• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 … 5 6 7 8 9 Dalej »
[ 13 / 03 / 72 ] W Krainie Czarów... Corvus & Theon

[ 13 / 03 / 72 ] W Krainie Czarów... Corvus & Theon
Widmo
It’s amateurs like you who give kidnapping a bad name.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Widok był to zupełnie niebanalny; błękitne oczy kontrastowały z ciemnym brązem nieco niesfornych włosów, zaskakująco jednak pasując do bladej, pozbawionej wszelkich znamion skóry, która to nadawała postaci nadchodzącego czarownika antycznego rytu. Natura obdarzyła go wysokimi, ostrymi kośćmi policzkowymi i tym spojrzeniem, które mogło wsiąknąć w najgłębsze zakamarki duszy, ale i słusznym wzrostem 185 centymetrów. Nie uśmiechał się zbyt często, ani nie zabierał głosu jeśli nie musiał, ale gdy to robił, rozbrzmiewał pieszczący ucho baryton. Zapach także zostawiał po sobie pamiątkę; kawa oraz wanilia długo jeszcze tańczyły z drzewnym aromatem przywodzącym na myśl sosnowy las, gdy mężczyzna zdążył już odejść, owinąwszy się pierwszą nutą jaką była paczula wraz z ulotną wonią heliotropu.

Corvus M. de Rune
#1
10.02.2023, 02:02  ✶  
Mówiono od zawsze, że wiosną życie wraca do swojego naturalnego biegu, ba, od starożytności tłumaczono to powrotem na ziemię Persefony, mającej nieść radość swojej matce Demeter, oczekującej córki przez chłodne miesiące zimy. Chociaż jednak przebiśniegi podnosiły swoje kwiaty ponad zmarzniętą ziemię, słońce chętniej ogrzewało ziemię, a wszystko zaczynało prezentować się znacznie bardziej barwnie, w porównaniu do zimy, ludzie nie okazywali zwyczajowej dla tej pory radości. Część z nich nie podnosiła wzroku, inni starali się nie opuszczać bezpiecznej przystani, a jeszcze niektórzy wydawali się osowali i wycofani. Nic w tym dziwnego, terror trwał od pewnego czasu, a po prostu nie istniała szansa żeby nie wpłynął na otoczenie. Ludzie się bali. O siebie, o swoich bliskich i o przyszłość, co było tak naiwne i idiotyczne. Gdy nie będą stawiać oporu, kiedy wyrzekną się kontaktów z każdym niegodnym życia w nowej utopii jaką chciał stworzyć Voldemort — nic nie będzie im grozić. Ich los zależał tylko do nich, do tego za którą stroną się opowiedzą, jak wiele będą gotowi poświęcić aby odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Chociaż i poświęcenie nie było adekwatnym słowem, wszak utrata kontaktów z mugolami, szlamami, zdrajcami krwi czy szlamojebcami powinno wyjść im na dobre.
Na Ulicy Pokątnej, w jednej z bardziej oddalonych miejscówek, dwójka Śmierciożerców pojawiła się właśnie ze względu na tą ostatnią kategorię. Ich zadanie było proste  —  zatrzymać fanatyka mugolaków, kulturalnie przesłuchać, a potem oszczędzić mu życia z piętnem szlamojebcy, prowadząc go na drugą stronę, najlepiej długo i bardzo boleśnie. Zadanie było banalne, a sam fakt, że towarzyszył mu akurat Theon był istotnie plusem, dzięki temu mógł czuć się nieco pewniej niż gdyby otrzymał kompana całkiem dla siebie obcego.
Upewnił się, że misternie zdobiona maska jest na swoim miejscu, a obszerny kaptur gwarantuje dodatkowe bezpieczeństwo, a dopiero później wszedł do środka, drzwi otwierając powoli za pomocą zaklęcia aby nie alarmować nikogo jeśli jest w środku, nie zależało mu na tym aby doszło do walki, na podwieczorek zamierzał być już w posiadłości rodzinnej, słuchając muzyki klasycznej i popijając czerwone wino czytając przy tym gazetę. Nie miało jednak być tak łatwo. Dom wydawał się pusty, świece nie tylko już dogasły, ale — co sprawdził — były chłodne, nie unosil się w powietrzu dym. Ich ofiara uciekła, zdążyła to zrobić jakiś czas temu.
— Nic tu po nas. — mruknął jedynie, a sama maska zniekształciła jego głos, co miało być sprytnym zabiegiem na wypadek bycia podsłuchiwanymi. Wypadało jednak ocenić dokąd mógłby się udać  ten mężczyzna, rozejrzał się więc za śladami. Nie było trudno dostrzec półki na której znajdowała się najwyraźniej wepchnięta na szybko książka, po którą sięgnął. I to był błąd.
Niespodziewanie zauważył królika, niecodziennego swoją drogą, który podrygiwał w miejscu zanim zaczął uciekać. Corvus rozejrzał się za Theonem, zanim ostatecznie pognał za zwierzęciem, mając nadzieję, że ten w jakiś sposób prowadzi go do miejsca w jakim się ukrył tamten winny. Nie przywykł do tego aby się mylić ale jednak się tak stało. Nie znalazł niedoszłej ofiary, a w dodatku ziemia osunęła mu się spod nóg i runął zapadnią w dół, znajdując się…na grzybie? Przez chwilę gotów był sam przed sobą zaręczać, że Theon straci głowe, osobiście wyrwaną przez Corvusa, ale…to raczej nie jawiło się żartem kolegi, a prawdziwym problemem, który należało rozwiązać. Nie wiedział ani gdzie jest, ani nie mógł znaleźć nigdzie pobratymca, chociaż zaglądał pod każdy jeden grzyb po drodze, nie korzystając jedynie z nawoływania, wiedząc, że to nawet może być jakiś cwany plan aurorów, a po prostu idiotycznie byłoby wsypać się w tak amatorski sposób.


And when you kill a man, you're a murderer;
Kill many, and you're a conqueror;
Kill them all... Oh, you're a god.
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Brązowowłosy i niebieskooki mężczyzna, wyróżniający się z tłumu przede wszystkim za sprawą swojego wzrostu. Niewielka domieszka krwi olbrzymów sprawiła, że osiągnął nieco ponad 2 metry wzrostu. Łatwo z niego czytać, w przypadku Theona emocje praktycznie zawsze są wypisane na twarzy. Nie stara się z nimi kryć. Często można go spotkać z papierosem w ręku bądź wyczuć specyficzny zapach, niekiedy lekko dominujący nad pozostałymi.

Theon Travers
#2
10.02.2023, 22:54  ✶  

Tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu - sytuacja rozwijała się. Rewolucja trwała. Kolejne osoby opowiadały się po jednej bądź drugiej stronie. Wszystko stawało się coraz bardziej widoczne, coraz mocniej odczuwalne. Przybierało na sile. Nie dało się pozostać wobec tego obojętnym. Nie dało się tego nie zauważyć. Nowa rzeczywistość miała narodzić się przy akompaniamencie przelewanej litrami krwi osób, które stawiały wszystkiemu temu opór. Nie chciały zaakceptować zmian, które były nieuniknione.

Theon Yaxley nie był fanatykiem. Daleko było mu do tego miana. Będąc we wszystko to zaangażowanym od dawna, stronę konfliktu wybrał w oparciu o przekonania bliskich sobie osób. Rodziny. Przyjaciół. Znajomych. Pod uwagę brał wartości, w zgodzie z którymi był wychowywany. Nie bez znaczenia było ponadto dla niego to, kto konkretnie opowiadał się po stronie Czarnego Pana. Choć po czątkowo grono jego popleczników nie było szczególnie liczne, to zaliczały się do niego osoby, które posiadały spore środki i niemałe wpływy. Były w stanie poniekąd kreować otaczającą nas rzeczywistość. Dużo rozsądnie było działać razem z nimi, niż przeciwko nim aktywnie występować.

Nazwijmy to pragmatyzmem wynikającym z wiary.

Albo zwyczajnym tchórzostwem.

Im bardziej się w to wszystko zaglębiał, im więcej cegiełek dokładał od siebie, tym bardziej się nad wszystkim zastanawiał. Dostrzegał efekty prowadzonych działań, toczącej się wojny. Widział jak odbijało się to na życiu każdego czarodzieja. Niezależnie od statusu, niezależnie od pochodzenia. Choć daleki był od powiedzenia sobie pas, od wycofania się, wzięcia własnych nóg za pas, coraz mniej było w nim z żołnierza, który posłusznie wykonywał każde kolejne polecenie. Bez pytań. Bez wątpliwości. Bez zastrzeżeń.

Bezmyślnie.

Analizował wszystko. Zastanawiał się nad konsekwencjami. Nad tym czy nie można było podejść do tego inaczej.

Z wolna hodował swoje własne sumienie, karmiąc je kolejnymi wątpliwościami.

Poczuciem winy wynikającym z tego, że również sam w tym wszystkim uczestniczył nie będąc w stanie znaleźć innego rozwiązania. Innej drogi, ale równie skutecznej. Mogącej doprowadzić do celu, który był jasny. Zrozumiały.

Czasami trzeba było podnieść różdżkę w imię wyższych celów.

Poświęcić się dla większego dobra.

Ktoś przecież musiał wziąć ten ciężar na swoje barki.

Na Pokątnej zjawił się z czystą głową. Wyrzucając uprzednio to wszystko z jej wnętrza; ze swoich myśli. Starając się skupić na tym, co miało znaczenie. Był tutaj po to, żeby działać. Wykonać zadanie. Podążając w ślad za swoim towarzyszem, starał się go ubezpieczać. W pogotowiu trzymał swoją różdżkę, gotów z niej skorzystać, gdyby zaszła taka potrzeba. Interweniować. Idealnie nadawał się do tej roli. Dobry w czarach ofensywnych oraz defensywnych, radzący sobie całkiem nieźle, kiedy chodziło o pojedynki. A przecież nawet nie korzystał z tego na co dzień, zawodowo.

- Znów coś wyciekło? - padło z jego strony, kiedy Corvus zawyrokował, że nic tutaj po nich. W głosie wybrzmiała irytacja. Nie był to pierwszy taki przypadek. Czasami jakaś informacja wypłynęła. Innym razem w grę wchodziło przeczucie. Ewentualnie zwykły łut szczęścia. Nie wszystko udawało się idealnie. Nie każdy plan udawało się zrealizować. Niestety.

Rozejrzał się po wnętrzu w poszukiwaniu jakiś śladów, wskazówek. Pobieżnie. Na dokładniejsze oględziny nie mieli czasu. Nie mogli sobie pozwolić. Cholera jedna wie czy nieruchomość nie znajdywała się pod obserwacją; czy zaraz nie zjawią się tutaj aurorzy bądź brygadziści. Co prawda mieli w ich szeregach swoich ludzi, ale niczego nie można było wykluczyć. Działać trzeba było z głową.

Podszedł do stołu, zerknął na fotel. Zainteresował się tym co leżało na komodzie. Gdyby tutaj się takowy znajdywał, zajrzałby pewnie do wnętrza śmietnika, ale przecież nie będzie teraz zaglądał do każdego pomieszczenia w celu znalezienia takowego. Na chwilę spuścił z oczu swojego towarzysza. Nie spodziewał się żadnych niespodzianek. Albo przynajmniej - nie takich jak ta, która tutaj na nich czekała.

O tym, że coś jest nie tak, poinformował go odgłos ciała zderzającego się z podłogą. Odwrócił się szybko, rzucając na ziemię jakąś figurkę, która ledwie co znalazła się w jego dłoni. Wysunął różdżkę, gotów posłać w kierunku intruza pierwsze zaklęcie jakie przyjdzie mu do głowy. Expelliarmus. Drętwota. Expulso. Cokolwiek. Żadnego intruza tylko nie było. Jedynie książka. Zniszczona. Nadgryziona upływającym czasem. Wyglądająca na taką, którą właściciel czytał wielokrotnie. Nie kojarzył tytułu. Nie znał też autora. Czyżby twórczość mugolska? Nieszczególnie by go to zdziwiło, jeśli pod uwagę wziąć to, co wiedział na temat osoby, która była celem ataku.

- Alice in... - zaczął, dotykając palcem tytułu. Przesuwając litera po literze. I właśnie w tym momencie również popełnił cholerny błąd. Ten sam, który przytrafił się nieprzytomnemu towarzyszowi. Biały królik (skąd tu się wziął biały królik?), zaczął pierw podskakiwać w przejściu prowadzącym na korytarz, a następnie rzucił się pędem w jego kierunku, znikając w jednym z nieoświetlonych pomieszczeń.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Corvus M. de Rune (578), Theon Travers (748)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa