• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[13.09.1972] Got a secret, can you keep it? | Geraldine & Benjy

[13.09.1972] Got a secret, can you keep it? | Geraldine & Benjy
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#1
04.08.2025, 22:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 17:53 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic IV
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

13.09.1972, Exmoor

Zbliżało się południe. Geraldine opuściła oranżerię, nieco zamyślona. Spodziewała się, że najbliższy czas będzie dla niej dość trudny, ale nie sądziła, że, aż tak bardzo. Nie była osobą, która potrafiła planować, nie miała szczególnych oczekiwań, nigdy tak naprawdę o tym nie myślała, a teraz miała ledwie kilka dni, aby się określić. Nieco panikowała - nie było to dla niej typowe, ale sama sytuacja również nie należała do typowych. Musiała się z tym oswoić. Zresztą wszystko wydarzyło się szybko, nie, aby uważała to za coś złego, cieszyła się z tego, że niedługo w końcu miała zostać żoną mężczyzny z którym chciała połączyć swoje życie na zawsze, tyle, że ta cała otoczka była nieco przerażająca. Kto by pomyślał, że łowczyni potworów może się stresować czymś takim?

Chcąc nieco rozładować tę energię, która powoli się w niej gromadziła udała się w stronę tarasu. Musiała spalić fajkę, albo dwie, najlepiej tak właściwie pięć, żeby zacząć układać sobie w głowie jakiś plan. Musiała udać się do rodziców, do Snowdonii i wspomnieć im o tych zmianach, które miały wydarzyć się w jej życiu. Nie sądziła, żeby mieli coś przeciwko, bo przecież już dawno przekroczyła granicę, kiedy panny powinny wychodzić za mąż, mimo wszystko spodziewała się, że będzie ją to kosztowało nieco nerwów. Znała swoją matkę i wiedziała, że na pewno będzie miała swoją własną wizję tego wszystkiego. Niby umiała z nią walczyć, jednak tutaj czasu nie było zbyt wiele i czuła, że to może nieco utrudnić sytuację. Miała szczęście, że była też Ursula, która może nieco zahamuje jej zapędy, z drugiej strony nie mogła mieć pewności, że się nie dogadają, one dwie przeciwko niej? Nie miała z nimi najmniejszych szans. Tego była pewna.

Szła całkiem szybkim tempem, jak to miała w zwyczaju, jej ruchy były pewne, w końcu znalazła się na zewnątrz. Odetchnęła głęboko świeżym, dosyć chłodnym powietrzem, tego potrzebowała. Nieco zakręciło się jej w głowie, miała wrażenie, że stało się to któryś raz w tym tygodniu, jednak łączyła to raczej z pożarami, bo przecież wszyscy nawdychali się wtedy tego okropnego dymu. Oparła się o ścianę, wsadziła sobie szluga do ust, po czym odpaliła go swoją mugolską zapalniczką. Zaciągnęła się dymem i przymknęła oczy, uspokajała oddech, robiło się całkiem miło i przyjemnie, jeszcze chwila, a wszystko będzie wydawało się bardzo proste. Czas płynął w końcu szybko, nim się obejrzy będą mieli to za sobą. Może faktycznie nie było to takie głupie, że postanowili załatwić tę oficjalną część tak szybko? Wszystko miało swoje plusy. Nie wpadła na to, że faktycznie ludzie będą mogli nieco plotkować na temat spontaniczności ich decyzji, to co dla niej wydawało się być najbardziej oczywistą rzeczą na świecie, dla innych mogło być kontrowersyjne, nie, żeby szczególnie się tym przejmowała, ale miała gdzieś z tyłu głowy słowa Ursuli. Nie chodziło tylko o nich i powinni o tym pamiętać.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
05.08.2025, 13:33  ✶  
Było w okolicach południa, a ja dopiero co podniosłem się z łóżka. Noc była długa - nie tylko ze względu na to, że siedziałem niemal do rana, ale też przez ilość alkoholu, jaką zdążyłem w siebie wlać. Mimo wszystko obiecałem, że dziś ruszę do Londynu i wezmę to zlecenie. Nie miałem więc za bardzo jak się wykręcić, chociaż o jedenastej rano, leżąc twarzą do poduszki, naprawdę tego żałowałem. Zebrałem się jakoś i spakowałem wszystko, co miałem zabrać - torba stała już gotowa w holu rezydencji, a ja, półprzytomny, ruszyłem do kuchni w nadziei na kawę. Wciąż lekko ćmiła mnie głowa, niezbyt dramatycznie, raczej jak echo własnych decyzji z poprzedniego dnia. Głupi ból - tępy, nieprzyjemny, ale zasłużony. Powiedziałem jednak, że się stawię, przyjmuję zlecenie, będę w Londynie, gotowy do działania z klątwą, więc zamierzałem dotrzymać słowa. Cokolwiek to miało być - na razie potrzebowałem kawy. Kawy i papierosa. Bez tego nawet nie próbowałem się oszukiwać, że będę w stanie funkcjonować.
Powlokłem się do kuchni z nadzieją, że w spokoju wypiję poranny napój trzeźwiący. Niestety, skrzaty najwyraźniej miały dziś zapał do życia i robienia hałasu proporcjonalnego do mojego bólu głowy, więc po pierwszym łyku kawy odwróciłem się na pięcie i wyszedłem z kubkiem na taras, na którym spodziewałem się nie słyszeć żadnych głośnych dźwięków. Na zewnątrz było chłodno, ale to był właściwy rodzaj porannego zimna - ten, który nie pozwalał człowiekowi zapaść z powrotem w sen. Przetarłem twarz dłonią, nie do końca pewien, czy bardziej próbowałem się dobudzić, czy po prostu zetrzeć z niej resztki wieczoru, którego szczegóły już i tak zaczynały się zacierać. Chłodne powietrze uderzało we mnie przyjemnie - trochę jakby ktoś chlusnął mi zimną wodą na głowę. Miałem przy sobie paczkę fajek, kawa parowała w kubku, a ja myślałem tylko o tym, żeby zapalić i w końcu przestać czuć się jak wrak człowieka.
Nie od razu ją zlokalizowałem. Przez pierwsze kilka sekund skupiałem się wyłącznie na sobie, nawet jeśli miałem świadomość, że nie jestem sam. Geraldine. Stała cicho, jakby też dopiero zbierała myśli, może próbowała złożyć noc w coś bardziej zrozumiałego. Nie odezwałem się bez potrzeby - nie czułem się w obowiązku mówić jej „dzień dobry”, szczególnie, że gdyby to był dobry dzień, nadal leżałbym w łóżku... I to nie sam. No, cóż. Odstawiłem kubek na niski stolik - uważnie, niemal ceremonialnie, by nic nie rozlać - potem sięgnąłem po papierosa i klepnąłem się po kieszeniach kurtki. Raz. Drugi. Cholera. Przeszukałem jedną kieszeń, potem drugą, potem wewnętrzną po stronie, w której zazwyczaj nosiłem notatnik, a teraz miałem tam upchnięte jakieś papiery, ale nic z tego. Westchnąłem cicho i uniosłem wzrok w jej stronę.
- Masz ogień? - Zapytałem w końcu, spoglądając na nią spod lekko zmrużonych powiek - to było pytanie retoryczne - jasne, że miała, skoro paliła, ale niekoniecznie mogła chcieć użyczyć zapalniczki.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#3
05.08.2025, 14:30  ✶  

Yaxley nie miała się dokąd spieszyć, może, a szkoda. Dużo łatwiej byłoby jej ułożyć sobie wszystko w głowie, gdyby się czymś zajęła. Tak się jednak niefortunnie złożyło, że żadne sprawy nie były na tyle naglące, aby musiała się w nie zaangażować. No, poza ślubem, który przecież miał się odbyć za jakieś półtora tygodnia. Jeszcze wczoraj nie wpadłaby na to, że takie zmiany mogą się wydarzyć w jej życiu, w tak krótkim czasie. Powinna się spodziewać niespodziewanego. Cóż, oczywiście, że przyjmowała taką możliwość, zwłaszcza, że wiedziała, że skoro już dotarło do nich, że tak właściwie w ich przypadku nie istnieje inna opcja, to prędzej, czy później musieli zrobić to oficjalnie. Nie obawiała się tego, przeżyli razem wiele lat, jednak sama sytuacja była dość mocno przytłaczająca dla kogoś takiego jak ona. Nie ma się co oszukiwać, Yaxley nie była osobą, która przez lata wizualizowała sobie swój własny ślub, nie miała żadnych oczekiwań, istotne było to, że miała się związać z osobą, która znaczyła dla niej najwięcej na tym świecie. Tyle, że w ich przypadku to nie wystarczało, musieli zająć się tą całą szopką, bo należeli do takiego, a nie innego świata. Jakoś to przetrawi, jakoś sobie z tym poradzą, bo przecież radzili sobie ze wszystkim, czyż nie. Musiała tylko odpowiednio się nastawić, a wszystko samo się ułoży, no na pewno nie samo, ale mieli sporo szczęścia, że otaczali się osobami, które będą skłonne im pomóc.

Wyjątkowo nie usłyszała kroków. Nie skupiała się na otoczeniu, a na swoich myślach, chociaż nie zdarzało jej się to często. Raczej zawsze była czujna, spodziewała się zagrożenia, nawet w miejscach, w których powinna czuć się bezpiecznie. Łowcy już tak mieli. Tym razem jednak było inaczej, zresztą Benjy potrafił pojawiać się znikąd, jakby cienie chciały ukrywać go przed światem. Nie sądziła, żeby korzystał z tych umiejętności w tym miejscu, pamiętała jednak o tym, że potrafi się skradać jak nikt inny.

Przeniosła wzrok w jego stronę dopiero kiedy się do niej odezwał. Nie czuła, żeby ją na czymś przyłapał, chociaż przerwał jej krótką chwilę samotności. Nie spodziewała się ciepłego przywitania, nie byli w końcu sobie bliscy i tak wydawało jej się, że powoli zaczęli jakoś się dogadywać, no przynajmniej nie mieli ochoty rzucać się na siebie z pięściami.

- Mam. - To było całkiem jasne, bo dopalała właśnie swojego fajka. Sięgnęła do kieszeni koszuli i wyciągnęła z niej swoją zapalniczkę. Wyciągnęła dłoń, by mu ją przekazać. Nie sądziła, że pytał się ją o to bez przyczyny.

Jako, że sama dopalała już papierosa, zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu popielniczki, dostrzegła ją na stoliku, więc skierowała się w tamtym kierunku. Znowu zakręciło się jej w głowie. Cholera, nie wypiła wczoraj tak dużo, żeby mieć kaca, nie potknęła się, dość szybko złapała równowagę, jednak czuła, że coś jest nie tak. Liczyła na to, że Benjy tego nie zauważył, wolała nie pokazywać nikomu, że nie jest w najlepszej formie, mogły to też spowodować emocje, bo przecież sporo się działo.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
05.08.2025, 17:12  ✶  
Przyjąłem zapalniczkę bez słowa, ale kiedy moje palce musnęły chłodny metal, na chwilę stykając się z palcami Geraldine, spojrzenie samo powędrowało niżej. Na pierwszy rzut oka błysk był subtelny - nie narzucający się, ale zdradzający dobrą jakość kamienia. Dopiero przy drugim spojrzeniu dostrzegłem oprawę - smukłą, elegancką. Bez najmniejszej wątpliwości, mój wzrok padł na coś nowego - na jej dłoni połyskiwał pierścionek, i to nie byle jaki... Nie dało się tego pomylić z ozdobą noszoną dla kaprysu czy stylu. Pierścionek na serdecznym palcu aż nazbyt jednoznacznie sugerował, że ktoś uznał ją za swoją przyszłą żonę. Widziałem już w życiu wystarczająco dużo biżuterii zaręczynowej, by rozpoznać jedną z nich bez najmniejszego wahania. Nie miałem, co do tego wątpliwości, a że była tu tylko jedna osoba mogąca wyrazić chęć, by to zrobić...
Cóż. Nie odwróciłem wzroku, nie siliłem się też na dyskrecję, przeciwnie - spojrzałem wprost na rękę Yaxley, bez słowa, nie komentując ani nie zmieniając wyrazu twarzy. Zatrzymałem wzrok na jej palcu, nie spiesząc się z gestem gratulacji, ale też nie próbowałem udawać, że tego nie widzę - nie było sensu. Moje spojrzenie nie było zaskoczone, ani tym bardziej pełne emocji - po prostu rejestrowałem rzeczywistość. Ot, kolejna informacja do katalogu, jaki prowadziłem sobie w głowie o każdej osobie, z którą musiałem pracować albo rozmawiać częściej niż raz, a w szczególności o najbliższych ludziach.
Zanim otworzyłem usta, Geraldine już się odsuwała, zmierzając w stronę stolika, więc nie skomentowałem niczego od razu. Odpaliłem szluga, zaciągając się dymem powoli - tak głęboko, jak pozwalały na to płuca po wczorajszym wieczorze. Oczywiście, że zauważyłem dziwny brak równowagi w jej ruchach, ale nie ruszyłem się o krok. Zostałbym w miejscu, nawet gdyby cały świat właśnie się przesunął o kilka cali w bok, było mi tu dobrze. Poza tym nie chciałem doprowadzać Yaxley do sytuacji, w której postanowiłaby wylądować na mnie nerwy za swoją chwilową niedyspozycję. Zresztą - widocznie oboje byliśmy skacowani. Dopiero, kiedy wypuściłem dym z płuc i zerkając kątem oka zobaczyłem, że odzyskała równowagę - a może po prostu chciała, żeby tak to wyglądało - podszedłem do niej i uniosłem zapalniczkę w jej stronę.
- Dzięki. - Podałem ją z powrotem. Nie uśmiechałem się, ale w moim tonie nie było nic gorzkiego - był neutralny, całkiem normalny. Jeszcze przez chwilę, nadal nie odnosiłem się do nowych informacji, nawet jeśli wiedziałem, że powinienem to zrobić i to względnie miło. Zbierałem myśli. Nie chciałem być przesadnie entuzjastyczny - nie zamierzałem kłamać jej a żywe oczy, że z przyjemnością widzę te nowe zmiany, ale nie miałem zamiaru mówić nic o tym, iż Ambroise zasługiwał na kogoś, komu nie będzie zimniał wzrok, gdy zacznie mu się zacierać granica między tym, co rzeczywiste, a tym, co widmowe. To nie była moja sprawa. Najwyraźniej po prostu się dogadali, co - zważywszy na jej i jego charaktery, szczególnie jej - było warte uznania.
- Glatulacje... - Powiedziałem cicho - nie szorstko, ale i bez tej nachalnej serdeczności, której sam nie lubiłem. Nie miałem zamiaru dodawać niczego więcej, nie był to mój interes, skoro byli szczęśliwi - cokolwiek to dla nich znaczyło - to nie miałem prawa wtrącać się między nich. Ambroise zasługiwał na kogoś, kto zaakceptuje go takim, jakim był, a jeśli to była ona... No, cóż. Znów zaciągnąłem się papierosem - długo i powoli.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#5
05.08.2025, 21:23  ✶  

Dostrzegła jego spojrzenie. Tak, na jej palcu znajdował się pierścionek, nie trzeba było być szczególnie światłym, aby wiedzieć, co to oznaczało. Nie powinno być też zaskoczeniem to, komu pozwoliła sobie założyć kamyk na rękę. Miała świadomość, że Benjy mógł mieć na ten temat swoje zdanie, bo przecież był przyjacielem Roisa, może przez trochę nieobecnym, ale jednak. Nie przepadali za sobą szczególnie, nie udawali, że jest inaczej, jednak nie skomentował tego w żaden sposób. Nie znał ich tak naprawdę, nie było go kiedy stworzyli sobie swój mały świat, który runął w gruzach, trafił na moment, w którym przeżywali dość trudny czas i układali wszystko na nowo. Nie widział całego obrazka, nie oczekiwała jego aprobaty, nie była jej do niczego potrzebna. Tak właściwie dla Yaxley od wielu lat liczyło się tylko to, czego chciała ona i Ambroise. Nie wszyscy patrząc z boku mogli to zrozumieć, bo Geraldine mogła wydawać się w niektórych sytuacjach okropnie chłodna, jednak kierowała się swoimi priorytetami, które nie dla wszystkich pewnie były zrozumiałe. Działo się tak zwłaszcza wtedy kiedy nie do końca znała działanie pewnych sił.

Udało jej się jakoś zapanować nad ciałem, nie było to takie proste, jakby się mogło wydawać, ale jednak jakoś złapała równowagę. Irytowały ją te zawroty głowy i mdłości, które zaczęły jej towarzyszyć, próbowała zwalić wszystko na pożary, sporo osób walczyło z konsekwencjami wdychania dymu. Powinna się tym zainteresować, bo musiała mieć pewność, że ciało nie zawiedzie jej podczas jakiejś niebezpiecznej sytuacji, dbała o nie, bo przecież było jej główną bronią.

- Nie ma za co. - Przejęła zapalniczkę i wsadziła ją do kieszeni koszuli. Przystanęła w miejscu i oparła się o ścianę. Nie uciekła jeszcze, chociaż wiedziała, że może się zrobić niezręcznie. Nie była dobra w pogawędkach o niczym, szczególnie z osobami z którymi miała lekką zadrę. Starała się jednak jakoś naprawić ich stosunki, wypadałoby aby były chociaż neutralne.

- Dziękuję. - Rzuciła lekko, nie musiał tego robić, ale jednak zrobił, więc wypadało się odezwać. Poczuła dym, który wypuścił, miała wrażenie, że wyjątkowo paskudnie śmierdział, nigdy jej to jakoś specjalnie nie przeszkadzało, ale teraz, coś było nie tak. Nie miała pojęcia jakie fajki palił, nie, żeby sama sięgała po jakieś wyjątkowe mieszanki tytoniu, ale jednak nie do końca jej to pasowało. Znowu ją zemdliło, tym razem jeszcze bardziej. Poczuła że żołądek jej się zaciska. Nosz kurwa mać, na pewno nie wypiła wczoraj takiej ilości alkoholu, aby reagowała w ten sposób.

Nie zdążyła zareagować, jedyne na co było ją w tej chwili stać to nachylenia się do przodu, właściwie to dość mocne zgięcie, a później, cóż później wszystko poszło nie tak. Poczuła, że zawartość żołądka podchodzi jej do gardła, nie mogła nad tym zapanować. Chcąc nie chcąc musiała to zrobić, nie zdążyła go ostrzec, bo działo się to zbyt szybko. Zwymiotowała na buty mężczyzny, całkiem szybko, nie zrobiła tego celowo, nawet ona nie była tak perfidna.

- Kurwa mać.- Mruknęła cicho, próbując się wyprostować. Jeszcze tego brakowało, żeby widział ją w podobnej sytuacji, najchętniej teleportowałaby się stąd w tym momencie jak najdalej, może tam gdzie rósł pieprz.

Wypadało jednak wziąć odpowiedzialność za swoje czyny, nawet te przypadkowe. Przetarła dłonią usta, i w końcu znowu się wyprostowała. Musiała wyglądać naprawdę chujowo, ale trudno, to nie był pierwszy raz. - Kurwa, przepraszam. - Cóż więcej mogła powiedzieć? Póki co chyba nie do końca umiała ubrać myśli w słowa, chociaż tak właściwie jej umysł chyba w tej chwili nie do końca był myślą skalany.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
05.08.2025, 22:25  ✶  
To były moje ulubione buty - prawdziwa skóra, ręczna robota, dobrze wyrobiona, miękka, ale solidna, zakupiona na tureckim bazarze, wykonana przez staruszka, który ponoć pracował kiedyś dla osmańskich książąt... Albo tak przynajmniej mówił. Uwierzyłem mu, bo chciałem. Może też dlatego, że buty faktycznie były genialne - idealne, a teraz... Właśnie przestały takie być. Miałem w nich przechodzić jeszcze parę lat, w najlepszym razie do kolejnego idiotycznego pościgu przez mokradła w Luizjanie, a nie kończyć ich żywot na tarasie, pod kałużą kwasu żołądkowego Geraldine Yaxley, ale zanim do tego doszło…
Zanim moje buty zostały zbezczeszczone w sposób, który poruszyłby nawet najbardziej zatwardziałego stoika, zobaczyłem, że z nią jest źle. Źle-źle. Nie źle-umiarkowanie gorzej. Zielonkawa, rozbita, dziwnie powolna, i nie chodziło tylko o kaca, to było coś głębiej. Nie musiała nic mówić. Wiedziałem, że zaraz pójdzie w cholerę z całą swoją dumą i próbą zachowania twarzy.
- Ej. - Powiedziałem tylko, zanim bez ceregieli wyciągnąłem ramię, żeby spróbować ją asekurować. To był odruch - taki, którego się nie analizuje. Zaoferowałem jej moją rękę, żeby nie wywinęła orła o mój - wtedy jeszcze czysty - but. Zamierzałem tylko podprowadzić ją do stolika, żeby mogła usiąść, a potem najwyżej przynieść jej szklankę wody, jeżeli nie postanowiłaby mnie zabić wzrokiem... Ale nie zdążyłem. Zauważyłem szarpnięcie jej ciała - to charakterystyczne spięcie mięśni, którego nie dało się pomylić z niczym innym... I potem to już się wydarzyło...
Ciepła, kwaśna treść jej żołądka wylądowała prosto na czubkach moich butów. Cicho przełknąłem ślinę. Nie zrobiłem kroku w tył. Właściwie to się nie ruszyłem - w ogóle - kiedy zawartość żołądka Geraldine wylądowała bezpośrednio na czubkach moich ukochanych butów, przez jedną krótką, idealnie spokojną sekundę nie zareagowałem wcale, tylko spojrzałem w dół. Milcząco...
To była cisza, w której mogło się zmieścić wszystko - szok, rozczarowanie, bezbrzeżna rozpacz po utracie czegoś wartościowego, a także ta najbardziej ludzka, instynktowna potrzeba odejścia w bok i zostawienia tego burdelu komuś innemu do posprzątania, ale nie ruszyłem się. Zamiast tego, kiedy zobaczyłem, jak zielonkawy odcień jej skóry nabiera jakiegoś zupełnie nowego, niepokojącego tonu - odruch wygrał. Znów bez słowa wyciągnąłem do niej ramię, jednak tym razem faktycznie złapałem kobietę pod rękę i asekurowałem ją w sposób tak absolutnie pozbawiony czułości, że aż wydał się opiekuńczy. Po prostu złapałem ją pewnie, gotów przesunąć ją kawałek - tak, żeby mogła zrobić pół kroku i usiąść, zanim naprawdę wywinęła orła. Nie miałem zamiaru tłumaczyć się z tego, że to zrobiłem - nie pytałem, czy sobie życzy. W tej chwili wyglądała, jakby sobie życzyła tylko jednego - teleportować się na drugi koniec świata i udawać, że nigdy mnie nie spotkała, a ja nie miałem w sobie na tyle okrucieństwa, żeby jej to wszystko jeszcze bardziej utrudniać.
Westchnąłem.
Zaciągnąłem się papierosem, który cudem nie wypadł mi z palców.
- No, dobla... - Mruknąłem bardziej do siebie niż do niej, wypuszczając z ust smużkę dymu, a potem uniosłem powoli wzrok na nią - próbowała się wyprostować, już ze słowem na ustach. Przeprosiny... Kurwa, były całkiem zbędne w tym wypadku. - To nie najgolsze, co zlobiłaś w moją stlonę, Yaxley, ale... - Spojrzałem jeszcze raz na buty i westchnąłem - przez nos, krótko, jak ktoś, kto nie miał już w sobie nawet siły się zdenerwować. - Z pewnością najbalsiej spektakulalne. Masz szczęście, sze nie jestem balsiej sentymentalny... Albo balsiej czepliwy... Albo, sze nie ścigam za zbezczeszczenie butów s impoltu. - Parsknąłem cicho pod nosem - nie śmiechem, nie szyderą, tylko tym jednym, bezradnym dźwiękiem, który mówił: „Naprawdę, serio, właśnie to się wydarzyło... No, kurwa...”
- Siadaj. Wyglądasz, jakbyś miała zalas powtószyć pokaz, a dlugi las mosze jusz tlafiś w kultkę. - Skrzywiłem się, bo kurtkę lubiłem - jeśli to było możliwe - jeszcze bardziej.
Stałem przy niej, trzymając niedopałek w ustach, który nagle przestał mi smakować - dym dziwnie gryzł w gardło - i nie zamierzając patrzeć w dół, wciąż trzymałem ją za ramię, bo wyglądała tak, jakby mogła jeszcze zrobić coś równie widowiskowego. A tego chyba byśmy nie chcieli...


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#7
05.08.2025, 22:54  ✶  

Geraldine niespecjalnie miała szansę podziwiać te wspaniałe buty. Nie zwróciła uwagi na to z jakiej skóry były wykonane, czy pięknie się prezentowały, nawet wtedy, gdy jej głowa znalazła się trochę niżej. Przymknęła po prostu oczy, bo było zbyt późno na to, aby się nad czymkolwiek zastanawiać. Nie mogła z tym walczyć, musiała pozwolić na to, żeby to się stało. Poddała się dość szybko.

Doceniała próbę Fenwicka, który chyba całkiem szybko ogarnął co się święci, tyle, że ona była szybsza, to znaczy jej żołądek, przewód pokarmowy okazał się być szybszy niż się mogli spodziewać. Czuła, że jej twarz zmieniła kolor, normalnie była dość blada, chociaż aktualnie po lecie spędzonym głównie na łonie natury przybrała całkiem przyjemny, ciepły odcień, no nie było po nim w tej chwili nawet śladu, zzieleniała, zbladła nie wyglądała szczególnie zdrowo.

Benjy nie spierdolił w podskokach. Stał w miejscu niczym słup soli. To było chyba gorsze, bo musiała spojrzeć na niego po tym co się wydarzyło. Nie sądziła, żeby udało jej się teleportować w takim stanie, chociaż to było pierwszym pomysłem, który wpadł jej do głowy.

Nie oponowała, gdy złapał ją pod ramię, nie miało to żadnego sensu, bo czuła, że nie jest z nią dobrze. Miała jeszcze w sobie odrobinę rozsądku, wiedziała, że gdy jest źle nie ma sensu udawać, iż jest zupełnie inaczej. Musiała schować swoją dumę bardzo głęboko do kieszeni, jakoś to przetrawi, chociaż na pewno szybko nie zapomni o tym, co się wydarzyło.

Usiadła, w sumie to bardziej legła, oparła łokcie o kolana, a podbródek położyła na dłoniach. Przez chwilę wpatrywała się w ziemię, świat nadal nieco wirował, chociaż nie widziała ku temu powodu. Coś nie działało tak, jak powinno. Jeszcze tylko nie wiedziała co.

Spodziewała się, że nie zostawi tego bez komentarza. Trudno byłoby udać, że to się nie wydarzyło. Było to bowiem całkiem spektakularne, nawet jak na nią. Jeszcze chyba nigdy w swoim życiu nie zrobiła czegoś podobnego, a nie da się ukryć, że miewała różne momenty, szczególnie podczas tego okresu, kiedy nie do końca radziła sobie z emocjami. Przesadzała z różnymi substancjami, znajdowała się w różnych miejscach z różnymi ludźmi, nawet wtedy nie zwymiotowała komuś na buty. Zawsze musiał być ten pierwszy raz... nie było to szczególnie pocieszające.

- Odkupię Ci te buty. - Mruknęła cicho. Nie miała pojęcia, jak bardzo był do nich przywiązany, ale chyba w takiej sytuacji wypadało to zrobić. Zdecydowanie wolała kierować rozmowę w tę stronę, zamiast skupiać się na tym, co spowodowało to przedstawienie. Zresztą póki co sama nie miała pojęcia. Nie czuła się najlepiej, nie był to pierwszy raz, a raczej zaczynało się to robić cykliczne. Tak naprawdę wolała o tym nie myśleć, jeszcze takich przebojów brakowało jej w tym momencie. Zupełnie zignorowała to, co jeszcze chwilę wcześniej sugerowała jej Ursula, a ciotka najwyraźniej potrafiła przewidywać wszystkie możliwe sytuacje, tylko dlaczego tak trafnie?

- Nie zamierzam się ruszać, przez chwilę. - Benjy mógł być spokojny o swoją kurtkę.
- Będę celować gdzieś indziej, skoro tak ci zależy na kurtce. - Próbowała zażartować, ale chyba nie do końca jej to wychodziło. W końcu nie miała wpływu na to co stawało się jej celem.

Była zażenowana, okrutnie zażenowana, ale nie ruszała się z miejsca, bo obawiała się tego, że to jeszcze nie był koniec. Wolałaby nie potwierdzać założenia Fenwicka, wyjątkowo zgadzała się z nim i z jego sugestią, aby usiadła.

- Naprawdę ubolewam nad tym, że byłeś tego świadkiem.- Nie znosiła, kiedy ktoś miał szansę dostrzec jej słabości, rzadko kiedy je odkrywała, teraz niestety nie miała na to wpływu, nie mogła nic z tym zrobić, musiała się po prostu pogodzić, z tym, że to akurat Benjy znalazł się w tej chwili na tarasie. Doceniała jego wsparcie, mimo wszystko nie czuła się najlepiej z samą świadomością, że ktoś widział jej niedyspozycję.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
06.08.2025, 00:31  ✶  
Jasne, że mnie wkurwiła - poza tym żałowałem, że akurat te buty musiały paść ofiarą. Nie miałem drugiej takiej pary. Zrobione ręcznie, miękka skóra, osmańskie rzemiosło i ten starzec na bazarze, który zarzekał się, że służył książętom. Może kłamał, ale jakoś nie miałem serca mu nie uwierzyć... Może zmyślał, może nie - nie miało to już znaczenia, ich historia właśnie zakończyła się spektakularną śmiercią na kamiennym tarasie.
Nie od razu odpowiedziałem - głównie dlatego, że nie chciałem brzmieć jak kutas. Nie przepadałem za Geraldine. Nie czułem też specjalnej potrzeby, by udawać, że jest inaczej, ale byłbym skończonym idiotą - albo kimś znacznie gorszym - gdybym właśnie teraz postanowił dać jej to odczuć. Widząc ją w takim stanie, nawet nie przyszło mi do głowy, żeby się wyzłośliwiać. To nie byłby żaden wyczyn. Kopanie kogoś, kto już leży, nigdy mnie nie bawiło. No, może poza Hogwartem. Zresztą, sam wiedziałem, jak to jest - trzymać fason do ostatniej chwili, aż organizm powie dość i każe ci złapać się poręczy, przysiąść, przymknąć oczy...
Stałem jeszcze chwilę, papieros dogasał mi między palcami, a kawa stygnęła w kubku postawionym na stole. Patrzyłem na Geraldine, siedzącą skuloną, bladą jak kreda, z podbródkiem opartym na dłoniach. Nie była w stanie nawet spojrzeć mi w oczy, ale trudno było się dziwić - widziałem, jak bardzo nie chciała tu być, w sensie - w tej konkretnej chwili, w tym konkretnym stanie. Pewnie w ogóle nie chciała, żebym ją zobaczył taką. Trudno. Mnie też nieszczególnie uśmiechało się być widzem tego spektaklu, zwłaszcza że w jego finale padły moje buty. Dosłownie padły - bywały ofiarą wielu sytuacji, ale ta teraz z pewnością miała je dobić. Zsunąłem spojrzenie na nie, powoli - jeszcze raz - gdy powiedziała, że je odkupi... Cholerna nostalgia. Nie do odtworzenia, ale przecież to nie o nie chodziło. Nie zamierzałem się teraz z nią kłócić o wartość rzemiosła i wspomnień.
- Jasne, odkup. - Mruknąłem tylko, bardziej żeby coś powiedzieć, niż z przekonaniem, że dało się to faktycznie załatwić. To nie była próba pojednania - nie sądziłem, żeby nagle miało się między nami poprawić, ale nie miałem też ochoty tego ciągnąć. Geraldine wyglądała jak wrak, a ja sam nie byłem dziś zbyt świeży. Głowa jeszcze mnie ćmiła po wczorajszym wieczorze i długiej nocy, ale w porównaniu z jej stanem, mogłem się uznać za okaz zdrowia. Nie była moją ulubioną osobą, jasne, ale nie znaczyło to, że nie mogłem się zachować jak człowiek. Nie spojrzałem na nią z góry - nie w tym sensie. Stałem wyprostowany, moje oczy znajdowały się wyżej, ale nie miałem zamiaru wbijać jej przy tym noża. Była blada jak pergamin, próbowała ratować resztki twarzy jakąś nieudaną ironią, a ja znałem ten mechanizm. Ba - byłem jego wyznawcą - kiedy człowiek nie miał siły na godność, zostawał mu humor.
Przetarłem dłonią twarz, wziąwszy oddech. Jeszcze tliło się we mnie coś w rodzaju żalu. Może i niedorzecznego - ot, buty - ale pewne rzeczy nie miały odpowiedników, i nawet nie chodziło o skórę, ani szycie, tylko o to, ile ze mną przeszły - jak długo przetrwały, aż do dziś. Żałość przyszła na krótko, ale przyszła. Nie powiedziałem nic, tylko westchnąłem przez nos. Nie dało się ich odzyskać, nie w tej wersji, nie z tą historią, ale co miałem zrobić - wyjąć różdżkę i cofnąć czas? To było niemożliwe. Za to przynajmniej nie planowała obrzygać mi kurtki...
- Celuj w oglód. Słyszałem, sze nawóz natulalny wlaca do łask, moszesz zasząś tlenowaś podlizywanie szię teściom. - Zamierzałem ugryźć się w język, ale nie zrobiłem tego. Nie czułem do niej sympatii, ale wiedziałem, jak to jest nie chcieć pokazać nikomu momentu słabości. Sam nie znosiłem litości - bywały dni, kiedy wolałbym komuś przyłożyć, niż pozwolić sobie na odsłonięcie gardła. Nie byłem złośliwy. Próbowałem… Trochę odczarować sytuację. Może dla niej, może dla siebie... Może dla tych butów, które poległy w imię nie wiadomo czego. Nie chciałem jej dobić, nie potrzebowałem patrzeć, jak się zapada w sobie. Miałem wrażenie, że i tak była już wystarczająco poniżej własnego poziomu komfortu. Nie zamierzałem traktować jej, jak słabej albo trędowatej.
- Tak na malginesie… - Podjąłem po chwili, rozmasowując palcami nasadę nosa. - Nie jesteś pielwszą kobietą, któla zahaftowała mi ciuchy, nie czuj szię wyjątkowa. - Spojrzałem na nią z ukosa - miała zaciśnięte dłonie, łokcie wbite w kolana, jakby próbowała się zwinąć w coś mniejszego niż była. Jeszcze przed chwilą miała w sobie tę zwyczajową, zuchwałą pewność siebie, którą można było pomylić z pychą. Teraz… Była bardziej ludzka, i chyba właśnie dlatego nie cisnąłem jej moimi zwyczajowymi złośliwościami. - Ale pszynajmniej tlafiłaś na moment, kiedy nie noszę jusz włoskiej bawełny za setki galeonów... Jest plogles. - Wzruszyłem ramionami, z jednej strony żartując, z drugiej - mówiąc całkiem serio,  gdyby stało się to kilkanaście lat wcześniej, pewnie byłbym mniej wyrozumiały. Teraz… Cóż - nie pierwszy raz coś mi się psuło.
- Chcesz wody? - Zapytałem po chwili, prostym, neutralnym tonem - bez litości, troski, nagabywania - tak jak sam chciałbym być potraktowany na jej miejscu. Jeśli miała zemdleć, to nie na mojej zmianie, a jeżeli chciała tylko posiedzieć w milczeniu -  miałem jeszcze pół papierosa i resztkę cierpliwości. Nie siliłem się na współczucie, bo oboje wiedzieliśmy, że nie o to tu chodziło - czasem jedyne, co można było zrobić, to po prostu nie dołożyć komuś więcej, niż już sam sobie dorzucił...


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#9
06.08.2025, 10:17  ✶  

Yaxley wbrew pozorom zdawała sobie sprawę, że pewne rzeczy mogły mieć wartość sentymentalną. Sama chodziła w tych samych butach od kilku lat, z racji na to, że ceniła sobie ich wygodę. Była obrzydliwie bogata, jednak nie należała do rozrzutnych osób. Wolała kupować wartościowe przedmioty, które służyły jej przez lata. Zresztą na pierwszy rzut oka pewnie mało kto zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo majętna była, bo raczej nie było tego po niej widać. No, może jeśli ktoś przykuwał uwagę do szczegółów, materiałów z których były wykonane jej ubrania, to mógł się domyślić, że nie należały do najtańszych, jednak kupowała nowe rzeczy dopiero wtedy, kiedy te które znajdowały się w jej szafie faktycznie kończyły swój żywot.

Tak się złożyło, że zupełnym przypadkiem zakończyła żywot butów Fenwicka, może to i lepiej, że nie do końca zdawała sobie sprawę z tej wartości sentymentalnej, bo pewnie jeszcze bardziej by ją to ruszyło, a i tak wystarczająco przejmowała się tym, że doszło do takiej sytuacji.

- Postaram się to zrobić jak najszybciej. - Oczywiście, że nie miała pojęcia o tym, że nie będzie to takie proste, ale miała swoje znajomości, czyż nie? Później ustali to, czego dokładnie miała szukać, ale na pewno nie zapomni o tym, że ma to zrobić. Tak już miała, jeśli coś niszczyła nie zamierzała chować głowy w piach i udawać, że się to nie wydarzyło, wypadało, aby jakoś mu to wynagrodziła. Zapewne nie uda jej się znaleźć takich butów, ale to miał być problem Geraldine z przyszłości.

- Na pewno znalazłabym lepszy sposób na to, żeby się im podlizać, ale dzięki, to jest jakaś myśl. - Mówiła cicho, nadal brakowało jej tej zwyczajowej pewności siebie, nie unosiła też głowy. Próbowała się ogarnąć, ale szło jej to raczej kiepsko. Świeże powietrze nieco ułatwiało sprawę, jednak wciąż jeszcze nie mogła dojść do siebie. Oddychała powoli, licząc na to, że to pomoże jej zwalczyć ten okropny odruch. Mdłości, nigdy jej się to nie zdarzało, chyba, że lądowała w swoim rodzinnym domu i chlała z ojcem te jego magiczne trunki. Czuła, że coś jest nie tak, ale nie chciała się teraz na tym skupiać. Najprościej byłoby w ogóle zapomnieć o tym, że doszło do takiego przedstawienia.

- Nie spodziewałam się, że mogłabym być dla Ciebie w jakikolwiek sposób wyjątkowa. - Powoli zaczęła się prostować, chciała sprawdzić, czy może już jest z nią nieco lepiej. Okropnie ją to irytowało, bo zazwyczaj każdy jej ruch był szybki. Nie znosiła, kiedy jej ciało z nią nie współpracowało.

- Dobrze jednak wiedzieć, że masz już doświadczenie w podobnych sytuacjach. - Jakby mogło to być w jakikolwiek sposób pocieszające. Oczywiście, że Benjy musiał mieć podobne doświadczenie, kto go właściwie wiedział w jakim towarzystwie przebywał.

- Faktycznie całkiem spore pocieszenie, pewnie bym się nie wypłaciła. - W końcu udało jej się unieść głowę i usiąść w miarę prosto, jej twarz nadal nie nabrała koloru, ale przynajmniej udawało jej się powstrzymać torsje. Był to mały sukces.

Miała chęć zapytać go o to, czy mu tego nie brakuje, tej włoskiej bawełny i wszystkich innych benefitów wynikających z należenia do odpowiedniej rodziny, nie wydawało jej się jednak, aby powinna to robić. Wydawał się być zadowolony z miejsca w którym się znajdował, więc porzuciła w ogóle tę myśl.

- Tak, może mi się przydać. - Nie była na tyle głupia, żeby gryźć rękę, którą do niej wyciągnął. Może była zirytowana, niedysponowana, ale miała w sobie ogładę i doceniała to, że mimo ich raczej średnio przyjaznych stosunków nie przeszedł wokół tego obojętnie. Nie musiał się zainteresować jej stanem, mógł ją olać, odejść stąd dość szybko, a jednak nadal stał obok. Na pewno mu tego nie zapomni, chociaż o samej sytuacji zdecydowanie wolałaby nie pamiętać.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
06.08.2025, 13:11  ✶  
Przyjąłem jej słowa z tą samą cierpliwością, z jaką przyjmowałem większość rzeczy, które wylewały się z niej w tym stanie - zarówno dosłownie, jak i w przenośni - czyli nikłą, lecz zadziwiająco wyrozumiało, chociaż bez ociekania empatią. Nie zamierzałem robić z siebie męczennika, ale nie było też sensu udawać, że mnie to wszystko nie obeszło... Bo obeszło - moje buty diabli wzięli, a ja znów stałem w pozycji zabezpieczająco-wspierającej, wyglądając jak cholerny punkt sanitarno-opiekuńczy w polowym lazarecie.
- Ok. - Odmruknąłem, nie mając większej wiary w powodzenie tego odkupienia - dosłownego, czy w przenośni. Niektóre kobiety traciły przytomność w ramionach swoich kochanków, inne w teatrach albo na balach maskowych, gdzie uroczy nieznajomi czekali z wachlarzem soli trzeźwiących do wyboru - do koloru. Geraldine Yaxley prawie osunęła się przy mnie na tarasie, w blasku ponurego popołudnia, po tym jak zarzygała mi buty - moje ulubione, nawiasem mówiąc, ale nie zamierzałem robić z tego tragedii ani znaczącego gestu. Po prostu ją przyasekurowałem, zanim nie usiadła, żeby nie miała szans się przewrócić. Z jednej strony byłem zirytowany. Z drugiej - znałem to aż za dobrze.
- Matka mojego dziecka szygała pszez bite dwa tygodnie, jak płynęliśmy statkiem do Stanów. - Rzuciłem spokojnie, zerkając, czy już odzyskiwała kontrolę nad własnym ciałem. - Potem jesce miesiąs, ale tam pszynajmniej było więcej miejsca. - Wzruszyłem ramionami, traktując to tak, jakby to był po prostu fakt z kroniki pokładowej, a nie cokolwiek istotnego. Nie miałem potrzeby robić z tego wyznania, zresztą, już raz jej to powiedziałem, wtedy mniej elegancko. Teraz było po prostu neutralnie - konkretnie, prawdziwie. Nie patrzyłem na Geraldine z góry, nie próbowałem jej oceniać - widziałem, że starała się utrzymać twarz i chociaż nie szło jej to najlepiej, robiła, co mogła. Może nie wyglądała teraz jak uosobienie elegancji, to przynajmniej nie robiła z siebie ofiary - to zawsze działało na plus.
Zarejestrowałem twierdzącą odpowiedź, ale zanim udałem się po wodę, sięgnąłem do kieszeni marynarki, próbując znaleźć coś, czym mogłaby się wytrzeć. Odruch. Kiedyś nosiłem przy sobie porządne, haftowane chustki, z inicjałami, z porządnej włoskiej bawełny pasującej do koszul, bo tak wypadało, ale te czasy minęły. Nie miałem chusteczki - teraz najwyraźniej musiała wystarczyć jej złożona na czworo ulotka jakiegoś magicznego komitetu protestacyjnego walczącego o godność czystokrwistych czarodziejów, która walała się w mojej wewnętrznej kieszeni kurtki razem z kilkoma rachunkami z Dziurawego Kotła i pomiętą, niezidentyfikowaną kopertą. Wyciągnąłem je, bez specjalnego ceremoniału, oceniłem wzrokiem, który z tych świstków nie był pokryty atramentowymi bazgrołami i podałem jej.
- Musi szię nadaś. - Podałem jej ten prowizoryczny zamiennik chusteczki - nie mówiłem, że do twarzy, bo nadal miała ją odrobinę nieświeżą - w dalszym ciągu nie chciałem jej celowo upokarzać. - Niestety, nie noszę już koszul z Belgamo. Idzie szię pszyzwyczaiś, ale są pewne minusy. - Wzruszyłem ramionami jeszcze raz, z tą samą nonszalancją, jakbym mówił o pogodzie. Był nim - tym minusem - na przykład wspomniany brak chusteczek. - Tylko nie czytaj, chyba sze intelesują cię klątwy na impoltowanych lustelkach do pudelniczek i to, co jadłem na obiad. - Nie wiedziałem, czy usłyszała w moim głosie nutę ironii, czy raczej zmęczenia - mało mnie to obchodziło - zimne powietrze nieco mnie otrzeźwiło, ale nadal miałem lekki szum w głowie. Nic, z czym nie dałoby się funkcjonować, chociaż o przyjemności z ładnego dnia - ani ładnego dnia - nie było mowy. - Zalas wlasam s twoją wodą. - Zakomunikowałem, już się oddalając.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (5925), Geraldine Greengrass-Yaxley (5936), Pan Losu (29)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa