• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[13.09.1972] I Wojna Mulciberów

[13.09.1972] I Wojna Mulciberów
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#1
23.06.2025, 21:01  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.04.2026, 10:08 przez Lorien Mulciber.)  
Mulciber Manor

Trzynasty września nie był piątkiem. A szkoda, może powinien być. Przynajmniej byłoby to jakieś racjonalne wytłumaczenie tego całego diabelstwa, które zostało Mulciberom zesłane przez.. No właśnie kogo. Innego Mulcibera? Pewnie tak. W końcu nie od dziś wiadomo, że Mulciber Mulciberowi Mulciberem. A może to Merkury był w jakiejś degradacji czy innej mensturacji (nie znała się na gwiazdach).
Może nie powinna była tak od razu pisać do Philomeny. Może nawet przez moment miała wyrzuty sumienia, które nomen omen szybko przeszły kiedy dostała od seniorki rodu prezenty. Może nawet chciała się jakoś odwdzięczyć i specjalnie, specjalnie dla tego idioty kupiła po pracy w jednym z nielicznych ocalałych kiosków całkiem nową książkę z krzyżówkami! Przez momencik chciała być naprawdę miła.
No i chuj bombki strzelił. Zabiję gnojka. Pomyślała wpatrując się w poduszkę leżącej na jej ślicznej, nowej pościeli. Poduszka spojrzała na nią. Lorien zamrugała. Mogła przysiąc, że poduszka zrobiła to samo. No przecież nie ciebie. Ty już...
Zaklęła pod nosem. Co ona się będzie teraz domowym sprzętom tłumaczyć? Może już w ogóle ją zamkną w Lecznicy. Pewnie.

Złapała za poduszkę.
I tu na swoje nieszczęście postanowił zmaterializować się biedny rodzinny skrzat domowy, który stał się pierwszą ofiarą wściekłej Mulciberowej.
- Gdzie. Jest. Twój. Pan?!- Po każdym zaakcentowanym słowie następował krótki atak (chwała bogom, że miękką) poduszkom. Już unosiła na nowo swoją broń, kiedy skrzat pisnął, osłaniając się i wydukał ciche.
- W-W swoim pokoju.
Wzięła głęboki oddech. Poprawiła lok, który spadł jej na twarz i ostatecznie zrzuciła szpilki. Miała morderstwo do popełnienia.


- ALEXAAAANDERRRRR!
Drzwi do sypialni Mulcibera otworzyły się z hukiem. Lorien, niewiele większa od skrzata, który rozpaczliwie próbował ją powstrzymać przed popełnieniem morderstwa pierwszego stopnia, wpadła do środka.
Przybyła. Uosobienie szatańskiej pożogi, gniewu boskiego i wszystkich plag w ludzkim ciele. Pani sędzia. Lorka.
Odepchnięty skrzat nawet nie próbował z nią walczyć, nie bardzo wiedząc czy ratować siebie czy może Pana czy może poduszkę. Dlatego tylko rozpaczliwie machał łapkami.

Lorien niczym jastrząb, którym niemalże była (niektórzy by powiedzieli, że ptak to ptak, po co drążyć temat), zlokalizowała Alexandra po drugiej stronie pokoju.
- ŻRYJ PIERZE.- Warknęła z wrodzoną dla siebie gracją, rzucając w niego p o d u s z k ą, z całą siłą jaką zdołała z siebie wykrzesać.

Rzut na Percepcję (czy w ogóle w niego trafi)
Rzut Z 1d100 - 55
Sukces!


Rzut na AF (jeśli tak, to jak mocno)
Rzut T 1d100 - 57
Slaby sukces...
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#2
24.06.2025, 00:02  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.06.2025, 01:03 przez Alexander Mulciber.)  
Nie rozumiał skreślonego ręką Lorien listu, który przyszedł do niego dziś rano, znał ją jednak na tyle, aby rozumieć, że jest zła. A z jakiegoś powodu była zła właśnie na niego.

Alexander i Lorien złościli się na siebie rzadko. To znaczy, złościli się na siebie nieustannie, ale niemal nigdy na tyle poważnie, żeby nie potrafili się ze sobą porozumieć. Bo Lorien zawsze wiedziała, jak postępować ze złym Alexem, a Alex zawsze wiedział, jak postępować ze złą Lorien. Za złą Lorien aż nazbyt często kryła się bowiem smutna Lorien. A za złym Alexem... Ale nie, on nie był zły. Nie potrafił wykrzesać z siebie złości, zdjęty zimną obojętnością na wszystko, co działo się wokół. Jego reakcje były opóźnione, a język oschły. A jednak wiedział, co powinien zrobić. Wiedział, co sprawi jej przyjemność, co będzie właściwe, i chętnie się temu poddawał, jak gdyby chciał się z nią podzielić tym samym spokojem, który cały czas czuł. Przecież naprawdę chciał dobrze, nawet kazał lokajowi kupić to przeklęte ciasto, na które tak miała ochotę...! A potem dostał kolejną przesyłkę.
Nie zareagował na widok poduszki z wizerunkiem nieświętej pamięci Roberta. Nie wzruszył nawet pogardliwie ramionami nad listem od Philomeny.
Zacisnął tylko zęby i wylał kawę dla Lorien prosto do zlewu, a potem odłożył jej własność na łóżko do jej pokoju, przekonany, że to wszystko było tylko głupim żartem, który wymyśliła sobie wespół z babką.

– Czego chcesz? – warknął w tym samym czasie, w którym Lorien dokonała nieproszonego wtargnięcia do jego pokoju, nie racząc nawet odwrócić głowy w jej stronę. W końcu był na nią obrażony, i zamierzał dać jej odczuć, jak bardzo.

Nie potrzebował babki dyszącej mu w kark na każdym kroku, jej pająkowatych palców zaplatających się wokół jego uprzejmie zaoferowanego ramienia. Zaciskających się na nim tak, jak zaciskała się pajęcza sieć jej przesyconych drwiną słów, za każdym razem, kiedy spotykali się, żeby porozmawiać. Jak gdyby wciąż był chłopcem, który dostał po łapach, bo ośmielił się szarpnąć nićmi jej pajęczyny. Nienawidziła go, och, jakże go nienawidziła – nigdy przecież Philomena Mulciber nie przepuściła okazji, aby przypomnieć mu o swojej nienawiści. Nawet teraz, gdy pozostawała na niego skazaną, gdy potrzebowała go tak samo, jak on potrzebował jej. Widział przecież, jak na niego patrzyła. Przypominało mu to sposób, w jaki patrzył na niego Donald. Z pogardą, ale i ze swego rodzaju rozbawieniem, jak gdyby był entomologiem, a Alexander – okazem orientalnego owada zamkniętym w ciasnej gablotce, rozpaczliwie przebierającym odnóżami, gdy przebijano go szpilką.
A Lorien, zamiast go wesprzeć, wolała jak zwykle podziwiać swoje odbicie widoczne w szkle gablotki.
I być może to zabolało Alexandra w tym wszystkim najbardziej.

Zgarnął list od babki, który służył mu dzisiaj za zakładkę do lektury. Pieprzona wywłoka, pomyślał, zatrzaskując ze złością stary przewodnik po ziołolecznictwie, który towarzyszył mu nieprzerwanie od czasu wizyty w Kniei. W przeciwieństwie do Lorien, wcale nie podniósł głosu, zamknął jednak czytaną książkę w ostentacyjnie głośny sposób. Siedział, rozwalony jak zawsze, na podłodze, pośród porozrzucanych wszędzie wokół książek, pokrywających niemal każdy wolny skrawek powierzchni pokoju. Jego pokoju. Gdy weszła do środka, wciąż opierał się ramieniem o stos poduszek, pozbawiony zwyczajowej zbroi garnituru, bo w spodnie wciśnięty był podkoszulek, który nosił pod elegancką koszulą, był też boso, bo zawsze zapominał, gdzie posiał zdeptane kapcie. Otaczały go książki, pootwierane, zdawałoby się, na chybił trafił. Była jednak metoda w tym szaleństwie – w tym, że zawsze czytał kilka rzeczy naraz, skrupulatnie konstruując w głowie swój pogląd na sprawę – w tym, że próbował pogodzić ze sobą sprzeczne opinie, zapamiętać jak najwięcej niuansów wymagających wyjaśnienia. Zadać pytania, których nikt nie zadał, choćby nie miał usłyszeć ich nikt, poza papierosem dogasającym w zabytkowej popielniczce.

Pytań, które pojawiły się w jego głowie, gdy pacnęła w nią ciśnięta przez Lorien poduszka, było wiele, bardzo wiele. "Co?", "kto?", i wreszcie, jego ulubione: "dlaczego?" Przytrzymując potylicę, w którą uderzyła poduszka, bardzo powoli odwrócił się w stronę Lorien, aby wreszcie na nią spojrzeć. Przez krótką, króciutką chwilę, po prostu patrzył.

A potem sięgnął po poduszkę.

– Żebym ja pierwszy nie oskubał cię z piórek – rzucił nagle, zrywając się na równe nogi, aby doskoczyć do niej z poduszką w ręku.

Rzut na percepcję (czy w ogóle w nią trafi)
Rzut PO 1d100 - 53
Sukces!

Rzut na aktywność fizyczną (jeśli tak, to jak mocno)
Rzut Z 1d100 - 67
Sukces!


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#3
24.06.2025, 09:21  ✶  
Siedział tu. Rozwalony wśród poduszek i książek jak jakiś turecki pasza, niepomny na całą tą krzywdę, która ją spotkała!
Przecież napisała że mu wierzy, że ta cholerna poduszka nie jest od niego! W porządku, może nie planowała tłumaczyć tego Philomenie, ale… Nie, nie było żadnego ale!
Wystarczyło, żeby ją ucałował w główkę, powiedział że znajdą tego chuja dowcipnisia, dał kawy i ciasto, a poduszkę spalił. I jeszcze, żeby potem dał jej rozwiązać którąś z tych krzyżówek co mu kupiła. To nie! To musiał jak zwykle okazać się wkurwiającym dupkiem. Miał szczęście, że mu tej pieprzonej poduszki nie przylepiła trwałym przylepcem do fotelu w gabinecie jego ojca. Na pewno Duncan uwieczniony na portrecie byłby zachwycony.

Czego chcesz?
Otworzyła usta jak rybka wyjęta z wody.
Gwiazdki z nieba. Przecież obiecałeś, że mi ją sprawisz!  Chciała zakpić. Tupnąć gniewnie nogą, by oznajmić całemu światu (a przynajmniej jego niewielkiej części ograniczonej do tego pokoju), że jest śmiertelnie zła i obrażona. Usta jej drżały - ni to ze złości, ni rozżalenia.

Ciche “plop” z jakim poduszka piznęła Alexandra w potylicę było satysfakcjonujące. Niby jasnowidz, a nie przewidział, ha! Ok, poczuła się po tym odrobinę lepiej. Ale tylko odrobinę i tylko przez moment.
Bo niestety w swojej wielkiej mądrości, ona też kilku rzeczy nie przewidziała. Na przykład tego, że jej przeciwnik jest większy, szybszy i na tyle okrutny, żeby jej oddać. Jej! Najbardziej poszkodowanej w całej tej aferze.
Jakoś kompletnie nie przemyślała faktu, że oddając poduszkę, wręcza Alexandrowi broń do ręki. Niby nie zabolało, ale istniała jakaś taka niepisana zasada, że mniejszych od siebie się nie bije, prawda?! Ktoś kiedyś powiedział, że to wbrew zasadom i że tak nie wolno!
Pisnęła sfrustrowana, osłaniając czubek głowy, w który oberwała.
Wygięła usta niemal w dziecinnym grymasie kompletnego nieszczęścia. Bezwiednie wyciągnęła ręce zaciskając pazury na miękkim materiale, zanim wpadł na jeden z tych swoich genialnych pomysłów i będzie trzymał poduszkę tak wysoko, że po prostu nie dosięgnie.
- Oddawaj!- Fuknęła szarpiąc za poduszkę, tak doskonała w sprzecznych sygnałach. Niby nie chciała na to cholerstwo nawet patrzeć, a z drugiej strony, niech ją diabli wezmą, jeśli pozwoli Alexandrowi na ten mały triumf. To wszystko było zbyt skomplikowane jak na randomową środę. Zwłaszcza teraz. Zwłaszcza po tym wszystkim co się ostatnio zadziało. Emocje często były dla Lorien czymś szalenie trudnym do zrozumienia. Zadarła głowę, a ten ostentacyjny spokój na twarzy Alexa wkurwił ją jeszcze bardziej. Dlatego szarpnęła po raz kolejny i jeszcze raz. Mniej przejmując się tym, żeby ustać na nogach, a bardziej, żeby odzyskać poduszkę i znów mu nią przywalić.
Czas na pytania skończył się zanim w ogóle zdążyli przekręcić klepsydrę, a zresztą... Czy tak naprawdę miało jakiekolwiek znaczenie kto i po co przysłał jej poduszkę?

Rzut na AF (0k) czy uda jej się wyrwać z powrotem poduszkę.
Rzut T 1d100 - 65
Sukces!


Rzut Tak/Nie - czy przy okazji na niego wpadnie, tracąc równowagę.
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#4
24.06.2025, 13:05  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.06.2025, 13:48 przez Alexander Mulciber.)  
Przez chwilę nawet poczuł wyrzuty sumienia, bo widok jej smutnej miny zawsze go łamał, chociaż próbował się do tego nie przyznawać. Znał Lorien od dziecka, znał ją gdy była ledwie podlotkiem, a jeszcze wcześniej rozkapryszoną pannicą, która nie omieszkała poskarżyć się do ojca, gdy pociągnął ją za mocno za warkocz. Znał niemal każdą z arsenału jej sztuczek, które z powodzeniem działały na ludzi, odprowadzających ją spojrzeniami pełnymi litości wobec przeklętego ptasią klątwą dziewczęcia. Wszyscy zawsze jej ustępowali, aby nie sprowokować napadu, jak to mówili, choroby.

Nie wiedzieli, że najlepszym lekarstwem na chorobę Lorien jest pacnięcie jej wypchaną pierzem poduchą po głowie.

Nie pozwoliła mu unieść poduszki ponad głowę, gdzie byłaby poza zasięgiem jej rąk, bo zbyt wiele razy ją tak potraktował, ba, gdyby to zrobił, gotowa byłaby wspiąć się po nim, walcząc dalej! Szarpała się z nim jak rozzuchwalona kotka, która próbowała pokazywać, co potrafią jej pazurki, prężąc przy tym kark i sycząc wściekle. Ale koty zwykły uciekać, gdy psy kłapały zębiskami. Alexander zacisnął szczękę, ale rozluźnił uchwyt ręki, która do tej pory próbowała wyrwać Lorien poduszkę. Wypuścił ją w momencie, w którym najmniej się tego spodziewała. Nic więc dziwnego, że potoczyła się w jego stronę, tracąc równowagę. Wykorzystał sytuację, popchając ją na swoje łóżko, prosto na stos poduszek, spiętrzonych na granatowej narzucie, na której wyhaftowano srebrną nitką wzór w gwiazdy. A niechby zawirowało jej w głowie tak, żeby zobaczyła wszystkie konstelacje nieba północnego! Jakby Lorien zerknęła od czasu do czasu w mapy gwiazd, wiedziałaby bowiem, że z Alexandrem lepiej nie zaczynać. Wcale nie dlatego, że nauczył się kiedyś rzucać zaklęcie iluzji, dzięki której gwiazdy na pokrywie nieboskłonu układały się w wiadomość wyszytą rękami przeznaczenia. Wcale nie dlatego. Ale Lorien nie musiała przecież zadzierać swojej pięknej główki ku niebu, aby wyczytać zeń wyroki przyszłości. Wystarczyło, żeby spojrzała w twarz Alexandra. A jego twarz, chmurna jak niebo nad Anglią, i ponura jak bezgwiezdna noc, mówiła: "ale masz przejebane".

Może i zapewnił Lorien miękkie lądowanie, ale nie pomyślał o tym, że teraz miała łatwy dostęp do dodatkowej amunicji. Natychmiast zdał sobie jednak sprawę ze swojego błędu, rzucając się w stronę leżących na podłodze poduszek, o które lubił się opierać, gdy przesiadywał na miękkich dywanach, pokrywających parkiet jego pokoju.

– Wynocha – warknął przy tym na skrzata o wdzięcznym imieniu Suflet, który sterczał wciąż w drzwiach, wydając z siebie zduszone przerażeniem popiskiwania, i płaczliwe prośby o zaprzestanie działań wojennych. Alexander nie cierpiał tych pokracznych stworzeń. Ich pomarszczone ryjki przywodziły na myśl złodziejskie szuje rodzaju goblińskiego, które nie raz próbowały oszukać go na pieniądze. Podobne skojarzenia miał jego ojciec, który z tego właśnie powodu oddalił wszystkie skrzaty z rodowej posiadłości, przekazując je w opiekę babce Philomenie. Ale Diana i Donald sprawili sobie całe stadko tych pokurczów zamiast zatrudnić zwyczajną służbę. Ależ by się ojciec wściekł, gdyby zobaczył to ścierwo przemykające korytarzami Mulciber Manor! A przecież Alexander tyle razy prosił szwagierkę, żeby nie przysyłała mu skrzatów do domu. Od czasu ostatniej wizyty u babki Philomeny, nie potrafił spojrzeć na te stworzenia nie czując obrzydzenia już na sam tylko widok.

A teraz miał na głowie poważniejsze zmartwienia. Na przykład to, ile postanowień konwencji genewskiej zdąży złamać, zanim zdecyduje się przyjąć pakt pokojowy, którego postanowienia powinna już opracowywać w głowie Lorien, jeżeli chciała wyjść stąd żywa.

Rzut na aktywność fizyczną. Czy zdołam wykonać unik, jeżeli Lorien będzie próbowała rzucić we mnie poduszką?
Rzut Z 1d100 - 15
Akcja nieudana


...Czy kot Lorien zaplącze mi się przy okazji pod nogi?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#5
24.06.2025, 17:06  ✶  
Wykrzywione usteczka, oczy w kolorze intensywnego kobaltu, którym skrzył się jej ptasi ogon przejęte głębokim smutkiem, lekko wygięte brewki - każdy jeden gest znany i wyuczony latami głaskania po główce biednej, małej, chorowitej Lorci.
Ale jej prawdziwy ból przyjmował inne barwy, smakował inaczej. Powietrze stawało się cięższe, gdy Lorien Mulciber była rzeczywiście smutna; słowa trudniejsze do odnalezienia, a ciało na moment zapominało jak się oddycha.
Ale tak smutna nie była od czasu powrotu z Rumunii i najwyraźniej nawet wydarzenia 8. września tego nie zmieniły.

- Oy! Non farmi questo, crudele!- Rzuciła, za nic sobie robiąc, że po włosku to Alexander rozumie co najwyżej “pizza” i “stupido”.  Jakoś się tak okręciła, że padła plecami na łóżko, co prawda gwiazd żadnych nie widząc, ale przez chwilę zrobiło jej się słabo. Nieprzyzwyczajone do żadnego większego wysiłku ciało jasno dało znać, że lepiej nim tak nie rzucać. Zacisnęła tylko zęby i nieco mocniej palce na pościeli. Jeden głęboki wdech i wydech później - wszystko wróciło do normy. Zadarła głowę do góry, dociskając do siebie zdobyczną poduszkę.
Od razu jej jakoś przeszły te udawane smuteczki.
Wiadomości wyszyte ręką przeznaczenia. Dobre sobie. A może zapomniał jak w czwartej klasie sama zaklęła mu zadanie domowe na astronomię, że jego ślicznie rozrysowane konstelacje układały się w mniej przyzwoite kształty. Na tamtych zajęciach przeznaczenie pokazało pani profesor środkowy palec zamiast gwiazdozbioru korony północnej i zafundowało Alexandrowi Mulciberowi jego pierwszego i jedynego Trolla z Astronomii. Piękne czasy, jeszcze piękniejsze wspomnienia wspólnego szlabanu.

Problem z kotami wychowanymi w pełnym psów domach, był taki, że nieszczególnie mocno się tych wielkich zębisk bały. Dlatego widząc jego minę, zrobiła dokładnie to co każda dojrzała, poważna kobieta zrobić powinna. Czyli zwyczajnie w świecie wystawiła mu język. A potem… Potem odkryła wszystkie pozostałe poduszki, a jej twarz rozjaśnił paskudny pół-uśmieszek. Lepsze nic jackpot w kasynie.

No dalej co mi zrobisz?! mówiła jej mina.
Nie zamierzała spisywać żadnego paktu pokojowego. Co to to nie.
Wielki i zacny generał Sun Tzu w swojej “Sztuce Wojny” rzekł przed wiekami “osiągnąć sto zwycięstw w stu bitwach nie jest szczytem umiejętności. Szczytem umiejętności jest pokonanie przeciwnika bez walki”,  co w gruncie rzeczy znaczyło, że Sun Tzu najwyraźniej wcale nie był jednak aż tak wielki i aż tak zacny.
Przeciwnika należało zakopać pod poduszkami, aż zacznie błagać o litość. Ale może w starożytnych Chinach mieli inne przyzwyczajenia. Na przykład znali takie słowa jak “empatia” i “humanitarne traktowanie jeńców wojennych”. Nie brała jeńców.

Raz tylko drgnęła bardziej zaskoczona niż przestraszona. Kiedy warknął na skrzata domowego. Dokładnie tego samego, którego ona sama przed chwilą niemal stratowała i spacyfikowała poduszką.
- Przestań się na nim wyżywać! - Burknęła, wracając co prawda do angielskiego, ale mocny akcent urażonej Włoszki pozostał. Lorien Mulciber. Wielka obrończyni uciemiężonych skrzatów domowych. Może za kilkanaście lat ktoś założy tego typu stowarzyszenie? Na razie wystarczyła tylko mała, przekorna baba.
Biedny Suflet nie do końca wiedział co się dzieje, ale ostatecznie uznał, że lepiej brać nogi za pas. Pan kazał się wynosić, to Suflet się wynosił. Jeszcze przezornie zamknął za sobą drzwi.
Lorien natomiast poczuła się w poważnym obowiązku obrony skrzaciego honoru. Albo po prostu czas wydał się szalenie odpowiedni do ataku, zwłaszcza, że na odsiecz przybył Kot, aktualnie śpiący sobie elegancko na stosiku książek.  Zamachnęła się

Rzut na Percepcję (3k)- wycelowanie nieszczęsną poduszką w głupi łeb Mulcibera zanim zdąży dopaść do poduszek na ziemi.
Rzut Z 1d100 - 33
Akcja nieudana

Rzut na AF (0k) - jeśli trafi to jak mocno.
Rzut T 1d100 - 47
Akcja nieudana


Natychmiast uzbroiła się w kolejną, trochę większą żeby w razie czego móc też jej użyć jako tarczy.
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#6
28.06.2025, 16:41  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.06.2025, 16:53 przez Alexander Mulciber.)  
Alexander nie zauważył, że kot, do tej pory wylegujący się pośród poduszek, przeciągnął się leniwie, po czym zaczął przekradać się chyłkiem pomiędzy rozłożonymi na podłodze książkami. Zwierzę zatrzymało się znienacka, aby polizać łapkę. Jedną, a po chwili drugą. Przy czym drugą łapkę kot musiał polizać dwa razy, bo uparte futerko nie chciało się ładnie ułożyć pod kocim języczkiem! No, wreszcie, zdawał się mówić poirytowany zwierzak, który westchnął ciężko, jak gdyby nie istniały na tym świecie gorsze problemy, jak potargane futerko. Zadowolony, podniósł puchaty ogon, zręcznie lawirując pomiędzy rozrzuconymi wokół poduszkami. Zatrzymał się na chwilę, aby obwąchać stare, zachlapane kawą wydanie Prekognicji Proroków, nic nie robiąc sobie z zamieszania, które wybuchło wokół, dopóki nie dotarło do jego kociego łebka, że to nie na niego tak krzyczą. Jak to nie na niego, zastrzygł wąsami kot, przecież to on był najważniejszą osobą w tym zakurzonym domu! Może i spędził pół dnia śpiąc na jednej z poduszek w pokoju Alexandra, ale to nie znaczy, że można po prostu o kocie zapomnieć, co to, to nie! Tylko kot mógł ignorować ludzi, a nie ludzie kota! Niewiele myśląc, zdecydował się więc wpakować Alexandrowi między nogi, a potem może skoczyć do swojej pani, Lorien, na łóżko, i poprosić o podrapanie za uszkiem. Chociaż nie był taki pewny, czy tego chce, skoro pani ignorowała go cały dzień, szlajając się nie wiadomo gdzie. Przecież ona nie była kotem, a tylko koty mogą chodzić swoimi drogami, nieważne, co mruczał pod nosem ten Cygan, który mówił, że Cyganie mają wędrówkę we krwi. On też nie był kotem! Ale podrapał go dzisiaj za uchem, więc kot zapomniał na niego fuknąć. Ale teraz już pamiętał, przypomniał sobie, i fuknął bardzo, bardzo głośno.

– Te avel kado muto maldino! – zaklął po cygańsku Alexander, tuż po tym jak rozłożył się jak długi na podłodze. Rozwalone wszędzie poduszki zamortyzowały upadek, który pozbawił go jednak tchu. Szybko jednak wciągnął powietrze do płuc, gdy nad głową przeleciał mu akurat rzucony przez Lorien powietrzny pocisk. Przeklęty kot, pomyślał gniewnie, sięgając po poduszkę.

Ostatnimi czasy, kot upodobał sobie spanie w pokoju Alexandra, jak gdyby nie miał swojego legowiska w pokoju, który zawsze zajmowała Lorien, goszcząc w Mulciber Manor. A gościła tu często, bo ich ojcowie, połączeni więzami nie tylko przyjaźni, ale i pokrewieństwa, zawsze lubili spędzać razem czas. Adeline Prewett kręciła czasem na te wizyty nosem, ale czy mogło istnieć lepsze, bezpieczniejsze miejsce dla biednej, chorowitej jedynaczki Crouchów aniżeli Mulciber Manor? Miejsce, gdzie mogłaby mieć tyle swobody, co w Yorkshire? Tyle spokoju, pośród szemrzących sennie wrzosowisk? Tyle ożywczego powietrza, czyniącego krzepkim i zdrowym wszystkich, którzy nim oddychali? W myślach Alexandra od dawien dawna był to więc po prostu pokój Lorien. W przeciwieństwie do reszty pokojów gościnnych położony był w bliskim sąsiedztwie jego sypialni. Podobnie jak i w jego sypialni, znaleźć można było tutaj wiele pamiątek z dzieciństwa. Aby zbliżyć się dzisiaj do jej łóżka i złożyć na nim poduszkę z wizerunkiem tego przeklętnika, Roberta, musiał minąć ciężką toaletkę, w której drewnie wyrzeźbiono urokliwe ptaszki, baraszkujące wesoło pośród ukwieconych gałęzi drzew i krzewów. Było to kolejne ze znalezisk jego ojca, który uwielbiał rozpieszczać podobnymi podarunkami wszystkich tych, których kochał. "W domu tatuś sprawi ci pewnie ładniejsze", machał niby to od niechcenia ręką Duncan Mulciber, wstawiając do pokoiku kolejne, specjalnie wyszukane przez niego meble, które, jak sądził, spodobają się małej Lorien. Jak gdyby wyszukując jej prezenty, mógł poczuć to, co nigdy nie było mu dane: miłość córki, której nie miał, a która osłodziłaby dni jego i jego żony swym szczebiotem, zamiast wyfrunąć z rodzinnego gniazda, ledwie rozłożyła skrzydła – tak jak zwykli robić to synowie. Bo chociaż Lorien nie była mu córką, gdy składała na jego szorstkim policzku dziecinne pocałunki, Duncan miał nadzieję, że kiedyś nią zostanie, przez małżeństwo z jednym, czy drugim z jego synów. Nie została ostatecznie panią Mulciber – nie za jego życia – a jednak zawsze była mile widziana przez starego w gmachu rodowej posiadłości. Pamiętała, jak odsuwał na bok popielniczkę, w której dusił cygaro, zawsze otoczony ich dymem, zanim nachylał się, aby przygarnąć ją do piersi, zapytać, jak się czuje jego "ptasia panienka".

Od czasu jego śmierci, Mulciber Manor wydawało się trwać w zawieszeniu, jak gdyby ze śmiercią Duncana zatrzymał się tutaj czas.

Zamieszkaj ze mną, poprosił Lorien ledwie parę dni temu Alexander, sprowadź się do Mulciber Manor. Wróć ze mną do domu. Zaciskał zęby, gdy nazywał to miejsce domem, bo jego korytarze zamieszkiwały już tylko duchy i wspomnienia. A jednak tkwiła w nim jakaś samolubna nadzieja, że zdoła odwlec choć na chwilę jej przemianę, jak gdyby nakręcając na nowo stary zegar po dziadku, naprawdę zdołałby zatrzymać dla Lorien czas. Jak gdyby nie był władcą snów, lecz władcą czasu, który przekręcił się w łóżku na drugi bok, tak jak przekręcają się wskazówki zegara, prosząc jednak nie o czas, a o jeszcze jeden sen. Nieważne, ile ten sen miałby trwać. Jeden rok. Jeden miesiąc. A może nawet jeden dzień. Jedną godzinę.

Zawsze wiedział, że kiedyś nadejdzie ten dzień, że nadejdzie prędzej, niż później. Zatrzymywać ją, byłoby rzeczą okrutną. Ale on przecież jej nie zatrzymywał, on... Zacisnął zęby, kładąc kartkę na łóżku. Może i był okrutny. A może był tylko człowiekiem, który stracił już tak wiele, że nie chciał stracić jeszcze i siostry.

Gdy Alexander przystanął tego wieczoru nad łóżkiem Lorien, nie patrzył więc na złożoną na narzucie poduszkę. Jego wzrok sięgnął dalej, do okna, z którego rozciągał się widok na wrzosowisko. W oddali widać było także wzgórza, na których położony był stary cmentarz. Stał tam grób jego ojca. Stała tam także rzeźba, która miała zwieńczyć grób Lorien, kiedy ta dokona swej przemiany. Oba groby były puste, bo prochy ojca oddał przecież temu samemu wiatru, który miał ponieść na swych skrzydłach Lorien. Oba miały pozostać puste. Puste jak Mulciber Manor, tak puste jak–

Nie takie jednak puste, wydawał się sprzeciwiać kot, który w tym samym momencie otarł mu się o nogi. Alexander zmarszczył brwi. Musiał wyrwać sierściucha z letargu swoim przybyciem. Z jakiegoś powodu, zwierzę zapałało do niego sympatią, która miała jednak pozostać nieodwzajemniona. To wtedy kocisko zdołało wymknąć się z pokoju Lorien, jak zawsze przemykając niezauważone – jak gdyby posiadło szczególną umiejętność przekradania się cichaczem po peryferiach spojrzenia Alexandra – a jednak, gdy wkradło się do jego sypialni, gdzie zasnęło pośród poduszek, Alex nie wygonił kota z pokoju. A potem po prostu o nim zapomniał. Nic dziwnego, że nie zauważył więc sierściucha, o którego się potknął, tracąc równowagę. Kot zaprotestował przeciwko takiemu traktowaniu głośnym fuknięciem, i drapnął pod łóżko, a Alexander po prostu sięgnął po najbliższą poduszkę, próbując podnieść się z podłogi. Wystawiał się na otwarty atak, ale nie dbał o to.

– Miałaś pilnować swojego kota! – warknął.

Rzut na percepcję (czy w ogóle w nią trafi)
Rzut PO 1d100 - 6
Akcja nieudana

Rzut na aktywność fizyczną (jeśli tak, to jak mocno)
Rzut Z 1d100 - 49
Sukces!


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#7
30.06.2025, 09:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.06.2025, 09:25 przez Lorien Mulciber.)  
Czym różniło się Alexowe “Zamieszkaj ze mną. Wróć ze mną do domu.” od jej własnego “Potrzebuję Cię. Tu. Teraz. W tym momencie” ? Wszystkim i niczym. Może dlatego nie zastanawiała się specjalnie długo, wiedząc, że potrzebują się nawzajem bardziej niż zwykle.
Nie mogłaby mu odmówić. Nie. Nie chciała mu odmówić. Nawet jeśli po tylu latach definicja domu rozmyła się w umyśle kobiety owego prawdziwego i własnego domu zwyczajnie pozbawionej.

Czy domem była stara posiadłość otoczona wrzosowiskami? Robert obiecał, że ją zabierze, kiedy zaczną kwitnąć te w Szkocji. I umarł. Jakież to było szalenie niesprawiedliwe. Nie powinien był tego robić. Ale wrzosy kwitnące na wzgórzach w Yorkshire były równie piękne. Znajome.

Czy domem był pokój gościnny ze starą, śliczną toaletką, na której zamiast lalek i kokardek, które tak chętnie nosiła za dziecka, leżała rzucona od niechcenia drogocenna biżuteria i kosmetyki; z szafą, do której nie zdążyła się jeszcze wypakować, więc wciąż była pełna jej młodzieńczych sukienek, podczas gdy szaty od Rosierów, spoczywały nadal bezpiecznie w kufrze; z odchodzącą przy progu tapetą pod którą kiedyś wypisali z Alexandrem starożytne, dziecinne klątwy licząc, że w przyszłości ten dom odkryją archeolodzy jak Ci z opowieści Duncana i zaczną się głowić kim byli potężni uzbrojeni w piekielnie różowy tusz?

Czy domem była Selina Mulciber, z którą zaledwie wczoraj wieczorem siedziała w altanie, gdy ta wyszywała w ciszy kolejne wzory na tamborku. Lorien była obok niej, na ziemi, z policzkiem wtulonym w kolana czarownicy, oglądając jak igła porusza się miarowo w rytm oddechu, a kształty zaczynają nabierać postaci - kwiatów i ptaków. Jak wtedy kiedy była dzieckiem i bawiła się złotymi pierścieniami Seliny, oglądając każdy jeden uważnie jak wprawny kupiec, zakładając je na chude, dziecięce paluszki, kiedy Mulciber czesała jej loki nucąc pod nosem starą piosenkę. Wczoraj nuciła ją Lorien.
- Jestem wiatru narzeczoną, jestem słońca narzeczoną i strumienia narzeczoną, nie bądźże zazdrosny…
Herbata, którą przyszły tu wypić pozostała nietknięta.

Czy może domem był Alexander, który właśnie wyjebał się pięknie na podłogę?
- Avanti! Forza, Gatto! - Zawołała śpiewnie z właściwą dla siebie wręcz dziecinnie sadystyczną radością obserwując jak jej brat pada jak długi na poduszki. Przechyliła głowę, a potem… Potem się zaśmiała. Ciepło. Śmiechem, jaki tak rzadko dało się usłyszeć, bo przypominał ludziom słowiczy trel. W emocjach Lorien kryła się jej klątwa. Każda jedna nieludzka przywara, każde drgnięcie, przekrzywienie głowy. Tak łatwo było zapomnieć, że była człowiekiem. Tak łatwo, że chyba czasami pamiętał o tym tylko kot.
- Mój Kot się sam pilnuje.- Stwierdziła, punktując jakże prosty fakt, że Kot nie potrzebował jej do szczęścia. Nie potrzebował też Alexandra. Ona zaś potrzebowała najwyraźniej ich oboje, choć za nic by tego na głos nie przyznała. Bo kot był tylko kotem, który spędził całe swoje kocie życie w słonecznym Lourmarin, żeby potem odkryć, że w ramionach tej drobnej czarownicy było mu równie dobrze, choć w nocy tuliła mokre policzki do jego futerka, ale jakoś wcale nie chciał odtrącać jej łapką. Kocie dni wypełniały typowe kocie zabawy i ważne kocie sprawy. Nieważne czy w starym domu, gdzie schody były strasznie krzywe (nawet kot o tym wiedział); czy w domu z ogromnym ogrodem i sadzawką, do której raz czy dwa nieomal kot wpadł, bo gonił za motylami i myszami; czy nawet tutaj - w domu, który Kot znał co prawda najmniej, ale Cygana najlepiej ze wszystkich Panów, którzy towarzyszyli jego Pani przez ostatnie tygodnie. Ludzie nie powinni tyle wędrować, bo to strasznie kota męczyło!

Wycelowana w nią (wyjątkowo zresztą ładna) poduszka śmignęła gdzieś bokiem, co utwierdziło Lorien w przekonaniu, że jej przeciwnik słabnie, a ona sama zostanie niekwestionowaną zwyciężczynią.
- Poddaj się i błagaj o przebaczenie.- Zadarła nos, spoglądając na Alexandra z łóżka niczym poduszkowa baronessa, spoglądająca na wieśniaka.
Nie żeby to miało jakkolwiek pomóc, ale w takiego klęczącego i proszącego o łaskę przed jednoosobowym sądem łatwiej byłoby wycelować. Na razie jednak nie zapowiadało się na rychłe zawieszenie broni, więc po prostu cisnęła w niego kolejną poduszką, którą miała na podorędziu.

Rzut na trafienie - 3k Percepcja
Rzut Z 1d100 - 42
Slaby sukces...


Rzut na mocarność ataku - jeśli trafi - 0k AF
Rzut T 1d100 - 35
Akcja nieudana
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#8
20.07.2025, 15:16  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.07.2025, 15:44 przez Alexander Mulciber.)  
Alexander Mulciber od dawna nie miał miejsca, które nazwałby domem. Powtarzał, że przeznaczeniem jego ludu, ludu jego matki, jest wieczna wędrówka, ale prawda była taka, że nawet wędrowne ptaki wiły sobie gniazda. Bo kiedyś chciał mieć dom. Wyśnił go sobie. Dom o białych ścianach, pod którym rosłyby pomarańcze, dom blisko wybrzeża. Czasem, gdy deszcz bębnił o dach, a wiatr hulał na dworze – budząc go zbyt wcześnie, żeby wstać, a zbyt późno, żeby zacząć śnić kolejny sen – nie otwierał oczu, tylko wyobrażał sobie, że to szum wzburzonego morza za oknami wdziera się do jego snu. Nikomu nigdy nie powiedział o tym śnie. Ale dzisiaj, gdy przyśnił mu się po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, wstał, i wciąż jeszcze ze snem pod powiekami, wyjrzał przez okno.

Zamiast morza zobaczył jednak wrzosowisko.

Stojące pośród wrzosowisk Mulciber Manor było jego domeną, jego domem, ale w tym domu nikt nigdy nie był wolny. Ściany przygniatały, napierając ciężarem cegalnych murów, a może po prostu ciężarem wspomnień. Portrety przodków uwięzionych w mosiężnych ramach szemrały między sobą sennie, niemrawe jak pijane jemiołuszki: pijane nie owocami starej, skarłowaciałej jarzębiny rosnącej pod oknem jego sypialni, a przefermentowanymi snami. W tym miejscu czas nie płynął liniowo. W tym miejscu wszystko działo się w tym samym czasie. Przeszłość splatała się z teraźniejszością, a przyszłość... Przyszłość dawno już zapisano w ogniu. Płomienie paleniska zdawały się szeptać proroctwa, odbijając się w oczach jego matki niezdrową łuną. Taka sama łuna biła jeszcze kilka dni temu nad trawionym przez pożar mieszkaniem, które wynajmował od tak wielu lat. Alexander usłyszał kiedyś historię o proroku, który tak bardzo bał się tego, co przepowiadał, że osiwiał, po tym jak jednej nocy otrzymał wizję swej śmierci. Jedna noc postarzyła go o kilkadziesiąt lat, uczyniwszy młodzieńca starcem. Alexander nie był starcem, ale zastanawiał się czy jedna noc mogłaby uczynić go na nowo młodzieńcem. W końcu Spalona Noc zabrała mu wszystko. Czternaście lat wymazane z życiorysu w jedną noc. Nie wymazane, zdecydował, wciąż pozostał po nich popiół, którym posypał sobie głowę. Ale przecież nie żałował. Nie było czego żałować. Wszystko wydarzyło się dokładnie tak, jak miało się wydarzyć. Alexander o tym wiedział. Alex o to wszystko nie dbał. Chciał tylko wrócić do domu. Chciał poczuć się bezpiecznie, choćby tylko przez chwilę. Nie chciał nawet śnić. Chciał tylko spać. Przez ostatnie dni pogrążył się w wirze obowiązków, wszystkie wymagające jego obecności, jego uwagi, bo wierzył, że to na jego barkach leży odpowiedzialność za rodzinę, za ród. Wierzył, że musi zadbać o wszystkich. Wejście w tę rolę przyszło mu z zaskakującą wręcz łatwością. Tak samo łatwo przyszło mu nazwanie Mulciber Manor domem w liście do Lorien.

"Kiedy przyjdziesz", pisała mu potem, "przynieś mi coś, co nie pachnie popiołem". Przyniósł jej wrzosy. Nie te fioletowe, tylko te czerwone, które nie rosły w wielu miejscach. Lubił te krwawe łany, przypominające mu zabarwione krwią wody Skamandra, przez które kroczył w Illiadzie Achilles, sławny ze swego gniewu. Parę wrzosowych łodyżek wciąż leżało na szafce przy łóżku. Podarunek wydawał mu się właściwym, zwłaszcza, że zawsze lubiła wrzosowiska otaczające dom. A przecież zabrał ją do domu.

Potrzeba posiadania domu nie była wyłącznie kobiecą potrzebą, nieważne, jak wiele razy by nie kłamał, że jako mężczyzna nie potrafiłby tej potrzeby zrozumieć. Nie pytaj, gdzie mieszkam, głosiło stare cygańskie przysłowie, posłuchaj, gdzie się śmieję. Alexander poczuł ulgę, gdy usłyszał śmiech Lorien. Śmiech podobny do krzyku ptaka, ścigającego się z wiatrem, ptaka, który wyleciał z gniazda, siłując się z pędem powietrza, aby nacieszyć się wolnością. Gdzie był dom Lorien? Ptaki wiły wiele gniazd, ale Alexander był wdzięczny, że ten jeden ptak uwił sobie gniazdo w jego sercu. Śmiech Lorien dla wielu pozostawał bolesnym przypomnieniem o krążącym w jej żyłach przekleństwie. Dla niego, śmiech Lorien był po prostu śmiechem. Chciał schwycić go w dłonie, jak dzikiego ptaka, pomóc mu wzbić się wyżej, hen pod niebo. Niechby poniósł się echem pośród wrzosowisk!  Jak wtedy, gdy Alexander wpakował się w błoto, które sięgało mu aż po kolana, a jej... Jeszcze wyżej, bo Alex oczywiście, pociągnął Lorien za sobą.

Zawsze taka była. Uparta, panoszyła się tam, gdzie jej nie chciał, wparowywała mu do pokoju, gdy wolał ukryć się przed gośćmi, pogrążony w czytaniu nowej książki, śmiała mu się w twarz, pewna siebie, a potem piszczała, "Alex, pomóż!", gdy jakiś pająk wlazł jej znowu do pokoju. Wtedy nie potrafił jej odmówić, teraz nie potrafił nie rozpogodzić się na moment, gdy zbierał się z podłogi, próbując osłonić przed atakiem. Na wezwanie do kapitulacji, sam zaniósł się bowiem śmiechem.

– Nigdy! – zakrzyknął, zasłoniwszy się haftowaną poduszką niczym tarczą herbową, a chociaż nie zdołał uniknąć ciosu, zdołał jednak wyhamować jego impet. Posłana w stronę poduszka Alexandra poduszka uderzyła go w pierś, opadłszy na podłogę z cichym plaśnięciem. Jeżeli Lorien tyle samo siły wkładała w uderzanie sędziowskim młoteczkiem o pulpit, to nic dziwnego, że liberałowie mieli większość w Wizengamocie! Prychnął triumfalnie, przewidując, że jego przeciwnik słabnie, wcale podobny w tym swoim prychnięciu do kota, który pewnie wciąż czaił się gdzieś pod łóżkiem, obrażony.

– Myślisz, że ty tu dyktujesz warunki? – zawołał, wymierzywszy w nią oskarżycielsko poduchą, którą wcześniej wykorzystał, aby osłonić się przed atakiem. – Zadecyduje próba walki. Sędziowski immunitet na nic ci się tutaj nie przyda! – Nie patrzac nawet, cisnął w Lorien poduchą, pochylając się, aby szybko zgarnąć z podłogi kolejną.

Rzut na percepcję (czy w ogóle w nią trafi)
Rzut PO 1d100 - 59
Sukces!

Rzut na aktywność fizyczną (jeśli tak, to jak mocno)
Rzut Z 1d100 - 97
Sukces!


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#9
24.07.2025, 10:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.07.2025, 10:35 przez Lorien Mulciber.)  
To mógł być jej dom. Jej wrzosowiska. Jej wzgórze z cmentarzem, którego  status prawny był tak irracjonalnie niejasny, że przezornie nazywano go po prostu "prywatno-publicznym cmentarzem Mulciberów". Pamiętała jak ktoś zażartował, że można tu wynająć metr kwadratowy za 2 sykle. To brzmiało jak uczciwa cena.

"Mogłabym tak żyć."- Powiedziała mu całkiem niedawno, mówiąc o innej przestrzeni, zupełnie innym niebie. Chciałabym tak żyć. Nie przeszło jej przez gardło. Z daleka od rodziny, przyjaciół, otoczeni ściskającą za serca biedą i obowiązkami nie należącymi do ich klasy - to nie był ich świat. Mogli udawać, że zgiełk taboru brzmiał sercu milej niż cisza Ministerialnych korytarzy Departamentu Tajemnic i Sal Wizengamotu. Oszukiwaliby się. Tęskniliby każdego dnia.
Więc wrócili.
Ale nawet tutaj nie mogła spać. Koszmary powracały każdej nocy, uparcie przypominając kobiecie o każdej poniesionej stracie i winie ciążącej jej na duszy jak niewykonany wyrok. Budziła się z krzykiem, rozcierając łzy na policzkach; wcierając je tak mocno, by nikt ich nie zobaczył. Bo przecież Lorien Mulciber nie płakała. Nie bała się. Była ponad przyziemnymi emocjami, które dyktowały czy przeżyje kolejny dzień w tym ciele. Nawet jeśli nocą nie wiedziała gdzie jest - czy w Rumunii, Szkocji, Francji.
Wczoraj  znów nie dała rady zasnąć. Nawet eliksir nie pomógł. Więc robiła to co zawsze - snuła się tak długo aż dotarła do galerii obrazów. Zwykle nie wchodziła do środka - nie chciała zaburzać snu przodków. To było niesprawiedliwe - oni mogli już śnić. Pokolenia Mulciberów zamknięte w swoich ramach. To był prawdziwy cmentarz - jedyny jaki miał znaczenie dla ich rodziny. Drzewo genealogiczne rodziny, która lubiła określać się mianem władców snu. Tylko Duncan był przytomny. Tak jak ona.
"Zio, myślisz, że jestem złym człowiekiem?" Zapytała starego Mulcibera, szukając wzrokiem miejsca na ścianie, gdzie powinien wisieć portret jej męża. Odpowiednio blisko tego należącego do Francisa. Ale miejsce na ścianie było puste. Nie było dla Roberta miejsca w rodzinnej galerii. Skoro odebrał jej marny wdowi grosz - odebrała mu coś o wiele cenniejszego. Pamięć. Duncan jedynie się zaśmiał. I przez moment nawet Lorien poczuła, że mimo wszystko jest w domu. Nareszcie. Więc opowiedziała wujowi o wszystkim. O tym jak ją Alexander zabrał z Munga i przyniósł jej wrzosy. O pożarach i spalonej kamieniczce przy Regent’s Canal. O pogrzebie Roberta. O kocie i miesiącu miodowym w Lourmarin. O Lammas. O tej okropnej kamienicy w Londynie. O Szkocji i zamknięciu. O wszystkim tym co wracało do niej nocami. A Duncan słuchał. Może dlatego, że nie mógł uciec z ram, a może dlatego że zwyczajnie chciał wysłuchać jej historii.
W tym jednym nie różnił się zbyt od swojego młodszego syna. Obaj mieli słabość do opowieści szeptanych nocami przez narzeczone wiatru i księżyca.

Alex zawsze taki był.
Nerd, z nosem wiecznie w książkach; uciekał do pokoju, kiedy ją gnębiły stare ciotki ględzące szeptem scenicznym, że na taką skórę i kości to się nawet pies nie pokusi co dopiero panicz Mulciber, śmiał się, wsadzał wszystko na najwyższe półki, których nie mogła dosięgnąć, a potem przemycał pająki pod drzwi, wiedząc doskonale, że tego właśnie się boi. Wtedy musiała się odbrazić, poprosić, zmięknąć. I zapominała, o co się właściwie złościła.
– Nigdy! – krzyknął, zasłaniając się poduszką z takim rozmachem, jakby była co najmniej tarczą z ich rodowym herbem, a nie tekstylnym cudactwem, który wyglądał, jakby wyszedł spod ręki wyjątkowo znudzonej pensjonarki.
Lubiła kiedy się śmiał, bo Alexander śmiał się tak rzadko, że bała się… że po prostu zapomni jak wtedy brzmi. Śmiech nie pasował do jego ciała, nie kleił się do tego ciężkiego, zmęczonego spojrzenia, do kącików ust ściągniętych w grymasie znużenia światem. Lubiła, kiedy się śmiał, bo to był jedyny moment, gdy mogła być absolutnie pewna, że jeszcze go nie straciła. Lubiła - bo gdzieś w sercu miała tą parszywą, zazdrosną nadzieję, że kiedy ona zniknie, zabierze ten śmiech ze sobą. Że nie zostanie tu dla kogoś innego. Że nie będzie śmiał się już tak do nikogo, z nikim, przy nikim.
Jego śmiech był jej.
Naiwnym byłoby jednak sądzić, że przeciwnik słabł. Albo co gorsza zmiękł rozczulony. Co to, to nie. Z immunitetem czy bez, Lorien po prostu musiała wziąć odrobinę głębszy wdech. Jeden czy dwa. Ale wszelkie braki siłowe nadrabiała absurdalnym wręcz uporem i świętym przekonaniem, że wojnę poduszkową może wygrać. Jej strategia była prosta: pozostać na wyższej pozycji. Fizycznie i psychicznie. Z łóżka miała lepszy zasięg. Lepszy dostęp do poduszek. Lepszy widok na jego minę – a każda drobna zmarszczka frustracji była dla niej maleńkim zwycięstwem.

Sięgnęła po kolejną poduszkę - starego jaśka z absurdalnie krzywym haftem krzyżykowym. Co za paskudztwo. Pomyślała w pierwszej chwili - tylko po to, żeby w drugiej uświadomić sobie, że to jest jej paskudztwo. Ten jeden raz, kiedy próbowała być prawdziwą panienką i nauczyć się ślicznie haftować. Nie dość, że się strasznie pokuła, to szybko się okazało, że całe to rzemiosło nie jest dla niej. Krzywe coś co miało być ślicznym psem łypnęło na nią jednym o wiele za dużym w stosunku do drugiego okiem. I to był błąd. Straciła czujność, a Alexander chyba mocno wziął sobie do serca, że walczą na śmierć, nie na niewolę, bo cisnął w nią poduszką wręcz nieprzepisowo mocno. Widząc to, w ostatniej chwili Lorien wykonała najbardziej taktyczny manewr o jakim pomyślała. Przeturlała się na bok, dość rozpaczliwie próbując się odsunąć. A że pisnęła przy tym przesadnie dramatycznie - oj tam! Każdemu może się zdarzyć!

Rzut na AF (0k) czy uda jej się mimo wszystko uniknąć nadlatującej morderczej poduszki.
Rzut T 1d100 - 13
Akcja nieudana


... A czy przy okazji zjebie się z łóżka?
Rzut TakNie 1d2 - 2
Nie


- Ouch.- Wydała z siebie głośny jęk, kiedy poduszka trafiła z pełnym impetem. A potem padła na plecy, na szczęście tylko jedną nogą zwisając z łóżka. Dyndanie na samej krawędzi nie było najbezpieczniejsze, ale lepsze takie dyndanie niż upadek z hukiem na podłogę, prawda?
No nie do końca prawda. Bo teraz naraziła się na kolejny atak. Profilaktycznie przytuliła do siebie starego jaśka z krzywym haftowanym psem i zacisnęła powieki. A niech się dzieje wola nieba!
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#10
29.07.2025, 21:20  ✶  
Dom Duchów. Tak nazywali Mulciber Manor potomkowie tych, których ręce wzniosły dumne niegdyś domostwo. Alexander nigdy nie lubił tego określenia. A jednak, gdy wstawał czasem w środku nocy – gdy wychodził z domu, aby zapalić, albo po prostu przejść się po zaniedbanym ogrodzie – gdy spotykał swoją matkę, która snuła się po obejściu jak gdyby w półśnie, czasem mimowolnie obracał w myślach te słowa. Dom Duchów. Być może wszyscy byli duchami. On. Jego matka. Lorien. Zabobonni mugole z Bradford gadali, że posiadłość na wzgórzach jest nawiedzona, gadali, że po otaczających ją wrzosowiskach przechadzać lubi się sam diabeł... Niewielu zapuszczało się przez to na stare trakty pośród wrzosowisk. Za bardzo bali się tego, co tam straszyło.

Alex się nie bał, bo w dłoni ściskał różdżkę. Zgarnął ją z szafki stojącej przy łóżku w tej samej chwili, w której posłyszał krzyk, spięty i w stanie pełnej gotowości, choć przecież pora była późna.

Zastygł w drzwiach swojej sypialni, gdy uświadomił sobie, że krzyk dochodził z pokoju obok.

Lorien znowu miała koszmary.

Powinien tam pójść. Obudzić ją.

Tak łatwo byłoby przecież ją objąć. Odgarnąć włosy z twarzy. Otrzeć łzy, o ile wciąż jeszcze potrafiła płakać. Otoczyć ją ramieniem, i wyszeptać uspokajająco na ucho, to, co szeptali uśpieni w galerii portretów Mulciberowie. Pomyśl, że to sen, mógłby wyszeptać, całując jej czoło. To tylko sen, Lorien.

Nie zrobił tego.

Od czasu tamtej rozmowy w łazience bał się, że będzie jednym ze złych duchów, który czyha na nią w snach. Że gdy go zobaczy, nie uspokoi się, tylko zacznie krzyczeć bardziej. Już nie jak wtedy, w dzieciństwie, gdy krzyczała, obrażona, żeby nie właził bez pozwolenia do jej pokoju. Wtedy śmiał się się tylko, jak arogancki gówniarz, którym zawsze przecież był. Drwił przez zatrzaśnięte mu przed nosem drzwi, że jej pokój jest jego pokojem, bo Mulciber Manor jest jego ojca, a więc jest jego. W swym dziecięcym przeświadczeniu wierzył bowiem, że Mulciber Manor zawsze będzie jego. Więc gdy podrośli, a Lorien wyciągała na wierzch swoje śmieszne pretensje wobec jego starszego brata – z drwiącym uśmiechem powtarzając, że gdy zostanie żoną Donalda, Mulciber Manor będzie nie jego, tylko jej własnością – Alexander tylko patrzył na nią pogardliwie. Nie rozumiała, że Donald nienawidził rodzinnego domu, że nienawidził go bardziej nawet niż nienawidził Alexandra. Nie miała brata, więc nie rozumiała, jak to jest. Niektórych rzeczy nie dane jej było nigdy zrozumieć. Nie chciał, żeby zrozumiała. Nie był aż tak okrutny. Pamiętał, jak pierwszy raz odszedł od niej bez słowa. Krzyknęła za nim. A może nie krzyknęła. Może pamięć go zwodziła. Nie byłby to przecież pierwszy raz. Zbyt wiele wizji, zbyt wiele wspomnień. Przeszłość. Przyszłość. Teraźniejszość.

Nie spał. Nasłuchiwał. Opierał się czołem o zamknięte drzwi sypialni Lorien, zza których dobiegł go przed chwilą jej zduszony krzyk. Zgarbił się, słysząc jak zaczyna płakać, przymknął z westchnieniem oczy, gdy nawet i płacz przycichł.

Było tak wiele rzeczy w Lorien Mulciber, których nie dane mu było nigdy zrozumieć.

Powinien tam pójść. Obudzić ją.

A jednak bał się, że widząc jego postać w otwartych na oścież drzwiach, pomyślałaby, że zamiast przebudzić się z jednego koszmaru, obudziła się w drugim. Jak zresztą miałby ją pocieszyć? Jak miałby pocieszyć kobietę, która straciła dziecko w łonie, skoro sam miał na rękach krew czyichś dzieci, i krew czyichś matek? Co on mógł wiedzieć o jej bólu? O żalu, jaki wciąż czuła?

Alexander Mulciber niczego nie żałował. Nie żałował, bo na żal było już za późno.

– Zaraz spierdolisz się z łóżka, i znowu się spłaczesz, że to moja wina – stwierdził zrzędliwie, podchodząc do Lorien z wzniesioną w niewypowiedzianej groźbie poduszką z twarzą Roberta, którą na powrót zgarnął z podłogi. Rozpogodził się nieco, zadowolony, że jego przeciwniczka zaczynała akceptować nieuchronność swej porażki... A może to widok starej, ozdobnej poduszki, którą wykorzystywała, aby osłonić się przed nadchodzącym ciosem, wydobyła z kącika ust Alexandra uśmiech. Lata temu wyhaftowała mu na niej psa. Nie byle jakiego psa. Sam go odchował, szczenię pochodzące z miotu ulubionej z suk jego ojca, przywiązane do Alexa tak mocno, że nie chciało odstępować chłopaka choćby na krok. Nie radził sobie z ludźmi, ale radził sobie z psami. Pozwalał im wskakiwać sobie na plecy, tarmosił za uszy i śmiał się, gdy lizały go po twarzy. Swojego psa nazwał na cześć słynnego astronoma. Dał mu na imię Kopernik, bo miał oczy jak gwiazdy. Od urodzenia był ślepy. Nigdy nie przeszkadzało mu to jednak szaleć razem z innymi psami, przynajmniej dopóki nie zachorował na jakieś psie choróbsko. Musieli go uśpić, żeby nie cierpiał. Alexowi było smutno z tego powodu. Kopernik był dobrym psem. Łagodnym. Nawet Lorien się go nie bała, chociaż w obecności innych psów często widział jej wahanie, napięcie w swobodnej zwykle postawie. Ucieszył się z prezentu, bo według niego poduszka była piękna. Przypominała mu o straconym przyjacielu. To było trochę tak, jak gdyby Kopernik dostał swój portret w galerii Mulciberów.

– Wymiana – zadecydował, wiedząc, że to on rozdaje tutaj karty. Wyciągnął w stronę Lorien poduszkę. – Oddaj mi Kopernika, którego trzymasz w okupie, a ja w zamian oddam ci R... – Alexander zmarszczył brwi. – Ro... – zaczął, ale coś związało mu język. Zdarzało mu się czasem zakaszleć, bo nawdychał się jednak popiołu podczas pożarów, ale teraz nic nie wydawało się dusić go w gardle. Odchrząknął. – Oddaj mi psa, a weź Ro... – Roberta, do kurwy, Roberta! Z jakiegoś powodu nie był w stanie wypowiedzieć jego imienia na głos. Język stawał mu wtedy kołkiem, a on nie mógł wykrztusić choćby słowa. Zaklął cicho po romsku. Ze złością zdzielił lekko leżącą na łóżku Lorien poduchą, na której nadrukowany został wizerunek jej żałosnego męża, łowcy spadków z bożej łaski, jebanego Rob... No kurwa mać! – Zabieraj swój prezent z zaświatów, zanim zakopię go na cmentarzu pod pomnikiem, tam gdzie jego miejsce – warknął, trzymając poduszkę tuż nad jej twarzą.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (4966), Lorien Mulciber (3763)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa