• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue

[10/09/72] Been tryin' hard not to get into trouble, but I... | Benjy, Prue
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#11
03.05.2025, 00:53  ✶  

Pewnych sytuacji nie dało się przewidzieć. To była jedna z nich. Nie zamierzała zastanawiać się jak właściwie do tego doszło - bo była pewna, że nie umiałaby odpowiedzieć na to pytanie. To stało się samo, może nieco temu pomogła zmianą nastawienia, jednak wszystko inne wydarzyło się szybko, zupełnie znienacka i chyba po prostu zaakceptowała ten stan rzeczy. Jakby to była najbardziej normalna sytuacja na świecie.

Miała świadomość, że nieco ich spowalnia, nie była przyzwyczajona do pieszych wędrówek, nigdy jakoś specjalnie nie pasjonował jej podobny sposób na spędzanie wolnego czasu. Nie ma się co oszukiwać, Bletchley wybierała raczej aktywności umysłowe nad te, które mogłoby nieco nadwyrężyć jej organizm, ale okazało się, że dreptanie po górach może być całkiem miłe, wystarczy mieć tylko odpowiednie towarzystwo. Tutaj też zupełnie niespodziewanie dowiedziała się, że właściwym kompanem okazał się ktoś, kogo nigdy by o to nie podejrzewała.

Nie narzekała, sama chciała wziąć udział w tej eskapadzie, głupio by było więc teraz marudzić i psuć im ten całkiem przyjemny poranek. Zamiast tego po prostu szła, jakby faktycznie nic jej nie przeszkadzało, zagajała go jeszcze, aby zająć czymś myśli o odsunąć je od tego nie do końca przemyślanego obuwia jak na taką wędrówkę. To działało, może zdarzało jej się kilka razy pomyśleć o tym, że mogła wybrać lepiej, jednak nie dochodziło do tego tak często, jak mogłoby się dziać. Zdecydowanie wolała po prostu skupić się na tym, co miał jej do powiedzenia, bo dzięki temu mogła go nieco bardziej poznać, a chciała to zrobić. Skoro już odsunęli od siebie dawne waśnie, to miała zamiar wykorzystać ten czas i dowiedzieć się o nim więcej, okazywało się bowiem, że wcale nie był taki zamknięty w sobie, zresztą nie zakładała, że tak będzie. Powiedział jej już co nieco podczas ich wspólnej przeprawy przez płonący Londyn, może wtedy nie wiedziała kim jest, ale okazało się, że umieją ze sobą rozmawiać i nie było to zwyczajne wygłaszanie poglądów, drętwa konwersacja, wręcz przeciwnie, dogadywali się naprawę nieźle, pozwalali sobie nawet na drobną dyskusję, poruszali naprawdę różne tematy. Wiedziała, że nie mówi jej wszystkiego, ale nie musiał tego robić, bo przecież to miało być tylko chwilowe, zniknąć tak szybko, jak się pojawiło, ale i tak wykorzystywali ten moment całkiem obiecująco.

Kiedy czuła się dobrze w czyimś towarzystwie nie miała większych problemów z tym, aby odnaleźć się w rozmowie. Inaczej zdarzało się jej dystansować, raczej tylko i wyłącznie słuchać, kiwać głową i wprowadzać dystans. W tej chwili mówiła, pytała, robiła to z ogromną lekkością, bo nie czuła, że musi się pilnować. Naprawdę towarzyszyło jej dziwne poczucie bezpieczeństwa w jego towarzystwie, i dotyczyło ono różnych płaszczyzn. Nie była wścibska, nie dopytywała, nie ciągnęła za język, akceptowała te odpowiedzi, które jej dawał. Uważała, że to i tak jest dosyć sporo, jak na to, że dopiero zaczynali tworzyć ten chwilowy kolektyw.

- Wręcz przeciwnie, powiedziałabym, że to raczej rzadko się ze sobą łączy, więc musi być ona naprawdę wyjątkową kobietą. - Wiedziała, jak to zazwyczaj wyglądało, rzadko kiedy takim osobom towarzyszył rozsądek, raczej zatracali się w podejmowaniu irracjonalnych decyzji, chcąc udowodnić, jacy to byli niesamowici. Ciotka Corio musiała mieć wiele siły, skoro udało jej się ogarnąć ten pierdolnik w postaci zgrai dojrzewających chłopaków. Trochę ją zaczęła za to podziwiać, szczególnie, że było widać iż nawet po latach darzą ją szacunkiem, doceniali to, co dla nich zrobiła. Rzadko kiedy ktoś wypowiadał się w podobny sposób o dorosłych ze swojego otoczenia.

- Powinnam się tego spodziewać, przypadkiem znalazł się obok i został, to jest do niego podobne. - Wcale jej to nie dziwiło, jej brat nie pasował do schematu grupy, którą tworzyli, a i tak jakoś się do niej wkręcił. Wzięli go pod swoje skrzydła, dzięki czemu chyba całkiem nieźle wspominał szkolne lata, zaskakujące jednak było to, że zostało tak do dzisiaj. Oni wszyscy nadal się ze sobą trzymali, w dorosłym życiu i nieco im tego zazdrościła, tej przynależności do grupy. Wiedzieli, że mogą na siebie liczyć w najtrudniejszych sytuacjach, dosyć często takie relacje rozmywały się w dorosłym życiu, a tutaj było zupełnie inaczej.

- Tak właściwie to mu się nie dziwię, chyba też wolałabym wybrać Was nawet na tamtym etapie, niż Ślizgonów, oni byli jeszcze gorsi. - Nie miała szczególnie przyjemnych wspomnień z uczniami, którzy należeli do domu Slytherina. Potrafili być okropni i okrutni, często przekraczali granice, i jak czasem starała się zrozumieć, że przyjaciele jej brata próbowali się po prostu dobrze bawić (nie do końca akceptowała ich metody), tak Ci drudzy bawili się głównie przez wyrządzanie krzywdy innym. Miała z nimi dość sporo do czynienia, bo ktoś pomyślał, że nadaje się na prefekta, do tej pory nie uważała, że ta decyzja była mocno przemyślana, bo w tamtych czasach brakowało jej pewności siebie, właściwie to może nawet przez tę funkcję zaczęła ją nabywać, więc może to jednak miało jakiś sens?

Nie było sensu negować tego, że mieli już swoje lata. Ona również zdawała sobie z tego sprawę, czas płynął dość szybko, może nawet za szybko. Do tego akurat oni byli dosyć mocno doświadczeni przez życie. To powodowało, że faktycznie czuła się nieco starsza, niż była. Łapała się na tym, że bywała po prostu zmęczona tym, co jej się przytrafiło. Pogodziła się z tym losem, jednak zastanawiała się nad tym, co by było, gdyby jednak jej życie potoczyło się inaczej, nie mogła tego sprawdzić, więc pozostawała jej akceptacja takiego stanu rzeczy.

- Chyba zapomniałeś o tym, że wiem, że te dokumenty nie są prawdziwe, to, że mi je pokażesz niczego nie zmieni. - Mógł mieć nową tożsamość, ale przecież go znała, wiedziała, jak wyglądała sytuacja. Nie miała zamiaru na osobności sugerować się tymi nie do końca prawdziwymi papierami. W sumie to doceniała to, że przyznał jej się do tego kim jest. Nie musiał tego robić, mógł iść w zupełnie inną narrację i miała wrażenie, że nikt nie puściłby pary z ust, nawet jej brat, a jednak sam Benjy przyznał jej się do tego, kim kiedyś był. Musiał jej ufać chociaż odrobinę, bo przecież inaczej nie podzieliłby się z Prue tą tajemnicą. Dobrze było mieć tę świadomość, że jej nie skreślił, tylko próbował nieco zmienić ich relację.

Nieco to było dosyć delikatne określenie na to, jak potoczyły się sprawy między nimi. Już dawno temu powinna była się domyślić, że temu napięciu, które zawsze im towarzyszyło można było dopisać też inne emocje poza nienawiścią. Nie zauważała jednak tego, może nie chciała zobaczyć, bo tak było prościej. Wtedy nie uważała, że takie komplikacje są jej do czegoś potrzebne, teraz zupełnie jej nie przeszkadzały, wręcz przeciwnie, chciała zobaczyć, jak to jest nawiązać z nim bliższą więź, chociaż na chwilę. Nie miała pojęcia dlaczego ją to tak fascynowało, ale nie oszukiwała się, że jest inaczej. Dawno nie otworzyła się przed nikim w ten sposób, a to też mówiło samo za siebie.

- Tego nigdy się nie dowiesz, ale zdecydowanie mogło się to skończyć gorzej, więc chyba jednak nie była to taka słaba decyzja. - Wydawało jej się, że mogło się stać dokładnie tak jak mówił. Gdyby postąpił mniej impulsywnie, mniej zdecydowanie to pewnie nie udałoby się mu odciąć. Trudno było powoli uciec od teraźniejszości, były do tego potrzebne drastyczne reakcje, inaczej to nie mogło zadziałać. Nie zawsze nadmierne myślenie, i próby przynosiły efekty, czasem spontaniczność i brak rozwagi wydawał się być lepszym wyborem. Czy w ogóle w sytuacji, w której się znalazł miał wybór? Nie do końca jej się tak wydawało. Mógł albo żyć po swojemu, przeciwstawiając się rodzinie, albo utknąć na zawsze w tym świecie, w którym wcale nie chciał tkwić. Postąpił dosyć odważnie, rzucił się na głęboką wodę, ale przeżył, to było chyba najbardziej istotne w tej chwili.

Zostawił za sobą dawne życie, nie było od tego odwrotu, wybrał wolność, to wcale nie było głupim zachowaniem. Zabawne, że jeszcze niedawno myślała, że faktycznie siedzi w Australii, jakże łatwo przyszło jej uwierzenie w to, że postanowił wybrać taki żywot. Nie wydawał jej się nigdzie być osobą, którą łatwo można było zmusić do pewnych zachowań, wręcz przeciwnie im bardziej narzucało mu się swoje zdanie, tym bardziej walczył z tym, aby go nie zaakceptować i postąpić zupełnie odwrotnie. Nie spodziewała się, że będzie to wiązało się z odcięciem od dawnego życia, jak widać miał w sobie zdecydowanie więcej tego buntu, niż zakładała. Mógł jak większość - wybrać prostszą drogę, jakoś odnaleźć się w tym, do czego go przygotowano, a jednak zdecydował się uciec ze znanego mu kraju i spróbować żyć po swojemu. To było godne podziwu. Łapała się na tym, że zaczynała go w pewien sposób rozumieć, a przynajmniej te jego niektóre metody działania. Docierały do niej jego argumenty, chociaż chyba on sam nie do końca uważał, że postąpił w odpowiedni sposób, bo mówił o tym tak, jakby mógł zrobić coś lepiej. Wcale nie była o tym przekonana.

Bletchley sama była zdziwiona tym, że jeszcze nie zaliczyła żadnej, spektakularnej gleby. Na pewno nadarzyłoby się ku temu kilka okazji, reagowała jednak w miarę szybko na zmianę warunków na drodze, no i nie ma się co oszukiwać, korzystała z wyciągniętego w jej stronę ramienia, na którym mogła się oprzeć. To wszystko powodowało ten sukces, który osiągnęła, no przynajmniej jak na razie, bo nie dotarli jeszcze do celu. Mogła jeszcze zaskoczyć i siebie i jego jakim potknięciem, tak właściwie to pewnie nawet by to jej nie zdziwiło.

Nie miała najmniejszego problemu z tym, aby stwierdzić ten oczywisty fakt. Każdy kto ją znał wiedział, że była raczej ostrożna, postępowała właściwie, spełniała jakieś narzucone normy. Nie miała w sobie buntu, gdy była młodsza, nie widziała potrzeby, aby się stawiać, nie miała z czym walczyć, ani po co. Wydawało jej się, że to całkiem spokojne życie jej pasowało, dopiero ostatnio dostrzegła, że przez tą zachowawczość dość sporo straciła, ale oczy zazwyczaj otwierały się w bardzo drastycznych sytuacjach.

- Mówisz? Jako specjalista na pewno masz z tym spore doświadczenie. - Nie wydawało jej się, aby faktycznie tak było, jasne ostatnio nieco zmieniła swój standardowy tok postępowania, ale czy to było, aż takie kontrowersyjne? Nadal to nie były rzeczy, które mogły jakoś specjalnie mieć wpływ na to, jak wyglądało jej życie, tylko drobne przyjemności, na które postanowiła sobie pozwolić.

Poczuła, że robi jej się cieplej, kiedy wspomniał o tym, jaka była zbuntowana i sięgnął po te, jakże konkretne argumenty. - Widzisz, na stare lata postanowiłam zacząć korzystać z życia, lepiej późno, niż wcale, czy coś. To całkiem przyjemne. - Wyjęcie kija z wiadomej części ciała, odpuszczenie sobie chociaż na chwilę, przestanie przejmować się tym, że coś nie wypada. Nie miała pojęcia, czy tak już jej zostanie, ale chciała korzystać z tego, że póki co wydawało jej się to być całkiem miłą odmianą. I miała świadomość tego, że nic z tego nie wydarzyłoby się, gdyby on znowu nie pojawił się w jej życiu, to Benjy był odpowiedzialny za tę drobną zmianę, zapewne praktycznie niezauważalną dla nikogo innego, tylko on widział te

- No i najważniejsze, nie jesteś obcy, a że to pierwszy taki przypadek, to nie wiem, czy faktycznie jestem, aż taka zbuntowana. - Dodała jeszcze, bo przecież okazało się, że się znają, zresztą czuła to od samego początku ich pierwszej, ponownej interakcji. Może nie miała pewności, ale przeczucie jej nie myliło, faktycznie tak było. Nie, żeby to, coś zmieniało w tym jej niewłaściwym postępowaniu, bo przecież wtedy jeszcze nie wiedziała, czy ma rację.

Z lekkością lawirowali między różnymi tematami, tymi prostszymi, mniej wymagającymi, ale też zupełnie przeciwnymi. Rozmowa sama przybierała ten dziwny kształt, toczyła się swoim trybem, to było zupełnie naturalne. Nie spodziewała się, że będą kiedykolwiek w stanie mówić do siebie w ten sposób. Jak widać niezbadane były wyroki siły wyższej. Musieli zniknąć ze swojego życia na jakieś piętnaście lat, aby dostrzec to, że potrafili to robić, ba potrafili robić ze sobą zdecydowanie więcej, niż tylko rozmawiać. Łapała się na tym, że myślała o tym, co się między nimi wydarzyło tego poranka, nie umiała tego ignorować,  gdy na niego spoglądała ukradkiem, serce zaczynało bić jej szybciej, co nie było szczególnie dobrym znakiem, bo wiedziała, że nic z tego nie będzie. To miała być chwilowa, odmieniona znajomość, moment zapomnienia, którego potrzebowali i mogli z niego skorzystać, gdy znajdowali się w tym miejscu.

- Nie dałabym się złapać, myślisz, że jestem takim łatwym przeciwnikiem? Na pewno jakoś bym uniknęła tego Azkabanu. - Miała swoje sposoby, może i była poukładana i spokojna, jednak nie zaakceptowałaby takiej kolei rzeczy. Nie było chyba nic gorszego od utknięcia w Azkabanie, to była droga ku końcowi. - Na szczęście nie umiem rzucać, więc nie muszę się martwić tym, że mogłabym tam trafić. Okazuje się, że jednak bycie pierdołą, może mieć jakieś zalety. - Nie, żeby w ogóle kiedyś odważyła się zrobić coś podobnego, bo przecież wiedziała, gdzie jest jej miejsce, nie mogła się wyróżniać i atakować tych popierdoleńców, bo nie przyniosłoby jej to niczego dobrego, nawet gdyby była w stanie trafić cegłą w przeciwnika.

- Tak, myślę, że na pewno ucieszyliby się z takiego spotkania, to na pewno byłaby niezapomniana kolacja. - Nie wątpiła, że byłoby inaczej, mogła to też być ostatnia kolacja w jej życiu, nie wydawało jej się bowiem, żeby mieli w zwyczaju negocjować z kimś, kto chciał ich powstrzymać, czy im zaszkodzić. Ich działania to potwierdzały, nie mieli skrupułów, a wiadomo, że w życiu konsekwencje ewentualnego działania mogły być dużo gorsze od tych w szkole. Tam nauczyciele dbali o ich bezpieczeństwo, w realnym życiu - nikt nie mógł ich ochronić, musieli sobie radzić zupełnie sami.

- Myślisz, że warto byłoby to zrobić? Na pewno byś ich wkurzył i jeszcze zaczęliby na Ciebie polować, nie wiem, czy ten widok to na pewno odpowiedni powód, zaczęłam Cię lubić. - Dodała jeszcze zupełnie szczerze. Tak, tamci zasługiwali na odpowiednie traktowanie, ale wiedziała, jak mogło się skończyć zadzieranie z nimi, wolałaby, aby Benjy nie zwracał jednak na nich swojej uwagi, i tak nie był aktualnie na pewno ulubieńcem elity po tym numerze, który wywinął kilkanaście lat temu. Wzgardził wszystkim, co reprezentowali i postanowił podążać swoją drogą, to mogło zirytować środowisko. Takie zachowania nie były tam tolerowane.

- Będę miała to na uwadze, nie wymagam przecież, że zostaniesz na stałe moim tragarzem. - Oczywiście, że musiała sobie poradzić sama, bo przecież nie znajdowali się w sytuacji zagrożenia życia. Może jej buty nie były odpowiednie, jednak jakoś próbowała sobie radzić z tą drogą. Przyznała się do tego, że nie do końca dawała sobie radę, to nie zmieniało jednak faktu, że zamierzała odpuścić, nie kiedy już tyle drogi mieli za sobą, a cel znajdował się właściwie na wyciągnięcie ręki. Odpocznie jak znajdzie się na miejscu, nie musiała ich jeszcze bardziej opóźniać. Tym razem, to chyba ona nie chciała wyjść na cipowatą, co w sumie w jej przypadku nie było chyba niczym, aż tak złym, bo jednak była kobietą, no ale... zawzięła się i chciała coś udowodnić i sobie i poniekąd jemu. Nie była pierwszą, lepszą panną z miasta, która miała zamiar zacząć marudzić.

- Niektórzy są przygotowani na górskie wędrówki, a inni na śmierć, nie wiem, co lepsze. Cieszę się, że to doceniasz. - Oczywiście, że nie można było poznać, ani dnia, ani godziny, lepiej było być przygotowanym na najgorsze, w każdym momencie. Nie, żeby zakładała, że to będzie ten moment, bo chyba nie spotkała się jeszcze od czasu kiedy pracowała jako antropolog z przypadkiem śmierci przez niewygodne buty. Jasne, mogło się to zakończyć nieco bardziej dramatycznie, na przykład potknięciem się o swoje stopy i uderzeniem bardzo felernie w jakiś kamień, ale to akurat jej nie groziło, bo trzymała się jego. Była bezpieczna.

Nie mogła się powstrzymać przed tym zawieszeniem wzroku, i tak dosyć długo była bardzo dyskretna w spoglądaniu na niego podczas tego wspólnego spaceru. Starała się nie wpatrywać się w mężczyznę zbyt długo, nie zwracać na siebie uwagi, bo to mogłoby zasugerować o czym myślała. Nie zakończyło się to sukcesem, bo w końcu pękła i to zrobiła. Nie mogła dłużej się pilnować. Nie po tym, co jak do tej pory razem przeżyli. Wiedziała, że to był dopiero początek, że chcieli, czegoś więcej, inaczej przecież nie kontynuowali by tej swojej nowej znajomości, nie opuściliby bez zastanowienia tego letniego domu, nie szukaliby miejsca, ani powodu do tego, aby znaleźć się razem gdzieś indziej, z dala od świata. Chcieli sprawdzić to, co mógł im przynieść ten tydzień, nie było to może szczególnie odpowiedzialne, pakowanie się w taką dziwną znajomość, ale już ustalili przecież, że Prudence zaczęła się buntować przeciwko swojemu rozsądkowi i coraz bardziej się jej to podobało.

- Tak, robi wrażenie. - i kromlech i on, ale tego nie dopowiedziała, udało się jej ugryźć w język. Przestała się w niego tak intensywnie wpatrywać, aby docenić piękno miejsca, w które ją zabrał. Było niesamowite, samo to, że ktoś stworzył ten krąg w tym miejscu... na pewno nie działo się to bez przyczyny, musiała znajdować się tutaj jakaś silna moc, która miała na to wpływ. To miejsce miało wiele historii do opowiedzenia, sporo widziało, a teraz wydawało się być zapomniane. Mogłaby się skusić, spróbować dotrzeć do części z nich, ale nie była na to przygotowana, wielka szkoda, żałowała, że nie zabrała ze sobą swoich świeczek, może kiedyś będzie miała okazję to powtórzyć, może to nie był jej ostatni raz w tym miejscu.

Wypuścił jej ramię, dzięki czemu mogła sama ruszyć się nieco dalej, rozejrzeć się, docenić piękno tego miejsca. Poczuła jego dłoń na swoich plecach, spowodowało to, że odetchnęła głęboko, nabrała w płuca zimnego powietrza, nie powinna skupiać się teraz na jego dotyku, to byłoby chyba profanacją, jak widać jednak to to w tej chwili było dla niej bardziej istotne. Zmieniała się przy nim, zaczęła zwracać uwagę na inne rzeczy, niż zazwyczaj, i wcale, ale to wcale jej to nie przeszkadzało. Nie znaleźli się tu w końcu bez przyczyny, coś powiedziało im, że wspólna wędrówka będzie dobrym pomysłem i właściwie naprawdę tak było.

W końcu zrobiła kilka kroków do przodu, nie spoglądała za horyzont, bo wiedziała, że to może się skończyć dla niej źle, wolała nie myśleć o tym, jak wysoko się teraz znajdowali, zamiast tego podziwiała wyjątkowość tego miejsca. Wiatr przyjemnie muskał jej po twarzy, czuła dziwne poczucie wolności, znaleźli się w innym świecie, z dala od tego, co działo się w teraźniejszości, jakby na moment zupełnie ich nie dotyczyło życie doczesne.

Pytanie, które jej zadał skłoniło ją do myślenia, niby było proste, ale nie do końca wiedziała, jak powinna na nie odpowiedzieć, żeby nie wyjść na banalną. Nigdy się nie rozważała podobnych spraw, nigdy nie zastanawiała się nad tym, co mogłaby zrobić, gdyby chciała przekroczyć granice, bo to nie było w jej stylu.

- To musiałoby być coś spektakularnego wiesz, tyle lat ukrywałam tę swoją buntowniczą naturę... - Że chyba wypadałoby, aby to naprawdę było coś. - Może rzuciłabym pracę w ministerstwie, z dnia na dzień, tak po prostu, właściwie to powiedziałabym, że mają się pałować i jestem dla nich za dobra, i gardzę tym ich nepotyzmem, i stąd wyjechała, nie mówiąc nikomu gdzie się wybieram, zaszyłabym się gdzieś daleko i uczyła czarnomagicznych rytuałów, moje hobby stałoby się sposobem na życie, czy coś. - Nie mogła poświęcić wystarczającej ilości czasu na rozwijanie swojej największej pasji, a tak mogłaby się zająć tym w pełni. Nie musiałaby się przejmować takimi rzeczami, jak praca, czy obowiązki. - Z takich bardziej przyziemnych rzeczy, to nigdy nie zdarzyło mi się pływać po pijaku w blasku księżyca, to też może być całkiem przyjemnym uczuciem i powodować wrażenie wolności, znaleźć się blisko natury, niczym się nie przejmować, zatracić w tej chwili. - To mogło wydawać się całkiem banalne, ale Prue nie robiła takich rzeczy, nigdy dotąd, coś co dla niektórych było pewnie niczym wielkim dla niej stanowiło przeciwieństwo banalności. Była przez te wszystkie lata okropnie zachowawcza, nie popełniała błędów, nie żyła pełnią życia, nie pozwalała sobie na takie momenty bezmyślności. To mogło brzmieć głupio, dlatego zamiast spoglądać na niego, kiedy się odzywała zaczęła wpatrywać się w horyzont, co było chyba błędem, bo zaczął ją nieco przytłaczać ten widok. Jasne było pięknie, ale też strasznie wysoko, przez co zaczął towarzyszyć jej ten znajomy niepokój, który pojawiał się od momentu, w którym spadła z miotły jako dzieciak i od tego czasu przestała akceptować wysokości.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
04.05.2025, 20:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.05.2025, 20:37 przez Benjy Fenwick.)  
Pewnych sytuacji rzeczywiście nie dało się przewidzieć, i gdyby ktoś rok wcześniej powiedział mi, że spędzę wrześniowy poranek, właściwie to przedpołudnie, wspinając się z Prudence Bletchley na jakieś wzgórze w Devon, pozwalając jej oprzeć się na moim ramieniu, i że ani razu nie pojawi się w tym układzie wrogość czy nawet chłód - prawdopodobnie popukałbym się w czoło, a potem poszedł zapalić, bo taki absurd wymagałby chociaż odrobiny nikotyny. Wiedziałem, że coś się zmieniło. To nie był układ - nie tym razem, nie między nami, chociaż to wszystko miało swoją datę ważności. Nie była to też jakaś forma kompromisu z przeszłością. Bardziej jak… Świadome przesunięcie granicy - bez wypowiedzianych słów, bez deklaracji na ten temat, poza tą jedną, że chyba jednak nie będziemy się przyjaźnić. Bądźmy szczerzy - w żadnym momencie nocy pożarów ani rozmowy w piwnicy nie zachowywaliśmy się zupełnie jak „tylko przyjaciele” - brakowało temu platoniczności, od początku było podszyte podtekstami, wspomnieniem dotyku, tamtym pocałunkiem. Po prostu staliśmy się innymi wersjami siebie nawzajem... Albo może zaczęliśmy dostrzegać wersje, które zawsze tam były, tylko schowane pod kurzem nieporozumień i starej urazy.
Kamienie, mech, wrzosy, korzenie skarłowaciałych drzewek i krzewów, które wyglądały jakby tylko czekały, aż ktoś nie patrząc, potknie się i z hukiem przywróci do pionu całą romantyczną iluzję. Dostosowałem krok, podałem Prue ramię i patrzyłem przed siebie, udając, że to wszystko jest tak naturalne jak popołudniowa herbata - może nawet było. Nie zapytałem, czy jej wygodnie z moim wsparciem - wiedziałem, że powiedziałaby, że tak, nawet jeśli właśnie obcierała sobie pięty do krwi. Miała upór. Właściwie nie wiedziałem, czy był to upór godny podziwu, czy może bardziej rodzaj drobnej głupoty z gatunku: „Dam radę, nie będzie mi mówił, że nie dam” - nie pytałem. W gruncie rzeczy nawet mnie to bawiło - obserwowanie, jak próbuje utrzymać tempo, nie wyglądając przy tym, jakby naprawdę okrutnie ją to męczyło. Oczywiście, że ją męczyło, ale była Prudence, więc nie miała zamiaru tego przyznać. Trochę z przekory, a trochę - być może - żeby nie dać mi przewagi.
Nie wiem, czy kiedykolwiek mówiłem to na głos, ale Ursula naprawdę była wyjątkowa. Zawsze potrafiła odcedzić nasze idiotyzmy od tego, co naprawdę się liczyło. Poza tym miała w sobie coś ze starych portretów - nie tych eleganckich, gładkich dam z salonów, które pachniały lawendą i rezygnacją, tylko tych kobiet z płócien, co chociaż siedzą prosto, to w oczach mają twardość i zdecydowanie. Tych, które pachną mocno, intensywnie. Stalowych magnolii. Ciotka Corneliusa była z gatunku tych ludzi, których najpierw się omija szerokim łukiem, a dopiero potem, jeśli się ma szczęście i cierpliwość, zaczyna się rozumieć. Miała manierę chłodnej dyplomatki, skrupulatność godną naczelnej archiwistki Ministerstwa i tę charakterystyczną minę, która sugerowała, że właśnie przeprowadza w głowie kompletną sekcję zwłok twojej osoby, bo wybrałeś zły widelczyk do ciasta... Ale to była tylko fasada, albo raczej - jej naturalna tarcza, nie bez powodu.
- Gdybyś ją znała dłuszej. - Rzuciłem w bok, w stronę Prudence. - Wiedziałabyś, sze jeszt inna nisz szię wydaje. Nie odpuszcza lusiom, na któlych jej zaleszy, pilnuje ich, a w lasie czego staje po ich stlonie... I nie mówię tu o szłodkich zapewnieniach, sze zawse mosna na nią liszyś. Mówię o tym, sze jakbyś była jej i ktoś by cię skszywsił, to miałby doszynienia s nią, a to nie byłoby miłe doświadszenie. - Uśmiechnąłem się sam do siebie, przypominając sobie jej wyraz twarzy, kiedy ktoś kiedyś odezwał się do niej o ton za ostro odnośnie znajomości Corio i Eliasa. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak szybko zmienił zdanie o tym, kto tu ma ostatnie słowo.  - U niej nie ma miękkości i losmowy o uczusiach, jeszt cisa, obecnoś, konklet. Jeśli cię lubi, to nie pozwoli ci zejś na manowce. Jeśli cię kocha, choś nie wiem, czy sama potlafi to tak nazwaś, to zolganizuje ci szycie tak, szebyś nie musiała szię maltwiś o jutlo. O ile jej na to pozwolis. - Nie wydawało mi się konieczne, by mówić, że w moim przypadku zadziałało to tylko po części, a po drugiej zawiodłem ciotkowe oczekiwania. Mimo to nadal ją szanowałem, bo Ula nigdy nie była typem, co cię przytuli, ale zamiast tego każe skrzatom zrobić herbatę dokładnie taką, jaką lubisz, i postawi ją obok ciebie bez słowa, kiedy widzi, że masz kiepski dzień. Nie zapyta - nie dlatego, że nie obchodzi, tylko dlatego, iż daje ci przestrzeń. Właśnie o to zawsze chodziło - chodziło o to, jak potrafiła być bezwzględnie obecna. Tak, właśnie - bezwzględnie. Kiedy człowiek się sypał, nie rzucała pustych słów ani mądrości z poradników do hodowli młodych arystokratów - po prostu była. Zauważyłem to dawno temu, przede wszystkim wtedy, kiedy dużo rzeczy na raz zaczęło się komplikować. Chyba wcześniej od Corneliusa - już wtedy wiedziałem, że to nie była kwestia chłodu, tylko ciszy. Ciszy, która kryła w sobie cierpliwość i nieustępliwość - dwie cechy, które potrafią uratować komuś życie, jeśli są dobrze wycelowane i ukierunkowane. Ursula miała swoje zasady, często kompletnie absurdalne, ale przestrzegała ich jak kodeksu rycerskiego, i może właśnie dlatego potrafiłem jej zaufać wcześniej, niż sobie to uświadomiłem.
Zamilkłem na chwilę, przypominając sobie pewne zimowe popołudnie, gdy rozpadłem się jak domek z kart po jakimś idiotycznym liście z domu. Siedziałem wtedy przy kuchennym stole z głową w rękach, a ona tylko wsunęła mi pod nos pergamin, pióro i powiedziała: „Przestań jęczeć, jeszcze nie umierasz.” W rzeczy samej - nie umierałem, tylko musiałem podjąć konkretne decyzje, żeby sam się zabić. Tego dawnego siebie - zanim zrobi to ktoś inny, nim to oni mnie wykończą i zamordują.
Ursula miała to coś. Chociaż na pierwszy rzut oka mogła sprawiać wrażenie dystyngowanej, może nawet nieco zimnej kobiety, w rzeczywistości była kimś zupełnie innym. Z pewnością była damą starego typu, z jej manierami, dbałością o szczegóły i poglądami, które nieco na pierwszy rzut oka mogły odstraszać, ale to, co najbardziej mnie uderzało, to jej natura, która była czymś naprawdę wyjątkowym. W gruncie rzeczy była opiekuńcza, bardziej niż ktokolwiek inny, kogo znałem. Może nie mówiła tego głośno, nie uśmiechała się ciepło, nie tuliła - ale pamiętała, że ktoś nie lubi porów w zupie, ktoś śpi lepiej przy otwartym oknie, a ktoś inny nie znosi, gdy dotyka się go znienacka. Drobiazgi, które składały się na poczucie, że ktoś naprawdę patrzy - jesteś widzialny.
To była dama starego typu, naprawdę. Zawsze zapięta pod szyję, zawsze z jakąś biżuterią po matce - chociaż akurat tej matki, Merlin świadkiem, powinna była się wyrzec. Miałem nieszczęście widywać ją przy różnych okazjach. Ona nie rozmawiała - ona polowała. Wystarczyło, że weszła do pokoju, a temperatura spadała o dziesięć stopni. Tak, ale Ursula była inna... Miała w sobie ten rodzaj siły, której nie da się nauczyć. Trzeba się z nią urodzić albo przeżyć dość, by nie mieć już wyboru.
- Ale jej matka... - Dodałem z westchnięciem. - O, Pludence, nawet szobie nie wyoblasas. Kaszdy, kto ją poznał, ciesy szię, sze stalej jusz nie ma. To był sęp, i to taki balso szponiasty, jak z gotyskiego malowidła. Nie chosiła, tylko skladała się, jakby polowała. Miała taki wslok, sze człowiek szię posił, zanim jescze coś powiesiała... I ten szposób wypowiadania twojego imienia, jakby to było coś obszydliwego, niegodnego. Jakbyś była golsza nisz kilkudniowa padlina, chociasz pewnie, jakby mogła, to by cię opieldoliła. - Wzdrygnąłem się drugi raz. Miałem chyba około siedmiu albo ośmiu lat, gdy umarła. Była tak koszmarna, że za dzieciaka czasami mi się śniła - to nigdy nie były dobre sny, bardziej najgorsze koszmary. Byłem pewien, że jej dzieci, a te były wyjątkowo liczne, jak na kobietę bez krzty ciepła i czułości, całowały ziemię podczas pogrzebu. To była stara harpia - taka, co żywiła się cudzym zawstydzeniem i strachem, i miała zawsze rację - przynajmniej w swoim własnym mniemaniu. Na szczęście widziałem na własne oczy tylko parę razy, ale to wystarczyło. Jednym spojrzeniem potrafiła kogoś zmniejszyć do rozmiaru ziarenka grochu. Nawet Ursula się wtedy cofała. Mgliście pamiętałem, jak nazywała własną córkę - Ursulę Elsebet, jak już wspomniałem Prudence - „Ulriet”, chrząkała i uderzała palcami o dębowy blat. A miała palce jak kościste, zaostrzone szpikulce. Towarzyszyło I'm spojrzenie, które zamrażało wodę w szklance, i całe to jej dumne „najszlachetniejsze pochodzenie”, którym smagała innych jak pejczem, jakby szlachectwo dziedziczyło się z genami jak hemofilię. Ursula nigdy tego nie mówiła, nie wprost, ale po latach wiedziałem -  zdawałem sobie sprawę, że sporo kosztowało ją, by nie stać się dokładnie taką samą - i właśnie za to najbardziej ją szanowałem. Nie zbuntowała się, nie uciekła z domu, ale wyrwała się schematom - w jakimś sensie. Na pewnym poziomie mieliśmy coś, co nas łączy, nawet jeśli nie szanowała moich decyzji - wiedziałem, że mogę na nią liczyć. W tym domu nic mi nie groziło. Żadnemu z nas - niezależnie od krwi czy pochodzenia, nawet jeśli była tradycjonalistką, nie bez powodu miała miękki punkt dla Eliasa - nie od razu go z nami zaakceptowała, to pewne, ale szybko był „swój”, „nasz” zresztą też.
Czułem się trochę, jakbym grał teraz w jakąś grę... I to była gra, którą miałem dość dobrze opanowaną. Oczywiście, gdybym miał przyznać -  mogłem poczuć się pewnie w tej rozmowie, bo wiedziałem, że Prudence wciąż nie miała odpowiedzi na pytania, które już dawno zadałem i na które sam sobie odpowiedziałem. To było dla niej trudniejsze, bo w jej świecie nie było tak łatwo przełamać te granice, które sama wyznaczyła - dla niej przez cały okres szkoły, a pewnie też później, chociaż mnie to już wtedy nie dotyczyło, byliśmy zadufanymi w sobie, klasistowskimi bufonami sprawiającymi problemy, którzy z tylko sobie znanego powodu postanowili przygarnąć jej brata. Może traktowaliśmy go, jak zwierzątko domowe, albo coś w tym rodzaju - bawiliśmy się jego obecnością i nim samym - tak to pewnie wyglądało dla niej. Tylko, że nie dla nas.
- Elias… On, o dziwo, naplawdę szię wpasował. - Uśmiechnąłem się pod nosem, wspominając jego pierwsze tygodnie z naszą grupą. -Na poszątku miał twalde wejsie, nie dało się uklyś, sze był tlochę s innej bajki. Ale wies, co? Wblew posolom wpasował szię całkiem nieśle. Sybko zaszęliśmy tlaktowaś go jak swojego. - Wzruszyłem ramionami, ale wtedy myślę, że gdyby ktoś powiedział mi w pierwszym tygodniu szkoły, iż kiedyś nazwę go przyjacielem, pewnie bym się roześmiał. Albo splunął. Przecież, kiedy pojawił się po raz pierwszy, nikt z nas nie wierzył, że będzie w stanie wpasować się w resztę tej paczki - zresztą wtedy jej nie było, no, tak nie do końca. Nasza paczka istniała tylko w teorii - Corio i Ambroise się napierdalali, pluli na siebie, szczerze się nienawidzili, Romulus to wszystko analizował i miał z tego frajdę, ja zresztą też, a Elias gubił się w kodzie naszych rozmów, nie wiedział, kiedy żartujemy, a kiedy się z kogoś wyśmiewamy - bądźmy szczerzy, czasem my też nie wiedzieliśmy... Ale kurwa - był, był w tej paczce lepionej na ślinę i niezbyt dużo dobrej woli. Z biegiem czasu chłopak przestał być tym odrzutkiem. Jego początkowe problemy z przystosowaniem się do nas, do naszej rzeczywistości, zniknęły, a my - my zaczęliśmy traktować go, jak swojego, bo, mimo że byliśmy rozpuszczeni, bananowi i przekonani, że świat zaczyna się i kończy na naszych nazwiskach, to nadal byliśmy dzieciakami.
Potem Prudence rzuciła tym swoim niby-niewinnym „chyba też wolałabym wybrać Was niż Ślizgonów” i musiałem się powstrzymać, żeby nie parsknąć śmiechem. Oczywiście, że miała na nich alergię - jasne, że jako prefektka musiała znosić te wszystkie wężowe gierki, okrucieństwa zamaskowane jako „żarty”, hierarchie i zastraszanie. Sam to znałem - dorastałem wśród takich, moja rodzina była modelowym przykładem tego, co Slytherin robi z ludźmi, kiedy pozwoli się mu ich wychować od środka wśród tych samych sobie, a potem pójdą dalej.
- Plue, nawet nie plóbowałaś daś nam wtedy sansy. Wiem, wiem, to było zbyt mosno poniszej twoich standaldów. - Rzuciłem z przesadnym dramatyzmem w głosie. - Jusz to widzę, jak wybielasz nasze towaszystwo ponad te wszystkie ślisgońskie złotka. Galdziłaś nami, pewnie jescze myślałaś, sze śmieldzimy. Pieniąsem na pewno, klaszistko. - Zamrugałem teatralnie, ale nie mogłem się powstrzymać od cichego śmiechu, bo to była prawda - Prudence wtedy nie patrzyła łaskawym okiem w naszą stronę - zbyt głośni, zbyt niepoukładani, zbyt...  Gryffindorscy.
O tak - z tym też wiązała się zabawna historia. Tiara zdecydowała, że będzie zabawnie, jeśli wrzuci mnie do grupy porywczych, rozkrzyczabych pojebów, którzy reagują sercem zanim jeszcze pomyślą. Niemal cała moja rodzina to absolwenci Slytherinu. Zielone szaty, zadarte nosy, ambicje wypisane na każdej stronie rodowej kroniki. A potem przyszedłem ja - i co? Gryffindor. Największy dyshonor. O, jakiż to był wstyd - byłem żywym rozczarowaniem. Gdyby istniała jakaś magiczna komisja do cofania przydziału, jestem pewien, że ojciec by ją aktywował. Po powrocie do domu na przerwę, oczywiście, powiedział, że to „może i interesujące”, co w jego słowniku oznaczało „skrajnie oburzające”, ale nie była to najgorsza decyzja, jaką podjął za mnie magiczny kapelusz. Nie w dłuższej perspektywie, chociaż wtedy chciałem go podpalić. Byłem w takim szoku, że przez pierwsze tygodnie patrzyłem na swoje szaty jak na jakiś mało zabawny dowcip.
- A tak swoją dlogą, wies, sze niemal cała moja losina to alumni Slythelinu? - Dodałem, uśmiechając się nieco złośliwie - Matka, ojciec, dziadek, wujowie, kuzynostwo. Taka stala, dobla dynastia węszy. Nawet mój beznadziejny kuzyn, który ledwo zdał SUMy, pelfeksyjnie szię tam wpasował, więc moszesz sobie tylko wyoblaziś ten moment, kiedy Tiala wszasnęła mi do ucha „Glyffindol!” i cały lód doształ sbiolowego wylewu. - Uśmiechnąłem do siebie, bo nie było sensu się z tym kryć - byłem po prostu dzieckiem, które zamiast knuć, wolało walić prosto z mostu, przez co od razu na tym etapie życia zacząłem rozstrzeliwać się z rodziną, a potem było już tylko coraz gorzej. No cóż, najwyraźniej Tiara Uzależniona Od Dramatyzmu uznała, że się nadaję, by zasilić bandę impulsywnych świrów, którzy uważali, że dobry plan to plan, który zaczyna się od "a co, jeśli byśmy..."
- Skandal stulecia. Polaszka pokoleniowa. To było plawie jak kala śmielsi, tylko balsiej pasywno-aglesywna. Po powlosie w gludniu, ojciec pszes tysień w ogóle ze mną nie losmawiał. Matka udawała, sze to pomyłka Tialy i da szię to jesce odklęciś. Nawet babka, stala jak świat, ledwo ogalniająsa, co dzieje szię dookoła, powiesiała, sze „to musi byś jakaś plowokasja”. - Przytoczyłem tę historię, bo jej zdanie o Ślizgonach mnie rozbawiło, nie dlatego, że było niesprawiedliwe, bo nie było, tylko przez to, jak bardzo podobało mi się, że mówiła to właśnie do mnie. Do mnie, który przez większą część życia próbował albo udowodnić, że Tiara Przydziału się pomyliła, albo później rzeczywiście nie stać się jednym z nich, chociaż wychowanie miałem dość ślizgońskie. Kiedyś naprawdę wstydziłem się, że wylądowałem w Gryffindorze, teraz byłem niemal wdzięczny losowi za ten niewytłumaczalny - a może jednak przeciwnie? - przypadek. Może to był jedyny sposób, żeby nie zgnić od środka - mieć szansę przeżyć życie inaczej niż matka, ojciec, kuzyni - cały ten cholerny, rodowy teatr. Wzruszyłem ramionami, jakby te wszystkie spłynęły po mnie bez echa, chociaż w rzeczywistości ścisnęły mnie gdzieś głęboko pod mostkiem.
Prudence nie była ulepiona z tej samej gliny co ja - i całe szczęście. Potrzebowałem tej różnicy, tego zaskoczenia, że oto ktoś taki jak ona postanowił znaleźć się tu, obok mnie. Nie chodziło o to, że jej współczucie czy ciekawość były mi potrzebne. Nie łudziłem się, że jesteśmy sobie równi pod względem decyzji życiowych - ona nie musiała uciekać, a jednak w jej obecności coś we mnie miękło, jakby nagle przestawało się opłacać trzymanie gardy. Zamiast więc udawać, że jej słowa nie robią na mnie wrażenia, zaśmiałem się cicho, kiedy wspomniała, że zna mnie mimo fałszywych dokumentów. Oczywiście, że znała. Nawet jeśli nie do końca, to wystarczająco, żeby wiedzieć, że nie jestem Benjym Fenwickiem, ani żadnym innym zmyślonym typem, którego  życiorys można było przelać na papier, bo papier przyjmie wszystko i przyjąć do porządku dziennego. Wiedziała, kim byłem, i nie uciekała z krzykiem. To już samo w sobie było jakimś cudem.
- Zawse miałaś niepokojąso doblą pamięś. - Powiedziałem półżartem, spoglądając na nią spod oka, bo już wiedziałem, z czego to wynika. - Nawet wtedy, kiedy udawałaś, sze mnie nie widzis, tak balso ci podpadłem, sze pewnie wies nawet, kiedy mam te lealne ulosiny, bo wtedy zawse byłaś jakaś... Balsiej cięta. - Przez te parę lat, gdy się do niej zalecałem, to było bolesne, bardziej niż chciałem przyznać. Pamiętałem doskonale ten czas, gdy kręciła się gdzieś w pobliżu, ale nie była dostępna - nie dla mnie. Zbyt dobra, zbyt rozsądna, zbyt bezpieczna. A ja byłem wszystkim, czego należało unikać... I w swoje własne urodziny odpierdalałem wyjątkowo spektakularnie. Na tyle, że zawsze kończyło się to jakimś fakapem i obciętymi punktami.
Zaskoczyła mnie teraz tym, że chciała mnie poznać. Jakby przestała traktować mnie jak przeszłość. Jakby to, co między nami wydarzyło się mimochodem - ta nieuchronna konfrontacja dawnych uprzedzeń z obecną bliskością - było początkiem, nie błędem. Czułem to w sposobie, w jaki stawiała pytania: spokojnie, bez nacisku, ale z autentycznym zainteresowaniem. Jakby nie musiała wiedzieć wszystkiego od razu, ale chciała - stopniowo, cierpliwie - rozgryźć mnie kawałek po kawałku. To działało w obie strony, bo ja ją też, nawet jeśli chwilowo rozmawialiśmy głównie o mnie.
- Mówię. - Przytaknąłem, bardzo powoli, ale wyraźnie. To nie była sytuacja, którą łatwo można było sklasyfikować. Nie było w niej nic z planu - nic z tych rzeczy, które się analizuje w chłodne wieczory, przy lampce wina i nadmiarem wolnego czasu. To się po prostu wydarzyło. Nie wiedziałem, czy bardziej z przypadku, czy z konsekwencji wszystkich tych rzeczy, które się między nami skumulowały przez lata i wybuchły razem z pożarami. Może jedno i drugie, a może wreszcie przestaliśmy się oszukiwać, że to, co nas odpychało, nie było przypadkiem też tym, co w jakiś sposób przyciągało...
- Jesztem tym znanym złem? Czy to znaszy, sze wodzę cię na pokuszenie? Szebyś tylko tego nie szałowała... - Niby się uśmiechnąłem, towarzyszył temu zaczepny ton, ale te przemyślenia te były dziwne. Z jednej strony czułem, że dobrze mi się z nią rozmawia, ale na poziomie psychologicznym, na poziomie wewnętrznych mechanizmów, byłem w konflikcie. Bo przecież już dawno zauważyłem, że dla nas obojga granice, które sobie wyznaczyliśmy, były cienką linią. Zastanawiałem się, co się stanie, kiedy tę linię przekroczymy... Co gorsza, od chwili w garażu, coraz bardziej chciałem się tego dowiedzieć, a gdy Prue powiedziała te konkretne słowa - „to pierwszy taki przypadek” - zrobiło mi się całkiem ciepło. Instynktownie wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.
Nie spodziewałem się, że do tego dojdzie. Nasza historia nie wyglądała jak opowieść, która mogłaby mieć taki rozwój. Raczej jak notatka w aktach: „niedopasowanie”, „konflikt”, „napięcie nie do zniesienia” - ale teraz, idąc z nią w stronę kromlechu, czułem coś zupełnie innego. Inność, owszem, ale podszytą dziwną ulgą - znajdując się na zupełnym zadupiu, tylko z Prue, nie musiałem już być w wiecznym stanie gotowości do ucieczki, może dlatego opowiadałem jej więcej, niż zwykle bym opowiedział komukolwiek. Nie dlatego, że mnie ciągnęła za język, wręcz przeciwnie - jej powściągliwość była o wiele skuteczniejsza niż jakiekolwiek naciski. Zaufałem jej - o wiele wcześniej, niż sam przed sobą chciałem to przyznać. Nie musiałem - mogłem utrzymać tę wersję z dokumentów, mogłem udawać do samego końca, ale nie wydawało mi się to konieczne. Poniekąd uważałem, że prędzej czy później, przez ten tydzień, i tak by mnie przejrzała. Miała coś takiego w oczach wtedy podczas naszego pierwszego i drugiego spotkania... Więc jej powiedziałem, przynajmniej sporą część.
Wiedziałem, że wciąż nie wiedziała o mnie wszystkiego - i nie zamierzałem jej wszystkiego opowiadać. Zbyt wiele historii, zbyt wiele ran, zbyt wiele spraw, które nigdy nie były wyciągane na światło dzienne, ale mówiłem jej więcej niż komukolwiek innemu od lat. Nie dlatego, że próbowałem coś zbudować. Przeciwnie - może właśnie dlatego, że nie próbowałem, o było w tym coś na tyle ulotnego, kruchego, że nie trzeba było się zabezpieczać. Nie robiłem z tego aktu wiary. Po prostu byłem szczery. Bardziej niż w przeszłości.
Ona też się zmieniła. Nie była tą samą dziewczyną, którą znałem w Hogwarcie. Była bardziej… Dojrzała, zaskakująco pogodzona z własną nieidealnością. Zauważałem to w jej sposobie mówienia - w świadomości, że nie wszystko da się przewidzieć, że czasem trzeba po prostu iść przed siebie, choćby w nieodpowiednich butach. Może to dlatego w ogóle dała mi tę szansę, bo oboje zrozumieliśmy już, że nie ma czegoś takiego jak właściwy moment. Wszystko było albo teraz, albo nigdy.
Prudence nie była typem, który łatwo się odsłania. Jej emocje przemykały między słowami, ukrywały się w tym, jak marszczyła brwi albo jak podnosiła brew, gdy coś ją zaskoczyło, ale teraz widziałem, że była bardziej otwarta niż kiedykolwiek przedtem - a mimo to w dalszym ciągu ukrywała jedno... Albo przynajmniej usiłowała. Nie próbowała wyegzekwować taryfy ulgowej, nie zatrzymywała się co kilka kroków, żeby teatralnie westchnąć. Przeciwnie - szła, słuchała, zagadywała. Z determinacją, której się po niej nie spodziewałem. Była zdumiewająco dobra w kamuflowaniu zmęczenia. Nie narzekała ani razu, chociaż jej buty, te absolutnie nieprzystosowane do takich wędrówek laczki, musiały już dawno zacząć ją obcierać. Utrzymywała tempo, jednocześnie prowadząc rozmowę. Nie była wścibska, nie dopytywała, a mimo to wyciągała ze mnie rzeczy, których nie miałem zamiaru ujawniać. To nasze porozumienie, nawet jeśli tylko tygodniowe, to było więcej, niż kiedykolwiek sądziłem, że mogę dostać od kogoś takiego, jak ona - nie sądziłem, że kiedykolwiek mnie polubi, nie po tym wszystkim, nie po latach, a jednak... Może po prostu wszystko musiało się wcześniej rozpaść, żebyśmy w końcu mogli się spotkać naprawdę -  bez przeszłości, bez podziałów domowych i klasowych, i bez starych wersji siebie. To było absurdalne, że to właśnie ona okazała się być tą osobą, przy której czułem się całkiem swobodnie. Ona, z którą kiedyś nie potrafiliśmy spędzić pięciu minut bez przytyków. Ona, która była siostrą Eliasa, a przez to - z zasady - powinna być „niedostępna”. Nie tylko dlatego, że nie wypadało, ale dlatego, że to komplikowało wszystko, a mimo to przy niej zachowywałem się całkiem swobodnie, jak na siebie - nawet jeśli ten „ja” był tylko wersją, która przetrwała. Fragmentem człowieka, który musiał porzucić wszystko, by nie zostać zniszczonym.
Słowa Prudence zawisły w powietrzu, zbyt szczere, bo nie miała pojęcia, że trafiają dokładnie tam, gdzie nie powinny. Oczywiście, że miała rację. Oni naprawdę mogliby się wkurzyć. I naprawdę mogliby zacząć mnie ścigać. Tylko że… Już to robili, od dawna, nie potrzebowali więcej powodów. Wystarczył ten jeden, który popełniłem lata temu: wybór. Nie po ich myśli - wybór wolny, nielegalny w ich oczach, zdradziecki w ich mniemaniu. I tak - już byłem zdrajcą. Dla nich zawsze nim byłem, bo urodziłem się z nazwiskiem, które miało znaczyć jedno, a zrobiłem z nim coś zupełnie innego... Ale tego jej nie powiedziałem. Nie dlatego, że nie ufałem, iż nie poleci z tym do ministerstwa, tylko dlatego, że był to jeden z tych ciężarów, które nosi się w sobie, dopóki człowiek nie jest wystarczająco pijany albo wystarczająco zmęczony.
Nie. Nie powiedziałem jej tego. Jeszcze nie byłem na tyle nawalony... I raczej nie sądziłem, bym miał być.
Zamiast tego pociągnąłem kolejny łyk i rzuciłem luźno, może odrobinę za nonszalancko:
- Nie maltw szię na sapas, Plue. Szwietnie idzie mi ilytowanie nieodpowiednich ludzi. Lobię to zawodowo i jeszcze szyję. - Zabrzmiało to niemal beztrosko, jakbym się śmiał sam z siebie, ale to był tylko teatrzyk, znoszony przez lata, wypróbowany w towarzystwie ludzi, którzy nie musieli wiedzieć wszystkiego. A ona… ona nie musiała wiedzieć, że czasem budziłem się w nocy z palcami zaciskającymi się na różdżce i myślą, że to dzisiaj mnie znajdą.
Nie spojrzałem na nią. Nie dlatego, że nie chciałem - tylko dlatego, że za dobrze znałem konsekwencje patrzenia komuś w oczy, kiedy samemu nie chce się zdradzić niczego. Zwłaszcza komuś, kto dopiero co przyznał, że zaczyna cię lubić.
Bo co miałem jej powiedzieć? Nie musi się martwić, że odjebię coś głupiego, bo oni już mnie ścigają? Lista ludzi, którzy chcieliby zobaczyć moje ciało bez życia, jest równie długa, co rodowód mojej rodziny? Śmierciożercy nie potrzebują żadnego powodu - wystarczy im moje nazwisko i to, że postanowiłem z tym nazwiskiem zrobić coś, co było najgorszą skazą?
Ten wybór, który był wbrew wszystkim - mojej rodzinie, mojemu nazwisku, całej pieprzonej spuściźnie... Właśnie dlatego wybrałem ciszę, powiedziałem po raz pierwszy od bardzo dawna nie musiałem się tłumaczyć - nie musiałem opowiadać o tym, co było wtedy. To, że mówiłem, to był mój wybór... Więc zdecydowałem nie musiałem mówić, że jestem zdrajcą swojej krwi. Nie tylko buntownikiem, który wybrał inne życie... I nie mówiłem. Zamiast tego tylko rzuciłem jej krótki uśmiech.
- Byle nie za balso, Plue. Jesce ci pszejsie. - Było w tym coś z autoironii - coś, co miało rozładować napięcie, zanim zrobi się zbyt gęsto. Chociaż już było pod wieloma innymi względami... Mimo to nie do końca wierzyłem, żeby na dłuższą metę mogła mnie polubić, to był raczej pociąg, chemia, fascynacja - nie przyjaźń, to już ustaliliśmy, ale nie czysto fizyczna chuć. Raczej tymczasowe sympatyzowanie ze sobą, które miało przetrwać próbę tygodnia, ale nie dłużej. Może jeszcze jedno albo dwa spotkania kiedyś za parę lat, nie więcej, ale to było okej.
Wiatr muskał twarz i rozwiewał włosy, a widok na morze z wzgórza niemal odbierał dech, ale przez większość czasu kątem oka i tak patrzyłem głównie na Prue, jak na kogoś zupełnie nowego, a jednocześnie, jakby wciąż tą samą Prudence sprzed lat - tylko może, zanim moje podejście do niej zmieniło się na zupełnie wrogie. Nie oczekiwałem odpowiedzi, nie od razu -  wiedziałem, że dla niej pytania o impulsy były jak pytania o smoki - fascynujące, ale raczej teoretyczne. Jej życie, jak sama mówiła, było uporządkowane - co więcej, było widać, że długo jej to odpowiadało. Do teraz - teraz coś się zmieniło, może z powodu pożarów, możliwe, że ta zmiana miała inne podstawy, ale kobieta obok mnie z pewnością chciała postępować inaczej - widziałem to w jej oczach, gdy odpowiadała mi na pytanie.
Gdy powiedziała, że interesuje się czarną magią, nie mrugnąłem nawet. Czułem, że jest w tym coś naturalnego - coś, czego nie należy oceniać. Słuchałem jej, obserwując, jak delikatny wiatr rozwiewa jej włosy, a w jej oczach była ta sama iskra, którą pamiętałem z momentów, gdy zdawała się być czymś mocno zainteresowana i pewna swego, i chociaż minęło tak wiele czasu, odkąd widziałem to po raz ostatni, nie było w tym nic nieznajomego - raczej wzbudziło to uśmiech drżący w kącikach moich ust. Patrzyłem na nią, na jej twarz, i na sposób, w jaki mówiła o tym, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie - i w tej chwili, naprawdę, nie było w tym nic nadzwyczajnego. Ot - czarna magia... Właściwie, nie byłem zdziwiony - nie powinienem być, skoro widziałem jej mieszkanie - niewielkie, ale z klimatem - te dekoracje, zapachy, które zdawały się nie tylko pachnieć, ale wprost emanować w powietrzu - wszystko to składało się w całość. Pewne rzeczy można wyczytać z miejsca, w którym ktoś żyje - niby nie z niezmąconą pewnością, nie zarzuciłbym jej tego tylko na tej podstawie, ale teraz to miało więcej sensu. Wcale mnie to nie dziwiło, bo Prudence zawsze była inna, pełna tajemnic, oderwana. Teraz tylko potwierdzała to, co już wiedziałem, ale w sposób, który sprawiał, że to wszystko nabierało zupełnie nowego znaczenia. Zamiast zdziwienia, poczułem, że po prostu zaczynam dostrzegać jeszcze jedną stronę jej osobowości - nie taką, którą znałem kiedyś, gdy nie potrafiliśmy się dogadać, ale tą, którą teraz zaczynałem rozumieć.
- Posusenie ministelstwa, szeby uczyś szię odplawiaś czalnomagiszne lytuały, tak? - Powtórzyłem po niej, z rozbawieniem, obserwując jej twarz. - Pludence Bletchley, zaskakujesz mnie, jeszteś naplawdę wyjątkowa... - Zamiast mrugnąć z niedowierzaniem czy wybuchnąć śmiechem, spojrzałem na nią spokojnie, nawet z uznaniem, jakby to, co mówiła, było czymś interesującym. Dla mnie to nie było szokujące, bardziej… Naturalne. Dla większości ludzi, to było było coś przerażającego - coś, co kusiło i zwodziło na manowce, przez co było zakazane, ale niekoniecznie tak to wyglądało w moich własnych oczach. Dla mnie to nie wykraczało poza granice tego, co można by nazwać „normalnym” - nie w moim zawodzie, nie w kręgu moich własnych zainteresowań. Nie drgnąłem nawet, bo byłem już tak przyzwyczajony do jej nieprzewidywalności, że w zasadzie trudno było mnie czymkolwiek zszokować. Prawdę mówiąc, w tej chwili bardziej mnie to bawiło, bo czułem, jak bardzo ona się zmieniła przez te lata... I jak bardzo się zmieniłem ja, bo nawet jej nie oceniałem. Czasami w życiu wystarczy zaledwie kilka godzin, żeby przewartościować wszystkie priorytety. Zresztą, tak jak to, że się całowaliśmy kilka godzin wcześniej w garażu w domu ciotki, praktycznie już zaczynając się do siebie dobierać, nie było już ani dziwne, ani zaskakujące, tak to, że moja... Nie przyjaciółka, nie znajoma, nie dziewczyna... Moja... Prue? Prue? Niekoniecznie „moja” - Prue chciałaby kultywować czarną magię w jakiejś głuszy też nie było dziwaczne, ba, nawet do niej pasowało. Nie mogłem powstrzymać unoszenia brwi, patrząc na nią. W tym momencie nie wydawało mi się, żeby to było czymś, co powinno mnie szokować. Czułem, że jest w tym coś, co do tej pory nie zostało ujawnione - coś, co pasowało do tego nowego obrazu Prudence, którą właśnie poznawałem na nowo.
Patrzyłem na nią przez chwilę, a potem przeniosłem wzrok na horyzont. Morze zlewało się z niebem, a świat wokół nas wydawał się tak spokojny, jakby nie miał nic wspólnego z tym, co się działo w naszej rozmowie. Uśmiechnąłem się lekko i odpowiedziałem, zupełnie swobodnie:
- A więs... - Zacząłem z chrząknięciem, przygotowując się do dłuższej wypowiedzi i tego nie ukrywając, bo Prudence trafiła w temat, o którym mogłem się szczególnie wypowiadać. Nie to, by przeszkadzał mi brak wiedzy, żeby to robić w przypadku wielu innych tematów, ale tu naprawdę wiedziałem, o czym gadać - i chyba trochę ją chciałem tym zagiąć, żeby nie myślała, że trafiła na byle kogo, dla kogo czarna magia była czymś ekscytująco niewłaściwym, jak dla zaaferowanego dzieciaka. - Jak wlescie Colnelius tak cię wkulwi, sze postanowis to pieldolnąś, to najlepiej byłoby, gdybyś szię zaklęsiła w Chile. To tam czalna magia ma najgłębse koszenie, lusie tlaktują to zupełnie natulalnie, no i jest tam spolo pszestrzeni do działania. Jest balso powszechna, zupełnie inaszej tlaktowana nisz w Eulopie, ale... - Zamilkłem na chwilę, szukałem odpowiednich słów. - Oczywiście, to nie jeszt bespieszne miejsce dla kaszdego, a tym balsiej, to mosze nie byś najlepsze miejsce dla kobiety... Własiwie nie polesam tego miejsca w pojedynkę. Plawdę mówiąs, najlepiej byłoby, gdybyś znalasła kogoś, kto zna te lejiony dobsze... Ale to idealna destynacja, jeśli chosi o takie plany. Tylko w twojej posysji, tszeba by szię tszymać s dala od niektólych legionów. Pszede wsystkim Alaucanía i Biobío, mosze tesz Alauco, Cautín i Malleco... Tam moszesz mieś ploblemy. - Zastopowałem na chwilę, żeby złapać oddech, nieco przewróciłem oczami, jakbym rozmawiał o zwykłych wakacjach. - Na Haiti byłoby ci tlochę bespieszniej - są tam miejsca, gdzie taka magia i lytuały są tlaktowane s więksym sacunkiem, więs jeszli umies je plaktylowaś, to mas plecy. Pszynajmniej nie musiałabyś się maltwiś o to, jak cię potlaktują. - Powiedziałem to tak, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie, jakbyśmy planowali wyjazd na weekend, a nie omawiali miejsca, gdzie można załatwić dostęp do wiedzy na temat czegoś bardziej… Wyrafinowanego. - Zlesztą, całe południowe wybszese pełne jeszt takich miejsc, któle szą niemal pewniakiem, jeszli chosi o dostęp do tej wiesy, a ludzie szą w stanie się nią dzieliś, jeśli wsbudzis ich zaufanie. - Zaznaczyłem. - Meksyk to tak na tszecim miejscu. Ale… No wies, to chyba jusz baldziej mainstleam, stlasznie szię s tym obnoszą, mało jeszt w tym autentycznej, tajemnej wiedzy, na pewno nie byłoby to tak intensywne zgłębianie wiesy, jak w  Chile czy na Haiti. - Stwierdziłem, znając tamten region chyba najlepiej ze wszystkich, i chyba też najmniej go lubiąc pod kątem wykonywanych zleceń - były najbardziej powtarzalne, dotyczyły tych samych schematów. - S bliszsych miejsc nie ma chyba niczego ciekawego, s tego, co słyszałem. Lumunia, cósz, jeszt jusz tlochę oklepana. Kaszdy tulysta, któly szuka tajemniczych miejsc, kończy w Lumunii. Almenia to samo. A Aflyki nie polesam. Zbyt duszo chaosu, za duszo szeczy, któle są posa kontlolą. - Spojrzałem w dal, na horyzont i morze, a potem z lekkim rozbawieniem powiedziałem: - Posa tym, jeśli coś ci nie pójsie w któlejś s Amelyk, to jeszt sansa, sze szię spotkamy, a to samo w sobie sugeluje pszewagę tych destynasji, nie? - Zakończyłem, nie kryjąc tego, że nie uważałem, byśmy po tym tygodniu mieli nie chcieć się już do siebie odzywać, wręcz przeciwnie - mogliśmy nie mieć takiej możliwości, ale było między nami coś, czego nie można było zignorować - coś, co rosło z minuty na minutę, z każdą chwilą, która upływała. Chemia, przyciąganie, może trochę zaskakująca intensywność. Czułem, jakbyśmy zamykali tę lukę między nami, której nie dało się wypełnić przez lata.
Jakoś tak się stało, że stanęliśmy bliżej, niż się spodziewałem, ale nie narzekałem. Przeciwnie. Czułem jej zapach - tym razem nie perfumy, nie mydło, ale coś podskórnego, znajomego, może nawet niepokojącego, bo pachniała w taki sposób, że łatwo byłoby się w tym zatracić i znowu zacząć ją całować po skórze. Miałem ją na wyciągnięcie ręki i cóż, nigdy nie twierdziłem, iż jestem z kamienia. Poza tym wiedziałem, że to, co czułem, to nie była tylko samotność. To była potrzeba - potrzebowałem jej bliskości, znowu, tak jak wtedy, zanim nam przerwano, bardziej niż czegokolwiek innego tego dnia. Przełamałem tę nieokreśloną barierę, kiedy pociągnąłem ją do siebie - nienachalnie, raczej naturalnie - ręka powędrowała niepostrzeżenie na jej talię, a ja lekko zacisnąłem palce wokół niej i przysunąłem własne ramię z powrotem do mojego ciała. Nic wymuszonego, po prostu naturalny gest, jakbyśmy już tak mieli robić, jakby już nie było odwrotu. To była sugestia bez słowa, reszta zależała od niej - wcale nie musiałem tego mówić. Mogła się oprzeć, wyplątać się i odsunąć. Niewielki gest wystarczył, by wszystko stało się jasne.
- Nic stlasonego. - Powiedziałem miękko. - Mamy tu jesiolo. Lato jesce nie odeszło zupełnie, a woda pewnie wciąsz nie jeszt taka sła. Mosze noc nie bęsie zbyt jasna, księszyc nie jeszt nawet w połowie, ale tlochę ciemności, to nic, czego nie dałoby się obejś. - Zawiesiłem głos. Wiedziała, że to nie była tylko propozycja kąpieli - to był podtekst. Może nawet już nie tyle podtekst, co jasna deklaracja, bo przecież po tym, co się wydarzyło w garażu - tych spojrzeniach, po dotyku, po tym, jak nasze ciała same wiedziały, co robić - nie było sensu udawać, że będziemy się trzymać na dystans. Jeszcze nie przekroczyliśmy tej granicy, byliśmy blisko, ale nie, a mimo to, już wiedziałem, że nie chcę mieć z nią tylko jednego wieczoru - nie zamierzam poprzestać na jednej nocy, bo pragnę też kolejnej, co najmniej kilku, by dać sobie to, co zaspokoi nasze pragnienia. O ile ona też tego chciała, mogliśmy się śmiało pokusić o stwierdzenie, że możemy mieć ten wieczór nad jeziorem w świetle księżyca - nie mieliśmy być zawiedzeni, to było bardzo pewne.
Ona też już to wiedziała. Nie musiałem dodawać nic więcej. Wiedziała to od chwili, gdy całowaliśmy się w tym cholernym garażu, zapomnieni przez czas, przez świat, przez rozsądek. Po tym, jak nasze dłonie znalazły się tam, gdzie nie powinny, jak nasze ciała mówiły głośniej niż usta. W jej oczach zaczęło się coś dziać - zaczęło mi się to podobać.
Choćby to miało trwać tylko tydzień - ostatni oddech lata.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#13
05.05.2025, 18:00  ✶  

Nie pozostawało nic innego, jak zaakceptować to, że życie po prostu było zaskakujące. Co chwilę, te różne sytuacje jej o tym przypominały. Niby miała swój ułożony plan, już dawno temu, ale jakoś mało co udawało jej się realizować według niego. Nigdy nie zakłada, że w wieku trzydziestu trzech lat będzie odnawiać dawne znajomości z Hogwartu. Nie sądziła, że w ogóle ktoś będzie miał chęć poznać ją bliżej, nie po tym, co przeżyli wtedy, nie po tym jakim trudnym była człowiekiem. Zresztą nie tylko ona. Benjy również wtedy nie należał do osób najprostszych w obyciu. Oboje nie byli łatwi, z czasem jednak różnice się zatarły, oni się zmienili, wystarczyła chwila, krótka rozmowa, aby pojawiła się między nimi nić porozumienia. Stali się dla siebie dziwną próbą złapania oddechu, oderwania się od szarej rzeczywistości, wszystkim tym, czego potrzebowali w tym momencie. Nie negowała tego, wręcz przeciwnie wydawała się korzystać z możliwości, którą rzucił im los pod nogi. Uważała to za całkiem świeże i nowe i chciała sprawdzić, co z tego wyniknie, nawet jeśli miało być tylko chwilowe.

Nie było sensu dyskutować o tym, co się między nimi działo, właściwie potwierdzili sobie to, że nie będą przyjaciółmi, a gesty, które za tym szły jasno wskazywały na to, że to miało być coś zupełnie innego, czego nie było sensu nazywać. Towarzyszyło im w końcu poczucie tego, że to było tylko trochę dni wyrwanych codzienności. Nic większego nie miało to nieść za sobą. Zgadzali się na to, i zdawali sobie z tego sprawę, co powodowało, że nikt nie poczuje się oszukany, to było dla nich całkiem jasne, więc wiedzieli, czego powinni się spodziewać. Może właśnie przez te ramy czasowe, to co się między nimi działo eweoluowało dość szybko, brakowało im tej zwyczajnej niewinności, której towarzyszyły podobne sytuacje, raczej bez większego wahania sięgali po więcej, przekraczali kolejne granice, bo już niedługo znowu nie miało być niczego.

Wcale nie tak łatwo było jej się wspinać po tym podłożu, jasne, miała przy sobie pewne ramie, o które mogła się oprzeć, ale nie zamierzała nadużywać tej uprzejmości. Musiała sama jakoś sobie  z tym wszystkim poradzić. Zdawała sobie sprawę z tego, że on może domyślać się tego, że nie jest to dla niej łatwa przeprawa, zresztą od samego początku zwracał uwagę na te jej jakże urocze buciki, i wiedziała, że on wie, ale to nie zmieniało faktu, że mogła udawać, że było inaczej. Między innymi dlatego sama wolała zaangażować się w rozmowę, niżeli skupiać na tym, że jej stopy zapewne były w bardzo obolałym stanie, zresztą, gdy tylko wracała do nich myślami, to czuła, że nie jest najlepiej. Zapewne wieczorem pożałuje swojego wyboru, jednak teraz wolała skupić się na pozytywach związanych z tą wędrówką, a tych było zdecydowanie więcej, niż negatywów.

Nigdy nie wypytywała brata, czy Corneliusa o ciotkę Ursulę. Wiedziała, że Lestrange jest z nią blisko, miała świadomość, że Elias się tutaj pojawiał, ale nie było to coś, co powodowało jej zainteresowanie. Ot, kobieta, która zaoferowała im swoją przestrzeń, pojawiała się w ich życiu. Niektórzy mieli dość bliskie relacje z dalszymi członkami rodziny, tak już było. Nie miała w zwyczaju wypytywać o nieswoje sprawy, raczej po prostu akceptowała pewne informacje i stwierdzała, że dzieje się tak z jakiegoś powodu. Z tego, co wiedziała, to ciotka była starą panną, więc pewnie chciała mieć wokół siebie jakichś ludzi. W sumie pewnie zrobiłaby tak samo, gdyby przekroczyła pewien wiek, zaczęłaby się otaczać rodziną Eliasa, bo czuła, że w ich przypadku to on miał większe szanse na powodzenie, jeśli o to chodzi, chociaż również nieszczególnie się spieszył. Mężczyźni jednak mieli nieco prościej pod tym względem, później się ich przekreślało. Ona znajdowała się już poza granicą odpowiedniego wieku. Nie sądziła też, że miałoby się to zmienić, pogodziła się z tym losem i ewentualną samotnością, w sumie to jej to nawet nie przeszkadzało. Dobrze było jednak mieć kogoś wokół siebie, pod tym względem rozumiała Ursulę i wcale jej się nie dziwiła, że zaczęła opiekować się tą bandą chłopaków. To miało sens.

Szczególnie, gdy widziała w jaki sposób się o niej wypowiadali, zdecydowanie byli jej wdzięczni za to zainteresowanie, które im dawała, bezpieczną przystań, do której mogli wrócić. Mało kogo było stać na podobne gesty, szczególnie nie do rodziny spoza krwi, tutaj ona wydawała się nie mieć najmniejszego znaczenia.

- Nie zastanawiałam się nad tym, jaka jest, wiesz. Tak właściwie po prostu zaakceptowałam, że istnieje kobieta, która się Wami wszystkimi interesuje, wolę nie wchodzić jej w drogę, bo i tak niedługo mnie tutaj nie będzie. Nie jestem nikim istotnym, pojawiłam się, bo mogę się do czegoś przydać i to by było na tyle. - Zapewne wyraziłaby większe zainteresowanie chęcią poznania Ursuli, gdyby miała pewność, że to nie miały być tylko chwilowe interakcje, w takiej sytuacji jednak? Nie widziała powodu, aby za bardzo się do niej zbliżać, nie sądziła, że było to potrzebne. Prue była tutaj raczej zupełnie obcym ogniwem, które pojawiło się praktycznie znikąd.

- Dobrze jednak wiedzieć, że wy wszyscy macie kogoś, kto jest gotowy Was bronić. - Chyba każdy potrzebował mieć wokół siebie taką osobę, która była skłonna zająć się ewentualnym problemem. Nawet Ci niby bardzo samodzielni mężczyźni, którzy potrafili sobie radzić ze wszystkim potrzebowali poczucia wsparcia, przynajmniej tak się jej wydawało.

- Taka miłość może być bardzo trudna. - Niby rozumiała chęć zorganizowania życia najbliższym, próby wsparcia w ten sposób, jednak nie uważała, aby to była słuszna droga. Zdaniem Prue każdy musiał przeżyć życie po swojemu, sparzyć się na swoich błędach, jasne, dobrze byłoby mieć jakieś wsparcie, do kogo zwrócić się po radę, ale organizowanie życia to była lekka przesada. Szczególnie dla osób, które nie lubiły gdy ktoś mówił im, co mają robić, nawet jeśli wynikało to tylko i wyłącznie z ich dobra. Sama nie do końca tolerowała narzucanie sobie swojego zdania, jasne, jej życie było poukładane i nudne, ale tylko dlatego, że sama tego chciała, że wybrała taką ścieżkę, a nie dlatego, że ktoś ją do tego zmuszał, wtedy mogłoby być zupełnie inaczej.

- Ciekawe, czy miała świadomość tego, że wszyscy czekają na jej śmierć, myślisz, że tacy ludzie mają jakieś momenty zastanowienia się nad tym, po co właściwie to robią? Czy raczej są zaślepieni jakimiś poglądami i zupełnie nad tym nie panują? Po prostu tacy są? - Nie miała pojęcia, jak właściwie można do tego podchodzić. Czy takie osoby nie zdawały sobie sprawy z tego, że ich zachowanie raniło innych? Może miały to w dupie i zupełnie ich to nie obchodziło, nie potrafiła tego zrozumieć, bo jednak nigdy nie starała się krzywdzić innych swoimi oczekiwaniami, czy czynami. Raczej wolała niknąć w cieniu i zajmować się tylko i wyłącznie sobą, szczególnie, gdy dorosła. To było całkiem ciekawe do rozważania, nie sądziła jednak, że będzie w stanie zrozumieć ich pobudki, to raczej nie było takie oczywiste, jak się mogło wydawać.

- To chyba dobrze o nim świadczy, zawsze był bardziej do ludzi. - Nie musiała tłumaczyć bardziej od kogo, to było oczywiste. Jej brat naprawdę chyba gdzieś na samym początku przejął te wszystkie możliwe umiejętności z odnajdywaniem się w społeczeństwie, kiedy ona zgarnęła większość dziwactw. Nie miała mu tego za złe, z dwojga złego chociaż jemu udało się być całkiem normalnym i nie najgorzej odnaleźć wśród ludzi.

Tak właściwie wydawało jej się, że wszyscy byli do siebie podobni w tej swojej paczce, mieli pewne standardy zachowań, które ich wyróżniały na tle reszty, była gotowa nawet przewidzieć, kiedy akurat oni byli odpowiedzialni za kolejny durny numer. Tyle, że w tym wszystkim nie wydawali się jej być, aż tacy szkodliwi, znała osoby bardziej zawistne, dużo wredniejsze, naprawdę sporo się naoglądała będąc prefektką, chociaż wcale tego nie chciała. Zdecydowanie wolałaby być z dala od tych wszystkich durnych spraw, niestety nie do końca mogła to robić. Musiała się angażować, czy tego chciała, czy nie, czasem nawet próbowała mrużyć oczy i udawać, że czegoś nie widzi, ale nie mogła zbyt często na to sobie pozwalać.

- Myślałam, że mamy już za sobą rozmowę na temat standardów. Jeśli tak Ci łatwiej to zaakceptować, to niech tak będzie. - W jej mniemaniu to ona była poza ich standardami, ale przecież już o tym wspominała. Nie było sensu dalej rozgrzebywać jej dość chujowego poczucia własnej wartości na etapie edukacji w Hogwarcie i tego, w jaki sposób broniła się przed ewentualnym upokorzeniem. - Nie wybrałabym Ślizgonów ponad Wami, bez względu na to, jak bardzo Was wtedy nie znosiłam, ich nie znosiłam jeszcze bardziej. - Gardziła osobami, którym przyjemność sprawiało znęcanie się nad słabszymi, czy nieodpowiednio urodzonymi, a wśród Ślizgonów większość się właśnie tym charakteryzowała.

- Nie wydaje mi się, że śmierdzieliście wtedy tylko pieniędzmi. - Nie mogła się powstrzymać przed tym, aby w między czasie ugryźć się w policzek, bo chyba nie powinna tego mówić, ale jednak nie miała oporu. Ich pomysły były bardzo dziwne, wolała ich nie komentować, bo nadal nie do końca była w stanie zrozumieć co nimi kierowało w tamtych czasach.

Bletchley tak właściwie otaczała się głównie Krukonami i Puchonami, bo byli oni spokojniejsi, nie zwracali na siebie uwagi, raczej jak ona głównie przemykali gdzieś w tle, z dala od tej odwiecznej wojny między domami. Zresztą, otaczała się to chyba zbyt wiele powiedziane, kiedy musiała to doprowadzała do interakcji, tak to raczej od nich stroniła i zaszywała się w szkolnej bibliotece, bo nie przepadała za zbyt częstym towarzystwem. Była typowym introwertykiem, którego męczyło zbyt intensywne przebywanie wśród innych ludzi, a Hogwart nie był dla nich łatwym miejscem.

- Jakoś mnie to nie dziwi? - Czystokrwości o głęboko zakorzenionych tradycjach bardzo często trafiali do domu Salazara Slytherina, a Benjy należał właśnie do takiej rodziny. Zapewne wszyscy spodziewali się tego, że znajdzie się tam, gdzie wszyscy inni członkowie jego rodziny.

- Był to Twój pierwszy objaw buntu, a nawet nie miałeś na niego wpływu. - Chociaż, czy na pewno? Tiara miała swoje sposoby, wydawała się idealnie odczytywać cechy charakteru dzieciaków i nie wydawało jej się, aby myliła się w swoich osądach. Musiała zobaczyć w nim coś więcej, nie pasował najwyraźniej do innych ze swojej rodziny, może to i lepiej, bo dzięki temu zyskał tą nową, lepszą, może nie połączoną krwią, ale jednak faktycznie taką, której na nim zależało? Nie wątpiła, że w przypadku edukacji w Hogwarcie sporo zależało od tego, w jakim towarzystwie się obracano. Członkowie różnych domów, mieli swoje naleciałości i przyzwyczajenia. Dzieciaki uczyły się od siebie nawzajem pewnych standardów. Nie wydawało jej się, aby jemu zaszkodziło to, że znalazł się w Gryffindorze, może dzięki temu nieco bardziej i szybciej otworzyły mu się oczy? Kto wie, jakby potoczyło się jego życie, gdyby od najmłodszych lat otaczał się tylko i wyłącznie bardzo skrajnie nastawionymi konserwatystami.

- Te oczekiwania były od zawsze dość konkretne, co? Odpowiedni dom w Hogwarcie, odpowiednie wykształcenie, odpowiedni zawód, odpowiednia żona, wszystko musiało być jak od linijki według tego, co sobie wymyślili. - Przerażało ją to trochę, jak można było sobie ułożyć całe życie swojego własnego dziecka. Dopiero teraz zaczęła rozumieć, jak ciężko musiało im być spełniać te wszystkie oczekiwania i coraz mniej dziwiło Prudence to, że Benjy tym wszystkim pierdolnął i spierdolił z kraju. To raczej prosiło się o podobną reakcję.

- Teraz już wiesz, że z tą pamięcią to trochę oszukuję. - W końcu przyznała mu się do swojej drobnej dolegliwości, która nieco ułatwiała jej zapamiętywanie wszystkiego, co działo się wokół niej. Miała fory, jeśli o to chodzi, nawet jeśli ta jej choroba często przynosiła więcej problemów niż pożytku.

- Oczywiście, że wiem, kiedy masz urodziny, zresztą to całkiem niedługo. Jakieś marzenia z nimi związane? - Spodziewała się, że nie będzie go już wtedy w kraju, bo mówił o tym, że już niedługo będzie się stąd zawijać, ale mogła się o to zapytać, czyż nie? Być może nawet wyśle mu kartkę, której nigdy nie dostanie, bo będzie w drodze, ale skoro zmienili do siebie nastawienia, to mogłaby zrobić dla niego coś miłego z tej okazji.

- Dlaczego od razu określasz siebie jako zło? - Wolała to nieco sprostować, bo to było niewłaściwie, aby uważał się za zło, w jej oczach wcale tak to nie wyglądało. - Czy wodzisz na pokuszenie, być może trochę, ale strasznie łatwo się za Tobą idzie. To nie tak, że nie mam żadnego wyboru, prawda? - Zdecydowanie potrzebowała jakiegoś bodźca, aby nieco zmienić swoje postępowanie, czy to były pożary, które uświadomiły jej, jakie życie jest kruche, czy jego obecność, gdzie dużo prościej podejmowało się te mniej przemyślane decyzje, nie była do końca pewna, ale raczej nie sądziła, żeby był złem, które ciągnie ją za sobą gdzieś w ciemność, wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że ten dzień był jak na nią bardzo kolorowy.

- No i nie sądzę, że będzie czego żałować, raczej w drugą stronę, będzie, co wspominać. - Nie sądziła, że szybko zapomni te chwile, które razem spędzili, bo były one dla niej bardzo nietypowe, na pewno nie wyprze tego ze swojej pamięci, będzie mogła wracać do tego jednego momentu w życiu, gdy zachowywała się dość spontanicznie.

Okropnie łatwo przyszła jej ta zmiana nastawienia w jego towarzystwie. Nie spodziewała się, że kiedykolwiek do tego dojdzie, nie z nim, jak widać czasem te najbardziej niespodziewane sytuacje mogły się przytrafić. Może gdyby wcześniej była nieco bardziej otwarta na pewne sytuacje i osoby, już dawno miałaby za sobą ten młodzieńczy bunt, tak to musiała nadrabiać w średnim wieku pewne zachowania. Grunt, że udało jej się zwalczyć z pewnymi schematami, czuła dziwny oddech świeżości, dawno nie towarzyszyło jej takie uczucie i co najważniejsze wcale nie sądziła, że robi coś złego, bo przecież nie robiła. Byli dorośli, mogli podejmować nieprzemyślane, spontaniczne decyzje, szczególnie, że nikogo one nie krzywdziły, bardziej sprowadzały się do tego, że chcieli się dobrze bawić, bez zastanawiania się nad tym, bez myślenia o konsekwencjach, bo przecież żadne nie miały się pojawić. Wszystko sobie wyjaśnili, usystematyzowali, nie musieli mieć żadnych oczekiwań i może to było w tym wszystkim najlepsze. Nie nastawiali się na nic więcej niż na to, że spędzą razem ten tydzień, tylko tydzień, aż tydzień, to się właściwie okaże.

Nie miała najmniejszego problemu z tym, aby opowiedzieć mu co nieco o sobie, wręcz przeciwnie powiedziała dosyć sporo jak na siebie, może liczyła na to, że dzięki temu nieco zrozumie jej zachowanie, jej podejście, jej wycofanie. Kiedyś nie radziła sobie z tym tak dobrze, z czasem stawała się nieco bardziej przystępna, gdy darzyła kogoś sympatią, a już zrozumiała, że po prostu go lubi. Może potrzebowała do tego dość sporo czasu, zmiany otoczenia, jednak w końcu to do niej dotarło. Nie był takim kutasem za jakiego go uważała, wręcz przeciwnie teraz wydawał się być zupełnie inny od tego, jakim go zapamiętała.

Docierało do niej wraz z rozwojem tej konwersacji, jak wielu rzeczy kiedyś nie dostrzegała, jak wiele jej umykało, przez co też dosyć drastycznie go wtedy oceniała. Miała klapki na oczach, nie działo się tak bez przyczyny, jednak z czasem, doświadczeniem życiowym potrafiła spojrzeć na wszystko inaczej. Starała się pytać go o to co ją ciekawiło, jednak nie przekraczała przy tym pewnych granic, wiedziała, że są sfery o których nikt jakoś specjalnie nie lubił mówić, więc lepiej było unikać niezręczności, czy uciekania spojrzeniem, no i milczenia, które czasem bywało ciężkie. Przychodziło jej to całkiem łatwo, bo miała wyczucie, mimo tego, że mogła się nie wydawać szczególnie wprawiona w kontaktach towarzyskich. Prue była jednak dobrym obserwatorem i umiała ocenić na ile i kiedy może sobie pozwolić. Nie mieli zostać najlepszymi przyjaciółmi, to nigdy nie było im pisane, ale i bez tego mogła się o nim czegoś dowiedzieć.

- Jasne, jak zawsze jesteś bardzo pewny swego, co? - Miała świadomość tego, że już miał za sobą dosyć sporo kontrowersji. Na pewno nie był jakoś szczególnie miło widziany w Wielkiej Brytanii. Decyzja jaką podjął musiała przynieść ze sobą konsekwencje, oni nie wybaczali tak łatwo podobnych czynów. To będzie się zapewne za nim ciągnęło do końca jego żywota. Nie wątpiła, że tak będzie. Nie w momencie w którym ich świat aktualnie wyglądał, jak wyglądał. Nie mówiła o tym wprost, ale wiedziała, że aktualnie mógł być jedną z osób, na które polowali. W końcu rodziny jak jego przede wszystkim były odpowiedzialne za tę całą, niepotrzebną wojnę. Nie, żeby miała pewność, ale mogła się spodziewać tego, że jego kuzyn, ojciec, szwagier, czy ktokolwiek inny z bliskiego otoczenia biegali po Londynie zakapturzeni chcąc zademonstrować swoją władzę. Nie zdziwiłoby jej to wcale. Gdyby na niego trafili? Cóż, zapewne chcieliby udowodnić, co robić z osobami jak on, tymi, które znalazły w sobie siłę, aby przeciwstawić się tradycji i konwenansom i obawiała się tego, że mogliby sięgnąć po tę najbardziej brutalną metodę, by pokazać, że nie ma litości dla ludzi takiego pokroju. Nie sądziła, że drgnęłaby im różdżka, nawet gdyby wiedzieli, że to osoba w której płynie krew z ich krwi.

Tak, czy siak była zdania, że nie było sensu dokładać sobie kolejnych problemów, rzucać się w oczy, prowokować, bo to mogło przynieść jeszcze większe zainteresowanie jego osobą, a z tego, co mówił to zamierzał stąd zniknąć, wieść dalej to swoje nomadzie życie. Szkoda by było, żeby ktoś mu w tym przeszkodził. Nie, żeby sądziła, że tak łatwo byłoby mu zrobić krzywdę, Benjy wydawał się mieć doświadczenie w radzeniu sobie z problematycznymi osobnikami. Sama Prudence zdecydowanie wolałaby na niego nie wpaść w ciemnej alejce, no przynajmniej jeszcze kilka dni temu, teraz wiedziała, że nie zrobiłby jej krzywdy, ale jednak miał coś takiego w swojej postawie, że uważała, że warto było mieć do niego dystans, bo nigdy nie wiadomo, jak może skończyć się ewentualna konfrontacja.

- Nie da się kogoś lubić za bardzo. - Co to właściwie miało znaczyć, albo się kogoś lubiło, albo nie i kropka. Teraz nie było już odwrotu, bo zmieniła swoje zdanie na jego temat i z listy osób, za którymi nie przepadała przeniosła go na tę drugą listę, gdzie znajdowały się osoby z którymi potrafiła wymienić więcej niż kilka zdań, nie było ich zbyt wielu, w jej przypadku był to naprawdę spory wyczyn. - Teraz musiałbyś naprawdę się postarać, żebym znowu przestała Cię lubić. - Dużo łatwiej było zyskać w jej oczach niżeli spaść w hierarchii. Nie, żeby było to wyzwanie... wolałaby jednak, aby pozostali przy tym dziwnym czymś, tej relacji, która aktualnie się między nimi tworzyła. Może nie umiała jej nazwać, ale tak było dużo lepiej od rzucania w siebie piorunami z oczu i nieprzyjemnymi półsłówkami.

Prue nie miała problemu z tym, aby dzielić się swoimi przemyśleniami, tak właściwie to nawet nie wydawało jej się, aby to było w jakiś sposób niewłaściwe, chociaż chyba powinno być. Nekromancja, czarna magia, to nie były typowe zainteresowania osób jej pokroju, powinna się z nimi kryć, ale nie wydawało jej się to teraz potrzebne. Mogli poznać o sobie te drobne tajemnice, nie sądziła, aby Benjy je komukolwiek wydał. Czuła, że te sekrety są z nim bezpieczne. Może było to dość odważne podejście, zważając na to, że właściwie dopiero niedawno nawiązali tę nić porozumienia, ale wydawało się jej słuszne. Chciała być z nim szczera, tak po prostu, nie ukrywać swoich faktycznych ewentualnych marzeń, które miały się nigdy nie wydarzyć, bo nie oszukujmy się Bletchley nigdy nie podjęłaby takich irracjonalnych decyzji, nigdy nie porzuciłaby swojego życia i zniknęła gdzieś w pizdu, nawet gdyby bardzo tego chciała. Czuła jakieś dziwne przywiązanie do Wielkiej Brytanii, może chodziło o jej rodzinę, sama nie do końca wiedziała z czego ono wynikało.

Zupełnie nie ruszyło go to, że wspomniała o czarnej magii, właściwie to czuła, że tak będzie. Miała wrażenie, że jest doświadczony w podobnych kwestiach, zresztą dość szybko otrzymała potwierdzenie. Benjy miał praktyczne doświadczenie w tym, o czym ona głównie czytała. Jasne, nawiązała trochę znajomości na Nokturnie, aby mieć możliwość praktykować pewne zaklęcia, czy rytuały, jednak wiedziała, że świat może mieć pod tym względem dużo więcej zaoferowania, szczególnie, w miejscach w których nie trzeba było się pilnować i uważać, że ktoś może się tym zainteresować.

- Żeby poszerzać wiedzę, wiesz, tutaj jest ona nieco ograniczona. - Wzruszyła jedynie ramionami, bo nie wydawało jej się to wcale być czymś mocno zaskakującym. Jasne, zapewne nie wyglądała na osobę, która interesowała się podobnymi dziedzinami magii, ale każdy miał swoje tajemnice, to była ta jej. Nie pamiętała nawet kiedy zaczęła czytać zakazane księgi, gdzieś od zawsze w niej to siedziało, tak samo jak zainteresowanie śmiercią. Pewnie ciągnącą się za nią przez ten jej dar, jakim było widmowidzenie. Trupy towarzyszyły jej od zawsze, nie mogła tego zmienić, brała więc wszystko inne, co było z tym związane, jakoś tak wyszło. Nie były to może szczególnie pozytywne i wesołe pasje, ale od zawsze towarzyszyła jej ta dziwna aura, to pewnie nigdy się nie zmieni.

- Nigdy nie wydawało mi się, żebym była szczególnie wyjątkowa, więc dzięki? - To chyba był komplement? Przynajmniej tak to odebrała. Nie miała w zwyczaju zaskakiwać, raczej całkiem zgrabnie wtapiała się w tłum i udawała całkiem normalną, nieco ugrzecznioną osobę, bo tak było prościej. Może i dało się od niej wyczuć dziwną energię, ale ludzie łączyli to raczej z tą jej dziwnością, nikt nigdy nie uznał tego za coś wyjątkowego.

Nie czuła potrzeby ukrywania tej części siebie przed nim, dopuszczała do niej naprawdę wąskie grono osób, tak naprawdę mogłaby policzyć na palcach jednej ręki tych, którzy wiedzieli o jej zainteresowaniach. Benjy jednak wydawał się być wart tego, aby opowiedzieć mu o tym nieco więcej. Podzieliła się z nim zresztą sporą częścią swoich tajemnic, może nie wszystkimi, bo jednak znali się dość krótko, może nie znali, a zaczęli ze sobą sympatyzować. Jak zwał tak zwał, chciała jednak, żeby poznał ją taką, jaka była naprawdę. Tak po prostu. Po tym co się ostatnio wydarzyło wydawało jej się to być właściwe. Nie sądziła, że będzie tego żałować. Może dość szybko to wszystko działo się między nimi, ale miało się równie szybko zakończyć, więc nie sądziła, żeby niosło to ze sobą jakieś większe konsekwencje. Czuła, że rodzi się między nimi ta dziwna więź porozumienia, która nie zdarzała się zbyt często i warto było to odpowiednio wykorzystać, nawet jeśli miała zniknąć równie szybko, co się pojawiła. Odczuwała dziwną potrzebę wejścia w to jak najgłębiej, zrozumienia się nawzajem nieco bardziej niż tylko poprzez ogólnikowe informacje. Ciągnęło ją do niego nie tylko poprzez cielesność, miała wrażenie, że może ją zrozumieć też pod względem duchowym, co było dość zabawne, bo nigdy w życiu nie założyłaby tego, że będą potrafili się dogadać.

Nie sądziła, że trafi, aż tak bardzo w temat, w którym był ekspertem, jak widać znowu powinna była spodziewać się niespodziewanego, dodać dwa do dwóch, czy coś. Słuchała uważnie tego co miał jej do powiedzenia, nie wchodziła mu w słowo, analizowała to, co do niej mówił. Przetrawiała te informacje, które jej dawał. Nie odpływała jednak zwyczajowo dla siebie, była nadal tutaj obecna ciałem i duszą, więc nie było, aż tak źle, jak mogło być zważając na ten nadmiar danych, którym ją właśnie raczył. Było tego sporo, układała to sobie powolutku w swojej głowie.

- Pierwszym wyborem pewnie byłaby Europa, wiesz jak jest, strach by mnie na pewno obleciał przed dalszą wyprawą. - Nie miała wobec tego żadnego zawahania. Znała siebie, wiedziała, że musiałaby zacząć małymi krokami, tak już miała. Nie należała do tych osób, które od razu wskakiwały na głęboką wodę, raczej powoli się zanurzały. Taki już był jej styl działania.

- Skoro jednak mówisz, że nie warto, to też musiałabym zmienić swoje podejście. - Widać było, że Benjy ma spore doświadczenie w podobnych tematach, więc na pewno powinna wysłuchać jego rad. Gdyby tylko faktycznie kiedyś była w stanie podjąć taką decyzję... tak jasne, Prudence zostawiająca za sobą Londyn, Wielką Brytanię, to wydawało się być kurewsko prawdopodobne. Wiedziała jednak, że nigdy nie można mówić nigdy, bo to, że znajdowali się tutaj razem było tego potwierdzeniem.

- Czyli po głębszej analizie to powinno być Haiti? Tam byś mnie wysłał. Będę to miała na uwadze, kiedy rzucę wszystko w pizdu i postanowię zmienić swoje życie, musisz mi obiecać, że faktycznie będziesz wtedy na którymś z tamtych kontynentów, bo wiesz, raczej znajdę się tam sama i być może będę potrzebowała ratunku, a jak już wiemy, pojawiasz się zawsze kiedy go potrzebuję. - Raczej nie zakładała, że wzięłaby wtedy kogoś ze sobą, zresztą aktualnie nie miała w swoim życiu nikogo bliskiego, komu w ogóle mogłaby powiedzieć o takim absurdalnym pomyśle. Jeśli i o ile do tego dojdzie (tak, było to niemalże niemożliwe), to będzie musiała podjąć taką decyzję zupełnie sama, no i sama udać się w nieznane, co też jej jakoś szczególnie nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że taka podróż bez obecności innych ludzi mogłaby jej dać nawet więcej.

Nawet nie zauważyła kiedy wyciągnął w jej stronę rękę, położył ją na jej talii i przyciągnął do siebie. To znaczy poczuła, gdy jej dotknął, bo przyjemny dreszcz i ciepło znowu zaczęły rozchodzić się po jej ciele. Przyciągnął ją do siebie, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie, jakby właśnie tam było jej miejsce. Tuż przy nim i nie mogła walczyć z tą myślą, że właśnie tak czuła w tej chwili. To tam chciała się znaleźć, jak najbliżej niego, by móc schować się w tych ramionach, które chowały ją przed całym światem. Wydawało jej się to być właściwe, przymknęła na moment oczy i odetchnęła głęboko, nie chciała się odsuwać, pozwoliła więc sobie przylgnąć do niego, bo chyba tego w tej chwili potrzebowali, i on i ona, nie dało się temu zaprzeczyć, coś ich do siebie ciągnęło i już dawno przestali z tym walczyć, nie miało to żadnego sensu, nie gdy mieli spędzić ze sobą kolejny tydzień.

Uniosła głowę do góry, oparła ją przy tym o jego klatkę piersiową, czuła bicie jego serca i spokój, który im towarzyszył. - Czyli jest szansa, że zrealizujemy jedno z moich buntowniczych marzeń. - Tak, potraktowała to jako obietnicę, najwyraźniej ten czas miał być dla niej bardzo intensywny i przynieść jej więcej nieoczekiwanych pierwszych razów, których by się nie spodziewała. Była gotowa na to wszystko, i chciała, żeby to właśnie on jej w tym towarzyszył i nie chodziło tylko o to, że był w tym wszystkim wyjątkowo doświadczony. Chciała przeżyć z nim jeszcze więcej, tak po prostu, po tym co wydarzyło się między nimi w garażu nie zamierzała udawać, że nie zależy jej na tym, aby przekraczali razem kolejne granice. Chciała tego, to wydawało jej się być w tej chwili najbardziej pewną rzeczą ze wszystkich możliwych. To, że miał zniknąć? Cóż, pozostawi po sobie wiele interesujących wspomnień, być może odmieni jej podejście na zawsze, za co zapewne będzie mu wdzięczna. Był to może tylko moment w czasie, ale mógł przynieść jej wiele zmian, tak właściwie to już się działo.

- Myślę, że jesteśmy w stanie obejść wszystko. - Faktycznie czuła tak w tej chwili. Zakopali topór wojenny, znaleźli w sobie te wszystkie nowe uczucia, czymże więc było przy tym poradzenie sobie z ciemnością? Niczym takim. Była gotowa wskoczyć za nim do tego jeziora, chociaż przecież nie miała w zwyczaju postępować w ten sposób, ten jeden raz, podczas tego tygodnia, mogła jednak reagować inaczej, od razu rzucać się na głęboką wodę, wiedziała, że nie pozwoli jej utonąć. Była gotowa przyjąć to wszystko, co zamierzał jej pokazać, wyciągnąć z tego jak najwięcej i faktycznie nacieszyć się każdą, wspólnie spędzoną chwilą.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#14
06.05.2025, 18:07  ✶  
W tym dziwnym sensie, jakiego zupełnie nie przewidziałem, Prudence była jednym z tych... Zjawisk, które nagle zaczęły mieć sens - może nie na długo, zdecydowanie nie na zawsze, ale jednak, więc to, że potrafiła z taką obojętnością mówić o sobie w kategoriach przydatności, jakby wciąż musiała zasługiwać na cudzą uwagę - cholera, to było nie fair. Miałem ochotę złapać ją za drugie ramię i stanąć z nią tak w miejscu... Nie obejmować jej po rycersku, nie poklepać po głowie z litości, nawet nie zrobić tego, żeby powiedzieć coś o tym, że z pewnością była tu bardziej istotna, niż zakładała - tylko po to, żeby zatrzymać w miejscu ten jej wewnętrzny... No, cóż - pierdolnik. Zupełnie niepotrzebnie od razu zakładała, że była tu niechcianym elementem. Sama z siebie usiłowała zrobić z siebie niedopasowany fragment układanki, tymczasem ja, nawet po latach, zdawałem sobie sprawę z tego, że gdyby była rozpatrywana w takich kategoriach - tego niewłaściwego puzzla - to nikt by jej tu nie zaprosił. Nie zostałaby poproszona o pomoc, cokolwiek to miało być, bo tego mi akurat nie powiedziała, a ja postanowiłem nie pytać. Była tu co najmniej pożądana, a to było już wiele - tyle tylko, że od samego początku, odkąd to powiedziała, zdawałem sobie sprawę z tego, że cokolwiek bym powiedział - nie byłbym w stanie jej o tym przekonać. Wiedziałem, że w takich momentach żadne słowa nie robią różnicy - jeśli ktoś przez lata musiał uczyć się niewidzialności, to nie da się go przekonać, że zasługuje na blask, tylko dlatego, iż komuś się tak wydaje. Dlatego wybrałem inną opcję dialogową - bardziej podchwytliwą.
- Nie jeszteś nikim istotnym? - Powtórzyłem po niej. - Gdybyś naplawdę w to wieszyła, nie byłoby cię tu, nie pszyszłabyś, szeby pomós, bo nikt, kto czuje szię nieistotny, nie pojawia szię po to, by byś dla innych. Nie w taki sposób. - Stwierdziłem, wierząc w to, co właśnie powiedziałem - miałem pewność, że nikt jej tu nie ciągnął na siłę. Równie dobrze mogła być gdzieś indziej - u rodziców albo w jakimś całkiem luksusowym hotelu poza Londynem, na który na pewno ją było stać, a mimo to pojawiła się tu u nas - sama, z własnej, nieprzymuszonej woli - to wystarczyło, żebym patrzył na nią inaczej. Nie jak na kogoś z przeszłości, z odległego korytarza w zamku, gdzie kiedyś rzuciła we mnie najbardziej chłodne spojrzenie świata. Patrzyłem na nią jak na kobietę, która miała dość odwagi, żeby przyjąć życie, nawet jeśli nie układało się według planu, i wciąż miała siłę sięgać po te krótkie momenty kontaktu z kimś nieoczywistym, który stawał się czymś niepokojąco osobistym.
Nie chciałem się nad tym za dużo zastanawiać, bo każde rozważanie mogło to zniszczyć. Lepiej było nie nazywać, nie przypinać łatek. Zgoda na to, że nie będziemy przyjaciółmi, wcale mnie nie bolała, bo nic na tym nie traciliśmy. Najwyraźniej nadal mogliśmy rozmawiać praktycznie tak jak przyjaciele, zamiast rzucić się na siebie przy pierwszej, lepszej okazji, gdy tylko zostaliśmy sami, jakbyśmy mieli po kilkanaście lat i pstro w głowie. W moich oczach, to oznaczało tyle, że mógł przez nas przemawiać spożyty alkohol, ale nie przestaliśmy być dorośli i podjęliśmy świadomą decyzję, która dawała pewną przestrzeń - taką, w której mogliśmy być sobą bez obowiązku trzymania się na dystans. Nie musieliśmy grać, udawać, że nie ma między nami tej chemii, a przez to wszystko szło zupełnie naturalnie. W jednej chwili przekraczaliśmy kolejne granice, jakby nigdy nie istniały, a w kolejnej spacerowaliśmy, jak para staruszków, trzymając się pod rękę i rozmawiając. Może dlatego, że oboje wiedzieliśmy, iż to nie będzie trwało wiecznie, ale zarazem nie musi potrwać tyle, ile potrzeba, by alkohol wyparował nam z wydychanego powietrza i krwi. Dawaliśmy sobie czas i przestrzeń, jednocześnie się sobie nie narzucając, bo nie było takiej potrzeby - mogliśmy tym dysponować wedle woli, doskonale wiedząc, że to minie za tydzień, może mniej niż tydzień, i nie będziemy się potem do siebie odzywać listownie co kilka dni, ani dzielić się aktualizacjami dotyczącymi życia. Nie chciałem poznawać jej rodziny, jeśli miała ją kiedyś założyć, ani nic z tych rzeczy - to, co nawiązało się między nami, miało swoje miejsce i czas - tu, teraz, na tych cholernie kamienistych ścieżkach. Między mną, Prue, a jej lakierkami zdecydowanie utrudniającymi nam bycie szybkimi, wprawnymi piechurami i znalezienie się już na górze.
Chociaż zaoferowałem jej moje ramię, a ona przyjęła takie wsparcie, wiedziałem, że raczej umrze, niż zacznie się na nim wspierać mocniej, niż to absolutnie konieczne. Miała w sobie jakąś upartą dumę - nie taką, która drażni, ale taką, która sprawia, że człowiek chce... Nie wiem, schylić się i strzepnąć jej kawałki wrzosów przyklejone do lakierków na trochę żywicy z jakiejś gałęzi, nawet jeśli miałoby to skończyć się jej sarkazmem i wzdychaniem. Na tym polegała nie-przyjaźń.
Zgadzałem się z nią, że niektóre rodzaje miłości bywają trudne, ale też im byłem starszy, tym bardziej myślałem, że w pewnym wieku, nie mając nikogo do kochania w sposób romantyczny, nie potrafimy już kochać inaczej, jak właśnie w sposób opiekuńczy - kanciasty, czasem niezręczny, taki trochę pokraczny, może szorstkawy, ale nie niewłaściwy. Przynajmniej tak to poznałem, swego czasu, mając w życiu nie tyle te miłosne relacje, co bardziej taką między bliskimi sobie osobami. Widziałem to po sobie - to, że z czasem nasze uczucia nie tyle się wyciszają, bo nadal mogą sporo namieszać i spowodować ból, co stają się bardziej praktyczne. Nie ma już miejsca na wielkie deklaracje, są za to gesty - kubek whisky, który ktoś ci poda, zanim poprosisz, zasłonięte okno, wypolerowanie ulubionego noża, albo obecność w milczeniu - taka, która nie ciąży.
Nie musiała mówić, że jej brat był bardziej otwarty na ludzi, sam to zauważyłem przed laty - Elias miał w sobie coś miękkiego, coś społecznie elastycznego. On budował mosty, ona obudowywała się murami - chyba powoli sobie wyjaśnialiśmy, z czego to mogło wtedy wynikać, i chociaż to zdecydowanie nie było w moim bingo, to nie żałowałem tej chwili przypływu szczerości.
Kiedy zadała mi pytanie o to, czy taka osoba wie, że wszyscy czekają na jej śmierć, wzruszyłem ramionami i pokręciłem głową - nie miałem gotowej odpowiedzi. Prawdę mówiąc, sam nie byłem pewien, czy tacy ludzie myślą o tym w ten sposób - może naprawdę byli zaślepieni, może robili to z nawyku, może coś kiedyś ich złamało, a potem już tylko pękali dalej. Czasami z pewnością było tak jak w przypadku Ursuli, albo tym trochę bardziej gorzkim i kłującym, bo sięgającym mojej własnej przeszłości - w pewnym sensie oboje krzywdziliśmy innych nie dlatego, że tego chcemy - tylko dlatego, że nie umiemy inaczej, bo nikt nas nie nauczył, jak się kocha bez tych wszystkich schematów. Podejmujesz jedną próbę, zaliczasz fuckup - potem jest za późno, żeby się cofnąć i wyprostować te wszystkie błędnie wydeptane ścieżki. Ciotka Corneliusa w jakimś stopniu chyba postanowiła to odpokutować, biorąc sobie pod opiekę bratanka i bandę dzieciaków - ja raczej nie paliłem się do tego, żeby wziąć kogoś pod skrzydła. Prawdopodobnie powinienem - w tym zawodzie, który wykonywałem, to było wskazane, żeby przekazywać wiedzę młodszemu pokoleniu, ale po tych wszystkich wydarzeniach, jakie mnie spotkały, jakoś się nie spieszyłem.
- Myślę, sze wiesą. - Nawiązałem po chwili namysłu - pewnie wiedzieli, że wszyscy czekają, aż ich zabraknie, są kulą u nogi, ciężarem pokoleń, źródłem blizn, nie zamierzałem ich tłumaczyć, ale kiedy płoniesz zbyt długo, zaczynasz wierzyć, że to jedyny stan naturalny - poprzestałem na tej krótkiej odpowiedzi, nie rozwijałem tematu.
Nie odpowiedziałem od razu. Przez chwilę po prostu szedłem obok niej, zerkając ukradkiem, jak ostrożnie stawia każdy krok, czując jak zaciska palce na moim ramieniu, ale jednocześnie uparcie nie daje po sobie poznać, że każdy kamień na tej ścieżce wbija się w jej stopy.
- Slythelin, stasz w ministelstwie, dokładniej w Depaltamencie Mięsynalodowej Współplasy Czalosiejów, dalej placa dla Mięsynalodowego Biula Plawa, plosta dloga, by wywaliś stamtąd twojego klewniaka i szefowaś pszed czteldziestką. - Stwierdziłem zupełnie szczerze, mimo tego, że nie musiałem opowiadać jej o tym wszystkim aż tak dokładnie. Czemu tak to wyglądało? Ja sam nie byłem tego do końca pewien. To było jak odruch - jakby jej obecność ciągnęła za sobą potrzebę szczerości. Cholernie niekomfortową, ale cholernie uczciwą. - Laetitia Malfoy. To byłaby Laetitia Malfoy. - Dodałem. Równie dobrze mogłem się pod tym podpisać. Niby nikt mi tego nie powiedział wprost, ale z tyłu głowy wiedziałem, z kim chciano mnie swatać - dokładnie tak samo, jak tego, czego ode mnie oczekiwali. Przez większość życia trzymałem się swoich ram - może nie sztywno, ale wystarczająco pewnie, żeby nie wypaść poza nie całkiem. Potrafiłem wyłapać detale, reagować na sytuację - w domu nie byłem buntownikiem, przynajmniej do czasu, to nie skończyłoby się dobrze. Już ten Gryffindor został, tak jak oboje stwierdziliśmy, uznany za ten naprawdę duży przejaw buntu. To nie miało dobrego wpływu na nic w domu, za to w życiu poza nim - chyba na wszystko. Byłem rodzajem katastrofy, który przyciągał uwagę, interesował, ale zostawiał zgliszcza. Śmierciożercy. Moi krewni. Moi rówieśnicy. Moi dawni towarzysze. Wychowani w tych samych murach, karmieni tymi samymi słowami, obciążeni tą samą genealogią. Prudence nie musiała wiedzieć wszystkiego, ani nawet rozumieć, jak bardzo byli mi bliscy, zanim stali się moimi prześladowcami, a ja ich zakałą - jak bardzo musiałem się od nich oderwać, wyrwać z siebie to, co wyryto mi do kości, zanim mogłem stanąć po drugiej stronie. Decyzje, które podjąłem, nie były heroiczne ani dyktowane żadnymi wielkimi pobudkami, za to były nieodwracalne, jak podpalanie własnego domu z wiedzą, że nie ma się już gdzie wrócić.
- No, tak, telas to ma sens. Zdemaskowana. Sama zdlasiłaś swój seklet - supelpamięś s bonusem w postaci neuloatypowosi. - Uśmiechnąłem się pod nosem, nieco złośliwie, ale bez złośliwości, bo prawda była taka, że zawsze podejrzewałem, iż coś jest na rzeczy, tylko nie za bardzo wiedziałem, co i się w to nie zagłębiałem. Bo kto normalny pamięta każde moje słowo, każde spojrzenie, każde cholerne uniesienie brwi? Żaden normalny człowiek nie pamięta takich rzeczy. Nawet ja, przy całym swoim wyczuleniu na detale, nie potrafiłem cofnąć się w czasie z taką łatwością. Pamiętając nawet o tych urodzinach - po piętnastu latach - ot, kolejny numer w katalogu faktów o mnie, które przechowuje z chorobliwą dokładnością. Uniosłem brwi, jakby właśnie padło najgłupsze pytanie świata.
- Cósz, oplósz standaldowego „pszeszyś kolejny lok” i „nie skończyś jako nagłówek w Ploloku Codziennym”, nie mam zbyt wygólowanych oszekiwań. Najlepiej, szeby nikt nie lobił mi niespodzianek, nikt nie śpiewał „Sto lat”, co mi laszej nie glosi, i szebym mógł zupełnie zniknąś s ladalów na cały dzień. To i duszo alkoholu. S glubsza tak. - Milczałem chwilę, ale bez patosu - po prostu zbierałem myśli. - Cósz, dziękuję. To najładniejse „jeszteś molalnie podejszany, ale pszekonująsy” jakie kiedykolwiek usłysałem. - Parsknąłem pod nosem. Człowiek marzy o karierze badawczej, a kończy jako alegoria grzechu. - „Łatwo szię za tobą isie”, a to, to szię nazywa selekcja natulalna w odwlotną stlonę. - Uśmiechnąłem się szeroko, chociaż nieco krzywo. - Plawdę mówiąs, lepiej zaniszyś oczekiwania, to całkiem wygodne. Zlestą, jeszli wchodzę gdzieś jako „zło wcielone”, to potem kaszde nieco mniej szkodliwe zachowanie wygląda na pszejaw znudzenia albo łaski. Tak to działa, wies? - Parsknąłem pod nosem. - Chociasz s dlugiej stlony, skolo tak łatwo szię za mną isie, to mosze to jednak twoja wina? Niesdolnoś do opolu wobes mojego nieodpaltego uloku to chyba szeszywiscie jusz twoje lysyko i odpowiedzialnoś, mon amie, ja tylko istnieję. - Uśmiechnąłem się, tym razem szerzej, ironicznie, ale z jakimś niepokojącym śladem autentycznej sympatii - z cieniem radości, że mimo wszystko chciała się ze mną zadawać w ten sposób. Miałem świadomość, że po tym wszystkim pewnie będę dla niej trochę jak zdjęcie w starym albumie, które się ogląda z lekkim uśmiechem i myślą: „Co ja wtedy sobie myślałam?” ale w gruncie rzeczy mi to nie przeszkadzało, bo tworzyliśmy wspomnienia.
Westchnąłem teatralnie i wzruszyłem ramionami. Pewny siebie? Och, oczywiście - uśmiechnąłem się. Nie tym uśmiechem, który uspokajał ludzi i sprawiał, że przestawali zadawać pytania, tylko tym drugim. Tym, który mówił: „Tak, mam świadomość, jak chujowo to wszystko wygląda, i tak, właśnie dlatego się w tym taplam.” Od głowy, aż po same czubki butów ubabranych krwią i błotem. Może i miałem na koncie kilka - powiedzmy - kontrowersyjnych decyzji, może i nie byłem ulubieńcem towarzystwa w magicznej Brytanii, ale niech mnie szlag, jeśli zamierzałem chodzić na palcach tylko dlatego, że ktoś tu uznał, że zdradziłem „swoich”. Swoich - dobre sobie. Od dzieciństwa słyszałem, co jestem winien swojemu nazwisku, krwi, dziedzictwu. Jakby to była umowa, z której nie da się wypisać, a oddychanie nie po ich myśli było już aktem wojny... Ale tak - Prudence miała rację, przynajmniej w połowie - tego nie dało się już wymazać. Nazwisko nosiłem ukryte głęboko, jak piętno, a decyzje, które podjąłem, nie były czymś, co się rozchodziło po kościach z czasem. Śmierciożercy pamiętali - to nie tak, że mieli do mnie tylko „żal”, nie było im przykro, oni chcieli uczynić ze mnie przykład. Zademonstrować, że zdrada smakuje bólem i krwią, niezależnie od tego, kto ją popełnił. A co do tego „nomadziego życia”, o którym sam też czasami wspominałem w ten sposób - w myślach albo na głos... Cóż. Brzmiało to prawie romantycznie - tak poetycko, jakbym był jakimś pieprzonym bardem, który z własnej woli wędruje przez świat, szukając pieśni i wolności. W rzeczywistości było mniej heroicznie. Spałem tam, gdzie nie śmierdziało zbyt mocno stęchlizną. Jadłem to, co nie uciekało mi z talerza, a przez kilka pierwszych lat życia w ten sposób, każdej nocy zaklinałem cień, by nie zmienił się w kontur kogoś znajomego z maską na twarzy. Nomadyzm był eufemizmem, tułaczka - znacznie uczciwszym słowem. Nie było to dokładnie marzenie z dzieciństwa, ale musiałem przyznać, miało swój urok - brak adresu, brak zobowiązań, brak ludzi, którzy mogliby cię tak naprawdę zdradzić, bo najpierw trzeba być z nimi blisko, a ja, o dziwo, w ostatnich latach miałem dość zdrowego rozsądku, żeby tego unikać. Może i byłem porywczy, może i bywałem głupi, ale byłem głupcem z pamięcią, i pamiętałem, bardzo dobrze, jak to jest zaufać nieodpowiedniej osobie. Prudence zaufałem, bo było w niej coś takiego...
Nie musieliśmy się łapać za ręce ani składać obietnic. Nie musiałem wiedzieć, kim dla siebie jesteśmy, żeby wiedzieć, że właśnie tak o, tak po py, właśnie tu - w jakimś sensie należymy do siebie, chociażby na kilka dni. Choćby na kilkaset kroków pośród wrzosowisk, gdzie wiatr roznosił pokruszone liście wrzosów, a zimne, morskie powietrze kąsało ramiona. Po tych nagłych pożarach, które w kilkadziesiąt minut ogarnęły Londyn, wszystko było możliwe, więc lepiej było nie szastać słowami - nawet to, że to mógł wcale nie być tydzień, co do którego chyba oboje się skłanialiśmy, mimo że żadne z nas nie złożyło werbalnej deklaracji: „Oddalamy się od siebie w przyszłą niedzielę w samo południe, a do tego czasu uznajemy to cokolwiek, co się dzieje między nami.” Może jutro miało nas już nie być w Exmoor. Może mieliśmy wytrzeźwieć i wszystko wróci do normy... Co prawda akurat w to średnio wierzyłem, no, ale... Koleje losu były niezbadane. Może zaraz coś miało sprawić, że ona znów założy swoją zbroję, a ja znowu wścieknę się o jej niedostępność, spakuję się w noc i zniknę bez śladu. Szczególnie, że już zainstalowałem Astarotha w lepszej części piwnicy i nie byłem aż taki potrzebny komukolwiek do szczęścia, skoro w domu znajdowało się tyle osób. Prawdę mówiąc - nawet Prudence mogła im z tym pomóc, to nie była wielka filozofia. Tak czy siak, wszystko się mogło zdarzyć, ale teraz... Teraz byliśmy tu. W tym jednym, niepowtarzalnym, kurewsko szczerym momencie. Gdyby poszła o krok dalej i przyznała, że nawet w godzinach pracy korzysta z pomocy zmarłych na różne sposoby, niekoniecznie legalne - nie żeby im to miało jakoś szczególnie przeszkadzać - wzruszyłbym ramionami, bo życie bywa dziwne. A śmierć? Jeszcze dziwniejsza. Nie byłem typem, który przestaje patrzeć na kobietę z pożądaniem tylko dlatego, że czasem miewa przerażające, retrognitywne wizje albo rozmawia z duchami.
Miałem ochotę sięgnąć po papierosa, ale zamiast tego tylko pociągnąłem z butelki, odchylając się lekko w tył. Przez moment nie powiedziałem nic, bo za bardzo zajęty byłem faktem, że właśnie nazwała mnie kimś, kogo lubi - że właściwie przeniosła mnie z jednej rubryki do drugiej, jakby w jakimś starannie prowadzonym rejestrze. Z niechcianych do... Tolerowanych? Lubiła mnie - szybko poszło, do cholery, patrząc na to wszystko, co było za nami. Parsknąłem pod nosem, cicho, jakby sam do siebie, z rozbawieniem, które nie do końca było śmiechem.
- „Nie da szię kogoś lubiś za balso...” - Powtórzyłem, nie patrząc jeszcze na nią, ale za to poruszając brwiami w wymownym wyrazie mimicznym - to był bullshit. - Wies, sze to zdanie jeszt kompletną bsdulą? W sensie… Jestem szywym dowodem na to, sze szię da, i zwykle końszy szię to katastlofą... Ale miło, sze dajes mi szansę na spektakulalną polaszkę. - Spojrzałem na nią kątem oka, odrobinę zaczepnie, ale z czymś, co nie było już tylko ironiczne. Gdzieś między tymi zdaniami wcisnął się inny ton - mniej żartobliwy, bardziej prawdziwy i samoświadomy. Na dłuższą metę, prawdopodobnie nie wytrzymalibyśmy dłużej niż kilka dni tej dziwnej bliskości - właśnie na tym polegało to nasze nie-do-nazwania, ale oczywiście - mogła mówić to, co chciała. Świadomość, że jesteśmy tu na chwilę, paradoksalnie pozwalała sięgać dalej, głębiej. Może właśnie dlatego to wszystko było takie intensywne - bez filtra, bez etykietek, bez szans na: „Lubię cię bardziej niż to było w planach - nawet za bardzo.”
- No i świetnie. Telas to jusz w ogóle nie mam wyjsia. - Westchnąłem teatralnie. - Będę musział ci udowadniaś, sze jesztem walt tej nowej, eksklusywnej listy. - Wywróciłem oczami - to była obietnica bez romantyzmu, bez kwiatów i pierdolenia o księżycu - po prostu fakt, bo jeśli rzeczywiście wszystko się miało skończyć tak szybko, jak się zaczęło, to przynajmniej chciałem, żeby było tego warte. Nie zamierzałem jej podpadać, a nawet wręcz przeciwnie, ale wykonanie... Z wykonaniem mógł być lekki problem. - Nie będę szię spesjalnie stalał, szeby cię znowu zniechęciś. - Rzuciłem, uśmiechając się półgębkiem. Uśmiech ten, mimo że rozbawiony, miał w sobie coś z prowokacji. - Ale mam dziwną tendensję do bysia losczalowaniem, spytaj kogokolwiek, walto to mieś na uwadze. - Potem pokręciłem głową z lekkim rozbawieniem. Zresztą Prudence też zdawała się mieć dość realistyczne spojrzenie na ludzi, więc podejrzewałem, że wie, z czym się wiąże trzymanie kogoś takiego jak ja blisko. Nie, żeby chciała mnie trzymać dłużej, niż na chwilę - żadne z nas nie wchodziło w to z żadnymi poważnymi oczekiwaniami. Przyjdzie moment, w którym zniknie z mojego życia równie płynnie, jak do niego weszła i vice versa.
Potem zeszło na temat wyjazdu - na to jej ciche marzenie o rzuceniu wszystkiego, i ten trochę absurdalny scenariusz, w którym Prudence Madison Bletchley zostawia swoją londyńską mgłę i znika w krajach, które nie znają poprawnej wymowy jej nazwiska - tam, gdzie byty i rytuały mają inne imiona. Słuchałem jej dalej - tego, co mówiła o tym, co zdecydowanie siedziało jej w głowie od lat, a co ja znałem nie tyle z książek, co z potrzeby - tej brutalnej, życiowej, która nie pytała o moralność, tylko o skuteczność. W dużej mierze to nie były moje własne tematy - zazwyczaj pracowałem z kimś, kto odwalał robotę wymagającą wiedzy z zakresu nekromancji - to zdecydowanie nie była moja dziedzina. Tak samo było z innymi tematami, chociaż na czarnej magii znałem się już zdecydowanie bardziej, nawet jeśli ja łamałem klątwy, nie je rzucałem - potrzebowałem wiedzieć, co i jak, by w tym wszystkim był jakiś porządek, nawet jeśli trudny do przyjęcia dla tych, którzy nigdy nie stali blisko granicy życia i śmierci, i nie robili żadnych kontrowersyjnych rzeczy. Gdy natomiast chodziło o praktyczne wykorzystanie zaklęć i rytuałów czarnomagicznych do pozbywania się przeciwności losu, przeszkód, albo, no, po prostu - ludzi - to nie była moja główna domena, zdecydowanie wolałem przemoc fizyczną, nie magiczną. Rzucanie zaklęć nie było moim pierwszym wyborem. Tu zdecydowanie się różniliśmy.
Patrzyłem na Prudence, jak mówi, jak wzrusza ramionami, jak od niechcenia dzieli się czymś, co dla większości byłoby przynajmniej powodem do milczenia, jeśli nie do wstydu. Czarna magia. Widmowidzenie. Nekromancja. Cały ten zestaw, z którym większość ludzi od razu wiązałaby przekleństwa, szaleństwo albo śmierć. Ona mówiła o tym jakby dzieliła się ulubionym przepisem na sernik - naturalnie, bez napięcia.
- Na malginesie, wies, sze większoś lusi by cię telas spaliła na stosie albo co najmniej wtląsiła do Askabanu? - Rzuciłem, nieco zbyt beztrosko. - Neklomansja, czalna magia, kostnica, dziwne pasje, widzenie tlupów... Bszmi jak klasyszny pszypadek, by daś ci łatkę „czalnoksięsznisy”. - Zauważyłem lekkim, konwersacyjnym tonem - dokładnie takim, jaki wykorzystywała Prudence. Wysunąłem język, przejeżdżając nim lekko po nadkruszonej prawej trójce. To było takie… Odruchowe. Coś, co działo się, zanim zdążyłem to przemyśleć. Nie miałem wyrzutów sumienia za to, co powiedziałem. „Czarnoksieżnica”? Dobrze wiedziałem, że nie znaczyło to nic złego w moich oczach. Zresztą w tej chwili, szczerze mówiąc, sam wyglądałem tak, jakbym sprzedał swój kompas moralny za sześć sykli w pierwszym lepszym lombardzie... Nie byłaby to szczególnie błędna interpretacja mojego życiorysu. Moralność nigdy nie była moją najmocniejszą stroną... A może wręcz przeciwnie - nie mając skłonności do rozterek na temat tego, co jest białe, a co czarne, czułem się lekko, jakbym zrzucił z siebie wszystkie te społeczne kajdany, które w wielu sytuacjach nie pozwalałyby mi działać tak swobodnie. Świat był tylko szary - zawsze.
Lubiłem ten moment, kiedy wiem, że druga osoba zaczyna się zastanawiać, co, u diabła, za chwilę powiem, a Prudence zabrzmiała tak, jakby była bliska skrzywienia się na komplement, i nie do końca wiedziała, co z nim zrobić. Jak ktoś, kto całe życie słyszał głównie szyderstwa i fałszywe podlizywania, więc każde dobre słowo brzmi dla niego podejrzanie. A w tym wypadku miałem bardzo czyste intencje - no, powiedzmy, że czyste - to nie była tylko tania bajera. Mówiła o sobie, tak po prostu - doceniałem to. Nie próbowała czarować, udawać, przekonywać - to, co padało z jej ust, to była prawda. Może nie cała - ale do cholery, ile razy w życiu ktoś mówi ci szczerze cokolwiek, nie próbując cię do siebie przekonać, i to jeszcze w taki sposób, jakby to wszystko było tylko ciekawą anegdotą do opowiedzenia przy winie - że kiedyś, być może, rzuci wszystko w cholerę i pojedzie na Haiti, z zaklętym plecakiem i torbą pełną ksiąg, które każdy umiarkowanie szanujący się auror skonfiskowałby bez mrugnięcia okiem? Ja nie miałem ani potrzeby, ani ochoty być moralnym drogowskazem.
To, co powiedziałem, to nie był to komplement w stylu „ładnie dziś wyglądasz” ani sucha ocena charakteru. Nie. To było coś więcej.
- Wies... - Uśmiechnąłem się znowu, tym razem bardziej subtelnie, ale wciąż wyraźnie. - Jeszt coś naplawdę niepokojąso wyjątkowego w kobiecie, któla potlafi sprawiś, sze fasetowi kompletnie pszestaje pszeszkadzaś własne molalne banklustwo. - Dodałem już niżej, prawie mruknięciem. Patrzyłem na nią dalej, zupełnie otwarcie - ani na moment nie uciekłem wzrokiem, ani razu nie udawałem, że chodzi tylko o żart, o przekomarzanie się. Teraz to już było flirtowanie bez asekuracji. Błyszczały mi oczy - tak jak zawsze wtedy, gdy coś mnie bawiło w sposób nie do końca moralny, a w kąciku ust rozgościł się uśmieszek, który już dawno przestałem próbować tłumić. Gdyby teraz, bez mrugnięcia okiem, przyznała, że po pracy oddaje się nekromancji, wskrzesza trupy w piwnicy i rozmawia z duchami, siedząc w rozwiązanym szlafroku i jedząc truskawki, prawdopodobnie tylko kiwnąłbym głową i mruknął coś w rodzaju: „Jeśli już byli martwi, to w czym problem?” A, gdyby dodała, że w godzinach pracy też od czasu do czasu wykorzystuje zmarłych do własnych praktyk, wzruszyłbym ramionami i zapytał, całkiem poważnie, czy przynajmniej ma zniżki na komponenty w związku z pracą w biurze koronera.
- Eulopa to dobly początek dla kogoś bez więksych ambicji. - Mruknąłem po chwili milczenia, krytycznie, wracając do wcześniejszego wątku. - Bespieszna, względnie cywilisowana, z toną upszedzeń, które da się obejść. Ale jak naprawdę chcesz czegoś nauczyć się o czalnej magii albo neklomansji, to nie tam. Śmielś w Eulopie jeszt ucywilisowana. Stelylna. Przefiltlowana pszes ministelstwa i legulasje. Sama wies, jak to wygląda. Tam, gdzie wiesa tajemna szyje naplawdę, tam umiela się inaszej. - Nie wyjaśniałem tego głębiej - nie potrzebowałem, bo osoba taka, jak Prue, na pewno wiedziała, co mam tym na myśli. - Tak, Haiti to najlepsy kielunek. - Dodałem, próbując się nie uśmiechnąć. - Ale... Jesce, posa tą czalną magią, tylko jeśli lubis duchy, tlopikalne upały i ludzi, któszy mówią do zmalłych jak do sąsiadów, nawet jeśli nie mają twojego dalu. Inaszej zostań pszy Lumunii. Natomiast mosna szię w tym odnaleś, selio. - Wzruszyłem ramionami.
- Dobla, skolo tak stawiasz splawę. - Westchnąłem, ciężej niż potrzebowałem, zdecydowanie teatralnie, ale kiedy to mówiłem, wiedziałem już, że jestem po uszy w czymś, co zdecydowanie pachniało problemem. Tym przyjemnym rodzajem problemu, który człowiek sam sobie sprowadza na głowę, uśmiechając się przy tym jak idiota - niby na tydzień, a już teoretycznie robiliśmy szersze plany. To było nawet zabawne. - Jeśli faktysznie kiedyś spakujes ten swój czalny plesaszek i postanowisz zniknąś, to... Tak. Będę tam. Mosze nie dokładnie w tym momensie, w któlym będę pszes ciebie oczekiwany, nie jak jakiś jebany wybawisiel z bajki, ale... Znajdę sposób, szeby szię spektakulalnie zjawiś. - Kiwnąłem głową - chyba byliśmy umówieni, chociaż tak naprawdę nie sądziłem, by Prudence kiedykolwiek opuściła tereny Wielkiej Brytanii, no, przynajmniej nie na dłużej niż na dwutygodniowe wakacje albo jakąś konferencję naukową. Ta pozostała reszta Europy była w jej zasięgu, ale raczej nic dalej - mimo wszystko, nadal jawiła mi się, jako opanowana i zachowawcza, nawet jeśli robiliśmy to, co robiliśmy. Zachowywaliśmy się raczej bez skrępowania, to zdecydowanie była jakaś nowość i akt buntu, ale nie aż taki. - „Wypatluj mnie piątego dnia o świcie. O bszasku patsz na wschód.” - Dodałem mruknięciem, mimo to, nie do końca wiedząc, czy jest w stanie wyłapać odniesienie, czy raczej uzna mnie za poetę, podrabianego wieszcza, albo za debila. Nawet się nad tym nie zastanawiałem. W tym momencie spekulowaliśmy o czymś, co i tak miało się nie wydarzyć. - Gdybyś naplawdę kiedyś uciekła, zadbam, szebyśmy nie zginęli w jakimś lesie albo nie zostali zamienieni w kozy pszez lokalnego szamana, m'kay? I nie poswolę ci dotykaś za balso pszeklętych altefaktów, nawet jeśli to cię bęsie kusiło, bo takie zaswyszaj mają ciekawe histolie. Najpielw je dla ciebie odklątwię. - Zawiesiłem na niej wzrok, poważniejąc nieco, ale tylko trochę, z tym błyskiem w oku, który zwykle oznaczał, że właśnie ktoś zrobił coś, co nieodwołalnie i zupełnie bezlitośnie mnie zaintrygowało. Nie siliłem się na żadne fałszywe zawstydzenie - nie udawałem, że nie wiem, jak wyglądam, kiedy tak na nią patrzę. Niektóre decyzje w życiu podejmowałem sercem, inne... Cóż, niekoniecznie sercem. Natomiast w tym wypadku...?
Prawda była taka, że przyciągnąłem ją do siebie zanim zdążyłem cokolwiek przemyśleć - ręka sama odnalazła jej talię, ciepłą przez materiał, delikatną w sposób, który wywoływał we mnie jakąś starą, pierwotną potrzebę. Nie znałem jeszcze wszystkich jej buntowniczych marzeń, ale już wiedziałem, że jeśli jedno z nich miało się spełnić, chciałem być częścią tego. Nie dlatego, że chciałem ją zdobyć, chociaż oczywiście, pragnąłem jej - cholernie, głęboko, od... Nie wiedziałem, od kiedy, bo to wszystko działo się w dziwnym rytmie i w jeszcze dziwniejszy sposób, ale teraz chodziło o coś więcej, niż tylko fizyczną chemię. Chciałem jej potowarzyszyć - wiedzieć, co ją budzi w nocy, co sprawia, że śmieje się do rozpuku, co ją złości, co koi... Wiedziałem, że nie mam prawa tego chcieć w jawny i otwarty sposób - tak, byśmy nie musieli się przejmować realiami, ani nie na długo... Ale ten tydzień? Tę garść dni? To mogło należeć do nas, a potem byłem gotów zniknąć, zostawić po sobie tylko wspomnienie, może trochę chaosu, albo kilka wymienionych słów, które zostaną z nami na dłużej. Oboje wiedzieliśmy, jakie to nietrwałe, i się na to godziliśmy - bo czasem wystarczy jedna dobra chwila, przeżyta naprawdę. Taka, która zostaje nie dlatego, że była idealna, ale dlatego, że była prawdziwa. Opierała się o mnie lekko, bezpiecznie, jakby wiedziała, że nic jej tu nie grozi. Co za ironia, biorąc pod uwagę, że to ja byłem prawdopodobnie największym zagrożeniem, jakie znajdowało się w promieniu kilkunastu mil, a w dodatku stało tuż obok.
To niemal przypominało tamten wieczór - ten wśród ognia, krzyków, zgiełku, gdy nie było czasu na myślenie. Tam też byliśmy blisko, bardzo blisko. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że się znamy. Nie znaliśmy własnych nazwisk, nie rozpoznawaliśmy nawzajem swoich głosów, ale mimo wszystko przy niej czułem wtedy coś tak pierwotnego, tak silnego, że nie potrzebowałem uzasadnienia. Wciągnąłem ją wtedy w cień przesmyku między budynkami, osłoniłem sobą. Odruch, instynkt - cholerna potrzeba, żeby ją ochronić. Nawet jeśli była mi zupełnie obca. Nawet jeśli nie miałem pojęcia, dlaczego właśnie ją wybrałem z tłumu.
Teraz było spokojniej, ale tak jak wtedy - nie potrzebowałem zaproszenia ani nawet pretekstu. Była tak blisko, że wystarczyło jedno przesunięcie dłoni - ledwie świadomy gest, który wykonałem, zanim zdążyłem go przeanalizować. Palce same odnalazły drogę do jej talii, już znajomej i zaskakująco naturalnej w dotyku, chociaż jeszcze kilka dni temu nawet nie przyszłoby mi do głowy, że ją dotknę. Przyciągnąłem ją do siebie z odruchem, który nie miał nic wspólnego z rozsądkiem, a raczej wiele wspólnego z głodem - nie tylko fizycznym, chociaż ten nie dawał mi spokoju, ale z głodem obecności, ciepła, miękkości drugiego ciała. Zapachu włosów, tego zmysłowego zawieszenia między tym, co niewinne, a tym, co już takie nie jest. Pachniała trochę truskawkowo, ale też czymś ziołowym i ciepłym, jak letnie noce i stare księgi.
- Oczywiście, sze to obejsiemy. Oglaniszenia szą dla tych, co nie potlafią kombinowaś. - Mruknąłem z rozbawieniem. - A kombinowanie, to pszeciesz cała idea buntowniszości, plawda? - Spojrzałem w dół, na jej włosy, z których kilka pasm opadło niesfornie na czoło, i zmrużyłem oczy, uśmiechając się nieznacznie. Była zabawnie drobna, naprawdę, zawsze to wiedziałem - widziało się to, kiedy staliśmy naprzeciw siebie i Prudence podnosiła głowę, żeby mi odpowiedzieć jakąś złośliwością. Poważnie, jakby ktoś skondensował złośliwość i godność w niewielką formę, którą z łatwością dało się otulić ramionami. Miałem ochotę skomentować jej wzrost, ale tym razem zostawiłem to w spokoju - to nie był moment na zaczepki. Opadła na moją klatkę piersiową z tą dziwną ufnością, której jeszcze niedawno bym się po niej nie spodziewał. Oparłem podbródek na jej włosach i poczułem, jak się rozluźnia, jakby coś w niej uznało, że to miejsce jest bezpieczne - ja jestem bezpieczny. Totalna bujda, ale nie w stosunku do niej.
Moja ręka spoczywała na jej talii, a ona wtuliła się we mnie w sposób tak naturalny, jakby od zawsze znała moje ramiona i w tej chwili ufała im bardziej niż czemukolwiek innemu. Nie zdziwiła mnie ta bliskość - zdziwiło mnie tylko to, jak dobrze się z tym czułem. Było coś osobliwie właściwego w tej naszej prowizorycznej bliskości - umowie zawartej bez słów chyba jeszcze wtedy przy aptece w Londynie, kiedy jeszcze nie wiedziałem, kim była. Jeszcze nie znałem jej imienia, nie wiedziałem, że ma zwyczaj komentować wszystko tonem, który potrafiłby wyprowadzić z równowagi nawet kamień. Teraz to już nie była nieznajoma - teraz to była Prudence, i owszem, to powinno wiele komplikować. Powinno zapalać w mojej głowie wszystkie te migające ostrzegawcze światła, powinno mnie odpychać, parzyć w dłonie, przypominać o całym tym pogmatwanym układzie, w którym nie powinniśmy się znaleźć, ale nie - nic z tego. Nie obiecywaliśmy sobie niczego, ale oboje wiedzieliśmy, że nie będziemy się cofać.
- Zlealizujemy to szysenie i kaszde inne, któle szię po dlodze pszypląse. Nawet te najbalsiej haldkolowe albo wlęsz pszeciwnie - szenująso waniliowe, te tesz, szebyś nie dostała zawału od nadmiaru wlaszeń, nudzialo-czalnoksięszyco. - Kiwnąłem głową, a moje usta musnęły czubek jej głowy - powoli, z zamyśleniem, bardziej jak oddech, niż jak pocałunek. Dotknąłem wargami jej włosów - wolno, leniwie, bez żadnego wyraźnego celu poza tym, że… Chciałem. Musiałem się jeszcze trochę bardziej, chociaż lekko, pochylić, co było absurdalne i zupełnie niepraktyczne, ale jakoś nie miałem z tym problemu. Zamrugałem powoli i, cofając podbródek, spojrzałem w dół, na nią, na ten ledwie dostrzegalny cień uśmiechu w kącikach jej ust. Nie powiedziałem od razu, bo wszystko, co mogłem powiedzieć, brzmiałoby jak obietnica, której nie mogłem dotrzymać, ale w mojej ciszy była aprobata - decyzja o postaraniu się, żeby ten tydzień był na swój sposób czymś wyjątkowym.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#15
07.05.2025, 01:27  ✶  

To w pewnym momencie stawało się po prostu nawykiem. Gdy ktoś był tłem musiał znajdować sobie jakiś sposób na to, aby móc chociaż przez moment pozwolić innym o sobie przypomnieć. Bletchley wybrała jako tę metodę nabywanie wiedzy. Mało kto był taką chodzącą encyklopedią, zazwyczaj zwracano na nią uwagę, gdy brakowało odpowiedzi. Wtedy mogła się na coś przydać, wtedy - wyjątkowo oczy zwracały się w jej kierunku. Inaczej raczej zapominano o jej istnieniu. Przywykła do tego, z czasem bardzo chętnie zaczęła odnajdywać się w cieniu, zrozumiała, że to było jej miejsce. Nie musiała błyszczeć, nie musiała być jedną z osób, które wymagają się uwagi, ciemność wcale nie była taka zła. Pozwalała na więcej. Skutecznie chroniła ją przed całym złem tego świata. W końcu dzięki temu nikt nie zwracał na nią uwagi, nie interesował się nią jakoś szczególnie, co na dłuższą metę, w jej przypadku nie było takie najgorsze.

Nigdy nie zakładała, że może być gdzieś mile widziana. Tak naprawdę to raczej zdawała sobie z tego sprawę, że trudno byłoby dostrzec różnicę w jej obecności, czy nieobecności, bo zwyczajowo jednak głównie milczała i obserwowała. Mówiła, gdy faktycznie uważała to za słuszne, lub kiedy oczekiwano od niej tego, że się odezwie. Nie była osobą która chętnie dzieliła się swoimi osądami, wolała to zachować dla siebie.

Nie użalała się nad sobą, to nie do końca o to jej chodziło, bardziej po prostu nazywała rzeczy po imieniu, przynajmniej w jej wizji świata nikt nie zdecydowałby się na to, żeby zaprosić ją do siebie po coś więcej niż korzystanie z jej wiedzy. Jasne, wiedziała, że to niosło ze sobą coś więcej, musiała wzbudzać jakieś zaufanie, musiała w pewien sposób wpasować się w tę grupę ludzi, skoro postanowili ją tutaj zabrać ze sobą. Nigdy jednak to nie byli jej najbliżsi, raczej była po prostu siostrą Eliasa, która mogła się na coś przydać, a że miewała problemy z asertywnością, nie była w stanie odmówić pomocy, to nie wahała się nawet chwilę. Była tutaj - bo jej potrzebowali. Tyle, nie było w tym żadnej większej filozofii, nie zapominała o tym, że i do niej została wyciągnięta ręka, kiedy znajdowała się w swoim największym dołku, kiedy przestała radzić sobie z rzeczywistością, kiedy zawód który miał dawać jej radość stał się jej największą mantrą. To wszystko składało się w całość.

- To odruch. Pojawiają się momenty, kiedy po prostu wiesz, że to jest właściwe miejsce, że musisz się tam pojawić. Nie dopisywałabym temu jakiegoś głębszego znaczenia. Bywam, bywam tam, gdzie jestem potrzebna. - Pojawiała się i znikała. Nie pozostawiała po sobie nawet drobnego śladu. Wiedziała, że jej zainteresowania i wiedza są przydatne, nie należały bowiem do zbyt częstych, co powodowało, że jej obecność mogła wydawać się atrakcyjna, mogła mieć sens. Była całkiem życzliwa, chętnie służyła radą. Nie zawsze aż tak się izolowała. Szczególnie, że znajdowało się tutaj kilka osób, za którymi zaczęła przepadać. Mimo wszystko też była człowiekiem, a ludzie raczej nie mieli w zwyczaju żyć w całkowitym odosobnieniu, tylko, że w jej przypadku nie były to jakieś bardzo intensywne więzi, chyba nie do końca potrafiła je stworzyć. Wylewność też nie przychodziła jej łatwo. Nie zmieniało to jednak faktu, że zawsze była skłonna nagiąć swoje zasady, pojawić się, kiedy wymagała tego potrzeba, a nawet rzucić wszystkie swoje pilne sprawy. Nie uważała, aby było to coś wielkiego, wręcz przeciwnie, chyba każdy by tak postąpił? Prawda?

- To nic wielkiego. - Przynajmniej tak się jej wydawało. Może kiedy on o tym mówił dawało jej to nieco do myślenia, może faktycznie nie była tu niemile widziana, może w pewnym momencie swojego życia stała się jakąś częścią tej gromady, jednak nigdy nie przekraczała pewnych granic, które też sama sobie wyznaczyła. Lubiła ten dystans, zachowawczość, to było dla niej naturalne, chociaż dzisiaj sporo się zmieniło. Zaczęła się spoufalać z jednym z nich, tak, że sama chyba nigdy nie założyłaby, że coś podobnego mogło się wydarzyć. Do tego trafiło na osobę, o której raczej nigdy nie pomyślałaby w podobnych kategoriach, życie jednak lubiło zaskakiwać, nawet takie nudne, jak to jej. Właściwie ostatnio stawało się coraz bardziej interesujące. Widocznie musiała przeżyć te ponad trzydzieści lat stagnacji, aby w końcu coś mogło ją zaskoczyć. Lepiej późno, niż wcale.

Rozmowa toczyła się wyjątkowo lekko. Nie była wymuszona, jakby było to dla nich zupełnie naturalne, jakby wcale nie zmienili swojego podejścia do siebie o sto osiemdziesiąt stopni. Nie zakładałby, że coś takiego może się jej przytrafić, na pewno sporo zależało od rozmówcy, od jej nastawienia do niego, a przede wszystkim ono się zmieniło. Zauważyła, że jest kimś innym, a nie tym za kogo go uważała. Wcale nie potrzebowała do tego wiele czasu. Okropnie szybko jej to przyszło, i czuła, że było to związane z czymś więcej, bo wyczuwała też to przyciąganie między nimi, dużo bardziej fizyczne, napięcie wiszące w powietrzu od jakiegoś czasu, ale nie kierowali się tylko i wyłącznie nim. Próbowali się poznać, czegoś się o sobie dowiedzieć, zrozumieć swoje postępowanie. To wcale nie było takie oczywiste w przypadku podobnych emocji, oni jakoś sobie to wszystko układali, lawirowali między tymi bodźcami, i nie wydawało jej się to nawet jakoś specjalnie skomplikowanym zabiegiem. Rozumieli się nawzajem, to czego potrzebują, czego oczekują, mimo, że nigdy o tym nie rozmawiali, przychodziło im to zadziwiająco lekko. Czasem chyba trafiały się takie momenty w czasie i przestrzeni, gdy dwoje prawie nieznajomych mogło być dla siebie tym, czego po prostu potrzebowali, to zdecydowanie był jeden z takich momentów.

Nomenklatura nie była szczególnie istotna. Nie musieli nazywać tej dziwnej relacji, która się między nimi wytworzyła. To nie było jakoś szczególnie. Grunt, że rozumieli się bez słów, że brnęli razem pośród tych kamieni, korzeni i sam Merlin wie czego jeszcze, co wcale nie było dla niej takie typowe. Wiedziała, że bez tego ramienia, które jej zaproponował zapewne wywaliłaby się na twarz kilka razy, ale nie pozwolił na to, nie komentował też jakoś szczególnie tych jej uroczych bucików - a mógł. Ogólnie dość łatwo przyszło im dostosowanie się do siebie, naturalnie, jakby to była najprostsza rzecz z możliwych. Może tak właśnie miało być, może nie zauważała tego wcześniej przez swoje klapki na oczach, nie była teraz w stanie do końca tego stwierdzić. Wiedziała jednak, że teraz czuła się właściwie, mimo tego, że postępowała wbrew temu do czego przywykła, mimo tego, że to leżało bardzo daleko od jej strefy komfortu, przy nim czuła się po prostu dobrze. Dużo lepiej niż przy wszystkich innych, to ją nieco przerażało, bo nigdy by się tego nie spodziewała, ale poniekąd też cieszyło, bo dobrze było zrzucić z siebie ten cały ciężar, tę zbroję, w końcu sięgnąć po prawdę, nieco się odsłonić. To naprawdę było bardzo przyjemnym uczuciem.

Prue chyba nie zwalałaby to na alkohol, nie teraz, nie po tym jak się to zaczęło. Tamtego wieczora była zupełnie trzeźwa, a i tak chciała to zrobić, przekroczyła wtedy granice dla niej nieprzekraczalne. Sięgnęła po coś, po co nie mogła sięgnąć. Pocałowała zupełnie obcego mężczyznę, bo czuła, że powinna to zrobić. Nawet jeśli podskórnie wiedziała, że on nie może być obcy, że wiążę ich jakaś przeszłość, że skądś się znali. Nie przeszkadzało jej to jednak, nie obawiała się konsekwencji, niby zakładała, że się nie pojawią, ale czy mogła być tego pewna? Niby jak. Skoro towarzyszyła jej ta dziwna świadomość, to uczucie, że to nie było ich pierwszym spotkaniem, miało być ostatnim - to też się nie spełniło. Mimo wszystko czuła, że nie robi nic złego wchodząc w to coś, co się między nimi wytworzyło. Nie chciała zadawać niepotrzebnych pytań, w żaden sposób tego systematyzować, po prostu przyjęła tę aktualną wersję rzeczywistości, w której znajdowali się obok siebie, rozmawiając o wszystkim i o niczym, i przyszło jej to nad wyraz lekko, jakby było to najnormalniejszą rzeczą ze wszystkich możliwych.

Nie było potrzeby aby naciskać, wyciągać z siebie informację siłą, mogli się dzielić ze sobą tym, na co mieli ochotę i w sumie czuła, że tak się dzieje. Nie pozostawali sobie obcy, powoli uczyli się o sobie coraz więcej, ale nie podsuwali sobie na tacy całej prawdy, wszystkich informacji. To mogło być zbyt wiele, jak na taką krótką znajomość. Nie mogli przewidzieć, co przyniesie czas, kiedy postanowią opuścić to miejsce, nie mieli pewności ile właściwie było im dane, ale czy to coś zmieniało? No nie do końca, ciągle to oni decydowali o tym, jak bardzo się odsłonią, czym postanowią się podzielić. W sumie dzięki tej niewiedzy mogli pozwolić sobie na więcej, bo mieli też świadomość, że nie będą stałymi elementami w swoich życiach, a to też nieco ułatwiało rozmowy o wszystkim. Nie musieli czuć się oceniani, bo to miał być tylko moment, nie potrzebowało to głębszej analizy, przewidywania kolejnych zachowań, po prostu przy sobie byli - wtedy kiedy tego najbardziej potrzebowali, w tej formie, która też wydawała się być odpowiednia na ten moment. Nie musieli być przyjaciółmi, chociaż czy to, co właśnie robili różniło się tak bardzo od przyjaźni? Otwierali się przed sobą, ale towarzyszyło temu jeszcze to wiszące w powietrzu widmo niedokończonych spraw, pożądania, które musiało w końcu znaleźć swoje ujście.

Może w garażu dość szybko zaczęli przekraczać kolejne granice bliskości fizycznej, tak teraz zupełnie od tego odbiegali. Skupili się na innych aspektach tej znajomości, widocznie łączyło ich nieco więcej niż tylko ta najbardziej prosta, odzwierzęca forma bliskości. Nie chodziło im wyłącznie o cielesność, dostrzegli to, że mogą ze sobą rozmawiać (rychło w czas), to tworzyło coś zupełnie nowego, co nie do końca umiała nazwać, pewna była jednak tylko i wyłącznie tego, że to właśnie z nim chciała teraz spędzać czas. Może to było głupie i zupełnie spontaniczne, ale nie chciała tego negować, nie widziała w tym takiej potrzeby, nie kiedy wydawało jej się, że to jest najbardziej odpowiednia wersja wszystkich wydarzeń.

Dość trudno jej było zrozumieć z czego wynikało takie zachowanie. Nie była może duszą towarzystwa, nie odnajdywała się jakoś wybitnie w społeczeństwie, ale też nie należała do osób, które życzyłyby innym źle. Pozostawała na uboczu - to prawda, ale brakowało jej tej zawiści, dążenia do swoich celów po trupach, narzucania innym swojego zdania.  Może właśnie przez to zadała to pytanie. Chciała zobaczyć, jak on to widział. Czy te osoby zaślepione swoją wizją świata naprawdę sądziły, że robią dobrze? Czy można było tak bardzo ignorować reakcje wszystkich dookoła? Nie wydawało jej się, nie sądziła, że tak było. Musiały mieć chociaż drobną świadomość tego, jak inni na nich reagowali. To nie mogło pozostawać niewidoczne. Czy czerpali satysfakcję z tego, że tamci tańczyli tak jak oni im zagrali? Do czego miało ich to sprowadzać, przecież w ten sposób nie było szansy na to, aby oni traktowali ich z szacunkiem, co innego mogli na tym ugrać, strach, podporządkowanie? Tylko po co? Istniały pewne mechanizmy zachowania, których Prue nie rozumiała i to był jeden z nich, może przez to, że też nigdy nie było jej dane odczuć czegoś podobnego na własnej skórze.

Prudence nie była specjalistą od miłości. Wydawało jej się, że rozumie pewne odruchy, sposoby działania, jednak chyba nie do końca tak było. Na pewno o wielu z nich czytała, jednak to było czymś zupełnie innym niż spotykanie się z nimi na co dzień. Bliska jej była miłość rodzicielska, bo to głównie z nią spotykała się na co dzień, to jej miała szansę doświadczyć, właściwie to wcale w taki nie najgorszy sposób. Jej rodzice po prostu się o nią martwili, troszczyli - jak zwał tak zwał, to byłoby na tyle. Miłość romantyczna kojarzyła się jej z tym okresem, kiedy była w narzeczeństwie, jednak aktualnie tak właściwie nie była w stanie stwierdzić, czy faktycznie to było to. Zauważała, że miała raczej przebłyski przyzwyczajenia, wspólnej drogi, którą postanowiła wtedy wieść z kimś, co było dla niej i tak dosyć sporym wyjątkiem. Dlaczego to zrobiła? Bo wydawało jej się właściwie, bo dzięki temu mogła odhaczyć z listy pewne rzeczy, których się od niej wymagało. Wszyscy wokół wydawali się być zadowoleni, że jest taka poukładana, no może poza nią, bp naczytała się w tych różnych książkach teorii i nie do końca czuła, że to co miała z Liamem, było tym, o czym tam pisali. Zaakceptowała to, stwierdziła, że może być w pewien sposób spaczona, że może jej czegoś brakować, przez co nie była w stanie do końca tego poczuć. Teraz docierało do niej, że może faktycznie źle szukała, że mogło to wynikać z czegoś więcej niż z jej niedostosowania do sytuacji. Na szczęście nie musiała się już nad tym głowić, bo problem rozwiązał się sam. Cierpiała, to całkiem jasne, ale czy na tyle, na ile powinna cierpieć narzeczona po stracie swojego wybranka? Ciągle wydawało jej się, że reagowała zbyt mało dramatycznie. Tyle, że taka już była. Nie miała w zwyczaju robić przedstawień, pokazywać wszystkiego co czuła, a może nie do końca czuła? To też było tematem do dyskusji.

- Chyba muszą wiedzieć. - Zgodziła się jeszcze z Benjym. Nie dało się ignorować nastawienia wobec swojej osoby ze strony całego świata. To nie mogło umykać. Musieli mieć świadomość tego, jakie wzbudzają emocje, jak inni reagują na ich obecność, czy tego chcieli czy nie. Nie dało się być na to zupełnie obojętnym.

- Nie sądzę, aby wujek Alex dał się tak łatwo wygryźć... - Zaczęła całkiem pewnie, bo znała go i wiedziała, jakim był człowiekiem, za dzieciaka spędziła z nim dość sporo czasu. - Chociaż na wasze koneksje pewnie nie miałby większego wpływu. - To też było całkiem logiczne. Gdyby tylko znalazł się lepszy kandydat, to znaczy pochodzący z odpowiedniejszego rodu na pewno nie mieliby problemu z tym, aby zmienić go na kogoś lepszego. Mogła się tego spodziewać, bo przecież właśnie w ten sposób działał ich świat. - Przed czterdziestką, to byłby powód do dumy, pewnie chwaliliby się Tobą na prawo i lewo. - Taki młody, tak wspaniale ustawiony. Na pewno rodzina byłaby z niego zadowolona. Nie umiała sobie jednak wyobrazić akurat tego mężczyzny na takim stanowisku, miała nadzieję, że jej to wybaczy. Benjy od zawsze był wolnym duchem, nie umiał długo wytrzymać w jednym miejscu, może i lepiej dla niego, że nie udało mu się tego doprowadzić do końca.

- Malfoy? Na pewno byłaby idealna małżonką. Mielibyście całkiem uroczą gromadkę dzieciaków, pewnie też już miałyby ułożoną swoją przyszłość. - Trochę przerażało ją to, jak to wszystko u nich wyglądało, jakby nie mogli mieć wpływu na żaden, nawet najdrobniejszy szczegół ich życia. Chyba wcześniej nie do końca zdawała sobie z tego sprawę, teraz oczy otwierały jej się coraz bardziej. Wbrew pozorom miała spore szczęście, że urodziła się w rodzinie półkrwi. Nikt nie miał wobec niej wygórowanych oczekiwań, tak właściwie to pewnie nie mieliby żadnych, tyle, że sama sobie je nakładała. Chciała być odpowiednia, nie wzbudzać kontrowersji, jakoś mieszać się w tłumie - bo to wydawało się być Bletchley całkiem wygodne.

- Mogłabym nieco zastanowić się nad tym, co faktycznie jest w tym przypadku bonusem, ale chyba to już dawno za mną. - Zaakceptowała to, jaka była. Przestało jej to przeszkadzać, nie widziała sensu w tym, by jakoś bardziej się na tym skupiać. Przyznała mu się do tego, bo wydawało jej się to właściwe, nie chciała, żeby uważał ją, za jakąś super uzdolnioną. Jej organizm po prostu był trochę popsuty, co przynosiło pewne, może nie do końca takie najgorsze efekty, ale nie zamierzała udawać, że nie niesie to za sobą żadnych konsekwencji. Była trochę popsuta. Dzięki temu pewne rzeczy przychodziły jej łatwiej, inne trudniej - nie miała innego wyjścia, jak po prostu do tego przywyknąć.

- Faktycznie, niezbyt wygórowane oczekiwania, jak na urodziny. Na pewno się nimi nie rozczarujesz. - Wydawało jej się, że miał to wszystko całkiem odpowiednio ułożone. Nie, żeby nie sądziła, że mógłby chcieć czegoś więcej, chyba każdy lubił celebrować ten wyjątkowy dla siebie dzień, ale jego oczekiwania wydawały się całkiem realne, co powodowało, że faktycznie mogły się spełnić, więc nie było szansy na to, aby się rozczarował. W sumie to całkiem rozsądne podejście. Oczywiście, że zapamiętała każde słowo z tej wypowiedzi, być może będzie miała szansę jakoś pomóc mu spełnić te drobne życzenia urodzinowe, chociaż wcale nie miał być blisko, to jednak niczego nie zmieniało, na pewno pozostanie jej to gdzieś z tyłu głowy.

- To prawda, taka odwrócona zależność. Im gorzej zachowasz się na początku, tym łatwiej będzie ci pokazać tę lepszą stronę, że też wcześniej na to nie wpadłam... - Przecież było to dość oczywiste i całkiem proste, ale nigdy nie pomyślałaby o tym, że można pokazać się właśnie w ten sposób, Benjy miał zdecydowanie dużo większe doświadczenie od niej. Uśmiechnęła się sama do siebie i pokiwała przecząco głową, to było całkiem proste, jak mogła nigdy o tym nie pomyśleć. - Nie da się ukryć, że to tylko i wyłącznie mój wybór, nie sądzę jednak, że jest sens go negować. Jak wiesz, należę do osób, które nie podejmują irracjonalnych decyzji. - W tym wypadku? Zapewne można byłoby się z nią kłócić, bo oczywiście, że to, co teraz robiła, jak lekko przyszło jej podążanie za nim, reagowanie na jego pomysły, to stało się zupełnie niespodziewanie. Nie należało do jej typowego schematu zachowań, a i tak czuła się z tym wszystkim w porządku. - To nie jest selekcją naturalną w drugą stronę, nie wierzę, że pozwoliłbyś mi przy tym zrobić sobie coś, co mogłoby mi zaszkodzić. - Wręcz przeciwnie. Naprawdę czuła się przy nim bezpiecznie i może i przekraczała swoje wszystkie dotychczasowe granice, może stała się przy nim kimś innym, ale nie wydawało się Prue, aby niosło to ze sobą jakieś konsekwencje. Benjy mógł wspominać o tym, że był złem wcielonym, ale nie w jej oczach, nie teraz, aktualnie widziała w nim zdecydowanie więcej.

Nie sądziła, że to będzie trwałe, nie wydawało jej się, że na stałe wkradnie się do jej życia, bo przecież ustalili już to, że nie było nawet takiej możliwości, ale być może zaszczepi w niej pewne nowe rodzaje zachowania, które zaczną jej towarzyszyć w dalszym życiu, nie miałaby nic przeciwko temu. Zresztą zamierzała korzystać z każdej chwili, cieszyć się tym, co zostało im dane, bo dlaczego miałaby tego nie robić. Nic jej przecież nie ograniczało, poza własną wyobraźnią.

Dość łatwo przeszło jej przerzucenie jego osoby z jednej listy na drugą, nie zdarzało jej się to często, ale on okazał się być dość wyjątkową personą. Nie zakładała nigdy, że tak się stanie, ale nie było sensu z tym walczyć. Prue lubiła listy, właściwie bardzo często je tworzyła, wypisywała na nich różne rzeczy, a później przyklejała te kartki do swojej lodówki, w swoim bardzo, ale to bardzo cool mieszkanku. Lubiła widzieć na papierze wszystko to, co działo się wokół niej. Może nie było to do końca zdrowe, ale póki nikt tego nie widział, to chyba nie było większego sensu zastanawiać się nad tym, czy w ogóle miały po co istnieć.

- Gdybym wiedziała, że jest kompletną bzdurą, to nie powiedziałabym tego na głos. - Przecież wiedział, to było, aż nazbyt oczywiste. Bletchley nigdy nie rzucała słów na wiatr, dzieliła się swoimi przemyśleniami tylko i wyłącznie wtedy, gdy była ich naprawdę pewna. - Dlaczego zakładasz od razu, że będzie to spektakularną porażką, co? - Raczej nie miał szansy, aby wpasować się w takie założenia. Dali sobie czas, jasne, raczej określony, nie sądziła, że tak szybko byłby w stanie coś w tym zjebać, wręcz przeciwnie. Miała wrażenie, że raczej pozostawi w jej życiu pustkę, pewne brakujące miejsce, które będzie musiała jakoś wypełnić. Nie miała pojęcia dlaczego traktował się jako największe zło tego świata, skoro w jej oczach malował się zupełnie inaczej. Naprawdę go polubiła, w tych słowach nie było ani grama fałszu, i może stało się to trochę zbyt szybko, to jednak o tym mówiła, co oznaczało, że faktycznie tak uważała. Szkoda, że on nie mógł zobaczyć siebie jej oczami, może wtedy nieco zmieniłby to swoje mniemanie.

- Skoro już się na niej znalazłeś, to już jest za Tobą, nic nie musisz mi udowadniać. - Chyba wypadało to sprostować? Nie miała wobec niego żadnych, kolejnych oczekiwań, wręcz przeciwnie. Wydawało jej się, że najlepiej by było gdyby po prostu pozostał przy tej nowej wersji siebie, którą zaakceptowała. Prudence nie miała w zwyczaju jakoś szczególnie przyglądać się ludziom, czekać na ich ewentualne porażki. Gdy ktoś raz wspiął się na wyżyny, to raczej tam tkwił.

- Znasz mnie, prawda? Czy naprawdę sądzisz, że wezmę pod uwagę zdanie kogokolwiek? - Powinien zdawać sobie sprawę z tego, jak wyglądało to w przypadku jej osoby. - Pozwolisz proszę, że wydam swoją własną opinię i to właśnie nią będę się kierować? - Nie potrzebowała do tego żadnych osób trzecich, wręcz przeciwnie - to na swoim osądzie wolała polegać. Nie wydawało jej się, aby ktokolwiek był w stanie w tym jej dorównać. To była Prudence, potrafiła obserwować, umiała wyciągać wnioski i nikt nie musiał jej sugerować tego, jakie zdanie powinna sobie wyrobić. Chciała to zrobić sama, właściwie to już dawno zaczęła robić to sama w przypadku jego osoby i nie sądziła, że jest jakikolwiek sens, aby to zmieniła.

- Nie sądzę, żebyś stał się rozczarowaniem. - Nie dla niej. Wolała to podkreślić. Nie zdawała sobie sprawy z czego wynika to podejście, te rozważania, jednak dla niej póki co raczej stał się jakąś dziwną gwiazdką na niebie, która prowadziła ją w zupełnie inną stronę niż wszystko to co znała. To nie mogło być rozczarowaniem, nigdy. Od samego początku sugerowało, że jest czymś innym. Mógł próbować to negować, ale nie miała zamiaru mu na to pozwolić, nie tym razem, nie kiedy już całkowicie zmieniła swoją opinię na jego temat. Nie mówiła o tym wszystkim jednak głośno, na pewno wyłapał sporo z tych zmian, ale nie wszystkie, może to i lepiej, bezpieczniej było jednak pozostawiać pewne wnioski dla siebie.

Zdawała sobie sprawę, że to jej drobne marzenie, które nigdy nie miało się spełnić było dość kontrowersyjne. No jasne, kto normalny wspominał w przypadku takich rozważań o tym, że chciałby mieć możliwość poszerzania swoich zainteresowań w czarnej magii, nekromancji i widmowidzeniu? No nikt. Miała świadomość, że to może się okazać dość kontrowersyjne i nieprzewidywalne, ale jakoś niespecjalnie się tym przejmowała. Nie czuła, aby akurat on mógł uważać to za kontrowersyjne i może to były dość śmiałe założenia, ale nie sądziła, że mogą ją sprowadzić na manowce. Zresztą chciała być z nim szczera, chciała się podzielić tym, co faktycznie mogło mieć dla niej znaczenie, co wybrałaby, gdyby nadarzyła się taka okazja. Mógł ją przez to przekreślić, potraktować jako jeszcze większe wariatkę niż do tej pory, ale to się nie stało. Zamiast tego zaczął podsuwać jej kolejne pomysły. Brał to, co mu dawała i przetwarzał w coś lepszego. Był niesamowity i miał taką ogromną wiedzę, że trochę mu jej zazdrościła, ale tylko trochę, wiedziała z czym musiała się wiązać, i sama chyba jeszcze nie była gotowa na podobne poświęcenia.

- Nie uważam, że jesteś jak większość ludzi. - Odparła odruchowo. Bardzo szybko zareagowała na ten komentarz. Nie wyczuwała w nim podobieństwa do tych zwyczajnych zjadaczy chleba, przed którymi musiała się powstrzymywać, ukrywać swoje zainteresowania, wręcz przeciwnie - aura, jaką roztaczał raczej zachęcała do dzielenia się tymi najgłębszymi sekretami. - Łatwo jest nadawać łatki, zresztą ta jeszcze nie byłaby wcale taka najgorsza. - Zdecydowanie wolałaby zostać czarnoksiężnicą, niżeli dziwadłem, tutaj przynajmniej brzmiało to jakoś poważnie, to słowo niosło ze sobą jakieś emocje. Nie widziała nic złego w tym, że zostałaby uznana za czarnoksiężnicę, ba, zapewne byłaby nawet z tego nieco dumna, że ktoś dostrzegł jej potencjał i nie ignorował jej zainteresowań. Tak, Prudence była bardzo dziwna.

- Nie wydajesz się być jednak z tego powodu jakoś szczególnie zaniepokojony? - Mógł mieć do tego różne podejście, ale miała dziwne wrażenie, że wcale, ale to wcale nie wzbudzało to w nim emocji, raczej potraktował to jako coś zwyczajnego, jedno z wielu zainteresowań, jakie mogła mieć. Nie sądziła, że istniał jakikolwiek powód, aby musiała to trzymać przed nim w tajemnicy. Nie oceniał jej od samego początku w żaden sposób, tym razem również nie mogło być inaczej.

- Zresztą, kto jak kto, ale ja? Azkaban? To się gryzie, przecież pracuję w Departamencie Przestrzegania Prawa... - I raczej nie wychylała się z tym, co robiła w wolnych chwilach, to było jej słodką tajemnicą, którą nie dzieliła się z praktycznie nikim. Nauczyła się dzielić te dwa światy, nie wzbudzać kontrowersji, czy zainteresowania i najwyraźniej to działało, skoro przez te kilka lat potrafiła ukrywać to wszystko.

Nie ryzykowała niepotrzebnie, to nie leżało w jej naturze, wręcz przeciwnie, naprawdę doskonale radziła sobie z lawirowaniem między światami. Nawet nie spodziewała się tego, że przyjdzie jej to tak łatwo. Zresztą sprawiała pozory idealnej, naprawdę ugrzecznionej pracownicy, oczywiście, że Corenlius miał świadomość, jak wyglądało to naprawdę, ale nikt więcej nie musiał tego wiedzieć, więc dokładnie tak było. Raczej nie dzieliła się tymi faktami ze swojego życia zbyt często, nie pozwalała nikomu do nich dotrzeć, tak było wygodniej, bezpieczniej.

- Nie mówisz teraz o mnie, prawda? Wydaje mi się, że przy Tobie, jednak jestem całkiem zwyczajna. - Nie zamierzała mu ustąpić, ciągle wydawało jej się, że raczej nie ma w niej nic specjalnego. Każdy miał swoje pasje, mniej lub bardziej kontrowersyjne, jej akurat znajdowały się w kręgu tych dość specyficznych zainteresowań, zauważyła jednak ten błysk w oczach mężczyzny, który jednak sugerował, że to co mówił było szczere, mimowolnie się uśmiechnęła, może jednak faktycznie mogła wydawać się odrobinę wyjątkowa. Zresztą nie był to pierwszy raz, Benjy wzbudzał w niej uczucia, które nigdy wcześniej się nie pojawiały, powodował, że coś w niej zaczynało budzić się do życia, że była gotowa dalej grać w tę ich dziwną grę i czerpać z niej jak najwięcej, to mogło być dość niebezpieczne, ale wcale nie musiało. Tak naprawdę jeszcze nie do końca wiedziała, co powinna o tym wszystkim myśleć, kiedyś pewnie usystematyzuje to w swojej głowie, nie teraz, teraz wolała się skupić na nim.

- Masz rację, tutaj jest całkiem przewidywalnie, tak naprawdę nie sądzę, abym zyskała jakieś nowe możliwości. - A przecież nie o to chodziło. Nie chciała ponownie zagłębiać się w prawach, które znała, które wszędzie były podobne. Przestrzegać tych samych regulacji, bo może i wcale nie czekała na nią podobna wędrówka, jeśli jednak miało się tak wydarzyć, to musiała rzucić się na głębszą wodę. Pozwolić sobie stracić grunt pod nogami, znaleźć się w nieznanym, wtedy faktycznie mogłaby się czegoś nauczyć. Europa nie mogła być takim miejscem, miała na ten temat dość dużą widzę, zdecydowanie lepiej dla nie byłoby nieco przekroczyć granice tego kontynentu.

- Nie jestem szczególnie przekonana do tropikalnych upałów, wszystko inne brzmi nieźle, ale myślę, że i do tego można się przyzwyczaić? - Na pewno da jej odpowiedź na to pytanie, bo przecież był specjalistą. Przemierzał te wszystkie obce kraje, jakoś się w nich odnajdywał. Może jeszcze nie wspominała mu o tym, że raczej ceniła klimat umiarkowany, ale pewnie był w stanie się tego domyślić. Nie było to takie trudne, Prue spędziła w nim niemalże całe swoje życie. Czy była w  stanie zmienić swoje przyzwyczajenia, aby poszerzyć swoją wiedzę? Zapewne tak, kto ją tam jednak wiedział, jak bardzo, na ile właściwie było ją stać.

Uśmiech na jej twarzy się poszerzył, kiedy usłyszała kolejne słowa padające z jego ust. To było całkiem miłe, jeśli nawet zupełnie nieprawdopodobne, tak samo jak ta jej podróż w nieznane. Całkiem przyjemnie jej się gdybało o tych wszystkich rzeczach, które nigdy nie miały się wydarzyć. Chociaż tak naprawdę, czy powinna cokolwiek zakładać. Udowadniała sobie ostatnio, że nie było rzeczy niemożliwych, może więc faktycznie, kiedyś postanowi wyjebać na Haiti, zostawiając wszystko za sobą?

- Wiesz, że teraz już nie ma odwrotu? Będę na Ciebie czekać. - Potraktowała to nieco jako obietnicę, która może i nigdy miała się nie spełnić, ale skoro już była w stanie to na nim wymusić, to może faktycznie warto to było przetestować. - Nie wątpię w to, że będziesz w stanie zrobić to spektakularnie, mam wrażenie, że wszystko, co robisz takie jest. - Po raz kolejny, może powinna była się ugryźć w język, ale tego nie zrobiła. Nie było w jej głosie nawet krzty ironii, czy lekceważenia, naprawdę uważała, że jeśli już coś robi, to jest to dość widowiskowe, i miała ku temu naprawdę dość spore argumenty, z którymi mógłby próbować walczyć, ale i tak by nie wygrał.

- Mugolska literatura, tego się nie spodziewałam. - Nie mogła powstrzymać się od komentarza. Prue była zaznajomiona nie tylko z księgami czarodziejów, wiedziała, że nie ma sensu ograniczać się tylko do ich wiedzy, ale nie spodziewała się tego, że on również. Powinna to założyć, bo przecież wydawał się być naprawdę doświadczony w różnych dziedzinach, na pewno miał szansę i nieco zbliżyć się do mugoli, co oczywiście nie wypadało komuś jego pokroju, o jego pochodzeniu, jak widać miał to w głębokim poważaniu. Zaskakiwał ją ciągle, i okropnie się jej to podobało. Był niczym jedna, wielka nieodgadniona zagadka, i nie spodziewała się, aby zbyt szybko miała połączyć wszystkie kropki, które doprowadzą ją do jakiegoś jednoznacznego rozwiązania, nie wydawało jej, aby ono w tym przypadku w ogóle istniało.

- Będziesz musiał uwiązać mi ręce, czasem ciężko mi się powstrzymać przed dotykaniem... - Jego propozycja wydała jej się być całkiem naturalna. Właściwie to posiadali umiejętności, które całkiem nieźle się uzupełniały i faktycznie razem mogły działać całkiem nieźle. To, że pewnie to porozumienie nigdy nie miało dojść do skutku było inną sprawą, ale całkiem miło było sobie o tym pogdybać. Zresztą tak chyba wyglądało jego życie, a przynajmniej tak sobie je aktualnie w tej chwili wyobrażała i coraz bardziej zazdrościła mu tego, że potrafił odciąć się od tego stałego życia, od tej pewności, stabilizacji, przewidywalności. Jakoś odnalazł się w nieznanym, ba, miała wrażenie, że radził sobie tam wyjątkowo dobrze. Szkoda, że ona nigdy nie będzie miała w sobie tyle odwagi... może powinna spróbować, do podjęcia podobnej decyzji zapewne skłoniłoby ją jakieś mocno zawirowane wydarzenie. Mimo wszystko teraz, małymi kroczkami i tak przekraczała swoje własne granice, które dla niektórych mogły być niczym, dla niej jednak znaczyły wiele. I on jej w tym towarzyszył, wydawał się być idealnym kompanem do podobnych sytuacji.

Po raz kolejny to zrobił, znowu sięgnął po to, co właściwie było im pisane. Sama chciała znaleźć się bliżej, zwłaszcza, że już wiedziała, co to znaczy przekroczyć granicę, znaleźć się razem z nim poza nią, i naprawdę jej się to podobało. Nie wydawało jej się, aby się nad tym jakoś szczególnie zastanawiał, trafił się moment, wykorzystał go, a ona nie miała zamiaru go odrzucać. Nie chciała tego robić, bez względu na to, że nie do końca wiedziała, co właściwie robią, czego potrzebują, ale to chyba miało się jakoś samo wyklarować. Ta bliskość jej odpowiadała, chciała sięgać po więcej, póki miała ku temu okazje. Chciała korzystać z tego, co dawał im los, bo szkoda byłoby tego nie robić. Nie musieli o tym rozmawiać, wystarczyło, że ich spojrzenia wyrażały więcej niż słowa. Pragnęli tego samego, chcieli się stać dla siebie kimś, na te kilka dni, ile? To też nie było do końca pewne. Nie mogła założyć, jak długo będą przebywać w swoim otoczeniu. W tym jedynym wypadku jednak nie chciała tego analizować, wolała cieszyć się po prostu każdym wspólnym momentem, każdą chwilą, którą mieli wykraść rzeczywistości.

Wtedy, podczas pożarów również nie negowała tej ich bliskości, mimo, że go nie znała, to uznawała, że to co robili było właściwe, chciała znajdować się jak najbliżej niego. Był jej bezpieczną przystanią, chociaż dla wszystkich innych mógł być tego zupełnym przeciwieństwem. Ginęła w jego ramionach, od zawsze nad nią górował i kiedyś to mogło być dla niej problemem, bo nie tak łatwo było się z nim mierzyć, gdy nie umieli się ze sobą dogadać, tak teraz był tego zupełnym przeciwieństwem, szczególnie, gdy czuła jego opuszki palców zaciskające się na jej tali, jakby faktycznie w tej chwili należała do niego, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie - sięgał po swoją własność, i dla niej było to też całkiem normalne. Chciała znaleźć się bliżej, wtulić się w jego ciało, napawać się bliskością i zapachem ciała mężczyzny. I może nie było to dla niej zupełnie normalne, to kto by się w tej chwili tym przejmował. Wodził ją na pokuszenie, chociaż czy rzeczywiście to robił? Tak naprawdę nie musiał jej czarować, aby tego chciała. To siedziało gdzieś w niej, miała ochotę przekraczać z nim wszystkie granice, nie czuła, żeby to było niewłaściwe. Bez krzty zawahania oparła o niego swoją głowę, później otoczyła jego ciało swoimi rękoma - chociaż to wcale nie było takie łatwe. Nie przy ich różnicy wzrostu, jego posturze, jakoś jednak udało jej się to zrobić. Dzięki temu znalazła się jeszcze bliżej, już naprawdę blisko.

- Mam ogromne szczęście, że trafił mi się taki specjalista. - Powiedziała cicho. Może nie powinna zakładać tego, jako pewnika, ale teraz chyba faktycznie tak było. Nie musieli sobie mówić, że dają sobie ten tydzień, może mniej, ale mieli przeżyć go razem. Najwidoczniej zamierzał pokazać jej, jak to jest żyć, a ona bardzo chciała to sprawdzić. Miała faktycznie spore szczęście, nie mogła trafić lepiej, jeśli o to chodzi i zdawała sobie z tego sprawę. Nie chowała się jednak w jego ramionach, nie spuszczała głowy, unosiła głowę do góry, aby móc wyczytać coś więcej z jego spojrzenia, nie, żeby to było możliwe, bo zauważyła już, że był raczej jak książka, której nie potrafiła odczytać, nie była w stanie odgadnąć jej treści, mogła domyślić się niektórych rozdziałów, ale to byłoby na tyle.

Jasne dla niej było jednak to, że w tej chwili mieli wspólny front, chcieli jak najlepiej wykorzystać ten czas, który dostali od losu, może nawet nie od niego, bo przecież to oni zadecydowali o tym, że chcą go spędzić razem - to była tylko wyłącznie ich zasługa, szansa, którą postanowili wykorzystać.

Całkiem naturalnie przyszło jej odnalezienie miejsca w jego ramionach, jakby faktycznie od zawsze było to właściwie, jakby nie pasowała nigdzie indziej. Nie negowała tego, korzystała z tej chwili, lgnęła do tego mężczyzny, mimo tego, że przecież nie powinna w ogóle pozwolić sobie na podobne zachowanie. To był jednak odruch, jakieś podskórne uczucie mówiło jej, że nie powinna w tej chwili znajdować się nigdzie indziej. Mimo, że przecież byli z innych światów, nie powinni tego pragnąć, to jednak znaleźli jakiś moment w czasie, w którym to miało prawo zaistnieć.

Po raz kolejny nie mogła zignorować przyspieszonego rytmu serca, które nie do końca panowało nad swoim biciem, gdy znajdowała się tak blisko niego, miała nadzieję, że tego nie zauważy, nie chciała, aby sobie pomyślał, że oszalała, że miała jakąś nadzieję, wiedziała jednak, że nie jest w stanie walczyć z tymi odruchami, na które nie miała wpływu, po prostu tak na niego reagowała, na jego bliskość, obecność, zapewne minie jej to tak szybko, jak się pojawiło - musiało minąć.

- Nie możemy realizować tylko moich marzeń, to nie jest w porządku. - Oczywiście, że musiała zwrócić i na to uwagę. Oczy jej błyszczały, kiedy się w niego wpatrywała, ale nie była zupełnie zaślepiona swoimi zachciankami. Wypadałoby, aby odnaleźli w tym wszystkim konsensus, by on też mógł sięgnąć po to, czego pragnie. W końcu byli tu dla siebie, nie tylko dla jednej ze stron, nie chciała go w żaden sposób wykorzystywać, nie chciała, żeby uznał, że robi to tylko po to, aby w końcu poczuć, że żyje, chciała mu dać coś od siebie, aby również mógł zachować chociaż jedno wspomnienie z nią związane.

Uniosła się w końcu na palcach nieco wyżej, aby jej głowa znalazła się nieco wyżej, chciała zbliżyć się do jego policzka, przytulić swoją twarz do twarzy mężczyzny i poczuć jeszcze bardziej jego ciepło, tak po prostu, wydawało jej się to w tej chwili całkiem naturalne. Stworzyli między sobą jakąś dziwną nić porozumienia, nie mogli mieć pewności, co właściwie im ona przyniesie, ale to nie było ważne. Była gotowa wziąć to wszystko, co jej oferował, i w zamian oddać mu to samo, a może nawet więcej? Nie było sensu się nad tym zastanawiać.

W tej chwili nic nie wydawało się mieć od tego większego znaczenia. Weszli w coś dziwnego, coś nienazwanego, zamierzali się w tym zatracić i nikt nie mógł im tego zabronić. Dawali sobie dokładnie to, czego druga strona potrzebuje, bez zbędnych rozmów, było to dla nich całkiem naturalne, nie mogła pojąć, jak to właściwie możliwe, że nie sięgnęła po to wcześniej, kiedy faktycznie mieli szansę stworzyć coś trwałego. Nie było sensu się jednak nad tym zastanawiać, nie gdy zyskali możliwość na to, aby w pełni nacieszyć się swoją obecnością podczas tej chwili, może tego właśnie potrzebowali, może wcale nie stało się to bez przyczyny, zapewne to dopiero się okaże. Zapewne dopiero będzie miała szasnę dowiedzieć się, jaka była faktyczna przyczyna, może nie musiało być żadnej, może po prostu było to chwilową potrzebą, bliskością, którą akurat mogli sobie dać, z której mogli skorzystać. Mogła się zresztą nigdy tego nie dowiedzieć, ale czy to coś zmieniało? No nie, nie kiedy jedyne o czym myślała to to, jak bardzo pragnie znajdować się w jego ramionach.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#16
08.05.2025, 23:21  ✶  
Byłem pewien, iż Prudence nie liczyła na to, że moje ramiona będą czymś, czego będzie szukać, ja sam też nie miałem pojęcia - nie podejrzewałem nas o takie zachowania, nie wspólnie, wobec siebie. Czułem jej ciepło, nawet mimo zimnego wiatru, który porywał suche źdźbła wrzosów. Niewielki gest, taki jak ten, w którym po prostu trzymałem ją blisko siebie, wydawał się dziwnie naturalny - to był jakiś rodzaj sympatii, której nie czułem przez długi czas, ukryty tak głęboko, że nie przypuszczałem, iż w ogóle go mam. Chociaż to była dawno zapomniana gama zachowań, teraz obudziła się w sposób, który nie miał żadnego sensu. Sprawiła, że przez moment zastanawiałem się, jak długo potrwa to poczucie. Jak długo będziemy w stanie trwać w tej chwili, kiedy nic nie musimy, nic nie chcemy, niczego nie oczekujemy. Zawsze byłem tym, który bardziej przywiązywał wagę do czynów niż słów, i w tej chwili to było właśnie o to chodziło - o coś, co nie potrzebowało słów, co było bardziej odzwierciedlone w dotyku, przestrzeni, byciu obok - wspólnym czasie, bez zobowiązań. Obejmowałem ją, ona oparła się o mnie - staliśmy tak bez słowa, ten gest stawał się czymś więcej niż tylko fizyczną bliskością. Nie miałem pojęcia, dlaczego to robię. Może po prostu to była jakaś reakcja na jej bliskość, albo dlatego, że coś w niej przypominało mi dawno zapomnianą sympatię. Wbrew wszelkim regułom, wszystkim logicznym kalkulacjom, zaczynałem rozumieć, że nie wiem, co się dzieje, ale nie chcę, żeby to minęło.
Niezależnie od tego, co powinniśmy robić, jak powinniśmy postępować, i tak nie mogliśmy ignorować tego uczucia. Gdzieś w tej chwili zaczynało się coś, czego nie dało się zmierzyć ani przewidzieć. Nie musiałem patrzeć jej w oczy, by czuć, że jest w tym coś więcej, coś niewypowiedzianego, coś, co oboje wyczuwaliśmy, chociaż nie pozwoliliśmy sobie na pełne uznanie tego w słowach, jednak te niewielkie, ukryte gesty czułości… Tak, coś w tym było. Może to było tylko ciepło jej obecności, może tylko moje ręce, które powoli przesuwały się po jej plecach, ale to wyciągnęło ze mnie coś dawno zarośniętego kurzem, coś, co od dawna nie miało okazji wyjść na powierzchnię.

~~~

Milczałem przez chwilę, jakby coś we mnie próbowało się zresetować - potrzebowałem na nowo ułożyć sobie w głowie wszystko to, co właśnie powiedziała, i wszystko to, co ja powiedziałem jej. Obróciłem do niej głowę tylko odrobinę - nie na tyle, by wyglądać, jakbym próbował ją prześwietlić, ale wystarczająco, by móc kątem oka obserwować jej profil. Była skupiona, w sposób dość niepokojący, jak ktoś, kto właśnie odczytał z wnętrzności kota coś więcej, niż chciał wiedzieć, i nie do końca wiedział, jak powinien to interpretować, a prawda była prosta. Taka, że mogła mówić, co chciała, ale na pewno nie pojawiała się tylko z potrzeby pojawiania się, bez nakładu emocjonalnego, bez tego, że tego chciała i czuła, iż może pozwolić sobie być częścią towarzystwa - nie zostanie odrzucona, już nie. To było coś wielkiego, ale tego już nie powiedziałem, a rozmowa zeszła na inne tematy - nie mniej osobiste.
Patrzyłem na nią przez chwilę, jakby z wciąż niepełnym zrozumieniem tego, co się dzieje i dlaczego rozmawialiśmy tak lekko i swobodnie o tematach, na które kiedyś nigdy w życiu byśmy sobie nic nie powiedzieli. Oczywiście, że rozumiałem, co mówiła, ale to była taka prawda, która nie była łatwa do przyjęcia. Może dlatego, że to nie było aż tak proste, jak sądziła, jasne w pewnym momencie weszłyby w grę koneksje, ale w moim życiu zawsze stawano przede mną oczekiwania, bym coś osiągnął, zdobył, rozwiązał - chuj wie, ale dla mnie te wszystkie rzeczy były czymś, co musiałem zdobywać sam. Nikt nigdy nie obiecywał, że je dostanę bez walki. Zawsze na to, co dostawałem, musiałem zasłużyć - tak, nawet na te wszystkie galeony i materialne dobra, którymi później bajerowałem ludzi w szkole, jakby to było coś, co przyszło mi bez odrobiny starania - one też miały swoją cenę, tylko nieoczywistą, była ukryta. Przyglądałem się jej uważnie, nie tylko z powodu tej bliskości, ale z powodu jej słów, których nie spodziewałem się usłyszeć. Nie potrafiłem odpowiedzieć od razu. Co powiedzieć, kiedy sama ta chwila była czymś nieoczekiwanym? Wzruszyłem ramionami, nic nie odpowiedziałem - to nie był festiwal żalenia się na te wszystkie oczekiwania, które już nie były aktualne. Takie milczenie było zawsze głośniejsze od słów - jak te wszystkie zaklęcia niewerbalne, które waliły prosto między żebra, zanim zdążyło się zorientować, skąd przyleciały, ale nie próbowałem tego zmieniać. Odłożyłem to na później, na nigdy - tak właściwie. Odrzuciłem te niepotrzebne myśli. Dzień nie był końcem, nie był początkiem. Był po prostu… Dniem. Nie powiedziałem nic. Zamiast tego, podniosłem lekko brwi, zastanawiając się, jak to wyglądało w jej głowie i czy naprawdę nadal wydawało jej się, że dobrze mnie zna - skoro już doszliśmy do wniosku, że oboje od początku nie byliśmy wcale tacy prości, jakby to mogło się wydawać. Oboje mieliśmy swoje doświadczenia, które nas kształtowały, swoje ograniczenia i tak dalej. Od czasów szkolnych, kiedy obrzucaliśmy się uszczypliwościami przy kociołkach i próbowałem udawać, że jej złośliwa precyzja mnie nie rusza, ale ruszała, i powinno mnie to wkurzać do dziś, ale tak się nie działo...
- Nie jesztem człowiekiem, któly ma wybujałe wymagania, powinnaś to jusz wiesieś. - Pokręciłem głową, jakbym sam sobie nie dowierzał - taka prawda. Wymagania zazwyczaj oznaczają oczekiwania, a oczekiwania kończą się rozczarowaniami - tak było nawet w tym momencie. Powrót do Wielkiej Brytanii był błędem, to była zła decyzja - jedna z tych, które sprawiły, że od kilku nocy zżerały myśli o byciu kulą u nogi, nieproszonym pasażerem, kimś, kto z czasem i tak zacznie przeszkadzać... „Ale nie dla niej” - powtórzyłem to w myślach kilka razy, jakby próbując się oswoić z tą niepokojącą, zupełnie niepasującą do mojego samopoczucia wersją rzeczywistości. „Nie dla niej” - nie uważała mnie za kogoś, kto miał ją rozczarować, wolała to podkreślić. Nie pozwalała mi tego zignorować, a przecież nie byłem pewien, czy zasługiwałem na ten luksus bycia kimś więcej, niż przypadkiem mającym się zmienić w problem. Słowa padły spokojnie, bez emfazy, jakby mówiła o czymś oczywistym, a ja miałem ochotę ją zapytać: Dlaczego? Dlaczego jesteś tego tak pewna? Przecież nie wiedziała wszystkiego - nawet nie wiedziała połowy, ale może właśnie dlatego mogła to powiedzieć - bo nie miała pełnego obrazu, nie znała jeszcze tych pęknięć i brudnych śladów, które zostawiły we mnie decyzje, o których nie mówiłem nikomu. Albo, co bardziej prawdopodobne… Pod skórą wiedziała, domyślała się, miała swoje przeczucia i wnioski, tylko nie uznała ich za wystarczający powód, żeby się ode mnie odsunąć... Więc ja też nie zamierzałem odsuwać się od niej, nieważne, co miała mi powiedzieć na swój temat - mieliśmy jasną sytuację, nic sobie nie obiecywaliśmy, ponad to, że nie możemy się przyjaźnić i ponad to, chociaż niewypowiedziane słowami, że prędzej czy później skończymy bez spodni i całej reszty, zatracając się w tym, co nagle zaistniało między nami. Nie zamierzałem tego cenzurować.
- Ty to naplawdę nie mas zdlowego instynktu samozachowawszego, co? - Rzuciłem lekko, głos trochę mi zadrżał, ale liczyłem, że Prue tego nie wyłapała. No, pięknie - nie, żeby mnie to peszyło - bardziej rozbawiło, no, trochę rozczuliło. Cholera, jeszcze moment i mogłem się przyzwyczaić do tej wersji siebie w jej oczach, chociażby na ten tydzień, takiej, przy której nie muszę udawać, że jestem najgorszą zarazą, więc lepiej mnie unikać - nie muszę chować się za sarkazmem, i za zgryźliwymi uwagami rzucanymi w pubach o trzeciej w nocy, tuż przed zrobieniem burdy na pokaz. Uśmiechnąłem się krzywo, żeby zamaskować wcześniejszą reakcję - pewnie nie wyglądałem przy tym szczególnie sympatycznie, bardziej jak typ, którego nie wpuszcza się na rodzinne uroczystości. Nie to, żeby mnie tam chcieli i bez tego... Ani, żebym ja chciał - świadomie się wypisałem.
Odruchowo uniosłem brwi, zanim zdążyłem się powstrzymać, i przez chwilę po prostu się na nią gapiłem - jednoznacznie, z tym całym moim głupkowatym, cwanym, podskórnie zbyt dobrze wiedzącym uśmiechem. Nawet nie próbowałem go ukryć.
- Jak do tej poly, zdaszyliśmy ustaliś, sze twoje osądy wobes mnie są zupełnie nietlafne. Pamiętaj, sze ja szię znam lepiej, jeśli mówię ci, sze jesztem losczalowaniem, to jestem losczalowaniem, nie lób sobie nadziei. - Odparłem, starając się nie brzmieć zbyt szorstko, choć byłem pewien, że coś w moich słowach zabrzmiało nieco gorzej, niż zamierzałem. Otulił nas cień kromlechu, wiatr był tu łagodniejszy - trochę tak, jakby przesączał się między głazami, mniej śmiało, a przestrzeń zrobiła się nagle bardziej prywatna. W odcięciu od świata każda rzecz wydawała się mieć ciężar większy niż wcześniej - każdy gest, każde słowo było bardziej znaczące, a te miały zabrzmieć poważnie.
Odwróciłem wzrok, pozwalając słowom powoli się wchłaniać - próbowałem nie bić się z myślami. Miałem dać jej mieć swoje zdanie na mój temat? Niedoczekanie! A jednocześnie, nie mogłem przecież teraz zrobić z tego jakiejś wielkiej sprawy, próbując deklasować się w jej oczach, bo nie miałem w zwyczaju sobie ubliżać, ale jednocześnie nie było mi w smak to, iż Prudence robiła ze mnie kogoś, kim nie byłem - kogoś miłego, bezpiecznego. Nie mogłem być miły - całe moje dorosłe życie było jak długa wędrówka przez mgłę, gdzie niewiele widać, ale czujesz, że musisz stawić czoła temu, co przed tobą, więc zbroisz się na najgorsze - a więc nie będąc miłym, w relacjach międzyludzkich, naturalnie stawałem się rozczarowaniem, bo prędzej czy później robiłem coś takiego, co mnie skreślało. Już nie byłem charyzmatycznym, towarzyskim orłem - kochanym misiem też nie byłem, wbrew temu, co mogła sobie o mnie dotychczas pomyśleć, bo raz za razem jej pomagałem. Sam się w tym gubiłem - w moim zachowaniu przy Prudence. Myślałem o tym, że to wszystko może być naprawdę tylko chwilowym zrywem, i dlatego starałem się tego nie analizować. W końcu, to wszystko się wydarzyło nieoczekiwanie, zupełnie poza moim planem, i miało się niedługo skończyć, raptem za około tydzień, może mniej - mimo to, podskórnie czułem, jakbym nagle musiał dopasować się do czegoś, co nie było zgodne z moimi zwyczajami.
- Oboje nie jesteśmy. Ta twoja całkiem ci pasuje, wies? Jeszt lepsa od nudzialy. - Odpowiedziałem - nie zaskoczyło mnie to, do czego doszliśmy - już wcześniej podświadomie, pod skórą, w szkole, przeczuwałem, że nie interesuje jej standardowa ścieżka, więc nie zdziwiło mnie to, że jej marzenia sięgały dalej niż podręczniki zatwierdzone przez Ministerstwo, ale nawet przy czymś takim, nie spodziewałem się, że wyzna to tak otwarcie. Nie od razu odpowiedziałem. Po prostu uniosłem brew i spojrzałem na nią w ten sposób, który zawsze oznaczał: „Nie przerywaj, chcę usłyszeć więcej”. Przekrzywiłem lekko głowę i wciągnąłem powietrze nosem, a następnie podniosłem wzrok, trochę się przechylając, jakbym musiał ją dokładniej obejrzeć w świetle tego nowego słowa, jakby ono coś zmieniało, a przecież nie zmieniało zmieniało, cholera, nic. Nie, nie byłem zaniepokojony. Było mi obojętne, że mówi o nekromancji? Nie. Po prostu nie traktowałem tego jako powód do zmartwień - nie u niej, bo miała w sobie zbyt wiele uważności, by pójść w to bezrefleksyjnie, zbyt dużo zdolności do kontemplacji i krytyki. Poza tym nie można mi było odmówić tego, że bywałem... No, cóż - trochę specyficzny pod względem dokonywanych wyborów i pryzmatu, przez który patrzyłem na świat. Czarna magia? Nekromancja? Widmowidzenie? Przysięgam, istniało bardzo konkretne słowo na to wszystko i nie było to, w żadnym razie, „niepokojące.” To było „ekscytujące.” Cholernie, niepokojąco ekscytujące. Nie wiedziałem, co dokładnie w niej tak przyciągało. Może to, że była trochę porypana? Nie wiem, ale kiedy mówiła, to brzmiało to jakoś tak naturalnie, nie próbowała udawać, że jest kimś, kim nie była - to mi się podobało. Nie byłem zaniepokojony. Byłem zafascynowany. Cholernie.
- „Nie wydajes szię byś zaniepokojony?” No, nie jestem, mon amie. - Rzuciłem z rozbawioną szczerością - nie byłem typem, który wpadał w egzaltację, gdy ktoś mówił, że robi coś niekoniecznie zgodnego z prawem, być może profanuje zwłoki, bezcześci groby i tak dalej. Większość takich rzeczy przyjmowałem z chłodnym dystansem kogoś, kto przeżył trochę za dużo i widział za wiele, żeby się jeszcze dziwić. To był żart, chyba, ale patrzyłem na nią z czymś więcej niż tylko żartem w oczach, bo w tej całej skomplikowanej, mrocznej, dziwacznej, absurdalnie szczerej Prudence, była jakaś siła, która nie tyle mnie przyciągała, co przywoływała. Uniósłem brew, udając zupełną swobodę - nie wychodziło mi to - no, cóż... Tak, powiedziałem to. - To jeszt, kulwa, seksowne... - Parsknąłem śmiechem, wyprostowałem się i spojrzałem na nią z takim czymś w oczach, co zazwyczaj niepokoiło ludzi. - To twoje „mosze chciałabym tym kiedyś pieldolnąś i poszeszaś wiedzę o czalnej magii, neklomancji i widmowidzeniu”, jakby to była pieldolona altelnatywna ścieszka kaliely dla plasy u kolonela... Mosze szeszywiście jeszt. - Mruknąłem z rozbawieniem i może odrobiną tej zaczepnej zadziorności, która zawsze sama mi się pchała na język, kiedy temat robił się ciekawy. Może nie powinienem tego mówić - może powinienem się pohamować, ale nie zrobiłem tego. Nie, takie osoby, doświadczone, zdecydowanie mające wiedzę - co z tego, że na kontrowersyjne tematy? - nigdy nie powodowały u mnie obaw, przede wszystkim dlatego, że one już wiedziały, czego chcą. Nie były niebezpieczne z powodu hormonów, tylko z powodu wyborów, i to było cholernie fascynujące. Mroczne? Pewnie. Ryzykowne? Też... Ale mnie to właśnie kręciło. Niektóre kobiety próbują udawać, że nie mają ciemnej strony - wszystko w nich jest jasne, puszyste i delikatne - najczystsza forma kobiecej powabności, porcelana, wanilia. Prudence tego nie robiła - nie udawała, ani przed sobą, ani przede mną. Ona wiedziała, że jej fascynacje nie mieszczą się w granicach szkolnych podręczników, ciągnie ją tam, gdzie robi się nieprzyjemnie, niepewnie, głęboko, i że tam też można znaleźć odpowiedzi. To, że chciała mi o tym powiedzieć - że w ogóle się otworzyła - było większym komplementem niż mógłbym od niej oczekiwać. Poza tym, nie po to byłem klątwołamaczem, żeby teraz się cofać przed rozmową o czarnej magii - nie po to brałem te wszystkie moralnie wątpliwe zlecenia.
- Wies, co mnie naplawdę pszelasza? Nastolatki. Kulwa, nastolatki szą najbalsiej pszelaszająsą folmą człowieka. Sczególnie te, któle mają za duszo czasu, cztely kaltki wydalte nie wiadomo, skąd, i złamane selse. Te potlafią odplawiś lytuał s kocimi wnętsznościami w salonie babci, bo jakiś chłopak powiedział im, sze ma kogoś innego. Ploszę cię. To, co lobisz, na pewno, pszynajmniej ma stluktulę. - Zamilkłem na chwilę, próbując pojąć, jak to się stało, że rozmawiam z nią w ten sposób. Zawsze byłem na bakier z tym, co „normalne”, w pewnym sensie to była moja specjalność, nie? A ona... Była inna. Może to i lepiej, może i gorzej, ale tak - wciągała mnie w te rozmowy, i póki co nie mogłem się nadziwić, jak doskonale radziła sobie z tym, co mógłby uznać za kontrowersyjne, a ja... No cóż, nie przeszkadzało mi to wcale, wręcz przeciwnie. No, przepraszam, ale to było cholernie seksowne.
- Nie oceniam, nie zamieszam oceniaś. - Dodałem po chwili. - Ja tesz nie jesztem śniesznobiały. - Pokręciłem głową, uśmiechając się półgębkiem. Nigdy nie byłem. Już w szkole moje zainteresowania trochę wychodziły poza regulamin, i nie chodzi tylko o to, że miałem rodzinę ze Slytherinu, chociaż Tiara odstawiła mi numer, ale w kwestii wychowania, widziałem naprawdę różne rzeczy. Chodziło o to, że jak coś było zakazane, to ja chciałem wiedzieć, dlaczego, i co się stanie, jak tam zajrzę, to zrobię i tak dalej. - Ja jusz swoje kontlowelsje popełniłem, dalej popełniam, i nie sądzę, szeby twoje zaintelesowanie sztukami tajemnymi mogło mnie jakoś zsokowaś. Gdybyś tylko wiedziała, co ja lobiłem w południowej Blasylii... - Puściłem jej oko, ale zaraz potem spoważniałem, nie udając nawet, że nie mówię serio. Wcale nie musiałem tego mówić, ale chciałem - przecież wiedziała, kim jestem, przynajmniej w części, bo już jej to powiedziałem, podczas drogi, w okolicznościach pożarów. Wiedziała, że nie należę do tych czystych, wykrochmalonych klątwołamaczy z broszurki Gringotta albo z zastępów ministerstwa. Gdyby tylko spojrzała na moje papiery… Ale nie mogła, bo poniekąd ich nie miałem, sama ta kwestia mówiła już dużo - klątwołamacze mojej klasy nie trafiali na szkolenia. My się nie szkoliliśmy - my się sprzedawaliśmy, uczyliśmy się w zamian za udział w naprawdę różnych eskapadach, bo musieliśmy, i od samego początku robiliśmy rzeczy, które były... Szare. Czasem czarne. Nigdy śnieżnobiałe.
A potem… Potem już tylko spojrzałem na nią tym spojrzeniem. Tym jednym, jedynym, które w przeszłości doprowadziło mnie do niezliczonych kłopotów, niedopowiedzianych sytuacji i kilku bardzo niepokojących momentów w pubach, barach i ciemnych salach. Przyzezowałem na nią - bez litości, bez najmniejszej próby udawania, że robię coś innego. Zawiesiłem wzrok na jej twarzy, ale nie patrzyłem na nią w ten sam sposób, jak powinno się patrzeć na kogoś, z kim prowadziło się rozmowę o wątpliwym podłożu moralności. Tu nie było osądów - to było nieprzyzwoicie jednoznaczne. Odchrząknąłem, a potem westchnąłem - celowo, z tym przeciągłym, rozbawionym podtekstem, który brzmiał jak: „A nie mówiłem, że nie umiesz oceniać ludzi, nawet siebie samej?”, mimo że nic jeszcze nie powiedziałem. Zrobiłem krok w jej stronę. Nie był potrzebny - nie musiałem się zbliżać, żeby wypowiedzieć te słowa, ale zrobiłem to, bo nie chodziło o wygodę. Chodziło o przesunięcie ciężaru ciała bliżej niej, zmniejszenie odległości - podkreślenie o ten jeden milimetr za blisko, który mówił więcej niż cały akapit wypowiedzi na temat tego, jakie było moje zdanie na temat jej „przeciętności”. Pomiędzy nami był tylko fragment pustej przestrzeni wypełnianej przez podmuchy wiatru - chłodnego, prześlizgującego się przez szczeliny między kamieniami kromlechu, który otaczał nas z każdej strony. Niby ochrona, niby świętość, a jednak miałem wrażenie, że nic w tym miejscu nie było bardziej profanowane niż właśnie to, bo to, co zapadło, to nie była cisza świętości - to było coś żywego, miało w sobie coraz więcej tamtego ciężaru.
- Posa tym, nie pieldol mi, sze jesteś zwyszajna, mosze wtedy w Londynie byś mi to wmówiła, ale kto jak kto, ja jusz od szkoły wiedziałem, sze jesteś polypana. - Wzruszyłem ramionami, nie dodając, że chyba dlatego nie mogłem od niej oderwać wzroku - przynajmniej przez pewien czas - przecież jej to powiedziałem. Potem wkurzała mnie jak nikt inny, ale na początku naprawdę na nią leciałem - ta osobliwość nigdy mi nie przeszkadzała, to zadarty nos był problemem. Delikatna zmiana barwy, miękkości, tembru głosu. W moim głosie pojawiła się nuta rozbawienia, ale nie tego zwykłego - nie szyderstwa, nie ironii, nie - to było rozbawienie podszyte czymś innym. Czymś ciemniejszym, bardziej zawadiackim, może nawet z odrobiną czułości, która znowu przez przypadek wyciekła spod maski.
- Nie zapomnij potem, sze to ty mnie tam chciałaś. -  Powiedziałem cicho, z uśmiechem, który był może trochę zbyt zadowolony z siebie, ale dokładnie taki powinien być, bo to była gra... A może już nie gra, tylko coś bardziej subtelnego, z rozmytymi granicami, trudnego do nazwania - coś, co miało smak dawno nieużywanej czułości, zakurzonej i lekko zardzewiałej, jakby wyciągniętej ze strychu, do którego nikt nie zaglądał od lat, ale nie wydawało mi się, żeby Prudence miała coś przeciwko kurzowi. Przeciwnie - to był jej klimat, wszak była czarnoksiężnicą, kobietą, która potrafiła przejść przez pajęczyny bez mrugnięcia okiem, a może nawet z jakimś lekkim, perwersyjnym upodobaniem, i właśnie dlatego pozwoliłem sobie na to spojrzenie, ten ton, tę sugestię, co do której nie zostawiłem żadnych wątpliwości.
A, co do klimatu tamtych miejsc, o których rozmawialiśmy - wiedziałem, jak to jest, gdy trzeba się zaprzyjaźnić z wilgocią, z brudem, z dźwiękami, które brzmią obco, z językiem, który nie pasuje do ust, i z tempem mówienia, które nie współgra z tym, co znane, i jak wygląda walka o to, by nie zacząć nienawidzić miejsca tylko dlatego, że się w nim nie oddycha łatwo.
- W Luisjanie był dokładnie taki klimat. Tlopikalny, pszynajmniej dla kogoś od nas, ale da szię pszyswyszaiś. Ja się pszyswyszaiłem, goszej było s... - Odpowiedziałem jej cicho, trochę jakbym mówił do siebie, ale urwałem - jeszcze miałem kontrolę nad wypowiadanymi słowami, mimo picia alkoholu. Nie próbowałem przekonać Prue, nie siliłem się na entuzjazm - mówiłem, jak ktoś, kto naprawdę tam był, kto musiał oddychać tym gorąco-wilgotnym powietrzem, nawet gdy nie miał na to ochoty, a było wiele dni, kiedy nie miałem. - Gdybyś kiedyś naplawdę chciała wyjebaś na Haiti. -  Kontynuowałem cicho, nie odwracając wzroku. - To dałabyś ladę szię pszyswyczaiś, bo szą jesce inne szeszy, oplósz dostępu do wiesy tajemnej, któle lekompensują klimat. - Powiedziałem, wracając myślami do samych początków doświadczeń na obczyźnie. To nie wyglądało tak, że człowiek się po prostu przełączał - to nie kliknięcie pstryczka w mózgu. To raczej było powolne rozmywanie się tego, co znałeś wcześniej. Najpierw myślisz, że to tylko na chwilę, wrócisz, bo to przejściowe. Potem okazuje się, że wracać już nie masz do czego, a to, co masz przed sobą, staje się twoim nowym „normalnym”... A potem zaczynasz się z tym utożsamiać. - Lasy namoszynowe, smak świeszego mango plosto s dszewa, jedzonego nad szeką. Światła w balach, któle otwielają szię dopielo po zmloku, i to, sze czas tam płynie inaczej, jakby miał w dupie zegalki, ludzie tam szyją inaszej. - Zawiesiłem głos, bo nie chciałem brzmieć patetycznie - zwłaszcza, że początki nie były łatwe. Praktycznie od razu, kiedy przybyliśmy do Stanów, trafiliśmy do Luizjany - taki chrzest bojowy - klimat dokładnie taki, jakiego Prudence się obawiała, a którego ja już wtedy nie miałem siły komentować. Świadomość, że ciało może się spocić jeszcze zanim opuści cień, wilgotne powietrze można łykać przez usta, a cisza „cichego popołudnia” potrafi dudnić w uszach od intensywności odgłosów cykad i buzującej krwi w uszach ze zmęczenia upałem - to wszystko było dla mnie znajome, na początku nieprzyjemne, ale możliwe do zniesienia. Da się przyzwyczaić, jeśli trzeba - trzeba tylko przestać marzyć o rześkim, deszczowym powietrzu i chłodnych wieczorach nad Tamizą - o czymś umiarkowanym, rozsądnym. Trzeba się pogodzić z tym, że tamten dzikszy świat nie ma nic wspólnego z naszymi preferencjami - poza tym czasami nie chodzi o temperaturę i wilgotność, tylko o to, że organizm się przystosowuje szybciej niż umysł. Umysł potrzebuje więcej czasu.
- Da szię. - Powiedziałem znowu, wzruszając lekko ramionami. - Tylko nie w tszy dni, nie w tydzień, czasem to zajmuje miesiąse.
Nie wiedziałem, co mnie bardziej rozbawiło - to jej zaskoczenie, że sięgam po mugolską literaturę, czy fakt, że ten komentarz po prostu się jej wymsknął. Prudence była zbyt bystra, żeby nie wiedzieć, że świat nie kończył się na „Magii Teoretycznej, Tom VI”, a mimo to wyglądała tak, jakby zobaczyła mnie w jedwabnym nocnym czepku i z tomikiem Dickensa pod pachą, jakbym był Romulusem, który nie może sobie odnieść fryzury o puchową poduszkę w jego eleganckiej, równie wymuskanej, nad wyraz brytyjskiej sypialni - ten to pewnie nawet miał pasujący szlafrok. Myślałem, że już dawno mieliśmy za sobą przekonanie, iż moje nazwisko - tak, to przeklęte nazwisko - nakładało na mnie obowiązek pogardy wobec wszystkiego, co mugolskie, jakby świat był tylko czarno-biały, a kultura ograniczała się do czytania pergaminów i ksiąg oprawnych w skórę trolla.
- A co myszlałaś, sze lobię, kiedy utknę gdzieś w posiągu w Patagonii? - Spytałem, zerkając na nią spod oka. - Liczę pszechosąse lamy, a pszy okasji tesz alpaki, bo za cholelę ich nie odlószniam? - Mój ton nie był kąśliwy, nie do końca. Po prostu... Normalny. Odsłaniający odrobinę tej części mnie - której zazwyczaj nie wystawiałem na widok publiczny, bo to nie za bardzo pasowało do typowego zakapiora - tego, co dzieje się w przerwach. Nie dziwiło mnie jej zdziwienie - większość ludzi nie rozumiała, że ta praca to nie tylko dramatyczne momenty, huk i błysk zaklęć, łamane klątwy, cofane i nakładane zabezpieczenia - to przede wszystkim czas, czas spędzony w drodze, czekanie, godziny, dni, tygodnie w przejściach - między jedną ruiną a drugą, między krajem a kontynentem, między ciszą odludzia a zgiełkiem miasta... I trzeba coś z tym zrobić, inaczej człowiek zaczyna myśleć za dużo, a tego się nie poleca. - Nie zawse da szię telepoltowaś, sama wies. - Ciągnąłem spokojnie. - Nie wszędzie wchosi w glę miotła, u mnie to jusz w ogóle wcale, czy motol, czasem tszeba się zdaś na kolej, statek, albo zwykły autokal s dziulawym dachem i dzieckiem, które wszesczy pszes pięś gosin. Nie mówiąs o statkach - siedzis tam przez dwadzieścia cztely gosiny pszes kilka dni albo nawet tygodni, to albo czytas, albo mas ochotę wyszuciś się pszez bultę w ocean. - Zamilkłem na chwilę, żeby pozwolić temu obrazowi wybrzmieć. - Nie jestem tloglodytą, Plue. - Dodałem z nieco bardziej rozbawionym tonem. - Nie piję, nie glam w kalty i nie baluję... No, nie tylko to lobię, i gdybym miał szię oglaniczaś tylko do litelatuly magisznej, to naplawdę szybko nie miałbym, co czytaś. - Skwitowałem - czytałem to, co wpadnie mi w ręce, skład mielonki w puszce też, więcej razy, niż bym chciał, chociaż studiowania akurat tego nie polecałem - niektóra wiedza nie powinna być dostępna dla odbiorcy, nawet jeśli i tak to potem jadłem. Zamilkłem na moment, przeczesałem dłonią włosy, które już dawno przestały wyglądać, jakby miały do czynienia z czymkolwiek, co przypominałoby grzebień - momentami całkiem tu mocno wiało, to była ta chwila. - Nie mam wlodzonego wstlętu do litelatuly mugolskiej, naplawdę, nie wyssałem go s mlekiem mamki. Tak właściwie, moje ulubione ksiąszki szą mugolskie. Cała gólna półka. - Dodałem po chwili, unosząc kącik ust. Nie było to przecież żadne wielkie wyznanie ani coś, czym należałoby się afiszować - to była zwykła praktyczność, a może potrzeba zajęcia głowy czymkolwiek, by nie oszaleć w kolejnym przedziale, na pokładzie łodzi towarowej, w namiocie na końcu świata. Czasem pod ręką był tylko porzucony tomik poezji z wypisanym na marginesie imieniem sympatii, podręcznik do fizyki, romans z lat sześćdziesiątych, zeszyt z przepisami kulinarnymi albo, najczęściej w pociągach, broszura informacyjna o wstaw kraj liniach kolejowych, z której dało się wyciągnąć zaskakująco dużo informacji, jeśli tylko człowiek miał wystarczająco dużo czasu. Postanowiłem dłużej się nad tym nie rozwodzić - i tak powiedziałem już bardzo dużo. Zamiast tego podniosłem brew. Wymienialiśmy się informacjami - tak było uczciwie, więc powinna mi powiedzieć coś w zamian.
- A ty? - Spytałem, z lekkim przekąsem, który miał rozładować ciężar chwili. - Nie powies mi chyba, sze nigdy nie uloniłaś łzy nad szadnymi mugolskimi czytadłami, nie zaczytywałaś szię w jakiejś Austen, lobiąs mentalne notatki, kogo byś zabiła w pielwsej kolejności, bo cię wkulwiał swoimi nielogisznymi desysjami. - Odbiłem temat, nie dając jej za dużo czasu na zastanowienie o mnie - lubiła myśleć, że mnie rozgryzła, może rzeczywiście widziała więcej niż inni. Ale w całości? Nie miałem pewności, czy w ogóle istniała taka wersja mnie, którą dałoby się złożyć z kawałków wiedzy, jaką mogłem i chciałem jej dać, a dawałem jej dużo...
Ona od siebie... Też dużo dawała. Zaskakiwała mnie swoimi wypowiedziami.
Odruchowo uniosłem brwi, gdy to powiedziała - te słowa o wiązaniu - i przyzezowałem na nią jednoznacznie, z tą samą bezczelną miną, którą demonstrowałem jeszcze w czasach szkolnych, chociaż wtedy używałem jej raczej z zamiarem prowokowania pojedynku na słowa niż flirtu. Teraz wyszła ze mnie bez udziału świadomości - półgłupi, cwaniacki uśmieszek, który mimowolnie rozciągnął mi usta, zdradzał aż za dużo i ani przez chwilę nie próbowałem go tłumić. Był podszyty czymś, czego nie miałem zamiaru udawać, że nie ma - bo czemu niby? Nie bez powodu przecież staliśmy w środku kręgu z kamieni, na wrzosowisku pachnącym ziemią i starą magią, a ona sama powiedziała to, co powiedziała. Wypowiedziała te słowa, spojrzała przy tym jakby od niechcenia, ale przecież wiedziała - wiedziała, co z nimi zrobię.
Odchrząknąłem. Głęboko i z przesadą, żeby dać sobie sekundę na reakcję, chociaż i tak nie potrzebowałem jej wiele. Językiem przeciągnąłem po zębach, kolejny zaczepiając niechcący o ten jeden, uszczerbiony na krawędzi, po prawej górnej trójce. Poczułem znajomy, ledwie wyczuwalny, metaliczny posmak krwi, ale zignorowałem go z przyzwyczajenia. To był rodzaj drobnego bólu, który nie przeszkadzał, a nawet przeciwnie - przypominał, że to wszystko naprawdę się działo. Patrzyłem na nią, przez moment zastanawiając się, czy rzeczywiście usłyszałem to, co padło, więc teraz miałem dowód - padło... Aż rozciąłem sobie język, całe szczęście, nie wywalony. Wystarczyło, że odruchowo uniosłem brwi, zanim jeszcze do końca zrozumiałem, co właściwie powiedziała. Coś we mnie - może czysta przekora, może odruch stary jak świat z naszych dawnych czasów - zareagowało szybciej niż myśl. Moje spojrzenie zsunęło się na nią, świdrując ją bezceremonialnie, bez cienia skruchy - od góry do dołu - najpierw włosy - te niesforne, już trochę rozczochrane wiatrem, z którym nie próbowała nawet walczyć. Potem oczy, jak zawsze zbyt mądre i zbyt uważne, by człowiek czuł się przy nich komfortowo, a jednak to uległo zmianie. Następnie usta - te, które właśnie wypowiedziały to, co wypowiedziały. A dalej… Dalej było już tylko gorzej... Lub lepiej, zależnie od punktu widzenia. Westchnąłem cicho, bardzo cicho - nie ze zmęczenia - z zadowolenia, z niezdrowej satysfakcji, że dała mi tę linijkę, jedną frazę, której nie mogłem przepuścić, i nie zamierzałem.
- Właśnie ci powiesiałem, sze spolo czytam, a to znaszy, sze mam bogatą wyoblaśnię... - Uśmiechnąłem się już całkiem otwarcie, przechylając głowę jak ktoś, kto zaraz powie coś głupiego, ale z pełną świadomością. - Musis byś pszy mnie ostloszniejsa ze słowami... - Potrzebowałem trochę luzu, żeby nie wejść w to za głęboko, zbyt nagle, zbyt gwałtownie, ale to była ona. Ona. Ona to powiedziała. Nie ja. - Ale skolo jusz wypowiedziałaś je na głos… - Nachyliłem się nieco bliżej, tylko odrobinę, ale wystarczająco, by cień przesunął mi się po twarzy. - Oczywiście nie zamieszam nam tego odmawiaś, mamy umowę, ty tesz musis szię zjawiś... - Nie dodałem nic więcej - wcale nie musiałem. Ton, w jakim to powiedziałem, zrobił swoje. Każde słowo niosło w sobie coś więcej niż tylko reakcję na rozmowę. To nie była odpowiedź na to, co mówiła. To było odniesienie do czegoś zupełnie innego, i oboje dobrze o tym wiedzieliśmy. Ja na pewno. Ona… Znając ją, mogłem założyć, że dotarło - nie przegapiła ani jednej pauzy, ani tej wymownej nuty w moim głosie. Celowo zaakcentowałem „nam”, wiedząc, że nie chodziło przecież o nas oboje robiących coś zdrożnego, przynajmniej nie w kontekście wypowiedzianych słów - mówiliśmy o widmowidzeniu i klątwach, ale dzięki tym słowom, chwilę potem, już chodziło... Bo przesunąłem granicę - o dwa kroki w przód, o jeden w bok, o trzy w głąb sugestii, której jeszcze przed chwilą wcale tam nie było.
Wtedy po prostu sięgnąłem do niej – nie gwałtownie, nie łapczywie. Spokojnie. Tak jakbyśmy robili to już dziesiątki razy. Tak jakby to było coś zupełnie zwyczajnego. Objąłem ją w pasie, przyciągając bliżej, a ona nie zaprotestowała. Jej ciało dopasowało się do mojego, jakbyśmy byli dwoma kawałkami tej samej całości, tylko przez chwilę rozdzielonej - to było dziwne wrażenie, jeszcze dziwniejsza myśl, nie było w tym żaru, było coś cichszego, bardziej stonowanego, ale tym bardziej niosącego napięcie.
Poczułem jej ciepło, jakby cała ta przestrzeń wokół nas zmieniała się na moment w coś bardziej osobistego, mniej dzikiego, chociaż wciąż nie do końca oswojonego. Nie chciałem się poruszać, ani nawet myśleć o tym, co będzie dalej - wszystko, co było wcześniej, nie miało teraz żadnego znaczenia. Uśmiechnąłem się do siebie, zupełnie mimochodem. To nie był uśmiech ironiczny, ani litościwy, to nie był też ślad żadnego planu - ani przelotnego, ani długoterminowego - zero oczekiwań, brak gierek, tylko my dwoje zamknięci w tej chwili. Po prostu czułem się tak dziwnie spokojny, że to aż śmieszyło. Jeśli Prue była czarnoksiężnicą - a była, bez wątpienia - to była też tą, która zna język rzeczy zapomnianych. Tą, która nie boi się przeszłości - tą, która potrafi żyć wśród pajęczyn i nie boi się pająków kładzionych na jasnej, delikatnej dłoni, która teraz spoczywała na moich plecach. A ja - ze wszystkimi swoimi zardzewiałymi schematami czułych zachowań, z przykurzonymi gestami, które nie wiedziały, czy mają jeszcze prawo istnieć - nagle poczułem, że właśnie dlatego pasuję tu idealnie. Nie jako bohater tamtej piekielnej nocy, ani nie jako potencjalny ukochany, bo to nigdy nie było nam pisane, a już zwłaszcza nie teraz - byliśmy na to zbyt inni, za bardzo porozbijani przez własne doświadczenia, również nazbyt różne, by to nas połączyło na jakimś głębszym poziomie, niż teraz w tej chwili. Po prostu - jako ten, który na chwilę znalazł miejsce w nieoczekiwanie spokojnych objęciach, gdzie nie trzeba strzepywać kurzu z duszy, by ktoś chciał ją dotknąć. Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek poczuję coś takiego do czyjejś obecności - do samego bycia kogoś przy mnie, bez żadnych dodatkowych oczekiwań, i do ciepła, które przebijało się przez materiał jej... Mojej kurtki, ale chyba już bardziej jej - w jakimś sensie do niej pasowała i nie była czymś zupełnie moim, już nie, nie po tylu latach porzucenia w garażu, mogła ją mieć, jeśli chciała, na pamiątkę, do wrzucenia w głęboki kąt szafy i odnalezienia za wiele lat, może nawet z uśmiechem nostalgii - i sięgało mojego ramienia, jakby na przekór wietrznemu zimnu wzgórz. W tym wszystkim nie było nic skomplikowanego. Jej obecność przy mnie, ciepło, które emanowało od jej ciała, to, jak miękko opierała się o mnie, nie wywoływało u mnie żadnej paniki ani kurczliwej reakcji serca, która wymagałaby natychmiastowej próby odzyskania kontroli - odcięcia się od tych dawno zapomnianych odruchów, które zazwyczaj nie kończyły się niczym dobrym.
Miałem nieodpartą chęć poruszyć palcami, więc przesunąłem kciuk po zewnętrznej stronie jej ramienia, po czym poprawiłem ułożenie ramion i dłoni w uścisku - jedna zsunęła się odruchowo niżej, wzdłuż jej pleców, zatrzymując się w miejscu, gdzie kończyły się łopatki, druga znalazła się niżej, ale nie za nisko. Nie było w tym żadnego zamiaru - to był gest odruchowy i nieprzemyślany, jakby ciało samo wiedziało, czego potrzebuje, zanim zdążyłem to przeanalizować - raczej, jakby palce badały, czy rzeczywiście jest tu obok, przytula się do mnie i, co gorsza, czy zamierza zostać. Naprawdę chciałem, by została, a ona... Była blisko... I nie uciekła - to był sukces. Nie było potrzeby, żeby cokolwiek o tym mówić - słowa w takich chwilach są jak tłumaczenie żartu, który każdy zrozumiał, ale wszyscy zignorowali, bo powodował tylko niezręczną ciszę. Nie należało ich wypowiadać.
Pochyliłem się jeszcze trochę bardziej, co było absurdalne i zupełnie niepraktyczne, bo moje plecy od dawna protestowały przeciwko takiej formie bliskości, ale nie przyszło mi do głowy, żeby się odsunąć. Głupio by było, naprawdę. Po prostu pozwoliłem wargom musnąć czubek jej głowy, jakby to miało wystarczyć, i o dziwo - wystarczyło, a przynajmniej tak mi się wydawało. Nie było w tym nic romantycznego, w tradycyjnym sensie tego słowa, przynajmniej w moim własnym odbiorze. Raczej coś na granicy troski i potwierdzenia, że: „Tak, jesteś, widzę cię, czuję twoją obecność i nie zamierzam jej zignorować”. Wciągnąłem powietrze przez nos i już nie potrafiłem nie zauważyć, że moje zmysły wyłapują również te małe niuanse - nie tylko jej ciepło i obecność, lecz także chociażby to, w jaki sposób pachniała, gdy wszystko wokół nas nie było ogarnięte kłębami dymu. A pachniała... Przyjemnie - nie w ten przerysowany sposób, jakby wykąpała się w wodzie z dodatkiem pachnących eliksirów albo mocno się wyperfumowała, tylko raczej jakby spędziła większość czasu na pracy z medykamentami - trochę szpitalnie, co - o dziwo - wcale mi w niczym nie przeszkadzało, chociaż na ogół unikałem szpitala. Takie miejsca bardzo źle mi się kojarzyły, abstrahując od tego, że na ogół albo nie było mnie na nie stać, z różnych powodów, albo nie miałem czasu na szukanie uzdrowiciela. Poza tym w tym zapachu przebijały się inne nuty - bardziej złożone - kogoś, kto resztę czasu spędzał w bibliotece, trochę na strychu, później wśród krzewów owocowych w nasłonecznionym ogrodzie. Pachniała jak medykamenty, książki, truskawki, i jak kadzidła - ale też jak coś starszego, trochę niepokojącego, rytualnego. To nie był zapach, który można kupić. To był zapach, który się zbiera przez lata - przesiąka nim skóra i włosy, staje się integralną częścią człowieka, aż samemu się go już nie czuje, bo jest wryty tak głęboko.
Budził we mnie coś bardzo pierwotnego, zakurzonego, zardzewiałego, coś, co kiedyś - bardzo dawno temu - mogło się nazywać czułością. Coś, co nie miało prawa się zdarzyć... I teraz to coś łypało na mnie z głębi mojego własnego wnętrza i mówiło: „Nie spiernicz tego” - co gorsza, na wiele znaczeń. Starałem się nie myśleć o tym, że właśnie z takich chwil tworzyły się te błędy, które potem były trudne do zrozumienia, wręcz niemożliwe do naprawienia - powstawało przywiązanie. Czułem jej oddech na skórze, przyjemny dreszcz, który wzbierał w całym ciele. Przylegała do mnie jakby sięgnęła po coś, czego już od dawna nie szukała, ale co nagle, bez uprzedzenia, okazało się niezbędne - chociaż może to sobie projektowałem, bo sam w tamtej chwili nie miałem ochoty ruszać się z miejsca. Wszystko we mnie, nawet te najbardziej sfrustrowane, niecierpliwe kawałki osobowości, milczały. Jakby mówiły: „Jest dobrze. Nie psuj tego.” I nie psułem. Czasem wystarczy jedno spojrzenie, czasem milczenie, a czasem tylko to, że nikt się nie odsuwa - po prostu stoi.
Dotyk moich dłoni na jej plecach był niemal nieświadomy, taki naturalny, jakby wynikał z jakiejś dawno głęboko ukrytej potrzeby - niby mało znaczący gest, a jednak czułem, że w jego prostocie tkwi coś, co mnie samemu było obce. Jakiś rodzaj bliskości, której przez długi czas nie zaznałem, bo nie chciałem, a która teraz wypełniała przestrzeń między nami, nie krępując ruchów, nie domagając się niczego w zamian - po prostu była. Jak kobieta obok mnie. Jej ciało wpasowało się w moje, jakby naprawdę od zawsze było to przeznaczone, byśmy chociaż na chwilę coś ze sobą mieli. Niby nie pasowaliśmy do siebie, nie pasowaliśmy do tych wzgórz, tych wrzosowisk - no, lakierki Prue tu nie pasowały - ale tutaj, w tej chwili, wszystko zdawało się być w porządku, a jednocześnie coś nie do końca grało. To coś... To była czułość? I dziwna forma spokoju, który pozwalał mi wyciągnąć z siebie coś, czego już prawie zapomniałem, a na pewno nie spodziewałem się, że kiedykolwiek znowu to poczuję. To miało sens, ale zarazem zupełnie nie miało. Zupełnie, jak następne słowa Prudence. Czego miałem pragnąć? Właściwie nie marzyłem o niczym konkretnym. Marzenia były dla ludzi, którzy wierzyli w jakąś jasno określoną przyszłość - chcieli, by ich życie w jakimś sensie miało cel. Ja nie miałem takiego pragnienia.
- Maszenia… - Mruknąłem w końcu, kiedy milczenie stało się zbyt wymowne. - Moje? -  spojrzałem na nią, chociaż nie wprost, raczej to była przestrzeń na ziemi za jej plecami. Oczekiwania, może jakieś miałem, ale marzenia? Nie. Może miałem jakieś ukryte pragnienia, ale na pewno nie zamierzałem ich realizować. Jej sylwetka w cieniu menhirów, w moich ramionach, była spokojna, niewzruszona. Wydawało mi się, że odchyliła głowę minimalnie, jakby chciała poczuć powiew wiatru na szyi. A ja, zamiast się cofnąć, tylko pochyliłem się niżej - tu, teraz, w tym miejscu, między głazami na skraju wrzosowisk i morza, kilka godzin świcie - patrząc ze spokojem na kogoś, kto przedtem niemal zawsze mnie denerwował, teraz dochodząc do wniosku, że to chyba jest wszystko, czego można chcieć. Nie ma żadnych oczekiwań - ja nie oczekuję niczego. - Mówiłem ci, sze nie sa pan blat mi s maszeniami. Nie oczekuję, sze będzies mi coś spełniała, nie oczekuję w ogóle niczego, m'kay? To nie tak, sze chces mnie wykoszystaś, czy coś w tym losaju, ja ciebie tesz nie, oboje to wiemy. Po plostu… Nie wiem. Jedyne, czego sobie szyczę, to tego, szeby to zostało mięsy nami. To wystalczy. - Wzruszyłem ramionami - słowa Prue zabrzmiały, jakby wyrwały się z jej wnętrza, ale w tej chwili było to coś więcej, niż tylko prosta deklaracja. To była próba znalezienia równowagi, jakby, mimo tego wszystkiego, co mogło nas dzielić, chciała, byśmy znaleźli sposób, by być tutaj, w tym momencie, razem, ale nie kosztem drugiej strony. Rozumiałem to, chociaż może nie tak dobrze, jakbym chciał... Może nawet tak naprawdę nie chciałem tego rozumieć. Nie miałem zamiaru wymuszać na niej niczego, nie chciałem być tym, kto wykorzystuje jej nagłą otwartość. Zawsze to ja, niezależnie od okoliczności, musiałem zdobywać to, czego chciałem i za to odpowiadać, być tą pierwszą osobą na linii frontu, żonglować decyzjami. Samodzielnie, i wciąż nie czułem potrzeby, by coś w tej chwili zmieniać w tym zakresie. To, co działo się między nami, było zbyt inne od tych przelotnych gestów, które mogłyby skończyć się za chwilę, jakby nigdy nic. To było jak coś, co - zresztą, jak sam dobrze wiedziałem - nie miało prawa trwać, a mimo to istniało. Nie oczekiwałem od niej niczego, nie chciałem być biorcą - wolałem pozostać w roli przewodnika po impulsywnych decyzjach - to było w porządku. Prawdę mówiąc, byłem do tego przyzwyczajony. Może zbyt długo żyłem w tym przekonaniu, ale nie uważałem, że w tej chwili cokolwiek miałoby się zmienić. Oferta, którą jej ofiarowywałem, była nieoczywista, i tak naprawdę nie oczekiwałem nic w zamian - w końcu i tak bardzo dawno temu zadecydowałem, że nigdy więcej nie zamierzam wchodzić w żadną grę oczekiwań. Niczego nie pragnąłem od niej - miałem tylko nadzieję, że to nie będzie coś, co wymaga jakiejkolwiek deklaracji... Niestety, najwyraźniej musiało - musiałem to powiedzieć na głos, przez co na chwilę zapadła cięższa cisza. Czułem, że to dla niej istotne, i chociaż wcale nie byłem pewien, jak rozluźnić atmosferę, to poczułem, że mam jedno jedyne, proste wyjście.
- Mam takie sklyte maszenie, aszeby Elias mnie nie zabił. - Powiedziałem w końcu, zmieniając ton głosu na lżejszy, podszyty rozbawieniem, ale i czymś więcej, co nie miało nic wspólnego z poważnym kontekstem naszej rozmowy, a wszystko z tym, co mi chodziło po głowie. - Spotkanie mojej głowy s jego gilotyną do szyb laszej nie jeszt na mojej liście maszeń, więs postalajmy szię nie obnosiś s naszymi nowymi stosunkami. - Przygryzłem dolną wargę z lekko prowokacyjnym uśmiechem, świadomy aż nazbyt dobrze, jak to może zabrzmieć - celowo, celowo to tak brzmiało.
Aż w końcu Prudence jeszcze bardziej wyciągnęła się na palcach, przez to wyraźniej oparła się na mojej piersi, a ja poczułem każdy detal - materiał jej kurtki, nierówności pod spodem, ułożenie jej ciała wzdłuż mojego. Jej oczy wciąż błyszczały, gdy przysunęła policzek do mojej twarzy - odruchowo jeszcze bardziej się pochyliłem, mocniej łapiąc ją rękami, byśmy mogli spotkać się gdzieś w połowie drogi, a to uczucie, które przez moment wydawało się nieobecne, wróciło, jeszcze bardziej intensywnie, rozlewając się po moim umyśle i ciele. Wiedziałem, że to było to, czego chciała - wcale nie musiała mnie prosić o nic. Nie musiałem tego wszystkiego rozumieć, nie musiałem odnaleźć odpowiedzi. Działo się to samo z siebie, jakby nasze ciała wiedziały, że to najwłaściwsza forma porozumienia, jaką potrafią w tej chwili wyrazić, więc przysuwały się do siebie... Coraz bardziej. Nie potrzebowałem słów, zapytań, ani przyzwolenia wypowiedzianego na głos. Zsunąłem dłonie z jej pleców niżej, bez zbędnych gestów i bez wahania. Dotarłem do miejsca, gdzie materiał jej jeansów napinał się na krągłościach, zaciskając na nich palce. Zgiąłem kolana i uniosłem ją do góry jednym płynnym ruchem. Byliśmy teraz na równym poziomie, wzrok napotykał wzrok bez wysiłku, bez wspinania się ani pochylania.
- No i mas... - Mruknąłem, mrużąc oczy. Byliśmy niemal nos w nos - zbliżyłem twarz o kilka centymetrów, aż mogłem dostrzec najdrobniejsze zmarszczki przy kącikach jej oczu. Czoło kobiety było teraz równe z moim, nasze spojrzenia - w jednej linii, ale miała ten swój cholerny koczek, trochę rozwalony, potargany, ale... Niewątpliwie ponad czubkiem mojej głowy. - Znowu jesteś wyszej. Ty zawse musis byś lepsa, co? - Uśmiechnąłem się - krzywo, cwanie. Nie było w tym uprzejmego stwierdzenia przegranej, tylko echo lat, w których nauczyła mnie, że praktycznie wszystkie moje słowa potrafią ją zaczepić i rozdrażnić. Teraz też czekałem na reakcję - choćby na to, by jej brew drgnęła, ledwie zauważalnie - coś pomiędzy rozbawieniem a irytacją, jakby próbowała nie dać się sprowokować, ale znałem ją już na tyle, by zauważyć ten błysk w spojrzeniu. Czekałem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#17
09.05.2025, 22:51  ✶  

Sama Prue chyba nie spodziewała się tego, że będzie miała chęć w najbliższym czasie znaleźć się w jakichkolwiek ramionach. Nie szukała bliskości, dobrze jej było samej, w tym malutkim świecie, który sobie wybudowała. Nie należała do osób, które potrzebowały kogoś wokół siebie. Nie starała się na siłę otaczać ludźmi. Nie była jedną z tych osób, które potrzebowały towarzystwa, bliskości. Nie zakładałaby, że kiedykolwiek znajdzie się w ten wyjątkowy sposób gdzieś z nim. Nie, żeby ogólnie rozmyślała o tym, czy pozwoli się w ogóle komuś do siebie zbliżyć. Wydawało jej się, że tego nie potrzebuje, jak widać jednak dość szybko się to zmieniło. Wystarczyła odpowiednia (całkiem niedawno jeszcze raczej nieodpowiednia) osoba, aby pozwoliła sobie zupełnie zmienić swój tok myślenia. Właściwie to chyba raczej nie myślała, po prostu pozwoliła sobie zupełnie niespodziewanie pozbyć się murów, którymi się otaczała. Nie miała pojęcia z czego to wynikało, czy z tego, co razem przeżyli, czy z tego, że poczuła się w jego towarzystwie jakoś tak inaczej, a może to wszystko razem wpłynęło na to, że stała się nieco innym człowiekiem. Najwyraźniej właśnie tego potrzebowała w tej chwili, bez sensu było więc analizować to zachowanie, jakoś specjalnie się na nim skupiać, niczego by to przecież nie zmieniło.

Zauważyła też jego zmianę nastawienia wobec swojej osoby, cóż, wystarczyło, by nieco inaczej się zachowywała, a udało im się znaleźć nić porozumienia, może nawet więcej niż nić, pojawiło się coś więcej, chociaż nie potrafiła jeszcze tego nazwać, tak właściwie to czy w ogóle musieli to nazywać? Nie, bo przecież to miał być tylko moment w czasie i przestrzeni, dwie osoby, które spotkały się ze sobą z jakiegoś powodu, może bez powodu, kto to właściwie mógł wiedzieć i niedługo miały się rozejść każde w swoją stronę. Nic więcej, tylko tyle, a może, aż tyle. Wiele było niewiadomych w tym wszystkim, ale wyjątkowo jej to nie niepokoiło, wręcz przeciwnie w tym przypadku to wydawało się właściwe.

Nie potrzebowali żadnych zapewnień, deklaracji, to nie było im do niczego potrzebne, wiedzieli na co się piszą, czego chcą, gesty mówiły same za siebie. Może były zupełnie niespodziewane, ale jednak chciane, zupełnie naturalnie przyszło im zaakceptowanie tego uczucia, które się między nimi pojawiło, bo nie dało się nie dostrzec, że coś wisiało w powietrzu, otaczało ich coraz bardziej, zwłaszcza kiedy przestali je ignorować i pozwolili mu znaleźć swoje ujście.


Nie podejrzewałaby ich o to, że będą potrafili ze sobą rozmawiać w ten sposób, a przychodziło im to całkiem naturalnie. Rozmawiali o wszystkim o niczym, o pierdołach i o tych rzeczach, którymi raczej z nikim się nie dzieliła. Podejrzewała, nie wiedzieć czemu, może nie powinna, ale jednak to robiła, że on też nie jest szczególnie wylewny, a jednak przed nią nieco się otworzył. Czasem chyba tak to działało, że dużo prościej było się otworzyć przed kimś obcym, tyle, że oni nie byli sobie tak do końca obcy, to nieco komplikowało sprawę, chociaż czy na pewno? To nie tak, że dzisiaj odejdą każde w swoją stronę, może to nawet lepiej, bo była go coraz bardziej ciekawa. Chciała zobaczyć do czego ich to doprowadzi, co wyniosą z tej dziwnej, nie do końca spodziewanej relacji, która się właśnie między nimi tworzyła. Byli niby bardzo różni, a mimo wszystko czuła, że sporo ich łączy. Każde swoje przeżyło, w tych zupełnie innych światach, w którym przyszło im żyć. Nie wydawali się być szczególnie szczęśliwi, raczej mocno pokaleczeni przez wydarzenia z przeszłości, może właśnie dzięki temu tak lekko przychodziła im ta rozmowa. Każdy, nawet najbardziej introwertyczny człowiek czasem potrzebował bliskości drugiej osoby, mogli mówić o tym, że tak nie było, ale nie dało się zaprzeczyć, że zdecydowanie pokazywali aktualnie coś innego.

Wyciągała wnioski z tej konwersacji, potrafiła to robić, to nie tak, że nie docierało do niej to, co do niej mówił. Na pewno zaczęła zauważać pewne rzeczy, mogła zaprzeczać, że jest częścią jakiegokolwiek stada, ale jednak tak się stało, nie miała nawet pojęcia kiedy, nie była tego świadoma, teraz sobie to uzmysłowiła, ale nie przerażało jej to jakoś specjalnie, nie zamierzała też mówić głośno o tym, co wyniosła z tej rozmowy. Właściwie to chyba faktycznie powinna nieco inaczej patrzeć na to wszystko, czy tego chciała, czy nie. Nie dało się zaprzeczyć temu, że jednak pojawiły się pewne zmiany w jej życiu, dopiero zaczęła je dostrzegać.

Nie wypytywała go o jego przeszłość, sytuację rodzinną zbyt mocno. Wiedziała, że może to nie być tematem, który ma chęć poruszać, i tak dość sporo jej powiedział, nieco przybliżył swoją sytuację. Dzięki temu otworzyła oczy, zaczęła widzieć więcej, chyba potrzebowała tego, żeby móc spojrzeć na niego łaskawiej, tego w przeszłości, bo na mężczyznę, z którym teraz przemierzała drogę spoglądała z nieukrywaną ciekawością.

Bez sensu było dyskutować o niespełnionych oczekiwaniach, wydarzeniach, które nie miały miejsca, wszystkich hipotetycznych sytuacjach, które na niego czekały, gdyby nie podjął takiej, a nie innej decyzji. Miała wrażenie, że gdyby tego nie zrobił, byłby naprawdę nieszczęśliwym człowiekiem, zdecydował się podążać własną drogą, może nieco wyboistą, jednak dzięki temu mógł uniknąć tego ułożonego dla niego przez innych życia. To był chyba całkiem niezły wybór. Na pewno dusiłby się, gdyby założyli mu taką pętlę na szyję, pewnie z roku na rok by się zaciskała coraz bardziej, aż w końcu nie mógłby oddychać.

- Widzę to, ale zastanawiam się dlaczego tak jest. - Może jego sytuacja się zmieniła, nie był już tym zadufanym w sobie, bogatym gówniarzem należącym do elity, jednak nie zmieniało to faktu, że mógł mieć jakieś pewne oczekiwania. Czy bał się rozczarowania, czy powodowało to coś zupełnie innego? Mogła tylko gdybać, jednak wiedziała, że nie działo się to bez przyczyny, ktoś musiał go zawieść, albo sam się zawiódł, nie wydawało jej się jednak, że takie założenia były słuszne, warto było mierzyć wyżej, sięgać po rzeczy, które nie były na wyciągnięcie ręki. Nie wydawało jej się, aby mógł mieć z tym problem. Przecież potrafił być zdeterminowany, to na pewno się nie zmieniło, z czego więc wynikała taka bierność? Nie miała pojęcia, może nie powinna mówić o tym, że w ogóle się nad tym zastanawiała, ale tego dnia wybierała szczerość, może nawet zbyt często. Myślała o tym, co musiał przeżywać podczas czasu, który spędził w podróży, podejrzewała, że raczej nie były to tylko i wyłącznie kolorowe wspomnienia, a jednak wrócił do kraju, na pewno miał ku temu jakiś powód, coś go tutaj sprowadziło. Czy to też nie były jakieś oczekiwania? O to jednak nie zapytała, nie wydawało jej się, aby była osobą, która powinna się tym interesować. Wspominał, że wrócił na chwilę, że niedługo stąd wyjedzie, najwyraźniej nie zastał tu tego, czego potrzebował, tak też mogło być, zresztą nie wydawało jej się, żeby mógł chcieć tutaj zostać, bo przecież nie bez powodu te kilkanaście lat temu stąd uciekł. Miała naprawdę wiele pytań, coraz więcej, ale póki co ich nie zadawała. Może uda jej się dostać chociaż część odpowiedzi podczas tego tygodnia.

- To zależy, co uznajemy za zdrowy instynkt samozachowawczy. Nie narzekam na swój. - Wręcz przeciwnie, wydawało jej się, że działa nie najgorzej. Mógł sobie mówić o tym, że nie był dla niej najbardziej odpowiednią osobą, że powinna na niego uważać, że był problemem. Tyle, że nie teraz, nie dla niej i nie bała się mu tego powiedzieć. Nie wiedziała, dlaczego spoglądał na siebie tak krytycznie. Może wykreował jakąś wersję siebie, którą pokazywał większości osób, dzięki której łatwiej było mu żyć w tym swoim świecie, jednak to, co pokazywał jej nie powodowało, żeby go jakoś negatywnie oceniała, wręcz przeciwnie. To, co ona widziała było od tego bardzo dalekie, szkoda, że nie mógł na siebie spojrzeć w ten sposób. Naprawdę tego żałowała. Nie przemawiały do niej te jego argumenty, i mógł uznać ją za niespełna rozumu, ale co z tego, naprawdę czuła się w jego towarzystwie bezpiecznie, dużo bezpieczniej niż w towarzystwie większości osób, a to był już spory wyczyn.

Czuła na sobie jego wzrok, nie miała najmniejszego problemu z tym, aby odwdzięczyć się tym samym, spojrzenie za spojrzenie, może nawet trochę za bardzo wyzywające, ale nie umiała czasem pozbyć się tego wyrazu twarzy. Nie, kiedy próbował jej mówić, co powinna myśleć. - Jak do tej pory były nie trafne, ale każdy popełnia błędy, mam wrażenie, że w końcu zaczną być celne, przecież coraz bardziej Cię znam. - Z początku może błądziła w tych swoich próbach rozgryzienia go, ale wydawało jej się, że z minuty na minutę poznaje go coraz bardziej. Nie wiedzieć czemu mówił o sobie jako o rozczarowaniu, ktoś musiał go kiedyś bardzo skrzywdzić, to też nie wzięło się znikąd, tylko kto i dlaczego? Czy ciągnęło się to za nim od momentu w którym opuścił Wielką Brytanię? Nie wydawało jej się, nie sądziła, że wynikało to z niespełnionych oczekiwań względem swojej rodziny, to musiało być coś więcej, tyle, że jeszcze nie wiedziała co.

Nie dawał jej aktualnie żadnych podstaw ku temu, aby mogła sądzić, że ją rozczaruje. Właściwie to nie miała wobec niego żadnych oczekiwań, poza tym, że teraz, przez ten moment będzie przy niej, bo spodobało jej się to, jak czuła się w jego towarzystwie. Brakowało jej kogoś bliskiego, kogoś z kim mogłaby porozmawiać w ten sposób, bez niepotrzebnych i zbędnych, oceniających komentarzy, bez zastanawiania się nad tym, co może, a czego nie może powiedzieć. To nie było dla niej typowe, naprawdę nie mogła uwierzyć w to, że przyszło jej się otworzyć w ten sposób właśnie przed nim. Nigdy nie założyłaby takiego scenariusza. Los potrafił zaskakiwać, ale w tej chwili była mu za to ogromnie wdzięczna, czuła, że sporo by straciła, gdyby nagle, znienacka Benjy ponownie nie pojawił się w jej życiu, zresztą, mogłaby nawet nie przeżyć tych pożarów.

- Nie robię sobie nadziei, możesz być spokojny. - Nie chciała, żeby pomyślał sobie, że ma wobec niego jakiekolwiek oczekiwania, to nie byłoby na miejscu, po prostu chciała mu pokazać swoje spojrzenie, swoją wizję jego osoby, która mocno się różniła od tego, co on próbował jej sugerować. Nie miała jednak zamiaru się z nim o to sprzeczać, mógł mówić swoje, co nie zmieniało faktu, że Prue i tak będzie myślała swoje. Nie tak łatwo było ją przekonać do zmiany zdania, szczególnie, gdy już zaczęła go poznawać. Naprawdę musiałby mocno nadepnąć jej na odcisk, aby się nim teraz rozczarowała.

- Nudziara też mi nie przeszkadza, miewałam dużo gorsze, ale ta nowa jest chyba najlepsza. - Tak właściwie, to nawet ją to bawiło. Nie miała problemu z tym, aby podzielić się z nim swoimi zainteresowaniami. Nie robiła tego po to, aby przestać być nudziarą, w tym też nie widziała niczego złego. Nie przeszkadzało jej to, że niektórzy mogli ją uznawać za mało interesującą, nie potrzebowała zainteresowania ludzi, wręcz przeciwnie, im mniej o niej wiedzieli, tym lepiej. Wolała mieć te swoje tajemnice, bo tak było prościej. Zresztą z jej pakietem pasji mogła być jeszcze bardziej odbierana jako dziwaczka, co może i by jej nawet nie przeszkadzało, ale uważała, że było to zbędne.

Miała świadomość, że to mogło wzbudzać kontrowersje. Śmierć, widma, nekromancja, to wszystko mogło niepokoić innych. To nie były szczególnie mile widziane hobby, raczej wręcz przeciwnie. Powodowały krzywe spojrzenia, ocenianie. Nie mogła jednak nigdy uciec przed tymi zainteresowaniami, one siedziały w niej od lat. Poniekąd została na to skazana przez to, że jako dziecko objawił się jej ten dar. Z początku ją przerażał, z czasem go zaakceptowała i zaczęła uważać za atut. Po tym jak kilka razy jako dzieciak miała szansę zobaczyć pewne wizje śmierć zaczęła ją interesować. Tak po prostu, przywykła do niej i po prostu traktowała ją jako coś zwyczajnego. Dla niektórych było to nie do końca normalne, nie wszyscy uważali koniec życia, przejście za zasłonę za tematy, którymi warto się interesować. Raczej ich unikali. Dla niej była to codzienność, stąd też jej późniejsza fascynacja nekromancją, która w połączeniu z leczeniem okazała się być naprawdę wciągającą dziedziną magii. Może nie tak łatwo było zdobyć tę wiedzę, ale to jeszcze bardziej nakręcało ją do działania. Nie lubiła prostych rozwiązań, a skoro musiała się nieco naprodukować przy zdobywaniu informacji, to ceniła je jeszcze bardziej.

Wiedziała, że to nie jest normalne, ona traktowała to trochę jako coś wyjątkowego, ale też dziwnego. Wszystko zależało, kto ją oceniał. Benjy nie wydawał jej się być osobą, która by się tym przejęła, nie zmieniało to jednak faktu, że wolała się upewnić, jak faktycznie to odbiera. W końcu nie dało się nie zauważyć, że była wariatką. No, może nie do reszty popierdoloną, miała w sobie jeszcze sporo ogłady.

- To dobrze. - Wolała wiedzieć na czym stoi, czego się spodziewać, nie, żeby zakładała inną wersję, ale teraz przynajmniej miała pewność, że jest tak, jak jej się wydaje.

Nie bez powodu raczej z nikim się tym nie dzieliła, mało kto wiedział, co kryje się za tą jej maską zwyczajności i pozorności, którą codziennie zakładała.

Zawiesiła na nim spojrzenie na trochę dłużej, gdy usłyszała jego kolejne słowa. Miała szczęście, że nie otworzyła przy tym ust, bo wyglądałaby teraz bardzo głupio. Trochę jakby nie docierało do niej to, co przed chwilą powiedział. Nie wiedziała, czy się z niej nabija, nie, nie zrobiłby tego, musiał być z nią nad wyraz szczery. - Ty też nie jesteś normalny. - Stwierdziła fakt, powiedziała to bardziej do siebie, niż do niego, ale jeśli faktycznie tak uważał, to też nie miał szczególnie po kolei poukładane w głowie. Trafił swój na swego, czy coś. Miała ochotę się roześmiać. W sumie w jego przypadku to wcale nie było takie dziwne, wyglądał na kogoś kto lubił balansować na krawędzi, łapać się wszystkiego, co było niebezpieczne, a te jej zainteresowania czasem mogły objawiać się właśnie w taki sposób i nieść za sobą różne rzeczy.

- To jest jedyna alternatywna ścieżka, jaka może istnieć. Wiesz, i tak to robię, tylko w nieco ograniczonym czasie, mogłabym w końcu zająć się tym, co lubię i co faktycznie jest interesujące, ileż można ciąć trupy. - Szczególnie takie, którymi nawet nie można się było za bardzo pobawić, bo przecież w biurze koronera nie mogła sobie pozwolić na zbyt wiele, nawet jeśli Corio wiedział o jej zainteresowaniach. Wiodła poniekąd dwa życia, to jedno oficjalne, ułożone i drugie - trochę ciekawsze, ale nie mogła się za bardzo dzielić nim z innymi, bo mogło ją to faktycznie doprowadzić do Azkabanu, z czego zdawała sobie sprawę. Praktyki, które ją najbardziej interesowały nie były legalne, nekromancja była wyklętą dziedziną magii i mało kto doceniał jej piękno. Prue wiedziała, że są granice, których nie może przekroczyć, wiedziała, że nie wszyscy je wyczuwają, ona nigdy nie dała jednak się pochłonąć tym siłom.

Nie zamierzała udawać, że jest kimś innym. Tak właściwie, to chciała mu pokazać, jaka jest naprawdę, skoro już zaczęła łączyć ich ta dziwna więź, której nie potrafiła nazwać, ale o której istnieniu wiedziała, to dlaczego miałaby tego nie zrobić. Nie było sensu ukrywać tej strony, bo tak czy siak, jeśli spędzą ze sobą więcej czasu, to na pewno ją zauważy. Zresztą dzięki temu też pewnie prościej będzie mu zrozumieć to, dlaczego była taka inna.

- Niby tak, ale nie sądzisz, że młodość rządzi się swoimi prawami? Muszą się uczyć na błędach, każdy od czegoś zaczynał. Nie uważam, że warto je tak przekreślać. - Pamiętała swoje pierwsze kroki, które zaczynała stawiać w tych nielegalnych dziedzinach magii, nie były one może szczególnie kontrowersyjne, bo Prue od zawsze wykazywała się ogromnym rozsądkiem, jednak też nie za każdym razem wszystko szło po jej myśli. Nie była i może człowiekiem, który sięgałby po takie rytuały przez biedne, złamane serduszko, ale też starała się być dość wyrozumiała. Oczywiście zdaniem Prudence powinni najpierw przeczytać bardzo dokładnie instrukcje, może zasięgnąć języka i wtedy próbować się bawić, kto wie, może w przyszłości zostaną kolejnymi czarnymi księżniczkami.

- To akurat żadna nowość, nigdy nie byłeś śnieżnobiały. - Znali się w końcu nie od dzisiaj, prawda? Poznała pewne mechanizmy jego zachowania. Właściwie to nawet do tego dawnego Rookwooda pasowała ta aura klątwołamacza, który nie do końca kierował się regułami, czy jakimiś zasadami. Można się było spodziewać, że będzie zajmował się czymś podobnym.

- Szkoda, myślałam, że będziesz nieco bardziej zaskoczony, jak widać dla Ciebie to wszystko jest całkiem normalne. - Zdecydowanie przyciągał do siebie wszystko to, co przekraczało jakiekolwiek granice, ale nie wydawało jej się, aby było w tym coś złego. Sama pewnie za młodu nie spodziewałaby się tego, że i ją zaczną fascynować takie rzeczy, była nad wyraz poprawna i grzeczna, a jednak dała się przeciągnąć na ciemną stronę mocy, przez ciekawość, przez to, że lubiła wiedzieć więcej, że nie chciała się w żaden sposób ograniczać. Najwyraźniej to też ich łączyło. Mieli podobne zdanie na temat tych praktyk.

- Chętnie kiedyś o tym usłyszę. - Uśmiechnęła się do niego dość delikatnie, najwyraźniej wcale nie bała się tego, co może jej opowiedzieć. To chyba nie był odpowiedni czas i miejsce na takie opowieści, dopiero się w końcu poznawali, ale może kiedyś zechce jej nieco zdradzić na ten temat. Tak właściwie to była bardzo ciekawa jego praktycznego doświadczenia. Wydawało jej się, że mógł mieć go sporo. Naprawdę dość mocno zazdrościła mu tego, że miał szansę widzieć tak wiele na własne oczy. Kiedy ona siedziała na miejscu i musiała kombinować, skąd zaczerpnąć wiedzę na miejscu, on podróżował po świecie i miał do niej dostęp od ręki. Wydawało się Bletchley, że sporo mogła się od niego nauczyć, nie, żeby chciała go wykorzystać i w ten sposób.

Dostrzegła, że coś zmieniło się w jego spojrzeniu, tak, patrzył na nią w tym momencie zupełnie inaczej. Poczuła dziwny dreszcz, miała wrażenie, że jest w stanie przejrzeć ją na wylot, jakby nic nie mogła przed nim ukryć. Nie do końca wiedziała, co w niej widzi i dlaczego tak na nią patrzy, chociaż może, może już zaczęła zdawać sobie sprawę z tego, że faktycznie dostrzegał więcej niż wszyscy inni. Pozwoliła mu też na to, ale stało się to tylko dlatego, że już na początku ich ponownych interakcji widziała ku temu pewne przesłanki. Czuła, że coś się między nimi dzieje, i działo się nadal, bez względu na to, że był kimś kogo znała w przeszłości. Właściwie to nie był nim, nie był tym, którego znała. Zbliżył się do niej, znalazł się tuż przed nią i miała wrażenie, że świat zaczął się zatrzymywać i że znowu byli tylko oni, a to było dość niebezpieczne, ale również fascynujące, to ją nieco niepokoiło, ale też ekscytowało. Wzbudzał w niej okropnie sprzeczne emocje, ale może właśnie dzięki temu w końcu czuła, że żyje, że nie wszystko jest czarno-białe.

Kącik ust uniósł jej się w uśmiechu, pewnie powinna czuć się nieswojo, bo znowu znajdowali się tak blisko siebie, ale było wręcz przeciwnie, naprawdę wydawało jej się to właściwe, naprawdę tego chciała. Nie sądziła, że ktokolwiek inny byłby w stanie obdarzyć ją podobnym komplementem, tak zauważyła, że to chyba znowu miał być komplement.

- Jak mniemam w Twoich ustach porypianie to zaleta. - Tak, Benjy zdecydowanie był taką osobą. Nie bał się inności, wręcz przeciwnie, wydawało jej się, że to doceniał. Cóż, miała sporo szczęścia, że ich drogi znowu się skrzyżowały, chyba właśnie czegoś takiego aktualnie potrzebowała. Ostatnio raczej unikała interakcji międzyludzkich, te trzy lata właściwie egzystowała z dala, by nie rzucać się w oczy. Raczej nie wychylała się zbytnio, bo nie czuła takiej potrzeby, nie chciała zwracać na siebie uwagi, nie chciała wzbudzać kontrowersji, a on powodował, że otworzenie się wydawało się właściwe. Widział w niej coś więcej, niż wszyscy inni, to było dziwne, a za razem okropnie niebezpieczne.

- Oczywiście, nie zamierzam i myślę, że nie będę tego żałować. - Dlaczego by miała? Dawno nie czuła się w ten sposób, tak właściwie to nie miała pojęcia, czy ktokolwiek kiedyś zaakceptował bez zbędnych pytań te wszystkie jej odchyły. Liam... nie wiedział o większości jej zainteresowań. Nie opowiadała mu o nich, bo wiedziała, że raczej by tego nie popierał, kiedyś próbowała mu coś o tym wspomnieć, oczywiście dość pokrętnie, żeby nie było, to potraktował jej słowa w taki sposób, że już nigdy nie wróciła do tematu. Udawała, że nie istnieje. Benjy? Wydawał się być otwarty na wszystko, nie uznawał ograniczeń i w tej chwili naprawdę jej się to podobało. Nie podcinał skrzydeł, bardziej wyglądał na kogoś kto nauczyłby ją latać.

Kiedy wspomniał o tym, że jest czarnoksiężnicą, czuła, że może być to powodem do dumy, a nie do wstydu. Wcześniej wydawało jej się to być raczej niewłaściwe, złe. W tym wypadku, miała ochotę przekraczać kolejne granice, zupełnie przestać przejmować się tym, że coś może pójść nie tak. Miał w sobie tę pewność, która powodowała, że i ona zaczynała wierzyć w to, że nie było w tym niczego nieodpowiedniego. Zdecydowanie miałaby chęć pójść za nim do piekła.

- Do wszystkiego można się przyzwyczaić. - To wydawało jej się być dość proste. Wiele zależało od myślenia, nastawienia, jeśli jednak komuś zależało na tym, aby osiągnąć cel to nie powinien mieć z tym najmniejszego problemu. Zauważyła, że urwał, że nie dopowiedział wszystkiego. Nie zamierzała drążyć, wiedziała, że są rzeczy o których wolałby jej nie opowiadać. Pamiętała o tym, co jej powiedział podczas pożarów, pamiętała, że miał kiedyś żonę, a teraz był sam. Musiał przeżyć swoje, nie miała pojęcia na którym etapie życia się to wydarzyło, ale chyba aktualnie nie chciała tego wiedzieć, te informacje nie były jej do niczego potrzebne, nie sądziła, żeby chciał się przed nią, aż tak odsłonić, bo przecież to nie miało być nic trwałego, mieli spędzić ze sobą trochę czasu, nieco się poznać, dobrze się przy tym bawić, nie miała pojęcia jednak dlaczego wydawało jej się, że gdyby spotkali się w innych okolicznościach, faktycznie mogłoby ich połączyć coś jeszcze głębszego. Wolała o tym teraz nie myśleć, bo wiedziała, jak malowała się ich sytuacja. Chciała cieszyć się tym czasem, który dostali od losu, wykorzystać go w odpowiedni sposób, czerpać z tych kilku dni jak najwięcej się dało.

- Wydaje mi się, że zawsze można znaleźć takie drobne rzeczy, które spowodują, że jakoś idzie to przetrwać, wiesz? Może nie mam w tym doświadczenia, ale chyba warto się skupić na pozytywach, nawet tych najmniejszych, wtedy jest prościej. - Nie była szczególnie wykfalifikowana w tym, aby wygłaszać takie opinie, ale zdawała sobie sprawę, że czasem wystarczyło zaciągnięcie się chłodnym powietrzem, poczucie drobnych płatków śniegu na twarzy, czy kolorowym zachodem słońca, aby faktycznie mieć tylko i wyłącznie dobre wspomnienia związane z jakimś miejscem. Odpowiednie towarzystwo, zapach, złapanie się za ręce, jakieś drobne gesty, zachwycający smak, takie niepozorne, zupełnie nieistotne rzeczy, które potrafiły wzbudzić ciepło w sercu.

- Gdy tak o tym mówisz, to faktycznie mam ochotę pierdolnąć to wszystko i w końcu zobaczyć, jak to jest żyć. - Tak naprawdę. Bez jakichś konkretnych zobowiązań, zastanawiając się tylko nad tym, co będzie robić jutro, ale nawet nie. Po prostu korzystając w pełni z każdego dnia. To nie było w jej stylu, ale gdy o tym opowiadał coraz bardziej zazdrościła mu tej odwagi i tego, że bez zastanowienia potrafił tak po prostu wyruszyć w nieznane.

- Czas jest dość istotnym czynnikiem, nie da się sięgnąć po wszystko od razu, nawet najlepsi, najbardziej wprawieni nie mogą się ot tak dostosować do zupełnie innych warunków, ale chyba warto go na to poświęcić. - Zresztą, czymże był miesiąc na tle całego życia. Tak naprawdę nic nie znaczącym kawałkiem czasu, o którym bardzo szybko można było zapomnieć. Przystosowanie się potrzebowało pewnego zaangażowania. Nie miała pojęcia dlaczego tak łatwo przychodziły jej te rozważania, chociaż nigdy nie miała przeżyć czegoś takiego w swoim życiu. Przy Benjym te marzenia wydawały się być jednak na wyciągnięcie ręki, wprowadzał taką atmosferę, jakby wszystko było możliwe. Nie miała pojęcia skąd się to u niego brało, wolała nie wiedzieć, tylko z tego korzystać. Czerpać jak najwięcej mogła. Czuła, że może się wiele nauczyć od jego podejścia.

- Nie zastanawiałam się nad tym, co robisz jak gdzieś utkniesz, oke? - Tak, może nie powinna była zareagować tak nieprzemyślanie, ale jakoś tak wyszło, że jej się to wymsknęło. Musiał jej to wybaczyć, ciągle jednak gdzieś tam miała wizję tego czystokrwistego, którego pamiętała z przeszłości. Nie mogła jej się tak od razu pozbyć ze swojej głowy.

- Jak możesz nie odróżniać lamy i alpaki? Może powinniśmy Ci zrobić jakiś przyspieszony kurs. Zresztą myślałam, że liczy to się owce... - Bletchley była całkiem niezła w znajomości roślin i zwierząt, więc mogłaby go przez to przeprowadzić, może mógłby sobie umilić jakoś czas dzięki tej drobnej lekcji, której mogłaby mu udzielić.

- Fakt, jesteś za duży na miotłę. - Weszła mu w słowo, przy okazji pozwoliła sobie zmierzyć go wzrokiem od stóp do głów, mimo że stała tak blisko niego. Nie powinien jej mieć tego za złe, prawda, zresztą sama już wcześniej przyłapała go na tym, że i on się jej bardzo dokładnie przyglądał. W Hogwarcie nie robił, aż takiego wrażenia, ale wtedy też patrzyła na niego zupełnie inaczej, nie tak jak teraz, nie była nim zauroczona.

- To prawda, literatura magiczna nie jest szczególnie obszerna. - Miała w tym dość spore doświadczenie, bo również czytanie było często jej pierwszym wyborem na spędzanie wolnego czasu. Tak właściwie to była jej główna rozrywka.

- Naprawdę jestem, aż taka przewidywalna? Tylko nie do końca Austen, bardziej Poe, Baudelaire, Blake. - Prudence zaczytywała się w utworach poetów wyklętych. Ciekawiło ją ich podejście do życia, to była chyba jej ulubiona część mugolskiej literatury. Zresztą tak właściwie nie wyglądała na osobę, która doceniałaby literaturę piękną, ale to było kolejną z jej tajemnic. Uwielbiała poezję. Mało kto o tym wiedział, raczej była kojarzona z faktami, więc nie do końca pasowało to do jej osoby, ale czy było coś piękniejszego od zaszycia się pod ciepłym kocem, butelką wina i próbą zrozumienia tych niezrozumianych? No nie wydawało jej się.

Nie spodziewała się, że jej kolejne słowa mogły wywołać w nim takie zmieszanie, a może bardziej poruszenie. Tak, sama włożyła mu kartę w dłoń, ale czy tego żałowała? No, niekoniecznie. Wiedziała, że mógł jej komentarz dwojako, nie rzucała słów ot tak, na wiatr, to wszystko miało jakieś większe znaczenie, szczególnie, gdy zaczęli grać w tę grę, która chyba nie miała żadnych zasad. Cóż, była gotowa na konfrontację, czy nie wybredne komentarze, gdyby nie była gotowa, to na pewno nie ujęłaby tego w ten sposób.

Starała się zachować powagę, gdy odchrząknął, chociaż przychodziło jej to z trudem. Była jeszcze nieco pijana, powoli ten stan mijał, ale jednak nadal czuła pewną lekkość związaną ze spożywaniem alkoholu, to sporo ułatwiało. Zazwyczaj bowiem nie była, aż tak bezpośrednia w tym co mówiła, chociaż czy właściwie była bezpośrednia, no nie, ale on był na tyle bystry, że wyłapał jej aluzję, wiedziała, że to zrobi, inaczej nie sięgnęłaby dokładnie po te słowa, które padły.

- Doceniam bogatą wyobraźnię. - Nie musiał jej sugerować, że powinna zważać na słowa, wręcz przeciwnie, to, co powiedział wręcz zachęcało ją do kolejnych sugestii, wyjątkowo nie miała wobec nich żadnych wątpliwości. Zresztą, atmosferę między nimi można byłoby ciąć siekierą taka była gęsta. - Zdajesz sobie sprawę z tego, że zawsze bardzo dokładnie dobieram słowa, prawda? - Nie musiał jej wspominać o ostrożności. Z jej przypadłością oczywiste raczej było, że zwracała na to uwagę, cóż, może musiała go uświadomić w tym, że naprawdę zdawała sobie sprawę z tego, jak mogły zostać one odebrane i chyba nie do końca jej to przeszkadzało. - Wiesz, takie artefakty można znaleźć też i w Wielkiej Brytanii... - Dodała jeszcze, jakby zapomniał o tym, że tutaj również mogli sobie pozwolić na więcej. Nie mogła mieć pewności, że faktycznie kiedyś postanowi rzucić wszystko i wyjechać, ale mogła zgodzić się na to, że w ciągu tego tygodnia popracują razem nad jakimiś klątwami, chociaż chyba bardzo dobrze zdawali sobie sprawę, że już dawno minęli się z tym tematem. Aktualnie dyskutowali o czymś zupełnie innym, chociaż nie odnosili się do tego bezpośrednio. Cóż, to było całkiem dobrym posunięciem, nie nazywanie rzeczy po imieniu, a sięganie po takie epitety, zwłaszcza, że bardzo dobrze zdawali sobie sprawę do czego zmierzają.

Przyciągnął ją wtedy do siebie. Zrobił to zupełnie niespodziewanie, ale zupełnie jej to nie ruszyło. Czuła bowiem, że było to miejsce, w którym powinna się znaleźć. Ta bliskość wydawała się jej być właściwa. Naprawdę chciała znowu poczuć ciepło jego ciała, szczególnie, że miała już szansę dowiedzieć się, jak to jest przeżyć coś takiego. Nie miał najmniejszych oporów przed tym, aby spowodować, że znajdą się tak blisko siebie i dobrze, bo naprawdę jej to odpowiadało. Może i była od niego kilka razy drobniejsza, ale czuła, że idealnie wpasowuje się w jego ciało. Wydawali się być dla siebie właściwi, chociaż mogły to być tylko pozory, bo przecież to miało być wyłącznie chwilowe, nie opuszczało jej jednak wrażenie, że faktycznie doskonale współgrali.

To było miejsce, w którym chciała się teraz znajdować, w jego ramionach, które ją otaczały, chroniły przed całym światem, niczym jakiś azyl, chociaż wcale nie potrzebowała ochrony przed światem, mimo wszystko wydawało się to być najbardziej odpowiednią rzeczą na świecie. Nie było sensu zastanawiać się nad tym, że to tylko chwilowe, wiedziała przecież, że na dłuższą metę nie mieli mieć niczego wspólnego, różnili się za bardzo, chociaż rozmawiali o tym, co mogliby razem przeżyć i te jego propozycje były okropnie kuszące. Nie sądziła jednak, aby kiedykolwiek znalazła w sobie taką odwagę, teraz jednak, w tej chwili mogła wykorzystać w pełni jego obecność, przytulić się do ciepłego ciała i zapomnieć o całym świecie, właśnie to zamierzała zrobić. Chciała zapomnieć o wszystkim innym i pozwolić sobie zatracić się w tym zupełnie nowym, jednak przyjemnym uczuciu. Nie liczyło się nic więcej, tylko ta dziwna, niezrozumiała chęć znalezienia się jak najbliżej niego.

Nie potrzebowała deklaracji, zbędnych słów, niczego tak naprawdę poza tym, że po prostu był przy niej - teraz, kiedy go potrzebowała, a z czego wynikała ta potrzeba, też nie umiała zrozumieć. Nie było to zwyczajnym pożądaniem, w którym mogłaby się zatracić bez zastanowienia, zbyt wiele ich połączyło, za dobrze jej się z nim rozmawiało, aby przyrównać to do takich podstawowych potrzeb. Nazewnictwo jednak było w tym przypadku obojętne, liczyło się tylko i wyłącznie to, że trafiła na kogoś, kto potrafił ją zrozumieć, dostrzec to, czego potrzebowała, nic więcej nie było ważne, nie miała najmniejszego problemu z tym,  aby owinąć go ponownie swoimi rękoma, nie, po tym co mieli już szansę wspólnie przeżyć. Rozbudzało to jej ciekawość, powodowało, że chciała sięgać po więcej, bez względu na to, że normalnie pewnie miałaby ku temu pewne obawy. Benjy wzbudzał w niej pewne emocje, których nie umiała nazwać, powodował, że przekraczała nieprzekraczalne granice, tylko co z tego? No nic, dokładnie tego chciała.

Najważniejsze było to, że on też tego chciał. Te wszystkie słowa, te komplementy, musiały być prawdziwe, naprawdę widział w niej kogoś, kim warto było się zainteresować. To wcale nie było dla niej takie oczywiste, raczej wszyscy omijali ją szerokim łukiem, a on znajdował się tak blisko niej, bez zawahania jej dotykał i bardzo, ale to bardzo jej się to podobało. Dawno nie przekraczała podobnych granic, nawet nie czuła, że tego potrzebuje, ale teraz jej ciało domagało się uwagi, pragnęło dotyku, a on jej to wszystko dawał.

Starała się dystansować, zazwyczaj, ucinać wszystkie interakcje, a w jego przypadku ciągle chciała więcej. Czuła, że mogłaby z nim rozmawiać całą noc, wdawać się w najbardziej niepojęte dyskusje, ale w tym przypadku nie chodziło tylko i wyłącznie o nie, bo przyciągało ich do siebie zdecydowanie coś więcej. Ta niepohamowana chęć bliskości, poznania swoich ciał, sięgania po te wszystkie gesty, to też nie było dla niej typowe, ale nie negowała tego, nie zastanawiała się skąd się wzięło, i dlaczego się pojawiło. Może był to po prostu odpowiedni moment w czasie, odpowiednia osoba, odpowiednie wszystko? Nie była w stanie odpowiedzieć na te pytania, nie czuła potrzeby, aby to robić.

- Twoje. - Wydawało jej się, że nie do końca zakładał, że może po raz kolejny poruszyć ten temat. Wydawało jej się to jednak całkiem naturalne. Skoro on zamierzał pomóc jej przekroczyć granice, wprowadzić ją w buntownictwo, to Prudence musiała się mu za to jakoś odwdzięczyć, to było raczej zupełnie naturalne, ludzie w ten sposób współpracowali, całkiem oczywista rzecz, ale chyba nie dla niego?

- To tyle, co nic, a jednak chciałabym też w jakiś sposób dać Ci to, czego potrzebujesz. - Nie miała najmniejszego problemu z tym, aby pozostało to między nimi, zresztą po co miałaby kogokolwiek w to angażować. To było ich, ta zmiana, te nagłe wędrówki dłoni po jego plecach, ta bliskość której pragnęła, nikt nie musiał być w to zaangażowany, bo po co? Mogli razem przeżyć niesamowity tydzień, o którym nikt nie będzie wiedział, nikt nie będzie się w to wtrącał, to wydawało się mieć sens, bo inaczej mogły pojawić się pytania, szczególnie zważając na ich typowe zachowania. Chciała jednak dać mu czegoś więcej, zwłaszcza, że on bez najmniejszego problemu postanowił zostać jej przewodnikiem w byciu buntownikiem, musiała się mu jakoś za to odpłacić i nie miała pojęcia dlaczego nie chciał pozwolić jej tego zrobić, dlaczego trzymał ja z daleka od swoich marzeń, czy faktycznie żadnych nie miał? Nie chciało jej się w to wierzyć.

- Dlaczego miałby Cię zabić, przecież o niczym się nie dowie. - Powiedziała cicho, uśmiechając się przy tym dość niewinnie. W końcu ustalili, że to zostanie między nimi. Nikt się miał o tym nie dowiedzieć, więc Eliasza również nie brali pod uwagę. To miało pozostać między nimi, więc nie było ewentualnego niebezpieczeństwa związanego z tym, że jej brat, a zarazem jego przyjaciel mógłby się o tym dowiedzieć.

- Zresztą nigdy jakoś specjalnie go to nie obchodziło. - Musiała to dodać. Byli może z Eliasem bliźniakami, ale nie opowiadała mu jakoś specjalnie o swoich życiowych wyborach. Utrzymywali dość szorstki kontakt, który nie wymagał szczególnego spoufalania się ze sobą. Jasne, byli rodzeństwem, mogli ze sobą rozmawiać, ale bez przesady. Nigdy nie odczuwała jakiejś szczególnej potrzeby, aby dzielić się z nim tym, co działo się w jej życiu.

- Zanim zabrałby Cię na spotkanie z gilotyną do szyb, musiałby sobie poradzić ze mną, sądzę, że to mogłoby mu przysporzyć nieco problemów. - Nie zamierzała udawać nawet przez chwilę, że mogłaby to zignorować. Jasne, zbliżanie się do przyjaciela brata mogło wydawać się niewłaściwe, ale co z tego? Nie powinno go to obchodzić, zupełnie. Zresztą Elias był tak bardzo zajęty sobą, że na pewno niczego by nie zauważył, nie było szansy na to, że dostrzeże, że między nimi coś się zmieniło. Była tego wyjątkowo pewna, chociaż wiedziała, że może skorzystać z ich umiejętności rodowej, która pewnie pokazałaby jakie mają wobec siebie zamiary. Nie spodziewała się jednak tego, żeby chciał to robić, bo nie było takiej potrzeby, w końcu ona i Rookwood od zawsze się nienawidzili.

Stosunki stosunkami, nie wątpiła, że bardzo mogą się zmienić te, które ich połączą, zresztą już się to działo. Była gotowa sięgnąć po te najbardziej zażyłe, mimo tego, że miała świadomość, iż miały się skończyć równie szybko, co się zaczęły - zupełnie jej to nie przeszkadzało, nie w tym przypadku. Nie potrzebowała żadnych deklaracji, żadnych zapewnień, po prostu chciała cieszyć się tą chwilą.

Później znowu to zrobił. Bez żadnego uprzedzenia, po prostu zacisnął dłonie  na jej pośladkach i uniósł ją wyżej. Nie zareagowała, chociaż powinna, bo nie była przyzwyczajona do podobnych gestów. Zaczynała jednak powoli się przyzwyczajać do tej jego dość specyficznej obecności w swoim życiu. Przeniosła wtedy dłonie z jego pleców na szyję, owinęła ją nimi po prostu, bo musiała czuć się pewniej, gdy znalazła się na takiej wysokości, dla niego to mogło być nic, ale dla niej... Obawiała się nieco wysokości, a to wcale nie była tak niska odległość od ziemi.

Niosło to za sobą oczywiście pozytywy, bo w końcu znaleźli się na tym samym poziomie. Mogła bezwstydnie wpatrywać się w jego oczy, gdy miała na to ochotę i właśnie to robiła, bez nawet momentu zawahania, nie bała się tego, co w nich zobaczy, a może powinna? Chyba nie, nadal wydawało jej się, że nie mogła się po nim spodziewać niczego nieodpowiedniego, a przynajmniej nie po tym, co zaczęło ich łączyć gdy znaleźli się sam na sam.

- Oczywiście, że muszę, co to w ogóle za pytanie? - Przecież to wcale nie tak, że znalazła się na tej wysokości tylko dzięki niemu, on sam ułatwił jej wygranie tej ich dość nie do końca jasnej rywalizacji. Faktycznie znajdowali się dość blisko siebie, tak, że mogła trącić go delikatnie nosem i zasugerować, że te zmagania nie miały najmniejszego sensu, jednak nie w ten sposób chciała postępować, nie chodziło wcale o jej przewagę, a o bliskość, w której znowu się znaleźli.

Mogłaby nadal domagać się uwagi, prosić o to, aby jej nie ignorował, ale przecież wcale tego nie robił. Wpatrywali się w siebie przez dłuższą chwilę, tak długą, że nie była w stanie określić ile ona trwała,  aż w końcu spojrzała na jego usta i nie mogła powstrzymać chęci skosztowania ich smaku, wpatrywała się w nie długo, zdecydowanie zbyt długo - przygryzając przy tym swoją dolną wargę, aż w końcu pękła, bo dlaczego by nie. Skoro już wiedziała, czego się może spodziewać, przynajmniej na początku, i wiedziała, że każde zbliżenie smakuje jak kolejny pierwszy raz to mogła to zrobić.

Nachyliła się w końcu, mimo, że nie musiała jakoś specjalnie, bo przecież byli tak blisko siebie, ale przychodziło jej to naturalnie, była drobna, nawet jeśli ją trzymał w objęciach, i pocałowała go znowu, po raz kolejny, jakby to miał  być ich kolejny pierwszy pocałunek, który powinien smakować ogromnym rozczarowaniem, tyle, że wcale tak nie było.

Miała wrażenie, że każde dotknięcie jego ust, wiąże się z poznaniem nowej historii, na którą niekoniecznie była gotowa, ale dlaczego miałaby to teraz odpuścić? Zamiast się nad tym zastanawiać, zatraciła się jeszcze bardziej w tym pocałunku i mógł ją za to grzecznie wyprosić ze swojej okolicy, albo po prostu pozwolić jej się w sobie zapomnieć. Nie mogła odpuścić, więc w końcu zaplotła też swoje własne nogi tuż pod jego biodrami, aby jeszcze bardziej zamknąć go w klatce (wcale nie, nikt inny nie miał szansy tego zrobić).



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#18
11.05.2025, 01:33  ✶  
Spacerowaliśmy po wzgórzach, krok za krokiem, pod rękę, wreszcie dochodząc do kamieni, które były tu od wieków. Powietrze było rześkie, zapach morza mieszał się z zapachem dzikich ziół, które rosły tu na każdym kroku. Zdecydowanie nie spodziewałem się, że to z Prudence znajdę się w tym miejscu. Kiedyś, blisko piętnaście lat temu, nie potrafiliśmy rozmawiać, ale teraz, kiedy w końcu udało się to zrobić, rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym... A potem przestaliśmy... To było najlepsze... I najgorsze... Łatwo byłoby przywyknąć do tego wrażenia...

~~~

Zdecydowanie nie była to rozmowa, którą spodziewałbym się prowadzić na wrzosowisku z kobietą, która jeszcze parę dni temu sprawiała wrażenie zbyt chłodnej, by sięgnąć po coś więcej niż zdawkowe uprzejmości po pomocy z kolanem. Później te pożary, Londyn w ogniu, a teraz znajdowaliśmy się tuż obok siebie... Rozmawialiśmy szczerze, może nawet trochę za bardzo. Spojrzałem jej w oczy i posłałem uśmiech - nie ten zwykły, nie rozbrajający, tylko ten krzywy - ten cwany, który nosiłem jak stary medal za przewinienia z przeszłości, i ten, który znała aż za dobrze.
- Pszestań tak patsześ. - Mruknąłem cicho, prawie żartobliwie, ale coś we mnie naprawdę zareagowało zbyt intensywnie. - Tak po plostu jeszt... I tyle, nie ma w tym nis specjalnego. - Rzuciłem z udawaną nonszalancją, chociaż ton głosu miałem niższy niż zwykle - surowszy.
Prue była cwana. Nie w ten chłodny, wyrachowany sposób, który każe ci trzymać różdżkę w pogotowiu - tylko w taki, który potrafi cię rozbroić jednym półuśmiechem i zdaniem, które mogłoby znaczyć wszystko i nic, zależnie od tego, czy akurat patrzyłeś jej w oczy, czy w usta. A ja, jak ten kretyn, dałem się w to wciągnąć z taką ochotą, jakbym od dawna czekał, aż ktoś rozłoży dla mnie tę partię. Oczywiście, że to miało pójść w tym kierunku... Chodziło o to, że właśnie powiedziała coś, co rozbudziło we mnie impuls, ale nie takie zwykłe: „Chcę cię.” - tylko to drugie, rozszerzone: „Wiem, jak możesz wyglądać, kiedy nie musisz niczego udawać, i chcę to zobaczyć.” Zamrugała - widziałem to - te mikrosekundy zwątpienia, czy właśnie powiedziałem to, co powiedziałem. Oczywiście, że powiedziałem - bardzo bezpośrednio i wprost, dokładnie tak, jak patrzyłem jej prosto w oczy. Nie było w tym nic z chłopięcej prowokacji - to było coś cięższego, głębszego. Zapowiedź? Może. Pytanie? Być może. Nie odwracałem wzroku, przecież to byłoby jak opuszczenie różdżki w środku pojedynku, zamiast tego swobodnie wzruszyłem ramionami i mrugnąłem jednym okiem, nie pierwszy raz tego przedpołudnia, ale teraz zrobiłem to wolniej - prosty sygnał: „Masz rację - nie jestem. Wiem, że wiesz, oboje jesteśmy poryci, dlatego w tym momencie, na te kilka dni, idealnie pasujemy do siebie.” Uśmiechnąłem się pod nosem - to było ledwie drgnienie kącika ust, jakby mimochodem, ale trwało wystarczająco długo, żeby miała pewność, że usłyszałem wszystko, i że mi się spodobało - nie uważałem tego za obelgę, tak jak „czarnoksiężnica” nią nie była.
- „Jedyna altelnatywna ścieszka”, co? - Powtórzyłem po niej luźno - nie zamierzałem udawać zdziwionego, ani robić z siebie kogoś patrzącego na wskazania moralnego kompasu - ten zastawiłem w lombardzie, zanim jeszcze dobrze wiedziałem, co to znaczy być uczciwie pracującym klątwołamaczem. Zerknąłem na nią spod brwi, unosząc lekko kącik ust. - Bszmi jak coś, co mówi szię tusz przed tym, jak wsystko zaczyna dziaś szię samo i nagle znajdujes szię w piwnisy pełnej świec, loskładająs na części tszecie szczątki ósmego s szędu nieszęśnika smalłego w tajemniszych okolicznościach. - Pokręciłem głową z udawaną dezaprobatą, zmrużyłem oczy, lekko przekrzywiłem głowę i... Wzruszyłem ramionami - to naprawdę nie było nic takiego.
Wspomnienie o młodości, o błędach i nauce na własnych zasadach, sprawiło, że uniosłem brew -  jasne, że młodość rządzi się swoimi prawami, ale nastolatki wciąż były przerażające pod tym względem - nie byłbym sobą, gdybym tego nie wiedział. Miałem całe szuflady wspomnień pełne idiotycznych decyzji, wybuchów, zaklęć, które nie powinny działać, ale jakoś działały, często z fatalnym skutkiem dla mnie, czasem dla kogoś innego.
- Losumiem młodych, ale nie będę ich głaskaś po głowie, kiedy bawią się siłami, któle znisczyły lepsych ode mnie. To, że ktoś jest młody, nie znaczy, sze świat mu wybaczy. - Rzuciłem po chwili, przyjmując jej słowa z rozbawionym grymasem, ale pod spodem kryło się coś więcej - zanim wyrobiłem sobie pozycję śmieszka, w Hogwarcie uważali, że powinienem nosić czarny kaptur i śledzić ludzi po korytarzach, i poniekąd było w tym sporo słuszności - nigdy nie byłem śnieżnobiały ani czysty, zrobiłem sporo dziwnych, pokręconych rzeczy - świat rzeczywiście ich nie wybaczał, a ja pewnym momencie przestałem prosić o wybaczenie...
Kiedy Prue rzuciła to „szkoda, że nie jesteś bardziej zaskoczony”, prawie się roześmiałem. Ja swoje trupy widywałem nie na stole sekcyjnym, a pod gołym niebem, i bywało, że nie były jeszcze do końca martwe. Czy naprawdę sądziła, że byłbym wstrząśnięty tym, że zajmowała się rzeczami zakazanymi? W moim świecie to nie była egzotyka - to była codzienność, a większość ludzi, których znałem i których szanowałem - naprawdę szanowałem - przekraczała granice, bo tylko tam zaczynały się odpowiedzi, i tak, może niektórych pochłaniało to bez reszty, ale Prue nie wyglądała na kogoś, kto daje się pochłonąć czemukolwiek - zbyt wiele w niej było chłodnej kalkulacji, nawet jeśli w tej chwili odsłaniała się przede mną z czymś na kształt niespodziewanej szczerości. Nie znała mnie aż tak dobrze, skoro naprawdę sądziła, że to, co robiła ukradkiem, było dla mnie jakąś anomalią. Przecież nie bez powodu wylądowałem tam, gdzie wylądowałem - na pograniczu tego, co akceptowalne, i tego, co już dawno zostało wyrzucone za margines.
- Biel mi nie leszy, plami się zbyt łatwo, a jak jusz las coś cię tknie, to nigdy więsej nie jesteś do końca czysty. -  Rzuciłem lekko, nie mając potrzeby oszukiwać kogoś, kto potrafił mówić o trupach i rytuałach z tym samym spokojem, z jakim niektórzy ludzie wybierają deser po kolacji - kto nie potrzebował mojej aprobaty, ale chciał mojej obecności, a to była różnica, która gryzła mnie w kark, jak zimny podmuch jesiennego wiatru, bo czułem, że sięgam po coś, czego nie kontroluję... Ale to była przecież moja specjalność - ryzyko, napięcie, krok nad przepaścią i wreszcie... Skok.
- Mas lasję - mosze kiedyś. Nie sądzę, szeby to były histolie na wszesne popołudnie i pielwszą landkę... - Parsknąłem śmiechem, ale nie z niej, tylko z samego siebie. -Zlesztą, to nie za balso nadają szię tesz na jesienne noce... Ale dla ciebie mogę je opowiedzieś kiedyś o świcie, na wpół tsześwo. - Zasugerowałem, chociaż nie zwykłem dzielić się takimi historiami, z kimkolwiek. Może i podróżowałem po świecie, dzięki temu, zdecydowanie miałem dostęp do rzeczy, o których inni tylko czytali w zakazanych tomach, ale nie wszystko, co widziałem, nadawało się do zbioru opowieści na sielskie popołudnie - nie wszystko powinno być przekazywane dalej, ale może... Może dla niej zrobiłbym wyjątek, bo zaczynałem podejrzewać, że była jedną z tych nielicznych osób, które nie odwrócą wzroku nawet wtedy, gdy opowieść stanie się naprawdę brzydka - dlatego powiedziałem to, co powiedziałem. Nie powstrzymywałem się niemal przed niczym - prócz tego jednego tematu, on nie był czymś, o czym chciałbym rozmawiać z kimkolwiek - był błędem, ale na szczęście Prudence nie dopytywała. Niektóre rzeczy powinny zostać zakurzone i otulone pajęczynami - z pewnością oboje takie mieliśmy, i ja też nie zamierzałem dopytywać o te jej.
- Kiedy mówis, sze mogłabyś szuciś wsystko w pizdu i zniknąś... - Zacząłem powoli. - To mam ochotę ci powiedzieś: „Zlób to.” Po plostu to zlób. Tylko wies, co? Nie czekaj asz świat zacznie ostatecznie szię waliś. Zlób to, zanim stanies szię kolejnym duchem, któly snuje szię po znajomych kolytaszach, bo nie miał odwagi wyjś pszes dszwi. Mas cały świat, by go nawiedzaś... Nawet Lumunia bęsie dobla, w ostateczności... - Patrzyła mi prosto w oczy, ja w jej także, aż w jej własnych pojawił się ten błysk - ledwo zauważalny, ale jednoznaczny, jak zapowiedź... To był ten rodzaj cichego porozumienia, który rodzi się tylko między dwojgiem ludzi, którzy zbyt długo udawali, że między nimi nic nie iskrzy. Milczenie między nami przestało być pustką do zapełnienia - było nasycone, gęste. Patrzyłem na nią, jej rozchylone wargi, rumieńce od wiatru na policzkach, rozszerzone źrenice i miałem wrażenie, że mogę patrzeć w nieskończoność, i że właśnie tak wygląda moment, w którym człowiek nie obawia się już ani własnych reakcji, ani cudzych - ani siebie, ani drugiego człowieka. Przyglądałem się oczom Prue - tej głębi brązu, w której teraz odbijało się coś więcej niż tylko światło wczesnego popołudnia. Widziałem tam siebie - ale nie tego, którym byłem dziś rano, jeszcze wczoraj, czy od wielu lat... Raczej tego, którym mógłbym być - kiedy patrzyła tak prosto, bez uniku, czułem, że nie mam już żadnych żartów na podorędziu, nie chciałem przybierać zbroi z cynizmu. Byłem tylko ja i to wszystko, co czułem w tej chwili - to, czego chciałem, ale też, co mnie bolało, co chciałem chronić i co ciągle próbowałem wyprzeć. Cisza między nami była głośna - sam nie wiem, kiedy przestałem się obawiać tego milczenia, chyba przy niej nigdy tak naprawdę się go nie bałem, chociaż może w szkole, gdy zostawaliśmy sami... Najważniejsze, że teraz nie musiałem już nic mówić, nie musiałem się usprawiedliwiać ani tłumaczyć - wystarczyło patrzeć. Pozwalałem jej czytać mnie wzrokiem, zgadzałem się na to, żeby ten jeden moment był wszystkim, czego potrzebujemy. Alkohol przestawał działać, ale zostawił po sobie pewne rozluźnienie - było przyjemnie, więc nie próbowałem ukrywać myśli, ani grać. Nie ruszyłem się, nie przysunąłem się ani na centymetr - nie musiałem, wiedziałem, że czuje dokładnie to samo, co ja. To dziwne napięcie między dłońmi, gdy trzymaliśmy się pod ramię na ścieżce, zostało zastąpione przez napięcie pomiędzy oddechami. Jeszcze się nie dotknęliśmy - i właśnie to było najciekawsze.
Zaśmiałem się w duchu, bo to była sytuacja, w której rzeczywiście mogłem poczuć się trochę, jak debil - przypomniałem sobie, jak często musiałem chować tę niepewność za śmiechem. Zawsze miałem ten dziwny mechanizm obronny - jeżeli nie wiem, o co chodzi, najlepiej jest zażartować, żeby nikt się nie dowiedział, iż tak naprawdę nie mam pojęcia.
- Okej, okej… - Odpowiedziałem, rzucając jej spojrzenie, które miało sugerować, że zdaję sobie sprawę z tego, co próbowała zrobić, ale nie mogłem po prostu tego puścić, starając się wyglądać na lekko urażonego, chociaż uśmiech wciąż błąkał się na moich ustach. - Ale, wchodząs w to tak głębiej... Czyli po plostu… Nigdy nie zastanawiałaś szię nad tym, co ze mną, co polabiam? - Zasugerowałem z udawanym niedowierzaniem, dramatycznie kładąc rękę na sercu. - No, świetnie. Czyli wystalczyło, sze debil szię wyplowasił na koniec świata, pozamiatane, ploblem s głowy, mosna iś dalej s szyciem, klasyka. Nawet mnie to ani tlochę nie dziwi, Bletchley, ale wies… Miałem wlaszenie, sze mieliśmy jakąś ciekawsą lelasję, tylko tlochę, taki plomyk nadziei, sze nawet, jak wsiądę na statek do Australii, wypieldalająs s klaju, by lobiś kalielę, to moja największa lywalka mosze chociasz pszes sekundę pomyśli: „Ciekawe, co telas kombinuje ten idiota.” Ale nie, po co, pewnie wystalczyło ci wewnętszne: „Wyjeszczas? Supel, powodzenia z kangulami, nie wlasaj za sybko.” - Przewróciłem oczami, ale uśmiech nadal nie chciał zejść mi z twarzy - to było zabawne, trochę tragikomiczne, jak cała nasza znajomość - zawsze gdzieś na granicy dogryzania. Tylko że teraz, po latach, mogłem już z tego śmiać się bez goryczy. Pochyliłem głowę i patrzyłem na nią przez chwilę, udając, że jestem rozczarowany. - I telas jescze mam szię tłumaczyś, czemu nie odlószniam lamy od alpaki? - Westchnąłem ciężko, jakby dotknęła mnie największa zniewaga. - No, pszeplasam, sze nie zlobiłem doktolatu s zoologii. Jak dla mnie, to jedno i to samo - włochate, kszywo szię patszy, pluje, jak ma zły dzień. - Podniosłem ręce w obronnym geście. - Nie plowadzę falmy w Andach, nie mam zamialu szię w to wdlaszaś, mam inne talenty, ale... - Uniosłem brwi i nachyliłem się odrobinę w jej stronę - Wiem jedno... - Zrobiłem dramatyczną pauzę, jakbym miał wygłosić coś naprawdę poważnego. - Ponoś skóla alpaki jeszt zdesydowanie milsa pod plesami nisz lamy. - Uśmiechnąłem się szeroko, patrząc jej prosto w oczy, bo to nie był komentarz z książki o faunie - to była sugestia, co do tych naszych praktycznych lekcji.
Machnąłem ręką, krzywiąc się teatralnie, gdy weszła mi w słowo - spojrzałem na nią spod przymrużonych powiek, z udawaną urazą, ale  celowo zbyt przerysowaną, by mogła ją wziąć na serio.
- Za to ty jesteś całkiem plaktyszna w tlanspolsie... Kompaktowa, stabilna, szkoda, sze nie w zestawie s haszykami, ale nie mosna mieś wsystkiego... - Zamrugałem niewymuszenie, przechylając głowę, jakbym coś analizował - nie w tym oceniającym sposobie, tylko raczej z ciekawością, zainteresowaniem, ale nie bez rozbawienia... Może jednak miała haczyki - na pewno miała, tylko nie te dosłowne, bardziej metaforyczne. Ton Prudence - jej sposób mówienia, ten miękki głos, odrobinę przeciągnięty przez alkohol, ale wciąż z tą czujną ostrością. Dźgała słowami jak ostrzem, ale nie na oślep, tylko z wyczuciem, z zamiarem - jakby chciała zrobić nacięcie nie po to, by zranić, tylko by sprawdzić, jak szybko, wraz z krwią, zacznie sączyć się... Reakcja. - „Les Fleuls du Mal?” No, oczywiście... Nie mogłabyś byś tlochę mniej gotycka. - Dodałem ciszej, z zamyśleniem, jakby mówił do siebie, chociaż wiedziała, że to do niej. Kiedy już się to wiedziało - nie sposób było nie widzieć w niej tego ciemnego błysku...
Zmieszanie? Tak, mogłem tak wyglądać, może nawet odchrząknąłem, ale nie dlatego, że nie wiedziałem, co powiedzieć - bardziej dlatego, że nagle zrobiło się zbyt ciasno w... Mojej własnej skórze. Zacisnąłem lekko szczękę, bo szczerze mówiąc, to co powiedziała, naprawdę mnie ruszyło, i nie chodziło nawet o to, co tam sugerowała - nie tylko o to - ale jak. Ten półtrzeźwy ton i przewrotna pewność, z którą rzucała okruszki na mój szlak, wiedząc, że nie tylko za nimi pójdę, ale jeszcze wydepczę sobie cholerną ścieżkę na skróty, jeśli będzie trzeba, żeby zobaczyć, co znajduje się na końcu. Wiedziała, co robi - oczywiście, że wiedziała. Rzuciła te słowa z rozmysłem, z precyzją byłej uzdrowicielki, która dokładnie zna zasady dawkowania - ile pikanterii, ile niedopowiedzenia, a ile jawnej prowokacji, żeby nie przesadzić. Odchrząknąłem tylko po to, żeby nie parsknąć śmiechem, ale nie tyle z rozbawienia, tylko z tego zaskoczonego rodzaju zachwytu, który dopada człowieka, gdy ktoś pokazuje, że potrafi grać równie ostro, jak ty.
Wzruszyłem ramionami, jakby nic się nie stało, ale... Wszystko się stało - teraz nie tylko karta była na stole, był cały cholerny zestaw, dwie talie pełne możliwości, z których coraz chętniej korzystaliśmy... I oboje wiedzieliśmy, że to tylko kwestia czasu, aż ktoś powie: „Sprawdzam.” - niech mnie szlag, jeśli nie zaczynało mi się to podobać dużo bardziej, niż powinno, bo nie byłem tylko zaintrygowany - byłem cholernie, absolutnie gotów. Zrobiłem krok w jej stronę, może odrobinę za blisko, tylko tyle, żeby jej nie dotknąć, ale sprawić, że cały świat zwęził się do odległości między naszymi ciałami. Nie potrzebowałem fizycznego kontaktu, żeby dać jej znać, że go rozważałem, i to bardzo intensywnie.
- To zabawne. - Odezwałem się w końcu, przeciągając się, jakbym rozważał, czy warto się dalej bawić w tę grę. - Bo ja s kolei ostatnio nauszyłem szię balszo dokładnie dobielaś leaksje. Zaśmiałem się - prawdziwie, głęboko, pierwszy raz od dawna - gówno prawda, oczywiście, nadal reagowałem impulsywnie, ale pewnie to już wiedziała. - Jeszli mam byś szczely... - Zacząłem, i wiedziałem, że zaraz będzie źle, bo za każdym razem, gdy „mówiłem szczerze”, kończyło się albo bójką, albo równie nerwowo używanymi dłońmi... Przechyliłem głowę, spojrzałem na nią spod brwi, trochę jakbym oceniał, czy karta, którą mi podała, nie jest przypadkiem zbyt oczywista do zagrania nią w tej rundzie. Zastygłem na moment, może pół sekundy za długo, z tą kartą w dłoni - i ze spojrzeniem wbitym w Prudence, unosząc brew i nawet nie mrugając. Oczywiście, że to miała być sugestia z pogranicza erotycznej prowokacji. Jasne, że miałem bujną wyobraźnię, i właśnie w tej chwili jej słowa, z pozoru lekkie i rzucone jakby mimochodem, otworzyły mi w głowie drzwi, których chyba nie powinna była dotykać, łapać za klamkę i uchylać, jeśli faktycznie chciała zachować choćby cień dystansu... Ale wiedziała, co robi - doskonale wiedziała, a ja nie byłbym przecież tym, kim jestem, gdybym nie złapał tej aluzji i nie obejrzał jej sobie ze wszystkich stron - tak jak chciałem oglądać kobietę przede mną - rzeczywiście zupełnie, jak jakiś ciekawy, chociaż może lekko zaklątwiony artefakt. Cholera, przecież jeszcze chwilę temu mówiliśmy o przeklętych przedmiotach i inskrypcjach, które należało odczytać, żeby zdjąć klątwę - albo przeciwnie - wyryć je dookoła na ziemi przed dalszymi krokami. Teraz miałem ochotę poprosić ją, żeby sama coś napisała - najlepiej paznokciami, i najlepiej nie na pergaminie.
- Jeszli sugelujes, sze tu, na miejscu, mamy dostęp do altefaktów... - Wziąłem głębszy oddech, przesuwając spojrzeniem po jej ustach, potem na chwilę niżej, a potem znów na oczy. - To oczywiście, sze tak, chętnie zajszę do zbiolów, s pszyjemnością. - Przechyliłem się w bok, balansując na obcasach butów, kiwając głową, jakbym chciał rzucić coś jeszcze bardziej nieprzyzwoitego, ale w ostatniej chwili zmieniłem zdanie - cokolwiek mogło paść, zostawiłem to zawieszone w powietrzu. Mieliśmy po trzydzieści lat z hakiem i masę doświadczeń - prób i błędów, udanych, nieudanych, nieidealnych, ale prawdziwych, dojrzałych, albo i nie... Przynajmniej byliśmy wystarczająco poobijani przez życie, żeby już nie udawać, że czegoś nie czujemy, kiedy czujemy wszystko na raz. Nie byliśmy już tamtymi dzieciakami z Hogwartu - ja nie byłem już tym zarozumiałym chłopcem z Gryffindoru, który próbował imponować wszystkim wokół, a ona nie była tylko tą chłodną, nieosiągalną Krukonką z wiecznym planem i idealnie ostrym językiem wykorzystywanym w precyzyjnie wyważonych momentach. Może po prostu musieliśmy najpierw zrozumieć siebie osobno, zanim mogliśmy zrozumieć siebie razem, a może to było złudzenie chwili i działanie alkoholu - przecież wiedziałem, że na dłuższą metę byliśmy zbyt różni od siebie, dzieliła nas przepaść bez dna, ale tego dnia wcale nie wydawała się taka głęboka, wręcz zachęcała do skoku. Uśmiechnąłem się, ale nie tym lekkim, rozbrajającym uśmiechem, którego używałem, żeby coś rozładować. Ten był inny - trochę tak, jakby mówił: „Widzisz? W końcu się ogarnęliśmy i zobacz...” Mogliśmy nawet mieć zbieżne oczekiwania...
Wzruszyłem ramionami, nonszalancko, ale ta nonszalancja była pozorna. Wszystko, co powiedziałem, ale także wszystko, co przemilczałem, było celowe - tak samo jak to, że nie odsunąłem się ani o centymetr. Zmrużyłem oczy, próbując się jakoś opanować, ale serce waliło mi jak młot - wiedziałem, że jeśli spojrzę na nią trochę dłużej i bardziej intensywnie, to wszystko znowu się zacznie - nie byłem pewien, czy bym tego nie chciał, bo w tym miejscu nie było już nikogo, poza nami - nie było czegoś, co mogłoby nas rozproszyć, naprawdę łatwo można byłoby się pokusić o przesunięcie granic tak, by w ogóle przestały istnieć. Ta myśl była równie niepokojąca, co kusząca - sam też nakłaniałem się do złego... A może wręcz przeciwnie - do dobrego, skoro oboje chcieliśmy tego samego i to było właśnie to?
Ciało wyprzedziło rozum, a pragnienie zdusiło wszelkie argumenty przeciw. Trzymałem ją więc dalej - tak długo, jak oboje tego chcieliśmy, jakby ten jeden gest miał odczynić lata niepewności - tę dziwną mieszankę przyciągania i odpychania, spiralę, w którą wpadliśmy wtedy, jeszcze jako dzieci, i z której nigdy do końca się nie wydostaliśmy, bo nie mieliśmy okazji. Nasze drogi rozeszły się tak samo nieoczekiwanie, jak się zeszły - teraz też nie miały przebiegać wspólnie zbyt długo, ale przynajmniej wiedzieliśmy, że mamy czas i dawaliśmy temu trwać. Nadal przytulałem ją do siebie, nasze ciała wciąż się stykały, klatki piersiowe unosiły się i opadały w tym samym rytmie. Czułem, jak powoli tracę świadomość miejsca i czasu - nie byliśmy już na wzgórzu, w kromlechu, otoczeni światem. Świat przestał istnieć, a my reagowaliśmy, jak w transie - każdy dotyk był potwierdzeniem, że to się naprawdę dzieje - to nie fantazja, nie sen, nie żart. Nie chciałem już niczego analizować, pytać, co dalej, co to znaczy, czy to rozsądne. Wszystko, co miało znaczenie, było tu - jej usta, w które się wpatrywałem, jej dłonie wokół mojej szyi, jej zapach, jej obecność... Jakbyśmy oboje próbowali udowodnić sobie, że nie zmarnowaliśmy lat, bo wreszcie spotkaliśmy się w pół drogi, a to wszystko miało sens - nawet jeśli nie miało.
Nie potrzebowałem żadnych słów - nie tym razem, to nie był moment na słowa, nie wtedy, gdy wszystko było już tak niewiarygodnie oczywiste.
Zrozumiałem jej ton, ale przez chwilę nic nie odpowiedziałem - patrzyłem na nią, jakby mówiła w obcym języku, choć każde słowo trafiało we mnie ze snajperską precyzją. Ona naprawdę chciała rozmawiać, ja też - to było osobliwie naturalne - nawet przez resztę dnia, całą noc, do utraty tchu, do bólu w gardle, do świtu, który może i miałby nas zastać w jakimś nieprzyzwoitym splocie - ale ważniejsze było to, co mówiła - o tym nie chciałem dyskutować. To był ten cholerny wybór, którego nie chciałem mieć, bo pewnie rzeczywiście mogłoby być dobrze, gdybyśmy mieli tę wzajemność, a dobre rzeczy przy mnie zawsze kończyły się z hukiem. A mimo to słuchałem - słuchałem, jak mówi, że chce mi dać coś więcej. Nie próbowała mnie przekonać, ani mnie złamać, nie namawiała mnie do złego - to było właśnie najgorsze. To, że mówiła to spokojnie, jakby to było oczywiste, naturalne, ludzkie - to, że ja coś jej daję, a ona chce się odwdzięczyć. W tym wszystkim zabrakło jednego drobnego szczegółu - że ja nie chciałem przyjmować, chciałem być kimś, komu pozwoli dać coś z siebie - nic więcej, pokręciłem głową, bez słowa.
Przesunąłem uniesioną dłonią po karku, żeby się czymś zająć, zanim zrobiłbym coś głupiego - jeszcze nie teraz, jeszcze nie, ale moje ciało już dawno nie miało ochoty czekać na „odpowiedni moment”. Moje ręce z powrotem same odnalazły drogę - przesunęły się z jej pleców niżej, na pośladki, palce napotkały szorstkość jeansu, jeszcze krótką chwilę trwałem w tym dotyku, w zawieszeniu, a potem, bez żadnego ostrzeżenia, ani najmniejszego zawahania, zacisnąłem dłonie na jej ciele i zgiąłem lekko nogi, żeby ją unieść. Napiąłem mięśnie nóg, lekko ugiąłem kolana i uniosłem ją bez trudu - jakby ciało pamiętało ten gest, mimo że nigdy wcześniej go nie wykonałem. Ciało czasem wie samo. Liczyłem, że zrozumie - bez słowa, bez instrukcji, i rzeczywiście, zrobiła to z tym samym rodzajem cichego porozumienia, które było między nami przez cały dzień, jakby każda nasza wymiana zdań, spojrzenie, przerwa w rozmowie prowadziła właśnie do tego. Odrobinę, w tym pozytywnym sensie, zaskoczyła mnie tym, jak naturalnie mi to umożliwiła - jej ręce oplotły moją szyję, jakby znała każdy mój ruch zawczasu. Tak, jakby nie robiła tego po raz pierwszy, tylko wracała do czegoś, co już dawno było nasze. Liczyłem na ten moment cichego porozumienia - i dostałem go. Nogi kobiety objęły mnie bez wahania, stabilizując nasz ciężar, a ja wyprostowałem się, równając nasze spojrzenia. Znaleźliśmy się na tej samej wysokości, tym samym poziomie - dosłownie i w przenośni - nigdzie się nie spiesząc, nigdzie nie musząc już zmierzać w żadnym kierunku, czymkolwiek się przejmować. Zamknąłem na chwilę oczy, tylko na paręnaście sekund, pozwalając sobie na luksus samego trwania w tej chwili. Jej dłonie przesunęły się po mojej skórze, zatrzymały się przy karku, palce delikatnie wplotły się we włosy, pociągnęły lekko. Nie bolało, ale było wystarczająco wyraźne, żeby potraktować to jako świadomą reakcję. Nie zrobiła tego, bo bała się, że się wywrócimy -  wiedziała, że jej nie upuszczę, utrzymam ją, choćby ziemia miała rozstąpić się pod nami. Przestrzeń między naszymi ciałami właściwie nie istniała, cisza panująca między nami nie ciążyła, a nawet wręcz przeciwnie - była pełna słów, tylko niewypowiedzianych, wydawało mi się, że nie musimy mówić na głos, porozumiewamy się bez nich. Patrzyliśmy tylko na siebie, całkiem zatrzymani w czasie. Wpatrywałem się w nią, śledząc każdy refleks światła w jej oczach, które w tej chwili wyglądały niemal złotawo - ciepłe, ale uparte, z tą iskrą, którą znałem od dzieciaka. Tylko teraz ta iskra nie wyrażała już złości czy ambicji - była bardziej subtelna, ledwie uchwytna, ale uderzała głęboko - poruszała dziwne, zaśniedziałe struny. To mi się podobało, więc wciąż na nią patrzyłem - patrzyłem, bo nie mogłem się napatrzeć - trochę tak, jakbym musiał zapamiętać każdy szczegół na wypadek, gdyby to wszystko miało się zaraz skończyć, a trochę tak, jakbyśmy znów byli tamtymi nastolatkami, ale już nie zagmatwanymi, tylko tymi, którzy wreszcie zrozumieli, po co te wszystkie sprzeczki, wieczne wojny na słowa, spojrzenia, milczenia.
- Dobla, dobla, wycofuję szię s tej ostatniej częsi. - Uśmiechnąłem się - nie szeroko, nie bezczelnie, nie tak jak kiedyś, kiedy wszystko w mojej mimice było rodzajem maski, tylko całkiem szczerze. Nasze twarze zrównały się - wysokość i różnica wzrostu nie stanowiła już przeszkody - patrzyliśmy sobie prosto w oczy. - I pomyśleś, sze kiedyś chciałaś mnie zamieniś w lopuchę, a wystalszyło byś miłą i wyglana twoja... - Rzuciłem cicho, wpatrując się w oczy Prudence - na tyle mocno, że dostrzegłem jej zamiar, zanim jeszcze wcieliła go w życie, i nie zaoponowałem. Ten ledwie dostrzegalny rozbłysk w jej oczach, który pojawiał się tylko wtedy, gdy decydowała się na coś, zanim jeszcze to zrobiła - jak błysk ostrza, gdy przecina powietrze, zanim jeszcze opadnie, tnąc ciało.
Poruszyła się, niemal niezauważalnie, ale poczułem to jak impuls elektryczny, na który odpowiedziałem mocniej, bardziej zachłannie, nie zważając już na nic - ani na sakralną ciszę, która nas otaczała, ani na miejsce, ani na przestrzeń - wszystko zniknęło, poza jej ustami, dłońmi, udami oplatającymi mnie mocniej, ciaśniej. Po raz pierwszy od dawna poczułem się inaczej - nie lepiej, ani nie gorzej - inaczej. To było coś innego - gwałtownego, prawdziwego, naznaczonego latami przemilczanych napięć, niedopowiedzianych fraz, spojrzeń, które znaczyły wiele, ale nie padły we właściwym momencie. Odpowiedziałem - nie mogłem nie odpowiedzieć, tu nie było miejsca na niepewność, nie w tym pocałunku, bo to nie był już tamten pierwszy dotyk sprzed dni, ten smakował inaczej. Moje palce zacisnęły się mocniej na jej ciele, nie mogąc się zdecydować - trzymać ją czy przyciągnąć jeszcze bardziej. Nie było już dźwięków z zewnątrz, tamten świat przestał istnieć - kromlech, wzgórza, niebo, wrzosowiska -  wszystko zniknęło. Liczyła się tylko ona, jej ciało w moich ramionach, smak jej ust, ten moment... Byliśmy dorośli - ludzie po przejściach, decyzjach, które nie zawsze były właściwe, ale w tej chwili - tu i teraz - wszystko zdawało się tak cholernie proste i naturalne.
Uśmiechnąłem się do niej - ale nie był to uśmiech, jaki wcześniej bardzo dobrze u mnie znała, to na pewno. Nie ironiczny, nie łagodny, nie ten niespokojny, jaki zdarzał mi się ostatnimi dniami. Ten był krzywy, cwany, z lekkim uniesieniem jednego kącika ust, które mówiło: „A jednak...”
- Zawse wiesiałem, sze skończymy w ten sposób. - Mruknąłem, głosem niższym niż zazwyczaj, tonem utrzymanym gdzieś między chrapliwością, szorstkością a zachwytem, bo rzeczywistość kolejny raz przewyższała oczekiwania. Oderwałem się na moment od jej ust, żeby złapać oddech, ale tylko na sekundę, zanim znowu zagadnąłem jej wargi w pocałunku, całując ją coraz mniej spokojnie, coraz mniej ostrożnie - aż w końcu musiałem oprzeć się o jeden z głazów -  twardy i zimny, ale nie miało to znaczenia. Chciałem tylko czuć ją, ten moment, zapach, ciężar w ramionach. To przyszło naturalnie, z jakąś dziwną pewnością - nie natarczywą, ale nieodwołalną. Oparłem się plecami o kamień, żeby uzyskać więcej stabilności, ale właściwie nie była mi już potrzebna żadna dodatkowa równowaga - za to powietrze? - jak najbardziej. Przytuliłem czoło do jej czoła, czując jak nasze oddechy mieszają się w jeden - powietrze między nami było gorące, naładowane elektrycznością. To był impuls, wyraz tego napięcia, które gęstniało między nami jak powietrze przed burzą - i chociaż może gdzieś z tyłu głowy kołatało mi się pytanie, czy to właściwe, czy bezmyślnie nie przesuwamy granicy, to jednak cała reszta mnie wiedziała jedno - cholernie tego pragnąłem... Znowu pochyliłem się, żeby zamknąć usta Prudence, mocniej oparłem nas o kamień - tym razem jej nogi też znalazły się przyciśnięte do monolitu...

~~~

Kolana dotykają zimnego kamienia, a świat drży. Czujesz to najpierw w oddechu - raptowne ściśnięcie powietrza w płucach, jakby coś chciało je wyrwać z twojego ciała. Kromlech, który jeszcze przed chwilą był tylko cichym półkolem z omszałych głazów, jakby zadrgał - nie fizycznie, ale w tym wymiarze, który wyczuwasz całą sobą, zbyt głęboko, by móc to nazwać. Czujesz, jak w twoim kręgosłupie odzywa się pradawna pamięć.- coś starszego niż ty, starszego niż twoja matka, starszego niż cała twoja linia krwi... Niebo ciemnieje o ton, powietrze gęstnieje, zapachem przypomina popiół, mokrą wełnę i miód - coś obcego, a jednak niepokojąco znajomego. Zanim zdążysz nabrać tchu, zapadasz się w czas...
Wzrok blednie, oczy stają się matowe - wszystko wokół zamienia się w szklistą, rozwibrowaną mgłę, z której wyłania się coś innego. Obraz nie przeskakuje gwałtownie - to nie jest jak wizje wywołane transami, które znasz - to... Przesunięcie - świat nie znika, on się... Przekształca. Kamień pod twoimi kolanami mięknie i twardnieje jednocześnie, jakby był zrobiony z czegoś, co zna strukturę czasu i potrafi go wyginać. To głos wrzosowiska - jaźń i język korzeni i kamieni, śpiewany przez ptaki, szeptany przez szum wrzosów, zanim jeszcze pojawiły się litery. To coś, co słyszysz przez skórę - fala ciepła i chłodu przechodzi przez ciebie jak echo czyjegoś oddechu - kogoś, kto istniał tu dawno temu, ale wciąż pamięta... I nagle... Widzisz - nie przez oczy, a przez pamięć, którą ci podarowano - wzgórze to samo, ale młodsze, nieporównywalnie dziksze, surowsze. Wrzosy są bujne, ciemniejsze - pulsują fioletem, ale przybierają wiele odcieni - od jasnego fioletu aż do czerni. Krąg kamieni lśni wilgocią niedawnego deszczu, czujesz zapach ziemi, jesieni, tak samo wczesnej, jak ta, którą opuściłaś. Kamienie są nowe - nie świeże, lecz dopiero co ułożone, jeszcze nie nasiąknięte tyloma śmierciami. Pośrodku okręgu płonie ogień ogniska, a nad twoją głową rozciąga się granatowe niebo - bez słońca, ale też bez księżyca i gwiazd, zaledwie z cienką smugą białego dymu ciągnącą się przez horyzont. Widzisz je oczami kobiety, która nie zna słowa „Anglia”, nie posługuje się określeniem „czarnoksiężnica” czy „czarownica”, ale wie, jak rozmawiać z ziemią, i jak słuchać śmierci. Ma twarz, która nigdy nie odbiła się w lustrze, widziała tylko taflę jeziora, a jej dłonie pokryte są popiołem i krwią. Widzisz, jak siada - ty-ona siadasz - opierając się o ten sam kamień, tylko młodszy, czystszy, bardziej surowy. Nuci coś pod nosem - językiem, który znasz, chociaż nigdy się go nie uczyłaś. Wiesz, że to rytuał - nie modlitwa, nie błaganie - to rozkaz i przyzwolenie jednocześnie. Wokół niej leżą przedmioty - gliniana misa z krwią, garść świeżych ziół - bluszcz, barwinek, ciemiężyca. Kreda, kości niedużego ptaka. Ona - ty - bierzesz kredę i rysujesz linie na kamieniu - symbole... Spiralę, ostre linie fal, oko bez źrenicy... I gdy już wszystko zostaje narysowane, przestajesz nucić - zaczynasz szeptać. Powinnaś to robić przez następne minuty, upadając na kolana, ale wewnątrz wiesz, że będzie inaczej, bo ty czekasz... A potem podnosisz się z ziemi na ten widok, na który ściska cię w piersi - z ekscytacji i niepokoju - i z wyczekiwania.
Stoi na skraju kręgu - nie wchodzi jeszcze pomiędzy kamienie. Jest wysoki, szerszy w ramionach niż ktokolwiek z twojej wioski. Ma włosy czarne, jak ta noc bez gwiazd, i oczy, które nie powinny być takie - ciemnoszare, prawie stalowe, ale błyszczące, jakby nosiły w sobie świt, który jeszcze nie nadszedł. W jego postawie jest cisza, jakby od dawna nie potrzebował słów, by być słyszanym i zauważanym, ale nie respektowanym. Wiesz, że nie powinien tu być - jego obecność to złamanie obietnic, złamanie przysiąg złożonych nie tylko ludziom, ale i ziemi... Ale jest, jest tutaj, a ty się nie ruszasz.
Znasz go - znasz go od miesięcy - z lasu, ze skraju jeziora, z ukradkowych spojrzeń ponad ogniem, z dotyku, który nigdy nie trwał dłużej niż chwilę, ale zostawiał po sobie echo. Jego ludzie to ci z południa - mówią, że przybyli zza wzgórz, przynoszą śmierć, a ich magia pachnie krwią. Mówili ci: „Nie patrz, nie dotykaj.” Ale patrzyłaś... I dotykałaś.
Teraz przyszedł, chociaż wiedział, co czeka - krąg kamieni nie wybacza zdrad, ale tej nocy granice są cieńsze. Księżyc jest wysoki, soki w liściach zatrzymały się, a ty jesteś gotowa złamać zasady, zaryzykować wszystko.
Podchodzisz do niego, powoli, chociaż twoje serce chce biec. Twoje stopy stąpają prawie bezgłośnie pośród wrzosów, jakby ziemia milknęła na twój krok. Stajesz naprzeciwko niego, tak blisko, że czujesz ciepło jego skóry - nie dotyka cię, jeszcze nie, ty jego też.
- Nie powinieneś. - Mówisz, lecz twój głos brzmi, jakbyś mówiła za kogoś innego - recytowała zdanie zapisane w kamieniu - wyryte, chociaż niewidzialne.
On milczy, ale jego oczy są pełne żalu, i czegoś jeszcze - czegoś, co piecze w twoim gardle, prędzej przepali je od środka, zanim nazwiesz to miłością.
- Przyjdą po mnie. - Mówisz.
- Wiem.
- I po ciebie.
- Wiem.
Nie pytasz, dlaczego przyszedł - ty też byś przyszła, gdyby to on klęczał przy kamieniu, jeśli to on miałby zostać złamany dla dobra rodu, dla magii, dla tej głupiej, starej wiary, która karmi się bólem...
Zamykasz oczy, i on w końcu dotyka cię - kładzie dłoń na twojej twarzy, kciukiem ociera ślad po łzie, której nie czułaś, że spływa. Świat zewnętrzny znika - jest tylko jego oddech, twoja dłoń na jego karku, i usta, które odnajdują się tak naprawdę. To pocałunek, który nie prosi o więcej niż ten moment, ale zawiera w sobie wszystko, co zostało wam odebrane.
Nie słyszysz, jak podchodzą - jak łamią gałęzie kosodrzewiny, wrzosy jęczą pod ich ciężarem... Ale on słyszy - odsuwa się - nie gwałtownie, delikatnie, jakby przerywał pajęczynę.
- Musisz iść. - Mówi. - Jutro... Zostaw to mi...
- Nie. - Szepczesz.
Ale już widzisz światło pochodni - słyszysz śpiew, ten sam, którego kiedyś uczyłaś się od starej kapłanki - ten, który przed chwilą płynął z twoich ust. Teraz niosą go kobiety w czerni - twoje siostry, twój ród. Dotykasz jego policzka - wzrok ci ucieka, gdzieś na bok, bo w jego oczach jest coś, co zaboli cię bardziej niż chłód świtu, jednak on ujmuje twój podbródek, wymusza na tobie spojrzenie, i sam patrzy ci w oczy - mówi coś w obcym języku, czego nie rozumiesz, ale czujesz, jak wbija się w twoją krew, jak pieczęć. Potem odchodzi, nie ucieka, odchodzi - powoli, dostojnie, wiedząc, że to spojrzenie może być ostatnie...
Gdy kobiety docierają do kręgu, klęczysz już przy kamieniu - udajesz, że byłaś tu cały czas, i że nie czujesz smaku jego ust, nie śmierdzisz jego piżmowym zapachem...
Ale kamień wie...Ziemia wie... Krąg wie...
Kiedy wypowiadasz słowa obrzędu, czujesz, że coś w tobie umiera - nie on, nie miłość, ale coś kruchego, co miało nadzieję, że to się skończy inaczej. Dym z ogniska przesłania ci widok, mrugasz, a gdy otwierasz oczy - scena się zmienia. Wciąż jest noc, ale nie ta sama. Wiesz to... Nadszedł świt.
Nagle czujesz jego obecność. Nie widzisz go - ale wiesz, że tam jest - mężczyzna, ten sam co przed chwilą. Stoi... Nie, nie stoi - unosi się, jest cieniem, ale ona - ty - i tak wyciągasz do niego rękę... I on odpowiada. Nie mówi, nie może, jest odległy - niemal rozwiany przez wiatr, ale czujesz, co by powiedział, gdyby mógł: „To było warte ceny.” Nagle widzisz jego życie - migawki - twarz matki, kobiety, która zmarła przy kolejnym porodzie, śmiech siostry, ogień w oczach kochanki, ból decyzji... Zimno śmierci. Nie wiesz, ile to trwa - czas się rozpływa. Jesteś w środku czegoś, co nie jest snem ani jawą, co nie należy do jednego istnienia, tylko wielu. Kamień pod tobą płacze. Krąg bije jak złamane serce. Wrzos szumi w języku, którego nie zna już nikt, prócz ciebie... I wtedy znowu ją widzisz - tę kobietę. Patrzy na ciebie - tak, teraz na ciebie - przez czas, przez zasłonę z dymu i kamienia. Jesteś nią i nie jesteś jednocześnie. Jej oczy są twoimi oczami, ale starszymi, bardziej pustymi. Mówi coś - jej usta się poruszają, i chociaż nie słyszysz słów - znasz ich sens: „Nie wszystko da się cofnąć, ale wszystko ma cenę.” Nie znasz jego imienia, nie znasz swojego - jej - ale pamiętasz smak pożegnania, i dłonie, które były gotowe zapłacić za miłość własnym życiem.
Nagle - świat wraca, jakby ktoś wylał na ciebie wiadro zimnej wody. Oddech powraca z szarpnięciem. Kamień pod kolanami jest już tylko kamieniem - nie krąży w nim nic więcej. To nie było złe wspomnienie - nie pozostawia po sobie ani pustki, ani bólu - zostawia melancholię, nostalgię na wielu różnych wymiarach.

~~~

Poczułem to niemal natychmiast - subtelne, niemal niezauważalne zwiotczenie jej ciała, jakby jakaś część niej nagle zniknęła, dłonie zamarły w bezruchu, jakby straciły zamiar trzymania się mojej szyi. Jeszcze przed chwilą była tu, ciepła, drżąca, obecna w całej swojej złożoności, a teraz… Była jakby przezroczysta. Obejmowałem ją nadal, z ramionami zaciśniętymi wokół jej ciała, trzymając ją przy sobie, ale nie całowałem jej już. Zmarszczyłem lekko brwi i nieznacznie odsunąłem głowę, by lepiej ją widzieć. Oczy Prudence, chociaż otwarte, nie były przytomne - wcześniej skupione, roziskrzone i świadome, nagle straciły ostrość. Poczułem, że przestaje oddychać normalnie. Nie w dosłownym sensie - klatka piersiowa unosiła się i opadała, ale już nie w rytmie, który znałem. Było w tym coś nienaturalnie płytkiego, urwanego, jakby jej ciało jeszcze tu było, ale świadomość wymknęła się tylnymi drzwiami. Ten wzrok, ten brak reakcji, subtelne drgnięcie warg, jakby wypowiadała coś, czego nie słyszałem. Nie znałem szczegółów, ale widziałem wystarczająco dużo, by się domyślić - to nie było to samo, co wtedy w Londynie, nie omdlenie, nie zamyślenie, ani nie wycofanie się z czułości, tylko stan półobecności. Kontakt z czymś, co nie należało do tu i teraz. Wiedziałem, że w takich chwilach najlepiej nie przeszkadzać, być - ale nie zakłócać.
Zacisnąłem dłonie nieco mocniej na pośladkach Prue, podtrzymując ją stabilnie, nie chcąc jej szarpać, nie chcąc jej odciągać od skały, którą nieświadomie musnęła nogą. Cokolwiek widziała, cokolwiek do niej przyszło - musiało się skończyć samo, nie wolno było tego przerywać, szarpać, interweniować - wiedziałem to instynktownie. Pochyliłem lekko głowę, przysuwając usta do jej skroni, ale nie całując jej. Tylko tak, by mogła mnie poczuć, żebym nie znikał tak do końca...
- Jestem obok, nigdzie szię nie wybielam... - Wyszeptałem cicho, bardziej w geście obecności niż jako oczekiwanie na odpowiedź, a potem skierowałem spojrzenie gdzieś na linię wzgórz, w dal, pozwalając sobie trwać przy niej, bez wtrącania się w to, co właśnie działo się za mglistą zasłoną. Nie wiedziałem, czy słyszy. Może gdzieś w tej dalekiej rzeczywistości mój głos przebijał się do niej jak przez mgłę, jak echo spoza czasu... Amoże nie, ale powiedzenie tego na głos wydawało się ważne - dla niej, dla mnie,  dla tej chwili, która nagle przestała należeć tylko do nas - świata, który znałem. Zostałem z nią w tym stanie, nie odsunąłem się, nie próbowałem jej sprowadzać z powrotem ani dotykiem, ani słowem - jej nogi nadal spoczywały na głazie. Nie liczyłem czasu. Czekałem.
A potem... Coś się zmieniło. Nie od razu - najpierw to był delikatny ruch - minimalny, ledwie wyczuwalny, oddech, który znowu zaczął mieć rytm, lekki opór w mięśniach pleców, jakby wracała do siebie... I powieki - drgnęły - nie od razu, nie gwałtownie, ale w taki sposób, który zwiastował powrót. Poczekałem jeszcze chwilę - eszcze jedno uderzenie serca, jeszcze jeden oddech, zanim zdecydowałem się ruszyć. Dopiero wtedy, gdy byłem niemal pewien, że jej świadomość powraca, że znów zaczyna rejestrować to, co ją otacza, zrobiłem krok. Przesunąłem nas lekko do przodu, jakbyśmy wspólnie, spokojnie, oddalali się od czegoś, co właśnie wygasało.
- [b[Hej.[/b] - Powiedziałem cicho, łagodnie. - Wlóciłaś? - Zapytałem miękko, głosem, który sam mnie zaskoczył - był spokojny, niższy niż zwykle. To nie było pytanie, na które musiała odpowiedzieć - było bardziej stwierdzeniem albo podaniem dłoni. Wyprostowałem się odrobinę, pozwalając jej na odzyskanie więcej przestrzeni, ale wciąż byłem blisko, nadal nie opuściłem Prue na ziemię, byłem gotów trzymać ją tak długo, jak tego chciała - nie jako rycerz, nie jako bohater, po prostu jako ktoś, kto może nie do końca rozumie, ale nie odchodzi.
- Czego potszebujes? - Zapytałem - głos miałem cichy, spokojny, pozbawiony pośpiechu. Nie było w tym ani jednej nuty presji - nie było w tym pytaniu nacisku, nie było ukrytego: „Powiedz mi, co widziałaś.”, ani „Czy wszystko w porządku?”, bo nie wszystko było, i nie musiała się z tego tłumaczyć. To pytanie nie miało drugiego dna - nie niosło ze sobą oczekiwań, nie chciałem, by się tłumaczyła, nie chciałem nawet, by odpowiadała od razu, ale musiała wiedzieć, że może... Wszystko - milczeć, zacząć się śmiać jak głupia, gadać płakać, wzruszyć ramionami, odejść... Albo usiąść, wyciągnąć rękę po butelkę i trwać w ciszy, póki wszystko w niej znów się nie ułoży. Tuliłem ją spokojnie - już nie z żądzy i pragnienia, tylko troski. Z tego starego, niewygodnego uczucia, które tak łatwo udawać, że nie istnieje, dopóki nie staje się oczywiste. Spojrzałem na nią uważnie -  bez nachalności - moje brwi nadal były ściągnięte, ale tym razem towarzyszyło temu coś więcej - troska, czujność, gotowość. Nie próbowałem zgadywać - nie chciałem jej wciskać w rolę dziwnej, kruchej, oderwanej od rzeczywistości. To, co zobaczyła - jeśli cokolwiek zobaczyła - było jej, nie moje. Moim zadaniem nie było rozumieć - moim zadaniem było być. Czasem, tylko czasem, myślałem, że to wszystko, czego ktoś może naprawdę potrzebować. Mogła zadrżeć, kazać się postawić na ziemi odejść, jeśli tego chciała - nie byliśmy sobie aż tak bliscy, żebym uznał to za potwarz.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#19
11.05.2025, 23:43  ✶  

Czasem zdarzały się takie sytuacje, których pewnie nikt by się nie spodziewał. Los potrafił zaskakiwać, okropnie, ale wyjątkowo jej to w niczym nie przeszkadzało. Nie budziło tego uczucia niepewności, nie wprowadzało napięcia, wrażenia, że robi coś w nieodpowiedni sposób. Tym razem zupełnie tego nie czuła, wręcz przeciwnie miała wrażenie, że wszystko jej mówi, że jest zupełnie inaczej i że powinna zagłębić się w to jeszcze bardziej. Kto by się spodziewał, że kiedyś nadejdzie moment, w którym Bletchley spodoba się spontaniczność i brak kontroli nad tym, co działo się w jej życiu. To było coś zupełnie nowego, ale chyba była na to gotowa. Przynajmniej tak się jej wydawało, tak właściwie to nie rozkładała tego na części pierwsze, nie analizowała, bo to po prostu się działo.

To, że akurat on jej w tym towarzyszył powodowało, że było to jeszcze bardziej nieprzewidywalne. Nigdy nie zakładała, że się jeszcze spotkają, a nawet jeśli tak, to nie założyła by, że będą to podobne okoliczności. Nie mieli w zwyczaju rozmawiać ze sobą w ten sposób, tak właściwie to praktycznie w ogóle nie prowadzili konwersacji, raczej rzucali w siebie słowami, jak najbardziej zaczepnymi czekali na reakcję drugiej strony. Okazało się, że bardzo wiele traciła nie doceniając tego, jakim był rozmówcą. Na szczęście dostali szansę, podczas której mogli zweryfikować tę dawną wiedzę. Nie miała pojęcia, że tak łatwo przyjdzie jej zapomnieć o tych dawnych nieporozumieniach, a jednak w tej chwili wydawały się zupełnie nie mieć znaczenia. Liczyło się tylko tu i teraz, a teraz naprawdę doceniała jego obecność. Cieszyła się nią, jakby aktualnie nie mogło jej spotkać nic lepszego, może właśnie tak było? Szkoda tylko, że musieli przeżyć razem piekło na ziemi, aby do tego doszła. Miała sporo szczęścia, że trafił na nią tamtej pamiętnej nocy, nie mogła pozbyć się myśli, że to też nie wydarzyło się przypadkowo, czy takie rzeczy, takie spotkania zdarzały się zupełnym przypadkiem? Jakie były szanse na to, że trafi akurat na niego, swojego dawnego wrzoda na tyłu, a przy okazji jednego z najlepszych przyjaciół jej brata bliźniaka. Niemalże niemożliwe, a jednak do tego doszło, cóż właśnie dlatego nie zamierzała się wycofywać, tylko wręcz przeciwnie, chciała zobaczyć, po co było to wszystko. Może potrzebowała takich bodźców, aby zmienić swoje życie, tak właściwie to dość szybko jego obecność zaczęła działać na jej zachowanie, nikt jeszcze nie wzbudził w niej czegoś takiego, Benjy jednak od zawsze miał w sobie takie coś, co zachęcało do przekraczania granic. Może nie pozwalała mu kiedyś do siebie dotrzeć, ale teraz nie zamierzała się opierać. Chciała zobaczyć jak to jest pozwolić sobie na wszystko, z nim, tak po prostu, jakby to było najbardziej oczywistą rzeczą na świecie.

- Tak, to znaczy jak? - Zamrugała pospiesznie. Najwyraźniej musiał jej powiedzieć wprost w jaki sposób nie miała na niego patrzeć, bo przecież nie widziała w swoim spojrzeniu niczego niewłaściwego, musiał ją uświadomić, nazwać rzeczy po imieniu. Trochę go prowokowała do tego, żeby jeszcze bardziej się otworzył. - To zawsze jest coś specjalnego. - Mógł jej mówić, że nie, ale ona wiedziała swoje. Nie miała zamiaru oczywiście, zwyczajowo ciągnąć za język, nie w ten sposób, nie chciała się narzucać, zbliżać za bardzo, jeśli tego nie chciał. W końcu nie byli sobie jakoś szczególnie bliscy, dopiero się poznawali, dopiero uczyli się tego, jakimi tak naprawdę byli ludźmi. Prue nie należała do tych wścibskich osób, które nie potrafiły odpuścić, musiały wiedzieć wszystko od razu. Miała w sobie ogrom cierpliwości, jeśli będzie miał kiedyś chęć co nieco o tym powiedzieć, to w porządku, jeśli nie? Jakoś to przeżyje. W niektórych aspektach przestrzeń była potrzebna, naciski nie miały żadnego sensu, to był jeden z nich. Zresztą Benjy nie był osobą, którą dałoby się do czegoś zmusić, miała tego świadomość, robił tylko to na co miał ochotę, mówił jej ile uważał za słuszne, co zresztą wcale jej nie dziwiło. Musiał sporo przeżyć w ciągu tych lat spędzonych poza granicami kraju, nie sądziła, aby większość z jego wspomnień była szczególnie ciepła i kolorowa. Ta szorstkość i podejście nie brało się znikąd, ktoś musiał go kiedyś mocno zranić, przez co teraz miał do tego takie podejście. Nie oceniała go jednak, wiedziała, że czasem mogło być naprawdę trudno przetrawić słowa które padły, które uderzały bardzo głęboko we wnętrze i cięły ostrzej niż noże, pozostawały dużo głębsze blizny, które okropnie długo się goiły.

Nie dało się nie dostrzec uśmiechu który pojawił się na jego twarzy. Miała wrażenie, że już powoli zaczynała odróżniać jego uśmiechy i ich znaczenia, każdy z nich niósł bowiem w sobie zupełnie inne emocje. Wcale nie potrzebowała na to wiele czasu, być może przez to, że częściowo kojarzyła je z Hogwartu. Nie zaprzeczył, gdy stwierdziła, że też nie należy do szczególnie normalnych osób, najwyraźniej faktycznie był popaprany jak ona i nie widział w tym niczego złego. Znowu coś ich łączyło, zaczynali znajdować coraz więcej punktów wspólnych. Spodziewała się tego, bo przecież inaczej nie poczułaby się tak lekko w jego towarzystwie, miała wrażenie, że jeszcze znajdą sporo tych podobieństw. Mieli na ich odkrycie zawrotne siedem dni, więc istniała też szansa, że nie dowiedzą się o wszystkich, ale to nie miało znaczenia. Ważne było to, ze stali tu teraz ze sobą, że tego chcieli, że mogli sobie towarzyszyć w tym czymś, co właśnie robili. Wiedziała, że są blisko przekraczania kolejnych granic, prowokowali się do tego, jednak robili to całkiem zgrabnie, badając przy tym grunt, sprawdzając na co mogą sobie pozwolić i czego pragnie każde z nich.

- Ta alternatywna ścieżka w zasadzie nie różniłaby się, aż tak bardzo od tego, co robię teraz, więc to nie jest nic szczególnie szalonego. - W końcu większość czasu i tak spędzała w kostnicy, między trupami, może robiła to w nieco bardziej cywilizowany sposób, ale czy zmiana metody robiła, aż taką wielką różnicę? Nie wydawało jej się. Mogła wprowadzić nieco zmian, skorzystać z innych możliwości, tak naprawdę to tylko byłoby rozwinięciem jej aktualnego zajęcia. Nie lubiła się ograniczać, więc może faktycznie powinna była się nad tym zastanowić. - Cornelius pozwala mi czasem wyciągać świeczki w kostnicy, może to nie ma takiego klimatu, jak piwnica, jednak nie jest tak najgorzej. - Tak w zasadzie brakowało jej tylko tych wszystkich nie do końca mile widzianych rytuałów, z których mogłaby korzystać. Wiedziała, że musi się ograniczać, bo jednak praca w ministerstwie rządziła się swoimi prawami, nie mogła tuż pod ich nosem korzystać z tej dziedziny magii, która ostatnio przyciągała ją coraz bardziej. Magia zostawiała ślady, każda, wolała nie ryzykować, nie znaleźć się na celowniku osób, które nie miały takich otwartych umysłów i traktowały nekromancje, jako coś złego. Zdawała sobie sprawę, że niektórzy byli ograniczeni i przerażało ich nieznane, cóż - ona nie do końca należała do tych osób, nie kiedy chodziło o poszerzanie wiedzy i o korzyści, jakie mogło to ze sobą nieść. Wszystko dla nauki, czyż nie. Nie chodziło wcale o nic więcej, po prostu chciała wiedzieć i poznać to, czego inni się bali.

- Do wszystkiego należy podchodzić z rozsądkiem, wtedy świat też jest bardziej łaskawy. - Przynajmniej tak się jej wydawało. Naprawdę próbowała rozumieć młodych, ich chęć zdobywania wiedzy, próby, które podejmowali. Było to trochę niebezpieczne, ale nauka często niosła ze sobą ryzyko, wystarczyło podchodzić do tego rozważanie, a można było ominąć to niepotrzebne. Prue sama była tego przykładem, chociaż zdawała sobie sprawę, że jednak nie wszyscy mieli takie samo podejście, jak ona. To bywało zgubne, mogło przynieść nieoczekiwane efekty, na które nie wszyscy byli gotowi.

- Szarość nie jest najgorsza, jeśli mówimy o kolorach. Wydaje się być całkiem w porządku. - Nic nie było, ani czarne, ani białe. W każdych czynach można było doszukiwać się zupełnie innych kolorów. Szarość wydawała jej się być najlepsza ze wszystkich, była mieszanką bieli i czerni, tak samo jak zachowania, na które każdy mógł patrzeć z innej perspektywy. To, co dla jednych było białe, dla innych mogło być podszyte złymi intencjami, czarne, złe nie do końca mile widziane sposoby działania też niosły ze sobą często coś głębszego. Wszystko zależało od perspektywy przez którą się na to patrzyło, a często w ocenie zachowania brakowało pytań o jego przyczynę. Ludzie lubili bez zastanowienia wydawać opinie, oceniać, co jej zdaniem nie było do końca rozsądnym podejściem.

- Czyli jesteśmy na randce. - Nie mogła nie skorzystać z tego, że ujął to w taki sposób. Nie, żeby ta sytuacja nie wydawała się oczywista, jednak wcześniej, żadne z nich nie określało tego, co działo się między nimi. Niby mogła odpuścić, ale nie byłaby sobą, gdyby nie złapała go za słówko, oczywiście uśmiechnęła się przy tym bezczelnie i wpatrywała się w niego przez dłuższą chwilę. - Jakie opowieści są lepsze na jesienne noce? Podejrzewam, że też masz coś w zanadrzu. - Tak naprawdę nie tak łatwo było ją wystraszyć. Nie należała do osób, które uciekały od prawdy. Była skłonna wysłuchać jego historii, nie oceniać go przy tym, tylko wyciągnąć z nich jak najwięcej wniosków. Nie należała do tych osób, które miały problem z akceptacją pewnych faktów. Wiedziała, że wszystko działo się z jakiejś przyczyny. Nie była szczególnie delikatna, jeśli o to chodzi, sporo widziała w swoim życiu, może głównie w kostnicy, ale czy to naprawdę tak wiele zmieniało? No nie. Podejrzewała, że mało kto był tak odporny jak ona, zresztą już jako uzdrowiciel miała do czynienia z naprawdę trudnymi przypadkami. Widziała sporo i przywykła do tego, co może zobaczyć, wręcz spodziewała się tego, że jeszcze sporo rzeczy może ją zdziwić, ale podchodziła do tego raczej z ciekawością. Może nie każdy uznawałby jej podejście za normalne, jednak już doszli do tego, że dla niego to nie było nic wielkiego. Śmierć również nie była mu obca, poniekąd przecież też już jedną przeżył, pochował dawnego siebie za życia.

- Wiesz, że kiedy tak o tym mówisz, to wydaje się być całkiem proste i prawdopodobne? Nawet ta Rumunia, w końcu to całkiem blisko. - Nie musiał jej jakoś specjalnie do tego przekonywać. Rozumiała, co miał na myśli, wiedziała do czego zmierzał. Tak właściwie, to przeżyła już kiedyś zawalenie swojego świata. Myślała, że nie uda jej się wtedy wszystkiego na nowo ułożyć, skorzystała z pomocy, z wyciągniętej ręki, wtedy powinna podejmować takie decyzje. Teraz, miała całkiem spokojne i lekkie życie, ale docierało do niej, jak sporo ją omijało. Wiedziała, że chodzi mu o to, aby nie popełnić jego błędów, on spalił wiele mostów, nie do końca mógł pozwolić sobie na powrót, nie jako ta osoba, którą był. Musiał się pilnować, dbać o to, aby nieodpowiedni ludzie nie dowiedzieli się o tym, gdzie przebywa, co robi, czym się zajmuje, bo mogło się to dla niego skończyć w najgorszy z możliwych sposób. Był poniekąd jak ten duch, który szlajał się po świecie, o którego istnieniu pewnie nie wszyscy pamiętali. Nie wiedziała, jaki ciężar to ze sobą niosło, czy były momenty, w których żałował, że wybrał tak, a nie inaczej.

Okropnie łatwo przychodziło jej wysłuchiwanie tego, co miał jej do powiedzenia. Sugestie mężczyzny wydawały się mieć sens, jego doświadczenie, sposób w jaki mówił o tym wszystkim. Wzbudzał w niej ciekawość świata, której wcześniej raczej jej brakowało. Nie miała pojęcia, co miał w sobie takiego, że uznała to, za wcale nie tak zły pomysł. Nie spodziewała się, że tak łatwo będzie jej zmienić swoje podejście do życia, które raczej było bardzo unormowane. Cóż, ten błysk w oku, uśmiech i jego pewność siebie były dość mocno przekonujące. Najwyraźniej potrzebowała sporo czasu, aby to zauważyć. Może to i lepiej, bo była już na takim etapie życia, że nikt nie uznałby, że podejmuje irracjonalne decyzje, raczej traktowano ją poważnie i w zasadzie nie musiałaby się jakoś szczególnie tłumaczyć ze swoich ewentualnych wyborów chociażby rodzicom.

Nie miała najmniejszego problemu z tym, aby się przed nim otworzyć, mówiła wszystko, na co miała ochotę, pytała, ale milczenie też w tym przypadku nie było szczególnie niezręczne. Spoglądali na siebie próbując zrozumieć się nawzajem, w powietrzu wisiało napięcie, jednak nie było ono z tych kłopotliwych, które powodowały, że chciało się zniknąć gdzieś pod ziemią, schować głowę w piasek i udawać, że nie jest się w tym miejscu. Ta cisza między nimi wyrażała więcej, niż słowa, które mogłyby paść. Jej również potrzebowali, przynosiła coś więcej, coś czego nie dało się do końca nazwać. Tak właściwie to nie widziała sensu w nazywaniu tego. Wiedziała, że jest to dość wyjątkowe, nawet jeśli miało trwać tylko przez moment, być dziwnym zawieszeniem w czasie, którego teraz potrzebowali.

Pokręciła jedynie głową, przygryzając przy tym dolną wargę. Oczywiście, że musiał to odczytać na swój własny sposób. Powinna się tego spodziewać, że weźmie ją pod włos. Jakże mogłoby być inaczej. - Nie powinno Cię to dziwić, wcale, a wcale. Przyjęłam te informację, zaakceptowałam ją, jeśli mam być szczera, to nawet ucieszyłam się z tego, że będziesz na drugim końcu świata. Nasza relacja była bardzo ciekawa, jednak jakoś nieszczególnie żałowałam tego, że przestała istnieć. - Nie powinien się spodziewać, że było inaczej. Jej brat wspomniał kiedyś o tym, że Rookwood wyjechał, nie zamierzała jakoś szczególnie o to wypytywać, raczej odetchnęła ze spokojem, że raczej szybko się nie spotkają. Nie był jej ulubionym znajomym jej brata. To, że się tego dowiedziała i tak wynikało tylko i wyłącznie z tego, że Elias czasem lubił się dzielić z nią różnymi informacjami, cóż jak się okazało w tym wypadku nawet kłamstwem, pewnie po to, aby kiedyś nie zadała jakiegoś niewygodnego pytania. - Zresztą nie powiesz mi, że z Tobą było inaczej, na pewno zapomniałeś o moim istnieniu, jak tylko opuściłeś mury Hogwartu. - Nie wydawało jej się to być niczym dziwnym. Może ona wiodła dość nudne życie, i pewnie zdarzyło jej się kilka razy wrócić do jego osoby, aczkolwiek nie sądziła, że on zrobił to samo. Nie, kiedy wiódł zupełnie nowe życie, które samo w sobie było dość absorbujące.

Takie znajomości jak ich, raczej tkwiły po prostu niczym drzazga, wzbudzały raczej nieprzyjemne wspomnienia, których nie dało się pozbyć, ale dało się z nimi żyć. Z czasem nawet zapominało się o ich istnieniu, bo przecież szkolne lata zostawały gdzieś bardzo daleko, a z czasem zupełnie się rozmywały. To nie tak, że zupełnie zapomniała o tym, że miał pewną rolę w jej życiu, w pewnym okresie jej młodości, ale nie skupiała się na tym w swoim dorosłym życiu. Nastoletnie czasy aktualnie wydawały jej się być bardzo odległe, tamte dramaty zupełnie nieznaczące, nie po tym wszystkim co działo się później w jej dorosłym życiu.

- Nie wydaje mi się, aby doktorat z zoologii był potrzebny do tego, aby odróżnić od siebie te zwierzęta. - Nawet wizualnie można było dostrzec różnice. Benjy wydawał się całkiem bystry, nie sądziła, aby nie był w stanie nie zauważyć podstawowych różnic, chociaż niektórzy mężczyźni przecież mieli problem z rozróżnianiem kolorów. Może w tym przypadku było to coś na podobnym poziomie? - Och, nie wątpię, że masz inne talenty, część z nich już miałam szansę nawet zobaczyć. - Ponownie weszła mu słowo, jakoś coraz łatwiej jej to przychodziło. Przestała się wycofywać, właściwie to coraz chętniej zaczynała grać w tę ich śmieszną grę, sprawiało jej to przyjemność, chociaż wiedziała, że przyszło jej grać z naprawdę trudnym i doświadczonym przeciwnikiem, ale Prue nie poddawała się tak łatwo, wręcz przeciwnie, bardzo chętnie przyjmowała takie wyzwania. - Jest zdecydowanie milsza, bo alpaki mają wełnę jednowarstwową, a lamy dwuwarstwową, przez co jest bardziej szorstka. - Oczywiście, że posiadała teoretyczną wiedzę na ten temat, dzięki temu mogła uzupełniać tę jego praktyczną. Nie, żeby potrzebował tych konkretnych informacji, ale skoro wiedziała dlaczego tak się dzieje, postanowiła o tym wspomnieć. Bletchley nie była najgorsza w temacie roślin i zwierząt, zresztą musiała się o nich kiedyś sporo uczyć, chociaż i tak zdecydowanie więcej czasu poświęcała ludziom, bo w końcu to ta część wiedzy przyrodniczej była jej najbardziej potrzebna.

- Haczyki mogłyby powodować niedogodności i być nieprzyjemne dla transportującego. - Jasne, miałoby to na pewno swoje zalety, nie musiałaby się martwić tym, że może zaliczyć glebę, ale na dłuższą metę wcale nie wydawało jej się to być zaletą. Nie, kiedy przypadkowo mogłaby kogoś skrzywdzić. Zresztą można o niej powiedzieć, że miała kolce, pokazywała je wtedy, gdy miała na to ochotę, kiedy w końcu faktycznie chciała kogoś zaczepić. Nie zdarzało się to zbyt często, bo nie uważała, że warto jest to robić dla każdego. Nie wszyscy mieli poznać jej prawdziwą stronę, nie pokazywała jej ot tak, bo szkoda jej było czasu na nic nieznaczące znajomości. Benjy miał tę przyjemność poznać ją taką już dawno, wiedział, że potrafiła dość szybko reagować, właściwie działo się tak, kiedy czuła się pewnie przy danej osobie. Nawet jeśli niekoniecznie wiązało się to, jak kiedyś z samymi pozytywnymi emocjami.

Kącik ust drgnął jej w uśmiechu, gdy usłyszała jego kolejne słowa. Nie mogłaby, przecież to było całkiem proste, faktycznie można się tego było po Bletchley spodziewać. Śmierć wkradała się we wszystkie elementy jej życia, jakoś tak już miała, że nie potrafiła unikać tych tematów, i to one ją najbardziej pociągały. Otaczała ją ta dziwna aura, niczym ciemny woal, nawet z tym jakoś specjalnie nie walczyła, bo jaki był sens udawać, że to jej nie pociąga. To było jej, niektórzy traktowali to jako coś dziwnego, dla niej jednak dość szybko stało się normalnością. Nie miała więc najmniejszego problemu, aby o tym mówić, jakby to było nic takiego, bo przecież dokładnie tak było. Miała wręcz wrażenie, że ludzie demonizowali śmierć, zupełnie niepotrzebnie, zamiast się z nią pogodzić i dostrzec jej piękno.

Nie wydawała się być zupełnie zbita z tropu przez jego zmieszanie. Wiedziała co robi, zresztą sama mu o tym powiedziała, działała naprawdę świadomie, używała słów, które niosły za sobą konkretne przesłanie. Prue wiedziała, że je wyłapie, Benjy potrafił to robić, nie był głupi, wręcz przeciwnie od zawsze pokazywał, że jest bardzo bystry. Sama podsuwała mu w ręce kolejne argumenty, z których mógł korzystać, ciekawa, kiedy wreszcie sięgnie po to, czego pragnęli. Nie dało się bowiem nie zauważyć, że atmosfera między nimi robiła się coraz gęstsza. Nie miała zamiaru udawać, że nie ma chęci po raz kolejny przekroczyć tej granicy przyzwoitości, nie kiedy wiedziała już, że to nie było jednostronne, że on również miał problem z tym, aby się powstrzymać. Drobne prowokacje nie były niczym złym, prawda? Nie mogła się powstrzymać przed rzucaniem tych sugestii, chociaż zazwyczaj tego nie robiła, jednak w jego towarzystwie czuła się bardzo pewnie, przynajmniej w ostatnim czasie.

Znalazł się jeszcze bliżej niej. Mimo wszystko, jeszcze nie sięgnął po więcej, najwyraźniej musiała nieco bardziej się postarać. W końcu jej ulegnie, albo ona ulegnie jemu, co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości. Chciała tylko zobaczyć, kto pierwszy przekroczy granicę, nie, żeby przegrany w tym wypadku coś tracił, bo przecież w zasadzie pragnęli tego samego, więc tak naprawdę każde z nich, bez względu na to, jak potoczy się ich ta gra miało coś wygrać.

- Musisz być szczery, nie widzę innej możliwości Benjy, przecież już to ustaliliśmy. - Nie, żeby w niego wątpiła, spodziewała się jednak tego, że z jego charakterem dobieranie reakcji mogło być okropnie, ale to okropnie trudne. Nie do końca więc wierzyła w to, co miał jej do powiedzenia, oczywiście nie wspomniała o tym na głos, że nieco neguje to, co jej powiedział.

Dostrzegła w jego twarzy coś, co sugerowało jej, że prowadzi właśnie jakąś wewnętrzną dyskusję. Zawiesił się na moment, jakby zastanawiał się nad tym, co powinien zrobić. Czy już nadeszła ta chwila? Cóż, i tak ich to nie ominie, miała co do tego pewność, bo nie dało się odczuć tej zmiany w otoczeniu, która nadeszła, kiedy rzucali kolejne sugestie. Nie powstrzymywali się przed nimi wcale, bo właściwie dlaczego mieliby to robić. Nic ich nie ograniczało, byli dwójką dorosłych ludzi, która mogła robić wszystko, na co miała ochotę, a że aktualnie najbardziej chciała ponownie zatopić swoje usta w jego? Nie zamierzała się nad tym jakoś szczególnie ubolewać, chociaż było to raczej bardzo niskim życzeniem, nie była jednak w stanie walczyć jakoś szczególnie z tym palącym uczuciem, które znowu się pojawiło. Zwłaszcza, że znajdował się teraz tak blisko niej.

- Bardzo dobrze wiesz, co sugeruję. - Nie potrzebował tego jeśli, był naprawdę bystry, na pewno doskonale zdawał sobie sprawę do czego zmierzała. To nie było szczególnie skomplikowane. Może zaczęli tę rozmowę na temat klątw i artefaktów, dość szybko jednak przenieśli ją w zupełnie inne miejsce. To nie tak, że nie uważała tamtej za coś ciekawego, wręcz przeciwnie, naprawdę nie miałaby nic przeciwko temu, aby kiedyś, może, gdzieś faktycznie pomóc mu przy jakiejś sprawie, zobaczyć, jak działa, czym się zajmuje, ale nie to było dla niej istotne w tym momencie. Teraz skupiona była na jego obecności, spojrzeniu, tym, po co mogli sięgnąć. Klątwy mogły zaczekać, na pewno nigdzie nie uciekną, a on mógł to zrobić, tak właściwie to już wiedziała, że do tego dojdzie, mieli tylko kilka dni, aby w pełni skorzystać ze swojej obecności. Ta świadomość nieco popychała ją do działania, nie chciała marnować ani chwili, którą mogliby razem spędzić. Nie chodziło tylko o tę fizyczność, która ich do siebie przyciągała, czuła, że to coś więcej, ale trudno byłoby sięgnąć po wszystko, w tak krótkim czasie.

Zresztą i tak miała wrażenie, że dostała wiele. Rozmawiał z nią o tych lekkich, jak i mniej przyjemnych tematach, dał jej pewne zrozumienie, którego raczej nigdy nie miała szansy otrzymać. To było dziwne, bo przecież poza tym, że znali się kiedyś w przeszłości, to aktualnie byli dla siebie zupełnie obcy, przynajmniej powinni być. Tyle, że wydawało jej się, iż jest zupełnie inaczej. Nie miała najmniejszego problemu z tym, aby z nim dyskutować, bez zastanawiania się nad tym, czy będzie ją oceniał, czy coś wzbudzi w nim nieodpowiednie wrażenie, to jeszcze nigdy nie było takie proste. Dziwne, że wiele lat wcześniej tego nie dostrzegała. Najwyraźniej czas w tym wypadku dobrze im zrobił, mieli szansę dorosnąć, pójść każde swoją ścieżką, doświadczyć tych różnych rzeczy, aby spotkać się ponownie, po latach i dać sobie coś zupełnie nowego, innego, co kiedyś nie miało racji bytu.

Pewne rzeczy wydawały jej się być oczywiste. Jak zasada wzajemności, może nie była mistrzem w relacjach międzyludzkich, ale co do tego nie miała najmniejszej wątpliwości. Nie wydawało jej się w porządku pozostanie tylko biorcą, naturalne wręcz było danie coś od siebie. Stąd nie miała najmniejszego problemu, aby o tym wspomnieć. Nie chciał tego, wyczuwała, że może to być pewna nieprzekraczalna granica, i jeśli nie zamierzał jej przekraczać, to nie miała zamiaru go do tego zmuszać. Powinna zaakceptować, że tak będzie. Tak właściwie, to pewnie i tak zamierzała to jakoś obejść, może nawet by się nie zorientował. Mimo tej swojej dziwności Bletchley była dość empatyczną osobą, która potrafiła wyczuwać potrzeby innych. Być może działo się tak przez te jej dziwne umiejętności, trochę bardziej otwarty umysł, po prostu widziała więcej. Od zawsze, nawet jeśli nie zawsze mówiła o tym w głos. Nic jej jednak nie umykało.

Nie musiał jej mówić o tym, z czego wynikał ten jego brak oczekiwań, brak marzeń. Wydawało jej się, że sama jest w stanie połączyć te kropki. Tyle, że póki co jeszcze nie mogła mieć pewności związanej z tym, co konkretnie było przyczyną. Wyczuwała, że ktoś, go kiedyś musiał mocno zranić, takie podejście było rozsądniejsze. Brak oczekiwań wiązał się z brakiem rozczarowania. Cóż, to było całkiem bezpiecznym posunięciem. Zresztą, czy ona tak właściwie jakieś miała, chciała po prostu odetchnąć, zobaczyć, jak to jest zatracić się w czymś, poczuć się wolnym, nie zastanawiając się nad konsekwencjami i wiedziała, że to może jej dać i chciała z tego skorzystać, bo skoro nie miał nic przeciwko temu, to dlaczego miałaby tego nie zrobić.

Wydawało się, że ich ciała bardzo dobrze wiedzą, co powinny robić. Wystarczył jeden gest, zaproszenie jej do tego, aby znalazła się bliżej, a jej dłonie wiedziały, gdzie powinny się znaleźć. Nie były im potrzebne do tego słowa. Nie potrzebowali ich w tej chwili. Tak właściwie to bardzo dobrze wiedzieli, kiedy powinni się odezwać, kiedy milczeć, kiedy spojrzeć na siebie w ten właściwy sposób. Istniało między nimi jakieś dziwne porozumienie, którego nie była w stanie nazwać, ale nie dało się zaprzeczyć temu, że po prostu było. Zresztą, wystarczyło nieco zmienić nastawienie, a układanka sama zaczęła się rozwiązywać, może faktycznie to nie było tylko chwilowe, może od zawsze coś wisiało między nimi, tylko podchodzili do tego w nieodpowiedni sposób.

Czuła, że zbliża się ten moment, tyle, że tkwili jeszcze chwilę w zawieszeniu, wpatrywali się w siebie bez słowa, ciesząc się tym widokiem. Wszystko inne wydawało się być tłem, widziała tylko jego, ten błysk w oku i uśmiech, który wyrażał wszystko. Wiedziała, że zmierzali ku temu od samego początku, miało ich to doprowadzić do tej w końcu odpowiedniej bliskości, której się domagali, bezwstydnie, bez zastanowienia, bez rozważania, czy faktycznie było to właściwe. Aktualnie zdrowy rozsądek wydawał się gdzieś przepaść, nie miał siły przebicia zważając na to, co się między nimi działo. Nie było sensu poddawać wątpliwości słuszności tego, ku czemu zmierzali.

- Czasem lubię za bardzo komplikować pewne sprawy. - Tak, wystarczyła zmiana nastawienia, aby wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Po latach nie miała najmniejszego problemu z tym, aby przebywać w jego towarzystwie, nie oceniać tego kim był, kim się stał. Po prostu przyjęła jego obecność, bo przeczuwała, że może wyniknąć z niej coś dobrego. Nie pomyliła się, wręcz przeciwnie, uważała, że naprawdę dobrze się stało, że dała mu szansę. Zresztą, jak właściwie mogłaby postąpić inaczej? Miała ku temu dość spore powody, na które zupełnie nie miały wpływu te drobne, nic nie znaczące niesnaski z przeszłości.

Najwyraźniej to ona przegrała tę grę, bo nie mogła powstrzymać się przed ponownym posmakowaniem jego ust. Nie była dłużej w stanie walczyć z tym napięciem, które między nimi wisiało. Nie, gdy znajdowali się tak blisko siebie. Zareagowała odruchowo, nie zastanawiając się nad tym, czy to nie właściwe, czy może postanowi ją odrzucić, tak naprawdę w ogóle nie zakładała takiej możliwości, nie po tym, co działo się między nimi w ostatnim czasie. Nie zawiodła się, oczywiście, że nie było możliwości, aby ją zawiódł. Odwzajemnił ten pocałunek z odpowiednią pasją. Nie miała najmniejszych wątpliwości, że to, co się działo było obustronne. Najwyraźniej faktycznie coś między nimi wisiało i w końcu miało szansę wybuchnąć, znaleźć ujście, którego potrzebowali od lat.

Złapała głęboki oddech, po czym nie mogła nie zareagować na jego komentarz, nie miała w zwyczaju siedzieć cicho, szczególnie, gdy prosił się o to, aby nie ignorowała zaczepki. - Co za niekwestionowana pewność siebie. - Oczywiście, że się tego spodziewał, tylko ona nigdy nie zakładała tego, że kiedyś będzie pragnęła tego, aby przekraczał z nią kolejne granice, aby chciał zatracić się z nią w tej zupełnie nowej, innej dla nich rzeczywistości. Zdecydowanie była kiedyś bardzo nieświadoma i ślepa, tak nie bałaby się w ten sposób nazwać swojej ignorancji. Po raz kolejny jednak nie musieli sięgać po słowa, w tej chwili to gesty przede wszystkim wyrażały wszystko, co czuli. Nie wątpiła bowiem w to, że było to tylko i wyłącznie chwilową zachcianką, pożądaniem, z którym nie dało się walczyć, w głębi duszy wiedziała, że to coś więcej, to było chyba jedynym co mogło ją zacząć przerażać, na pewno była w stanie sobie z tym poradzić. Nie miała żadnych oczekiwań, bo to, co się między nimi działo miało datę ważności, i zdawała sobie sprawę, co to oznacza.

Znowu złączyli swoje usta w pocałunku, miała wrażenie, że gdy już raz to zrobili znajdując się tak blisko siebie, to bardzo trudno będzie im przestać. Jakoś tak nie mogłaby się od niego odsunąć nie pragnąc więcej, nie sięgając po kolejne. Było to naturalną koleją rzeczy, przynajmniej w ich przypadku. Tym bardziej, że w końcu nie musieli się przejmować obecnością kogokolwiek, byli tutaj zupełnie sami, z dala od całego świata, i wiedziała, że to może ich doprowadzić do zguby. Raczej nie było innej możliwości, innej opcji, nie kiedy już nikt, ani nic nie mogło im przeszkodzić. To było całkiem naturalne, miała chęć po prostu zatracić się w tym uczuciu, które zaczęło ją palić od środka, sięgnąć po wszystko, co znajdowało się na wyciągnięcie ręki. Tak po prostu, bez zastanowienia, bo czy było się tutaj nad czym rozwodzić, nie dało się ignorować tego wszystkiego. Byli dorośli, nie robili nikomu krzywdy, mogli sobie na to pozwolić.

I wydawało się, że nic nie mogło im w tym przeszkodzić, że faktycznie tym razem przekroczą kolejne granice, będą możliwość sięgnąć po wszystko, czego pragnęli, jednak los lubił przypominać o tym, że nie mogło być zbyt prosto, że nie zawsze wszystko musiało iść po ich myśli, że nawet ta paląca potrzeba nie mogła wygrać z tym, co szykowała dla nich siła wyższa. Wystarczyło, że poczuła na nodze zimny dotyk, który zdecydowanie nie był żadnym fragmentem ciała towarzyszącego mężczyzny, a odpłynęła. Wybrała sobie na to idealny moment.

Nie zdarzało jej się to często. Już nie. Kiedyś było to dla niej normalnością, nie panowała nad tym zupełnie, nie miała wpływu na to, kiedy coś poczuje, kiedy odpłynie, kiedy znajdzie się gdzieś daleko. Jej ciało pozostawało na miejscu, jednak nie było jej tu teraz, zniknęła, musiała odnaleźć się w innej rzeczywistości. Nie zdążyła zareagować, uprzedzić go w żaden sposób, niestety zupełnie nie miała na to wpływu. Nadeszło to tym razem bardzo raptownie. Zaskoczyło ją to, jednak powinna się spodziewać, że straci kontrolę, bo przecież to miejsce było wyjątkowe, czuła to, kiedy się tutaj znaleźli. Nie mogła jednak przewidzieć tego, jak bardzo miało to mieć na nią wpływ.

Nie pozostawało jej już nic innego, jak pozwolić się zagłębić w tym wspomnieniu. Zobaczyć, co chciano jej pokazać. Nie bała się tego, wiele już widziała, to miało być kolejne nie jej wspomnienie, które przyjdzie jej zapamiętać. Taki już był jej los. Nigdy nie mogła zakładać, czy wizja będzie należeć do tych przyjemnych, czy mniej, była gotowa na wszystko, bo przecież nigdy nie wiadomo, co los postanowi odkopać, czym ją uraczy tym razem.

Była świadoma, no, przynajmniej częściowo świadoma tego, co się z nią stało. Dość szybko przyszło jej dotarcie do tego, że znalazła się w ciele kobiety, tak właściwie to chyba nawet nie do końca mogła to w ten sposób określić, ale to wydawało się być najbardziej uproszczoną wersją. Krąg był znajomy, jednak chyba dopiero co został stworzony, nie do końca umiała umieścić to w czasie, znaleźć konkretną datę, jednak podejrzewała, że znajdowała się bardzo, ale to bardzo daleko, w przeszłości. Kobieta, którą się stała wydawała się władać pewną, pierwotną siłą, nie do końca potrafiąc nazywać to wszystko w znany Prudence sposób. Nie walczyła z tym, pozwoliła sobie zobaczyć wszystko, co chcieli jej pokazać. Nic nie działo się bez przyczyny, miała tego świadomość.

Nie wiedziała na ile odpłynęła, jak długo jej nie było, nie umiała tego określić. W pewnym momencie zaczął docierać do niej znajomy głos, na nim się skupiła. Zdawała sobie sprawę, że jest to tylko chwilowe, że minie, minie, gdy przeżyje wszystko, co to miejsce chciało jej dać.

Tak też się stało. Poczuła, że wraca, przymknęła oczy, bo światło wydawało jej się być teraz bardzo nieprzyjemne, chociaż słońce wcale dzisiaj nie pokazywało pełni swoich możliwości. Mimo wszystko, to zawsze wyglądało w podobny sposób. Musiała w pełni wrócić, przestać myśleć o tym, gdzie była przed chwilą i na powrót odnaleźć się w rzeczywistości.

Czuła, że nadal znajduje się w jego ramionach, nie wypuścił ją z nich, pozwolił aby to co do niej przyszło trwało. Nie interweniował, wydawał się doskonale wiedzieć, co się właśnie wydarzyło. Odetchnęła głęboko, pozwoliła, aby chłodne powietrze wdarło się w jej płuca, potrzebowała tego.

- Przepraszam. - Powiedziała cicho, dużo mniej pewnym głosem, niż rozmawiała z nim wcześniej. Cóż, nie spodziewała się tego, że jej umiejętność, może im przerwać to, co robili. Było jej trochę niezręcznie, że do tego doszło, bo nie przywykła, aby ktoś ją oglądał w transie. Raczej nad tym panowała, a teraz zupełnie się odsłoniła. Nie mogła przestać myśleć o tej kobiecie, którą przed chwilą widziała, tak właściwie to nią była. Musiała ułożyć sobie w głowie, wrócić do pełni świadomości, co wcale nie było takie proste.

- Tak, już jestem. - Mówiła powoli, spokojnie, próbując faktycznie wrócić w pełni do tego miejsca w czasie, w którym się znajdowali. Trudno jej było odciągnąć swoje myśli od tego, co widziała. Krąg pokazał jej to z jakiegoś powodu, to zawsze miało jakiś głębszy sens, nie działo się bez przyczyny, jednak jeszcze nie do końca potrafiła ją odnaleźć.

- Zauważyłeś, że zniknęłam. - Odparła, jakby to nie było oczywiste, szczególnie, że znajdowała się podczas tego w jego ramionach. Próbowała jednak nieco rozluźnić atmosferę, pozbyć się tego dziwnego uczucia, że trochę za bardzo ją poniosło, że nie powinna do tego dopuścić, ale jednak się to wydarzyło i on miał szansę to zaobserwować.

- Krótkiej chwili, żeby wszystko ułożyć sobie w głowie, jeszcze ją czuję. - W sumie nie chyba powinna podzielić się z nim tym, co widziała, nie miała powodu, aby tego nie robić, zresztą to było bardziej jego miejsce, niż jej. Nie miała pojęcia, czy wiedział coś więcej o tym kromlechu, czy miał szansę dowiedzieć się czegoś o przeszłości tego miejsca. To on ją tutaj przyprowadził, więc mogła mu nieco opowiedzieć, bo dlaczego miałaby tego nie robić.

Nie wyrywała się z jego ramion, właściwie to całkiem dobrze jej było wrócić do świadomości właśnie w nich, poczuć znajome ciepło, do którego zaczęła się przyzwyczajać, chociaż wiedziała, że nie powinna tego robić. Cóż, później się zastanowi nad słusznością swoich czynów. - Wiesz, ten kromlech, był chyba od dawna miejscem schadzek. - Zaczęła mówić, bo w końcu była na to gotowa. - Tylko, że ich historia nie zakończyła się zbyt wesoło. - Rzadko kiedy widziała szczęśliwe zakończenia, tak właściwie to chyba przywykła do tego, że większość wydarzeń, które miała szansę zobaczyć na własne oczy kończyły się dość tragicznie.

- Znalazłam się w przeszłości, tak naprawdę nie potrafię określić jak bardzo odległej, musiało to być gdzieś na samym początku istnienia tego kręgu. - Przynajmniej tak się jej wydawało, w tym przypadku Prue nie mogła sięgać po suche fakty, bo ich nie dostawała, mogła jedynie spekulować.

- Było zimno, śmierć zawsze jest chłodna. - Mówiła trochę bez ładu i składu, ale jeszcze nie do końca przetrawiła tę całą sytuację. Nie powinna się skupiać na śmierci, ale jakoś tak przychodziło jej to najbardziej naturalnie, najczęściej bowiem widziała, jak ktoś umierał. Tym razem poczuła też wiele innych emocji, jednak to na tej jeden skupiała się najmocniej i na tej tęsknocie, którą czuła kobieta. Wiedzieli, że to nie było właściwe, a i tak postanowili zaryzykować, mogli się spodziewać nieszczęśliwego zakończenia, ale jednak mimo wszystko postanowili w to wejść. Los jednak nie miał litości, potrafił odebrać wszystko, na czym komuś zależało, i nie miało się na to żadnego wpływu. Rzadko kiedy wszystko kończyło się jak w bajce i to było dość przytłaczające, chociaż Prudence tak właściwie nigdy nie zakładała tego, że coś może się skończyć szczęśliwie. Nie bez powodu widmowidzowie cieszyli się raczej gorszą sławą od jasnowidzów. Mało kto cenił ich wizje, bo zazwyczaj nie niosły ze sobą niczego przyjemnego.

- Chyba nigdy nie pogodziła się z tym, że go straciła. - Powiedziała jeszcze cicho, tak, że ledwie można było ją usłyszeć. Nie mogła się pozbyć widoku tej kobiety, która jeszcze chwilę temu znajdowała się przed jej oczami, była niemalże namacalna, i pewnie nigdy już nie zapomni jej tragedii, którą miała szansę poznać. Cóż, to zawsze niosło ze sobą pewien ciężar, z którym później trzeba było sobie poradzić. Na pewno jeszcze chwilę potrwa, nim znowu w pełni wróci do siebie. W tej chwili trochę jeszcze wypełniały ją uczucia nieznajomej. Starała się z nimi walczyć, jednak wcale nie przychodziło jej to tak łatwo.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#20
14.05.2025, 17:37  ✶  
Czasem, rzadziej niż bym chciał, potrafiłem rozpoznać moment, w którym przeszłość traciła znaczenie. Nie w sensie dosłownym - nie da się po prostu odciąć od lat, które zbudowały człowieka z cegiełek rozczarowań, pomyłek i tego, co sam nazwałbym „przetrwaniem”, ale czasem przychodziła taka chwila, w której to wszystko cichło. Nie z powodu zapomnienia, ale dlatego, że ktoś potrafił to wyciszyć. To wszystko było absurdalne, oczywiście - gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że będę stał z Prudence Bletchley w jakimś zapomnianym przez świat miejscu, patrząc na nią tak, jakby była jedyną rzeczą, która ma znaczenie w tym obrazie, zaśmiałbym mu się prosto w twarz, a jednak tu byliśmy - niech mi ktoś powie, że wszechświat nie ma pokrętnego poczucia humoru - bez uprzedniego planu, za to z całą tą historią, która nie miała prawa wydarzyć się w taki sposób. Patrzyłem na nią uważnie, bez słów, a tej ciszy było coś bezcennego. Przestałem się spieszyć z odpowiedziami, odkąd nie musiałem jej już przechytrzyć, udowadniać, że się myli, ja jestem lepszy. Po raz pierwszy zależało mi na tym, by po prostu być obok, i nie spieprzyć tego... To był jakiś przełom - nieduży, subtelny, ale wystarczająco wyraźny, bym go poczuł. Jej obecność już nie była tylko przypadkiem, tylko czymś, co nagle wydawało się sensowne. Może nie do końca logiczne, ale... Słuszne. Jakbyśmy mieli do odegrania jakiś wspólny rozdział. Jakby ten stary świat, w którym byliśmy po dwóch stronach barykady, wreszcie runął i zrobił miejsce na coś nowego. Nie miałem pojęcia, co z tego będzie, ale może to było w tym najlepsze. Czasem zdarzały się rzeczy, które zupełnie przeczyły logice, zdrowemu rozsądkowi i doświadczeniu - takie, które rozbrajały starannie układane przez lata schematy - najpierw w głowie, potem głębiej. Nie byłem gotowy, żeby to przyznać, ale w tamtej chwili coś we mnie ustąpiło, jakby ktoś z wewnątrz, zupełnie nie pytając mnie o zdanie, zdecydował, że to już nie ten moment, by trzymać się na dystans, i chociaż odruchowo chciałem to jeszcze odsunąć, odepchnąć, przeczekać , to wszystko działo się poza moją kontrolą - w sposób niebezpiecznie naturalny.
Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek znów ją zobaczę - nie po tym wszystkim, co się wydarzyło, ani tym bardziej, że znajdziemy wspólny język -  przecież zawsze była dla mnie oficjalna, zadziorna, cholernie trudna do rozgryzienia i jeszcze trudniejsza do zniesienia, ale nagle to dawne wyobrażenie zderzyło się z czymś zupełnie innym, subtelnym i prawdziwym, czego nie potrafiłem zignorować. W jej oczach, w gestach, w słowach - w tym, jak teraz na mnie patrzyła.
Nie odpowiedziałem od razu - patrzyłem na nią, trochę za długo, zbyt uważnie - może właśnie dlatego czułem to dziwne napięcie, ale nie to, które mrozi i każe się wycofać, lecz takie, jakie zmuszało mnie, bym został jeszcze chwilę. A potem kolejną, i kolejną...
To było nowe. W przeszłości, każda rozmowa między nami przypominała manewry wojenne - obserwacja, prowokacja, kontratak, błysk ostrza w spojrzeniu, drobne przytyki ukryte pod warstwą wrednego uśmieszku. Teraz widziałem coś zupełnie innego - może zawsze to tam było, tylko byłem zbyt zajęty własną wściekłością, żeby to zauważyć, a może po prostu oboje się zmieniliśmy. Nie byłem człowiekiem, który z łatwością oddawał inicjatywę, a już na pewno nie w kontaktach z kimś, kto znał mnie z czasów, gdy byłem jeszcze głośniejszy, bardziej nieokiełznany i cholernie naiwny. Tym bardziej zdumiewało mnie, jak szybko ta nowa wersja Prue zaczęła na mnie działać - jej obecność miała w sobie coś odurzającego. Nie przez urodę, nie tylko, ani nie przez słowa, ale przez ciszę, którą zostawiała między nimi - przestrzeń, w której mogłem sam siebie usłyszeć. Nie próbowała mnie przegadać, ja odwzajemniałem się tym samym - pierwszy raz w życiu prowadziliśmy prawdziwy dialog. Zdecydowanie coś się zmieniło. Wtedy - w szkole - w jej oczach było coś, czego wcześniej nie potrafiłem nazwać. Teraz też nie umiałem, ale przestałem czuć potrzebę, by wszystko rozumieć - może to był postęp, a może pierwszy objaw tego, że przegrałem z własną potrzebą kontroli. Może właśnie dlatego czułem się z nią tak... Cholernie, nieostrożnie zapewniony, że mogę mówić i nie odbije mi się to czkawką.
Zawsze miałem problem z oddawaniem sterów - lubiłem ryzyko, nieprzewidywalność, ale na własnych zasadach - chciałem wiedzieć, że to, co będzie dalej, to wynik moich własnych decyzji, niczyich innych. Może dlatego uciekłem i nie wracałem nawet wtedy, gdy już zostałem sam - wybrałem odcięcie się - od kraju, od siebie, od wspomnień... Ucieczka to bardzo wygodny sposób na życie, dopóki nie trafisz na kogoś, kto cię dogoni... Miałem wrażenie, że Prue mnie dogoniła - bez wysiłku, bez biegu, po prostu stała tam i czekała na odpowiedzi, a ja nie wiedziałem, czy mnie to bardziej wkurzało, czy rozbrajało. A może jedno i drugie... W tamtym momencie nie obchodziło mnie już, czy to wszystko ma sens. Czy mamy do siebie jakieś prawo, czy powinniśmy się zbliżać, czy raczej znowu trzymać dystans, jak dawniej. Po raz pierwszy nie analizowałem, nie planowałem - po prostu byłem, ona była ze mną. Oboje, przez lata, potrafiliśmy być dla siebie wrzodami na tyłku, ale teraz staliśmy blisko siebie - tak blisko, że wystarczyłby drobny ruch, by ją dotknąć - i nie było już w nas tej potrzeby, by kąsać. To nie oznaczało, że między nami zniknęło napięcie - przeciwnie, ono istniało, ale było inne - ciepłe, ciekawskie, przesiąknięte niedopowiedzeniami, ale już nie wrogimi, a obiecującymi. Widziałem, jak patrzy na mnie z tą swoją cichą pewnością, jakby wiedziała więcej, niż powinna, ale jednocześnie dawała mi przestrzeń, bym sam zdecydował, co powiem, co zachowam dla siebie.
Westchnąłem cicho, nieco rozbawiony - nie przez nią, ale przez samego siebie. Ile razy sam się przekonywałem, że jestem wyłącznie zlepkiem przypadków i źle podjętych decyzji, i stąd się bierze wszystko, co jest godne uwagi? Ona patrzyła na mnie zupełnie inaczej - tak jawnie, że nie sposób było tego nie widzieć. Właśnie to miałem na myśli. To nie była kobieta, której można było się nauczyć z podręcznika - nawet z takiego niezatwierdzonego przez Ministerstwo - nie dało się jej przewidzieć, rozpracować, wpisać w jakiś znany schemat. Nawet nie próbowałem, i może właśnie dlatego zaczęła działać na mnie jak... Cholera, jak coś, co ma sens. W świecie, w którym ostatnio nic nie miało sensu.
Oczywiście mogłem odpowiedzieć czymś w rodzaju: „W sposób, który sprawia, że mam ochotę cię pocałować, wrócić do tego, co robiliśmy wcześniej, a potem zniknąć stąd, zanim spieprzę wszystko, jak zawsze, bo za dużo ci powiedziałem”, ale tego nie zrobiłem. Nie dlatego, że brakowało mi bezczelności i szczerości, ale dlatego, że dla odmiany nie chciałem przerywać tej delikatnej równowagi, jaka towarzyszyła naszej rozmowie, i może pierwszy raz w życiu czułem, że milczenie naprawdę może być odpowiedzią...
- Jakbyś widziała coś, czego ja nie widzę. -  Powiedziałem w końcu, pokręciwszy głową - sam nie wiedziałem, co mam o tym myśleć, więc postąpiłem dokładnie tak, jak zwykle. - Czalny omen nad moją głową, widmowego ponulaka za plesami, coś w ten deseń. - Nie mogłem jej powiedzieć, że było inaczej, a spojrzenie, jakim mnie obdarzała, zdecydowanie było znacznie cieplejsze, łagodniejsze, lepsze - nie miało nic wspólnego z tym, co powiedziałem, lecz z jakiegoś powodu postanowiłem skłamać. Nie, może nie tyle skłamać, co znowu sprowadzić to do żartu, żeby odebrać temu moc - nie wiedziałem, czy chcę, by wiedziała, że gdy tak patrzy, zaczyna działać na mnie jak veritaserum. To byłoby oddanie zbyt wielkiej kontroli.
Nie wiem, kiedy dokładnie przestaliśmy być tylko wspomnieniem dawnych przepychanek, a zaczęliśmy być czymś więcej. To nie do końca było dzisiaj, więc może to była tamta noc, kiedy wziąłem ją w ramiona, zupełnie mechanicznie, bez refleksji, przesuwając ją z pola rażenia wybuchu. Nie lubiłem mistycyzmu, nie w ujęciu przeznaczenia, ale są takie spotkania, które nie są tylko zbiegiem okoliczności. Nie powinna była wtedy trafić na mnie, nie tam, nie w tamtym momencie - nie wzywała bohatera, nie wymagała ratunku, chociaż był on jej potrzebny, ja nie musiałem niczego udowadniać - pewnie nawet by się nie zorientowała, zanim wszystko wyleciałoby w powietrze, a jednak przeżyliśmy to razem. To było nowe - cholerne, przerażające, fascynujące „nowe” - tak jak wszystko, co razem robiliśmy. Wszystkie nasze trzy dotychczasowe spotkania wywierały wpływ na tę osobliwą relację, którą zawieraliśmy, chociażby na ten tydzień.
Może nie rozumiała jeszcze, ile mnie kosztowało to, że w ogóle ją do siebie dopuściłem, ale nie miałem też w sobie siły, by dalej trzymać ten mur, a i ona też już go nie stawiała. Zaskakiwała mnie tym. Nie było to też coś, co mógłbym wytłumaczyć sobie prostymi słowami.
Chciałem jej dotknąć, przełamać ten ostatni dystans, może po prostu położyć dłoń na jej dłoni - nic wielkiego, nic zobowiązującego, ale... Przecież w głębi duszy nie łudziłem się, że na tym poprzestanie - to nigdy nie było „nic takiego”, nie w takich okolicznościach - nie po tym wszystkim, co przeszliśmy. To był jeden z tych momentów, których nie da się do końca opisać, bo wszystko się w nim wydarza, ale nic się nie dzieje. Stała ze mną, nie domagała się niczego, ale jej obecność mówiła: „Zostań, jeszcze trochę, chcę zobaczyć, co się stanie.”
Oczywiście, że musiała się mnie uczepić, gdy tylko wspomniałem coś, co mogła wykorzystać. Z tym, że kiedy to powiedziałem - że jesteśmy na randce - zrobiłem to z pełną premedytacją. A mimo to, kiedy odwróciła się do mnie z tym bezczelnym uśmiechem, jakby właśnie znalazła na mnie idealny sposób, musiałem ugryźć się w język, żeby nie przyznać, że sam się pod to podłożyłem. Westchnąłem teatralnie, zanim rozciągnąłem usta w najbezczelniejszym uśmiechu, jaki potrafiłem wykrzesać. No jasne, że to wychwyciła - jakżeby inaczej. Nie, żebym się nie spodziewał, że podniesie rękawicę - Prudence nigdy nie puszczała takich okazji mimo uszu - miała koci słuch do wyłapywania niuansów, którymi inni nawet się nie interesowali. Zaśmiałem się, krótko - bez ironii, bo trafiła dokładnie tam, gdzie celowałem, tylko szybciej niż sądziłem. Jej słowa zawisły w powietrzu, z tą pewną siebie lekkością, jakby rzuciła rękawicę na stół i uśmiechnęła się, wiedząc, że nie mam wyboru, muszę ją podnieść, a może raczej - nie chcę jej nie podnieść. Przygryzła wargę, a ja poczułem, że coś we mnie reaguje na ten drobny gest zupełnie nieadekwatnie do temperatury przedpołudnia - wiedziała, jak to rozegrać. Prudence nigdy nie grała fair, ale nigdy też nie udawała, że zamierza. Miała tę nieznośną cechę, która sprawiała, że człowiek się zatrzymywał i marszczył brwi - od zawsze - od czasów, kiedy krzywo się na mnie patrzyła w Wielkiej Sali, przez dwa lata szczenięcego zauroczenia, a potem tamten rok, kiedy nie mogłem się zdecydować, czy bardziej mnie irytuje, czy fascynuje... I przez te lata, kiedy byłem pewien, że już nie wróci - ani do mojego życia, ani do tych wspomnień, które od dawna próbowałem zakopać gdzieś głęboko pod sobą. W Hogwarcie było łatwiej - wszystko miało swoje miejsce, nawet ludzie, którzy mnie nienawidzili, byli przewidywalni. A potem? Potem już nie było niczego, co można by nazwać stabilnością.
Randka - niby sam to powiedziałem, ale... Merlinie, kiedy ostatni raz byłem na randce? W moim świecie randki nie istniały. Były spotkania, były umowy, były szybkie ucieczki przez tylne drzwi i nieodpisywanie do nikogo. A teraz? Teraz stałem jak idiota na tych przeklętych wrzosowiskach, z rękami w kieszeniach, z dziewczyną, która patrzyła na mnie, jakby właśnie złapała mnie za język i miała zamiar się nim pobawić. Zabawne, jak naturalnie przeszło mi przez gardło to słowo. „Randka.” Chociaż przecież nie mieliśmy żadnej kolacji, świec, rekwizytów rodem z tandetnego romantyzmu.
- No, to skolo jusz ustaliliśmy ten niefoltunny fakt... - Zacząłem, bez wahania idąc w to, że byłem na randce - z tą samą dziewczyną, która kiedyś nazywała mnie pasożytem emocjonalnym i kpiła z mojego nazwiska. No, ładnie. - To chyba wypada mi pszysnaś, sze jesteś zjawiskowa. Tak się chyba zaczyna kaszda posządna landka, plawda? - Dodałem z tym moim nieznośnym półuśmiechem, który kiedyś doprowadzał ją do furii. Teraz, sądząc po błysku w jej oku, przynajmniej trochę ją bawił. Wcale nie musiałem przesadzać -  już wcześniej wyglądała tak, że cholera by wzięła każdego, kto by na nią nie spojrzał, ale dziś - z tym błyskiem w oku, z tym spokojem, który nie miał nic wspólnego z nudą - była zjawiskowa. Poza tym... Słuchała, naprawdę słuchała.
Cholera. Nie pamiętałem, kiedy ostatnio ktoś naprawdę chciał zrozumieć. A ona? Ona nie uciekała wzrokiem, nie wzdychała, kiedy mówiłem o rzeczach, których przeciętny człowiek nie chciałby roztrząsać. Słuchała... To było gorsze niż legilimencja. Spojrzałem na nią, przechylając głowę - miała to takie spojrzenie, jakby naprawdę chciała wiedzieć, ale nie wiedziała - i nawet jeśli mogłem przedstawić jej część wydarzeń, to nigdy nie miała się do końca dowiedzieć, co działo się wtedy naprawdę. Nikt nie wiedział, właśnie tak było najlepiej - że wszystko, co zrobiłem, dokonało się w cieniu. Nawet jeśli cień... Cień w końcu zaczyna zjadać człowieka od środka. Stałem się tym, czym mnie chcieli - narzędziem. Czy żałowałem tej zmiany? Niekoniecznie - zawsze byłem czymś na kształt bomby zegarowej z opóźnionym zapłonem, problem w tym, że mijały lata, dużo się zmieniło, a ja sam nie znałem kodu do mojego własnego mechanizmu. Czasem po prostu wybuchałem, zanim ktokolwiek zdążył mnie rozbroić. O tym niekoniecznie chciałem mówić, ale miałem wachlarz innych opowieści. Nie na teraz - na potem, tak jak wspominałem.
- Jesień to podobno pola melancholii, a nie tlaumy... - Odpowiedziałem po chwili namysłu, za to zgodnie z przyzwyczajeniami - trochę ją zbywając. Rzadko kto rzeczywiście chciał słuchać - nie tylko tych podrasowanych wersji z dodatkiem sarkazmu i bourbonu, które zwykle serwowałem, żeby nie było zbyt poważnie. Ale Prudence… Miała w oczach coś, co mówiło, że potrafi unieść nawet najbardziej zgniłe detale w ramach zachowania realizmu historii - nie ucieknie z krzykiem, kiedy opowiem jej o tej nocy w lesie pod Foz do Iguaçu, kiedy zaklęcia rozcinały powietrze równie intensywnie, co sztylety, a trup ścielił się gęsto, albo o tym, jak przez trzy tygodnie udawałem kogoś, kim nie byłem - nie w tym sensie, co teraz, nie tak jak od piętnastu lat - i jak bardzo mi się to spodobało. Za bardzo...
Skinąłem głową. „Drzazga” - idealne słowo - drażniące, niewygodne, ale zbyt małe, by robić z niej tragedię. Właśnie taka była nasza relacja -  tylko, że teraz… To już nie była drzazga, to było... Coś więcej. Wiedziałem, że nie jestem najlepszym przewodnikiem, nieszczególnie spokojnym kompanem, ale byłem za to doskonałym towarzyszem katastrofy. A może właśnie tego potrzebowała? Nie byłem już tym samym chłopakiem, który rzucał zaklęciami po korytarzach, by zaimponować znajomym - teraz rzucałem je, żeby przetrwać.
- Wies, nie sądziłem, sze kiedykolwiek usłysę coś lównie miłego podczas landki. - Mruknąłem, podkreślając to słowo celowo, rozkoszując się jego przewrotnym brzmieniem.
Pokręciła głową i przygryzła dolną wargę -  oczywiście, że to zrobiła, musiała, wiedziała, że ten drobny gest ma siłę rażenia większą niż Avada Kedavra, i robiła to dokładnie wtedy, kiedy chciałem utrzymać jakikolwiek pozór rozsądku. Wypowiedziała to z taką nonszalancją, że przez chwilę miałem ochotę się roześmiać - nie z niej, tylko z tej brutalnie szczerej precyzji, którą obcinała sentymenty jak nożem. Oczywiście, że nie byłem jej ulubieńcem, więc kiedy zniknąłem z mapy, nie płakała nocami w poduszkę. W gruncie rzeczy, chyba wolałem taką odpowiedź, niż jakiekolwiek rozlazłe i do bólu nieszczere: „A szkoda, że cię nie było.” Poza tym - to nie byłoby w jej stylu.
- Bletchley, łamies mi selse, wies, sze jesztem balso wlaszliwy. - Posłałem jej krzywy uśmiech - taki, który niemal przeczył tym słowom - nie byłem wrażliwy, już od bardzo dawna, ale nie musiała tego wiedzieć... Albo inaczej - wiedziała to doskonale i właśnie dlatego tak dobrze nam szło to słowne przeciąganie liny. Jej słowa o tym, że nie żałowała, że nasza relacja się urwała, nie zabolały mnie tak, jak powinny, bo były szczere. Nie udawałem do przesady urażonego - nigdy się na takie rzeczy nie obrażałem, a jeśli już, to robiłem to teatralnie, jak przystało na kogoś, kto zna wartość dobrego wejścia i jeszcze lepszego wyjścia. - Nie będę udawał, sze myślałem o tobie codziennie, Plue, nie jesztem asz takim kłamsą. Wies, nie mogę powiesieś, sze zapomniałem, ale tesz nie tszymałem twojej fotoglafii pod poduską, chocias, kto wie, mosze nawet odpędziłoby to jakieś demony... - Odparłem z przekąsem.
Nie spuszczałem z niej wzroku, chociaż czułem, że pewnie chciałaby, żebym przestał tak intensywnie patrzeć, ale nie potrafiłem. A potem rzuciła sugestią... Oczywiście, że musiałem to odczytać po swojemu. Nie odwróciłem wzroku, nawet na moment - lubiłem, jak mnie tak mierzyła spojrzeniem, jakby szukała w mojej twarzy jakiejś odpowiedzi, której nie da się wyczytać z samych słów. Nie miałem nic przeciwko, prawdę mówiąc, pozwalałem jej patrzeć - niech bierze, ile chce, byle tylko nie przerywała. Tym bardziej, że ta bezczelność, z jaką się we mnie wpatrywała, nie była żadną próbą dominacji - to była gra, nasza własna, prywatna rozgrywka.
- No dobsze, pszyznaj szię, ty to wsystko sobie wcześniej zaplanowałaś, plawda? - Przekrzywiłem głowę, udając pełne zaskoczenie dokonanym odkryciem. - Powiedziałaś sobie: „Dam mu jedno słowo, rzucę jedno zdanie, a potem niech się męczy”. I,  proszę bardzo, męczę szię. - Zaśmiałem się, ale to był inny śmiech - prawdziwy, ciepły, i bardzo, bardzo rzadki.
Oczywiście, że wiedziałem, co sugerowała - nie trzeba było być jasnowidzem, żeby to pojąć, chociaż - cholera - nawet gdybym był kompletnym idiotą, sposób, w jaki dobierała słowa, byłby dla mnie wystarczająco wymowny. A przecież nie byłem idiotą - przeciwnie, Prue znała mnie na tyle dobrze, by wiedzieć, że rozpoznam każdą intencję, celowy skrót w wypowiedzi, słowo nieco zbyt miękko przeciągnięte na końcu, spojrzenie rzucane pod nieco innym kątem niż zwykle - to wszystko były znaki, wyraźne i wyrafinowane, ostre jak krawędź sztyletu. Miałem ją na wyciągnięcie ręki - wiedziała o tym, chciała tego tak samo, może nawet bardziej, bo prowokowała z wyraźnym planem, z finezją, której sam bym jej kiedyś nie przypisał. Wiedziała, że jej pragnę. Nie tylko jako kobiety - chociaż, Merlinie, pragnąłem jej dokładnie tak - ale też jako osoby, wyzwania, jako partnerki do gry, której zasady nie były ustalone, ale której finał był przesądzony. Nie potrzebowałem tłumaczenia, ani podpowiedzi – znałem reguły tej rozgrywki - czy też kompletny ich brak - zresztą, już dawno przestałem udawać, że nie gram...
A przecież ledwie parę dni temu myślałem, że to wszystko mnie nie dotyczy, jestem ponad tym, potrafię się kontrolować - tę nieprzyzwoitą, spalającą ochotę, która nie była już tylko intelektualna. Była fizyczna - brutalnie cielesna. Teraz ledwie potrafiłem oddychać. Prudence nie musiała robić wiele - wystarczył ton, wystarczyło to jedno zdanie, a moje myśli już były pod jej bluzką, moje dłonie na jej ciele, usta na szyi, kolana między jej udami... Z jej palcami w moich włosach, z paznokciami zostawiającymi ślady na karku. Widok, którego nie umiałem już wyrzucić z głowy. Wyobraźnia nie tylko przejęła kontrolę, lecz praktycznie przewróciła mnie na plecy i przyparła do ziemi. Nie mogłem się na nią nie patrzeć. W jej oczach było to rozbawienie, to ciepło, ale też - może przede wszystkim - to pierwotne wyzwanie. Nie bezczelne, nie wulgarne - tylko inteligentne, przemyślane. Szach-mat. Każda prowokacja z jej strony była dokładnie skalkulowana.
Już dawno przekroczyłem punkt, w którym byłbym w stanie ignorować wspomnienie tego, co prawie się wydarzyło. Nie zamierzałem udawać, że nie rozumiem, podczas gdy rozumiałem doskonale, i tylko dlatego jeszcze się powstrzymywałem, że lubiłem to napięcie. Byliśmy tak blisko, że gdyby kobieta zrobiła jeszcze pół kroku, moje dłonie bezwiednie powędrowałyby do jej bioder - już teraz musiałem zaciskać palce, żeby ich nie wyciągnąć. Chciałem wiedzieć, czy zadrży, jeśli się do niej zbliżę jeszcze bardziej - czy przymknie powieki, kiedy ją pocałuję. Jak zareaguje, kiedy moje palce znajdą się tam, gdzie jeszcze nie były, i gdzie powinny być... Bo tam je kierowała, nawet jeśli niczego nie mówiła wprost. Nie była zaskoczona moim zmieszaniem - może właśnie dlatego, że wiedziała, iż nie było ono wcale oznaką niepewności. To nie była nerwowość - to była frustracja, uroczo bolesna świadomość, że wszystko, czego potrzebuję, stoi tuż przede mną. Mówi do mnie, droczy się, zaprasza.
Nie musiałem się odzywać - moje ciało już dawno zaczęło odpowiadać, choćbym nawet nie wypowiedział ani słowa... Wiedziała, że mnie ma. Przez to jej spojrzenie - celowe, cięższe, głębokie - zawieszone na sekundę dłużej, niż powinno być. Usta lekko rozchylone, jakby od niechcenia, a ja już wiedziałem, jak mogłyby smakować - już je czułem, jeszcze zanim je poczułem naprawdę.
Chciałem zobaczyć ją bez tej kurtki, bez ostrożności, bez kontroli - przekroczyć granicę, gdzie kończyło się jej opanowanie, gdzie zaczynała się czysta, nieprzyzwoita potrzeba. Chciałem ją widzieć całą - nie tę spokojną, racjonalną wersję, którą pokazywała światu, a każdą z lekka nerwową reakcję, każde westchnienie, które wymknie jej się z ust, kiedy nie będzie już myśleć o słowach, tylko o tym, co czujemy. Myślałem o jej ciele przyciśniętym do mojego, o dłoniach błądzących bez pozwolenia, o jej szyi, po której mógłbym sunąć ustami, badając reakcje, jakie we mnie wywołuje. Wyobrażałem sobie ją w sypialni, ale też w ciasnym kącie przedpokoju, kiedy nie wytrzymamy do końca schodów. Myślałem o tym, jak wyginałaby się pod moimi dłońmi na blacie kuchni, siedzeniu mojego motocykla, w jakimś trochę absurdalnym miejscu, kiedy zadrżałaby ze śmiechu i wstydu, a potem wcale nie chciałaby przestać. W tym momencie nie chodziło tylko o seks, o zaspokojenie, o szybkie rozładowanie napięcia - pragnąłem jej w sposób, który był głębszy, ciemniejszy, bardziej skomplikowany - tak złożony, że trudno było to nazwać, nawet jeśli jest się Prudence Bletchley, twardą czarownicą o oczach, które widzą więcej niż powinny.
Moje dłonie zapamiętały jej ciężar, linię talii - to, jak łatwo jej ciało dopasowało się do mojego ramienia, miałem ochotę dotknąć jej jeszcze raz, mocniej, pewniej - zsunąć palce po karku, wsunąć je we włosy, zamknąć usta pocałunkiem. Nie wiedziałem, czy to ona kolejny raz przekroczyła granicę, czy ja - wydawało się, że po prostu runęliśmy razem. Tak, to był upadek. Wolny, nieuchronny, bolesny - i nieprawdopodobnie przyjemny. Dłońmi uniosłem ją za pośladki, i kiedy pochyliła się ku mnie, zaciskając palce na moich ramionach, wiedziałem, że każda granica już została przekroczona. To nie była tylko fizyczność - to było coś dzikiego, pierwotnego, coś, co wyrywało się z nas jak echo wszystkiego, co przez lata było stłumione. Kromlech - to święte miejsce, ułożone w krąg głazy, ich starożytna obecność - wszystko to mogłoby się zawalić, a ja nawet bym nie mrugnął. Mogliśmy się kochać tu, na kamieniach, pod tym niebem, pośród wrzosów i cieni. Nie było już ostrożności. Nie było: „A może nie.”, było tylko: „Teraz.” i  „Jeszcze.” Byłem gotów przekraczać z nią każdą granicę, byle tylko chciała iść tam ze mną. Do czasu, gdy to ona poszła, gdzieś bardzo daleko - dalej, niż mogłem sięgnąć...
Cisza zawisła między nami, wypełniając przestrzeń, którą dzieliliśmy w tym martwym milczeniu. Trzymałem Prue w ramionach, nie puszczając, bo nie wiedziałem, co innego mogę zrobić, by jej pomóc. Czułem jej drżenie, delikatne, prawie nieuchwytne, ale wciąż nieobecne. Powinienem był przewidzieć, że to miejsce może wywołać w niej takie reakcje, stając się obciążeniem. Czułem, jak jej oddech staje się równy, jak powoli odzyskuje kontrolę nad tym, co się z nią działo, ale wciąż trzymałem ją mocno, trochę za mocno, może bardziej, niżbym chciał. Unosiłem ją nadal, jakby to było coś całkiem zwyczajnego - że kobieta zawisa ci na biodrach, osuwa się w ciszę, a potem powoli wraca, jeszcze z tamtego miejsca, z tamtej rzeczywistości, której ty nigdy nie będziesz w stanie pojąć... Ale to nie miało teraz znaczenia - trzymałem ją, bo miałem trzymać - było dla mnie oczywiste, że jej nie puszczę. Ani na moment. Mój kciuk przesunął się powoli po fragmencie jej uda, ot tak, nieśpiesznie, bardziej uspokajająco niż zmysłowo, ale ani przez moment nie wypuszczałem jej z objęć. Nie chciałem robić z niej kogoś kruchego, nic z tych rzeczy, nie wyglądała mi na kogoś, kto by sobie nie poradził - w zasadzie to od początku wiedziałem, że radzi sobie lepiej niż większość ludzi, których znałem, jednak wciąż czułem na sobie ten ciężar, nie tylko fizyczny - ten inny, który zna się tylko wtedy, gdy komuś naprawdę na kimś... Zależy...
Zmarszczyłem lekko brwi, słysząc jej ciche „przepraszam”. Była rozedrgana, głos miała niepewny i łagodniejszy niż zwykle, ale nie w sposób, który sugerował słabość - raczej w sposób, który zdradzał, że coś głęboko w niej poruszyło się tak mocno, że nawet jej duma musiała ustąpić. Nie znosiłem tego słowa w jej ustach, nie w tej chwili. Przeprosiny? Za co? Że pokazała mi coś tak prawdziwego? Albo odważyła się przy mnie pęknąć, nawet jeśli tylko na chwilę? Nie, nie mogłem pozwolić, żeby to przeszło bez reakcji. Kurwa, ta rozmowa mogła potoczyć się zupełnie inaczej, gdybym w porę pomyślał, że to miejsce mogło wzbudzić w niej coś, czego nie będzie w stanie powstrzymać.
- Cicho. - Wszedłem jej w słowo natychmiast, zanim zdążyła powiedzieć coś więcej - nie ostro, nie karcąco, raczej z łagodną stanowczością. -Nie mów tego, nie pszeplasaj. Absolutnie nie mas, za co, to nie ty powinnaś pszeplaszaś, tylko ja. - Patrzyłem na nią z góry, unosząc lekko brwi, jakbym chciał podkreślić, że naprawdę to przemyślałem, to nie był tylko gest mający ją uspokoić, ale szczera refleksja. Mój głos był miękki, niższy niż zazwyczaj, lekko stonowany, zmodułowany, ale instynktownie, to przyszło samo z siebie - mówienie do niej tak, jak mówi się do kogoś, kto wraca z bardzo daleka. Zacisnąłem palce lekko - nie żeby ją unieruchomić, ale żeby poczuła, że jestem - fizycznie, nieodwołalnie, uważnie, i że nawet jeśli przez moment zniknęła, to teraz już wróciła. - Jasne, sze zauwaszyłem. Nie musis od lasu wlasaś w stu plocentach. - Dodałem cicho. Wciąż nie próbowała się wyswobodzić, a ja nie miałem żadnego zamiaru tego inicjować, czułem, że jeszcze przez chwilę powinna mieć prawo do trwania dokładnie tak - zawieszona między miejscami i czasami, bez potrzeby decyzji. Jej dłoń była oparta o mój bark, włosy jeszcze lekko poruszały się na wietrze, a jej oczy… Te oczy miały w sobie teraz głębię większą niż zazwyczaj, a ja się w nie wpatrywałem, ale nie nachalnie - spokojnie, może nawet z troską, być może czulej, niż kiedykolwiek wcześniej. Już nie było między nami żaru, pragnienia, ale to było okej - nie byliśmy zwierzętami, byliśmy dwojgiem ludzi, którzy nawiązywali relację, choćby nawet taką z krótką datą ważności. To nie znaczyło, że nie mogliśmy być dla siebie oparciem.
- Moszes byś tlochę tutaj i tlochę jescze tam, ja cię nie poganiam. - Wzruszyłem ramionami, nadal trzymając ją w powietrzu, zupełnie jakby jej ciężar nie miał znaczenia, a nie miał - nie teraz. Głowa Prudence nadal była blisko, a ja nie przestawałem na nią patrzeć. Cały czas miałem ją przy sobie, stabilnie opartą o moje ciało, chronioną przez ramiona, które teraz bardziej niż kiedykolwiek wydawały się być naturalnym miejscem, do którego mogła przynależeć - nie odsuwałem się, nie wprowadzałem dystansu, bo wiedziałem, że jeszcze przez chwilę jest bardziej tam, niż tu, i nie miałem zamiaru jej zostawiać samej w tym powrocie. Patrzyłem w jej oczy - może trochę przygaszone, jeszcze nie całkiem tu, ale już na tyle obecne, by odpowiedzieć na moje spojrzenie.
- Powinnaś mnie kopnąś w piszczel, sze cię tu w ogóle zablałem, powiedziałaś mi pszecies, sze jesteś widmowidzem, a ja i tak uznałem, sze ten klomlech to świetny pomysł. Nie pszemyślałem tego. Wzruszyłem ramionami, bo nie bardzo wiedziałem, co z tym zrobić - nigdy nie byłem zbyt dobry w słowach, a już szczególnie wtedy, kiedy naprawdę mi zależało, a teraz zależało mi bardziej, niż się spodziewałem. - Powinienem był. - Zaciąłem się na chwilę, ale nie z braku słów, tylko dlatego, że chciałem je dobrać lepiej - mówić do niej w sposób, na jaki zasługiwała - nie jak do kogoś, kogo trzeba chronić, tylko jak do kogoś, komu należy się zrozumienie. Wzruszyłem ramionami, co przy naszej pozycji - jej nogi oplatające mnie w pasie, dłonie na moich barkach, moje ręce podtrzymujące jej ciężar - sprawiło, że zachwialiśmy się delikatnie, i wbrew wszystkiemu, lekki uśmiech przemknął mi po ustach. - Wciąsz jesztem do dupy w tym temacie. Poza tym... - Dodałem, zerkając kątem oka na krąg kamieni - nawiedzone miejsce, do przewidzenia. - Chyba i tak nie mieliśmy zbyt wiele plywatnosi. - Popatrzyłem na nią z ukosa, czekając, czy się uśmiechnie, chociaż trochę, chciałem jej dać ten moment lekkości, oderwania, coś prostego, co da się przyjąć bez bólu, ale nie naciskałem - to nie znikało ot tak.
Kiedy wspomniała o miejscu schadzek, uniosłem lekko brew, ale bez kpiny - wbrew pozorom, gdy wspomniała to na głos, nie byłem zaskoczony. Wiele rzeczy zyskiwało nowy wymiar, gdy miało się przy sobie widmowidza. Zresztą, to miało sens - te kamienie… Krąg, do którego ludzie wracali, czasem instynktownie, z pokoleń w pokolenia. Historia zaklęta w ziemi, w wichrze, w szumie wrzosów - śmierć, tęsknota, poświęcenie, strata... I miłość, oczywiście, bo jeśli gdzieś miała się unosić przez wieki, to właśnie tutaj. Milczałem przez moment, kiedy mówiła dalej - o kobiecie, którą widziała i zimnie, jakie przyniosła śmierć. O tym, że historia nie skończyła się dobrze. Kiwnąłem lekko głową. W sumie... Nie zdziwiło mnie to - mało która historia, którą opowiadają stare kamienie, kończy się dobrze. Miejsca sakralne zapamiętują smutek, straty, echa tego, co się nie udało, przesiąkają głównie tym. Rozumiałem to, na swój sposób, nawet jeśli nigdy nie byłem tam, gdzie ona. Śmierć zawsze pachnie mdłą słodyczą, uderza chłodem, samotnością. Czasem czai się pod skórą, chociaż jeszcze się nie przyszła po swoje.
- Nigdy nie kończy się dobrze. - Powiedziałem cicho, bardziej do siebie - nie zamierzałem jej karmić żadnymi mądrościami. Nie tylko, bo ich nie miałem, ale również, bo to nie było coś, o czym mógłbym się wypowiadać bez mówienia o tym, czego mówić nie chciałem.
Trzymałem ją cały czas tak samo - z ramionami mocno wsuniętymi pod jej uda, z dłońmi złożonymi na miękkich pośladkach, których ciepło czułem przez materiał jeansów. Nogi Prudence owijały się wokół mojego pasa ciasno, pewnie, z zaufaniem, które ściskało mi gardło - ręce miała na mojej szyi, palce leniwie błądziły po karku, jakby chciała się upewnić, że jeszcze tam jestem - to wszystko się dzieje, nigdzie się nie wybieram.
Patrzyłem na nią, blisko, z takiej odległości, z której można dostrzec każdą pieprzoną myśl, każdą wątpliwość, każde rozczulenie skryte za maską twardości. Jej spojrzenie było trochę rozproszone.
Westchnąłem cicho, ale nie przeciągle, bardziej do siebie niż do niej, a potem przysunąłem czoło do jej czoła i pozwoliłem sobie na chwilę ciszy - i na to jedno zawieszone między nami pytanie, które jeszcze nie padło. Spojrzałem na nią uważnie, ale nie niecierpliwie, z tej trochę osovliwej perspektywy - lekko zaróżowione policzki, przygryzione usta, oczy wpatrzone we mnie z tym delikatnym znużeniem, które przychodzi po intensywności. Nie chciałem niczego popsuć, nie chciałem jej poganiać, ale świat nie przestawał się kręcić i wiedziałem, że zaraz przyjdzie moment, w którym trzeba będzie coś postanowić. Ręce miała zaciśnięte wokół mojej szyi, palce czasem drgały przy karku, jakby chciała się upewnić, że to naprawdę ja, to dzieje się teraz, jesteśmy tu razem i to nie złudzenie.
- Hej. - Odezwałem się cicho, dotykając nosem jej skroni. - Słuchaj… Moszemy wlóciś do domu, jeśli jesteś zmęszona, chces odpocząś, wziąś plysznis, połoszyś szię… Zaniosę cię,  dosłownie, nawet nie musis schosiś na ziemię. Powolutku zejsiemy na dół, a potem wlósimy do domu. Wystalszy, sze powies. Nikt nie musi nic więsej dzisiaj udowadniaś, nie musimy już nic  lobiś, naplawdę, mogę cię otuliś kocem, zostawiś herbatę na stoliku, a potem po cichu zniknąś, jeszli tego właśnie potszebujes. Nie pogniewam szię, jak das mi telas kosza i skończymy landkę. - Uśmiechnąłem się do niej lekko, z tym delikatnym, troskliwym półżartem, który miał ją rozluźnić, ale też powiedzieć wszystko, czego nie potrafiłem wyrazić na głos - mogliśmy to zrobić - bez pytań, bez żadnych „ale”, naprawdę, ale... - Ale... - Dodałem od razu, zanim zdążyła coś powiedzieć. - Jest też druga opcja. - Delikatnie przesunąłem kciukiem po jej biodrze, nieśpiesznie, po prostu po to, żeby dać znać, że jestem. - Moglibyśmy wyblaś szię do miasteczka, nie Appledole, tylko tlochę blisej. Jeszt tam taka jedna kawialnia, zalas pszy stalym lynku, tlochę schowana, ale nadal działa, s tego, co mi wiadomo. Mają tam szalotkę s lodami, naplawdę pielwsoszędną. Ciepła, s chrupiącą klusonką i taką polsją lodów waniliowych, sze tseba szię śpieszyś, zanim szię lospłyną. - Zaoferowałem. Ton miałem łagodny, niski, ale nie było w nim litości ani presji - tylko autentyczna troska. - A jeszli nie mas ochoty na coś słodkiego... - Dodałem z namysłem. - To jeszt jescze dluga-tszesia opcja. Lyba s flytkami, s budki pszy plomenadzie, gdzie wsystko smaszą na miejscu. Weśmiemy wsystko na wynos, zawiną nam w gasetę, jak to lobiono za stalych czasów, i wybieszemy szię na dziką plaszę. Ty wybielas. - Zamilkłem na moment, pozwalając jej to przetrawić. Zacisnąłem dłonie na jej pośladkach, nieco poprawiając chwyt, tak by mogła się wygodniej ułożyć, i spojrzałem jej prosto w oczy. Nie śpieszyłem się - żadne z nas się nie śpieszyło. Czułem tylko, że powinienem dać jej wybór - nie podejmować decyzję, tylko zostawić przestrzeń na coś, o czym mogła sama zadecydować.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (43540), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (35854)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa