać. Przez moment byłem pewien, że zaraz się poślizgnie na wilgotnej ściółce albo zaklnie pod nosem z jakiegoś powodu, ale nic takiego się nie wydarzyło - szła dalej, wytrwale, może trochę zbyt dumnie, żeby się przyznać, że coś ją uwiera albo marsz pod górę daje się jej we znaki. Nie protestowała, nie komentowała - wciąż szła obok mnie, krok za krokiem. Dostosowałem się do niej automatycznie, nie miałem wyjścia, bo była drobna, wyraźnie mniejsza - nie chciałem, żeby została w tyle, i nie chciałem jej za sobą ciągnąć. Nie mówiłem jej, co planuję - nie chciałem uprzedzać tego, co zobaczy. Morze powoli wyłaniało się zza wzgórz, powietrze mocniej pachniało solą, torfem i wilgocią, a na tle szarego nieba ukazały się głazy sterczące jak zęby z ziemi. Kromlech - oczywiście nie tak efektowny jak te, które można zobaczyć w innych miejscach, ale miał swój urok - był zniszczony, wysysał z niego siłę, ale nadal tkwił tu jak relikt czegoś większego.
- Ostatni podjazd... - Rzuciłem cicho, gdy spojrzałem na nią kątem oka. Chciałem ją pocałować, naprawdę, nadal chciałem ją całować, ale wiedziałem, że jeszcze nie teraz - nie ten moment. Zamiast tego - wskazałem brodą w górę, gdzie na horyzoncie zaczynały wyłaniać się masywne kamienie - resztki dawnego życia. Nie chciałem, żeby to wszystko wróciło do schematu, który znałem aż za dobrze. Chciałem... Więcej. Z jakiegoś popieprzonego powodu chciałem po prostu być - tutaj, z nią... Gadać, spacerować, znaleźć w tym jakiś rytm, niekoniecznie wszystko pospieszać... I to już było dziwne.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#9
01.05.2025, 23:40  ✶  

Dostrzegalne było to, że to, ich podejście do siebie się zmieniło nie było tylko chwilowe. Nie wynikało z jakiegoś dziwnego sojuszu, który miał ułatwić im przetrwanie tego tygodnia. Po prostu zaczęli patrzeć na siebie inaczej, zauważać rzeczy, których wcześniej nie widzieli. Czas, który upłynął okazał się być dla nich sprzymierzeńcem. Jakby to, co działo się w przeszłości zostało zakopane bardzo głęboko i faktycznie teraźniejszość była bardzo od niej różna. Wyjaśnienia wystarczyły do tego, aby mogli zacząć na nowo. Całkiem szybko się to wydarzyło, zapewne wpływ miało na to też to, co się między stało, kiedy nie mieli świadomości z kim mają do czynienia. Dzięki temu zyskali pewność tego, że umieją ze sobą rozmawiać bez tych wszystkich niepotrzebnych uprzedzeń, a nawet zaczęli spoglądać na siebie poprzez pryzmat czegoś zupełnie innego, o czym nigdy by pewnie nie pomyślała, a teraz wydawało jej się to całkiem naturalne. Tak samo jak naturalnie przyszło jej wsunięcie dłoni pod ramię mężczyzny, zbliżenie się do niego i przemierzanie razem tej drogi. Nie unikali dotyku, zachowywali się jakby byli na schadzce, może dlatego, że trochę tak było? Uciekli z tamtego domu, aby mieć możliwość spędzić trochę czasu w samotności, by nikt im nie przeszkadzał w tym, co się między nimi działo, a coś się działo i nie zaprzeczali temu, zamiast tego pozwolili sobie sprawdzić, czym właściwie to było.

Nie miała zamiaru ukrywać tego, że jest nim zainteresowana w ten specyficzny sposób, zresztą pokazała już to chyba bardzo konkretnie. Nie było odwrotu, zresztą nie chciała się wycofywać, raczej wręcz przeciwnie, miała zamiar cieszyć się tym czasem, który mogli razem spędzić. To mogło być naprawdę bardzo owocne oderwanie się od codzienności, wiedziała, że nie będzie trwało wiecznie, miało jasno określony termin, ale może właśnie to ułatwiało wszystko. Miała świadomość, że na dłuższą metę nic z tego nie będzie, ale nie przeszkadzało jej to w tym, aby korzystać z tych chwil, które mogli ze sobą spędzić. Szkoda by było sobie tego odmówić, gdy dostrzegła już to, jak jej ciało reagowało na jego bliskość, poznała smak jego ust, a mogła dowiedzieć się jeszcze więcej, bo ciągle nie sięgnęli po wszystko, co mogli sobie zaoferować.

Wiedziała, że zaczyna wypytywać o rzeczy, które mogą być dość osobiste, nie zdziwiłoby jej to, że nie chciałby mówić o tym zbyt wiele. Nie każdy odczuwał potrzebę dzielenia się takimi sprawami, mimo wszystko nie zbył Prudence. Nie umknęło jej to parsknięcie, cóż, mogło być gorzej. - To całkiem ciekawa słabość, raczej chyba rzadko spotykana. Nie wydaje mi się, aby zbyt często ludzie interesowali się nieswoimi dziećmi, szczególnie w tym świecie, gdzie spora część ma te własne w głębokim poważaniu. - Nie spodziewała się, że ciotka Corneliusa ma takie tendencje, ale to coraz bardziej zaczęło jej rozjaśniać to, dlaczego oni wszyscy wydawali się tutaj być u siebie. Musieli spędzać tu razem sporo czasu pod opieką Ursuli, dla której najwyraźniej nie było problemem to, że miała zajmować się zgrają dzieciaków. Dobrze, że mieli swoje miejsce na ziemi, nawet jeśli niekoniecznie nazywane domem. - Odważna z niej kobieta. - Dodała jeszcze, bo spodziewała się, że to było dosyć sporą odpowiedzialnością. Mieć oko na kilku dorastających chłopaków, na nieszczęście Prue miała możliwość widzieć, jak zachowywali się, kiedy byli młodsi. Może odpowiednia kobieta potrafiła jakoś nad nimi wszystkimi zapanować, najwyraźniej ciotka Corio miała jakieś ukryte talenty, których jeszcze nie miała szansy zaobserwować. - Do tej pory nie udało mi się rozwiązać zagadki, jak doszło do tego, że Elias stał się jednym z Was. - Rzuciła jeszcze, bo nurtowało ją to od wielu lat, najwyraźniej nie doceniała jakoś za bardzo wszystkich cech osobowości swojego bliźniaka. - I nie masz blisko czterdziestu lat, już się tak nie postarzaj, bliżej Ci do tej niższej granicznej. - Jasne, może ustalili, że według jego aktualnej tożsamości był trochę starszy, ale Prue nie zapominała, że był praktycznie w jej wieku, no, przez ten chichot losu, była młodsza o rok od swojego bliźniaka, chociaż dzieliło ich ledwie piętnaście minut. Tak, czy siak nie sądziła, że są aż tacy starzy.

Po tej krótkiej chwili zapomnienia, do której doszło między nimi, całkiem gładko przyszedł im powrót do rozmowy o wszystkim i o niczym. Rzadko kiedy łapała się na tym, żeby miała z kimś taką nić porozumienia. Konwersacja trwała, znajdowali się blisko siebie, nie uciekali od tej bliskości. Minęli ramy przyjaźni, chociaż nie przestali dowiadywać się o sobie coraz więcej. To było inne, zupełnie nowe i zapowiadało się całkiem przyjemnie. Dobrze będzie mieć tu kogoś, kto pomoże jej przetrwać ten dziwnie zapowiadający się tydzień. Może nie spodziewała się nigdy, że kiedykolwiek sama przystanie na to, aby spoufalać się z nim w ten sposób, ale w tym momencie wydawało jej się to być najbardziej atrakcyjną z możliwości. Naprawdę podobało jej się to, że ta sytuacja się tak odwróciła, tak samo, jak on się jej podobał, i podobało jej się to, że zainteresował się nią w ten sposób. Ponoć nie pierwszy raz, ale wtedy miała klapki na oczach, dobrze, że się ich pozbyła.

Nie sprowadzali tego, co się między nimi działo do tego najbardziej prostego, niemalże zwierzęcego pożądania, które czasem pojawiało się między dwójką ludzi pod wpływem chwili, a później znikało niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Potrafili ze sobą rozmawiać, wydawali się być zainteresowani tym, co druga osoba ma do powiedzenia, chcieli się o sobie czegoś dowiedzieć. To świadczyło o tym, że nie była to tylko chwilowa namiętność, bardzo ulotna, to było zupełnie coś innego, chociaż wiedziała, że również się rozmyje, bo nie będą mieli szansy sprawdzić, czy mogłoby zadziałać poza tym miejscem. Nie łudziła się, że będzie inaczej, bo jasno określił jej to, że już niedługo się stąd zmyje, wróci do swojego starego-nowego życia.

- Może działałeś pod wpływem impulsu, ale, czy gdybyś zrobił inaczej to faktycznie udałoby Ci się uwolnić? - Czy gdyby nie podjął tych drastycznych środków, to miałby szansę wieść takie życie? Nie miał pewności, że nie trwałby teraz w impasie między tym, co musiał oferować swojej rodzinie, a tym, co sam chciałby robić. Nie wydawało jej się, aby zrobienie tego bardziej przemyślanie mogło przynieść założone skutki, wręcz przeciwnie. Miała wrażenie, że tradycja była tak głęboko zakorzeniona, że nie dało się z nią za bardzo walczyć. Ich świat od dawien dawna wyglądał w ten sposób i nie wydawało się, aby zbyt szybko miało się to zmienić. Pod tym względem czarodzieje ciągle byli okropnie zacofani. Zresztą elicie chyba pasowało to wszystko, nie musieli się martwić o władzę, która przecież była najistotniejsza w ich świecie. Miała tego świadomość.

- Wezmę sobie Twoje słowa do serca, chociaż już chyba na to za późno, nigdy nie byłam szczególnie zbuntowana, a młodość też mam już za sobą, więc raczej nie grozi mi podobny los. - Prudence wręcz przeciwnie od zawsze była uporządkowana, aż do bólu. Miała założony cel, do którego podążała, tak naprawdę to sama nie wiedziała, czy to był jej cel, czy sugestie jej rodziców. Nie zadawała sobie wcześniej tych pytań, po prostu robiła to, czego wymagało od niej otoczenie. Nie negowała tego, nigdy jakoś specjalnie nie czuła potrzeby, aby zweryfikować, czy było to tym, co naprawdę chciała robić. Ta bierność towarzyszyła jej niemalże przez całe życie.

- Jak na prawdziwą klasistkę przystało oczywiście, że mam tego świadomość, chociaż nadal nie do końca rozumiem to, że musimy komuś służyć, wiesz, niby świat idzie do przodu, a ludzie mają klapki na oczach i nie chcą dopuścić do zmian, które już dawno powinny mieć miejsce. - Szczególnie, że przecież elita wcale nie była tą najbardziej liczną grupą społeczną, nie miała pojęcia jakim cudem udawało im się ciągle utrzymywać władzę i narzucać swoje poglądy. Może po tym, co aktualnie się działo w Wielkiej Brytanii coś się zmieni? Dobrze by było, gdyby się tak stało, wiedziała bowiem, że nie trzeba było być czystokrwistym, aby mieć do zaoferowania naprawdę wiele. Często jednak mieszańcy jak ona, czy mugolacy byli skreśleni już na samym początku z racji na swoje pochodzenie, jak widać działało to też w drugą stronę, wobec czystokrwistych istniały jakieś niebotyczne oczekiwania, które musieli spełniać mimo tego, że wcale nie odczuwali takiej potrzeby.

Słuchała uważnie tego, co miał jej do powiedzenia. W głowie dopisywała sobie twarze do nazwisk, które jej recytował, znała przedstawicieli niektórych z rodzin, nie uważała ich wszystkich za zło tego świata. - Chciałabym się umieć tak dobrze zamachnąć cegłą, może mogłabym zobaczyć później na korytarzach ministerstwa ludzi z pizdą pod okiem, wtedy przynajmniej byłoby wiadomo, kto ich popiera, bo póki co to kryją się wszyscy niczym karaluchy. - Niby mogli mieć podejrzenia o to, kto należy do sympatyków Voldemorta, ale ciągle były to tylko rozważania, nie mieli żadnych dowodów na to, aby to potwierdzić. Bawiło ją to, że byli w stanie dla niego walczyć, ale nie mieli odwagi pokazać swoich twarzy, to oznaczało, że nadal obawiali się ostracyzmu społecznego i konsekwencji, jakie mogło to nieść za sobą. Nie byli, aż tak do końca pewni swoich czynów, inaczej nie chowaliby się za maskami.

- Dobrze wiedzieć, że są wśród nich wyjątki. - Dodała jeszcze cicho, nie umykało jej to, gdzie on teraz był i jak wyglądało jego życie. Nie akceptował tego, co robiła jego rodzina i po prostu się od tego odciął, chociaż na pewno nie było to łatwe. Musiał mieć w sobie wielką siłę, skoro udało mu się to doprowadzić do końca, jasne mógł nazywać to buntem, głupotą, ale nie do końca w ten sposób to odbierała.

Zmierzali przed siebie raczej powolnym tempem - Prudence nie była demonem szybkości. Nie stawiała długich kroków, bo uniemożliwiała jej to anatomia, ale starała się poruszać w miarę sprawnie, chociaż kosztowało ją to pilnowania koncentracji. Jeden nieodpowiedni ruch i zapewne poślizgnęłaby się na którymś z kamieni, które znajdowały się pod jej nogami, czy mchu, czy czymś innym. Jej lakierki nie były najlepszymi butami do pieszych wędrówek, miała szczęście, że mogła się o niego opierać, bo pewnie inaczej miałaby problem z zachowaniem równowagi, to, że wsunęła swoją rękę pod jego ramię sporo ułatwiało, nie musiała się martwić tym, że wystarczy jeden nieodpowiedni ruch i wyląduje na ziemi, raczej wydawało jej się, że po prostu by ją złapał, już miała szasnę zobaczyć, że był wyjątkowo sprawny fizycznie. Nie mówił jednak nic o tym, że szło jej to raczej powolnie, nie komentował tego, zamiast tego dostosował swoje tempo do jej, dzięki czemu to podejście nie było wcale takie wyczerpujące.

Myślała o tym, co stanie się, kiedy znajdą się u celu, czy znowu będą mieli szansę się do siebie zbliżyć? Nawet podczas tej rozmowy jej myśli uciekały do tego, co działo się jeszcze przed chwilą, powracały do niej obrazy, niczym klatki z filmu, tego, co się między nimi wydarzyło. Łapała się na tym, że czuła na skórze jego usta, kiedy wracała do tych wspomnień, nie była w stanie wyprzeć z pamięci tego dotyku, działał na nią zbyt intensywnie, aby mogła tak po prostu o tym zapomnieć.

- Faceci są dziwni. Naprawdę. - To był jedyny komentarz, na który było ją aktualnie stać. Co to był w ogóle za argument, to jesteś cipą... jej na pewno nie skłoniłoby to do wejścia do lodowatej wody, ale w tym wypadku zdecydowanie było widać różnicę między tym, co było rozrywką dla każdej z płci. Dziewczęta raczej nie do końca w ten sposób udowadniały sobie swoją przewagę.

Oczywiście, że jej urocze buciki zaczęły być bardzo problematyczne już na samym początku wycieczki. Nie zamierzała jednak marudzić i okazywać swoje niezadowolenie z dobraniem nieodpowiedniego obuwia. Prudence była całkiem zawzięta, jak na takie drobne stworzenie i mimo, że ceniła sobie wygodę, i wiedziała, że dużo prościej byłoby jej tutaj wleźć w innych butach, to nie zamierzała komentować swojej decyzji, ba już raczej założyła, że jutro uda się do miasta aby zaopatrzyć się w coś wygodniejszego, gdyby mieli to powtórzyć. Czuła bowiem, że to nie była ich ostatnia wędrówka, nie kiedy mieli jeszcze tydzień do wykorzystania i nie sądziła, aby zamierzali trzymać się od siebie z daleka.

Obserwowała okolicę, mimo, że była skupiona głównie na tym, co do niej mówił. Starała się zapamiętać jak najwięcej obrazów, bo mimo tego, że nie był to może najbardziej słoneczny poranek, to miejsce wydawało jej się być całkiem malownicze, warte tego, aby pozostało w jej pamięci.

- Wspaniale, bo jeśli mam być szczera, to została we mnie resztka sił, słaby ze mnie piechur. - Odetchnęła z ulgą, gdy wspomniał o tym, że prawie dotarli do celu. Dostrzegła kamienie, które układały się w krąg, to musiał być kromlech, pewnie jakaś pozostałość zamierzchłych czasów. Chętnie się mu bliżej przyjrzy.

Uniosła głowę, żeby na niego spojrzeć, na jej twarzy malował się szczery uśmiech, bo naprawdę cieszyło ją to, że udało im się razem dojść do celu, sama pewnie odpadłaby w połowie wędrówki, ale w takim towarzystwie nie mogła sobie na to pozwolić, pokonywała swoje granice, co było całkiem przyjemnym doświadczeniem.

Zatrzymała się na moment, trochę zbyt długo się w niego wpatrywała, jednak po chwili ponownie ruszyła przed siebie, w jej głowie krążyły naprawdę różne myśli, nie do końca mogła się skupić na samej wędrówce, może to i lepiej, bo dotarłoby do niej, że stopy zaczynały ją boleć, zamiast tego wolała na chwilę zawiesić wzrok na jego twarzy, tak po prostu doceniając to, że nie była tutaj sama.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
02.05.2025, 19:45  ✶  
Gdyby jeszcze parę dni temu ktoś mi powiedział, że będę szedł z Prudence ramię w ramię przez porośnięte wrzosem bezdroża, z jej dłonią opartą o moje przedramię, pewnie uznałbym to za wyjątkowo kiepski żart. Nie była demonem szybkości, to fakt, ale w przeciwieństwie do niektórych, nie marudziła - nie wykrzywiała ust, nie rzucała kąśliwych uwag. Znów ta uporządkowana dziewczyna, która nie narzeka, nawet jeśli jej stopy błagają o litość. Zamiast tego - szła, trochę zawzięcie, trochę z dumą, ale przede wszystkim - z determinacją, i choćby dlatego już na samym początku dostosowałem krok do jej rytmu. Nie komentowałem też tempa, w jakim szliśmy, choć z każdym kolejnym krokiem upewniałem się, że musi mnie kosztować to więcej cierpliwości, niż sądziłem, że posiadam, ale znosiłem to z godnością. Nie powiedziałem jej tego, ale już przy pierwszym skręcie ścieżki miałem ochotę rzucić zaklęciem, które by te przeklęte lakierki zamieniło na coś, w czym da się przeżyć więcej niż sto metrów, ale nie zrobiłem tego. Z dwóch powodów: po pierwsze - dumna była z radzenia sobie w tych swoich cholerstwach i raczej uraziłaby ją chęć takiej pomocy; po drugie - transmutacja była dziedziną, w której nigdy sobie nie radziłem jakoś szczególnie. Czasem trzeba odpuścić - jeśli ktoś ci się podpiera o ramię i ma w dodatku buty nieprzystosowane do poruszania się po wzgórzach i szutrze, z którymi nic nie da się zrobić, nie poganiasz. Po prostu idziesz - równym, spokojnym krokiem, cicho, trochę tak, jakbyś nie chciał zaburzyć intymności tej chwili. Po prostu dobrze było czuć jej obecność - fizyczną, emocjonalną, całkiem prawdziwą, bez zbędnych masek, bez filtrów, które nakładało się, by przetrwać w tamtym świecie, w jakim widzieliśmy się w przeszłości po raz ostatni.
Słuchałem jej uważnie, co samo w sobie było dla mnie jakimś ewenementem. Nie zdarzało mi się to często. Często ludzie brzmieli, jakby ktoś przewijał im taśmę - nie chcieli rozmawiać, chcieli wygłosić, wyrzucić z siebie. Prudence potrafiła mówić o rzeczach poważnych, nie uciekając w pompatyczność. Nie trzeba było jej podpowiadać, kiedy wypada pytać, kiedy milczeć, a kiedy można sobie pozwolić na ironię. Jej słowa miały w sobie coś tak cholernie trafnego, że wywoływały we mnie półuśmiech, nawet jeśli poruszała tematy, które były dla mnie zbyt ciężkie, by odpowiedzieć całkiem szczerze - ubrać myśli w słowa i wypowiedzieć je głośno. Albo, jeśli to nie była moja historia, by ją opowiadać - trochę tak jak w przypadku tego, co sprawiło, że ciotka Corneliusa postanowiła się nami zajmować i była sobie w stanie poradzić z tą całą ferajną. Ograniczyłem się do jednego komentarza, odpowiadając:
- Miała więsej jaj, nisz większoś dolosłych w tamtym czasie lasem wsięta, i więsej losumu... A to jedno s dlugim szię często nie łąszy. - Powiedziałem - coś o tym wiedziałem. Często gęsto ta porywczość, te „jaja” nie szły w parze z rozumem. Można było być twardym, ale nierozsądnym.
Szliśmy dalej - powoli, ale do celu, a ja nie komentowałem jej tempa, chociaż nie ukrywam - mogłem przebyć tę trasę trzy razy szybciej i jeszcze zdążyć przy okazji nazbierać jagód, ale nie o to chodziło. Chyba właśnie na tym polegała różnica - nie musieliśmy dojść do żadnego celu, szliśmy razem, i to „razem” było całkiem nowe, nieco dziwne, ale i zaskakująco przyjemne. Nie spodziewałem się, że rozmowa między nami będzie płynąć tak gładko. Owszem, znałem jej zdolności oratorskie - w końcu była dobrze wychowana, w szkole była prefektem, później prefektem, ale odkąd nasza relacja zupełnie się spierdoliła, myślałem o niej jak o kimś… Zatrzaśniętym w swoich wyważonych, znajomych schematach - takim ludzkim odpowiedniku wypolerowanego, porcelanowego dzbanku z herbatą, oczywiście, zazwyczaj idealnie letnią. Kipiała tylko wtedy, gdy odpowiednio się ją wkurwiło... Tymczasem teraz - nie wiedziałem, czy to kwestia dystansu od rzeczywistości, bo byliśmy tu sami, czy nowego spojrzenia przez pryzmat wspólnych przeżyć i czasu - ale była żywa, obecna. I, co gorsza, znowu cholernie pociągająca. Rozmowa z nią wciągała - Prudence zadawała pytania, które wbijały się pod skórę. Nie złośliwie - po prostu celnie, jakby wiedziała dokładnie, gdzie szukać pęknięć, żeby wylać przez nie odpowiedzi. I, o dziwo, nie przeszkadzało mi to.
Parsknąłem przy jej komentarzu o Eliasie. Oczywiście, że nie rozumiała, jakim cudem jej brat stał się jednym z nas. Prawdopodobnie nigdy nie patrzyła na niego przez pryzmat czegoś więcej niż „bliźniacze rodzeństwo” - a Elias był dużo bardziej skomplikowany, niż jej się wydawało. To było trudne pytanie. Zdawałem sobie sprawę, że nie chciała słyszeć mojej odpowiedzi, która brzmiałaby: „Życie jest pełne dziwnych decyzji.”
- Elias dołąszył, bo był doś upalty, by nie daś szię wyrzuciś. - Powiedziałem, spoglądając przed siebie. - To było jakoś na szamym poszątku szkoły. Nie wiem, kto układał plany zajęś, ale był cholym zwyrolem, bo - sama zlestą wies - niemal zawse łąszyli nam zajęsia ze Slythelinem. - Zacząłem, chociaż to była taka trochę uniwersalna prawda i powszechna wiedza - na początku, przed rokiem, na którym wybierało się indywidualnie dodatkowe przedmioty, zajęcia zazwyczaj były łączone. Gryffindor ze Slytherinem, Ravenclaw z Hufflepuffem. Co śmieszne, niemal do samego końca, podczas ceremonii przydziału, byłem święcie przekonany, że ja trafię do Slytherinu, jak reszta rodziny, a Cornelius do Ravenclawu. Znałem już wtedy Ambroise'a - też obstawiałem Ravenclaw - pozostałej dwójki jeszcze nie. Samo się tak jakoś ułożyło, że trafiliśmy wszyscy razem do jednego domu, ba, do dormitorium - pięć osób, pięć łóżek, ale od razu zaskoczyło. Corio i Roise nienawidzili się jeszcze przez blisko trzy lata, Romy ich analizował, jasna sprawa, a z Eliasem na początku nikt z nas nie planował trzymać, bo był półkrwi. - Nie zaplasaliśmy go, nie chcieliśmy, pszynajmniej na poszątku. Tyle, sze tak jakoś wyszło, w zwiąsku z zajęsiami, miał do wybolu dosiąś szię do nas, nawet wblew nasej woli, bo nie mieliśmy nic do powiedzenia, albo usiąś ze Ślisgonami. Zlobił szobie miejsce, potem tak samo postąpił w Głównej Sali, las, długi, tszesi... Siadał i nie dał szię wygryś. Mosze po plostu szię zagapił i jusz tak został, chociasz moim zdaniem, to było pszemyślane. Plosty mechanism. Działa w kaszdej stluktusze. - Uśmiechnąłem się pod nosem, bo to jego bycie, chociaż wtedy na początku bardzo irytujące, z czasem nabrało jakiegoś sensu. Elias był jak drzazga w dupie -  bolał, ale bez niego to wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej. Nie miałem pewności, dlaczego zrobił to, co zrobił, ale wiedziałem, że w tej grze, którą graliśmy, liczyła się lojalność, a Bletchley miał jej w nadmiarze.
Podobało mi się, że Prue nie próbowała mnie poprawiać, kiedy mówiłem, że jestem stary - nie próbowała tego negować. Nie wmawiała mi, że jestem młody. Może dlatego, że sama też czuła się starsza niż metryka jej pozwalała. Tak się dzieje, kiedy dorasta się za szybko. Jasne, próbowała to obrócić w żart, rzuciła tekstem o granicach wieku, ale wiedziałem, co widzi, kiedy na mnie patrzy. Blizny, zmarszczki, cień zmęczenia pod oczami. Wiedziałem, co za tym stoi - nie różnica daty urodzenia, która rzeczywiście była minimalna, ot, raptem pół roku, nawet niecałe.
- Mam tszydzieści siedem lat. Mam ci pokazaś dokumenty? - Odparłem luźno i wzruszyłem ramionami, przenosząc wzrok na kamienie na drodze przed nami - były coraz większe, teren stawał się bardzo nierówny, a buty Prue... Buty - jej buty były okropne. Nie mówiłem tego kolejny raz, oczywiście, ale co jakiś czas zerkałem na nie z pewnym niedowierzaniem. Na tej ścieżce wyglądały tak bardzo nie na miejscu, ale nie narzekała - i to szanowałem. Miała tę upartą minę kogoś, kto wie, że nie dokonał najlepszego wyboru, ale postanowił udawać, że wszystko idzie zgodnie z planem. Typowy syndrom Prue. Jednocześnie jednak ciągle było w niej coś, czego nie do końca potrafiłem rozgryźć - mimo tego, że minęło już trochę czasu. Nie zaskakiwała mnie jej skłonność do analizowania sytuacji, bo odkąd pamiętałem, była tego przykładem - zawsze trochę zamknięta, trochę wycofana, zafiksowana na tym, co powinno się wydarzyć, a nie na tym, co się działo. Teraz już wiedziałem, z czego to wynikało, i jakoś łatwiej było mi to akceptować - nie czułem potrzeby mówienia o tym, że jej potrzeba wiedzy była trochę zbyt obszerna, bo wymienialiśmy się informacjami w obie strony. To była prawdziwa rozmowa.
Czasem zdarzało mi się myśleć, że to nie był prawdziwy bunt - to była desperacja, bo gdyby to naprawdę był plan... To znaczyłoby, że wiedziałem, do czego zmierzam, a ja nie miałem pojęcia, chciałem po prostu uciec z tej klatki. Nie wiedziałem, czy poza nią czeka coś lepszego, ale wiedziałem, że nie wytrzymam dłużej w środku. Tak, działałem pod wpływem impulsu. Czasami czułem, że cała moja historia to zbiór decyzji podjętych pod wpływem impulsu, a później tłumaczenie ich sobie racjonalnymi argumentami.
- Mosze coś w tym jeszt. - Powiedziałem w końcu, bo jej pytanie gdzieś tam zawisło w powietrzu. - Mosze, gdybym wtedy slobił to inaszej, mniej impulsywnie... - Kontynuowałem po namyśle, pomijając część faktów, które uniemożliwiały mi zrobienie czegoś innego w inny sposób. - To mosze telaz byłbym maltwy... Albo nadal siedziałbym pszy tym pszeklętym stole, s zegalkiem na lęse i szłowami w galdle, któlych nie wolno wypowiedzieś. Mosze s nazwiskiem, ale s piepszoną rószdszką u gardła. A mosze to ja sam bym ją komuś pszykładał, to tesz jeszt moszliwoś. Wyból był plosty - albo moje szycie po mojemu, albo ich. - Nie musiałem tłumaczyć, kim byli oni. Ona wiedziała, a przynajmniej - domyślała się... I nie chodziło mi o rodziców, nie tylko o nich. O system. O wszystko to, co było zbudowane na ciszy, posłuszeństwie i przymusie. Tego nie dało się rozbroić listem z postulatami czy rozmową o uczuciach. Trzeba było to podpalić... Albo uciec.
Zbyt łatwo byłoby popaść w refleksję na temat ludzi, którzy wciąż nie potrafią otworzyć oczu, mimo że wszystko wskazuje na to, że powinni, i poczuć się zmęczonym tą toksyczną stagnacją, w jakiej wciąż żyła spora część świata. Sam nie musiałem toczyć tej walki o zmianę - wybrałem inaczej, przez co moje życie stało się serią nieoczekiwanych zwrotów akcji, które piętnaście lat temu sprawiły, że teraz nie byłem już w centrum tej gry. Taka wolność miała swoją cenę, nie zapominałem o tym - spalone mosty, porzucone plany, zmarnowany potencjał. Zresztą wtedy, te półtorej dekady wcześniej, gdyby chodziło tylko o mnie, o moje życie, pewnie nie ścierałbym się z systemem, nie walczyłbym o coś, co tak na dobrą sprawę przez pół życia wydawało mi się stosunkowo nieosiągalne. O tę zupełną niezależność, a jednoczesne oderwanie od korzeni - wszystko to było efektem ubocznym kilku impulsów, młodzieńczego buntu i konieczności wzięcia odpowiedzialności za swoje czyny i ich wpływ na życia innych ludzi. Nie miałem złudzeń, gdyby nie to, jak to się potoczyło, pewnie szybko przestałbym być buntownikiem. Narobiłbym szumu, a potem wróciłbym z podkulonym ogonem, bo w tamtym czasie wcale nie byłem tak twardy, jak sądziłem. Może, gdybym był, to nigdy nie opuściłbym Wielkiej Brytanii. Zwłaszcza pod osłoną nocy, szczególnie w pośpiechu. Zamiast tego, gdy wszystko zaczęło się pierdolić, obiecałem sobie, że po prostu zniknę... Znikniemy. I tak zrobiłem. Wtedy to nie wydawało mi tylko ucieczką przed rzeczywistością, ale także jedynym sposobem na przetrwanie, a teraz? Nawet nie wiedziałem, co mi to dało. Poza wiadomym - oczywiście, tym ciągłym zmianom i życiem w ruchu, przemieszczaniem się z miejsca na miejsce. Przynajmniej miałem wytrzymałe nogi.
Prue szło wyjątkowo dobrze - nawet się nie potknęła, mimo że kilka razy byłem pewien, iż za chwilę zawiśnie na moim ramieniu jak kotwica. Utrzymała się - za co chyba należały jej się brawa. Chociaż, oczywiście, nie powiedziałbym tego na głos - jeszcze pomyślałaby, że ją chwalę, a na to było zdecydowanie za wcześnie.
Ciekawe, że zdołała przyznać się przed sobą, że nigdy nie była zbuntowana, a teraz jej wcale nie buntownicza młodość już przeminęła. Miała w tym rację - ale była też w błędzie. Jej bunt właśnie się zaczynał, tylko że wyglądał zupełnie inaczej niż mój. Wychodziła z własnego spokojnego, poukładanego życia bokiem, bez huku, i może to było znacznie skuteczniejsze. Ja wybuchłem - ona się wyślizgiwała, przecież to widziałem. Mogła mówić, co chciała, ale w ostatnich dniach raz po raz dawała mi do zrozumienia, że postępuje bardziej nieszablonowo. To było zaproszenie obcego do mieszkania po szalonej ucieczce z dywersją, droga przez pożar, tamten impulsywny pocałunek, wszystko to, co robiliśmy dzisiaj w garażu i decyzje, jakie chyba zostały podjęte w związku z tym, co mogło być dalej... Byłem przyzwyczajony do tego, że ludzie mają swoje granice, do których nie chcą dopuścić nikogo. Prudence, w czasach szkolnych, była dość wyraźna w tym, że nie zamierzała dopuścić mnie do swojego wnętrza zbyt łatwo. Tak właściwie to wcale. Tymczasem dziś...? Dziś było zupełnie inaczej.
- Wies. - Odezwałem się po dłuższej chwili ciszy. - Jeszli chodzi o to twoje „jusz po młodosi”... - Zerknąłem na nią, tłumiąc wymowny uśmiech. - To jak na spokojną, ułoszoną kobietę po pszejsiach, ladzis sobie zaskakująso dobsze, zdesydowanie ciekawiej nisz wtedy. - Nie musiałem precyzować, co znaczy „wtedy”. Oboje wiedzieliśmy - tamte czasy, gdy patrzyliśmy na siebie z dystansem, albo i pogardą, kiedy oboje byliśmy przekonani, że już wszystko o sobie wiemy, a jednocześnie nie wiedzieliśmy kompletnie nic. Lubiłem ten jej sposób bycia - bezpośrednia, ale jednocześnie nieoczywista, jakby nigdy do końca nie odsłaniała wszystkich kart, jakie miała w ręku. Tyle, że ja potrafiłem grać w tę grę, to nie było dla mnie nic nowego. - Posa tym nie mów mi, sze nie lobisz nic zbuntowanego na stale lata. Całujesz obcych ludzi. Wymykanie szię na schadzkę s pszyjasielem blata tesz jeszt dosyś kontlowelsyjne. - Nie mówiła nic o tym, co wydarzyło się wcześniej - o pocałunkach, o dłoniach, o tym wszystkim, co rozegrało się między nami, zanim jeszcze opuściliśmy posiadłość. Nie mówiła, ale nie musiała - wystarczyło, jak na mnie patrzyła. Widziałem, że wraca do tych chwil. Ja też do nich wracałem i nie zamierzałem się przed tym bronić - przynajmniej w jakiejś nieokreślonej przyszłości, bo chwilowo zachowywaliśmy się bardzo cywilizowanie.
Nie wiem, dlaczego miałem ochotę na tę rozmowę na takie, a nie inne, trudne tematy. Przecież mógłbym to po prostu zostawić w spokoju, kontynuować ciszę, przyjąć tę obojętność, którą już tak dobrze znałem. Zamiast tego, otworzyłem się, mówiąc Pru o swoim zdaniu - tak wydawało się w porządku, to brzmiało dobrze. Pokiwałem tylko głową, gdy wspomniała o  służeniu elitom, miała rację - nic się nie zmieniało. To były stare mechanizmy władzy, które wciąż trzymały się kurczowo w rękach tych samych ludzi, którzy byli gotowi dbać tylko o siebie. Nie powiedziałem nic, bo nie miałem zamiaru prowadzić filozoficznych rozmów o przyszłości świata czarodziejów - po prostu wzruszyłem ramionami. Przez chwilę milczałem, bo wiedziałem, że to była rozmowa, która wymagała od nas obojga więcej, niż tylko przerzucania się zdaniami. Czarodziejski świat stał w miejscu, bo tak było wygodnie tym na szczycie. A reszta? Cóż, reszta za szybko się poddawała - czasami rzucała tą jedną cegłą, wywoływała jakieś wydarzenie, a potem panikowała i robiła, co mogła, żeby nie zostać stratowana. W pewnym momencie coś zaczęło się zmieniać, był taki moment, kiedy pomyślałem, że jak już runie jeden mur, to ludzie w końcu przejrzą na oczy, ale nie - woleli pozwolić elicie zbudować go od nowa z tych samych cegieł, które ich wcześniej przygniotły. A arystokracja z tego korzystała, bo czemu nie - tak było im dobrze, wygodnie. Dlatego nie miałem już żadnych złudzeń - nie należałem tam i nie zamierzałem wracać, nigdy. Nie to, bym mógł to zrobić... Te mosty zostały spalone.
- Chociasz mosze lepiej, sze nie umies... Jakbyś umiała dobsze szucaś, to pewnie jusz dawno byłabyś w Azkabanie, bo ci lusie są poustawiani... - Rzuciłem, chociaż wizja pizd pod oczami urzędników była wyjątkowo zabawna. Obrazek tyleż komiczny, co przyjemnie destrukcyjny. Miała rację - całą, cholerną rację. Gdyby każdy miał odwagę zareagować na to, co widzi, może rzeczywiście nie żylibyśmy w świecie, który udawał, że wszystko jest w porządku, podczas gdy wszyscy po cichu duszą się we własnych rolach. - Albo pszynajmniej na czalnej liście. A stamtąd, s taką leselwasją, jusz łatwo trafiś na kolasję s nasymi stalymi znajomymi w maskach. - Skwitowałem, bo - oj, z pewnością każde z nas miało przynajmniej kilka typów ze szkolnych czasów albo z otoczenia, które idealnie pasowały do tamtej ferajny. Oczywiście, wszystko to były spekulacje, zawsze miały być, ale raczej dosyć trafne. Nie na tyle, by otwarcie rzucać oskarżeniami, chociaż... - Za to ja umiem, nie mam za wiele do stracenia i gdybym mógł... -  Powiedziałem spokojnie, bez przejęcia. - Pewnie, mimo wsystko, wziąłbym tą twoją cegłę i szusił w kaszdego s nich po kolei. Tak, szeby poczuli, jak to jest mieś na twaszy znak swoich pszekonań. Miałabyś ten swój widok. - To dziwnie miłe uczucie, kiedy możesz komuś powiedzieć coś prawdziwego i nie usłyszeć w odpowiedzi tego obrzydliwego „aha”, co niestety miałem z przyjaciółmi - wszyscy, prócz Eliasa, byli w końcu konserwami.
Kiedy rzuciła półgębkiem, że „faceci są dziwni”, uniosłem brew, bo miała rację - byliśmy, a jeszcze dziwniejsze było to, że część z nas uznawała „cipowatość” za jakąś formę moralnego zagrożenia. To było głupie, ale prawdziwe... I raczej się nie zmieniło. Spojrzałem na jej buty - na te śliczne, absurdalnie niepraktyczne buciki, które wyglądałyby dobrze w herbaciarni, ale nie na górskim szlaku. To niby my byliśmy dziwni? Ja zawsze byłem przygotowany na okoliczność potrzeby spierdalania.
- Pamiętaj, tym lasem nie zamieszam cię nieś, więc miesz siły na zamialy. Moszemy odpocząś. - Ostrzegłem z delikatną uszczypliwością w głosie, chociaż nie było to zupełnie poważne - oczywiście, że bym ją poniósł, gdyby tego potrzebowała, ale całe szczęście było inaczej. - Jak umszes, to kaszę Eliasowi napisaś na twoim naglobku: „Zginęła, ale z klasą, od lasu w trumiennych lakielkach, do tego jednego była pszygotowana”. - Rzuciłem, zanim zdążyłem się powstrzymać. Zatrzymaliśmy się. Widziałem, że się we mnie wpatruje i, na Merlina, to był ten rodzaj spojrzenia, który potrafił człowieka pozbawić tchu, jeśli nie był na to przygotowany. W jej spojrzeniu była ciekawość, której wcześniej nie znałem - nie naukowa, nie zdystansowana, tylko ludzka. Nie musiała nic mówić, w tych oczach było wszystko - zaintrygowanie, że to się dzieje naprawdę, ciekawość, czy będzie z tego coś więcej przez ten tydzień, i ta ledwie uchwytna nuta pewności, że tak, która jednocześnie mówiła: „To nie może trwać, więc nie traćmy ani chwili.” Tak, miałem pewne wyobrażenie o tym, jak będzie wyglądał nasz koniec tej wyprawy. Prue nie mówiła o tym na głos, ale przeczuwałem, że miała podobne myśli. Zauważyłem, że samymi oczami sięgała po coś więcej, a ja... Cóż, miałem podobne zamiary, ale nie chciałem tego nazywać. A jeśli nie nazywałem, to znaczyło, że nie musiałem stawiać sobie żadnych granic. Prawdę mówiąc, nie miałem pojęcia, co z tego wyjdzie, ale nie potrafiłem przestać myśleć o tym, co się działo między nami. Byliśmy razem, ale na pewno nie byliśmy razem w tradycyjnym sensie - to był przelotny, niezobowiązujący romans, nawet jeśli jednocześnie to była praktycznie randka... Schadzka? „Schadzka” brzmiała mnie kłopotliwe, bo sugerowała tą krótkoterminowość i brak zaangażowania emocjonalnego, tyle, że nie do końca odzwierciedlała atmosferę między nami. To, że nasze spojrzenia były coraz bardziej uważne - zaczynaliśmy dostrzegać rzeczy, których wcześniej nie zauważaliśmy - zbliżało nas. Czas zadziałał na nas jak sprzymierzeniec, a nie wrogi faktor. Czułem to - i to, że ona też to czuła. Nagle przestało chodzić o to, co było wcześniej - bo to, co działo się teraz, miało sens. Mogliśmy zaczynać na nowo, chociaż z drugiej strony nie byłem pewien, czy to było dobre. Terminowość, data ważności relacji - to miało swoje plusy i minusy. Na pewno przez to wszystko działo się szybciej, ale czy już „dzięki temu”? No, chyba niekoniecznie, lecz postanowiłem tego nie analizować.
Kamienie kromlechu były coraz bliżej, ich sylwetki rysowały się wyraźnie na tle porannego nieba. Miejsce miało w sobie coś z ciszy sprzed wieków, jakby ziemia pamiętała tu rzeczy, których nikt inny nie potrafiłby już odtworzyć.
- Lobi wlaszenie, co? - Zapytałem, wskazując brodą na kromlech, puszczając ramię Prue, a jednocześnie prawie bezmyślnie przesunąłem dłonią po jej plecach, czując przez materiał kurtki ciepło jej ciała. To było coś więcej niż zwykłe „jestem obok ciebie”. To było „chcę tu być”. Po tych słowach na chwilę zamilkłem - nie odezwałem się od razu, bo nie chciałem spieprzyć atmosfery tego momentu. Nie ruszyłem od razu za Prudence - pozwoliłem sobie zostać w tyle. Chciałem, żeby zobaczyła to pierwsza, żeby przeszła kilka kroków przede mną i mogła się rozejrzeć. Zasłużyła na to, żeby na moment poczuć się częścią czegoś większego. Czegoś, co istniało też poza naszymi czasami, przed nami i miało istnieć po nas.
Praktycznie dotarliśmy na miejsce. Krąg kamieni rozciągał się przed nami - miejsce było ustronne, niemalże sakralne w tej swojej dzikości. W ciszy tego miejsca było coś uroczystego, niemal magicznego, chociaż przecież magia była naszym chlebem powszednim, jednak w tym wypadku chodziło o jej inny rodzaj. Natura zdążyła już zagarnąć część kręgu dla siebie - w szczelinach między głazami rosły paprocie, mech tworzył gęsty, zielony dywan, a cisza, która tu panowała, wydawała się niemal niepokojąca, ale nie w ten złowieszczy sposób - raczej jakby świat wstrzymał oddech.
Zatrzymałem się prawie na szczycie, kilkanaście sekund po niej, czując delikatny powiew wiatru, który rozwiewał moje włosy. Spojrzałem w dal, w morze, w horyzont, gdzie niebo łączyło się z wodą w delikatnym, niemal nieuchwytnym rozmyciu - to był naprawdę ładny widok, imponujący, malowniczy, a mimo to, czułem, jak moje myśli zmierzają z powrotem do kobiety przede mną. Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy - uśmiechała się, ale w inny sposób, z błyskiem w oczach. Wiatr przesunął kosmyk jej włosów przez czoło. Było w tym coś tak prawdziwego, że sam musiałem się uśmiechnąć, nim zdążyłem się powstrzymać - było to proste i cholernie przyjemne.
- A więs... Gdybyś miała moszliwoś zlobiś coś naplawdę głupiego… Telas, kiedy jusz nie musis byś tą uposządkowaną dziewczyną, co byś zlobiła? -  Zapytałem, ot tak, przerywając ciszę, bo skoro ona miała prawo do pytań, ja też chciałem wiedzieć. - Gdybyś mogła zlobiś coś szalonego, cokolwiek, co nie miałoby sensu, co wymykałoby się twojemu uposządkowanemu światu, co by to było?


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (43540), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (35854)


Strony (3): 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa